Dom - Emma Becker

-
Proszę czekać

Bre­eze­blocks, Alt-J

Paździer­nik 2010, Jo­seph świ­ętu­je swo­je dwu­dzie­ste pierw­sze uro­dzi­ny; je­ste­śmy tak za­ko­cha­ni, że ja­ki­kol­wiek pre­zent wy­da­je się nie­do­rzecz­ny, na­sze szczęście ca­łko­wi­cie by się obe­szło bez głu­pot w ro­dza­ju swe­tra czy bi­le­tu na kon­cert, ale ja, gna­na ma­nią wiel­ko­ści, uknu­łam sza­ta­ński plan, któ­ry cie­szy mnie tak bar­dzo, że nie je­stem w sta­nie utrzy­mać go w ta­jem­ni­cy. Dam mu w pre­zen­cie pan­nę do to­wa­rzy­stwa, że­by­śmy so­bie strze­li­li trój­kącik. Wy­bra­łam ho­tel, usta­li­łam porę, uło­ży­łam w gło­wie cały pro­gram, bra­ku­je mi tyl­ko dziew­czy­ny.

Zna­la­złam już jed­ną, Na­tha­lie, któ­ra świet­nie by się nada­wa­ła, bo spe­cja­li­zu­je się w pa­rach. Jej cia­ło, na tyle, na ile ma to dla mnie zna­cze­nie, wy­da­je się ład­ne, a opis na stro­nie po­zwa­la mieć na­dzie­ję, że nie jest pro­fe­sjo­nal­na do prze­sa­dy. Po­zo­sta­je je­den pro­blem: jej twarz jest nie­od­wra­cal­nie za­ma­za­na. Po­mi­mo mo­jej uprzej­mej pro­śby od­ma­wia wy­sła­nia mi fot­ki, a choć cia­ło może wy­glądać do­sko­na­le, nie czu­ję się go­to­wa na ry­zy­ko za­trud­nie­nia dziew­czy­ny, któ­rej twarz mo­gła­by wszyst­ko znisz­czyć.

Po dłu­ższej chwi­li wa­ha­nia mój wy­bór pada na La­ris­sę, zna­le­zio­ną na an­giel­skim por­ta­lu dla escort girls, prze­uro­czą dwu­dzie­sto­let­nią Ro­sjan­kę, blon­dyn­kę o de­li­kat­nych ry­sach i przej­rzy­stych nie­bie­skich oczach w kszta­łcie mig­da­łów; z dumą po­ka­zu­ję jej zdjęcie Jo­se­pho­wi. Ła­two zgad­nąć, że dwa ty­go­dnie, któ­re dzie­lą nas od wiel­kie­go wie­czo­ru, spędza­my, roz­pa­la­jąc się na­wza­jem, wy­obra­ża­jąc so­bie eg­zo­tycz­ne wy­gi­ba­sy, któ­rym będę się od­da­wać ra­zem z La­ris­są, pod­czas gdy on będzie chło­nął nie­za­po­mnia­ne wi­do­ki, z ręką na wy­prężo­nym ku­ta­sie; be­ze­ce­ństwa, ja­kie - ka­żde z osob­na - ogląda­my w sie­ci, wy­da­ją się w cu­dow­ny spo­sób za­mie­niać w rze­czy­wi­sto­ść. La­ris­sa, to omdle­wa­jąco brzmi­ące imię, wra­ca przy ka­żdej oka­zji pod­czas dłu­giej gry wstęp­nej.

Spo­tka­łam się z nią w Café de la Paix.

Tego dnia było zim­no i sło­necz­nie, trzęsłam się na ta­ra­sie, wy­pa­tru­jąc jej, tym­cza­sem ona cze­ka­ła na mnie w środ­ku. Przy pierw­szym zer­k­ni­ęciu po­win­nam była od­wró­cić się na pi­ęcie, jed­nak by­łam pod zbyt du­żym wra­że­niem - jak za­re­ago­wać, gdy kie­row­nik sali pro­wa­dzi cię do sto­li­ka, przy któ­rym sie­dzi po­tężna, otu­lo­na w fu­tro Ro­sjan­ka, za­jęta obie­ra­niem szczyp­ców ho­ma­ra i pi­ciem szam­pa­na? Wszyst­ko w niej ocie­ka­ło bo­gac­twem, na­wet uśmiech, któ­ry roz­ci­ągał jej twarz, nie roz­iskrza­jąc oczu. We­lur jej upu­dro­wa­nej skó­ry po­chła­niał świa­tło za­le­wa­jące salę, a spoj­rze­nia mężczyzn po­dejrz­li­wie ba­da­ły parę, któ­rą two­rzy­ły­śmy. Pach­nia­ła czy­mś moc­nym i wy­my­śl­nym, Vio­let­te Gu­er­la­ine'a, a jej małe zęby lśni­ły jak per­ły, gdy wy­bu­cha­ła uda­wa­nym śmie­chem.

Gdy­by Jo­seph był ze mną, zo­ba­czy­łby bez wąt­pie­nia to, cze­go ja nie do­strze­głam w swo­im roz­go­rącz­ko­wa­niu: że ta ko­bie­ta była za moc­no uma­lo­wa­na, że mia­ła gdzieś, czy sy­pia z chłop­cem, czy z dziew­czy­ną, je­śli tyl­ko ktoś jej za to za­pła­ci - nie wpro­wa­dza­my się na rue de la Paix, je­śli nie mamy okre­ślo­nych wy­ma­gań. A przede wszyst­kim, że nie jest po­dob­na do oso­by na zdjęciu - ani śla­du zwiew­nej nim­fy, tyl­ko wy­so­kie ko­ści po­licz­ko­we prze­trwa­ły re­tusz fo­to­gra­fa. Po­win­nam była po­dzi­ęko­wać i po­szu­kać no­wej kur­ty­za­ny, ale czas go­nił i nie mo­głam po­zwo­lić so­bie na taki ka­prys, za dużo już ma­rzy­li­śmy o La­ris­sie.

Po­zbyw­szy się wi­ęk­szej części swo­ich oszczęd­no­ści, zmu­si­łam się, by wtło­czyć La­ris­sę taką, jaka była, do na­szych fan­ta­zji, od­su­wa­jąc na bok bez­brze­żną obo­jęt­no­ść, któ­rą we mnie bu­dzi­ła. Gdy Jo­seph za­py­tał mnie, jak było, ści­snęło mi się ser­ce i skła­ma­łam: "Och, bar­dzo ci się spodo­ba".

O osiem­na­stej je­ste­śmy już w po­ko­ju. Wy­jęłam szam­pa­na i kokę, któ­ra za chwi­lę oka­że się wy­jąt­ko­wo podła - ale w żad­nym ra­zie nie będę źle mó­wić o wła­snym pre­zen­cie. Go­rącz­ko­wo, by do­dać so­bie ani­mu­szu, skręcam jo­in­ta, któ­ry pod­ci­na już i tak ra­chi­tycz­ne skrzy­dła ko­ka­iny. Ta mie­szan­ka, pod­la­na cie­pła­wym szam­pa­nem, nie ła­go­dzi mo­ich lęków.

Jest dwu­dzie­sta, La­ris­sy na­dal nie ma i za­czy­nam mieć nie­śmia­łą na­dzie­ję, że ulot­ni­ła się z moją for­są - myśl o pie­prze­niu się we dwo­je sta­je się na­gle bar­dziej pod­nie­ca­jąca niż ewen­tu­al­no­ść po­kpie­nia spra­wy we trój­kę. Jo­seph boi się tak samo jak ja. Gdy go przy­tu­lam, a w tam­tym cza­sie ro­bi­łam to co dwie mi­nu­ty, czu­ję, jak w jego pi­ęk­nej, sze­ro­kiej pier­si trze­po­cze wy­stra­szo­ne ser­ce.

Wbrew wszel­kim ocze­ki­wa­niom La­ris­sa wresz­cie lek­ko puka do na­szych drzwi, do­pro­wa­dza­jąc mnie nie­mal do mdło­ści. Dzi­ęki Bogu, po­kój jest za mały, bym mo­gła dys­kret­nie za­py­tać Jo­se­pha, co o niej sądzi - zresz­tą i tak je­ste­śmy zbyt spa­ni­ko­wa­ni, by się kon­sul­to­wać, za bar­dzo zlęk­nie­ni. La­ris­sa w bu­tach ma bli­sko metr osiem­dzie­si­ąt wzro­stu, jest o pó­łto­rej gło­wy wy­ższa od nas oboj­ga. Wi­dać wy­ra­źnie, że nie spo­dzie­wa­ła się tak ma­łe­go po­ko­ju, bo bez wąt­pie­nia przy­wy­kła do prze­ro­śni­ętych pro­por­cji naj­dro­ższych pa­ry­skich ho­te­li - i wła­śnie to po­win­nam była za­re­zer­wo­wać, apar­ta­ment w Rit­zu, któ­ry przy­tło­czy­łby nas bi­jącym po oczach luk­su­sem. Zro­bi­ła­bym to, gdy­by nie zruj­no­wa­ła mnie La­ris­sa; in­tym­na cia­sno­ta po­ko­ju sta­je się dła­wi­ąca, czu­ję za­że­no­wa­nie z po­wo­du je­dy­ne­go krze­sła, któ­re jej pod­su­wam, a my przy­sia­da­my na brze­gu łó­żka ni­czym dwie bia­łe gąski. La­ris­sa wy­gląda na wiel­ką i do­ros­łą, my zaś śmier­dzi­my nie­win­no­ścią na od­le­gło­ść. Od razu wi­dzi, jak bar­dzo je­ste­śmy mło­dzi i wy­stra­sze­ni. Naj­le­piej by­ło­by, gdy­by uda­ła, że ni­cze­go nie za­uwa­ży­ła, jed­nak psy­cho­lo­gia nie jest naj­wy­ra­źniej jej moc­ną stro­ną, po­nie­waż przy­gląda­jąc się dłu­go Jo­se­pho­wi, za­czy­na skrze­czeć po an­giel­sku: "Masz uko­ńczo­ne osiem­na­ście lat?".

I gdy obo­je ki­wa­my gło­wa­mi - Jo­seph czer­wo­ny, a ja obu­rzo­na - wi­dzę, jak moje na­dzie­je ob­ra­ca­ją się w pył. My­śla­łam, że mło­da, za­ko­cha­na w so­bie par­ka wyda się jej bar­dziej fu­chą na boku niż praw­dzi­wą pra­cą, ale w jej wiel­kich oczach lśni wy­ra­źnie po­bła­ża­nie i roz­ba­wie­nie - i na­gle zdej­mu­je mnie li­to­ść wo­bec nas sa­mych: mo­głam za­mó­wić ja­kąś mło­dą. De­biu­tant­kę, któ­ra nie po­tra­fi­ła­by roz­ró­żnić pra­cy od przy­jem­no­ści, albo pra­cy od do­świad­cze­nia, i któ­rą zwa­li­ła­by z nóg uro­da Jo­se­pha - za­pie­ra­jące dech pi­ęk­no zwie­rzęcia u szczy­tu mo­żli­wo­ści.

Ale za­pła­ci­łam; i znaj­du­ję się w nie­wy­god­nej po­zy­cji klien­ta, któ­ry zro­bi wszyst­ko, żeby wy­rwać kur­wie kil­ka gra­ti­so­wych ochła­pów. Po­nie­waż at­mos­fe­ra nie sprzy­ja spon­ta­nicz­nej or­gii, po­nie­waż ani Jo­seph, ani ja nie mamy chęci się na nią rzu­cać, za­czy­nam żmud­ną roz­mo­wę w an­gielsz­czy­źnie, któ­rą wszy­scy tro­je ma­sa­kru­je­my swo­imi to­por­ny­mi ak­cen­ta­mi.

Ni­g­dy do­tąd nie spo­tka­łam tak zim­nej ko­bie­ty; cho­ciaż się uśmie­cha i pry­cha, sły­sząc moje ża­ło­sne żar­ci­ki, cho­ciaż ma na so­bie tyl­ko ob­ci­słą su­kien­kę, jesz­cze ni­g­dy nie czu­łam wo­bec ni­ko­go ta­kie­go dy­stan­su. Koka, któ­rą pro­po­nu­ję jej uprzej­mie, a któ­rą ona rów­nie uprzej­mie przyj­mu­je, nie roz­ch­mu­rza jej, a wręcz do li­sty ci­ążących na nas za­rzu­tów do­rzu­ca igno­ran­cję no­wi­cju­szy, go­to­wych ku­pić ja­ki­kol­wiek bia­ły pro­szek, byle tyl­ko był wy­star­cza­jąco mia­łki. Ani bu­tel­ka szam­pa­na, któ­rą pod­kra­dłam ojcu, ani gram gów­na, usy­pa­ny w dwie ża­ło­sne kre­ski, nie mogą dzia­łać na na­szą ko­rzy­ść: "Wy­lu­zuj, baby, wci­ągnij tro­chę sło­dzi­ku, wy­pij kie­li­szek bąbel­ków!". Ach, ci nędza­rze...!

Czas pły­nie nie­ubła­ga­nie i nikt nie po­tra­fi zmie­nić sy­tu­acji; nie wiem, kto bar­dziej za­słu­gu­je na klap­sy: ci­ągle pa­pla­jąca ja, Jo­seph, któ­ry bawi się w di­dże­ja i pusz­cza mu­zy­kę z iPo­da, czy La­ris­sa (prze­cież to jej ro­bo­ta, do cho­le­ry), któ­ra roz­sia­da się z kie­lisz­kiem w dło­ni, opie­ra­jąc skrzy­żo­wa­ne nogi o skarb, na któ­ry z wiel­kim tru­dem odło­ży­łam po­nad po­ło­wę naj­ni­ższej kra­jo­wej. I my­śli so­bie za­pew­ne, że przy­naj­mniej zy­ska­ła już trzy kwa­dran­se - co by­ło­by zro­zu­mia­łe, gdy­by­śmy byli sta­ry­mi zbe­re­źni­ka­mi, ale czy mo­żna ma­rzyć o klien­te­li ła­twiej­szej do za­spo­ko­je­nia niż my? Już sam po­ca­łu­nek, krót­ki po­ca­łu­nek z mo­krym języcz­kiem wy­nió­słby nas obo­je na szczy­ty eks­ta­zy, ona na pew­no o tym wie, siłą rze­czy wy­czu­wa, że żad­ne z nas nie będzie od niej wy­ma­gać nie­mo­żli­wych wy­gi­ba­sów czy od­gry­wa­nia dur­nych ról. Po­nie­waż się po­ja­wi­ła, je­ste­śmy go­to­wi uda­wać, że za­do­wa­la nas nie­wie­le.

Wpraw­dzie nie ma w niej ani krzty spon­ta­nicz­no­ści, ani zdol­no­ści ak­tor­skich (bo spon­ta­nicz­no­ść mo­żna uda­wać, tak jak całą resz­tę), lecz mu­szę przy­znać, że ce­chu­je ją swo­ista wspa­nia­ło­my­śl­no­ść: mu­sia­ła wy­czuć, jak bar­dzo się tym gry­zę, bo po go­dzi­nie sama pro­si mnie, że­bym po­szła z nią do ła­zien­ki. To kło­po­tli­wy mo­ment, w któ­rym, nie­mal przy­kle­jo­na do mnie mi­ędzy ka­bi­ną a klo­ze­tem, La­ris­sa do­ma­ga się do­pła­ty resz­ty w po­sta­ci trzy­stu pi­ęćdzie­si­ęciu euro, a po­tem su­ge­ru­je, że­by­śmy się z Jo­se­phem umy­li. Co już obo­je zro­bi­li­śmy, wręcz nad­gor­li­wie, zdzie­ra­jąc so­bie skó­rę w pa­chwi­nach.

Ka­ska zgar­ni­ęta, La­ris­sa może za­czy­nać. Nie po­tra­fię my­śleć, co było da­lej, nie wy­bu­cha­jąc śmie­chem, i je­stem pew­na, że gdy­bym dziś roz­ma­wia­ła o tym z Jo­se­phem, je­śli mia­ła­bym mo­żli­wo­ść roz­ma­wia­nia z nim o czym­kol­wiek, śmia­li­by­śmy się obo­je. O, Chry­ste! Wy­bacz, Jo­seph. Gdy­bym wie­dzia­ła, ni­g­dy bym nas w to nie wci­ągnęła, ale tak bar­dzo chcia­łam spra­wić ci przy­jem­no­ść, tak bar­dzo chcia­łam dać ci w pre­zen­cie małą nie­wol­ni­cę, któ­rą mog­li­by­śmy so­bie ra­zem ob­ma­cy­wać.

Jak gdy­by na­gle wszyst­ko się zmie­ni­ło, jak gdy­by­śmy nie zmar­no­wa­li już sze­śćdzie­si­ęciu pro­cent cza­su na roz­mo­wę, La­ris­sa po­spiesz­nie ści­ąga su­kien­kę, a po­tem sia­da okra­kiem na Jo­se­phie. Ca­łu­je go w usta, no cóż, za­po­mnia­ła, że kur­wy tego nie ro­bią - i być może tkwi w tym jej oso­bi­sty wy­si­łek, że­by­śmy się od­pręży­li, być może zro­zu­mia­ła już, że nic wi­ęcej się nie zda­rzy...?

Jest to dla mnie, i za­wsze był, fa­scy­nu­jący wi­dok - usta inne niż moje na ustach Jo­se­pha. Choć nikt nie zwra­ca na mnie uwa­gi, roz­bie­ram się i wbi­jam w tę dziw­ną parę, któ­rą two­rzą. Ci­sza w pe­łni by nam wy­star­czy­ła, ale La­ris­sa wy­da­je z sie­bie zdzi­ro­wa­te po­miau­ki­wa­nia, jak w por­no­sie, a ja sta­ram się omi­jać wzro­kiem oczy Jo­se­pha - bo choć mil­cząco zga­dza­my się, że sy­tu­acja nie ma w so­bie nic sek­su­al­ne­go, gra­ni­ca dzie­ląca nas od hi­ste­rycz­ne­go śmie­chu robi się cien­ka jak per­ga­min. Na­wet na­sze po­ca­łun­ki brzmią fa­łszy­wie.

Ro­bię wszyst­ko, by pierw­sza chwy­cić go za spodnie, bo wiem, że nie będzie miał wzwo­du. Cały wy­si­łek wkła­dam w na­dzie­ję, że się mylę, jed­nak obiek­tyw­nie nie ma szans. Wiem, że będzie­my mo­gli już tyl­ko ogra­ni­czać stra­ty, i li­czę na swo­ją siłę per­swa­zji. Ale Jo­seph jest nie tyl­ko mi­ęk­ki - on, któ­ry ze mną za­wsze był do­sko­na­le twar­dy - ku­tas jak­by wsu­nął mu się w pod­brzu­sze; i wbrew mo­jej czu­ło­ści i moim sta­ra­niom tam po­zo­sta­je, wpa­tru­jąc się we mnie upar­cie jak dziec­ko, któ­re nie chce cho­dzić. Nie mogę za to wi­nić ani jej, ani jego, Jo­se­pho­wi jest co naj­mniej tak samo przy­kro jak mnie; to w ogó­le nie jest pod­nie­ca­jące. Erek­cja uczy­ni­ła­by ten cyrk mniej ża­ło­snym, ale czy wzwód z po­wo­du tej wiel­kiej ku­kły nie by­łby w złym gu­ście? Ja też się nie pod­nie­cam, w ak­cie naj­wy­ższej so­li­dar­no­ści.

Nikt bar­dziej od La­ris­sy nie od­bie­ga od tego, co po­do­ba mi się w ko­bie­tach. Ma ten iry­tu­jąco per­fek­cyj­ny wy­gląd, wspa­nia­łe, wy­so­ko unie­sio­ne pier­si, małą, lecz ide­al­nie okrągłą dup­kę, skó­rę bia­łą i de­li­kat­ną jak mle­ko, ca­łko­wi­cie bez­wło­są, nie li­cząc mi­ni­cip­ki, a w niej - nie­mal za­baw­ko­wa po­chwa, tak de­li­kat­na i czy­sta, że za­sta­na­wiam się, czy La­ris­sa nie doj­rze­wa ka­żde­go ran­ka na nowo. Na pró­żno szu­kam mi­ędzy jej po­ślad­ka­mi ja­kie­goś zwie­rzęce­go albo cho­ciaż ludz­kie­go za­pasz­ku, szcze­gó­łu, nie­do­sko­na­ło­ści, któ­ra tro­chę ją do mnie zbli­ży; ale jej od­byt mó­głby fi­gu­ro­wać na wi­tra­żu, przed któ­rym klęcza­ły­by tłu­my, to jest le­d­wo wi­docz­na dziur­ka, ró­żo­wa jak po­li­czek nie­mow­la­ka, neu­tra­li­zu­jąca swo­ją ślicz­no­ścią wszel­kie nie­czy­ste my­śli. A ja, roz­czo­chra­na, z roz­wi­chrzo­ny­mi wło­sa­mi ło­no­wy­mi, nie­na­kre­mo­wa­na, nie­wy­ma­lo­wa­na, śmier­dząca pa­pie­ro­sa­mi, za­chłan­nie wącham za­ka­mar­ki cia­ła tej zim­nej, wy­sta­wo­wej suki. Mi­kre roz­mia­ry jej łech­tacz­ki i warg sro­mo­wych, poza tym, że przy­pra­wia­ją mnie o po­twor­ną chan­drę, ko­ja­rzą mi się z czy­mś pra­wie nie­le­gal­nym. Je­dy­nie moja śli­na na­da­je smak jej szpar­ce, jak gdy­by La­ris­sa była tyl­ko na­czy­niem, przyj­mu­jącym kszta­łt i ko­lor fan­ta­zji ka­żde­go klien­ta, z du­szą ukry­tą gdzieś w cie­pe­łku, pod war­stwa­mi apa­tii. Na­wet w po­zy­cji sze­śćdzie­si­ąt dzie­wi­ęć, z nią na gó­rze, czu­ję się tyl­ko tak, jak­bym mia­ła na gło­wie mi­ni­ma­li­stycz­ny ka­pe­lusz; a Jo­seph, któ­re­go za­zwy­czaj ta po­zy­cja do­pro­wa­dza do sza­le­ństwa, pa­trzy na nas, pó­łtwar­dy, i za­sta­na­wia się, czy to sła­by film, czy ja­kiś kosz­mar. Na­ci­ąga­jąc mu szyb­ko gumę na ku­ta­sa, rzu­cam mu spoj­rze­nie mó­wi­ące: "Na mi­ło­ść do mo­ich sied­miu­set euro, zli­tuj się, ze­rżnij ją".

Jo­seph le­d­wo ją pe­ne­tru­je i za­raz wy­cho­dzi z niej mi­ęk­ki, spro­wa­dzo­ny do im­po­ten­cji przez jej lo­do­wa­te wnętrze, ale La­ris­sa, na­gle oży­wio­na, de­spe­rac­ko pra­gnąca do­ko­ńczyć ro­bo­tę z dwój­ką prze­klętych smar­ka­czy, chwy­ta go i go­rącz­ko­wo nim po­trząsa, prężąc się nad nim, jęcząc na całe gar­dło: "Come now, come for me", nie ba­cząc na to, co ja wi­dzę wy­ra­źnie: Jo­seph jest jak ni­g­dy da­le­ki od or­ga­zmu. Nie po­trze­ba do tego żad­nej szcze­gól­nej wie­dzy, wy­star­czy roz­sądek: nie sta­je mu, do kur­wy nędzy, co spra­wia nam wi­ęk­szy ból niż to­bie - i je­śli chcesz znać moje zda­nie, nie po­ma­ga mu uścisk two­ich ostrych pa­znok­ci, o nie, jak go znam, to się te­raz mo­dli, że­byś nie urwa­ła mu fiu­ta.

Jak, przy swo­ich wszyst­kich do­brych in­ten­cjach, mog­łam nas w to wci­ągnąć? Li­żąc gor­li­wie La­ris­sę, szu­kam jej oczu, na pró­żno, po­nie­waż Jo­seph, któ­ry ssie jej sut­ki, za­sła­nia mi pole wi­dze­nia. Je­stem w ko­ńcu zmu­szo­na za­ak­cep­to­wać myśl, że wca­le tak bar­dzo się nie ró­żni­my, i piesz­cząc jej nie­me uda, pró­bu­ję prze­ka­zać jej swo­je bła­ga­nie - La­ris­so, sio­stro moja, moja bli­źniacz­ko, zro­zum mnie, po­sta­raj się cho­ciaż przez chwi­lę, za­po­mnij o tym mężczy­źnie mi­ędzy nami, ab­sor­bu­jącym nas obie, choć z ca­łko­wi­cie in­nych po­wo­dów. By­łam tam, gdzie ty je­steś te­raz, oczy­wi­ście wku­rza­jące jest to, że mu nie sta­je, nie wia­do­mo, jak za­pe­łnić czas, któ­ry nam po­zo­stał. Iry­tu­je mnie to tak samo jak cie­bie. Ale chcę wie­rzyć, że mo­że­my jesz­cze, my dwie, na­pra­wić tę sy­tu­ację. La­ris­so, by­łaś w moim wie­ku, mia­łaś uko­cha­ne­go, może też mia­łaś w kie­sze­ni sie­dem­set euro, by zro­bić temu uko­cha­ne­mu am­bit­ny pre­zent. Chcia­łam dać mu, z two­ją po­mo­cą, or­gazm, któ­ry zwa­la z nóg, ale po­nie­waż ta mo­żli­wo­ść jest już te­raz stra­co­na, wy­star­czy­ło­by, gdy­byś prze­sta­ła wy­da­wać z sie­bie te prze­szy­wa­jące jęki, bo uwła­cza­ją in­te­li­gen­cji nas troj­ga; że­byś po­czu­ła, co z tobą ro­bię. Bo chy­ba dość miło jest tra­fić na ko­goś, kto robi ci mi­ne­tę, pod­czas gdy ty li­czy­łaś na lek­cję gim­na­sty­ki. Gdy­byś mo­gła na­gro­dzić mnie wes­tchnie­niem - cho­ciaż jed­nym, do dia­bła, gdy­byś po pro­stu po­ło­ży­ła mi dłoń na kar­ku, roz­sze­rzy­ła tę swo­ją mi­ni­cip­kę i po­ka­za­ła odro­bi­nę za­an­ga­żo­wa­nia, gdy­byś cho­ciaż uda­ła or­gazm, któ­ry mó­głby na­praw­dę zmy­lić pi­ęt­na­sto­lat­ka...! Czy je­steś w sta­nie do­strzec w jego mło­dych oczach na­dzie­ję na jed­ną chwi­lę tej spon­ta­nicz­no­ści, któ­rej nie mo­żna ku­pić? Na­wet bąk, La­ris­so, na­wet nie­kon­tro­lo­wa­ny wy­ciek ga­zów z twej ele­ganc­kiej pup­ki wy­star­czy­łby, żeby Jo­seph uznał cię za czło­wie­ka i by za­czął mu sta­wać.

Za­tem La­ris­sa uda­je or­gazm, wpa­so­wu­jąc się spryt­nie w mo­ment, w któ­rym Jo­seph do­kła­da swój język do mo­je­go po­środ­ku tej ta­bli­cy roz­dziel­czej, któ­ra u niej za­stępu­je srom. Mam wra­że­nie, że prze­ska­ku­je­my nad mi­kro­sko­pij­ny­mi za­ko­ńcze­nia­mi ner­wo­wy­mi jej łech­tacz­ki, któ­ra praw­do­po­dob­nie świet­nie re­ago­wa­ła­by na pió­ro wró­bla. No, ale do­bra, sy­mu­lu­je, i to w nie­zbyt ubli­ża­jący nam spo­sób. I kie­dy Jo­seph robi minę my­śli­we­go, któ­ry na­resz­cie czu­je, że te­raz pora na nie­go, pięć ku­rew­skich mi­nut przed ko­ńcem umó­wio­ne­go cza­su, lek­ko za­ró­żo­wio­na La­ris­sa sia­da i do­bi­ja go z zim­nym uśmie­chem. "Słu­chaj, mam wra­że­nie, że twój mały przy­ja­ciel jest zmęczo­ny...".

"Mały przy­ja­ciel" - co uświa­da­miam so­bie w osłu­pie­niu - nie jest okre­śle­niem Jo­se­pha, lecz jego ku­ta­sa. I on, i ja uśmie­cha­my się głu­pio, stęża­li ze wsty­du, a jego ku­tas kła­dzie uszy po so­bie i wra­ca do kry­jów­ki, zmęczo­ny złym trak­to­wa­niem.

Gdy La­ris­sa wresz­cie wy­cho­dzi, trud­no opi­sać gęsto­ść ci­szy, jaka za­le­ga po trza­śni­ęciu drzwia­mi. Nie­ma­lże boję się spoj­rzeć Jo­se­pho­wi w oczy; wy­bu­cha­my śmie­chem - bo tyl­ko to nam już zo­sta­ło. Sie­dem­set euro! Ile mo­głam mu za to ku­pić par dżin­sów April 77, tych, w któ­rych za­wsze mu sta­wał? Taki wy­da­tek uszczęśli­wi­łby przy­naj­mniej jed­no z nas dwoj­ga, za­miast spra­wić, że czu­je­my się jak dwa nie­do­świad­czo­ne ob­szczy­mur­ki, a ja w do­dat­ku jak je­leń.

Jed­nak La­ris­sa do­ko­na­ła cudu, o któ­rym ni­g­dy się nie do­wie. Na­gle, bez tego lo­do­wa­te­go po­wie­wu, któ­ry za­bra­ła ze sobą, po­wsta­je z po­pio­łów cie­pło nas dwoj­ga, a myśl, że mo­gli­by­śmy upra­wiać mi­ło­ść, tyl­ko Jo­seph i ja, i ro­bić to jak zwy­kle, tak do­brze, że aż łzy na­pły­wa­ją nam do oczu, jest tak strasz­nie pod­nie­ca­jąca, jak gdy­by­śmy ni­g­dy na­wet się nie ca­ło­wa­li.

- Cho­dź tu, mój my­śliw­cu - mru­czy Jo­seph, wy­ci­ąga­jąc do mnie ra­mio­na - pi­ęk­ne ra­mio­na wy­rze­źbio­ne przez mi­ło­ść i przez rok na si­łow­ni, ra­mio­na, przez któ­re, gdy­bym była dziw­ką, zre­zy­gno­wa­ła­bym z ja­kiej­kol­wiek za­pła­ty.

Jego ku­tas jest tak twar­dy, że za­raz pęk­nie.

- Wi­dzia­łeś, jaką mia­ła gład­ką skó­rę? - py­tam, wy­pi­na­jąc ty­łek uwi­ęzio­ny w jego roz­cza­pie­rzo­nych du­żych dło­niach skrzyp­ka.

- Fakt, mia­ła gład­ką skó­rę - zga­dza się Jo­seph. - Wręcz za gład­ką, nie?

Wgry­za się w mój po­śla­dek. Wy­da­ję z sie­bie pisk pro­te­stu, któ­re­go nie na­le­ży ro­zu­mieć do­słow­nie, i nie pro­szę go, żeby prze­stał. Jo­seph wpy­cha swój pi­ęk­ny nos mi­ędzy moje nogi i za­chłan­nie węszy. Uno­szę spód­ni­cę, żeby zo­ba­czyć jego uśmiech­ni­ęte, błysz­czące oczy.

- Wi­dzia­łeś, jaką mia­ła małą cip­kę?

Jo­seph kiwa gło­wą, za­to­pio­ną w cha­osie warg sro­mo­wych i owło­sie­nia ło­no­we­go w nie­ła­dzie.

- Na­dal nie je­stem prze­ko­na­na, czy tam w ogó­le była ja­kaś łech­tacz­ka.

- Do­łu­ją mnie ta­kie cip­ki. Na­wet u ma­łych dziew­czy­nek są le­piej ukszta­łto­wa­ne.

- Skąd wiesz, zbe­re­źni­ku?

Jego kły lśnią, a ja wzdy­cham:

- Jej dupa nie mia­ła za­pa­chu...!

- Za to two­ja...

Czu­bek jego nosa wy­sta­je spo­nad mo­je­go ty­łka, a on bie­rze nie­ko­ńczący się wdech i przy­my­ka po­wie­ki, jak na szczy­cie góry.

- Do­tknij, spraw­dź, jak mi sta­je.

- Rze­czy­wi­ście! Dla­cze­go te­raz?

- To przez two­ją dziur­kę w du­pie.

Ko­niu­szek jego ku­ta­sa roz­su­wa lek­ko ujście mo­jej cip­ki, mam usta pe­łne śli­ny, pe­łne spro­śnych słów. Jed­na tyl­ko rze­czy­wi­sto­ść wy­le­wa się z pre­zen­tu uro­dzi­no­we­go dla za­ko­cha­ne­go chłop­ca:

- Czy mogę cię zmal­tre­to­wać na swo­je dwu­dzie­ste pierw­sze uro­dzi­ny?

Co to jest sie­dem­set euro? Ile jest wart w po­rów­na­niu z tą nędz­ną sumą za­pach Jo­se­pha, czas, któ­ry sta­je w miej­scu i tra­ci ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie, i to, że kle­imy się do sie­bie, ogłu­sze­ni roz­ko­szą, któ­ra jak ni­g­dy do­tąd przy­po­mi­na śmie­rć - choć ta per­spek­ty­wa nie prze­ra­ża nas ani przez mo­ment.

Ale od­bie­gam od te­ma­tu.

Obec­no­ść La­ris­sy, cie­nia rzu­co­ne­go na śro­dek świe­tli­stej pla­my na­szej mi­ło­ści, nie prze­szko­dzi­ła nam w spędze­niu uro­kli­we­go week­en­du, roz­ci­ągni­ęte­go mi­ędzy ko­tłu­jącym się ro­man­ty­zmem a pier­sią kacz­ki, któ­rą de­lek­to­wa­li­śmy się dzień pó­źniej na ta­ra­sie knajp­ki przy rue Ri­vo­li. Knajp­ki, któ­ra - przy­pa­dek lub nie - była przez czte­ry lata na­szym schro­nie­niem; to tu li­za­li­śmy rany po wszyst­kich kłót­niach, wszyst­kich dra­ma­tach, tu uczy­li­śmy się ko­chać na nowo przy bu­tel­ce zbyt słod­kie­go co­te­aux-du-lay­on, któ­re czy­ni­ło z nas isto­ty za­my­ślo­ne, sen­ty­men­tal­ne. Jo­seph przy­cho­dził wku­rzo­ny, zde­gu­sto­wa­ny moją oso­bą, lecz wy­star­czy­ło, że umo­czył war­gi w tym nek­ta­rze - pod­czas gdy ja mo­dli­łam się, by Stwór­ca po­zwo­lił mi jesz­cze choć raz po­czuć ła­skę po­ca­łun­ku tych prze­pi­ęk­nych ust - a jego na­bur­mu­szo­ne oczy na­tych­miast roz­świe­tla­ła iskier­ka przy­jem­no­ści; i już był go­tów roz­ma­wiać, słu­chać, jak wy­le­wam z sie­bie ża­ło­sne i bez­na­dziej­ne tłu­ma­cze­nia re­cy­dy­wist­ki nie­wier­no­ści. I ta al­ko­ho­lo­wa piesz­czo­ta pod­po­wia­da­ła mu szep­tem, że na­praw­dę nie trze­ba mieć do mnie żalu. Że nie trze­ba wie­rzyć w to, cze­go zda­ją się do­ty­czyć moje kłam­stwa. Że go ko­cham.

Jed­no z kłamstw po­wta­rza­nych przez te czte­ry lata do­ty­czy­ło spo­tkań z Ar­thu­rem. Jo­seph ni­g­dy nie uwie­rzył, że Ar­thur i ja już się nie pie­przy­my. Po raz enty uwi­kła­łam się w ja­kąś wy­my­śl­ną buj­dę, żeby tyl­ko pó­jść i opró­żnić z Ar­thu­rem kil­ka bu­te­lek ró­żo­we­go wina - bo ko­muż in­ne­mu mo­gła­bym opo­wie­dzieć o tym ża­ło­snym wy­czy­nie? Gdy kil­ka dni pó­źniej, sie­dząc u nie­go na ka­na­pie, przed­sta­wi­łam mu całą przy­go­dę co do naj­drob­niej­sze­go szcze­gó­łu - my­śla­łam, że ni­g­dy nie prze­sta­nie się śmiać. Śmiech Ar­thu­ra oczysz­czał mnie z gnie­wu:

- Co ci strze­li­ło do gło­wy, że wzi­ęłaś Ro­sjan­kę?

- Wiem. Chcia­łam, żeby była ład­na.

- Ro­sjan­kę, któ­ra uma­wia się z tobą w Café de la Paix!

- Wiem, kur­wa. Wiem. Nie do­bi­jaj mnie.

- Ro­sjan­ki są dla zo­bo­jęt­nia­łych biz­nes­me­nów. Nie wiem, nie masz ja­kie­jś ko­le­żan­ki, któ­rą to by mo­gło kręcić...

- Nie, nie mam ko­le­ża­nek w tym sty­lu. Wiesz, jak trud­no jest za­pro­po­no­wać kum­pe­li, żeby prze­spa­ła się z two­im fa­ce­tem? A na­wet, przyj­mu­jąc, że by­ła­by za­in­te­re­so­wa­na, trze­ba jesz­cze ją prze­ko­nać, żeby to od­by­ło się w okre­ślo­nym dniu, w okre­ślo­nym cza­sie i bez uprzed­nie­go spo­tka­nia... Nie, to jest mi­sja dla kur­wy, nie wi­dzę ni­ko­go lep­sze­go do ta­kie­go za­da­nia.

- Tak, ale ty masz w sto­sun­ku do kur­wy za duże ocze­ki­wa­nia. I w su­mie nie­wa­żne - Ro­sjan­ka czy nie. Dla tych dziew­czyn to zwy­kła pra­ca. Wy­obra­żasz so­bie, co by było, gdy­by za­wsze mia­ły ocho­tę?

- Chcesz mi po­wie­dzieć, że mło­da par­ka, taka jak my, ni­czym się nie ró­żni od gru­be­go ob­le­cha po sze­śćdzie­si­ąt­ce?

- Dla nas się ró­żni, bo nie je­ste­śmy kur­wa­mi. Dla niej na pew­no ten obo­wi­ązek był mniej przy­kry z lu­dźmi ta­ki­mi jak wy, lecz w grun­cie rze­czy może było jej trud­niej, bo nie jest przy­zwy­cza­jo­na do mło­dych pa­rek. Tak naj­wy­ra­źniej to wy­gląda­ło.

Przez chwi­lę za­sta­na­wia­łam się in­ten­syw­nie, co mi się często zda­rza z Ar­thu­rem, bo jego głos ma często­tli­wo­ść zdol­ną wpły­wać na zmia­nę na­wet naj­bar­dziej utrwa­lo­nych opi­nii.

- Chcę tyl­ko po­wie­dzieć, że za­wód kur­wy po­le­ga mimo wszyst­ko na ofe­ro­wa­niu ilu­zji.

- Wła­śnie to do­sta­łaś. Ilu­zję.

- Mam na my­śli ilu­zję, w któ­rą mo­żna uwie­rzyć. A nie cyrk, któ­ry z da­le­ka śmier­dzi oszu­stwem.

- Mimo wszyst­ko po­zo­sta­je ilu­zją, bo taka jest umo­wa. Wiesz o tym. Ale może ko­bie­ta jest mniej ła­two­wier­na od mężczy­zny i może trud­niej ją za­spo­ko­ić. Oczy­wi­ście le­piej, gdy ro­bo­ta jest do­brze wy­ko­na­na i mo­żna mieć wąt­pli­wo­ści, ale my­ślę, że fa­ce­ci mil­cząco go­dzą się z fak­tem, że to ko­me­dia. Za­pew­niam cię, że pa­nien­ki przy Por­te Ma­il­lot, te, któ­re ob­ci­ąga­ją w sa­mo­cho­dzie, nie wy­si­la­ją się za bar­dzo, żeby uda­wać. - Ar­thur unió­sł brew. - Ale wiesz, to kosz­tu­je trzy­dzie­ści euro.

- Ach! - wrza­snęłam.

- A ty ile za­pła­ci­łaś?

- Sie­dem­set za dwie go­dzi­ny.

Ar­thur zno­wu wy­buch­nął śmie­chem i tym ra­zem mnie zde­ner­wo­wał.

- Prze­stań.

- O, kur­de! Sie­dem stów?

- Przy­pusz­czam, że za sie­dem stów mia­łam pra­wo żądać co naj­mniej Co­médie-Fra­nça­ise.

- Ależ ma się ro­zu­mieć, ksi­ężnicz­ko.

- Bo prze­cież zgo­da, to jest ro­bo­ta, ale gdy ktoś tak świet­nie za­ra­bia, to mó­głby się cho­ciaż zdo­być na zwy­kłą życz­li­wo­ść, nie?

- Życz­li­wo­ść! Słu­cha­jąc cię, czu­ję, że wcho­dzi­my w ja­kiś bły­sko­tli­wy kon­cept.

- Ja w ka­żdym ra­zie tak bym ro­bi­ła. Gra­ła­bym na wy­so­kim C.

- Wia­do­mo, by­ła­byś cu­dow­ną dziw­ką. Naj­lep­szą ze wszyst­kich.

- Tego nie po­wie­dzia­łam.

- Ale ja po­wie­dzia­łem.

Tam­te­go wie­czo­ru nie ro­bi­li­śmy z Ar­thu­rem ni­cze­go zdro­żne­go i do ko­ńca ży­cia będę się trzy­mać tej wer­sji.

Vous qui pas­sez sans me voir, Jean Sa­blon

Wczo­raj. Je­stem z sy­nem, któ­ry me­to­dycz­nie opró­żnia swo­ją sza­fę z ubrań, w cza­sie gdy ja ście­lę mu łó­żko. Szu­kam ja­kie­jś kapy - na tyle du­żej, że przy­kry­je cały ma­te­rac - i pierw­szą rze­czą, jaka rzu­ca mi się w oczy w ko­mo­dzie sto­jącej w przed­po­ko­ju, jest na­rzu­ta trzy me­try na trzy, któ­rą ku­pi­łam pod­czas li­kwi­da­cji Domu. Cze­ka tu cier­pli­wie od pi­ęciu mie­si­ęcy, upcha­na byle jak, nie­wy­pra­na.

"Nie po­mo­gła­byś mi roz­ło­żyć na­rzu­ty?" - pyta Inge, sta­jąc w drzwiach Po­ko­ju Czer­wo­ne­go. Na­rzu­ta, do­pie­ro co wy­jęta z su­szar­ki, jest cie­pła i nie­mal żyje w na­szych dło­niach, to ja ją wło­ży­łam do pral­ki, bo je­den klient wy­lał na nią ole­jek, i te­raz Inge i ja, sto­jąc po obu stro­nach ol­brzy­mie­go łó­żka, sta­ran­nie wy­gła­dza­my dło­ńmi ka­żdą fa­łdę. Roz­ma­wia­my - o czym? Nie dam rady so­bie przy­po­mnieć. Ale je­stem w do­brym na­stro­ju, tro­chę prze­go­ni­łam gra­fik, zresz­tą i tak już pra­wie ko­ńczę. Inge roz­chy­la za­sło­ny z or­gan­dy­ny, żeby prze­wie­trzyć po­kój; świa­tło na ze­wnątrz mie­ści w so­bie cały splen­dor pó­źne­go lata, jesz­cze nie ma po­ma­ra­ńczo­we­go od­cie­nia, ale już pra­wie nad­na­tu­ral­nie lśni. "Scho­dzę na dół, na ra­zie" - mó­wię do Inge i wkła­dam czar­ny płaszcz, Inge od­po­wia­da, jak to ma w zwy­cza­ju, śpie­wa­jąc, za­my­ka­ją się drzwi, a na scho­dach uno­si się jesz­cze zwie­trza­ły za­pach prosz­ku do pra­nia i na­gich ciał.

I ten wła­śnie za­pach prze­trwał, uwi­ęzio­ny w na­rzu­cie, cu­de­ńku, któ­re ku­pi­łam za pięć euro - tyle co nic - gdy trze­ba było za­mknąć Dom, a sze­fo­wa po­sta­no­wi­ła od­sprze­dać nam wszyst­ko za bez­cen, za­nim wła­ści­cie­le in­nych bur­de­li przyj­dą i za­czną bu­szo­wać w na­szych rze­czach.

Przy­nio­słam na­rzu­tę do domu jak szcze­nia­ka po­rzu­co­ne­go na au­to­stra­dzie i dłu­go utrzy­my­wa­łam, że nie mogę jej wy­prać, bo mam za małą pral­kę. Lecz tak na­praw­dę bro­ni­łam się przed tym w oba­wie, że utra­cę ten za­pach. Bez nie­go by­ła­by tyl­ko śred­nio gu­stow­ną dra­pe­rią, za dużą na co­kol­wiek, nie­po­trzeb­ną płach­tą, któ­rej nie po­tra­fi­ła­bym wy­rzu­cić. A te­raz pro­szę - duża fa­łda po­środ­ku, do­pó­ki do­sko­na­le jej nie wy­gła­dzę, będzie nada­wać mo­je­mu ma­te­ra­co­wi nie­po­rząd­ny wy­gląd. Nie ba­cząc na Mło­de­go, za­jęte­go opró­żnia­niem sza­fy, za­nu­rzam twarz w tych pach­nących fa­łdach, a w gło­wie, ni­czym dzie­ci­ęcy bąk, wi­ru­ją mi barw­ne wspo­mnie­nia. Oczy­wi­ście czu­ję też pro­szek do pra­nia i mo­gła­bym od­na­le­źć tę samą mar­kę, gdy­bym tyl­ko mia­ła czas, ener­gię i wy­star­cza­jąco mało skru­pu­łów, by na­rzu­cić swo­jej ro­dzi­nie zna­jo­my za­pa­szek bur­de­lu, w któ­rym pra­co­wa­łam przez dwa lata. Ale skąd wzi­ąć kwa­śna­wy ak­cent woni zgrza­nych mężczyzn, wi­jących się, jęczących dziew­czyn, potu, śli­ny i in­nych ludz­kich wy­dzie­lin, któ­re za­schły na włók­nach, oraz du­szącą, cza­sem nie­zno­śną nutę nie­bie­skie­go my­dła, uży­wa­ne­go przez klien­tów w ła­zien­ce? Na­wet gdy­bym jej nie pra­ła, na­rzu­ta, wy­sta­wio­na na dzia­ła­nie po­wie­trza w po­ko­ju, prze­si­ąkła­by w ko­ńcu za­pa­chem Mło­de­go, du­chy Domu (do któ­rych na­le­żę) ulot­ni­ły­by się i dzień po dniu wy­chwy­ty­wa­ła­bym co­raz sub­tel­niej­szą stru­żkę, aż ha­fto­wa­na płach­ta trzy me­try na trzy prze­isto­czy­ła­by się w dzie­wi­czą kan­wę pach­nącą pam­per­sa­mi i czy­stym nie­mow­lęcym cia­łkiem.

Mu­sia­ła­bym za­kon­ser­wo­wać tę na­rzu­tę jak śre­dnio­wiecz­ną ksi­ęgę i roz­kła­dać ją z za­cho­wa­niem wszel­kich środ­ków ostro­żno­ści, w opty­mal­nych wa­run­kach, bez na­ra­ża­nia jej na gwa­łtow­ne ru­chy i świa­tło. Bio­rąc ją do sie­bie, mia­łam nie­ja­sne prze­świad­cze­nie, że nie za­mkną Domu, że w ostat­niej chwi­li coś albo ktoś nas oca­li, że znaj­dą się inne ru­pie­cie do ko­cha­nia i da­rze­nia nie­na­wi­ścią - i że na­wet je­śli Dom znik­nie, to od­ro­dzi się gdzie in­dziej. Tak wie­le prze­nio­słam do swo­je­go miesz­ka­nia - łó­żko Śnie­żki, lu­stra, szaf­kę noc­ną, sto­lik do kawy, ręcz­ni­ki, mały wen­ty­la­tor - wie­rząc, że dzi­ęki temu pa­mi­ęć o Domu prze­trwa. Jed­nak przed­mio­ty po­tra­fią akli­ma­ty­zo­wać się w spo­sób nie­zwy­kle wdzi­ęcz­ny i dys­kret­ny...

Gdy od­wie­dzi­ła nas bab­cia, spy­ta­ła za­chwy­co­na, gdzie zna­le­źli­śmy ta­kie pi­ęk­ne i so­lid­ne łó­żko; za­sko­czo­na na­po­mknęłam coś o pchlim tar­gu w Re­inic­ken­dor­fie, mimo że wszyst­ko w tym łó­żku krzy­cza­ło "bur­del". Bo któż mógł pra­gnąć lu­stra wbu­do­wa­ne­go w we­zgło­wie ozdo­bio­ne ro­man­tycz­ny­mi od­le­wa­mi go­łębi i ukwie­co­nych wie­ńców lau­ro­wych? Jed­nak tu­taj, w po­ko­ju, wy­zu­te z ża­ło­sne­go ero­ty­zmu, łó­żko wy­gląda­ło skrom­nie jak nie­ocze­ki­wa­ny, tani, oka­zyj­ny za­kup i gdy oświad­czy­łam, że kosz­to­wa­ło za­le­d­wie trzy­dzie­ści euro, bab­cia po­wtó­rzy­ła, że jest na­praw­dę uro­cze. Jak nam się uda­ło je tu­taj wnie­ść?

"Och, to była nie­opi­sa­na męczar­nia" - usły­sza­łam włas­ny głos. Tego dnia strasz­nie lało i wsta­li­śmy o siód­mej, by wy­po­ży­czyć fur­go­net­kę na dru­gim ko­ńcu Ber­li­na, bo by­łam bar­dzo za­chłan­na i oprócz łó­żka mu­sie­li­śmy prze­wie­źć jesz­cze czte­ry lu­stra, dwa sto­ły i spo­rą ilo­ść ru­pie­ci, któ­rych bym na­wet nie ob­da­rzy­ła spoj­rze­niem, gdy­bym nie ob­co­wa­ła z nimi w tym domu. Za­par­ko­wa­li­śmy na chod­ni­ku tuż przed drzwia­mi, przez któ­re wcho­dzi­ły i wy­cho­dzi­ły moje ko­le­żan­ki po fa­chu oraz gru­pa ro­syj­skich ro­bot­ni­ków, uzbro­jo­nych w miar­ki i w śru­bo­kręty. Po raz pierw­szy wi­dzia­łam te drzwi tak roz­pacz­li­wie zie­jące mi­ędzy dwie­ma ku­la­mi buksz­pa­nu. Pa­no­wał tu na­strój nie prze­pro­wadz­ki, lecz upa­dło­ści, eg­ze­ku­cji ko­mor­ni­czej i pa­nicz­nej uciecz­ki. Pierw­sze pi­ętro było już ca­łkiem pu­ste. Prze­cho­dząc obok, Jut­ta omio­tła po­miesz­cze­nie smut­nym po­włó­czy­stym spoj­rze­niem i wes­tchnęła: "To ci stra­ta, co nie?". Wy­szła, twier­dząc, że jest umó­wio­na, ale my­ślę, że przede wszyst­kim nie mo­gła pa­trzeć, jak łó­żko zni­ka z jej po­ko­ju. De­mon­taż za­jął nam go­dzi­nę, bo me­bel skła­dał się z trzech nie­wia­ry­god­nie ci­ężkich ele­men­tów, ab­so­lut­nie nie­prze­zna­czo­nych do trans­por­tu. Ktoś wy­my­ślił go spe­cjal­nie do tego po­ko­ju, któ­re­go nie miał ni­g­dy opusz­czać. Rama zro­bio­na jest ze zwy­kłych li­tych de­sek, mo­żna po niej ska­kać z ca­łych sił i ni­g­dy nie za­skrzy­pi, w tym celu po­wsta­ła, jest po to, by zno­sić gwa­łtow­ne ru­chy, moc­ne do­pchni­ęcia, noce po­ślub­ne, dzi­kie i chwi­lo­we uści­ski - a nie po to, by na tym łó­żku spać. Swo­ją dro­gą to wła­śnie dla­te­go tak do­brze się na nim za­sy­pia. Za­pa­da­my się w nie, obez­wład­nie­ni wy­czer­pa­niem wszyst­kich lu­dzi, któ­rzy ba­rasz­ko­wa­li tu w ci­ągu czter­dzie­stu lat. Ale o tym nie wie nikt - poza mną. A mnie za­wsze scho­dzi tro­chę cza­su, za­nim za­mknę oczy, bo na chwi­lę za­po­mi­nam o zmęcze­niu, zdjęta po­trze­bą przej­rze­nia się w lu­strze. Gdy od­wra­cam gło­wę, mam wra­że­nie, że za ku­la­mi mo­ich ku­sząco wy­pi­ętych po­ślad­ków zo­ba­czę bia­łą ko­mo­dę, gdzie Inge trzy­ma­ła po­ściel, lamp­kę w kszta­łcie gwiaz­dy, prze­sło­dzo­ny por­tret blon­dy­ny wy­gląda­jącej przez okno, i już nie­mal sły­szę mu­zycz­ną pap­kę, któ­ra sączy­ła się z gło­śni­ków, a któ­rą za­głu­sza­łam wła­sną play­li­stą z od­twa­rza­cza hi-fi. Tam­te­go dnia my­śla­łam już, że ni­g­dy nie wy­do­sta­nie­my łó­żka z po­ko­ju. Że trze­ba je będzie po­ka­wa­łko­wać, jak to ro­bio­no kie­dyś z dzie­ćmi, gdy od­wra­ca­ły się po­ślad­ka­mi i nie mo­żna ich było uro­dzić. Na­wet po od­kręce­niu pi­ęćdzie­si­ęciu śru­bek rama pękła, gdy pró­bo­wa­li­śmy ją pod­nie­ść. Nie da­li­śmy rady i mu­sie­li­śmy za­wo­łać na po­moc pi­ęciu Ro­sjan, de­mon­tu­jących inne łó­żko w in­nym po­ko­ju. Wy­gląda­li jak gra­ba­rze. Spoj­rza­łam na par­kiet, ja­śniej­szy w miej­scu, w któ­rym sta­ło łó­żko, i po­my­śla­łam, że kie­dy te klep­ki ostat­nio wdzia­ły świa­tło, sze­fo­wa była mło­dziut­ką ko­bie­tą, a trzech czwar­tych dziew­czyn, któ­re prze­wi­nęły się przez ten po­kój, nie było jesz­cze na świe­cie. Kurz był tak samo sta­ry. Za­ła­do­wa­li­śmy fur­go­net­kę i ru­szy­li­śmy wy­ko­ńcze­ni, upa­pra­ni, i wte­dy po raz ostat­ni wi­dzia­łam tam­tą ka­mie­ni­cę, tam­te po­ko­je, tam­te kule buksz­pa­nu, uli­cę Wil­mers­dorf, i po raz ostat­ni czu­łam tam­ten za­pach.

Za­miast to wszyst­ko opo­wie­dzieć, brnę w hi­sto­ryj­kę o opatrz­no­ścio­wym pchlim tar­gu, na któ­rym dwa lu­stra, kosz­tu­jące wy­jścio­wo czte­ry­sta euro (jak po­da­je met­ka na od­wro­cie), zo­sta­ły nam od­stąpio­ne za dwa­dzie­ścia pro­cent ceny. I ta lam­pa, i te ręcz­ni­ki, i te pod­staw­ki... je­dy­ną rze­czą, któ­ra na­praw­dę pach­nie bur­de­lem, jest na­rzu­ta; ukry­wam ją jak suk­nię na ślub, od­wo­ła­ny z tra­gicz­ne­go po­wo­du. Nie mo­gła­bym wy­tłu­ma­czyć jej za­ku­pu, tak bar­dzo nie tra­fia w mój gust. Jej war­to­ść jest czy­sto sen­ty­men­tal­na. A sen­ty­men­ty te wy­da­ją się nie­mo­żli­we do wy­tłu­ma­cze­nia - i dla­te­go pi­szę tę ksi­ążkę.

Poza tym nie mam wy­bo­ru, bo Mło­dy wła­śnie rzu­cił mi się w ra­mio­na, go­lu­sie­ńki, tuż po kąpie­li, i ob­fi­cie ob­si­kał na­rzu­tę - więc te­raz mu­szę ją wy­prać. Za­wsze mo­żna li­czyć na dzie­ci w kwe­stii za­mkni­ęcia roz­dzia­łów, któ­rych nie chce­my jesz­cze za­my­kać. W tym miej­scu za­czy­na się roz­sta­nie.

I moja ksi­ążka.

Se­ason of the Witch, Do­no­van

Kiedy tak na­praw­dę za­częłam o tym my­śleć? Wpa­da­łam w ży­ciu na ró­żne dur­ne po­my­sły, ale zda­je się, że ten mia­łam w gło­wie za­wsze, bar­dziej lub mniej świa­do­mie.

Może po­ja­wił się po pro­stu dwa­dzie­ścia pięć lat temu, w No­gent, po­wiedz­my, 14 grud­nia. A może de­ka­dę pó­źniej, gdy od­ró­żnia­łam już małe dziew­czyn­ki od ko­biet. A może wte­dy, gdy za­częłam czy­tać. A może, gdy do­ta­rło do mnie, że nie za­trzy­mam przy so­bie Jo­se­pha, i szłam sama, smut­na, sze­ro­ki­mi uli­ca­mi Ber­li­na, ca­ły­mi w szro­nie. Ta po­wie­ść mo­gła­by za­czy­nać się do­kład­nie w tym miej­scu. Stépha­ne, któ­ry mnie od­wie­dził i na pew­no bar­dzo tego ża­łu­je, śpi moc­no obok i nie dość, że mi za­brał całą kołd­rę, to jesz­cze wy­da­je głu­che, zna­czące chrap­ni­ęcia. Sko­ro nie je­stem w sta­nie za­snąć obok mężczy­zny, któ­ry chra­pie, a chra­pie rów­nież dla­te­go, że nie jest naj­młod­szy, to ozna­cza, że po raz ko­lej­ny zbłądzi­łam; że wbrew wszel­kim ocze­ki­wa­niom i po­mi­mo mi­ło­ści, jaką da­rzę Stépha­ne'a, tym, cze­go mi trze­ba, jest chło­pak o nie­zat­ka­nych, no­wiut­kich za­to­kach - ina­czej mó­wi­ąc, chło­pak w moim wie­ku. Czy to w ogó­le mo­żli­we?

Fakt, jest Jo­seph. Jo­seph - po­wta­rza­nie tego imie­nia w ciem­no­ści, bez­gło­śne wy­po­wia­da­nie go, by po­czuć piesz­czo­tę mu­ska­jących się na­wza­jem warg, spra­wia mi ból, któ­re­go nie po­tra­fię na­zwać. I być może tak jest le­piej. Może nie po­win­nam mie­szać Jo­se­pha do tej opo­wie­ści. Gdy ktoś od­cho­dzi, jest tak, jak­by uma­rł - tyl­ko nie mo­żna od­być ża­ło­by, bo myśl, że ta oso­ba na­dal żyje, i to gdzieś nie­da­le­ko, lecz po­sta­no­wi­ła prze­stać dla nas ist­nieć, bez­u­stan­nie sy­pie sól na na­sze rany. To jest śmie­rć. I przy­czy­ni­łam się do śmier­ci Jo­se­pha, tak jak stop­nio­wo przy­czy­nia­łam się do za­bi­ja­nia wszyst­kich lu­dzi, któ­rych ko­cham.

Ro­zu­miem jego wo­bec mnie nie­na­wi­ść, jego nie­na­wi­ść, któ­ra w po­rów­na­niu z moją do sa­mej sie­bie wy­gląda jak mgli­sta an­ty­pa­tia. Wy­je­cha­łam do Ber­li­na, bo je­stem tchó­rzem i nie zna­la­złam in­ne­go spo­so­bu, by dać mu do zro­zu­mie­nia, że nie ma dla mnie na­dziei. Że nie ma dla nas na­dziei. By­łam prze­ko­na­na, że znaj­dę tu, w tym mie­ście, lu­dzi po­dob­nych do mnie. Nie wiem jesz­cze, czy ist­nie­ją na świe­cie lu­dzie tacy jak ja, ale uli­ca bez­ustan­nie mnie woła, krzy­cząc gło­śno, wy­ko­rzy­stu­jąc naj­mniej­szy pre­tekst. Od­kąd od­sze­dł Jo­seph, mam wra­że­nie, że wstrzy­mu­ję od­dech, do­pó­ki nie je­stem na ze­wnątrz, nie cho­dzę. A te­raz, gdy Stépha­ne śpi, tak moc­no, jak tyl­ko to mo­żli­we, nie wi­dzę ni­cze­go, co mo­gło­by prze­szko­dzić mi w za­czerp­ni­ęciu no­we­go od­de­chu. Ubie­ram się za­tem, by uciec. Gdy nie było tu jesz­cze Stépha­ne'a, umie­ra­łam z sa­mot­no­ści - wy­star­czy­ło jed­nak, że się po­ja­wił, a ja już tęsk­nię za samą sobą, tak jak wte­dy, gdy ktoś, kto­kol­wiek, ocze­ku­je, że będę mu to­wa­rzy­szyć. Stąd wła­śnie te na­głe uciecz­ki - i wszyst­ko, łącz­nie z chrzęstem sznu­ró­wek, któ­re wi­ążę, wstrzy­mu­jąc od­dech, aż do strzy­ka­nia w ko­la­nach, gdy ku­cam po to­reb­kę, zda­je się dzia­łać na moją nie­ko­rzy­ść, a sprzy­jać oso­bie, któ­ra śpi. Lecz, dzi­ęki Bogu, na­wet gdy­by w sy­pial­ni ktoś wy­strze­lił z ar­ma­ty, Stépha­ne nie otwo­rzy­łby oka. Za­my­ka­jąc za sobą drzwi, czu­ję taką samą wy­szar­pa­ną wol­no­ść, jaką musi czuć fa­cet, któ­ry wra­ca do domu po tym, jak po­de­rwał, a po­tem prze­le­ciał dziew­czy­nę spo­tka­ną w ba­rze.

Od kil­ku lat czu­ję się jak w po­trza­sku mi­ędzy ko­bie­tą a mężczy­zną. Och, tak na­praw­dę to od za­wsze. Ni­g­dy nie ude­rzy­ło mnie to tak moc­no jak w Ber­li­nie, pod­czas mo­ich noc­nych sa­mot­nych spa­ce­rów po sze­ro­kich ar­te­riach, gdzie kwit­ną pro­sty­tut­ki. Od­no­szę wra­że­nie, że wy­ra­sta­ją na mo­jej dro­dze wszędzie, do­kąd pój­dę. Oko­ło szes­na­stej uli­ca jest pu­sta, ale gdy tyl­ko ca­łkiem zaj­dzie sło­ńce (bar­dzo wcze­śnie, jak to w Ber­li­nie w lu­tym), nie zdążysz mru­gnąć, a chod­nik sztur­mu­ją le­gio­ny dziew­czyn w dłu­gich ko­za­kach, z sa­szet­ka­mi na pa­skach. Od­kąd tu miesz­kam, mam wra­że­nie, że mi­jam za­wsze te same, i gdy­bym nie była tak nie­śmia­ła wo­bec ko­biet, chęt­nie wi­ta­ła­bym się z nimi jak z ka­żdym skle­pi­ka­rzem w dziel­ni­cy. Może z cza­sem za­częły mnie brać za po­li­cjant­kę w cy­wi­lu albo za po­ten­cjal­ną ko­le­żan­kę po fa­chu, któ­ra przy­szła ob­cza­ić wa­run­ki. Nie­da­le­ko stąd mam swo­ją oazę spo­ko­ju - ław­kę usta­wio­ną ide­al­nie pod la­tar­nią; sia­dam na niej i uda­ję, że czy­tam, albo na­praw­dę czy­tam, a jed­no­cze­śnie zer­kam na ich cie­nie, kła­dące się tuż obok mo­je­go.

Za ka­żdym ra­zem my­ślę: oto ko­bie­ty, któ­re na­praw­dę są ko­bie­ta­mi, któ­re na­praw­dę są tyl­ko tym. Oto isto­ty wy­bit­nie sek­su­al­ne, któ­re mo­żna okre­ślić bez żad­ne­go tru­du. Gdy­by na­wet była w nich ja­kaś dwu­znacz­no­ść, uto­nęła­by w nad­mia­rze ozdob­ni­ków i fe­ro­mo­nów, któ­ry­mi prze­sy­ca­ją ten ka­wa­łek bru­ku. Po Jo­se­phie zo­sta­ło mi skrzy­wio­ne prze­ko­na­nie, że ko­bie­ta, któ­ra pie­przy się jak mężczy­zna - czy­li z rów­ną swo­bo­dą - może być tyl­ko kur­wą, nie­za­le­żnie od ubio­ru lub spoj­rzeń, z ja­ki­mi się od­da­je. To wie­le mówi o trud­no­ściach Jo­se­pha z jed­no­znacz­nym okre­śle­niem mnie przez te trzy lata, któ­re dzie­li­li­śmy, oscy­lu­jąc sta­le mi­ędzy sza­lo­ną mi­ło­ścią a skraj­ną nie­na­wi­ścią. Wpraw­dzie na po­cząt­ku nie do­ga­da­li­śmy się co do pew­nych kwe­stii, ale Jo­seph wresz­cie zro­zu­miał (choć nie za­ak­cep­to­wał), że od­da­nie i fan­ta­zja, ja­ki­mi wy­ka­zy­wa­łam się w łó­żku, nie były - oj, nie - za­re­zer­wo­wa­ne dla nie­go, i w do­dat­ku nie cze­ka­łam dłu­go, by się z tym ujaw­nić. Przy­pusz­czam, że zro­zu­miał też, iż moje po­żąda­nie nie było skie­ro­wa­ne do jed­ne­go kon­kret­ne­go mężczy­zny, lecz do ca­łe­go ga­tun­ku męskie­go, tar­ga­ne­go nie­zro­zu­mia­ły­mi po­pęda­mi, któ­re nie mia­ły zwi­ąz­ku z cie­le­snym bło­go­sta­nem. Spędzi­łam tak wie­le lat na in­te­lek­tu­ali­zo­wa­niu po­żąda­nia, i w ogó­le cia­ła, że do za­spo­ko­je­nia mo­gło u mnie do­jść bez ści­ągni­ęcia cho­ćby jed­nej części gar­de­ro­by. Jak? Nie mam po­jęcia. Praw­do­po­dob­nie wła­śnie dla­te­go na­dal to ro­bię, na­dal się pie­przę i my­ślę, że, wbrew wszel­kim ocze­ki­wa­niom, roz­wi­ąza­nie znaj­dę wła­śnie w tym.

Praw­da jest taka, że od­kąd od­sze­dł Jo­seph, ulot­ni­ła się wszel­ka idea fi­zycz­ne­go za­spo­ko­je­nia. Już na­wet o tym nie my­ślę, to jest po pro­stu nie­mo­żli­we - żeby mieć or­gazm z kimś in­nym niż on. Wła­sną roz­kosz od­da­ję temu, kto aku­rat pode mną leży, a ja pa­trzę na nie­go i mi­ędzy uda­mi skry­wam nie­zro­zu­mia­łą ta­jem­ni­cę, prze­ko­na­na, że zbli­żą mnie do niej ka­wal­ka­dy, pod­czas któ­rych ak­tyw­ny jest tyl­ko mój mózg. Moje cia­ło chęt­nie pod­da­je się tej ma­ska­ra­dzie, lecz choć się mio­tam, choć wy­ko­nu­ję naj­bar­dziej kar­ko­łom­ne wy­gi­ba­sy, w gło­wie cały czas dźwi­ęczy spo­koj­ny, zim­ny głos przy­cza­jo­ne­go dra­pie­żni­ka: "On już chy­ba za­raz doj­dzie. Je­śli będziesz go pie­ścić w ten spo­sób, to wła­śnie się sta­nie. Je­śli zwol­nisz, opó­źnisz wy­trysk, ale spójrz, jak wło­ski jeżą się na jego kla­cie, zo­bacz gęsią skór­kę na brzu­chu - on już na­praw­dę ko­ńczy. Pa­trzy na two­je po­dry­gu­jące pier­si i ten wi­dok za­bie­rze go na dno pie­kieł".

A na ten głos na­kła­da się dru­gi, nie­sto­sow­nie dzie­cin­ny gło­sik tej części mnie, któ­ra za­trzy­ma­ła się w roz­wo­ju na pi­ęt­na­stym roku ży­cia, i nie może się na­dzi­wić! Więc to ru­chy two­ich pier­si do­pro­wa­dzą go do or­ga­zmu, two­ich pier­si, tych ma­łych pier­si, o któ­rych ni­g­dy nie my­śla­łaś, że mogą być czy­mś in­nym niż je­dy­nie de­ko­ra­cją. Two­je cia­ło, twój za­pach, spo­sób, w jaki się po­ru­szasz, dźwi­ęki, któ­re wy­da­jesz - je­steś tyl­ko po­wło­ką i ta po­wło­ka wy­sy­sa z nie­go po­wo­li całą zim­ną krew, czy to nie jest coś w ro­dza­ju cudu? Ty je­steś cia­łem? Cia­łem, któ­re do­pro­wa­dza do or­ga­zmu? Bom­ba!

Mo­żna by po­my­śleć, że sko­ro od­da­ję się tej roz­ryw­ce już od kil­ku lat, ów po­cząt­ko­wy za­chwyt się przy­ta­rł - ale nie. Na ka­żde­go mężczy­znę, któ­ry mnie za­cze­pia i w bar­dziej lub mniej sub­tel­ny spo­sób su­ge­ru­je, że chce iść ze mną do łó­żka, re­agu­ję jak na oka­zję i chcę ją zła­pać na­tych­miast, za­nim znik­nie. Jak­by gro­zi­ło mi, że znów obu­dzę się w skó­rze dziew­czy­ny, któ­ra roz­pa­cza­ła, że jest dla chło­pa­ków wy­łącz­nie kum­pel­ką w oku­la­rach. I za­sta­na­wiam się, co może się dziać w gło­wie dziw­ki, jak zbu­do­wa­ne jest jej ego, jej sa­mo­oce­na. Ta, na któ­rą pa­trzę ze swo­jej skost­nia­łej z zim­na ła­wecz­ki, jest mło­dą blon­dyn­ką. Pali vo­gue'a, prze­mie­rza­jąc chod­nik. Tak jak jej ko­le­żan­ki w ca­łym Ber­li­nie, ma na no­gach ska­jo­we ko­za­ki do po­ło­wy uda. Świa­tło lamp od­bi­ja się w nich, ci­ągnie oko i już go nie pusz­cza. Dzie­wi­czo bia­łe ko­za­ki na ko­tur­nach, któ­re krzy­czą: "Do wy­na­jęcia!", jesz­cze gło­śniej niż jej lu­bie­żne spoj­rze­nia. W ko­za­ki ma wpusz­czo­ne no­gaw­ki ja­snych dżin­sów, któ­re ob­ci­ska­ją jej wzru­sza­jące dziew­częce uda, a do tego ja­skra­wą sa­szet­kę, kon­tra­stu­jącą w spo­sób dziw­nie prze­my­śla­ny z kusą kurt­ką ze sztucz­ne­go fu­ter­ka. Na tym lo­do­wa­tym wie­trze jej bu­źka jest ró­żo­wa i tro­chę wil­got­na, a dłu­gie, pra­wie bia­łe ko­smy­ki fru­wa­ją wo­kół gło­wy i skrzą się w si­wych smu­gach dymu z pa­pie­ro­sa.

Po mi­nie, z jaką wy­dmu­chu­je dym, po­zna­ję, że jest co naj­mniej pięć lat młod­sza ode mnie. Pięć lat, za­tem nie prze­kro­czy­ła dwu­dziest­ki, a jak wy­my­śl­nie się po­ru­sza, jak świa­do­ma jest swo­je­go cia­ła! Już same te ob­ca­sy: nikt nie da­łby rady na tym cho­dzić, ja na pew­no nie, a tu sta­no­wią przedłu­że­nie jej nóg, rów­nie na­tu­ral­ne jak gołe sto­py. I ten od­głos, prze­ci­ągły stu­kot dzie­si­ęciu kro­ków tam i z po­wro­tem, w gra­ni­cach jej re­wi­ru.... Słu­cha­jąc go, wie się, że ta­kie­go ryt­mu nie może wy­gry­wać dziew­czy­na roz­chwia­na, któ­ra w ka­żdej chwi­li może skręcić kost­kę - za tym dźwi­ękiem kry­je się siłą rze­czy ko­bie­ta agre­syw­nie uwo­dzi­ciel­ska i świa­do­ma sie­bie. I w ogó­le te ubra­nia, te wło­sy, ma­ki­jaż - to ste­reo­typ za­lot­no­ści, cho­le­ra! Jak ona może w tym wie­ku łączyć ze sobą wszyst­kie te sztucz­ki, wszyst­kie te lepy i nie wy­glądać przy tym jak dziew­czyn­ka, któ­ra splądro­wa­ła sza­fę mat­ki? Czy ona w ogó­le o tym wie? Jak to jest mieć świa­do­mo­ść, że w ka­żdym mi­ja­nym mężczy­źnie wy­wo­łu­je się - czy się tego chce, czy nie - lu­bie­żne my­śli? Jak to jest być kimś ta­kim, na uli­cy, wśród sa­mo­cho­dów i prze­chod­niów, jak to jest przy­po­mi­nać w spo­sób do­no­śny i bez­li­to­sny o wy­ższo­ści żądzy nad całą resz­tą?

I co by po­wie­dział Stépha­ne, przy któ­rym nie śmiem już no­sić ta­kich stro­jów, od­kąd w Pa­ry­żu, kro­cząc w nie­bo­tycz­nie dro­gich bot­kach, ru­nęłam jak dłu­ga na prze­jściu dla pie­szych? Po­tem na­stąpi­ło kil­ka ci­ągnących się w nie­sko­ńczo­no­ść se­kund, pod­czas któ­rych Stépha­ne i kil­ku ga­piów, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc śmiech, przy­szło mi z po­mo­cą - a brak maj­tek na­ra­ził tych po­czci­wych lu­dzi na wi­dok mo­jej prze­ra­żo­nej kęp­ki. Choć mi­nęło już spo­ro cza­su, Stépha­ne i ja ni­g­dy nie śmia­li­śmy się z tego ra­zem, to prze­mil­cze­nie tkwi­ło nie­ru­cho­me mi­ędzy nami, po­wa­żne i ci­ężkie jak te­mat, któ­ry wy­star­czy lek­ko mu­snąć, by wy­wo­łać kłót­nię. Ze swo­jej stro­ny nie pró­bo­wa­łam go po­dej­mo­wać z oczy­wi­stych po­wo­dów: ura­żo­nej ko­bie­cej am­bi­cji i dumy; ale ni­g­dy nie uda­ło mi się usta­lić, co po­wstrzy­my­wa­ło Stépha­ne'a, może po pro­stu bał się, że mnie wku­rzy, przy­po­mi­na­jąc o tam­tym wie­czo­rze (bo ciąg dal­szy nie zre­kom­pen­so­wał mi upad­ku i był tyl­ko se­kwen­cją prztycz­ków w nos w klu­bie dla swin­ger­sów - w su­mie dłu­gim i przy­krym upad­kiem na ob­ca­sach dla ego nas oboj­ga). Albo po pro­stu go to nie śmie­szy­ło. Ta opcja skła­nia­ła mnie do re­flek­sji: może Stépha­ne i ja mie­li­śmy od­mien­ne po­czu­cie hu­mo­ru, co wy­ja­śnia­ło­by zmo­wę mil­cze­nia wo­kół tej sce­ny i in­nych, mniej zna­czących, w roli głów­nej ze mną, ubra­ną w fa­ta­łasz­ki, któ­re dla in­nych ko­biet są na­tu­ral­ne jak od­dech, a dla mnie oka­za­ły się nie­mo­żli­we do opa­no­wa­nia. Te­raz wi­dzę, że żar­to­wa­nie z cze­goś ta­kie­go było mu rów­nie obce jak śmiech z oso­by oty­łej, któ­ra wsko­czy­ła na bom­bę do ba­se­nu - bo nie na­le­ży kpić z ni­czy­je­go ka­lec­twa. I być może wła­śnie z tym mu się ko­ja­rzy­łam, gdy ku­śty­ka­łam na ob­ca­sach, z tru­dem kry­jąc cier­pie­nie. Gdy­by mógł po­dzi­wiać, tak jak ja po­dzi­wiam te­raz, wdzi­ęk tej post-na­sto­lat­ki prze­mie­rza­jącej kil­ka me­trów chod­ni­ka bez żad­nych oznak nie­wy­go­dy, przy­zna­łby bez wąt­pie­nia, że mój brak ta­len­tu dla tego typu rze­czy jest po pro­stu wro­dzo­ny.

Czy by­ła­by to od­po­wie­dź na py­ta­nia, któ­re za­da­ję so­bie, gdy tyl­ko Stépha­ne po­ja­wia się w po­bli­żu? To bez­u­stan­ne po­czu­cie, że sta­ram się po­go­dzić dwa rów­no­le­głe świa­ty, od­dzie­lo­ne nie prze­strze­nią, lecz cza­sem, do tego stop­nia, że gdy­bym chcia­ła po­czuć się bli­sko Stépha­ne'a, mu­sia­ła­bym użyć ja­kie­jś fan­ta­stycz­nej ma­chi­ny, któ­rą wy­naj­dą za ty­si­ąc albo za dwa ty­si­ące lat. To, czy no­szę ob­ca­sy, czy nie, w ża­den spo­sób nie wpły­wa na na­szą bli­sko­ść - sta­no­wi wy­łącz­nie symp­tom: dla nie­go nie je­stem ko­bie­tą. Albo ra­czej: jesz­cze nie. Albo na­wet je­śli nią je­stem, co prze­cież wi­dać wy­ra­źnie, kie­dy się roz­bio­rę, to bra­ku­je mi kil­ku de­kad pra­cy nad sobą pod jarz­mem męskie­go po­żąda­nia. Tym, cze­go bra­ku­je mi, by za­fa­scy­no­wać Stépha­ne'a, jest do­bra wola oraz obo­jęt­no­ść, z jaką po­win­nam cho­dzić na ob­ca­sach po zdra­dli­wym pa­ry­skim bru­ku albo po scho­dach bez po­ręczy, wio­dących do prze­re­kla­mo­wa­nych klu­bów, w któ­rych się de­ko­wa­li­śmy, praw­do­po­dob­nie rów­nież dla­te­go, że na mo­jej twa­rzy ma­lo­wa­ły się ból i nie­doj­rza­ło­ść. Bra­ku­je mi wzro­stu in­nych ko­biet, ubra­nych, by za­bi­jać, a tych osiem, dzie­si­ęć cen­ty­me­trów pro­wo­ka­cji daje im złu­dze­nie, że do­mi­nu­ją nad mężczy­zna­mi. Bra­ku­je mi umie­jęt­no­ści pa­trze­nia na nie­go z góry, jak na ka­żde­go in­ne­go mężczy­znę, któ­re­go mam gdzieś.

Do­brze to czu­ję, gdy spa­ce­ru­je­my lub idzie­my na ko­la­cję; czu­ję, że nie li­cząc kil­ku wspól­nych po­glądów i iden­tycz­nej wra­żli­wo­ści, je­ste­śmy naj­go­rzej do­bra­ną parą, jaką tyl­ko mo­żna so­bie wy­obra­zić. On nie zno­si my­śli, że wy­gląda jak oj­ciec, któ­ry za­brał do knaj­py cór­kę miesz­ka­jącą w Ber­li­nie. Ale czy może być ina­czej, sko­ro wolę ubie­rać się jak jego cór­ka i wy­ka­zu­jąc się swo­istą kla­są, nie po­zwa­lam so­bie na stro­je pan­ny do to­wa­rzy­stwa, któ­ra wy­szła z klien­tem. Je­stem pew­na, że on wo­la­łby tę opcję. Stépha­ne ni­g­dy nie po­zwo­li­łby so­bie na pu­blicz­ny po­ca­łu­nek, trzy­ma się swo­je­go sta­now­cze­go tonu i szorst­kich ma­nier, za­gu­bio­ny mi­ędzy po­sta­wą przy­ja­cie­la a ko­chan­ka, a gdy się śmie­je i gdy robi mi się mi­ęk­ko na dźwi­ęk tego doj­rza­łe­go, sek­sow­ne­go śmie­chu, za­ci­skam pod sto­łem dłoń na swo­im udzie, żeby nie zła­pać za udo jego. Przy­szło mi kie­dyś do gło­wy, że nie ca­łu­je mnie w miej­scach pu­blicz­nych nie ze względu na in­nych, lecz dla­te­go, że nie ma na to ocho­ty, bo spa­ce­ry po Ber­li­nie, któ­re uwa­ża za zbyt dłu­gie, wy­czer­pu­ją go rów­nie moc­no jak moje bez­u­stan­ne py­ta­nia i pra­gnie­nie, by wie­dzieć wi­ęcej i wi­ęcej; że mój nie­prze­rwa­ny sło­wo­tok, wy­ni­ka­jący z nie­śmia­ło­ści, ze stra­chu, że mu się znu­dzę, dusi go, za­miast do­star­czać mu roz­ryw­ki, i że przy mnie Stépha­ne za­wsze tęsk­ni za swo­ją sa­mot­no­ścią, tak jak ja tęsk­nię za swo­ją. Czas, któ­ry spędza­my ra­zem na ze­wnątrz, wy­ra­źnie nas wy­ka­ńcza, i tyl­ko w łó­żku, z dala od ludz­kich spoj­rzeń, Stépha­ne i ja - a w ka­żdym ra­zie na­sze cia­ła - za­zna­je­my cze­goś w ro­dza­ju uko­je­nia. To zna­czy, do­pó­ki on nie za­cznie chra­pać - bo tego nie­zna­ne­go mi wcze­śniej czyn­ni­ka nie bra­łam pod uwa­gę w swo­ich fan­ta­zjach o ro­man­sie; wte­dy bo­wiem do­cie­ra do mnie, że sko­ro ja je­stem dla nie­go za mło­da, to może i on jest za sta­ry dla mnie. To wy­ja­śnia­ło­by, dla­cze­go chcąc się do nie­go zbli­żyć, za­wsze mam wra­że­nie, że skła­dam dwa ele­men­ty z ró­żnych kom­ple­tów puz­zli. I dla­cze­go, gdy po jego wy­jściu czu­ję ulgę, że nie mu­szę już uda­wać cze­go­kol­wiek, to­wa­rzy­szy jej za­wsze żal, że nie by­łam bar­dziej tkli­wa, bar­dziej wy­ro­zu­mia­ła, że go w so­bie nie roz­ko­cha­łam.

Wy­obra­żam go so­bie w sa­mo­lo­cie po­wrot­nym, tego szorst­kie­go nie­dźwie­dzia, któ­ry wy­pe­łnia mój po­kój po­mru­ka­mi i za­bie­ra mi całą ko­łdrę, typa, któ­ry od­ma­wia dal­szych spa­ce­rów, do­pó­ki nie spre­cy­zu­ję celu włó­częgi, nie­cierp­liwi się, gdy mylę nu­me­ry ulic, mężczy­znę star­sze­go niż mój oj­ciec, prze­ra­żo­ne­go my­ślą, że mó­głby być cho­ćby na­miast­ką men­to­ra czy na­uczy­cie­la, fa­ce­ta, któ­re­go wku­rza moja cie­ka­wo­ść, lecz któ­ry tak pi­ęk­nie wy­po­wia­da moje imię w mo­men­tach roz­ko­szy... Jest taka świ­ęta chwi­la, gdy leżę na nim, wy­wy­ższo­na jak ni­g­dy, a Stépha­ne wy­gląda, jak­by to­nął, i w bia­łkach jego wy­wró­co­nych oczu wi­dzę swo­je kró­lew­skie, nie­mal mi­tycz­ne od­bi­cie - a on po­wta­rza: "Emma, skar­bie, skar­bie, och, Emma", jak fa­cet za­to­pio­ny w ko­bie­cie, od któ­rej nie ró­żni go wiek i po­cho­dze­nie, nie jak fa­cet, któ­ry wła­śnie eja­ku­lu­je - a w ka­żdym ra­zie nie tyl­ko - lecz jak fa­cet, któ­ry ko­cha na­praw­dę. Pó­źniej ten trza­ska­jący ogień ga­śnie po­wo­li, roz­grze­wa­jąc do bia­ło­ści jego skó­rę; z gło­wą na mo­ich pier­siach Stépha­ne wzdy­cha bło­go, jest śle­py i głu­chy. Gdy otwie­ra oczy, ja za­my­kam swo­je, bo wła­dza, jaką naj­wy­ra­źniej na­da­ją mi moje łó­żko­we ta­len­ty, nie umniej­sza w ni­czym fak­tu, że ten mężczy­zna bu­dzi we mnie re­spekt. To jest prze­kle­ństwo, któ­re mimo wszyst­ko na­zy­wam mi­ło­ścią. Je­dy­ne chwi­le bli­sko­ści to te, któ­re on spędza we mnie. To ma­gia na­sze­go ro­man­su, te mo­men­ty po zbli­że­niu, gdy pa­trzę, jak on pa­trzy na mnie wspar­ty na łok­ciu, i głasz­cze mnie po wło­sach z czu­ło­ścią, z jaką mężczy­źni trak­tu­ją ko­bie­ty, któ­re wła­śnie po­sie­dli, i mo­żna by w tym wi­dzieć zwy­czaj­ną sce­nę łó­żko­wą dwoj­ga ko­chan­ków, gdy­by nie ta bez­rad­no­ść w jego oczach na myśl, że ta roz­kosz przy­szła ode mnie, od dziew­czyn­ki, któ­rej ni­g­dy nie po­ko­cha. Je­ste­śmy to­tal­nie ra­zem, a jed­no­cze­śnie sa­mot­ni jak ni­g­dy. Więc na­gle wy­da­je się nam, że będzie­my mo­gli się po­ko­chać. W mil­cze­niu i w kon­tem­pla­cji do­cie­ra do mnie, że ka­żde sło­wo mo­gło­by roz­bić ten kru­chy stan ła­ski, to na­sze ulot­ne po­ro­zu­mie­nie; a prze­cież chcia­ła­bym tyle po­wie­dzieć - i może wła­śnie w tym leży pro­blem, w nie­po­ha­mo­wa­nej po­trze­bie mó­wie­nia, choć prze­cież wy­star­czy nam ci­sza. Chcia­ła­bym po­wie­dzieć, że na­praw­dę jest ta­kie miej­sce i taka chwi­la, gdy Stépha­ne i ja się ko­cha­my, choć jest to ma­le­ńki punk­cik - i to wy­star­czy, że­by­śmy trwa­li ra­zem, aż do gra­nic snu, póki nie wto­pi­my się w noc. Rano wra­ca­my na daw­ne miej­sca, Stépha­ne do swo­ich wad, ja do swo­ich, słu­cham, jak na­rze­ka na zim­no, ska­rży się na od­le­gło­ści, i my­ślę o tym, co za­szło wczo­raj, gdy by­li­śmy w so­bie za­ko­cha­ni. Cier­pli­wie cze­kam na wie­czór, by po­no­wić eks­pe­ry­ment na tym zgry­źli­wym pi­sa­rzu, wy­mu­sić na nim od­da­nie i tę dziw­ną ja­sno­ść umy­słu, któ­re każą mu pi­sać do mnie z dru­gie­go ko­ńca świa­ta: "Być może w grun­cie rze­czy je­steś tą je­dy­ną". Tak wie­le nie­pew­no­ści w jed­nym zda­niu, w jed­nym kon­te­kście. By uzy­skać tego typu wy­zna­nie, na­le­ży ze­brać w jed­nym miej­scu okre­ślo­ną licz­bę czyn­ni­ków: Stépha­ne musi być smut­ny albo wy­pa­tro­szo­ny z cy­ni­zmu przez or­gazm, lub po­rzu­co­ny przez któ­rąś ze swo­ich ko­cha­nek czy żon. Jed­nak tym, co dzie­li mnie od "je­steś tą je­dy­ną", jest po­cząt­ko­we "być może" oraz "w grun­cie rze­czy", któ­re na­le­ży tłu­ma­czyć jako "wbrew wszel­kiej lo­gi­ce i do­ko­naw­szy skru­pu­lat­nej oce­ny swo­jej sy­tu­acji" - tak, ale Ray­mond Ra­di­gu­et pi­sze, że mó­wi­ąc ko­bie­cie "ko­cham cię", mo­żna sądzić, iż robi się to z wie­lu po­wo­dów in­nych niż mi­ło­ść, że się ją okła­mu­je; a jed­nak coś w tej wła­śnie chwi­li skło­ni­ło nas do po­wie­dze­nia "ko­cham cię", więc siłą rze­czy jest to praw­da. Są chwi­le, gdy Stépha­ne i ja się ko­cha­my, za­zwy­czaj to czy­sty non­sens, lecz cza­sem po­ru­sza mnie praw­dzi­wo­ść tego kłam­stwa i wów­czas świat jawi mi się jako te­ry­to­rium wy­bit­nie wro­gie, na któ­rym on i ja wal­czy­my ra­mię w ra­mię - co już i tak jest lep­sze niż wro­gie te­ry­to­rium, gdzie je­stem sama prze­ciw­ko wszyst­kim, nie­praw­daż?

Wzdłuż chod­ni­ka, po któ­rym drep­cze pa­nien­ka, su­nie wóz po­li­cyj­ny i za­mie­ram na chwi­lę, my­śląc, że je­śli gli­nia­rze za­żąda­ją od niej do­ku­men­tów, to rów­nie do­brze będą mo­gli za­żądać ich od tej dziw­nej bab­ki, któ­ra o czwar­tej nad ra­nem czy­ta zmar­z­ni­ęta na ław­ce. A po­nie­waż wy­szłam bez pa­pie­rów i nie mam za­mia­ru spędzić nocy na po­ste­run­ku z po­wo­du nie­po­ro­zu­mie­nia (choć może tam wy­spa­ła­bym się le­piej niż u boku Stépha­ne'a), kry­ję się w cie­niu kasz­ta­now­ca i cze­kam, aż ra­dio­wóz od­je­dzie. Pa­nien­ka też się ulot­ni­ła i zo­stał po niej tyl­ko ka­wa­łek za­plu­te­go as­fal­tu, któ­ry pod jej sto­pa­mi wy­glądał jak kwiet­nik.

Sto­jąc w drzwiach, pa­trzę na cia­ło Stépha­ne'a, roz­wa­lo­ne po prze­kąt­nej na ca­łym ma­te­ra­cu. Już nie chra­pie; może wy­bił go z ryt­mu zgrzyt klu­cza, a może wcze­śniej moja obec­no­ść i cie­pło two­rzy­ły wa­run­ki sprzy­ja­jące chra­pa­niu. Roz­bie­ram się po­wo­li i sia­dam na brze­gu łó­żka w za­to­ce stwo­rzo­nej przez jego ko­la­na pod­ci­ągni­ęte w kie­run­ku twa­rzy. Rzad­ko mam oka­zję przy­glądać mu się w ten spo­sób, praw­dę mó­wi­ąc, jest to pierw­sza taka oka­zja - Stépha­ne ni­g­dy wcze­śniej u mnie nie spał. I siłą rze­czy, gdy wi­dzę go w tym sta­nie roz­pręże­nia, do­cie­ra do mnie z całą mocą, jak bar­dzo do sie­bie nie pa­su­je­my. To się rzu­ca w oczy. Pi­ęćdzie­si­ąt pięć lat, zro­zum­cie sami; może so­bie wy­glądać mło­dziej, ale prze­cież nikt nie da mu dwu­dziest­ki. Wszyst­ko w nim ema­nu­je doj­rza­ło­ścią, na­wet jego sen, bo gdy śpi, nie tra­ci po­wa­żne­go, sro­gie­go wy­glądu. Gdy zdej­mę oku­la­ry, w ar­ty­stycz­nej mgie­łce krót­ko­wzrocz­no­ści kon­tu­ry sta­ją się mniej wy­ra­źne, mniej ostre i uda­je mi się zo­ba­czyć go ta­kim, jaki był w oko­li­cach trzy­dziest­ki - nie w moim wie­ku, nie, dwu­dzie­sto­pi­ęcio­let­ni Stépha­ne to od­le­głe el­do­ra­do, któ­re od­na­le­źć mo­żna je­dy­nie w ar­chi­wach, cho­ćby na zdjęciu zro­bio­nym, gdy uka­za­ła się jego trze­cia ksi­ążka. Mo­żna bez tru­du na­ło­żyć tę uśpio­ną twarz na okrągłe, ra­do­sne lico mło­de­go pi­sa­rza, któ­ry nie mógł zro­bić kro­ku w Pa­ry­żu, nie za­ko­chu­jąc się dzie­si­ęć razy. Nie wy­my­śli­łam tego, lecz prze­czy­ta­łam, a gdy nie mogę w to uwie­rzyć, czy­tam jesz­cze raz. By nie za­po­mnieć, że już przed trzy­dziest­ką był szorst­ki, że dłu­go się roz­ch­mu­rzał i że była to zbro­ja, pod któ­rą ukry­wał przed świa­tem pa­ni­kę, jaką bu­dzi­ły w nim ko­bie­ty - Stépha­ne był pil­nie strze­żo­nym ogniem, któ­re­go cie­pło czu­ło się tyl­ko w prze­bły­skach. Za­sta­na­wiam się, czy­by się wte­dy we mnie za­ko­chał; trzy­dziest­ka Stépha­ne'a - eks­cy­tu­jące lata osiem­dzie­si­ąte, kie­dy to ja pul­so­wa­łam jesz­cze w oj­cow­skich najądrzach, wy­da­ją mi się raj­skim cza­sem, w któ­rym wszyst­ko było mo­żli­we. Wy­obra­żam so­bie, że je­stem wy­so­ka jak wie­ża i fa­scy­nu­ję tego zwie­rza­ka ki­pi­ące­go na­sie­niem, że ci­ągam go po ca­łym Pa­ry­żu, po­zna­jąc ta­jem­ni­cę ko­bie­ty, je­dy­nej, któ­rą po­ko­chał tak bar­dzo, że spło­dził z nią dziec­ko. Zresz­tą być może to wła­śnie ja pod­szep­nęła­bym mu po­my­sł, by się roz­mno­żył, bo chcia­ła­bym w ten spo­sób po­zo­stać bli­sko nie­go - a on ko­cha­łby mnie, a po­tem by się mną znu­dził, a w ko­ńcu by mnie znie­na­wi­dził za po­świ­ęce­nie, któ­re­go nikt by od nie­go nie ocze­ki­wał. Sta­ła­bym się sztam­pą, śpi­ącą w po­ko­ju obok z ose­skiem, wy­czer­pa­ną i pe­łną mle­ka, znu­żo­ną tym, że tak do­brze go znam, znu­żo­ną jego sła­bo­ścia­mi, nik­czem­no­ścią, obiet­ni­ca­mi, po­gar­dza­ną i upo­ka­rza­ną przez jego męskie ca­ło­noc­ne włó­częgi - za­zna­ła­bym gnie­wu Stépha­ne'a, jego pre­ten­sji, nie­spój­no­ści i zdrad, a może na­wet jego łez. I po­wie­dzia­ła­bym po la­tach wspól­ne­go ży­cia, że nie było czym, mój Boże, tak bar­dzo się przej­mo­wać, że to fa­cet jak ka­żdy inny. Po­kłó­ci­li­by­śmy się o wa­żne spra­wy, wrzesz­cząc, tłu­kąc przed­mio­ty, a nocą, z po­czu­ciem winy, przy­szła­bym i przy­sia­dła na brze­gu jego łó­żka, i tak jak te­raz po­ło­ży­ła­bym rękę na jego wło­sach, a Stépha­ne otwo­rzy­łby oko, spoj­rza­łby na mnie bez sło­wa, za­sta­na­wia­jąc się, co te­raz po­wi­nien po­czuć, a po­tem wes­tchnąłby i po­wie­dział: "O, skar­bie...".

- O, to ty?

Stépha­ne pry­cha, od­wra­ca się na dru­gi bok i mam­ro­cze, jak­by już zno­wu za­sy­piał:

- Gdzie się szla­ja­łaś? Je­steś prze­mar­z­ni­ęta.

- Ni­g­dzie. Wy­szłam się prze­jść.

- Osza­la­łaś. Kła­dź się.

I za­uwa­żcie, że być może to samo po­wie­dzia­łby mi wte­dy. Mosz­czę się w cie­ple, od­su­wa­jąc da­le­ko od nie­go lo­do­wa­te ko­ńczy­ny. Z tyłu gło­wy roz­le­wa się cała moja na­iw­na tkli­wo­ść, od­naj­du­ję zna­jo­me uczu­cie, jak­bym kła­dła się obok przy­ja­cie­la ro­dzi­ny, któ­ry nie zdążył za­re­zer­wo­wać ho­te­lo­we­go po­ko­ju i z wi­ęk­szą lub mniej­szą ła­ską go­dzi się prze­spać w moim.

Stépha­ne i ja idzie­my w nie­śmia­łym sło­ńcu po Dan­zi­ger Stras­se. Spa­cer jest żmud­ny, bo pada śnieg, i po­zba­wio­ny celu (zresz­tą za pi­ęćset me­trów ca­łkiem się zgu­bię) - ale Stépha­ne naj­wy­ra­źniej się tym nie przej­mu­je; daw­no nie wi­dział śnie­gu i to wpra­wi­ło go w rze­śki na­strój. Wcześ­niej, gdy szli­śmy w górę Ka­sta­nie­nal­lee, wi­dzia­łam, jak uśmie­cha się bez po­wo­du, sma­ko­wa­ło mu ciast­ko na śnia­da­nie, po­do­ba­ły mu się skle­py. I spra­wił mi kró­lew­ską przy­jem­no­ść, oświad­cza­jąc po­środ­ku mil­cze­nia, któ­re osta­tecz­nie nie było aż tak nie­zręcz­ne, i choć wca­le o to nie pro­si­łam:

- Na­praw­dę, mó­głbym tu­taj żyć.

Tym, co go po­wstrzy­mu­je, poza pra­cą, jest być może ber­li­ński kli­mat. Za zim­no.

- Tak, ale spójrz, jak ład­nie mia­sto wy­gląda w bie­li.

- To praw­da - zga­dza się, spo­koj­ny, za­my­ślo­ny, po­dzi­wia­jąc ka­mie­ni­ce, któ­rym sło­ńce i śnieg na­da­ją wy­gląd klej­no­tów. - Ale w Lon­dy­nie...

Roz­dzie­la nas dys­kret­nie ja­kaś ład­na dziew­czy­na, nie­mal wśli­zgu­je się mi­ędzy nas, ma na so­bie fu­tro, do­pra­wia­jące za­pach jej per­fum nutą mo­krej sie­rści - i rzu­ca mu, dziel­ne­mu ta­tu­śko­wi w to­wa­rzy­stwie có­re­ńki, bły­ska­wicz­ne spoj­rze­nie, któ­re spra­wia, że Stépha­ne się od­wra­ca. Zi­ry­to­wa­ło­by mnie to, gdy­by dziew­czy­na nie no­si­ła błysz­czących ko­za­ków za ko­la­no, biel­szych od śnie­gu, jak­by spe­cjal­nie wy­my­ślo­nych na zi­mo­we po­szu­ki­wa­nia klien­ta.

- O! Ale tego nie ma­cie w Lon­dy­nie.

- Ład­nych dziew­czyn?

- Nie, dur­niu. Dzi­wek.

- To była dziw­ka?

Stépha­ne na­tych­miast się od­wra­ca, nie może uwie­rzyć, że dziew­czy­na wy­gląda­jąca jak stu­dent­ka może być kur­wą, na­wet w ta­kich bu­tach, i że w do­dat­ku cho­dzi so­bie bez­tro­sko, nie dba­jąc o słu­żby po­rząd­ku pu­blicz­ne­go.

- Ale... to tu­taj le­gal­ne?

- Wszyst­ko jest le­gal­ne. Pro­sty­tu­cja, bur­de­le, escort girls...

- Toż to ist­ny raj!

Oczy Stépha­ne'a, oży­wio­ne na­głą fa­scy­na­cją albo na­głą chęt­ką, od­pro­wa­dza­ją ją aż do rogu Shön­hau­ser Al­lee - to wła­śnie w ta­kim spoj­rze­niu się za­ko­cha­łam. W spoj­rze­niu, któ­rym wo­dził za mną pierw­sze­go dnia, za­raz po tym, jak uści­snęli­śmy so­bie ręce. Od­cho­dząc, od­wró­ci­łam się, by spraw­dzić, jaki efekt wy­wo­ła­ła moja spód­nicz­ka na tym zbyt do­ro­słym jak dla mnie mężczy­źnie - i to było to spoj­rze­nie. Po­nie­waż wolę wie­rzyć, że nie jest to uwa­ga, jaką da­rzy wy­łącz­nie pro­fe­sjo­na­list­ki, wy­snu­wam wnio­sek, że Stépha­ne pa­trzy tak na wszyst­kie ko­bie­ty, któ­re dzi­ęki mie­szan­ce de­zyn­wol­tu­ry i pro­wo­ka­cji sta­no­wią żywe sym­bo­le po­żąda­nia, spo­koj­ne w swej sile i gar­dzące roz­płasz­czo­nym przed nimi tłu­mem. Więc i ja by­łam dla nie­go kimś ta­kim, za­nim mój li­ryzm nie pchnął mnie do słów i do czy­nów i za­nim nie stra­ci­łam w za­śle­pie­niu tego, co uda­ło mi się zy­skać w chwi­lach in­tym­no­ści.

By­łam pod zbyt du­żym wra­że­niem tego pra­wie nie­przy­zwo­ite­go spoj­rze­nia, nie­czy­tel­ne­go dla wszyst­kich poza mną, by nadać mu ja­kiś sens; po­zo­sta­ło po nim tyl­ko żywe wspo­mnie­nie cie­pła i pil­nej po­trze­by, by uciec, szyb­ko, szyb­ko, za­nim moja obec­no­ść stra­ci cały swój splen­dor. Te­raz, gdy wi­dzę to samo spoj­rze­nie ucze­pio­ne fu­tra i wy­zy­wa­jących ko­za­ków, za­sta­na­wiam się z tym swo­im słyn­nym chło­dem pa­to­lo­ga: "O czym on my­śli, tu, w tym mo­men­cie?". Gdy­bym go o to spy­ta­ła, po­wie­dzia­łby, że o ni­czym, ale zo­ba­czy­ła­bym, jak jego twarz gwa­łtow­nie zmie­nia wy­raz, jak gdy­by ktoś wy­rwał go ze snu - a o czym jest ten sen? Za­pew­ne przed ocza­mi prze­su­wa­ją mu się ob­ra­zy: ona, naga, w nie­mo­żli­wych po­zy­cjach, a w gło­wie ma wszyst­ko, cze­go mó­głby od niej za­żądać, gdy­by po­zwo­lił so­bie prze­jąć nad nią chwi­lo­wą wła­dzę. Czy my­śli, cho­ćby przez mo­ment, żeby za­brać ją do nas?

- Sądzisz, że jest wy­de­pi­lo­wa­na? - szep­czę z nut­ką obłu­dy, któ­rą on, szel­ma, wy­chwy­tu­je na­tych­miast.

- Za­zdro­sna?

- Za­zdro­sna? Ra­czej za­hip­no­ty­zo­wa­na.

Znaj­du­je­my się aku­rat po­środ­ku te­ry­to­rium bez­pra­wia, oświe­tlo­ne­go częścio­wo sła­bym świa­tłem od Prenz­lau­er Berg; nie­co na ubo­czu kur­wy za­częły już świad­czyć usłu­gi.

- Tak dwa­dzie­ścia lat temu wy­gląda­ły nie­któ­re uli­ce Pa­ry­ża - za­uwa­ża Stépha­ne.

- Jak my­ślisz, do­kąd cho­dzą z klien­ta­mi?

- Nie mam po­jęcia. Do sa­mo­cho­dów? Może mają ja­kieś za­py­zia­łe klit­ki.

Jest tam wy­so­ka bru­net­ka, wy­ma­lo­wa­na, za gru­ba, wbi­ta w gor­set - i wi­dok tej cie­li­stej masy, wy­le­wa­jącej się znad i spod ści­śni­ętej ta­lii bu­dzi moje prze­ra­że­nie i we­so­ło­ść. Rzu­ca Stépha­ne'owi, ocie­ra­jąc się o nie­go, po­gar­dli­we, lecz za­chęca­jące spoj­rze­nie, trwa to se­kun­dę, po czym znów sku­pia wzrok na celu, czy­li - jak mogę przy­pusz­czać - na miej­scu, gdzie ko­ńczy się jed­na uli­ca, a za­czy­na dru­ga, i na jed­nym mężczy­źnie z ty­si­ąca, tym, któ­ry da się na­mó­wić na krót­ki od­po­czy­nek w cie­pe­łku. Nie wiem na­wet, czy w ogó­le wi­dzia­ła Stépha­ne'a; czy po pew­nym cza­sie lu­dzie tacy jak on, któ­rzy tyl­ko prze­cho­dzą i pa­trzą (nie­wa­żne, jak na­tar­czy­wie), nie mie­sza­ją się z nie­chęt­nym i szy­dzącym tłu­mem in­nych lu­dzi, któ­rzy mie­li­by ocho­tę, ale nie mogą, któ­rzy by chcie­li, ale się boją, któ­rzy w su­mie na­wet nie chcą, ale szu­ka­ją pod­nie­ty, wra­ca­jąc do domu - z tłu­mem, któ­ry nie za­pła­ci na­wet gro­sza, by po­żreć ją wzro­kiem, a ona do­ko­nu­je cu­dów, będąc jed­no­cze­śnie ubra­ną cie­plej ode mnie i nagą bar­dziej niż rze­źba, po­da­ną jak na tacy, wci­śni­ętą w gor­set wło­żo­ny na kurt­kę.

- Dla­cze­go ni­g­dy nie by­łeś w bur­de­lu?

- Ni­g­dy nie mia­łem po­trze­by.

- To chy­ba nie jest kwe­stia po­trze­by.

- Po­wiedz­my, że ni­g­dy nie czu­łem po­trze­by pła­ce­nia ko­bie­cie. Znasz moje le­gen­dar­ne skąp­stwo.

- Za­tem to kwe­stia pie­ni­ędzy? Nie mów mi, że to kwe­stia pie­ni­ędzy.

- Po co mia­łbym pła­cić, sko­ro mogę mieć dziew­czy­nę, któ­ra mnie chce, i to za dar­mo.

- Ach, Stépha­ne! Nie wiem, może dla po­ezji?

- Nie pod­nie­ca mnie szcze­gól­nie po­su­wa­nie dziew­czy­ny, o któ­rej wiem, że zgo­dzi­ła się tyl­ko dla­te­go, że jej pła­cę. Gdy­byś była mężczy­zną, ro­zu­mia­ła­byś, o czym mó­wię.

Wy­bu­cham śmie­chem i w swo­jej chwi­lo­wej ob­se­sji mam wra­że­nie, że mała blond ku­rew­ka, któ­ra na nas pa­trzy, też się do nas uśmie­cha.

- Gdy­bym była mężczy­zną? Skar­bie, gdy­bym była mężczy­zną, bez prze­rwy bym się do nich kle­iła.

- Tak ci się wy­da­je.

- No do­brze, może nie do tych, któ­re sto­ją na uli­cy. Ale cho­dzi­ła­bym do bur­de­lu. Nie uwa­żasz, że to cu­dow­ne? Nie mó­wię na­wet o cho­dze­niu tam, ale o ta­kiej mo­żli­wo­ści. Wy­obraź so­bie, że je­dziesz do pra­cy i na­cho­dzi cię na­gła ocho­ta na ru­cha­nie, a po dro­dze masz bur­del z pi­ęt­nast­ką ład­nych dziew­czyn, któ­re...

- Któ­re mają gdzieś, czy będę to ja, czy ktoś inny.

- Za­łó­żmy, że jest wcze­śnie. Do­pie­ro co otwo­rzy­li bur­del. To prze­cież tyl­ko lu­dzie i może wśród nich jest ko­bie­ta, któ­ra wsta­ła pod­nie­co­na, tak jak ty.

- Nie wiem, jak dłu­go mo­żesz czuć pod­nie­ce­nie przy ta­kiej ro­bo­cie.

- Ależ Stépha­ne! To nie są ma­szy­ny!

- Nie, ale nie masz po­jęcia, jak to jest przy­jąć dzie­si­ęciu klien­tów dzien­nie. My­ślę, że po pew­nym cza­sie cia­ło i umy­sł zle­wa­ją się w jed­no i że pod­nie­ce­nie sta­je się ele­men­tem nie tyle ozdob­ni­ko­wym, ile skraj­nie rzad­kim. Wy­obraź so­bie, że... Och, prze­pra­szam pa­nią...

Dziw­ka, z któ­rą Stépha­ne pra­wie się zde­rzył, to blon­dy­na o ustach tak czer­wo­nych, że resz­ta jej bia­łej twa­rzy ca­łko­wi­cie nik­nie, wi­dać na niej tyl­ko tę krwa­wą pla­mę.

- Prze­pra­szam - po­wta­rza Stépha­ne, nie­co zbi­ty z tro­pu, a uśmiech, któ­ry w od­po­wie­dzi po­sy­ła mu ona, za­mie­nia jej usta w bu­kiet czer­wie­ni, bie­li i różu. Cofa się na gi­gan­tycz­nych ob­ca­sach, że­by­śmy mo­gli prze­jść, a po­nie­waż fa­cet, któ­ry ni­g­dy nie pła­ci ko­bie­tom, na­dal się w nią wpa­tru­je, ona ob­da­rza go wy­stu­dio­wa­ną miną, prze­chy­la­jąc gło­wę w kie­run­ku sza­re­go bu­dyn­ku i uno­sząc dło­ńmi w ręka­wicz­kach od­sło­ni­ęte pier­si, obie­cu­jącym ge­stem, tak sku­tecz­nym, że żal mi tro­chę oznak za­prze­cze­nia, któ­re wy­ka­zu­je Stépha­ne.

- Ład­niut­ka była - przy­zna­je.

- Nie ro­zu­miem, jak ktoś może tak świet­nie uda­wać żądze i tak ła­two wy­wo­ły­wać je u in­nych, je­śli sam ca­łkiem za­po­mniał, czym jest ten stan.

- Żądza ist­nie­je, nie mó­wię, że nie, ale jest to żądza pie­ni­ądza.

- Tak, ale one uda­ją ją tak do­sko­na­le, i to nie wy­da­jąc z sie­bie ani sło­wa, że w ułam­ku se­kun­dy wy­wo­łu­ją chęt­kę i w tym sa­mym ułam­ku se­kun­dy fa­cet za­po­mi­na, że to zwy­kła gra...

- Ko­me­diant­ki.

- Tak, ale do­sko­na­łe ko­me­diant­ki. Sztu­ka wy­so­kich lo­tów. Albo to, albo męskie po­żąda­nie jest czy­mś ca­łkiem de­bil­nym i wy­star­czy, że dziew­czy­na wy­pnie cyc­ki, a fa­cet już wie­rzy we wza­jem­no­ść.

- Na­wet nie wiesz, jak głu­pi są fa­ce­ci.

- Do­brze, za­łó­żmy, że fa­ce­ci są głu­pi. Ale nie aż tak głu­pi, żeby...

- Aż tak.

- Nie de­ner­wuj mnie, wi­dzia­łam, jak na nią pa­trzy­łeś.

- Bo była ład­na!

- Miło mi to sły­szeć. Przy­zna­jesz mi ra­cję. Być może w grun­cie rze­czy ta pra­ca po­le­ga tyl­ko na by­ciu ład­ną i wzbu­dza­niu po­żąda­nia, jed­nak ró­żni­ca mi­ędzy tymi, na któ­re pa­trzysz, a tymi, któ­re igno­ru­jesz, tkwi w za­lot­nych sztucz­kach, ja­kie sto­su­ją, za­cze­pia­jąc cię.

- Za­tem to ak­tor­ki.

- Po­ten­cjal­nie naj­wy­bit­niej­sze. Dziw­ka, któ­ra two­rzy złu­dze­nie, że na­praw­dę jest two­ja, dziw­ka, któ­ra spra­wia, że za­po­mi­nasz, ile cię kosz­to­wa­ła, to uro­dzo­na ak­tor­ka, bez dwóch zdań.

Stépha­ne uśmie­cha się do mnie:

- Ła­two po­wie­dzieć ko­muś, kto nie wy­ko­nu­je tego za­wo­du. Je­stem pe­wien, że twoi klien­ci w Pa­ry­żu czu­li pe­łną sa­tys­fak­cję. A to dla­te­go, że ro­bi­łaś to dla żar­tu. Że nie mu­sia­łaś wkła­dać wi­ęk­sze­go wy­si­łku w uda­wa­nie - je­śli rze­czy­wi­ście uda­wa­łaś - bo nie pła­ci­łaś tymi pie­ni­ędz­mi za miesz­ka­nie czy za­ku­py, lecz za to, co w two­im mnie­ma­niu było luk­su­sem. A je­śli cho­dzi o te dziew­czy­ny...

- Mó­wię tyl­ko, że uda­wa­nie, i to w taki spo­sób, żeby nikt się nie zo­rien­to­wał, jest wpi­sa­ne w by­cie ko­bie­tą.

- Och, na­praw­dę? A jaką ko­bie­tą?

- Ka­żdą ko­bie­tą.

- Ka­żdą ko­bie­tą czy tyl­ko tobą? Twój pro­blem po­le­ga na tym, że ge­ne­ra­li­zu­jesz, by do­dać so­bie pew­no­ści.

- Nie sądzę, że je­stem w tym od­osob­nio­na. W dziw­ce wku­rza was, że sy­mu­lu­je, a mimo to do­pro­wa­dza was do or­ga­zmu.

- Sama wiesz, jak ła­two jest do­pro­wa­dzić mężczy­znę do or­ga­zmu.

- Tak, zro­bi­ła­by to na­wet ma­szy­na. Ale nie prze­szka­dza wam to da­lej to­czyć tej gry, praw­da? Być może to wszyst­ko od po­cząt­ku jest fa­łszem, na­wet w przy­pad­ku two­jej żony i ko­chan­ki - co nie zmie­nia fak­tu, że gdy ci sta­je, gdy masz ocho­tę się pie­przyć, my­ślisz tyl­ko o cie­płym cie­le bli­sko swo­je­go cia­ła, o od­gło­sach, ja­kie będzie wy­da­wać dziew­czy­na, i o tym, jak będzie się pod tobą wiła - i wy­star­czy, że wy­gląda, jak­by sama też mia­ła ocho­tę, a ty nie wy­obra­żasz so­bie na­wet przez se­kun­dę, że wła­śnie od­gry­wa ko­me­dię.

- Więc two­im zda­niem wszyst­kie sy­mu­lu­ją?

- Mó­wię tyl­ko, że kur­wa na­dal jest ko­bie­tą. To za­wód inny niż wszyst­kie, ale upra­wia­jące go ko­bie­ty wca­le nie są inne, masz ta­kie same szan­se na po­ra­żkę i na po­wo­dze­nie jak z ka­żdą inną ko­bie­tą.

- Będąc z ko­bie­tą, któ­ra nie spędza ca­łych dni na pier­do­le­niu się, masz wi­ęcej szans na do­tar­cie do niej i po­ru­sze­nie jej. Bo nie po­pa­dła w za­wo­do­we zo­bo­jęt­nie­nie.

- Zda­rza się nam cza­sem bzy­kać z fa­ce­ta­mi, któ­rzy dzia­ła­ją na nas ra­czej śred­nio. Jest mnó­stwo po­wo­dów, żeby się bzy­kać, nie my­śląc o cie­le.

- Ja­kich?

Ja­kich? Pa­trzę na Stépha­ne'a i czu­ję się na­gle da­lej od nie­go niż kie­dy­kol­wiek do­tąd. Nie mam naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że gdy­by był dziew­czy­ną, zo­sta­ły­by­śmy naj­lep­szy­mi przy­ja­ció­łka­mi - lecz tym, co być może prze­szka­dza mu mnie zro­zu­mieć, jest na­rząd mi­ędzy no­ga­mi, dla któ­re­go seks ozna­cza roz­kosz, za­wie­ra w so­bie roz­kosz. Seks i roz­kosz są nie­ro­ze­rwal­nie zwi­ąza­ne, ku­tas i mózg nie pro­wa­dzą ży­wo­tów rów­no­le­głych pod­czas spó­łko­wa­nia, trzy­ma­ją się za rękę i sta­pia­ją się w jed­no w chwi­li or­ga­zmu. Gdy­bym spro­wa­dzi­ła Stépha­ne'a tyl­ko do ku­ta­sa, za­cząłby skrze­czeć jak so­kół, obu­rza­łby się na to wul­gar­ne uprosz­cze­nie - wkła­da­jąc w to tyle złej woli, ile uzna­łby za sto­sow­ne.

Dwie go­dzi­ny pó­źniej w Ham­bur­ger Bahn­hof Stépha­ne, któ­ry prze­sta­je się prze­ko­ma­rzać, gdy mowa o sztu­ce, po­chy­la się w moim kie­run­ku, jak­by chciał sko­men­to­wać ogląda­ne aku­rat dzie­ło (po­nu­rą in­sta­la­cję Jo­se­pha Beuy­sa):

- Sta­nął mi.

- Dla­cze­go?

- Ja­koś tak, sam nie wiem.

Prze­miesz­cza­my się bo­kiem w kie­run­ku ścia­ny na­prze­ciw­ko; wi­szą na niej szki­ce wy­ko­na­ne czy­mś, co wy­gląda jak krew albo jak sok tru­skaw­ko­wy. Nie fa­scy­nu­ją już Stépha­ne'a - po­bie­żnie czy­ta tłu­ma­cze­nia opi­sów i ro­ze­dr­ga­ny szu­ka wzro­kiem ciem­ne­go kąta. Wcho­dzi­my do po­miesz­cze­nia, w któ­rym trwa pro­jek­cja eks­pe­ry­men­tal­nych krót­ko­me­tra­żó­wek, i gdy sta­pia­my się z nie­licz­ny­mi sto­jący­mi tam wi­dza­mi, Stépha­ne szep­cze:

- Daj rękę.

- To ty za­ci­ągnąłeś mnie na tę wy­sta­wę.

- Nie wiem, co mnie na­pa­dło, pod­sko­czył mi te­sto­ste­ron...

- Przej­dzie.

- Nie chcesz wie­dzieć, co bym z tobą zro­bił, gdy­by to było mo­żli­we. Na środ­ku tego po­ko­ju.

Jak to nie chcę wie­dzieć? Nie­spo­dzie­wa­nie, wła­śnie wte­dy, gdy za­czy­na­łam in­te­re­so­wać się wy­sta­wą, wy­ci­ągam do Stépha­ne'a dłoń, on wsu­wa ją do kie­sze­ni, a ja za­ci­skam ją na jego fiu­cie. Fa­scy­nu­jąca jest świa­do­mo­ść, że przy­trzy­ma­ny w ten spo­sób mężczy­zna tra­ci reszt­ki ro­zu­mu - klu­czy­li­śmy dwa ki­lo­me­try w śnie­gu, by do­trzeć do tego mu­zeum, bo ko­niecz­nie chciał je od­wie­dzić, po­kłó­ci­li­śmy się trzy razy, bo zbyt­nio za­wie­rzy­łam swo­je­mu zmy­sło­wi orien­ta­cji, Stépha­ne wsze­dł tu z miną, jak­by nikt poza Beuy­sem nie za­słu­gi­wał na mia­no ar­ty­sty - a te­raz wy­star­czy dłoń, mała, cie­pła dłoń wo­kół jego pały, by ode­brać mu ja­kąkol­wiek zdol­no­ść my­śle­nia.

I nie przy­cho­dzi mu do gło­wy, że pod­nie­ce­nie, któ­re czu­ję, któ­re z nim dzie­lę, jest ca­łko­wi­cie od­kle­jo­ne od mo­je­go cia­ła. Nie przy­cho­dzi mu do gło­wy, że moje cia­ło ma to wszyst­ko gdzieś, ale mózg mi sta­je - i że to jego pod­nie­ce­nie, to, co so­bie wy­obra­ża, wpra­wia mnie w stan upo­je­nia. Czyż nie tak wła­śnie na­le­ży na­zwać kłam­stwo, któ­re jest mi­ędzy nim a mną? On uda­je, że to prze­ze mnie ten wzwód, ja - że ze­stro­iłam się z tym pra­gnie­niem, któ­re do mnie nie na­le­ży, a któ­re jest praw­do­po­dob­nie wy­ni­kiem ostrej ró­żni­cy tem­pe­ra­tur mi­ędzy uli­cą a wnętrzem mu­zeum: ko­bie­ty pie­przą się z tylu wspa­nia­łych po­wo­dów, nie­ma­jących nic wspól­ne­go z fi­zycz­ną roz­ko­szą. Jak mężczy­źni mają się o tym do­wie­dzieć? W jaki spo­sób Stépha­ne mó­głby się do­my­ślić, że moim praw­dzi­wym ce­lem jest do­pro­wa­dze­nie do ze­tkni­ęcia się na­szych dwóch kon­ty­nen­tów, któ­re gdy­by nie ta zła po­go­da, gdy­by nie ten hu­ra­gan, ni­g­dy by się do sie­bie nie zbli­ży­ły? Ro­bię to dla ma­gii - żeby pa­trzeć, jak się za­pa­mi­ętu­je, jak młod­nie­je, na­bie­ra gib­ko­ści po­dob­nej do mo­jej, żeby usły­szeć, jak jego ni­ski głos przy­bie­ra roz­pacz­li­we, wy­so­kie, chło­pi­ęce tony, gdy go obej­mu­ję no­ga­mi, i żeby pa­trzeć, jak sze­ro­ko otwie­ra oczy, stęża­ły w ob­li­czu mocy, któ­rej na­bie­ram, kie­dy na nim sie­dzę.