ROZDZIAŁ 2
TERAZ
- Przepraszam, spotkanie się przeciągnęło, a potem utknąłem w korku - mówi zdyszany Vincent, po czym wita się ze mną szybkim całusem w policzek, rozpina marynarkę i siada po drugiej stronie stolika. Czekałam na niego dokładnie czterdzieści dwie minuty.
- Nic się nie stało. Tylko uprzedzam, że piję już trzeciego drinka, więc mogę wygadywać głupoty.
- To nawet dobrze. Lubię cię pijaną. Przemieniasz się wtedy w słodką flirciarę.
Jego wyznanie sprawia, że teatralnie prostuję się na krześle i unoszę wysoko brwi.
- Czyżbyś zachęcał mnie do alkoholizmu?
Vincent prycha i wyciąga ku mnie rękę.
- Ależ skąd. Trzeźwa też jesteś słodka. W sumie to podobasz mi się w każdym wydaniu - mówi cicho, nie odrywając ode mnie wzroku. Nagle dyskretnie oblizuje górną wargę i przenosi wzrok na korytarz, na końcu którego znajdują się toalety. - Idziemy?
- Idziemy - powtarzam po nim i odchodzę od stołu.
- Wychodzą państwo? - pyta kelnerka, która zjawia się niepostrzeżenie za moimi plecami.
- Tylko na chwilę. Po powrocie zamówimy przystawki - odpowiadam jej.
- Oczywiście.
Czekamy, aż filigranowa blondynka się od nas oddali, po czym szybkim krokiem zmierzamy ku damskiej toalecie. A potem zamykamy się w ostatniej kabinie i pieprzymy przez parę minut. W pewnym momencie do toalety wchodzą dwie kobiety, które obgadują jakąś wspólną znajomą. Staramy się być na tyle cicho, by nie zwrócić ich uwagi. Vincent nie wytrzymuje jednak napięcia i wydaje z siebie głośne westchnięcie. Wiem, jak bardzo podnieca go seks w miejscach publicznych i spodziewałam się, że właśnie tak to się skończy. Nagle za drzwiami wybrzmiewa niekomfortowa cisza, którą po chwili przerywa chichot jednej z kobiet. W pośpiechu opuszczają toaletę, zostawiając nas samych.
- Wybacz. Nie mogłem się powstrzymać - szepcze Vincent, zapinając rozporek. - Wszystko w porządku?
- Wiadomo - odpowiadam nieco zdyszana. Nigdy mu się do tego nie przyznałam, ale też lubię takie akcje i często wyobrażam sobie, że robimy to na biurku w jego gabinecie, najlepiej przy uchylonych drzwiach. Vincent nigdy by się na to nie zgodził, ale kto mi zabroni pofantazjować?
W drodze powrotnej do naszego stolika spostrzegam siedzące nieopodal i wpatrzone w nas młode, krzykliwie umalowane dziewczyny. Wyglądają tak, jakby urwały się z imprezy dla uczestniczek reality show o kochankach bogaczy z Miami. Po minie jednej z nich wnioskuję, że to właśnie one były w toalecie. Koścista szatynka z ustami w kolorze krwistej czerwieni pogardliwie się uśmiecha, po czym szepcze coś na ucho siedzącej obok blondynce. Wiem, że dla świętego spokoju powinnam je zignorować. Patrzę jednak na nie wymownie, a potem na ich oczach szczypię Vincenta w pośladek. Niech mi zazdroszczą takiego faceta!
Pół godziny później mamy już za sobą przystawkę w postaci przepysznych małży świętego Jakuba. Nadszedł czas na danie główne. Wybieram polędwicę cielęcą z ziemniakami truflowymi, zaś Vincent waha się między grillowaną ośmiornicą a najdroższym w karcie japońskim stekiem Hida Wagyu.
- Hm... Chyba najwyższy czas spróbować tego steka - zwraca się do kelnerki, po czym dodaje: - I poproszę jeszcze jeden kieliszek bezalkoholowego wina.
- Oczywiście.
- Hida Wagyu. No, no... Komuś się chyba powodzi - prowokuję go tuż po tym, jak kelnerka odchodzi od stołu.
- Nie patrz tak na mnie. Umawialiśmy się, że w SkyView możemy sobie pozwolić na zabawę w snobów.
- Bogaty facet musi mi się tłumaczyć z tego, że zapragnął zjeść porządny stek. To twoje pieniądze i masz z nimi prawo robić, co chcesz.
- Niby tak, ale wiesz, co myślę o niepotrzebnej rozrzutności...
Gdy to mówi, przypominam sobie monstrualny, pretensjonalny apartament przy Złotej. Jeśli wydanie paru stów na stek to dla niego "niepotrzebna rozrzutność", to nawet nie chcę myśleć, co by powiedział na tamten apartament.
- Mówiłam ci już chyba ze sto razy, że kręci mnie twoja normalność - odpowiadam, ściskając mu dłoń. - Nie musisz nikogo przepraszać za to, że odniosłeś sukces. Doszedłeś do niego ciężką pracą. Poza tym, kurczę, to tylko stek. Nie popadajmy w skrajności.
Vincent przez kilka sekund przygląda mi się w milczeniu.
- Czyli nie będzie ci przeszkadzało, jeśli domówię sobie ośmiornicę? Mam straszną ochotę na owoce morza.
- Jak dla mnie, możesz zamówić całe wiadro ośmiornic - rzucam, a Vincent w odpowiedzi unosi wysoko kąciki ust. Jest słodki i niewinny w tej swojej skromności. I pomyśleć, że dopiero co pieprzył mnie agresywnie w toalecie.
Wkrótce kelnerka stawia przed nami talerze z zamówionymi daniami. Ośmiornica wygląda tak apetycznie, że od razu pytam Vincenta, czy mogę jej skosztować. Wtedy on zamawia drugą.
- Już przekazuję kucharzowi.
- Nie musiałeś tego robić. Zadowoliłabym się kawałeczkiem - mówię zakłopotana.
- Ustaliliśmy, że odkładamy dziś na bok skromność. Poszalejmy trochę - proponuje. - Zresztą dobrze się składa, bo chciałem ci o czymś powiedzieć.
- Domyślam się.
- Hę? - Vincent obrzuca mnie pytającym spojrzeniem.
- No przecież widzę ten błysk w twoich oczach. Masz go, gdy się czymś ekscytujesz.
- Jak ty mnie znasz - prycha, po czym wyciąga z kieszeni najnowszego iPhone'a i odblokowuje ekran. - Jak ci się podoba? - pyta, kładąc przede mną urządzenie.
Przenoszę wzrok na ekran. Moim oczom ukazuje się zdjęcie nowoczesnej piętrowej posiadłości, która na pierwszy rzut oka wygląda jak przecięty w połowie jacht lub statek kosmiczny. W rzeczywistości efekt ten osiągnięto dzięki całkowitemu przeszkleniu strefy wejściowej. Prostokątna szyba rozciąga się od ziemi aż po zadaszenie na piętrze.
- Co to jest? - Na moment spoglądam ze zdziwieniem na Vincenta.
- Najpierw powiedz, co myślisz.
Nigdy wcześniej nie widziałam tak dziwnego projektu. Mocno wysunięte białe zadaszenia pomieszczeń na dole wspierane są przez wąskie kolumny. Sytuacja ma się podobnie na piętrze, z tą różnicą, że dach jest mniej więcej o połowę krótszy. W efekcie dom prezentuje się niezwykle lekko. Można odnieść wrażenie, że wystarczyłby podmuch wiatru, by uniósł się w powietrze. Podoba mi się też wyłożona ciemnym drewnem zewnętrzna fasada.
- Mandy? - naciska Vincent, gdy przez dłuższą chwilę nic nie mówię.
- Ciekawy dom. Projektant musi mieć niezłą wyobraźnię.
- Ale podoba ci się?
- Tak, tylko nie rozumiem, dlaczego mi go pokazujesz. Chyba nie chcesz... - urywam, gdy Vincent szeroko się uśmiecha.
- Mamy trzy dni na podjęcie decyzji. Inaczej rezerwacja przepadnie.
Przełykam ślinę.
- Jaka... rezerwacja?
Vincent nie odpowiada. Zamiast tego chwyta swojego iPhone'a i pokazuje mi kolejne zdjęcia.
- Tak wygląda salon. Nie mów, że o takim nie marzyłaś. Zobacz tylko te wielkie okna i rozciągający się za nimi las. Tego chciałaś, czyż nie?
- Kotku, ale...
- Mogłabyś urządzać sobie poranne spacery po lesie - wchodzi mi w słowo Vincent. - Wcale bym się nie zdziwił, gdyby w pobliżu było też mnóstwo łąk. Zbierałabyś kwiaty i wkładała sobie we włosy...
Zaskoczona przeglądam zdjęcia białego salonu z lustrzanymi akcentami i ścianami wyłożonymi połyskującym kamieniem. Projektantowi udało się urządzić wnętrze z rozmachem, a jednocześnie tak, by sprawiało wrażenie przytulnego i rodzinnego.
- Zaczekaj... Za dużo informacji na raz. - Przykładam palce do skroni i biorę głęboki wdech. - Dlaczego w ogóle pokazujesz mi ten dom?
Vincent bierze łyk bezalkoholowego wina, a następnie odpowiada, krojąc stek:
- Pomyślałem, że nadawałby się idealnie na nasze wspólne gniazdko.
- Nie braliśmy pod uwagę domu - zauważam.
- No tak, ale co to za różnica? Zatrudnimy gosposię i ogrodnika. Nie będziesz musiała nic robić.
- Przecież nie o to chodzi! - podnoszę lekko głos. - Mówiłam ci, że nie potrzebuję wielkich przestrzeni. Może gdybym miała gromadkę dzieci, ale w obecnej sytuacji zadowolę się trzema pokojami i łazienką z jacuzzi. Poza tym nie stać mnie, by dorzucić się do takiej wypasionej willi. - Cofam się w galerii do pierwszej fotografii, na której widnieje dom w całej okazałości. - Matko...
- Nie chcę od ciebie ani grosza, Mandy - zapewnia mnie mój chłopak. - A teraz jedz, bo polędwica ci wystygnie. W sumie to niepotrzebnie pokazałem ci te zdjęcia. Mogłem z tym zaczekać do końca kolacji lub powrotu do domu.
Chwytam w milczeniu sztućce i po chwili wkładam do ust kawałek mięsa. Smakuje wybornie, ale przez Vincenta nie mogę się nim delektować.
- Chcesz powiedzieć, że od początku planowałeś mnie sponsorować? - pytam z wyrzutem.
Odpowiada dopiero po przełknięciu mięsa:
- Od razu sponsorować... Chciałem tylko, byś miała ze mną dobrze.
- Mam z tobą dobrze - mówię stanowczo. - Wystarczy, że przy mnie będziesz. Potrzebuję partnera, a nie opiekuna.
- Będę twoim partnerem, ale skoro mamy różną sytuację finansową, to dlaczego nie miałbym cię odciążyć?
- Nie zgadzam się na to, Vincent.
- Mandy...
- Nie i już. - Zaskoczyła mnie jego deklaracja. Nie tego się spodziewałam po tak wymagającym facecie, który ceni samodzielność u kobiet. A jeśli błędnie go oceniłam?
Vincent prycha, kręcąc przy tym głową. Następnie nadziewa na widelec kolejny kawałek steku.
- W porządku. Skoro tak bardzo ci zależy na równości w związku, to tym bardziej powinnaś zgodzić się na ten dom - mówi, zanim wkłada mięso do ust.
- Jak to?
- Wszystkie mieszkania, które mi pokazałaś, są na sprzedaż. Tylko ten dom jest na wynajem. Dorzucałabyś się co miesiąc do czynszu, co i tak jest dla ciebie lepszą opcją. Nie musiałabyś zaciągać kredytu w banku. A nawet jeśli, to nie na tak dużą kwotę.
Rozmowę przerywa nam kelnerka, która stawia na stole talerz z ośmiornicą.
- Smacznego. - Posyła nam szeroki uśmiech, po czym odchodzi.
Zmuszam się do zjedzenia kolejnego kęsa polędwicy, jednocześnie posyłając Vincentowi złowrogie spojrzenie. A jeśli niepotrzebnie zgodziłam się na wspólne zamieszkanie? Jesteśmy ze sobą przecież raptem rok. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że to poważna decyzja. Właśnie dlatego liczyłam, że będziemy mieć coś swojego. Fundamenty, na których oprzemy nasz wciąż rozwijający się związek. Wynajem to jednak nie to samo co kupno. Z drugiej strony jakie to ma znaczenie? Najważniejsze jest przecież to, by dobrze nam się razem mieszkało. Hm... Im dłużej o tym myślę, tym sensowniejsza wydaje mi się opcja wynajmu. Sprawdzimy, czy jest nam razem dobrze, przetestujemy się i kto wie, może pewnego dnia kupimy dla siebie jakieś przytulne gniazdko. Na dobrą sprawę, jeśli mam stracić Vincenta, to i tak go stracę. Usidlanie go na siłę nie ma sensu.
- Masz więcej zdjęć? - pytam, a wtedy Vincent promienieje z radości.
- Może najpierw pokażę ci naszą sypialnię... - Podsuwa mi znów swój telefon. - I co myślisz? Zamontowałbym jedynie elektryczny karnisz. - Vincent musi spać w całkowitej ciemności, więc jego słowa mnie nie zaskakują.
Pomieszczenie utrzymane jest w moich ulubionych odcieniach bieli, beżu i szarości. Szczególnie przypadają mi do gustu wyłożona jasnymi panelami podłoga, tapicerowane łóżko i drewniane lamele na ścianie tuż za nim. Z kolei przeciwległa ściana wyłożona jest nowoczesnym betonem architektonicznym. Nieszczególnie za nim przepadam, ale akurat w tym pokoju prezentuje się ciekawie.
- Podoba mi się - mówię do Vincenta. - Brakuje mi jedynie doniczek z kwiatkami.
- Będziesz mogła mieć tyle kwiatków, ile zapragniesz. W ogóle oniemiejesz, jak zobaczysz taras na piętrze. - Vincent przewija galerię i pokazuje mi przestrzeń większą niż największe mieszkanie z tych, które rozważałam.
- No nieźle - kwituję.
- Tylko nieźle? Wszystkie tarasy mają łącznie ponad dwieście metrów. Cały dom ma chyba z sześćset.
- Będzie co sprzątać.
- Mówiłem ci już, zatrudnimy kogoś do pomocy. Wezmę na siebie wszystkie koszty.
- Vincent... - Przewracam oczami.
- Okej, dorzucisz się do wynagrodzenia. Przez ostatnie trzy tygodnie dużo nad tym myślałem. Skoro już koniecznie musisz dorzucać się do czynszu, wynajem domu wydaje się równie rozsądny jak kupno mieszkania. No i nie grozi nam widmo nagłej eksmisji. Umowa zawierana jest na co najmniej cztery lata.
- Czekaj, bo znowu torpedujesz mnie informacjami... - Marszczę brwi. - Powiedziałeś trzy tygodnie? To dlatego ostatnio mnie zbywałeś, gdy pokazywałam ci oferty?
- Nie robiłem tego celowo. Najwyraźniej zafiksowałem się na punkcie tego domu i nie mogłem się skupić na niczym innym.
- Marne tłumaczenie - rzucam poirytowana.
- Ale szczere. Wybacz, jeśli poczułaś się zlekceważona.
Kręcę z niezadowoleniem głową i biorę do ust kolejny kęs wystygniętego mięsa.
- Dlaczego wcześniej nic nie powiedziałeś? - pytam pół minuty później.
- Nie chciałem ci zawracać głowy. Wolałem najpierw wybadać grunt i zobaczyć, czy w ogóle mamy jakieś szanse na wynajem.
- Jak w ogóle dowiedziałeś się o tej ofercie?
- Podrzucił mi ją jeden ze wspólników. Wspominałem mu, że szukamy mieszkania.
Szukamy? A to ciekawe... Sądziłam, że otoczenie Vincenta nie wie o moim istnieniu. Ilekroć pytałam o jego współpracowników i znajomych, zapewniał mnie, że poznam ich w odpowiednim momencie. Mijały miesiące i odpowiedni moment nie nadchodził. W końcu przestałam pytać. Nie chciałam naciskać. Ujawni mnie, gdy będzie na to gotowy.
A co, jeśli nigdy nie będzie?
- Aha - odpowiadam zdawkowo. Nie chcę drążyć tego tematu. Najpierw muszę się dowiedzieć wszystkiego o tej ofercie.
- No... Janek zasugerował w żartach, że wreszcie miałbym swoją własną willę Playboya. - Gdy widzi moją konsternację, wyjaśnia: - Na studiach żartowaliśmy, że gdy już odniesiemy sukces i dorobimy się fortuny, sprawimy sobie wielką rezydencję i będziemy w niej organizowali weekendowe imprezy na kilkaset osób.
- Ambitnie - komentuję.
- Nie martw się, jeśli o to chodzi, to już mi przeszło - odpowiada rozbawiony Vincent. - Początkowo nawet nie wczytywałem się w ofertę domu, ale gdy kilka godzin później z ciekawości do niej powróciłem, zacząłem się zastanawiać... Jest jeden haczyk: lokalizacja.
- Właśnie miałam cię o nią spytać.
Vincent nadziewa na widelec kawałek ośmiornicy.
- Posiadłość mieści się na obrzeżach Szklarskiej Poręby - wyjawia, zanim bierze go do ust.
Robię duże oczy.
- Karkonosze?
Vincent przeżuwa szybko ośmiornicę i przełyka.
- Mhm. Mielibyśmy dziesięć minut spacerem do Muzeum Mineralogicznego i niecały kwadrans autem do wodospadu Szklarki.
- Pierwsze słyszę.
- Pokażę ci później w Google Maps. Ludzie bardzo zachwalają to muzeum. Z kolei wodospad to podobno idealne miejsce na romantyczne wieczorne spacery. No i tylko pomyśl o tym widoku ośnieżonych gór za oknem. Pamiętam nasz spacer po rynku w Krakowie i rozmowę na temat miejsc, które chciałabyś ze mną odwiedzić. Szkoda, że ostatecznie nie pojechaliśmy do Zakopanego. - Mało brakowało, a przedłużylibyśmy wtedy urlop o kilka dni. Ostatecznie plan pokrzyżowali nam wspólnicy Vincenta, którzy zwołali na poniedziałek ważne spotkanie. W efekcie musieliśmy wracać do Warszawy już w niedzielę po południu.
- Sama nie wiem... Zaskoczyłeś mnie. Nie miałam w planach wyprowadzki z Warszawy.
- Jakby na to spojrzeć z boku, nic cię tu nie trzyma. Mogłabyś wykonywać swoją pracę nawet z drugiego końca świata - zauważa Vincent.
- Niby tak, ale co z tobą? Nie możesz się wyprowadzić na drugi koniec Polski.
- Dlaczego nie?
- Eee... Ty tak na serio? Chcesz porzucić firmę?
- Nikt nie mówi o porzucaniu firmy. Wiele rzeczy mogę wykonywać zdalnie. Mamy dwudziesty pierwszy wiek, Mandy. Nie muszę ciągle przebywać na miejscu.
- Ciekawe, że mówi to człowiek, który przesiaduje w biurze od rana do nocy. - Mało brakuje, bym wytknęła mu wszystkie odwołane w ostatniej chwili kolacje i wypady do kina.
Vincent dopija wino, po czym posyła mi delikatny uśmiech.
- Przyznaję, jestem pracoholikiem. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Chcę to jednak zmienić i zacząć wreszcie korzystać z życia. To jeden z powodów, dla których zacząłem rozważać wyprowadzkę z Warszawy. Mielibyśmy wreszcie więcej czasu dla siebie.
- Pod warunkiem, że nie zamykałbyś się całymi dniami w gabinecie.
- Obiecuję, że bym tego nie robił.
- Hm... Myślisz, że firma na tym nie ucierpi? - dopytuję. Nie chcę bowiem, by później zarzucił mi, że nasz związek zaszkodził jego karierze. Wiem, to czarnowidztwo. W końcu to on wyskoczył z pomysłem wyprowadzki. Mimo to czuję się współodpowiedzialna za całe to przedsięwzięcie. I zależy mi na tym, by Vincent niczego nie żałował.
- Nie sądzę. Rozmawiałem już wstępnie ze wspólnikami.
- Pięknie. Nawet oni dowiedzieli się przede mną.
- Tak jak mówiłem: wolałem najpierw wybadać grunt, a dopiero potem przedstawić ci pełną ofertę.
- Następnym razem chcę być od początku we wszystko wtajemniczana. Zrozumiano?
- Oczywiście, królowo - odpowiada, po czym wraca do tematu: - Chłopaki zasugerowali, że mógłbym wpadać do Warszawy raz w tygodniu i ustawiać sobie na ten dzień najważniejsze spotkania.
- Do Warszawy jest jakieś pięćset kilometrów. Jesteś gotowy na ciągłą tułaczkę?
- Jeździłbym do Wrocławia i zostawiał auto na parkingu przy lotnisku. Lot do Warszawy trwa raptem czterdzieści minut.
- Faktycznie wszystko obmyśliłeś...
Na twarzy Vincenta maluje się zakłopotanie.
- Jeśli nie jesteś zainteresowana, to powiedz wprost.
- Na ten moment nie wiem, co o tym myśleć. A co z dziećmi? Kiedy znajdziesz czas na... - urywam, a następnie wzdrygam się na myśl o tym, że Marta już o wszystkim wie. - Z nią też o tym rozmawiałeś?
Vincent kuli się niczym pięciolatek, który wie, że nabroił.
- Musiałem się upewnić, że nie będzie miała nic przeciwko.
- Powiedziałeś jej o mnie?
- Nie, ale domyśliła się, że nie będę tam mieszkał sam.
- No tak...
- Zaproponowałem jej, że będę wpadał do nich po pracy za każdym razem, gdy będę w Warszawie. Marta zgodziła się też na jeden weekend z dzieciakami w miesiącu.
Dotychczas nie ingerowałam w rodzinne sprawy Vincenta. Nie czuję się przez niego zaniedbywana, choć nie ukrywam, że chętnie poznałabym jego dzieci. Na pewno dodałoby mi to pewności siebie. Vincent nie przedstawiałby ich przecież kobiecie, o której nie myśli poważnie. Nie podoba mi się jednak wizja samotnych weekendów w ogromnej willi na uboczu. Wprawdzie wciąż mielibyśmy dla siebie trzy weekendy w miesiącu, ale jaką mam gwarancję, że z czasem Vincent nie zacznie jeździć do Warszawy częściej?
- Od tego wszystkiego rozbolała mnie głowa. - Masuję się po czole.
- Myślę, że to przez te drinki, które wypiłaś przed moim przyjściem.
- Tak czy siak, na ten moment nie jestem ci w stanie powiedzieć, czy chcę aż takiej rewolucji w życiu. Dom jest piękny, ale to jednak Szklarska Poręba...
- Jasne. - Vincent próbuje nieudolnie zamaskować rozczarowanie. Chyba nie myślał, że rzucę mu się w ramiona, wycałuję po twarzy i podziękuję za uczynienie ze mnie księżniczki zamkniętej w nowoczesnym pałacu? W głowie zapala mi się kolejna żółta lampka. Vincent chyba nie jest do końca taki, jak sądziłam.
Chwilę później podchodzi do nas kelnerka i zgarnia ze stołu talerze.
- Poprosimy rachunek - odzywa się do niej Vincent.
- Oczywiście.
Pięć minut później opuszczamy budynek i kroczymy ku parkingowi.
- Nic nie mówisz. Jesteś na mnie zły? - pytam niepewnie.
W odpowiedzi mój partner spogląda na mnie z politowaniem.
- Nie jestem humorzastym dzieciakiem, który strzela focha za każdym razem, gdy coś nie pójdzie po jego myśli.
- Obiecuję, że się zastanowię. Zrozum, to dla mnie duża zmiana.
- Dla mnie też, dlatego nie naciskam. Po prostu zachwyciłem się, gdy zobaczyłem zdjęcia tego domu. Jest tak bardzo w moim guście...
- Lubisz krzykliwość i przesadną nowoczesność?
Vincent piorunuje mnie wzrokiem.
- Jak dla mnie wnętrza są stonowane i przytulne mimo dużych powierzchni.
Nie zamierzam się z nim spierać, dlatego poruszam temat wynajmu:
- Cztery lata to dość długo. Czy jest jakiś okres wypowiedzenia?
- Tak, trzy miesiące.
- Chociaż tyle. A kim jest właściciel? - dopytuję tuż po tym, jak wsiadamy do auta Vincenta.
- To Nataniel Lorent, prezes Lorent Estate Holding.
- Co to za firma?
- Bardzo duży deweloper. Kiedyś mieliśmy z nimi współpracować, ale nic z tego nie wyszło.
- Milioner znudził się willą na zadupiu i teraz szuka najemcy - stwierdzam.
- Niezupełnie. Z tego, co mi wiadomo, wynajmuje ją od samego początku, czyli od jakichś dziesięciu lat. To znaczy wynajmował, bo od dwóch lat dom stoi pusty - wyjawia Vincent, po czym uruchamia auto.
- Wiesz dlaczego?
- Nie. Podejrzewam, że Lorent żądał absurdalnie wysokiego czynszu. W końcu zrozumiał, że nikt mu tyle nie zapłaci, więc zaproponował niższą kwotę. Właśnie dlatego grzechem byłoby nie skorzystać. Co tak na mnie patrzysz?
- Zastanawiam się, czym jeszcze mnie zaskoczysz - odpowiadam, a wtedy on przykłada mi dłoń do uda i delikatnie je ściska.
- Zaraz się przekonasz - szepcze, po czym przesuwa dłoń coraz wyżej, aż dociera do mojego krocza. Następnie zawraca tuż przed bramą parkingu i zajmuje najbliższe wolne miejsce.
- Co ty robisz? - pytam, zanim Vincent pochyla się w moją stronę i namiętnie całuje. A potem wsuwa mi dłoń w majtki i w pięć minut doprowadza palcami do orgazmu.
- Zadowolona? - dopytuje z wyraźną satysfakcją.
- Kocham cię - mruczę, starając się uspokoić oddech.
- Słucham?
- Kocham cię, Vincencie Tabor - mówię nieco głośniej i składam mu na ustach długi pocałunek.
- I to mi się podoba.