ROZDZIAŁ I. Z powrotem w domu
ROZDZIAŁ I
Z powrotem w domu
Był jasny, majowy wieczór koloru niedojrzałego jabłka. Wody w Czterech
Wiatrach odbijały chmury złotego zachodu między łagodnie ciemnymi
brzegami. Morze jęczało niesamowicie na piaszczystej mierzei, smętne
mimo wiosny, a jowialny wietrzyk nadciągał do portu z czerwonej drogi,
którą w kierunku wioski Glen St Mary przesuwała się postać matrony,
czyli panny Kornelii. Panna Kornelia była teraz panią Marshallową
Elliot, zresztą już od trzynastu lat, ale dużo więcej osób zwracało się
do niej, używając formy "panno Kornelio" niż "pani Elliot". Jej dawny
stan cywilny pozostał głęboko w sercach zaprzyjaźnionych osób, a jedynie
jedna z nich pogardliwie go odrzuciła. Susan Baker; szara, ponura i wierna służąca rodziny Blythe ze Złotego Brzegu nigdy nie rezygnowała z możliwości nazwania jej panią Marshallową Elliot - z najbardziej
złośliwym podkreśleniem, jakby chciała powiedzieć: "Chciałaś zostać
mężatką, więc nią będziesz, a ja zawsze będę ci to wypominać".
Panna Kornelia szła do Złotego Brzegu na spotkanie z doktorem i doktorową Blythe, którzy wrócili właśnie z Europy. Nie było ich przez
trzy miesiące; wyjechali w lutym na słynny kongres medyczny w Londynie.
Tymczasem w Glen nastąpiły różne wydarzenia, które panna Kornelia bardzo
chciała z nimi omówić. Po pierwsze, na plebanii zamieszkała nowa
rodzina. I co za rodzina! Panna Kornelia, pokonując kolejne odcinki
drogi, na myśl o nich zmuszona była kilkakrotnie pokręcić głową.
Susan Baker i Ania Shirley, razem jak za dawnych dni, zobaczyły
zbliżającą się matronę. Siedziały na wielkiej werandzie Złotego Brzegu,
rozkoszując się urokiem wieczornego światła, słodyczą pogwizdywań nieco
sennych rudzików wśród klonów i tańcem grupy żonkili na tle starego
murku z czerwonej cegły odgradzającego trawnik.
Ania siedziała na schodkach z rękoma złożonymi na kolanie, wyglądając w ciepłym zmierzchu nadal dziewczęco, mimo wielokrotnego macierzyństwa.
Jej piękne szarozielone oczy skierowane ku drodze wiodącej do portu były
- jak zawsze - pełne błysków i marzeń. Za nią, w hamaku leżała zwinięta
Rilla Blythe, tłuściutka jak pulpecik dziewuszka w wieku sześciu lat,
najmłodsza latorośl ze Złotego Brzegu. Miała kręcone rude włosy i piwne
oczy, teraz zamknięte i śmiesznie pomarszczone, jak zawsze, kiedy spała.
Shirley, "mały brązowy chłopczyk", jak mówiono o nim w rodzinnej
księdze, usnął w ramionach Susan. Miał brązowe włosy, piwne oczy i ciemną skórę z zaróżowionymi policzkami, a Susan była w nim szczególnie
rozkochana. Po jego narodzinach Ania chorowała przez długi czas, a Susan
matkowała niemowlęciu z pełną pasji czułością, której żadne z pozostałych dzieci, również bardzo jej drogich, nigdy od niej nie
zaznało. Doktor Blythe twierdził, że gdyby nie jej troska, chłopczyk nie
pozostałby przy życiu.
- Dałam mu życie podobnie jak pani, doktorowo kochana - Susan miała
zwyczaj twierdzić. - To dzieciątko jest w równym stopniu moje, co pani.
I rzeczywiście, Shirley zawsze biegł do Susan po pociechę, kiedy się
przewrócił, a ona go bujała oraz każdorazowo chroniła przed zasłużonymi
klapsami. Susan dawała klapsy pozostałym dzieciom Blythe'ów, kiedy
uznawała, że im się należą dla potrzeb kształtowania duszy, ale nigdy
nie pozwoliłaby sobie na uderzenie Shirleya, ani też nie zaakceptowałaby
takiego czynu jego matki. Gdy pewnego razu skarcił go doktor Blythe,
Susan wpadła w furię.
- Naprawdę, to tak, jakby doktor dał klapsa aniołowi, pani doktorowo
kochana, naprawdę! - oświadczyła gorzko. I za karę doktor nie dostawał
ciasta przez całe tygodnie.
Susan zabrała Shirleya do swego brata pod nieobecność rodziców, gdy
wszystkie pozostałe dzieci przebywały w Avonlea, i przez trzy cudowne
miesiące miała go tylko dla siebie. Niemniej jednak bardzo cieszyła się
z powrotu do Złotego Brzegu, gdzie wszystkie jej ukochane dzieciaczki
znów były w pobliżu. Złoty Brzeg był jej światem i tu stanowiła
najwyższą władzę. Nawet Ania rzadko poddawała w wątpliwość jej decyzje,
ku wielkiemu oburzeniu pani Małgorzaty Linde z Zielonego Wzgórza, która
z ponurą miną mówiła Ani przy każdej wizycie w Czterech Wiatrach, że
pozwala Susan na niesłychane panoszenie się, czego kiedyś pożałuje.
- Oto panna Kornelia nadchodzi drogą nad portem, pani doktorowo kochana
- powiedziała Susan. - Niewątpliwie ma do przekazania całą furę plotek
zebranych przez trzy miesiące.
- Mam nadzieję - powiedziała Ania, obejmując kolana. - Nie mogę się
doczekać ploteczek z Glen St Mary, Susan. Mam nadzieję, że panna
Kornelia opowie nam o wszystkim, co się zdarzyło podczas naszej
nieobecności - bez wyjątku! Kto się ożenił lub upił, kto zmarł lub
wyjechał czy przybył, kto pokłócił się, stracił krowę lub znalazł
narzeczoną. Tak cudownie być z powrotem w domu wraz ze wszystkimi
kochanymi mieszkańcami Glen, więc chcę się dowiedzieć o nich
wszystkiego. Pamiętam, jak zastanawiałam się, spacerując po katedrze
Westminster Abbey, którego z dwóch narzeczonych poślubi wreszcie
Millicent Drew. Wyobraź sobie, Susan, że mam wszelkie podstawy
podejrzewać, że uwielbiam plotki!
- Cóż, oczywiście, pani doktorowo kochana - przyznała Susan. - Każda
wytworna kobieta lubi być na bieżąco z wiadomościami. Sama jestem
zaintrygowana przypadkiem Milicent Drew. Nigdy nie miałam narzeczonego,
a tym bardziej dwóch. I nie przejmuję się tym, że jestem starą panną, bo
to wcale nie boli, jak człowiek się przyzwyczai. Włosy Milicent zawsze
sprawiają wrażenie wyczesanych miotłą, ale mężczyznom to nie
przeszkadza.
- Widzą jedynie jej ładną, kpiącą buzię, Susan.
- Bardzo możliwe, pani doktorowo kochana. Dobra księga twierdzi, że
miłość to nietrwałe uczucie, a piękno prowadzi do próżności, ale prawdę
mówiąc, nie miałabym nic przeciwko temu, by samej się o tym przekonać,
gdyby los mi pozwolił. Nie wątpię, że jako anioły wszyscy nabierzemy
urody, ale jaką będziemy mieć z tego korzyść? Mówiąc o plotkach, otóż
doszły mnie słuchy o biednej pani Harrisonowej Miller, mieszkającej za
portem, która podobno w zeszłym tygodniu usiłowała się powiesić.
- Och, Susan!
- Niech się pani uspokoi, pani doktorowo kochana. Nie udało się jej. Ale
nie obwiniam jej za tę próbę, gdyż ma strasznego męża. Tyle tylko, że to
głupie: wieszać się i dawać mu szansę na poślubienie innej. Gdybym była
na jej miejscu, pani doktorowo kochana, poszłabym do pracy, żeby to on
zaczął się martwić i próbował się powiesić. Aczkolwiek nie zależy mi
specjalnie na znajomości z ludźmi, którzy podejmują tak nieodwracalne
kroki, obojętnie w jakich okolicznościach, pani doktorowo kochana.
- Ale co jest z tym Harrisonem Millerem? - pytała niecierpliwie Ania. -
Czy wciąż musi doprowadzać ludzi do ostateczności?
- Cóż, niektórzy nazywają to religią, inni maniakalnym uporem. Poproszę
o wybaczenie, doktorowo kochana, za użycie takiego słowa. Trudno
ustalić, o co chodzi w przypadku Harrisona. Są dni, kiedy warczy na
każdego, ponieważ jest przekonany, że pisana mu jest wieczna kara. A potem znów inne, gdy twierdzi, że ma to w nosie i idzie się upić. Jestem
zdania, że nie ma wszystkich klepek; w tym odłamie rodziny Millerów jest
to powszechne. Jego dziadek oszalał, twierdził, że otaczają go wielkie,
czarne pająki. Pełzały po nim i unosiły się w powietrzu dookoła. Mam
nadzieję, że nigdy nie postradam zmysłów, pani doktorowo kochana, i nie
przypuszczam, by było to prawdopodobne, ponieważ w rodzinie Bakerów nie
ma takiego zwyczaju. Ale gdyby los zrządził inaczej, to mam nadzieję, że
moje szaleństwo nie przyjmie postaci czarnych pająków, których
serdecznie nienawidzę. Co do pani Miller, nie wiem, czy rzeczywiście
zasługuje na litość. Są ludzie, którzy twierdzą, że poślubiła Harrisona
na złość Richardowi Taylorowi, co wydaje mi się wyjątkowo niemądrą
przyczyną wychodzenia za mąż. Ale oczywiście nie jestem sędzią w sprawach matrymonialnych. O, Kornelia jest już przy furtce, a więc
odłożę to cudowne brązowe dzieciątko do łóżeczka i wezmę się do robótki.
ROZDZIAŁ II. Tylko plotki
ROZDZIAŁ II
Tylko plotki
- A gdzie pozostałe dzieci? - spytała panna Kornelia, kiedy zakończyły
się pierwsze powitania. Serdeczne z jej strony, entuzjastyczne Ani i pełne godności Susan.
- Shirley w łóżku, a Jem i Walter z bliźniaczkami na dole, w ich
ukochanej Dolinie Tęczy - wyjaśniła Ania. - Wrócili do domu po południu
i nie mogli się doczekać końca kolacji, żeby pobiec do Doliny.
Uwielbiają ją najbardziej z całej kuli ziemskiej, nawet zagajnik klonowy
nie pociąga ich w tym samym stopniu.
- Obawiam się, że za bardzo ją kochają - powiedziała Susan. - Mały Jem
kiedyś powiedział, że po śmierci woli pójść do Doliny Tęczy niż do
nieba, a to na pewno nie była właściwa uwaga.
- Mam nadzieję, że są zadowoleni z pobytu w Avonlea - zmieniła temat
panna Kornelia.
- Szalenie. Maryla okropnie ich psuje. W szczególności Jem w jej oczach
jest zawsze idealny.
- Panna Cuthbert na pewno posunęła się już w la-tach - zasugerowała
panna Kornelia, śladem Susan wyciągając robótkę. Panna Kornelia uważała,
że kobieta, której ręce są cały czas zajęte, góruje nad taką, która nic
nie robi.
- Maryla ma osiemdziesiąt pięć lat - odparła Ania z westchnieniem. - Ma
śnieżnobiałe włosy, ale ze zdziwieniem muszę dodać, że wzrok jej się
poprawił i jest dużo lepszy, niż gdy miała sześćdziesiąt.
- Cóż, kochanie, cieszę się bardzo, że wszyscy wróciliście. Byłam
straszliwie samotna, ale w Glen nie było nudno, możecie mi wierzyć. W dawnych czasach nie zdarzały się tak podniecające wiosny, jeśli chodzi o sprawy kościelne. Wreszcie udało nam się sprowadzić dobrego pastora,
Aniu kochana.
- Pastora Johna Knoxa Mereditha, pani doktorowo kochana - uzupełniła
Susan zazdrosna o wyłączność panny Kornelii w przekazywaniu nowin.
- Miły? - zainteresowała się Ania.
Panna Kornelia westchnęła, a Susan jęknęła.
- Tak, całkiem miły - powiedziała ta pierwsza. - Jest bardzo miły,
uczony i uduchowiony, ale, Aniu kochana, nie ma za grosz rozsądku!
- Dlaczego więc go ściągnęliście?
- Cóż, bez wątpienia jest najlepszym kaznodzieją, jakiego mieliśmy
kiedykolwiek w kościele Glen St Mary - powiedziała panna Kornelia,
gorączkowo fastrygując. - Przypuszczam jednak, że z powodu rozkojarzenia
nie został nigdy wynajęty przez żadne miasto. Jego kazanie próbne było
po prostu cudowne. Wierzcie mi. Wszyscy wpadli w zachwyt z jego powodu,
a przy tym wygląd pastora odegrał pewne znaczenie.
- Jest bardzo atrakcyjny, pani doktorowo kochana. A prawdę mówiąc,
przyjemnie jest zobaczyć przystojnego mężczyznę przy pulpicie - wtrąciła
się Susan, uważając, że nadeszła pora, by i ona zabrała głos.
- Ponadto - kontynuowała niczym niezrażona panna Kornelia - bardzo nam
zależało na pastorze na stałe, a pan Meredith był pierwszym kandydatem,
co do którego wszyscy się zgodziliśmy. Każdy z pozostałych budził jakieś
zastrzeżenia. Pan Folsoma na przykład jest także dobrym kaznodzieją, ale
ludziom nie podoba się jego wygląd. Jest zbyt czarniawy i za chudy.
- Wygląda dokładnie jak wielki kocur, pani doktorowo kochana - Susan
poczuła się w obowiązku uzupełnić. - Nie zniosłabym takiego mężczyzny
przy pulpicie co niedzielę.
- Potem przyjechał pan Rogers, a on z kolei wyglądał jak kluska w zupie
mlecznej. Ani zły, ani dobry, ot, taka klucha - kontynuowała panna
Kornelia. - Ale nawet gdyby modlił się jak Piotr i Paweł, nic by to nie
dało, gdyż owego dnia owca starego Caleba Ramsaya wdarła się do kościoła
i zabeczała głośno w chwili, gdy pan Rogers rozpoczynał kazanie. Wszyscy
zaczęli się śmiać, a biedny pastor stracił zupełnie kontenans. Niektórzy
uważali, że powinniśmy powołać pana Stewarta ze względu na jego
wykształcenie. Potrafi czytać Stary Testament w pięciu językach.
- Uważam, że nie daje mu to większej szansy na pójście do nieba niż
innym - Susan wtrąciła swoje trzy grosze.
- Większość z nas nie akceptowała jego kazań - panna Kornelia
zignorowała wypowiedź Susan. - Mówił, co chwilę pochrząkując, a z kolei
pan Arnett zupełnie nie umiał prawić kazań i do tego wybrał na próbne
najgorszy tekst, jaki istnieje w Biblii: "Bądź przeklęty, Merosie!".
- Za każdym razem, kiedy upierał się w jakiejś kwestii, walił pięścią w Biblię i krzyczał z goryczą: "Bądź przeklęty, Merosie!". Biedny Meros
został przeklęty raz na zawsze tego dnia, niezależnie kim jest, pani
doktorowo kochana - Susan znów udało się powiedzieć kilka słów.
- Pastor, który kandyduje do objęcia parafii, musi wykazać się
niezmierną starannością w doborze tekstu - oświadczyła uroczyście panna
Kornelia. - Uważam, że pan Pierson mógłby pokonać innych, gdyby wybrał
lepszy tekst. Ale kiedy zaczął: "Wzniosę wzrok ku wzgórzom", było już po
nim. Wszyscy zaczęli złośliwie się uśmiechać na myśl o tych dwóch
dziewczynach ze wzgórz przy wyjściu z portu, które zarzucały sidła na
każdego pastora wolnego stanu, jaki zjawiał się w Glen w ciągu minionych
piętnastu lat. Z kolei pan Newman okazał się obarczony zbyt wielką
rodziną.
- Zamieszkał u mojego szwagra Jamesa Clowa - powiedziała Susan. - "Ile
ma pan dzieci?" - zapytałam. - "Dziewięciu chłopców i siostrę dla
każdego z nich" - odpowiedział.
"Osiemnaścioro?!" - zareagowałam. - "Kochany, co za rodzina!" - a on
zaczął się śmiać i nie mógł przestać. Zupełnie nie wiem dlaczego, pani
doktorowo kochana. Jestem pewna, że osiemnaścioro dzieci to zbyt wiele
na naszą plebanię.
- Miał tylko dziesięcioro dzieci, Susan - wyjaśniła Kornelia z pogardliwą cierpliwością. - A dziesięcioro grzecznych dzieci dla
plebanii i kongregacji nie stanowi gorszego rozwiązania niż czworo,
które teraz tam mieszkają. Chociaż właściwie nie powiedziałabym, kochana
Aniu, że te dzieci są bardzo niegrzeczne. Lubię je, każdy je lubi. Po
prostu nie da się ich nie lubić. Można by je wychować na wspaniałych
ludzi, gdyby ktoś zajął się ich manierami i nauczył, co jest słuszne i właściwe. Na przykład nauczyciel z naszej szkoły twierdzi, że to wzorowe
dzieci, ale w domu szaleją.
- A pani Meredith? - zaciekawiła się Ania.
- Nie ma pani Meredith, w tym cały problem. Pan Meredith jest wdowcem.
Jego żona zmarła cztery lata temu. Gdybyśmy o tym wiedzieli, chyba nie
powołalibyśmy go, gdyż wdowiec jest nawet gorszy dla parafii niż pastor
wolnego stanu. Jednakże słyszeliśmy, jak mówił o dzieciach, i zakładaliśmy z góry, że na pewno mają matkę. Kiedy przyjechali,
towarzyszyła im jedynie stara ciotka Marta, kuzynka matki pana
Mereditha, jak mi się wydaje. Wyciągnął ją z przytułku dla ubogich, żeby
uratować. Ma siedemdziesiąt pięć lat, jest na wpół ślepa, głucha i nie
ma wszystkich klepek na miejscu.
- Do tego marnie gotuje, pani doktorowo kochana.
- Najgorsza kandydatura na gospodynię na plebanii - skomentowała gorzko
panna Kornelia. - Pan Meredith nie chce żadnej innej gospodyni, gdyż
twierdzi, że to zraniłoby uczucia ciotki Marty. Aniu kochana, uwierz mi.
Stan tej plebanii to coś strasznego. Wszystko pokrywa gruba warstwa
kurzu i nigdy niczego nie można znaleźć na miejscu. A my odmalowaliśmy i pokryliśmy tapetą całość na ich przyjazd.
- Mówicie, że ma czworo dzieci? - zapytała Ania, już rozważając
możliwość sprawowania opieki nad nimi.
- Tak. Jedno po drugim, jak stopnie schodów. Gerald jest najstarszy. Ma
dwanaście lat, a mówią na niego Jerzy. Mądry chłopiec. Faith ma
jedenaście. Prawdziwa z niej chłopczyca, ale śliczna jak obrazek.
- Wygląda jak aniołek, ale to prawdziwe czupiradło ze skłonnością do
wszelkich psot, pani doktorowo kochana - uzupełniła uroczyście Susan. -
Pewnego wieczoru w zeszłym tygodniu byłam na plebanii. Zastałam tam
panią Jamesową Millison. Przyniosła im tuzin jaj i małe wiadro mleka,
prawdę mówiąc, bardzo małe wiaderko, pani doktorowo kochana. Faith
zabrała je od niej i pobiegła do piwnicy. Była już prawie na ostatnim
schodku, kiedy potknęła się, rozlała mleko i wypuściła z rąk jaja. Może
sobie pani wyobrazić efekt, pani doktorowo kochana. Ale to dziecko
wróciło na górę, zanosząc się huraganowym śmiechem. "Nie wiem, czy
jestem sobą, czy też ciastem" kpiła z samej siebie. Pani Jamesowa
Millison bardzo się rozzłościła i powiedziała, że nigdy więcej nic nie
przyniesie, jeżeli ma to być marnowane i niszczone.
- Maria Millison nigdy nie zadałaby sobie trudu, by coś zanieść na
plebanię - sarknęła panna Kornelia. - Poszła tam tego wieczoru jedynie,
by zaspokoić ciekawość. Ale biedna Faith zawsze wpada w tarapaty. Jest
taka impulsywna i bezmyślna.
- Zupełnie jak ja. Chyba polubię tę Faith - Ania wzięła ją w obronę.
- Ma ikrę, a ja uwielbiam ludzi z ikrą, pani doktorowo kochana -
sprzeciwiła się Susan.
- Jest w niej coś zniewalającego - ustąpiła panna Kornelia. - Zawsze się
śmieje. A śmiech ten jest zaraźliwy. Nawet w kościele nie umie zachować
powagi. Una ma dziesięć lat, to sama słodycz. Nie jest specjalnie ładna,
za to słodka. A Thomas Karlyle jest dziewięciolatkiem. Nazywają go Karl.
Rozwinął manię zbierania ropuch, żab oraz chrząszczy, które znosi do
domu.
- Myślę, że ten zdechły szczur, który leżał na dywanie w salonie, gdy
odwiedziła ich pani Grant, to jego sprawka. Ależ przeżyła szok! -
wtrąciła Susan. - I nie dziwię się, gdyż salon na plebanii to nie
miejsce na zdechłe szczury. Prawdę mówiąc, niewykluczone, że to kot go
tam zostawił. Opanował go diabeł. Nadaje się tylko do wypchania. Kot na
plebanii powinien przynajmniej mieć wygląd wzbudzający szacunek,
obojętnie jaki jest. A ja nigdy nie widziałam bestii, która miałaby tak
zawadiacki wygląd. Chodzi po kalenicy plebanii prawie co wieczór o zachodzie słońca, pani doktorowo kochana, i macha ogonem, a to nie jest
godne zachowanie.
- A najgorsze, że nigdy nie są przyzwoicie ubrani - westchnęła panna
Kornelia. - Od czasu, kiedy roztopił się śnieg, przychodzą do szkoły z bosymi stopami. Naprawdę, kochana Aniu, to nie jest właściwe dla dzieci
z plebanii, szczególnie jeśli mała córeczka proboszcza metodystów zawsze
chodzi w pięknych butach zapinanych na guziki. Ponadto bardzo
chciałabym, by przestali bawić się na starym cmentarzu metodystów.
- Ale to bardzo pociągające, kiedy znajduje się on tuż obok plebanii -
zaopiniowała Ania. - Zawsze uważałam, że cmentarze to zachwycające
miejsce zabaw.
- Ależ nie, na pewno pani tak nie uważała, pani doktorowo kochana -
lojalna Susan zdecydowała się chronić Anię przed nią samą. - Ma pani
przecież na to zbyt wiele zdrowego rozsądku.
- Trzeba zacząć od tego, że błędem było wybudowanie plebanii tuż obok
cmentarza - stwierdziła Ania. - Ich trawnik jest tak maleńki, że nie ma
miejsca na zabawę, i stąd ten cmentarz jest jedynym odpowiednim
miejscem.
- To był błąd - przyznała panna Kornelia. - Ale dzięki temu działka była
tania. Wcześniej żadne dzieci z plebanii tam się nie bawiły. Pan
Meredith nie powinien na to pozwolić, ale on cały czas siedzi zatopiony
w książkach, nawet kiedy jest w domu. Czyta i czyta albo spaceruje po
gabinecie, marząc na jawie. Jak do tej pory, nigdy nie zapomniał, że ma
obowiązek stawić się w kościele w niedzielę. Jednak dwa razy zapomniał o spotkaniu modlitewnym, i jeden ze starszych musiał udać się na plebanię,
by go przywołać. Poza tym zapomniał o ślubie panny Cooper. Telefonowali
do niego, więc popędził tam, jak stał, w papciach na nogach. Można by mu
to wybaczyć, gdyby metodyści nie kpili z niego. Ale jest jedna pociecha:
nie ma podstaw, by krytykować jego kazania. Kiedy staje przed pulpitem,
budzi się w nim prawdziwy orator. Uwierz mi! A pastor metodystów nie
potrafi w ogóle wygłaszać kazań, tak mówią. Nigdy osobiście go nie
słyszałam - o to mnie nie podejrzewajcie!
Pogarda panny Kornelii dla mężczyzn nieco złagodniała od jej
zamążpójścia, ale negatywne uczucia wobec metodystów pozostały
całkowicie niezmienione. Susan uśmiechnęła się złośliwie.
- Twierdzą, pani Marshallowo Elliot, że metodyści i prezbiterianie mówią
o połączeniu - zauważyła.
- Cóż, mam nadzieję, że będę w grobie, nim to się zdarzy - odparła panna
Kornelia. - Nigdy nie będę prowadzić żadnych interesów z metodystami, a pan Meredith na pewno się przekona, że łatwiej mu będzie bez ich
towarzystwa. Jest zbyt towarzyski wobec nich, wierzcie mi. Był na
przykład na kolacji z okazji srebrnego wesela Jacoba Drew i w efekcie
nieźle się wpakował.
- Cóż takiego się stało?
- Pani Drew poprosiła go, by pokroił pieczoną gęś, gdyż Jacob Drew nigdy
tego nie robił i nie ma o tym pojęcia. No więc pan Meredith zakasał
rękawy i w trakcie tej czynności zrzucił ze stołu deskę do krojenia wraz
z gęsią na kolana pani Reese, która siedziała obok, po czym jedynie
poprosił w roztargnieniu "Pani Reese, czy mogłaby mi pani zwrócić gęś?".
Pani Reese ją "zwróciła", posłuszna jak Mojżesz, ale musiała być
wściekła, gdyż miała na sobie nowiusieńką jedwabną suknię, a co
najgorsze jest przecież metodystką.
- Myślę, że lepiej, że nie jest prezbiterianką - wtrąciła Susan. - Gdyby
nią była, najprawdopodobniej opuściłaby kościół, a nie stać nas na to,
by tracić kolejnych wiernych. Co do pani Reese: nie jest lubiana w swoim
kościele, ponieważ zbyt wysoko zadziera nos, więc metodyści powinni być
raczej zadowoleni, że to jej suknię zniszczył pan Meredith.
- Chodzi o to, że się ośmieszył, a ja osobiście nie cierpię, kiedy mój
pastor naraża się na kpiny w oczach metodystów - usztywniła się panna
Kornelia. - Gdyby miał żonę, na pewno nigdy by się to nie wydarzyło.
- Nie wiem, w jaki sposób nawet dwanaście żon mogłoby nie dopuścić do
przyrządzenia przez panią Drew starego, twardego gąsiora na przyjęcie z okazji rocznicy ślubu - upierała się Susan.
- Twierdzą, że to jej mąż - zaoponowała panna Kornelia. - Jacob Drew
jest zarozumiałym, sknerowatym i dominującym człowiekiem.
- Ludzie mówią, że nienawidzą się z żoną. Nie uważam, by to było
stosowne dla małżonków, ale oczywiście nie miałam na tym polu
doświadczeń - powiedziała Susan, przekręcając głowę na bok. - I to nie
ja mam w zwyczaju obwiniać za wszystko mężczyzn. Pani Drew sama jest
dosyć podła. Słyszałam, że jedyna rzecz, którą zdarzyło jej się dać
komuś w prezencie, to porcja masła zrobiona ze śmietany, do której wpadł
szczur. Przyniosła to masło komitetowi charytatywnemu w kościele. Ludzie
dowiedzieli się o szczurze dopiero dużo później.
- Na szczęście wszyscy, których Meredithowie do tej pory obrazili,
należą do metodystów - powiedziała panna Kornelia. - Wyobraźcie sobie,
że Jerzy poszedł pewnego wieczoru na spotkanie modlitewne metodystów.
Działo się to kilka tygodni temu. Usiadł koło starego Williama Marsha,
który wstał jak zwykle i modlił się, straszliwie jęcząc. "Czy teraz
czuje się pan trochę lepiej?" - wyszeptał Jerzy, kiedy William usiadł.
Biedny Jerzy chciał okazać współczucie, ale pan Marsh uznał to za
impertynencję i strasznie się na niego wściekł. Oczywiście nic nie
uzasadniało obecności Jerzego na spotkaniu modlitewnym metodystów, ale
te dzieci chodzą, gdzie im przyjdzie do głowy.
- Mam nadzieję, że nie obrażą pani Alekowej Davis z dzielnicy portowej -
powiedziała Susan. - Z tego co wiem, jest straszliwie wrażliwa, ale
zważyć trzeba, że jest też bardzo zamożna, i to ona płaci większą część
pensji pastora. Słyszałam, że jej zdaniem Meredithowie to najgorzej
wychowane dzieci, jakie można sobie wyobrazić.
- Każde wasze słowo przekonuje mnie coraz bardziej, że Meredithowie
należą do ludzi, którzy znają Józefa - powiedziała stanowczo Ania.
- Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności za i przeciw, chyba tak jest -
przyznała panna Kornelia. - A to wyrównuje wszystko. W każdym razie
teraz nareszcie mamy pastora i musimy wykorzystać to w pełni i popierać
go w walce przeciwko metodystom. Cóż, myślę, że czas wracać w stronę
portu. Marshall wkrótce wróci do domu. Wyruszył do portu za dnia, a teraz wróci zgłodniały na kolację. Typowe dla mężczyzny. Szkoda, że nie
widziałam reszty dzieci. A gdzie doktor?
- W dzielnicy portowej. Jesteśmy w domu już trzy dni, a w tym czasie
spędził tylko trzy godziny w łóżku i zjadł w domu ledwie dwa posiłki.
- Cóż, kto tylko zachorował w minionym okresie, czekał na jego powrót. I nie obwiniam za to nikogo. Kiedy doktor z drugiej strony portu poślubił
córkę właściciela zakładu pogrzebowego w Lowbridge, ludzie nabrali
podejrzeń. Musicie któregoś dnia wpaść do nas z doktorem i opowiedzieć
wszystko o swojej wycieczce. Przypuszczam, że była udana?
- Bardzo - potwierdziła Ania. - To było spełnienie wielu lat marzeń.
Stary świat jest bardzo uroczy, wręcz cudowny. Ale powróciliśmy bardzo
zadowoleni z własnej ziemi. Kanada jest najpiękniejszym krajem na
świecie.
- Nikt nigdy w to nie wątpił - zgodziła się ochoczo panna Kornelia.
- Stara Wyspa Księcia Edwarda to najbardziej urocza prowincja, zaś
Cztery Wiatry to najpiękniejsze miejsce na Wyspie - zaśmiała się Ania,
rozglądając się z zachwytem na znikający blask zatoki, portu i doliny.
Wskazała je dłonią. - Nic równie pięknego nie udało mi się spotkać w Europie, panno Kornelio. Czy naprawdę musi już pani iść? Dzieci będą
zmartwione, że nie widziały się z panią.
- Muszą wpaść do mnie. Powiedz im, że czekam na nie z pojemnikiem pełnym
pączków.
- Och, przy kolacji rozmawiały o pani. Wkrótce panią odwiedzą, ale
najpierw muszą znów przyzwyczaić się do szkoły. A bliźniaczki będą brały
lekcje muzyki.
- Mam nadzieję, że nie od żony pastora metodystów? - panna Kornelia
wyraziła zaniepokojenie.
- Nie, od Rosemary West. Byłam we wsi wczoraj wieczorem i załatwiłam to
z nią. Jakaż z niej ładna dziewczyna!
- Rosemary trzyma się świetnie, acz nie jest już taka młoda.
- Moim zdaniem, jest urocza. Przedtem nie bardzo ją znałam. Ich dom jest
na uboczu, więc widywałam ją jedynie w kościele.
- Ludzie zawsze lubili Rosemary West, chociaż nie bardzo ją rozumieli -
panna Kornelia całkiem nieświadomie złożyła hołd czarowi Rosemary. -
Ellen zawsze ją deprymowała, tyranizowała, a mimo to w wielu sprawach
była dla niej pobłażliwa. Rosemary zaręczyła się kiedyś z młodym
Martinem Crawfordem. Jego statek rozbił się na wyspach Magdalenach, a cała załoga utonęła. Rosemary była jeszcze dzieckiem, miała zaledwie
siedemnaście lat, ale po tym wydarzeniu bardzo się zmieniła. Od śmierci
matki wraz z Ellen rzadko wychodzą z domu. Nieczęsto chodzą do własnego
kościoła w Lowbridge. Domyślam się, że Ellen nie bardzo odpowiada częste
chodzenie do kościoła prezbiteriańskiego. Zaś do kościoła metodystów nie
chodzi nigdy. Muszę jej to przyznać. Ta rodzina Westów zawsze należała
do niezwykle silnych wielbicieli episkopatu. Są całkiem zamożne.
Rosemary właściwie nie musi dawać lekcji. Robi to dla przyjemności. Są
dalekimi krewnymi Leslie. Czy Fordowie przyjeżdżają do portu tego lata?
- Nie. Wybierają się na wycieczkę do Japonii i prawdopodobnie będą w podróży przez rok. Akcja nowej książki Owena ma rozgrywać się w Japonii.
Będzie to pierwsze lato od naszej przeprowadzki, podczas którego nasz
Wymarzony Dom będzie pusty.
- Uważam, że Owen Ford mógłby znaleźć dosyć materiału do pisania w Kanadzie, bez ciągania swojej żony i niewinnych dzieci do piekła, jakim
jest Japonia - zrzędziła panna Kornelia. - "Księga życia" była najlepszą
książką, jaką napisał, a materiał do niej zdobył właśnie tu, w Czterech
Wiatrach.
- Kapitan Jim przekazał mu większość materiału, jak wiecie, a zbierał go
na całym świecie. Ale wszystkie książki Owena są zachwycające, moim
zdaniem.
- Och! Są całkiem niezłe. Postawiłam sobie za punkt honoru czytać każdą
książkę wychodzącą spod jego pióra, chociaż zawsze byłam zdania, Aniu,
że czytanie powieści to grzeszna strata czasu. Napiszę mu, jakie jest
moje zdanie na temat tej "japońskiej" książki. Możesz mi wierzyć! Czy
chce przekształcić Kennetha i Persis w pogan? - Po tym pytaniu, na które
nie udzielono odpowiedzi, panna Kornelia wyszła.
Susan zabrała się za przygotowywanie Rilli do spania, a Ania siedziała
na schodkach werandy w świetle wcześnie pojawiających się gwiazd i marzyła swoje niekończące się sny na jawie. I po raz setny przypominała
sobie, jaki wspaniały potrafi być wschód księżyca i blask w porcie
Czterech Wiatrów.
ROZDZIAŁ III. Dzieci ze Złotego Brzegu
ROZDZIAŁ III
Dzieci ze Złotego Brzegu
W ciągu dnia dzieci Blythe'ów bardzo lubiły bawić się w bogatych,
miękkich zieleniach i cieniach wielkiego gaju klonowego, który znajdował
się między Złotym Brzegiem a stawem w Glen St Mary. Natomiast wieczorem
nie było miejsca, które mogłoby się równać maleńkiej dolinie za klonowym
gajem. Dla nich było to czarodziejskie królestwo. Kiedyś, wyglądając
przez okienko na strychu Złotego Brzegu, przez mgiełkę powstałą po
letniej burzy zobaczyły, jak nad ich ulubionym miejscem pojawiła się
piękna tęcza z jednym końcem zanurzonym w stawie w dolnej części doliny.
- Nazwijmy ją Doliną Tęczy - zachwycił się Walter i ta nazwa się
przyjęła. Poza Doliną Tęczy wiatr swawolił i hałasował, tutaj zawsze był
delikatny. Małe, wijące się czarodziejskie ścieżki przechodziły tędy i owędy nad korzeniami świerków sterczących z poduszek z mchu. Dzikie
wiśnie, które w czasie kwitnienia pokrywają się mglistą bielą,
rozrzucone były po całej dolinie, mieszając się z ciemnymi świerkami.
Mały strumyczek z bursztynową wodą biegł przez dolinkę z wioski Glen.
Domy wioski były szczęśliwie oddalone. Jedynie w górnym końcu doliny
stała mała, zniszczona, opuszczona chałupa, o której mówiono, że to
stary dom Baileyów. Od wielu lat nie zajmował jej nikt. Otaczała ją
porośnięta trawą grobla, a wewnątrz znajdował się stary ogród, gdzie
wiosną dzieci ze Złotego Brzegu mogły szukać fiołków i stokrotek, a w czerwcu zbierać lilie. Ogród był zarośnięty chwastami, które drżały na
wietrze i letnim wieczorem mieniły się w świetle księżyca jak morze
srebra.
Na południu rozciągał się staw, a za nim daleka perspektywa gubiła się w purpurowych lasach, zaś na wysokim wzgórzu samotne, stare szare domostwo
zerkało w dół na dolinę i port. Dolina Tęczy pozostawała dzika i samotna
mimo bliskości wsi, co czyniło z niej tak drogie miejsce dla dzieci ze
Złotego Brzegu.
Była pełna kochanych, przyjaznych zagłębień, a największym był ich
ulubiony teren do tupania. Tutaj zebrały się pewnego szczególnego
wieczoru. W dolince był zagajnik młodych świerków z delikatną trawiastą
łączką w samym środku, sięgającą brzegu strumyka. Obok strumyka rosła
srebrna brzoza, młoda i niewiarygodnie prosta, którą Walter nazwał Białą
Damą. Na tej łączce znajdowały się także Drzewa Kochanków - jak Walter
nazwał świerk i klon, które rosły tak blisko siebie, że ich gałęzie
tajemniczo splatały się. Jem zawiesił na Drzewach Kochanków stary
sznurek z dzwonkami z sanek, który otrzymał od kowala z Glen, i nawet
lekki podmuch bryzy powodował ich dzwonienie.
- Jak przyjemnie jest być z powrotem - stwierdziła Nan. - Mimo wszystko
w Avonlea nic nie jest równie piękne jak Dolina Tęczy.
Przyznawali jednak, że Avonlea też ma wiele czarownych miejsc.
Odwiedziny na Zielonym Wzgórzu sprawiały im zawsze wielką przyjemność.
Ciotka Maryla była dla nich bardzo dobra, podobnie zresztą pani
Małgorzata Linde, która spędzała wolny czas, jak to bywa w zaawansowanym
wieku, robiąc bawełniane kapy z myślą o tym, że pewnego dnia córki Ani
będą ich potrzebowały, kiedy postanowią się ustatkować. Ale mieszkało
tam też wspaniałe towarzystwo - dzieci wuja Tadeusza i cioci Diany.
Znały wszystkie ulubione miejsca ich mamy na starym Zielonym Wzgórzu -
otoczoną różowym żywopłotem dzikich róż, długą Dróżkę Zakochanych,
zawsze schludne podwórze otoczone topolami i wierzbami, urocze jak
dawniej Źródełko Leśnej Boginki, Jezioro Lśniącej Toni i Zwierciadło
Wierzb. Bliźniaczki zajmowały dawny pokój mamy na facjatce, a ciotka
Maryla zazwyczaj przychodziła do nich nocą, kiedy była przekonana, że
śpią, żeby się nimi pozachwycać. Wszyscy jednak wiedzieli, że
najbardziej kocha Jema.
Jem w tej chwili był bardzo zajęty smażeniem malutkich pstrągów, które
złapał w stawie. Jego piec składał się z czerwonych kamieni ustawionych
w kręgu, wewnątrz którego płonął ogień, a narzędzia kulinarne stanowiły:
kompletnie spłaszczona młotem stara puszka cynowa i widelec, który
posiadał jedynie jeden ząb. Nie przeszkadzało to w niczym, gdyż
wykorzystując ten właśnie sprzęt, przygotowano już wiele wspaniałych
posiłków.
Jem był dzieckiem Wymarzonego Domu, podczas gdy wszystkie pozostałe
dzieci urodziły się w Złotym Brzegu. Miał kręcone rude włosy, podobne do
włosów mamy, i jasne, piwne oczy ojca. Jego piękny nos przypominał nos
Ani, a stanowcze, pełne humoru usta, ojca. I jako jedyny z rodziny miał
uszy wystarczająco ładne, aby wzbudzić zachwyt Susan. Jednakże przyznać
trzeba, że odczuwał stały żal do Susan, ponieważ ta nie przestawała
nazywać go małym Jemem. Było to oburzające, uważał trzynastoletni Jem.
Mama była rozsądniejsza.
- Nie jestem już mały, mamo - oburzył się w swoje ósme urodziny. -
Jestem niesamowicie wielki!
Mama westchnęła, zaśmiała się, westchnęła ponownie, ale od tej pory już
nigdy więcej nie nazwała go małym Jemem. W każdym razie on tego nie
słyszał.
Zawsze był solidnym, spolegliwym człowieczkiem. Dotrzymywał słowa. Nie
był może utalentowanym mówcą, a nauczyciele nie uważali go za
błyskotliwego, jednakże miał dobre wyniki z większości przedmiotów.
Nigdy nie przyjmował niczego na wiarę, zawsze korciło go, by sprawdzić
na własną rękę prawdziwość słów innych.
Pewnego razu Susan powiedziała mu, że jeżeli poliże zamarznięty zamek u bramki, oderwie mu się cała skóra z języka. Jem natychmiast to zrobił i przekonał się, że to prawda. Zapłacił za to bólem języka doskwierającym
przez kilka dni, ale gotów był cierpieć dla dobra nauki bez narzekań.
Dzięki stałym eksperymentom i obserwacji wiele się nauczył, a jego
bracia i siostry uważali za cudowną jego obszerną wiedzę dotyczącą ich
małego świata. Jem zawsze wiedział, gdzie rosną pierwsze, najbardziej
dojrzałe jagody, gdzie blade fiołki budzą się z zimowego snu i ile
błękitnych jajeczek znajduje się w gniazdku rudzika w gaju klonowym.
Potrafił przepowiadać przyszłość z płatków stokrotek i wysysać miód z czerwonych koniczynek, wyrywać najrozmaitsze rodzaje jadalnych korzonków
na brzegach stawów, kiedy Susan bladła ze strachu, że wszyscy się
zatrują. Wiedział, gdzie można znaleźć najlepszą gumę z żywicy
świerkowej w bladych, bursztynowych sękach na pokrytej porostami korze.
Wiedział, gdzie rośnie najwięcej orzechów w laskach brzozowych blisko
dzielnicy portowej i gdzie są najlepsze miejsca w strumyku do łowienia
pstrągów. Potrafił naśladować krzyk prawie każdego dzikiego ptaka i innych stworzeń żyjących w Czterech Wiatrach i znał terminy pojawiania
się wszystkich dzikich kwiatów - od wiosny do jesieni.
Walter Blythe siedział pod Białą Damą z tomem poezji, ale nie czytał.
Patrzył z zachwytem w szeroko otwartych oczach na wierzby osnute
szmaragdową mgiełką, a po chwili na stadko chmur, które jak małe,
srebrne owieczki popychane wiatrem przesuwały się nad Doliną Tęczy. Oczy
Waltera były cudowne. Cała radość, smutek, śmiech, lojalność i aspiracje
wielu pokoleń, które odeszły, wyzierały z ich ciemnoszarych głębin.
Walter był zupełnie inny, jeżeli chodzi o wygląd. Nie był podobny do
nikogo ze znanych krewnych. Był najprzystojniejszy spośród dzieci ze
Złotego Brzegu: z prostymi, czarnymi włosami i pięknie wymodelowanymi
rysami twarzy.
Miał przy tym bogatą wyobraźnię swojej matki i miłość do piękna. Zimowy
mróz, zaproszenie wiosny, marzenia letnie czy piękno jesieni - wszystko
to znaczyło dla Waltera wiele. W szkole, gdzie Jem był szefem, nikt nie
doceniał Waltera. Uważano go za zniewieściałego i fajtłapowatego,
ponieważ nigdy się nie bił i rzadko brał udział w sportach szkolnych.
Wolał spędzać czas samotnie zaszyty w jakiś kąt, czytając książki,
szczególnie poezję. Walter kochał poezję i ślęczał nad jej stronami od
momentu, kiedy nauczył się czytać. Jego dorastająca dusza była utkana
ich muzyką - muzyką nieśmiertelnych. Walter żywił nadzieję, że zostanie
kiedyś poetą. Mogło się to udać. Wujek Jan, nazywany tak z uprzejmości,
który mieszkał teraz w tajemniczym królestwie zwanym Stanami, był wzorem
dla Waltera. Wujek Jan był kiedyś małym chłopcem z Avonlea, a teraz
wszędzie czytano jego poezję. Chłopcy ze szkoły w Glen nie wiedzieli nic
na temat marzeń Waltera, a nawet gdyby o nich wiedzieli, nie
zaimponowało by to im. Mimo braku fizycznego męstwa udało mu się jednak
zyskać pewien szacunek z powodu umiejętności mówienia jak z książek.
Nikt w szkole Glen St Mary nie potrafił mówić jak on. Jego słowa
brzmiały, jakby przemawiał pastor, i z tego powodu zazwyczaj zostawiano
go w spokoju i nie dokuczano mu, jak odbywało się to w przypadku innych
chłopców, o których myślano, że nie lubią lub też boją się bijatyk.
Dziesięcioletnie bliźniaczki ze Złotego Brzegu były zaprzeczeniem
definicji bliźniąt, ponieważ w najmniejszym stopniu nie były do siebie
podobne. Nan była bardzo ładna, miała aksamitne, orzechowe oczy i jedwabiste orzechowe włosy. Była beztroska i delikatna.
Beztroska1 z nazwiska i beztroska z natury, jak powiedziała
jedna z jej nauczycielek. Cerę miała bez zarzutu, co szczególnie
radowało jej matkę.
- Bardzo się cieszę, że przynajmniej jedna z moich córek może nosić
różowy kolor - miała w zwyczaju z radością powtarzać pani Blythe.
Diana Blythe, znana jako Di, była bardzo podobna do mamy. Miała jej
szarozielone oczy, które zawsze świeciły szczególnym blaskiem i błyskiem
o zmroku, i rude włosy. Może z tego powodu była ulubienicą taty. Była
bardzo zaprzyjaźniona z Walterem. Di była jedyną osobą, której zawsze
czytał swoje wiersze, i jedyną, która wiedziała, że pracuje usilnie nad
epiką bardzo przypominającą "Marmion"2. Zachowywała w tajemnicy
wszystkie jego sekrety, nawet przed Nan, i zwierzała się mu ze swoich.
- Czy te ryby będą wkrótce gotowe, Jem? - zapytała Nan, węsząc swoim
delikatnym noskiem. - Ich zapach powoduje, że czuję się strasznie
głodna.
- Są już prawie gotowe - odparł, przewracając jedną sprawnym ruchem. -
Wyjmijcie chleb i talerze. Walter, obudź się.
- Jak świetliste jest powietrze dziś wieczorem - powiedział marzycielsko
Walter. Nie chodziło o to, że nie lubi pieczonego pstrąga, ale dla
Waltera dusza zawsze miała pierwszeństwo przed jedzeniem. - Anioł chodzi
dzisiaj po świecie i woła do kwiatów. Widzę jego niebieskie skrzydła na
wzgórzu pod lasem.
- Wszystkie skrzydła aniołów, które kiedykolwiek widziałam, były białe -
sprzeciwiła się Nan.
- Skrzydła aniołów kwiatowych są błękitne. Jak mgła w dolinie. Och, jak
bardzo chciałbym umieć latać! To musi być wspaniałe!
- Niektórzy czasem latają w snach - zauważyła Di.
- Nigdy nie śniło mi się, że latam - kontynuował Walter. - Ale często
marzę, że podniosłem się znad powierzchni gruntu i przepływam nad
płotami i drzewami. To cudowne uczucie. I zawsze wtedy myślę, że to nie
sen, a rzeczywistość. Obudzenie się jest bardzo przykre.
- Pośpiesz się, Nan - zarządził Jem.
Nan wyjęła deskę bankietową. Była to deska dosłownie i w sensie
przenośnym; świadek wielu świąt, przyprawiony wiktuałami, jakich nie
było nigdzie indziej, a które konsumowano tylko w Dolinie Tęczy. Kiedy
położono ją na dwa duże, pokryte mchem kamienie, zamieniała się w stół.
Gazety służyły za obrus, a potłuczone talerze i wyrzucone przez Susan
kubki bez ucha stanowiły zastawę. Z metalowego pudełka ukrytego między
korzeniami świerku Nan przyniosła chleb i sól. Strumień dostarczył im
napoju o niezrównanym, kryształowym smaku. Jeżeli chodzi o resztę, to
był tam jeszcze sos składający się ze świeżego powietrza i apetytu
młodych, który przyprawiał wszystko boskim smakiem. Siedzieć w Dolinie
Tęczy przesiąkniętej pół złotym, pół ametystowym zmrokiem, przepełnionej
zapachami balsamicznych paproci i innych roślin w wiosennym rozkwicie, z bladymi gwiazdami kwiatków dzikich poziomek wokół i ze śpiewem wiatru
oraz dzwonkami w czubkach drzew, do tego zajadać pieczonego pstrąga i suchy chleb było czymś godnym pozazdroszczenia.
- Siadajcie - zarządziła Nan, kiedy Jem umieścił skwierczącą patelnię z pstrągami na stole.
- Dziś twoja kolej na zmówienie modlitwy dziękczynnej, Jem.
- Ja już swoje zrobiłem, przygotowując pstrąga - zaprotestował Jem,
który nie znosił modlitw dziękczynnych. - Niech Walter się tym zajmie.
On umie mówić modlitwy. Tylko krótko, Walt. Umieram z głodu.
Ale Walterowi nie było dane powiedzieć żadnej modlitwy, ani krótkiej,
ani długiej. Pojawiła się pewna przeszkoda.
- A któż to schodzi z wzgórza plebanii? - zapytała Di.
ROZDZIAŁ IV. Dzieci z plebanii
ROZDZIAŁ IV
Dzieci z plebanii
Ciotka Marta była rzeczywiście słabą gospodynią, wielebny John Knox
Meredith natomiast był bardzo roztargniony i pobłażliwy. Z drugiej
strony na plebanii Glen St Mary mimo wszechogarniającego nieporządku
czuć było atmosferę ciepła domowego i serdeczności. Nawet krytyczne
gospodynie domowe z Glen z tego właśnie powodu bezwiednie łagodniały w ocenie. Może ten czar częściowo był wynikiem różnych okoliczności?
Bujnej winorośli, która otaczała szare ściany, przyjaznych akacji i topoli, które witały z uczuciem dawnej znajomości, pięknych widoków
zatoki i piaskowych wydm z jej frontowych okien? Ale te wszystkie rzeczy
były już obecne w czasie, kiedy mieszkał tutaj poprzednik pana
Mereditha, kiedy plebania była najbardziej zadbanym, najbardziej
schludnym i najbardziej ponurym domem w Glen. Więc to osobowości jej
nowych mieszkańców należało przypisać ten sukces.
Dom trząsł się od śmiechu. Poczucie wspólnoty powodowało, że drzwi były
zawsze otwarte; świat wewnętrzny i zewnętrzny chwytały się za ręce, a miłość była jedynym prawem rządzącym na plebanii w Glen St Mary.
Ludzie z parafii twierdzili, że pan Meredith psuje swoje dzieci i prawdopodobnie tak właśnie było. Pewne jest, że nie mógł znieść
zwracania im uwagi. "Nie mają matki" - zwykł do siebie mówić z westchnieniem, kiedy jakiś niezwykle rażący hałas zmusił go do zwrócenia
na nie uwagi. Ale nie miał pojęcia o połowie dokonań swoich dzieci;
należał do świata marzycieli. Okna jego gabinetu wychodziły na cmentarz,
ale kiedy przechadzał się po pokoju zagłębiony w teorii nieśmiertelności
duszy, zupełnie nie zdawał sobie sprawy, że Jerzy i Karl grają wesoło w żabie skoki na płaskich kamieniach zmarłych metodystów. Czasami
docierało do pana Mereditha, że dzieci nie są zbyt zadbane, ani
fizycznie, ani psychicznie, jak miało to miejsce, nim umarła jego żona.
I zawsze gdzieś podświadomie był pewien, że ich posiłki pod rządami
ciotki Marty różnią się znacznie od tego, czego zaznali za życia
Cecylii. Jeżeli chodzi o resztę, żył w świecie książek i abstrakcji.
Mimo iż jego ubrania rzadko były czyszczone, i chociaż - jak dochodziły
do wniosku gospodynie domowe w Glen, sądząc po bladości jego wyrazistych
rysów i szczupłych dłoniach - nigdy nie jadł do syta, nie czuł się
jednak nieszczęśliwy.
Jeżeli kiedykolwiek cmentarz mógł być nazwany wesołym miejscem, stary
cmentarz metodystów w Glen St Mary zasługiwał na to miano. Nowy
cmentarz, po drugiej stronie kościoła metodystów, był porządnie
utrzymany, zaś stary został tak dawno temu zostawiony w spokoju, że stał
się bardzo przyjemnym miejscem.
Otoczony był z trzech stron kamiennym wałem pokrytym darnią i zakończonym szarą, chwiejną palisadą. Poza wałem rósł rząd wysokich
jodeł z gęstymi balsamicznymi krzakami. Wał, który został zbudowany
przez pierwszych osadników przybyłych do Glen, był wystarczająco stary,
by uznać jego piękno: z mchem i zielonymi roślinami wyrastającymi ze
szczelin, fiołkami kwitnącymi u jego stóp wczesną wiosną oraz astrami i powłociami, które głosiły jego jesienną chwałę. Małe paprocie zadomowiły
się przyjaźnie pomiędzy kamieniami, a tu i ówdzie puszyła się duża
orlica.
Po wschodniej stronie nie było ani płotu, ani wału. Cmentarz w tym
miejscu przechodził w plantację młodych jodeł, które wpychały się coraz
bliżej grobów i stawały się coraz gęstsze, zmieniając się w ciemny las.
Powietrze pełne było głosów morza podobnych do brzmienia harfy, muzyki
starych, szarych drzew, wiosną zaś ptasie chóry w wiązach wokół dwóch
kościołów śpiewały pieśń, i nie była to pieśń śmierci, lecz życia.
Dzieci Meredithów uwielbiały stary cmentarz.
Niebieski bluszcz, ogrodowe świerki i mięta walczyły o prymat wokół
zapadających się grobów, krzaki jagód wyrastały bezczelnie w piaskowym
kącie niedaleko jodłowego lasu. Można było tutaj znaleźć różne style
nagrobków z trzech pokoleń; od płaskich, okrągłych tablic z czerwonego
kamienia, które upamiętniały starych osadników, poprzez rzędy wierzb
płaczących i splecionych rąk, do najnowszych potworności w postaci
wysokich pomników i udrapowanych urn. Jedna z tych ostatnich, największa
i najbrzydsza, była poświęcona pamięci Aleka Davisa, który urodził się
jako metodysta, ale zdecydował się pojąć za żonę prezbiteriankę z klanu
Douglasów. Pod jej wpływem został prezbiterianinem i nosił właściwe
godło przez całe życie. Ale kiedy umarł, żona nie odważyła się skazać go
na samotny grób na cmentarzu prezbiteriańskim po drugiej stronie zatoki.
Cała jego rodzina pochowana została na cmentarzu metodystów, więc Alek
Davis wrócił do swoich po śmierci, a wdowa na pociechę wzniosła pomnik,
który kosztował więcej niż nagrobek któregokolwiek z sąsiadów. Dzieci
Mereditha nie znosiły tego pomnika, zupełnie nie wiedząc dlaczego, ale
uwielbiały stare, płaskie, podobne do ławeczek kamienie porośnięte
wysokimi trawami. Stanowiły świetne siedzenia, i teraz właśnie wszyscy
siedzieli na jednym z nich. Jerzy, zmęczony skakaniem jak żaba, grał na
drumli. Karl z uczuciem zajmował się właśnie znalezionym chrząszczem.
Una starała się zrobić sukienkę dla lalki, a Faith, opierając się na
szczupłych, brązowych dłoniach, machała bosymi stopami w rytm drumli.
Jerzy miał czarne włosy ojca i duże czarne oczy, które jednak żywo
błyszczały zamiast marzyć. Faith, następna w kolejności, była piękna jak
niedbale kwitnąca róża. Miała złotobrązowe oczy, takież loki i czerwone
policzki. Śmiała się zbyt często, by zadowolić kongregację swojego taty,
i szokowała starą panią Taylor, niepocieszoną wdowę po kilku mężach,
oświadczając z wysokości kościelnego ganku: "Świat nie jest doliną łez,
pani Taylor. To jest świat śmiechu".
Mała, pełna marzeń Una nie miała powodów do wesołości. Jej warkocze
uplecione z kruczoczarnych włosów pozbawione były niesfornych loczków, a ciemnoniebieskie oczy w kształcie migdałów pełne tęsknoty i żalu. Usta
zdawały się opadać na małe białe zęby, a nieśmiały, pełen melancholii
uśmiech rzadko pojawiał się na twarzy. Była o wiele bardziej wrażliwa na
opinię publiczną niż Faith i zdawała sobie sprawę, że w ich sposobie
życia jest coś niewłaściwego. Bardzo chciała to naprawić, ale nie
wiedziała jak. Od czasu do czasu odkurzała meble, ale czyniła to dosyć
rzadko, gdyż trudno było znaleźć ścierkę do odkurzania, która nigdy nie
była odkładana na miejsce. A kiedy już znalazła szczotkę do ubrań,
starała się w sobotę wyczyścić najlepszy garnitur taty, a kiedyś nawet
białą nitką przyszyła brakujący guzik. Kiedy pan Meredith wszedł do
kościoła następnego dnia, wystawiając się na wzrok niewiast, natychmiast
zobaczyły one ten guzik, przez co spokój pań ze stowarzyszenia został
zakłócony na całe tygodnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki