Wstęp
Kto pisze
Listy opublikowane w tym zbiorze zostały napisane przez neapolitańskiego kapłana, niesłusznie oskarżonego i nękanego przez Święte Oficjum.
Ich autorem jest ksiądz Dolindo Ruotolo (Don Dolindo) - człowiek, który narodził się po to, by cierpieć1. Ze względu na traumatyczne dzieciństwo oraz kłopoty, jakich doświadczył w latach nauki, a wreszcie i z powodu oskarżenia oraz próby destrukcji jego ludzkiej osobowości w czasie, gdy był przesłuchiwany przez Święte Oficjum, kapłan ów mógłby stać się bohaterem powieści kryminalnej. Tymczasem poznajemy jego korespondencję z okresu wspomnianych wydarzeń.
Dlaczego pisze
Don Dolindo ma nieograniczony szacunek dla Kościoła. Dlaczego zatem napisał te listy, które z pewnością nie są apologią niektórych członków Świętego Oficjum? Odpowiedź na to pytanie znajdziemy w samych listach (por. list z 15 października 1921 roku). Okazuje się, że to jego spowiednik nakazał mu je pisać. Warto też przypomnieć, że Don Dolindo był duchowym kierownikiem wielu osób, które poświęcały się służbie apostolatu. Te dusze nie mogły zostać porzucone w krytycznym momencie, lecz nawet znając prawdę, musiały pozostać stałe w wierze. Co więcej, nie powinny wyłącznie bulwersować się pomyłkami popełnianymi przez niektórych ludzi Kościoła, lecz winny widzieć zawsze i we wszystkim dzieło Boga. Szkoła cierpienia i krzyża - to ona zawsze najlepiej formuje nasze życie. Ten, kto cierpiał lub uczestniczył w cudzym cierpieniu, lepiej rozumie innych i umie dać światło braciom w ciężkich chwilach.
Kto nie powinien czytać tej książki
Listy, o których tu mówimy, są - tak jak większość życia Don Dolindo - zadziwiające. Mocno pedagogiczna wartość dramatu, jaki opisują, może nie zostać zrozumiana przez niewtajemniczonych. Naturalnie, mówiąc o całości okoliczności, które u większości ludzi mogłyby wzbudzić bunt lub desperację, w przypadku tego kapłana nie są w stanie zaburzyć pokoju i intymnego zjednoczenia z cierpiącym Chrystusem. Nie są w stanie dokonać nawet najmniejszego uszczerbku w pełnym oddaniu, w całkowitym i bezwarunkowym przylgnięciu do Kościoła. Przeciwnie, dla Don Dolindo ukryta ofiara, wspaniałomyślna zgoda na zniszczenie siebie samego stają się życiową pasją, pasją naśladowania Chrystusa. Kapłan czuje okrucieństwo bólu, kosztuje goryczy ludzkiego niezrozumienia (por. list z 8 sierpnia 1921 roku), w pełni doświadcza udręki zdrady dokonanej przez osoby duchowo przez niego błogosławione. Jednak nie skarży się, nie odrzuca cierpienia; znajduje się w takim stanie jak św. Teresa z Avila, która z poświęceniem służąc najwyższemu ideałowi zbawienia współbraci, powtarzała: "albo cierpieć, albo umrzeć!".
Lecz... jeśli tam było Święte Oficjum...
Oczywiście, jeśli Święte Oficjum interweniowało z całą surowością, to musiała istnieć ku temu podstawa. Jakaż była wina, prawdziwa lub tylko przypisana księdzu Dolindo? Fantazjująca donosicielka w swojej głupiej gorliwości sformułowała wiele zarzutów (listy z 13, 16, 23 i 31 marca 1921 roku) i oskarżeń dotyczących prawowierności nauk udzielanych przez tego kapłana... Lecz cóż takiego dało choćby minimalną podstawę do przyszycia mu łaty, która wywarła tak wielkie wrażenie na różnych członkach Świętego Oficjum? Podstawą okazała się profetyczna misja, którą Duch Święty powierzył księdzu Dolindo. Wyprzedzał on bowiem swoją epokę i był zapowiedzią nowych czasów. Głosił i przewidywał wielkie innowacje, które miały dokonać się wraz z Soborem Ekumenicznym. Mówił o nich i pisał pod wpływem Ducha Pana (por. list z 18 kwietnia 1921 roku). Don Dolindo ma bardzo jasne wewnętrzne lokucje; przeczucia, które zawsze się spełniają, ponieważ pochodzą od Boga (por. list z 6 czerwca 1921 roku).
Jest czymś oczywistym, że zawsze pozostaje on zakotwiczony w swojej pokorze; jednak nie może też milczeć. Nie stwarza wokół siebie profetycznej atmosfery, lecz dziękuje Panu za cierpienia, jakie za Jego przyzwoleniem na niego spadają, za prześladowania, jakie musi znosić. Zdaje sobie sprawę, że tym sposobem nie będzie mógł chełpić się niczym, nie będzie mógł czuć się kimś ważnym ani odbierać chwały, jaka należy się tylko Bogu. Wie, że im mocniej ludzie uznają go za głupca i naiwniaka (list z 22 października 1921 roku), tym bardziej w jego życiu będzie można dostrzec dzieło Boga.
Nie sądźmy jednak, że Don Dolindo to człowiek bierny, pozbawiony odwagi; ktoś, kto nie ma siły reagować i załamuje się, popadając w moralny marazm. Nie.
On jest wojownikiem, który chce złożyć w ofierze własne życie. Dokonuje działań z ludzkiego punktu widzenia zuchwałych, by zamanifestować nie tyle swój heroizm, ile raczej siłę miłości do Jezusa i Jego Kościoła.
Trudno pojąć człowieka o tak niezwykłym intelekcie, a zarazem w bezgranicznej pokorze przedstawiającego się jako ktoś, kto sam z siebie nie ma żadnej wartości. Jego wiara wprawiała w osłupienie. Również ludzie Świętego Oficjum zdawali sobie sprawę z tych dramatycznych i sprzecznych zachowań, lecz, nie mając tyle światła, ile on miał, zdezorientowani i zakłopotani, co prawda go nie skazali (list z 15 października 1921 roku), ale bojąc się niebezpiecznych nowości, o których donieśli oskarżyciele, przerwali jego działalność kapłańską. Wyrok ten daje się usprawiedliwić jedynie przez ograniczoną wrażliwość ludzką, która, niestety, nie została zrekompensowana tak wielką wiarą, jak można by było sobie tego życzyć.
Współczesny Prorok
W listach, o których mówimy - będących jękiem zranionej duszy, która wciąż ma jednak nieuszkodzone skrzydła, aby się wyzwolić i jak orzeł polecieć ku słońcu w bezgranicznej miłości do Jezusa i swojego Kościoła - Don Dolindo coraz bardziej się odsłania i jawi się jako prorok naszych czasów.
Łagodna ocena, wyrażona przez Don Dolindo na temat Savonaroli (list z 25 sierpnia 1921 roku) mogłaby być dobrym przewodnikiem dla kontestatorów i buntowników, którzy popchnięci być może szlachetnymi intencjami, są jednak niewystarczająco zakorzenieni w prawdziwej teologii oraz szczerej pokorze, a nie będąc również całkowicie wolnymi od łatwych popisów, kontestują Kościół, którego sami są częścią. Przypisywanie sobie statusu charyzmatyka bez właściwych na to dowodów, mniemanie, że zagwarantowało się sobie posiadanie Ducha Świętego jest wielkim niebezpieczeństwem. Zauważa to m.in. pisarz Gennaro Auletta ("Osservatore Romano della Domenica" rok 42, nr 24, 15 czerwca 1975, s. 7), trafnie przywołując przy tym piękne słowa św. Augustyna: "na ile ktoś kocha Kościół Chrystusa, na tyle ma Ducha Świętego".
Don Dolindo ledwie nadmienia o detalach próby, jakiej został poddany i nie przypisuje sobie prawa do sądzenia ludzi będących przyczyną jego cierpień. Patrzy przede wszystkim na dzieło Ducha Świętego w Kościele, który jest zawsze zjednoczony z Chrystusem, jego Głową; w Kościele, w którym nie dzieje się nic, czego nie pragnie Zbawiciel, nic, czego On by nie dopuścił, tak by nawet ze zła wyprowadzić dobro.
Tak więc cała ta sytuacja rozgrywa się w napięciu, w żywej sprzeczności - odczuwanej i przecierpianej. Lecz jednocześnie jest w tym wszystkim dla księdza Dolindo prawdziwa "rzeka pokoju" ponieważ - jak to powiedział on w pewnym miejscu - dla niego istnieje tylko jeden problem: spełniać każdego dnia i w każdej chwili wolę Boga.
Kościele, o Kościele!
Nie byłoby w tym nic z czczej retoryki, gdyby się rzekło, że Don Dolindo żył, cierpiał i dobrowolnie oddał się w ofierze jak Izaak (list z 10 grudnia 1921 roku), by dać świadectwo Kościołowi, by uczyć, jak się kocha Kościół, by przyjmować z męską dojrzałością i mistyczną wzniosłością każdą karę i upokorzenia, które w jakikolwiek sposób związane są z Kościołem...
Również te, które są skutkiem ludzkiej pomyłki i sprawiają, że krwawimy. Kościół, którego Głową jest Chrystus, okazuje się niezwykle piękny. Nawet jeśli jakiś jego fragment ulega poszarpaniu, nawet jeśli jakiś jego punkt pokrywa się kurzem lub odpadami, to nie traci on gigantycznej i harmonijnej postaci Mistycznego Ciała ożywionego Duchem Świętym. Postaci wznoszącej się jak miasto na szczycie świętej góry, do której schodzić się powinny wszystkie ludy, by powiedzieć: "Chwała Tobie, Panie".
Don Dolindo czuje, że samo odnowienie Kościoła musi być owocem ofiary, a on, który dzięki tajemniczym lokucjom, może cieszyć się zawczasu (jak Abraham: "Abraham... ujrzał i ucieszył się", J 8,392) otwarciem, które dokona się na Soborze Ekumenicznym, zostaje powołany do zapłacenia ceny, jednocząc się z Chrystusem w cierpieniu i w unicestwieniu... ponieważ ziarno, obumarłe w ziemi daje wiele owoców!
* * *
Inne kwiaty w ogrodzie
Liczba listów, o których mówimy, nie jest wielka. Ten kwitnący klomb, który był uprawiany i zraszany łzami Don Dolindo, okazuje się nieduży. Mimo to każdy może znaleźć na nim ulubiony kwiat o wybranym zapachu. Są tu rozważania dla kaznodziejów, dla wieszczów, dla charyzmatyków, dla zakonników; znajdzie się tu coś dla wszystkich. Przede wszystkim odkrywamy (jak i w innych pismach Don Dolindo), że jest on gigantem duchowości, porywczym mistykiem, który będzie nadawał właściwy kierunek nowym nurtom teologii, kaznodziejstwa oraz nowym strumieniom szeroko pojętej działalności duszpasterskiej, jakie spływają ze świętego miasta Kościoła, by uradować lud święty kroczący przez pustynię w kierunku ziemi obiecanej.
Być może zostanie to odczytane jako przesada, ale kiedy poprzez lekturę pism Don Dolindo głębiej poznajemy jego duszę, to trudno powstrzymać myśl, że "wielki prorok pojawił się wśród nas". Że zjawił się ktoś, kto z pięćdziesięcioletnim wyprzedzeniem zapraszał, byśmy podnieśli głowy, gdyż nowa fala Ducha Świętego jest już blisko!
Sessa Aurunca, święto Najświętszego Serca Pana Jezusa
6 czerwca 1975
VITTORIO M. COSTANTINI
Biskup Sessa Aurunca