Dom grzechu. Tom 3 - Karolina Wilchowska

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

1

Pamiętam ten dzień jak żaden inny. Urodziny mojej koleżanki, Elizabeth, świętowaliśmy w jednym z miejscowych klubów w Miami. Obie studiowałyśmy administrację i zarządzanie, a dość niedawno zaczęłyśmy ostatni rok: egzaminy, zaliczenia; nauki było co nie miara. Rzadko zdarzała się okazja na zabawę, dlatego korzystaliśmy całą paczką z każdego luźnego wieczoru.

W kalendarzu był siedemnasty listopada, sobota. Właśnie rozpoczęła się impreza: alkohol lał się strumieniami, a narkotyki co i rusz wskakiwały na stół, jak zadowolone owieczki biegające po pastwisku. Dostarczał je mój ówczesny partner, Larry. Znał się na tym; jego rodzice handlowali towarem, jeszcze zanim się urodził. Mimo postanowień, że to ostatni raz, co i rusz wciągał kreskę na rozluźnienie.

Około północy impreza przypominała już weekendowe spotkanie nieodpowiedzialnych nastolatków. Każdy naćpany, spity niemal do nieprzytomności albo całował się z drugą połówką na kanapie albo wymiotował za rogiem klubu. Odmówiłam kolejnej kolejki; byłam już zbyt pijana, z ledwością utrzymywałam równowagę, mimo że siedziałam na kolanach Larry'ego. Byliśmy parą już dłuższy czas; mieliśmy się wspierać i dbać o swoje bezpieczeństwo, ale to była jedna z tych sytuacji, kiedy wszelkiego rodzaju zapewnienia traciły sens. Pijany rechocik wyrwał mi się z gardła, gdy oparłam głowę o jego ramię. Po raz kolejny mamrotałam, jak ważny jest w moim życiu. Byłam mocno wcięta, ale i tak chyba najtrzeźwiejsza z całego towarzystwa. Larry, który zawodowo trudnił się handlem narkotykami, w głębi duszy marzył o wielkiej karierze, pieniądzach, sławie, o życiu na świeczniku. Za każdym razem, gdy tak fantazjował, śmiałam się jeszcze bardziej, dosłownie kpiąc z jego wyimaginowanego sukcesu. Patrząc, jak sprawnie rozprowadza narkotyki, nie wierzyłam, że porzuci to wszystko dla kariery. Pragnął zostać kimś, najlepiej jedną ze współczesnych gwiazd Internetu, spotykać się na ściance z innymi sławami. Aktualnie widziałam go raczej jako dilera dla tych pięknych i bogatych, a nie ich kompana.

- Tak, tak, może kiedyś, jak skończysz wciągać. - Machnęłam na to ręką.

Jasnooki Larry nie widział w tym nic zabawnego. Warknął coś bełkotliwie, po czym zrzucił mnie jak niechciany koc z kolan.

Upadłam na stół pełen kieliszków oraz otwartych butelek z piwem. Wszystko z impetem poprzewracało się, zalewając mi sukienkę oraz blat i podłogę. Wstałam, wrzeszcząc coś, wściekając się na partnera. Kłótnie w naszym związku nie były niczym nowym, to nawet nie docieranie, lecz zwyczajne szczeniackie zachowanie, ale tego dnia czara goryczy się przelała.

- Zwariowałeś?! - darłam się na pół sali.

- Nie mamy o czym rozmawiać! - krzyczał, udając się w stronę schodów. Minął ochroniarza, wspiął się na górę i wyszedł z klubu usytuowanego w piwnicy, a ja podążałam za nim dosłownie krok w krok.

- Zachowujesz się jak dziecko! Całkiem zwariowałeś!

- Tak?! Naśmiewasz się z moich marzeń! - wrzeszczał, gdy obydwoje znaleźliśmy się na ulicy.

Rozłożyłam bezradnie ręce; byłam zbyt mocno wstawiona, aby zapanować nad bezsensowną gadką. Larry odpalił papierosa w czasie, gdy ja zastanawiałam się, co go tak wściekło. Podeszłam, chcąc wtulić się w mojego niedojrzałego emocjonalnie mężczyznę, który zamiast mnie objąć, odepchnął nerwowym gestem.

- Nie naśmiewam się. Po prostu patrzę realnie.

- Pierdolisz od rzeczy - warknął, trzymając mnie za ramiona. - Jakby ci zależało, wsparłabyś mnie, a nie krytykowała.

- Wspieram cię, kochanie. Ale spójrz na to realnie. Jesteśmy zbyt biedni...

- A daj spokój. - Odepchnął mnie.

- Larry.

- Spierdalaj.

Chciałam iść za nim, złapać za rękę, aby porozmawiać. Tylko czy w rozmowie dwojga nietrzeźwych ludzi można znaleźć jakikolwiek sens? Były dwie opcje: rozejść się albo iść do łóżka. Mamrotał jednak od rzeczy, stercząc pod ścianą klubu. Sikał na murek, wciąż warcząc i klnąc na mnie. Ja, w porównaniu do reszty, jedynie wypiłam zbyt wiele; on się jeszcze naćpał.

Gdy skończył, podszedł i złapał mnie za rękę.

- Każda dziewczyna jest gówno warta. Ja cię potrzebuję do obciągania, ty mnie, żeby mieć się kim pochwalić koleżankom.

Strzeliłam mu z liścia w twarz za to podłe i egoistyczne zachowanie, które, niestety, wynikało z jego zepsutego charakteru. Złapał moją dłoń, krzyczał jak furiat, gdy próbowałam odejść. Odwinął się, uderzając mnie w policzek, tym samym przekreślając nasz związek.

- Ej! - wtrącił się jakiś nieznajomy. Głos był mocny, stanowczy i przede wszystkim męski. - Może zmierzysz się z kimś o podobnej posturze!

- Słuchaj, lalusiu, wskakuj do tej swojej taksóweczki i wypierdalaj.

- Później, najpierw ci spuszczę wpierdol, cieniasie.

Larry z impetem ruszył na mężczyznę w okularach. Z pozycji na klęczkach patrzyłam, jak obrywa z pięści w twarz, następnie wali się bezwładnie na ziemię. Rozwyłam się mocniej, bo Larry nawet nie próbował wstać, tylko mamrotał pod nosem, wciąż leżąc na chodniku. Był zbyt nietrzeźwy, aby zrozumieć, że właśnie ktoś spuścił mu łomot.

- Może cię odwieźć?

Taksówkarz wyciągnął w moją stronę dłoń, a ja zgodziłam się na powrót z obcym człowiekiem.

Okularnik z gęstą grzywą ciemnych włosów był wysoki i szczupły, dobrze zbudowany. Gdybym miała go określić, powiedziałabym, że w szkole grał w drużynie futbolu. Przedstawił się jako Steward. Każdy się zgodzi, że było to imię wzbudzające zaufanie.

Larry w dalszym ciągu leżał na chodniku, wzbudzając zainteresowanie ochroniarza klubu. Tym, co zrobił, przekreślił nasz związek.

- Zmyjmy się, zanim zaczną węszyć.

- Jasne. Mieszkam w Weston. - Miałam na myśli dzielnicę Miami.

- Ok, nie traćmy czasu. Wskakuj - powiedział, otwierając tylne drzwi auta.

Taksówka była ciepła, przytulna. W tę listopadową noc, po kolejnej bezsensownej awanturze z moim chłopakiem, aż chciało się uciec spod klubu. Miałam wybrać numer do babci, z którą mieszkałam, zadzwonić i poinformować, że wracam, lecz rozmowa z mężczyzną nie pozwalała na konwersację przez telefon. Wysłałam jej tylko SMS-a, że jadę do domu z taksówkarzem imieniem Steward. Oczywiście babcia nic nie odpowiedziała, bo odczytać SMS, owszem, potrafiła, ale już odpowiedzieć na niego nie bardzo.

Prędko zrobiłam się senna. Spod klubu do mnie jechało się około pół godziny, o ile nie było korków. Miałam wrażenie, że nadal jestem na mocnym rauszu, bo obraz oraz głos mojego towarzysza lekko się zniekształcił.

- Kolejna impreza, co?

- Nie, to urodziny koleżanki. - Urywałam słowa. - Ja jestem z tych co... nie imprezują... Mało - mówiłam z coraz większym trudem. Powieki same mi się zamykały.

- Jasne. Każda tak mówi, a potem pieprzy się za rogiem. Mówisz, że to niewinne obciąganie! I z każdym przyprawiasz facetowi rogi - warknął. Jego głos wydawał się przytłumiony, jakby czymś zasłonił usta.

- Nie rozumiem - szepnęłam.

- Zaraz zrozumiesz, głupia dziwko.

Nie dałam rady odpowiedzieć, ponieważ osunęłam się na siedzenie. Piłam tego wieczoru, ale nie tyle, żeby stracić kompletnie przytomność. Fala gorąca przetoczyła się przez moje ciało, a zaraz potem ogarnęły mnie dreszcze. Dygotałam, podskakiwałam niczym ryba wyrzucona na brzeg, momentami spinając się jak struna. Oddech wypełniał płuca jedynie do połowy. Wydałam z siebie bolesny jęk, próbując na siłę utrzymać pełną świadomość.

- Ty jebana szmato! Zarzygałaś mi samochód!

Poczułam, że upadam na ściółkę, a pode mną zaszeleściły zimne liście. Nie byłam w stanie zareagować. Widziałam, słyszałam, ale nie mogłam zapanować nad ciałem. Ciągnięta za włosy, cały czas walczyłam o głębszą saturację. Urywane wdechy pod wpływem świeżego, leśnego powietrza na moje szczęście się wyrównywały. Taksówkarz zatrzymał się i poświecił na mnie latarką. Zdaje się, że dobrze przygotował się do całej akcji - miał na głowie czołówkę. Uklęknął przede mną i podwinął sukienkę. Wciąż wiotka, bez możliwości reakcji, czułam, jak drań zsuwa mi majtki z pośladków. Bałam się. Próbowałam protestować, przez nieruchome wargi wydobywały się tylko jęki, a przy tym śliniłam się obficie. Odwrócił mnie na plecy i zaczęłam krztusić się zbierającą się w ustach śliną. Wciąż próbowałam napinać ciało, chciałam zareagować i wyrzucić to, co zalegało w przełyku. Wymiociny! To one utknęły mi w gardle.

Nagle wszystko odpuściło. Mózg w końcu zareagował, dając sygnał, abym ratowała życie. Udało mi się nieco obrócić na bok i wyplułam wszystko na ziemię. Jeszcze chwila, a udusiłabym się.

- Nie ruszaj się, pizdo! - Szarpnął mnie za ramię, ponownie przekręcając na plecy.

- Zostaw - mamrotałam, próbując machać bezwładnymi rękoma.

- Szmata, dziwka, jebana kurwa... Amanda, jak ja cię nienawidzę.

- Przestań - burknęłam.

- Milcz, zabiję cię. Jak mogłaś mnie zdradzić. Suko... Kocham cię, Amando.

Gwałcił mnie, wykrzykując te zdania. Z pewnością nie byłam pierwszą pozbawioną przytomności dziewczyną, której robił krzywdę. Na moje szczęście mózg uznał to za senny koszmar po wypiciu kilku piw za dużo. Nawet nie było sensu walczyć, należało poczekać, aż wszystko minie. Po raz kolejny straciłam świadomość, gdy zacisnął na mojej szyi silne dłonie. Umysł odciął się od traumy.

Jeżeli ktoś myślał, że to koniec mojej męki, to jest w całkowitym błędzie.

Gdy uchyliłam powieki, otaczała mnie ciemność. Czułam się jak o poranku po nocy spędzonej w gorączce; nieco lepiej, świadoma, ale wciąż słaba. Byłam spocona, w porwanej sukience, pozbawiona majtek oraz stanika, który zapewne zerwał ze mnie, gdy już straciłam przytomność. Przytomniałam, szorując po ściółce plecami i zbierając każdy liść po drodze swoim wątłym ciałem. Ciągnął mnie za stopę jak upolowanego jelenia. Chciałam zareagować, lecz powstrzymałam się, słysząc, że mówi do siebie. To był znak od losu.

- Suka. Nie mogłaś zemdleć bliżej domku - mamrotał rozzłoszczony. - Już ja ci pokażę, jak potrafię się bawić - mówił. - Nie byłaś w planach, ale to nic. Pójdziesz do piekła tak jak inne dziwki. Okaleczę cię, pozbawię tych wstrętnych, długich włosów, utnę jęzor, który zeżrę i będę zabawiał się twoimi zwłokami, aż mi się znudzisz. Podoba ci się ten plan? Podoba?!

W kółko powtarzał to samo: o Amandzie, o kobiecie, która uczyniła jego życie bezsensownym. Nie interesowało mnie to. Chciałam tylko uwolnić się z rąk psychopaty, uciec, jak najdalej od jego chorych imaginacji i zacząć ponownie żyć. W duchu powtarzałam sobie, że już nigdy się nie upiję, będę się pilnie uczyć, o ile przeżyję ten koszmar.

Poczułam odór; wzmagający się zapach zgnilizny przypominał mięso, które trzymano za długo w cieple. Jednak było ciemno i oprócz tego, że szalony taksówkarz ciągnął mnie po liściach, nie byłam w stanie określić, gdzie jestem. Nie wspomnę, że nadmiar alkoholu we krwi nie ułatwiał powrotu do pełnej świadomości. Wtedy sobie obiecałam jeszcze jedno: nigdy nie wsiądę do taksówki sama.

Obijałam się o krzaki, raniąc i tak mocno podrażnioną skórę. Mój porywacz zdawał się nie być świadomym tego, co robi. Chory zboczeniec! Zatrzymał się na moment, gdy rozległ się dźwięk telefonu. Bodźce dochodziły do mnie z opóźnieniem.

- Co za chuj?! - wrzasnął, puszczając moją nogę. Światło ekranu oświetliło na moment jego twarz. - Tak, wolny. Jasne, będę punktualnie.

Zrobiłam to, co nakazywał mi instynkt, a robić nie powinnam; podniosłam się. To był jednak błąd, bo byłam ranna oraz nadal pijana i wpadłam na pierwsze drzewo. Uderzyłam głową i runęłam do tyłu jak znokautowana, aż mnie zamroczyło. Światło z czołówki oświetliło mi twarz, a do uszu docierał demoniczny rechot szaleńca.

- Żwawa jak rozdeptana dżdżownica.

- Błagam, zostaw mnie.

- Tutaj? W środku lasu? Oj, wierz mi, laleczko; wolisz pójść ze mną, niż zostać w tym przeklętym miejscu sama. W drogę! Za chwilę poznasz moją słodką Amandę. Potowarzyszy ci, gdy ja będę zajęty. Może dorzucę wam jakąś koleżankę? Noc jeszcze młoda, a pod klubem zostało kilka nawalonych lasek.

Pchnął mnie w przód i chwycił za ramię, chroniąc przed kolejnym upadkiem. Przez uszkodzony nos, trudno było mi oddychać. W dalszym ciągu byłam zamroczona, płakałam. Jednak to nie działało na psychopatę, który prowadził mnie ku nieuchronnej zagładzie.

- Kochanie! Jestem!

Gdy z hukiem otworzył drzwi leśnej chatki, zamarłam. Było tak ciemno, że nie dojrzałabym nawet czubka własnego nosa. Przeskanował wzrokiem pomieszczenie, a światło z latarki na czole oświetliło skrawek jakiejś koronkowej sukienki oraz nóg odzianych w czarne kabaretki. Tu był ktoś jeszcze! Miałam nadzieję, że we dwie jakoś sobie poradzimy. Posadził mnie na podłodze, przykuł łańcuchem do wystającego z ziemi haka.

- Amanda, spójrz, skarbie. Jaka śliczna czarnulka - mówił, odsuwając się ode mnie.

Światło padło na nieruchome ciało. Wyglądała jak woskowa figura.

Złapał ją za dłoń i szarpnął, unosząc niczym pannę w tańcu. Wtedy dojrzałam, że na nadgarstek wsuwa jej moją bransoletkę z ważką. Dłoń z przedramieniem spajał przegub wyraźnie oddzielony, jak u lalki. Oświetlił jej twarz, a ja dostrzegłam szklane, zielone oczy, które nie mrugały, a gdy nachylił się nad lekko rozwartymi gumowymi ustami, dziękowałam Bogu, że jest ciemno. Rozległ się obrzydliwy odgłos całowania, jego jękliwe podniecenie, gdy wpychał jęzor w otwór. Ponownie spojrzał na swoją towarzyszkę. Długie, rude pukle opadały jej na ramiona.

- Jak ty dziś seksownie wyglądasz, kochanie. Wiedziałaś, co włożyć, aby mnie podniecić. Niestety, mam kurs. Rose ci potowarzyszy, dobrze? Wiedziałem, że się ucieszysz. To może zapalę wam jedno światełko, abyście mogły lepiej się poznać, zanim wezmę was obie naraz.

- Jesteś chory! To lalka.

- Nie! To Amanda, moja miłość.

Kopnął mnie za to w twarz. Uderzyłam głową o drewnianą ściankę zbutwiałej chatki, w której unosił się mdły, trupi zapach i zemdlałam.

Uchyliłam powieki po dłuższej chwili. Z lampki na stoliku, obok którego stało krzesło, padało nikłe światło. Nieco przytomniej spojrzałam na wstrętną lalkę. Martwy wzrok miała skierowany w moją stronę. Z ust ciekło jej coś gęstego, jakby ślina, ale przecież to było niemożliwe. To z pewnością sperma tego psychola.

Tuż obok stała kuchenka; była również butla z gazem, a nawet talerze. Z zewnątrz docierało warczenie dzikich zwierząt oraz trzask, jakby ktoś łamał kości. Mdliło mnie coraz bardziej, dreszcze wstrząsały moim ciałem, kiedy pomyślałam, co się dzieje za oknem: zapewne lisy i niedźwiedzie rozrywały jakąś ofiarę. Cieszyłabym się, gdyby był to ten psychopata.

Próbowałam się przespać, aby nabrać nieco sił. Ale okazało się to niemożliwe. Byłam niemal całkiem naga, przerażona i na dodatek trzeźwiałam, przez co wyraźniej docierała do mnie groza sytuacji. Zimno i strach sprawiły, że drżałam i płakałam niemal bez przerwy. W końcu jednak zmęczenie wzięło górę i zapadłam w dziwny letarg.