.
Za kotarą jest duszno, żółta żarówka w brudnym kloszu oświetla ciasny przedpokój. Z klosza zwisa oblepiony muchami lep. Ściągają kurtki i wciskają między inne na koślawym wieszaku.
Następne pomieszczenie jest przechodnim pokojem, ale wygląda jak poszerzony korytarz z oknem. Tu zdejmują buty, ustawiają je obok innych. Przy stoliku pod oknem siedzi mężczyzna w sile wieku, nawet elegancki, ale elegancją kościelnego, liczy ułożone przed nim drewniane klamerki. Wystający spod swetra biały kołnierzyk związany krawatem w jakiś sposób dodaje mu powagi.
- Szczęść Boże - mówi mama.
- Zapraszam. Nasz Tomasz jest już gotowy.
Mężczyzna mówi ściszonym głosem. Moduluje szept w półgłos, wyższe tony głaszczą Żółwia z tyłu głowy. Jak dotyk bioenergoterapeuty, elektryczność biegnąca z góry na dół, wywołująca przyjemne dreszcze.
Wręcza im po klamerce i zaprasza dalej. Za cienkim paździerzem przeszklonym mleczną szybą znajduje się właściwy pokój. Pokój Tomasza. Czuć obecność wielu osób.
Otwierają drzwi i wchodzą. Żółw staje w progu, Anka prowadzi matkę w tłum.
Na taboret wchodzi człowiek o suchej, szczurzej fizjonomii. Blady, niewyspany asceta, wzbudzający litość i zaufanie. Występuje w groteskowym gorsecie, do którego przypięte ma skrzydła z poliestru i bibuły - bluźniercze przedłużenie dwóch blizn, które podobno nosi na plecach. Mówią, że taki się urodził, tak jak rodzą się ludzie z ogonem czy błoną między palcami. Jebany oszust, myśli Żółw z podziwem, dobrze to wymyślił.
W tej samej chwili tłum zaczyna szeptać. Wpierw pojedynczymi ustami, gdzieś z przodu. Dołączają następne, najpierw niepewnie i nierówno, ale zaraz potem suną już razem, szerokim taranem niezachwianej wiary w tego zniewieściałego dziwoląga. To Aniele Boży, klasyka gatunku.
Anioł stoi z zamkniętymi oczami i po cichu, samymi wargami, też się modli. Ludzie chodzą wokół taboretu, z namaszczeniem trącają te święte syntetyczne skrzydła. Szurając skarpetkami po dywanie, elektryzują się i każdy taki kontakt naznaczony jest wyładowaniem elektromagnetycznym. Modlitwa zapętla się, wpada w mantryczny rytm, sama siebie miele, gubiąc sens słów, by przy kolejnym obrocie nadać im nowy.
Jakiś starszy człowiek wkłada w swoją klamerkę kartkę z intencją. Drżącymi rękoma przyczepia ją do prawego skrzydła, po czym pada na kolana i zaczyna płakać, głośno i szczerze. Anioł kładzie dłonie na jego plecach. Ludzie zaczynają przypinać klamerki i padać jeden po drugim. Anioł przeciska się między nimi i namaszcza każdego anielskim dotykiem. Anielskie skrzydła uginają się od ciężaru cierpień i próśb. Para, którą spotkali przed wejściem, przyczepia zdjęcie kilkuletniego dziecka; on w suchej, męskiej rozpaczy osuwa się na podłogę, ona z nadzieją obcałowuje skrzydła. Anioł też płacze.
Gdzieś w tej procesji przemazuje się mama. Podtrzymywana przez Ankę, zawiesza swoją klamerkę i znika w masie klęczących osób. Żółw domyśla się, że w intencji mamy chodzi o córkę i syna. Tylko dlaczego nie woła do Boga w skrytości swego matczynego serca, choćby nawet i na głos, ale z tyłu, w pustej ławce nawy bocznej, bezpośrednio? Nie może zrozumieć. Wyobraża sobie - i jest to nieprzyjemna wizja - jak kilka godzin później patoanioł siedzi przy stole i, rozbawiony, czyta wszystkie te desperackie wołania, a przydupas kościelny gdzieś z boku ceruje skrzydła. Ze stosu rozrzuconych kartek Anioł wyciąga jedną i mówi: Ty, obczaj to: za moją niewydarzoną Annę, żeby w końcu znalazła sobie chłopa, bo przecież nie jest taka brzydka, i za mojego Żółwia, żeby wreszcie przestał być pizdą i wziął się w garść, oraz żeby oboje wypierdalali z mojego domu, bo idzie za dużo prądu.
Tak to mogłoby brzmieć mniej więcej. Najgorsze, że matka ma rację. Powinni spierdalać. Kitrają się w jej norze niczym bezzębne szczeniaki. To cena, jaką ludzkość płaci za postęp cywilizacyjny: trzeba niańczyć słabych. Na szczęście dla Żółwia, bo inaczej musiałby skoczyć ze skały. Dla dobra społeczeństwa.
Anka też ma klamerkę, wiesza ją obok klamerki matki. Żółw nie może uwierzyć. Byli tu wiele razy i nigdy przedtem tego nie robiła. Był przekonany, że gardzi tą żałosną szopką tak samo jak on. No i po co są siostry?!
Modlitwa powoli dogorywa, tli się jeszcze na pojedynczych ustach, ale i tam po chwili gaśnie. Anioł wraca na taboret, pozwalając wiernym szlochać w wykładzinę. Stoi tylko Żółw i ich spojrzenia się spotykają.
Anioł przygląda się Żółwiowi ze smutkiem, jakby chciał powiedzieć: Rozumiem cię, też miałem kiedyś czarną duszę... Wyrozumiały skurwiel, nie weźmie go na wyrzuty sumienia, ni chuja, nie spuści wzroku. Trwają w tym niezręcznym impasie dość długo, w końcu Anioł, ta wychudzona szuja, znienacka zaczyna recytować Aniele Boży od początku. Głos ma piękny, lekko wibrujący, mówi cicho, ale dobitnie, z wysiłkiem. Tak mówią ludzie cierpiący, którzy nie powinni nic mówić, ale mówią, bo źli ludzie ich do tego zmuszają. Reszta podnosi głowy znad swoich zmartwień, bo nikt jeszcze nie słyszał takiego głosu. Patrzą na Anioła z uwielbieniem i dołączają do modlitwy. Jego twardy, nieustępliwy wzrok naprowadza ich na Żółwia, odwracają się i teraz wlepiają w niego swoje czerwone, mokre oczy - oceniające, ciężkie spojrzenie większości. Żółw nie wytrzymuje i klęka. Na swoje usprawiedliwienie - na jedno kolano. Ale ludziom to wystarcza. Uspokojeni wracają do swoich myśli. Żółw łyka to upokorzenie. Zwyciężyli. To nie tak, że nie potrafi przegrywać, jego życie jest definicją braku sukcesów, ale tutaj, w tym pokoju, w samych skarpetkach, czuje się zbrukany. W końcu podnosi głowę. Anioł wciąż patrzy na niego, ich spojrzenia znowu się spotykają i Anioł puszcza do niego oczko. Żółw aż się wzdryga. Czy to możliwe, żeby ten święcony kutas był tak bezczelny?