ROZDZIAŁ I
Powrót do domu
BYŁ POGODNY, JASKRAWOZIELONY majowy wieczór. W wodach Four Winds Harbour przeglądały się złociste chmury, widoczne między łagodnymi, ciemnymi brzegami zatoki. Przy mierzei upiornie pojękiwało morze, mimo wiosny pogrążone w wiecznym smutku. Za to wzdłuż czerwonej drogi do przystani, którą statecznym krokiem podążała do Glen St. Mary panna Cornelia, poświstywał wesoło psotny, dobrotliwy wietrzyk. Panna Cornelia była wprawdzie od trzynastu lat panią Marshallową Elliott, ale nadal większość okolicznych mieszkańców wolała zwracać się do niej po staremu. Spośród starych przyjaciół tylko jedna osoba porzuciła ten zwyczaj: Susan Baker, posiwiała, lojalna, lecz zawzięta gospodyni rodziny Blythe'ów ze Złotych Iskier, nigdy nie przepuściła okazji, by z ostentacyjną pogardą nazywać ową niewiastę "panią Marshallową Elliott". Zupełnie jakby chciała jej złośliwie wytknąć status mężatki: "Chciałaś, to masz, i jeśli o mnie chodzi, tak właśnie będę cię tytułować".
Panna Cornelia szła odwiedzić państwa Blythe'ów po ich niedawnym powrocie z trzymiesięcznego pobytu w Europie. Doktorostwo rozpoczęli podróż od udziału w słynnym kongresie medycznym w Londynie, a pod ich nieobecność w Glen miały miejsce pewne wydarzenia, które panna Cornelia chciała z nimi pilnie przedyskutować. Po pierwsze, na plebanię sprowadziła się nowa rodzina. I to taka, że na samą myśl o niej panna Cornelia, zmierzająca właśnie dziarskim krokiem do Złotych Iskier, kręciła z niepokojem głową.
Susan Baker i Anne z domu Shirley śledziły ją z wielkiej werandy, gdzie rozkoszowały się urokami zapadającego zmierzchu. Senne drozdy pogwizdywały cicho wśród klonów, żonkile kołyszące się na wietrze pod ścianą z czerwonej cegły przypominały grupę wdzięcznych tancerzy.
Anne siedziała na schodkach, obejmując dłońmi kolana. W łaskawym świetle wieczoru wyglądała bardziej na młodą dziewczynę niż na matkę kilkorga dzieci, do czego miałaby słuszne prawo, a jej rozmarzone zielonoszare oczy lśniły takim samym blaskiem jak dawniej. Za jej plecami leżała zwinięta w hamaku, tłuściutka jak pulpecik, najmłodsza z latorośli - sześcioletnia Rilla. Miała kręcone rude włosy i orzechowe oczy, ukryte teraz pod powiekami, które jak zwykle tuż przed snem śmiesznie marszczyła.
Shirley - znany w rodzinnym Who's Who jako "brązowy chłopczyk" - spał w ramionach Susan. Ze swymi brązowymi włoskami, śniadą karnacją i bardzo różowymi policzkami był jej ukochanym pieszczoszkiem. Anne po jego urodzeniu długo chorowała, więc Susan zastępowała mu matkę z namiętną czułością, której nie zaznało żadne ze starszych, lecz także bardzo jej drogich dzieci. Doktor Blythe utrzymywał, że gdyby nie Susan, Shirley by nie przeżył.
- Dałam mu życie tak samo jak pani, droga doktorowo - lubiła powtarzać. - Jest teraz naszym wspólnym dzieckiem. - I rzeczywiście: to u niej mały Shirley szukał zawsze pociechy, gdy nabił sobie guza, to ona kołysała go do snu i broniła przed zasłużonymi klapsami. Susan bez skrupułów wymierzała sprawiedliwość innym dzieciom Blythe'ów, jeśli wymagało tego dobro ich duszy, ale Shirleya nigdy nie tknęła nawet palcem i nie pozwalała na to jego matce. Raz, kiedy doktor go ukarał, Susan zawrzała świętym oburzeniem.
- Ten człowiek spuściłby lanie nawet aniołowi, droga doktorowo - stwierdziła z goryczą, po czym przez całe tygodnie biedny doktor musiał obywać się bez jej ciast.
Na czas podróży rodziców zabrała Shirleya do domu swego brata. Ponieważ reszta dzieci przebywała wtedy w Avonlea, przez trzy cudowne miesiące miała go tylko dla siebie. Mimo to z radością wróciła do Złotych Iskier i swojej ukochanej gromadki. Ten dom był dla niej całym światem, w którym sprawowała niepodzielne rządy. Nawet Anne rzadko kwestionowała jej decyzje, ku zgorszeniu pani Rachel Lynde z Zielonych Szczytów, która przy każdej wizycie uważała za stosowne jej wytknąć, że pozwoliła Susan wejść sobie na głowę i kiedyś tego pożałuje.
- O, idzie do nas Cornelia Bryant - zauważyła Susan. - Przez trzy miesiące uzbierał się jej cały wór plotek, to pewnie chętnie go rozładuje.
- Właśnie na to liczę. - Anne podciągnęła wyżej kolana. - Umieram z ciekawości, a panna Cornelia na pewno opowie nam o wszystkim, co działo się pod naszą nieobecność: kto się urodził, ożenił czy upił, kto umarł, wyjechał, kto się z kim pobił, komu zdechła krowa, która dziewczyna znalazła adoratora. Tak cudownie jest znowu być w domu i mieć wokół siebie tych wszystkich drogich sąsiadów. Chcę wszystko o nich wiedzieć... Pamiętam, jak podczas zwiedzania opactwa westminsterskiego zastanawiałam się, za którego z dwóch wielbicieli wyjdzie w końcu Millicent Drew. Wiesz, Susan, mam straszne podejrzenie, że uwielbiam plotki...
- No, pani doktorowo, przecież każda porządna kobieta lubi wiedzieć, co w trawie piszczy. A co do Millicent, to sama interesuję się tą sprawą. Nigdy nie miałam wielbiciela, co dopiero dwóch... Teraz już mi nie zależy, staropanieństwo nie boli, jeśli się do niego przywyknie. Włosy Millicent wyglądają, jakby czesała je miotłą, ale mężczyźni tego nie dostrzegają.
- Bo widzą tylko jej ładną, figlarną buźkę.
- Bardzo możliwe. I choć Biblia głosi, że "kłamliwy wdzięk i marne jest piękno"[1], nie obraziłabym się, gdybym mogła osobiście się o tym przekonać. Na pewno kiedy już zostaniemy aniołami, będziemy piękne, ale co nam to da? A skoro mówimy o plotkach... Podobno ta biedna Harrisonowa Miller zza zatoki w zeszłym tygodniu próbowała się powiesić.
- Och, naprawdę?
- Spokojnie, pani doktorowo. Nie udało się jej... Co prawda trudno ją winić, bo ma okropnego męża, ale jakie to głupie! Wieszać się i zostawiać mu wolną drogę do poślubienia innej? Ja na jej miejscu tak bym mu dała popalić, że prędzej sam by się powiesił... Co nie znaczy, że popieram samobójstwo, bez względu na wszystko.
- Ale o co chodzi z tym Harrisonem Millerem? - zainteresowała się Anne. - On zawsze doprowadza ludzi do ostateczności.
- Cóż, jedni nazywają to religią, a inni, za przeproszeniem pani doktorowej, awanturnictwem. Wygląda na to, że nie mogą się zdecydować. Bywają dni, że warczy dosłownie na wszystkich, bo uważa, że czeka go wieczne potępienie. A znów innym razem oświadcza, że ma to w nosie i idzie się upić. Po mojemu to on ma coś z głową, jak każdy z tej linii Millerów. Jego dziadek zwariował, myślał, że osaczyły go wielkie czarne pająki. Ponoć łaziły po nim i fruwały dookoła. Mam nadzieję, że nigdy nie postradam rozumu, zresztą u Bakerów to się nie zdarza, ale jeśli już Opatrzność tak zrządzi, to oby nie przybrało to postaci wielkich czarnych pająków. Nie cierpię ich... A co do pani Miller, to doprawdy nie wiem, czy zasługuje na litość. Niektórzy mówią, że wyszła za Harrisona tylko dlatego, żeby zrobić na złość Richardowi Taylorowi, a jak dla mnie do dziwny powód do zamążpójścia. No ale nie mnie być sędzią w małżeńskich sprawach. O, widzę, że Cornelia jest już przy furtce. Idę położyć tego brązowego aniołka do łóżeczka i zaraz tu wracam z robótką.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki