Luty 1944
Berlin. Siedziba wywiadu wojskowego
Mglisty zimowy zmierzch szybko osiadał na powierzchni kanału Landwehr.
Wysoki, niespełna trzydziestoletni blondyn w płaszczu z naramiennikami
Hauptmanna wyszedł z siedziby wywiadu wojskowego i spokojnym krokiem
ruszył wzdłuż nabrzeża Tirpitza. Sprawiał wrażenie, jakby zimowy
wieczorny chłód był mu obojętny. Popatrzył w niebo, które było zasnute
grubą warstwą chmur. Spodziewał się, że alianckie samoloty znowu się
pojawią, jak codziennie od paru miesięcy -?jednakże przy tej widoczności
trudno im będzie precyzyjnie odnaleźć cele i większość zrzuci bomby po
prostu na miasto. Powietrzna bitwa o Berlin rujnowała stolicę III
Rzeszy, choć jednocześnie straty sojuszniczego lotnictwa były ogromne.
Wiedział, że ma jeszcze dwie do trzech godzin, zanim z nieba zaczną
sypać się bomby.
Ruszył szybszym krokiem w stronę odległego parku Tiergarten. Skręcił w prawo na mostek nad kanałem Landwehr, co pozwoliło mu dyskretnie
spojrzeć w kierunku, z którego przyszedł. "Czysto, nie mam towarzystwa",
ocenił. Fakt, że po ponad czterech latach wojny nadal żył i mógł działać
jako agent polskiego wywiadu, potwierdzał słuszność stosowania zasad
kontroli operacyjnej. Tak naprawdę nigdy nie zastanawiał się, czy idąc
po zakupy, na spacer albo do biura, może zrezygnować z obserwacji
otoczenia. Kontrola operacyjna weszła mu w krew jako naturalna czynność
codzienności -?miał pełną świadomość, że od niej zależy jego życie.
Jego wzrok spoczął na budynku, który niedawno opuścił. W myślach nadal
nazywał go centralą Abwehry -?taka nazwa już pewnie na zawsze pozostanie
w użyciu wśród starszych oficerów wywiadu wojskowego. Trudno będzie się
przyzwyczaić, że od połowy lutego 1944 roku nie ma już ich
wszechwładnego szefa, admirała Wilhelma Canarisa, a oni stanowią część
Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy. Formalnie byli teraz oficerami
Sicherheitsdienst -?SD, a wywiad nazywał się Amt Mil -?Biuro Wojskowe, i podlegał SS-Oberführerowi Walterowi Schellenbergowi. Zmiana ta była
związana z intrygami przeciwko Canarisowi ze strony Himmlera i von
Ribbentropa, szeregiem niepowodzeń w działalności operacyjnej Abwehry
oraz podejrzeń wobec admirała co do możliwości działania na dwa fronty,
niepozbawionych zresztą podstaw. Odium tych zdarzeń spadło na
pozostałych w służbie oficerów, którym kierownictwo SD podejrzliwie się
przyglądało. W tym kontekście sytuacja Carla jako agenta polskiego
wywiadu była szczególnie ryzykowna. Jednak po kilku latach działalności
przeciwko III Rzeszy do możliwości wpadki był przyzwyczajony. Wiedział,
że musi liczyć tylko na siebie.
Kierując się w stronę parku, parę razy skręcał w boczne uliczki. Dwa
razy w oknach narożnych kamienic udało mu się sprawdzić, czy nikt za nim
nie idzie. Minął kilka osób, ale żadna nie szła w tym kierunku co on.
Przejechała jedna ciężarówka i skrzypiąca stara furgonetka. Obie tylko z kierowcami. Wiedział, że zgodnie z zasadami niemieckiej służby
bezpieczeństwa w samochodach obserwacji są zawsze dwie, trzy osoby, aby
łatwiej włączyć się do śledzenia podejrzanego.
Wszedł do niewielkiego sklepiku. Rozejrzał się po prawie pustych
półkach, zapytał sprzedawcę, czy prawidłowo idzie w kierunku Tiergarten.
Usłużny mężczyzna pomimo zimna wyszedł z nim przed sklep i chętnie
wskazał kierunek. Ta chwila umożliwiła mu zerknięcie na oba końce ulicy.
Uspokojony ruszył w dalszą drogę. Doszedł do kolejnego mostu nad
kanałem, który pozwalał na przejście wyłącznie osób pieszych. Gdyby był
pod obserwacją, to zapewne skomplikowałby poruszanie się zmotoryzowanej
obstawy i wywołałby nerwowe ruchy pieszych obserwatorów. Nie dostrzegł
jednak żadnych symptomów, aby ktoś się nim interesował. Trasa, którą
przeszedł, dawała mu pewność, że może odebrać z tajnej skrytki materiały
pozostawione przez agenta.
Idąc dalej, po prawej ręce zobaczył zrujnowany teren zoo. Alianckie
bombardowania poczyniły duże szkody w tym tak lubianym przez
berlińczyków miejscu. Minął zniszczone zabudowania. Wszedł do parku i skręcił w lewo pomiędzy ubogą roślinność. Dookoła było już ciemno.
Kierował się w stronę wąskiego potoku o mocno zarośniętych brzegach.
Przechodząc przez mostek nad potokiem, dostrzegł na drugim brzegu zarysy
niewielkiej kamiennej altany. Zauważył ją pewnie tylko dlatego, że
kamień był białego koloru. Wspiął się po lekkiej pochyłości, kierując
się w stronę altany. Był sam, jeśli mógł być pewny swojej oceny w gęstniejącym mroku. Wszedł do altany i przystanął na chwilę, opierając
się o kamienną poręcz. Ponownie rozejrzał się, czy nikt nie nadchodzi.
Teczkę przełożył do lewej ręki, a prawą pomacał pod barierką. Poczuł
najpierw zwartą masę starej zaprawy, potem dwie wystające końcówki
cegieł. Jego dłoń trafiła w końcu na taką, która delikatnie się
poruszyła. Ostrożnie ją wyciągnął. Z drugiej strony była wydrążona.
Przytrzymał ją lewą dłonią. Wsadził palec drugiej dłoni w otwór. Wyczuł
brzeg złożonych kartek papieru niewielkich rozmiarów. Wyciągnął je, a cegłę natychmiast wsunął na miejsce.
Nagle usłyszał ciężkie kroki na ścieżce. Znieruchomiał. Ocenił, że idą
tam dwie osoby. "Czyżbym tym razem popełnił jakiś błąd i nie wykrył
obserwacji?", zaniepokoił się.
Berlin. Restauracja w hotelu Adlon
Młoda kobieta zajęła miejsce w loży restauracji. Kelner zgiął się w ukłonie.
-?Czy pani życzy sobie coś do picia?
-?Dziękuję. Czekam na znajomego.
Kelner jeszcze raz nisko się ukłonił, uważnie obserwowany przez
dyrektora restauracji.
Spojrzała na zegarek -?była przed czasem. Perspektywa spotkania z Carlem
von Wedelem była tak ekscytująca, że nie zadbała o spóźnienie
pozwalające na odpowiednie wejście. Tak robiły jej przyjaciółki, ona
jednak uważała to za niepotrzebne efekciarstwo. "Oby tylko on się nie
spóźnił", pomyślała. Głupio będzie wyglądać, siedząc samotnie w nocnym
lokalu.
Berlin. Park Tiergarten
Schował się za kolumną podtrzymującą dach altany i ostrożnie rozejrzał
się dookoła. Na ścieżce prowadzącej wzdłuż potoku majaczyły w mroku
sylwetki parkowych strażników. Zatrzymali się, aby zapalić papierosy.
Zaciągnęli się kilka razy i spokojnie ruszyli w stronę zarośli.
"Fałszywy alarm", stwierdził z ulgą. Upewnił się, czy cegła dobrze
siedzi. Przez moment pomyślał z wdzięcznością o radiotelegrafiście Eryku
Jacobsenie, który w poprzednich latach przygotował na terenie Berlina
cały zestaw tajnych skrytek do pracy z agenturą. Wsunął kartki do
kieszeni i szybko wyszedł z altany. Obsługa skrytek zawsze wywoływała w nim wątpliwości. Przecież mógł przejść całą trasę sprawdzeniową i nie
mieć obserwacji, ale wystarczyłoby, żeby służba bezpieczeństwa trafiła
na skrytkę, śledząc nieostrożnego agenta, i urządziła tam zasadzkę, a zostałby aresztowany przy odbieraniu materiału.
Zszedł z pagórka i skierował się w stronę ulicy. Czekał go jeszcze długi
marsz, zanim dotrze do hotelu Adlon.
"Zasłużył pan, hrabio, na duży koniak i spotkanie z piękną kobietą",
pomyślał z przyjemnością. Trzeba będzie dzisiaj wieczorem popracować na
miano jednego ze stałych gości w Adlonie. A potem znowu do roboty.
Berlin. Restauracja w hotelu Adlon
-?Witamy, panie hrabio.
Nisko kłaniający się dyrektor restauracji był doskonałym potwierdzeniem
tezy, że pozycja gościa w normalnych czasach oparta jest głównie na
wysokich i częstych napiwkach. W nienormalnych, jak te obecne,
największy szacunek wzbudzali goście w czarnych mundurach
Sicherheitsdienst i Gestapo. Hauptmann hrabia Carl von Wedel spełniał
obydwa warunki. Jako rozrzutny młody arystokrata nie oszczędzał na
napiwkach. Ponadto po przejęciu Abwehry przez Sicherheitsdienst należał
formalnie do grona oficerów SD.
-?Pana znajoma już czeka. -?Dyrektor uśmiechnął się przymilnie i usłużnie poprowadził von Wedela do loży.
Restauracja, mimo że przeniesiona do piwnic ze względów bezpieczeństwa,
zachowywała pozory znanego z wysokich cen berlińskiego lokalu. Menu nie
było już tak wykwintne jak dawniej, ale zapewniało nie najgorszy wybór w porównaniu z jadłospisem przeciętnych berlińczyków.
-?Przepraszam za spóźnienie. -?Ucałował rękę atrakcyjnej blondynki,
która na jego widok uśmiechnęła się z ulgą. -?Proszę, wybacz. Nienawidzę
przychodzić spóźniony.
-?Bałam się, że zatrzymali cię przełożeni i znowu będziemy musieli
odłożyć naszą kolację. -?Lotte Jung przytrzymała dłoń von Wedela, jakby
w ten sposób chciała potwierdzić szczęśliwy fakt, że do spotkania jednak
doszło. -?Tak w ogóle to ledwie zdążyłam usiąść. Mój szef zleca coraz
więcej pracy, więc naprawdę nie czekałam.
-?Lotte, bardzo się cieszę, że cię widzę. Wyglądasz ślicznie. Ale
pozwól, że od razu zamówimy jedzenie i napoje, bo jak Amerykanie lub
Brytyjczycy nadlecą dzisiaj zbyt szybko, to pozbawią nas kolacji. -?Nie
czekając na odpowiedź, zamówił potrawy i butelkę znakomitego koniaku,
który błyskawicznie pojawił się w kieliszkach. -?Za spotkanie.
Starając się prowadzić lekką rozmowę z dziewczyną, von Wedel dyskretnie
rozejrzał się po sali. W dymie papierosowym dostrzegł wiele znanych
postaci z elit niemieckiej armii i służb bezpieczeństwa. Wymienił
ukłony, po czym skupił się na swojej partnerce.
Lotte Jung była piękną ciemną blondynką. Nosiła włosy do ramion,
naturalnie zakręcające się przy samym czole. Uwielbiał, gdy miała je
związane w kok. Jej twarz była wtedy w pełni wyeksponowana. Szczupła
figura Lotte wywoływała zawroty głowy u mężczyzn, którzy nad wyraz
chętnie zerkali na nią w miejscach publicznych, choć zapewne dla
niektórych miała zbyt chłopięcy kształt bioder i pupy. Carl bardzo lubił
szczupłe te rejony ciała u kobiet. Miała dwadzieścia jeden lat, była
inteligentna, wysportowana i często dawała dowody młodzieńczego poczucia
humoru. Gdy się do kogoś przekonała, pozwalała sobie na żarty z odcieniem kpiny, choć wcale nie świadczyło to o złośliwości. Spędzanie z nią czasu było nie tylko miłe, ale również interesujące ze względu na
jej szerokie zainteresowania. Pochodziła ze starego mieszczańskiego rodu
z Augsburga. O ile jej przodkowie, w większości szacowni lekarze i hierarchowie kościelni, nie stanowili przedmiotu jego zainteresowania, o tyle zdecydowanie ciekawił go jej ojciec, generał Walter Jung. Generał
służył w Naczelnym Dowództwie
Wehrmachtu -?OKW. Według
rozeznania von Wedela w Zarządzie Dowodzenia Wehrmachtu Jung należał do
twórców systemu obrony frontu zachodniego. Jego wiedza była bezcenna w kontekście zbliżającej się inwazji aliantów we Francji. Patrzył
przychylnie na znajomość córki z potomkiem rodu pomorskich arystokratów,
co zaowocowało już kilkoma spotkaniami w domu generała. Jung, widząc
troskę Hauptmanna von Wedela o rozwój sytuacji na frontach, starał się
rzeczowo omawiać z nim "przy cygarze" bieżące wydarzenia. Często
posiłkował się najnowszymi meldunkami docierającymi do OKW oraz
analizami przygotowywanymi dla Führera. Pro forma zaznaczał, że
rozmowy są poufne i zobowiązuje przyjaciela córki do zachowania ich w tajemnicy.
Von Wedel poznał Lotte jesienią 1943 roku, krótko po przeniesieniu go do
centrali Abwehry w Berlinie. Został wtedy zaproszony przez dawnego
kolegę ze studiów, aktualnie pracującego w Ministerstwie Spraw
Zagranicznych i lubującego się w organizowaniu przyjęć w podberlińskiej
posiadłości swoich rodziców. Carl znał niewiele obecnych osób. Kolega,
chcąc być uczynnym gospodarzem, przedstawił go wielu gościom, wśród
których był generał Walter Jung z żoną i córką. Rozmowa von Wedela z rodziną Jungów zaowocowała spacerem Carla z Lotte w ogrodach
posiadłości. Ponieważ obydwoje nie przepadali za pustymi
grzecznościowymi rozmowami podczas przyjęć, spędzili czas na poznawaniu
się nawzajem. Przypadli sobie do gustu, czego efektem były kolejne
spotkania, coraz częściej we dwoje.
Lotte przynajmniej na początku ich znajomości stanowiła dla hrabiego
przede wszystkim element legendy beztroskiego majętnego arystokraty,
który powinien uganiać się za atrakcyjnymi młodymi kobietami. Dotychczas
starał się nie przesadzać w tym zakresie, co powodowało, że cieszył się
w Berlinie opinią bardzo dobrej partii. Lotte Jung miała w sobie także
potencjał operacyjny ze względu na pracę sekretarki Einsatzleitera,
czyli generała brygady kierującego działem w Organizacji Todta, który
zajmował się dostawami materiałów budowlanych i siły roboczej do budowy
obiektów obronnych na froncie wschodnim. Chętnie opowiadała von
Wedelowi, jak ważne sprawy przechodzą przez jej biurko. Wydawało jej
się, że w rezultacie jest dla niego nie tylko atrakcyjną kobietą, ale
również ważną osobą zaangażowaną w sprawy wojenne. Z czasem przekonał
się, że kobieta odnosi się do wojny bardzo krytycznie. Taka postawa
zdecydowanie mu pasowała, lecz jednocześnie kiedy na nią patrzył, nie
mógł uwolnić się od typowo męskich myśli i pragnień. Dotychczas nie
doszło między nimi do niczego więcej niż okazjonalne, przyjacielskie
pocałunki w policzek. Carl miał świadomość, że kolejne spotkania z Lotte
powodują, iż młoda kobieta jest mu coraz bliższa. Dostrzegał, a może
chciał dostrzegać, że on też nie jest jej obojętny.
-?Pewnie jesteś zmęczona po całym dniu, masz taką wymagającą uwagi
pracę. -?Von Wedel skoncentrował się na swojej partnerce. -?Twój
Einsatzleiter zapewne nie daje ci chwili wytchnienia... A czy on nie
patrzy przypadkiem na ciebie jak na piękną kobietę?
-?Ależ Carl, nie masz się czego obawiać. Dla szefa jestem wyłącznie
urzędniczką. -?Lotte była oczarowana takim jednoznacznym dowodem
zazdrości ze strony hrabiego. -?Tym bardziej że jest przyjacielem mojego
ojca, który stanowczo prosił Einsatzleitera o opiekę nade mną i wszelkie
wsparcie w pracy. Wiesz, myślę, że on się papy trochę boi. Więc tym
bardziej nie będzie mną się interesował w kategoriach męsko-damskich.
Ale mogę ci powiedzieć w zaufaniu, że ostatnio upatrzył sobie
maszynistkę Helgę, taką dość pulchną dziewczynę. Kilka razy kazał jej
zostawać po godzinach, żeby przepisywała w jego gabinecie pilne i ważne
dokumenty. Nie chcę plotkować, ale sam rozumiesz, czego on od niej chce.
-?Gdyby próbował z tobą flirtować, to powiedz mnie, nie ojcu. -?Carl
udawał zaniepokojonego. -?Już ja się z nim rozmówię.
-?Bądź spokojny. -?Lotte obdarzyła von Wedela długim spojrzeniem i ciepłym uśmiechem. -?Lepiej zresztą z nim nie zadzierać, bo mój szef ma
bardzo dobre relacje z ministrem Albertem Speerem. Często rozmawiają ze
sobą telefonicznie. Wiem, bo te rozmowy zazwyczaj łączę. Podobno znają
się z przeszłości. A jeśli dobrze usłyszałam, to mój Einsatzleiter ma
coś wspólnego z zakupami obrazów dla Speera. Chyba mu w tym pomaga, a może bierze na siebie niektóre zakupy.
-?Ale po co miałby to robić?
-?Słyszałeś o opcji Hitlera? -?zapytała. Carl pokręcił przecząco głową,
choć słyszał o tej regulacji. -?Hitler zdenerwował się szaleńczą
rywalizacją przy zakupach wybitnych dzieł sztuki. Brylowali w tym
podobno szczególnie Göring, von Ribbentrop i Goebbels, ale i inni
dygnitarze. Dlatego Führer wprowadził tak zwaną opcję Hitlera,
polegającą na konieczności uzyskania jego zgody na zakup
najwspanialszych dzieł sztuki.
-?To gdzie teraz budujecie nowe "zamki obronne"? -?postanowił zmienić
temat na znacznie bardziej dla niego ciekawe szczegóły pracy Lotte w Organizacji Todta.
-?Obecnie wszystkie siły na Pomorze! -?Lotte naśladowała baryton swojego
szefa. -?Oczywiście tamtejsze umocnienia były już wcześniej
rozbudowywane i sprawdzane. Ale teraz to szczególnie ważne, bo front
prędzej czy później może dotrzeć w te rejony. Przynajmniej tata tak
mówi. Przez ostatnie dwa tygodnie wysłaliśmy tam dziesięć dodatkowych
pociągów materiałów, no i nowe transporty robotników z Generalnego
Gubernatorstwa. Poprawiamy umocnienia na tak zwanym Wale Pomorskim.
Wiesz, takie śmieszne nazwy: Szczecinek, Wałcz i Tuczno.
-?To są rejony, gdzie od wieków moja rodzina ma majątki. Na przykład w Tucznie. Dobrze znam te tereny.
Lotte, pragnąc popisać się swoją wiedzą, zaczęła przytaczać zapamiętane
szczegóły pozycji obronnych mających opóźnić ofensywę wojsk sowieckich.
Carl podziwiał jej bardzo dobrą pamięć, starając się rejestrować w pamięci dane na temat umocnień niemieckich. Informacje były przydatne,
szczególnie dla sowieckiego dowództwa, jeśli oczywiście Londyn zdecyduje
się je przekazać do Moskwy.
-?Zostawmy twoje posiadłości w spokoju. -?Lotte wyczerpała swoją wiedzę
na temat aktywności Organizacji Todta na Pomorzu i teraz chciała Carlowi
przekazać coś dla niej ważniejszego. -?Tata prosił, abym cię uprzedziła,
że w przyszłym tygodniu wyjeżdża do Francji. Ale tsss, to tajemnica.
Chciałby, żebyś, jeżeli możesz, przyszedł do nas w niedzielę na obiad,
to mielibyście okazję potem sobie porozmawiać. Ma jeszcze do ciebie
zadzwonić z zaproszeniem. Mam nadzieję, że się w niedzielę zobaczymy?
Von Wedel pomyślał, że pytanie Lotte Jung może być ważnym testem jego
pozycji jako kandydata na kogoś więcej niż tylko serdecznego
przyjaciela. Od dłuższego czasu stwarzał pozory swojego poważnego
zaangażowania, a jej rodzina chętnie to akceptowała.
-?Lubię i szanuję twojego ojca. Ale mam ostatnio tyle obowiązków, że nie
wiem, czy nawet w niedzielę znajdę wolne popołudnie. Tym bardziej że nie
otrzymałem jeszcze zaproszenia od innego ważnego członka rodziny Jungów,
może najważniejszego.
-?Jeśli myślisz o mojej mamie, to wiesz, że jest ci bardzo przychylna.
Wczoraj nawet wspomniała o tobie, ale więcej nie wyjawię.
-?Bardzo lubię twoją mamę. Jednak myślę o pięknej młodej pannie, którą
widzę przed sobą.
-?Och, Carl -?roześmiała się. -?Zawstydzasz mnie. Wiesz, że spotkania z tobą są dla mnie czymś absolutnie szczególnym. Dlatego oczywiście
serdecznie cię zapraszam na niedzielę. Mam nadzieję, że po obiedzie i tradycyjnej męskiej dyskusji z tatą znajdziemy okazję, żeby spędzić też
trochę czasu razem.
-?Oczywiście, Lotte. -?Głos hrabiego nie pozostawiał wątpliwości. -
Jestem zaszczycony zaproszeniem na niedzielny obiad do twojego domu.
Oczywiście jeżeli ci cholerni alianci nie zrujnują do tej pory całych
Niemiec.
Słowom Hauptmanna von Wedela towarzyszyły dochodzące z zewnątrz syreny
ostrzegawcze. Dyrektor restauracji donośnym głosem wzywał gości do
opuszczenia sali. Pospiesznie dokończyli kolację. Idąc w kierunku
wejścia do schronu znajdującego się na niższym poziomie piwnicy, Carl
szybko uregulował rachunek, nie zapominając o dużym napiwku dla obsługi.
Berlin. Mieszkanie von Wedela
Dotarł do domu po kilku godzinach. Szczęśliwie tym razem samoloty
alianckie skoncentrowały się na przemysłowej części Berlina i alarm w centrum miasta szybko odwołano. Nie musiał odwozić Lotte, ponieważ pod
hotelem Adlon czekał na nią służbowy samochód jej ojca. Generał Jung,
jeśli tylko było to możliwe, starał się zadbać o wygodę i bezpieczeństwo
swojej jedynaczki.
Zrobił sobie kawę, choć w realiach wojennych z jego ulubionego napoju
pozostała właściwie tylko nazwa, i sprawdził, czy wszystkie zasłony są
szczelnie zaciągnięte. Wolał uniknąć głupiej wpadki w postaci wścibskich
mieszkańców sąsiedniej kamienicy, którzy z powodu bezsenności będą
obserwować go przy pracy nad depeszami do centrali. Zapalił lampkę na
biurku i wyciągnął z kieszeni złożone kartki wyjęte ze skrytki w parku
Tiergarten. Zawierały kolejny meldunek od "Astry", agenta pracującego w Kancelarii Rzeszy. Carl kilka tygodni temu przejął od rezydenta siatki
obsługę łączności z "Astrą". Agent, podobnie jak sam Carl, był związany
z polskim wywiadem od końca lat trzydziestych. Pozyskanie go do
współpracy stanowiło dowód najwyższych umiejętności oficerów Dwójki,
czyli Oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego na kierunku
zachodnim. Von Wedel orientował się, że w okresie międzywojennym polski
wywiad posiadał liczne rezydentury na terenie Niemiec, słusznie
zakładając, że z zachodu może nadejść największe zagrożenie dla młodego
państwa polskiego. Obecnie, w szóstym roku wojny, niewiele z tych
struktur pozostało. Również rezydentura berlińska nie dysponowała już
tak liczną siecią agentów jak na początku wojny. Pozostawało się
cieszyć, że polski wywiad w ogóle działa jeszcze w stolicy Rzeszy.
Wiedział, że "Astra" był długoletnim członkiem NSDAP. Zgłosił się do
partii zachęcony przez polski wywiad, który liczył na jego szybszy awans
i dostęp do bardziej wartościowych informacji. Przeszedł urzędniczą
drogę, najpierw pracował krótko w administracji lokalnej w Berlinie, a następnie, korzystając ze wsparcia partyjnego, awansował do Ministerstwa
Gospodarki. W 1939 roku jedno z jego opracowań zainteresowało Hansa
Lammersa, szefa Kancelarii Rzeszy. Rezultatem była propozycja awansu i nowej pracy. "Astra" chętnie przeszedł do niewielkiej komórki w Kancelarii, która przygotowywała notatki i analizy dotyczące całości
problematyki gospodarczej i finansowej III Rzeszy. Dokumenty te trafiały
bezpośrednio do Führera i członków wąskiego kierownictwa państwa. Wiedza
"Astry" była żyłą złota dla polskiego wywiadu współpracującego w Londynie z Secret Intelligence Service, znaną też jako MI6. Przesyłane
przez niego informacje stawały się wielokrotnie przedmiotem podziwu i zazdrości ze strony brytyjskich służb. Niejeden raz padały nieoficjalne
propozycje, jeśli nie przejęcia prowadzenia agenta dostarczającego tak
wartościowej wiedzy, to przynajmniej wsparcia jego łącznikowania. Strona
polska zawsze zasłaniała się względami zachowania w pełnej konspiracji
pracy "Astry". Dlatego Brytyjczycy nie znali żadnych danych mogących
prowadzić do zidentyfikowania agenta. Było to istotne choćby dlatego, że
brytyjskie służby, stanowiąc obiekt infiltracji ze strony wywiadu III
Rzeszy, zanotowały kilka wpadek w wyniku działania niemieckich agentów.
Rezultaty osiągane przez "Astrę" potwierdzały słuszność decyzji władz
brytyjskich, które udzieliły formalnej zgody polskiemu rządowi w Londynie i jego służbom na zorganizowanie własnego wywiadu i utrzymywanie swoich systemów łączności. Właśnie kwestia łączności,
zwłaszcza po wybuchu wojny, była najtrudniejszą częścią współpracy z tak
wysoko uplasowanym agentem, ale szczęśliwie do tej pory zachowano ścisłą
tajemnicę co do jego działalności.
Kolejny raz w ostatnich latach pomyślał, ile szczęścia miał on sam i "Astra", że dotychczas uniknęli dekonspiracji. Przede wszystkim Bogu
dziękował, że ich kartoteki znalazły się poza archiwum Oddziału II
zdobytym przez specjalną grupę Abwehry na terenie Fortu Legionów w Warszawie we wrześniu 1939 roku. Według wiedzy von Wedela uzyskane przez
Niemców dokumenty wywieziono z Warszawy w sześciu ciężarówkach. A utrata
tych danych doprowadziła do aresztowania i stracenia ponad stu agentów
polskiego wywiadu pracujących w Niemczech. Carl miał świadomość, jak
blisko ostatecznej katastrofy znaleźli się wtedy on sam i inni agenci
pozostali w Niemczech po wybuchu wojny. Napił się kawy -?pozwoliło mu to
wrócić myślami do tego, co jeszcze dzisiaj musiał zrobić. Zaczął od
przeczytania raportów "Astry". Miał przed sobą spisane drobnym pismem
dwie analizy przygotowane dla kierownictwa Rzeszy. Opisywały krytyczny
stan sytuacji ekonomicznej Niemiec i braki surowców, w tym przede
wszystkim benzyny i ropy, ale także innych materiałów, których
ograniczona dostępność wpłynie destrukcyjnie na produkcję zakładów
zbrojeniowych. Dane były aktualne i bardzo ważne. Carl opracował z nich
skondensowane meldunki wywiadowcze, które miał zamiar następnego dnia
przekazać swojemu radiooperatorowi. Zaczynał odczuwać zmęczenie po całym
dniu, ale zdopingował się jeszcze do sporządzenia informacji na temat
wzmacniania umocnień na Pomorzu. Przypominając sobie szczegóły relacji
Lotte, z sympatią pomyślał o dziewczynie. Przyłapał się na tym, że coraz
częściej widzi w niej interesującą młodą kobietę, a jej użyteczność jako
źródła informacji schodzi na dalszy plan.
Berlin. Sklepik Jacobsena
Carl wyszedł z budynku, w którym mieszkał. Nie miał szans wyspać się po
nocnej pracy, tym bardziej że wypita po północy kawa pomogła mu się
skupić, ale nie ułatwiła zaśnięcia. Spał najwyżej trzy godziny, wstał
przed siódmą.
Szedł w kierunku siedziby Abwehry tą samą co zwykle drogą. Mijał
mężczyzn i kobiety otulonych w ciepłe płaszcze. Wojenny Berlin budził
się do życia. Z przyzwyczajenia obserwował przechodniów i otoczenie.
Zawsze starał się wychwytywać nietypowe szczegóły. Liczył, że dzięki
temu dostrzeże prawdziwe zagrożenie, kiedy się pojawi. Tak długo
pracował dla polskiego wywiadu, że czasami zastanawiał się, czy kiedyś,
kiedy się to wszystko skończy, będzie potrafił żyć normalnie. Żyć
normalnie, czyli w czasach pokoju i mieć gdzieś własny dom i rodzinę...
Jego myśli skierowały się ku Lotte. "Czyżbym zakochał się w tej
dziewczynie?", pomyślał.
Jak codziennie, minął stację kolejki podziemnej i skręcił za róg do
małego sklepiku z gazetami i papierosami. Zszedł do usytuowanego w suterenie pomieszczenia. Drzwi przy otwieraniu potrąciły wiszący nad
nimi dzwonek. Interes lepsze czasy miał już dawno za sobą. W panującym
tu półmroku regały i lada wyglądały na stare i mocno podniszczone.
Zaopatrzenie było coraz bardziej ograniczone, dlatego i klientów
przychodziło znacznie mniej. Podobnie dzisiaj -?był tylko sprzedawca i on.
-?Witam panie Hauptmann. -?Starszy mężczyzna uśmiechnął się uprzejmie. -
Już podaję pana papierosy. Dzisiaj znowu je mamy.
-?Cieszę się, panie Jacobsen. -?Carl postawił teczkę na ladzie, na którą
zaczął wysypywać drobne pieniądze. Teczka idealnie zasłaniała widok lady
od strony niewielkiego okna. To tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś ich
obserwował. Obok teczki von Wedel położył dwie kartki papieru złożone w małą kostkę. Zabrał paczkę papierosów i zaczął zbierać pozostałe po
zapłacie monety. Sprzedawca spokojnym ruchem zgarnął do szuflady zapłatę
razem ze złożonymi papierami.
-?Wyślę dzisiaj wieczorem -?wyszeptał Jacobsen. -?Zajrzyj tradycyjnie
jutro, może przyjdzie coś z centrali. Ale mam do ciebie jeszcze jedną
sprawę.
-?O co chodzi?
-?Dwa dni temu wieczorem miałem spotkać się z "Bohunem" -?Jacobsen
wymienił pseudonim rezydenta polskiego wywiadu w Berlinie -?ale nie
przyszedł. Coś takiego nie zdarzyło się od początku naszej współpracy,
czyli od ponad pięciu lat.
-?Próbowałeś do niego zadzwonić? Dysponujecie przecież systemem kontaktu
na sytuacje awaryjne?
-?Oczywiście. Dzwoniłem do niego wczoraj dwa razy: do warsztatu i do
domu. A dzisiaj o szóstej rano zadzwoniłem kolejny raz do domu i ponownie kilka minut temu. Ale nie odebrał telefonu. Niepokoję się, czy
coś mu się nie przydarzyło.
-?W tej sytuacji pozostaje jedynie wizyta u niego w warsztacie. Ja się
tym zajmę. Mam lepsze możliwości niż ty. Ty pilnuj swojej roboty.
Spróbuję najpierw jeszcze raz zadzwonić. Jeśli go nie złapię, to wybiorę
się do niego.
-?Tylko uważaj, Carl -?powiedział Eryk. -?Jeśli "Bohun" wpadł, to na
miejscu może być kocioł. Wolałbym nie zostać sam z tym całym
szpiegowskim kramem. Chyba jestem już za stary na taką pracę.
-?Nawet nie żartuj. Wszystko będzie dobrze. -?Von Wedel zabrał teczkę i odwrócił się w kierunku drzwi. -?Gdybym miał coś jeszcze dzisiaj po
południu, to będziesz ty czy syn?
-?Po obiedzie będzie Stefan. Ja idę posłuchać radia. -?Eryk wydawał się
zadowolony z udanego żartu.
-?Powodzenia i uważaj na siebie. Do zobaczenia, panie Jacobsen.
Jacobsen uśmiechnął się smutno. Carl skinął mu jeszcze głową, wyszedł na
ulicę, zapalił papierosa, a następnie rozejrzawszy się dyskretnie
dookoła, ruszył szybko w kierunku siedziby wywiadu wojskowego.
Nie okazywał swego niepokoju wobec Eryka, ale braku kontaktu z rezydentem trudno było nie uznać za podejrzany. Tym bardziej że stanowił
on wzór punktualności i skrupulatności w pracy. "Bohun" działał w Berlinie od początku wojny. Dotąd udawało mu się uniknąć wszelkich
niebezpiecznych sytuacji. W centrali był uważany za szczęściarza. Bo jak
inaczej można ocenić kierowanie działalnością wywiadowczą w samej
stolicy Niemiec przez pięć lat? Czyżby tym razem powinęła mu się noga?
Carl starał się odrzucić tę myśl, choć miał świadomość, że musi ją
traktować jak najpoważniej. Wpadka rezydenta oznaczałaby zagrożenie dla
personelu rezydentury i źródeł. Ale toczyła się wojna i wszystko było
możliwe. Carl wiedział, że wyjaśnienie sytuacji "Bohuna" stanowi obecnie
najważniejsze zadanie.
Idąc do biura, myślał też o Jacobsenie. Obsługa radiostacji była
zajęciem mocno ryzykownym. Ale nawet teraz w bombardowanym Berlinie
sklepikarz i jego syn zapewniali rezydenturze płynną łączność z centralą. "Gdyby nie Jacobsenowie, trzeba by chyba hodować gołębie
pocztowe, żeby wysyłać informacje", pomyślał. Współpracował z Erykiem od
czasu, gdy otrzymał przeniesienie z Paryża do głównej siedziby Abwehry w Berlinie. Ale Eryk Jacobsen wraz z synem Stefanem działali w Berlinie
dłużej niż "Bohun". Carl znał tylko niezbędne detale z ich życia.
Podobno przyjechali do Berlina z Danii jeszcze przed wybuchem wojny. Do
Danii trafili z kolei poprzez Szwecję w ramach "emigracji zarobkowej",
zorganizowanej przez Oddział II Sztabu Generalnego. Polski wywiad
wojskowy na kierunku niemieckim budował bazę agentów w krajach
sąsiadujących z Rzeszą, co okazało się bardzo przewidującym posunięciem
w kontekście późniejszych wojennych wydarzeń. Jeszcze w Szwecji, dzięki
agentowi pracującemu w lokalnym urzędzie stanu cywilnego, udało się dla
nich uzyskać fałszywy szwedzki rodowód na nazwisko Jacobsen i już z oficjalnymi dokumentami zamieszkali w Danii, ostatecznie zaś centrala
zdecydowała, że bardziej potrzebuje wyszkolonego radiooperatora w Niemczech.
W Rzeszy Eryk ze Stefanem zamieszkali początkowo na przedmieściach
Berlina. Od kilku lat oficjalnie prowadzili berliński sklepik z gazetami
i wyrobami tytoniowymi, a ostatnio ze wszystkim, co można było zdobyć i sprzedać. Pod tym przykryciem zapewniali łączność rezydenturze polskiego
wywiadu działającej w stolicy Niemiec. Jeszcze przed wojną otrzymali
radiostację oraz cały niezbędny sprzęt do realizacji swoich zadań. Potem
kupili też mieszkanie w centrum. Von Wedel nie miał pełnego rozeznania,
jak działają i gdzie naprawdę mieszkają łącznościowcy -?i tak było
lepiej. Podziwiał jednak to, że potrafili przez tyle lat funkcjonować,
zachowując zasady ścisłej konspiracji. Zapytał kiedyś Eryka, jak
stworzył komórkę łączności z synem. Jacobsen opowiedział mu, że jeszcze
w Szwecji zmarła jego żona Helena. Kochali się do szaleństwa i nie
wyobrażali sobie, że coś może ich rozdzielić. Niestety, raka nawet
wielka miłość nie powstrzyma. Po tym nieszczęściu on i jego syn stali
się sobie bliżsi niż kiedykolwiek -?ufali też sobie bezgranicznie.
Wyszkolenie Stefana w zakresie utrzymywania łączności nie stanowiło
żadnego problemu. Ojciec był dla niego wzorem. Cechowało go też,
podobnie jak Eryka, zacięcie do techniki radiowej. Ponieważ w dzieciństwie Stefan chorował na polio, miał zdeformowaną lewą nogę i dlatego mocno utykał. Nie przeszkadzało mu to specjalnie w codziennych
zajęciach, a stanowiło gwarancję, że nie zostanie powołany w szeregi
Wehrmachtu.
Londyn. Pub Park Tavern
Przejmujący chłód lutowego popołudnia zachęcał do schronienia się w lokalnym pubie. Ostre porywy zimnego wiatru wydawały się przeszywać
przechodniów na wskroś. Idący ulicą wysoki mężczyzna uważnie rozglądał
się po okolicy. Był szczelnie otulony czarnym sukiennym płaszczem.
Wysoko postawiony kołnierz zasłaniał dół twarzy, a mocno wciśnięty na
głowę kapelusz niemal w całości okrywał resztę. Na chwilę zatrzymał się,
by przez szybę zlustrować wnętrze lokalu, jednak różnica temperatur
sprawiała, że szyby były całkowicie zaparowane i niewiele dało się
zobaczyć. W końcu podjął decyzję i wszedł do środka. Minął drzwi i odsunął zatrzymującą chłód grubą kotarę. W pomieszczeniu panował
półmrok, który pogłębiał dym z papierosów. Lokal nie był nawet w połowie
wypełniony. Większość miejscowych miłośników napojów poprawiających
humor przychodziła tu znacznie później. Po chwili wahania przybysz
podszedł do stolika w odległym kącie sali.
-?Spóźniłeś się. Wiesz, że tego nie lubię -?powitał go siedzący przy
stole mężczyzna. -?Zamów sobie piwo, w końcu wszyscy przychodzą tu się
napić.
Nowo przybyły zdjął ciepły płaszcz oraz kapelusz i poszedł do baru.
Wrócił z dużą szklanką ciemnego piwa. Oczekujący na niego towarzysz
podniósł swoją opróżnioną w połowie szklankę.
-?Prosit "Lothar" -?mruknął z szelmowskim uśmiechem.
-?Zwariował pan?! -?wybuchnął siadający przy stole mężczyzna. -?Chce
pan, żeby ktoś się do nas przyczepił? Musimy mówić po angielsku. A mojego pseudonimu nie wolno używać publicznie! Sam pan mnie uczył tych
wszystkich zasad.
-?Chciałem cię wypróbować, Thompson. -?Major Rudolf Geiger już się nie
uśmiechał. -?A mój angielski jest na tyle dobry, że nawet jak ktoś
słyszał toast, uzna to najwyżej za kiepski żart podpitego gościa. Poza
tym w Londynie są tysiące żołnierzy sojuszniczych armii, których
angielski pozostawia wiele do życzenia. O tym, co oznacza "Lothar",
wiesz tylko ty i ja. Dla innych może to być po prostu męskie imię. Więc
nie wpadaj mi tu w panikę. Następnym razem masz być punktualnie! Nie
mogę czekać bez sensu, w końcu ryzykuję więcej niż ty. Rozumiemy się?
-?Tak jest. -?Ton agenta wyrażał wojskową podległość. -?Starałem się
zdążyć, ale nie mogłem wcześniej wyjść z biura.
-?Dobrze. Nie traćmy czasu. -?Geiger pochylił się w stronę rozmówcy.
Wcześniej dyskretnie się rozejrzał, ale najbliżsi goście siedzieli dwa
stoliki dalej i bardzo głośno dyskutowali. -?Jak zapewne uprzedził cię
rezydent, musiałem pojawić się w Wielkiej Brytanii. Berlin nie jest w pełni zadowolony z pracy rezydentury, w tym z twoich informacji. Wojna
wkroczyła w ważną fazę i siedząc w samym środku pionu operacyjnego SOE,
Zarządu Operacji Specjalnych, musisz bardziej się starać. Troskliwie
zajęliśmy się przerzuconymi na kontynent agentami, o których dałeś znać
w ostatnim czasie, i ich sprzętem. Jednego udało się złamać i będzie
nadawał do Londynu to, co mu podsuniemy. Potrzebujemy pilnie informacji
na temat aktywności Zarządu Operacji Specjalnych w Polsce i Czechosłowacji. Nasze oddziały walczą w Rosji, ale obawiam się, że za
jakiś czas front może przebiegać znacznie bliżej Niemiec. Nie możemy
borykać się z problemami powodowanymi przez miejscowy ruch oporu.
Docierają do nas sygnały z innych źródeł, że jest coraz więcej zrzutów
polskich komandosów, którzy wspomagają grupy bandytów na zapleczu
naszych oddziałów. Rośnie liczba przerzutów broni i innego sprzętu.
Dochodzi do częstych ataków na linie komunikacyjne, które są kluczowe
dla zaopatrzenia naszych jednostek na wschodzie. Walczymy z tym, ale
potrzebujemy informacji o planowanych operacjach. To samo dotyczy
Czechosłowacji.
-?Z Czechami jest łatwiej, o czym już meldowałem -?zadeklarował John
Thompson. Podrapał się po głowie wyraźnie zafrasowany. -?Mam w ich
sekcji oficera, z którym regularnie chodzimy na piwo i na pokera. Już
trochę kasy mu pożyczyłem, bo nie ma specjalnego szczęścia w kartach.
Zdaje mi się też, że interesuje się mężczyznami. Jeśli to się
potwierdzi, to mamy go. Myślę, że za dwa, trzy tygodnie zajmę się jego
werbunkiem. Na razie jak mu po kartach poleję whisky "na zmartwienia",
to zdarza mu się pochwalić szczegółami operacji, nad którymi pracuje.
Wysłałem już dwa meldunki o zrzutach w pobliżu Taboru i Karlowych Warów.
Zdaje się, że obecnie pracują nad wysyłką oddziału na Słowację.
Przycisnę go mocniej, to pewnie dowiem się więcej o tej operacji. W końcu uważa mnie za bliskiego przyjaciela, który nienawidzi przełożonych
tak samo jak on.
-?A co z Polakami?
-?Pracuję nad sekcją polską w SOE, ale prawdziwe źródło trzeba by
znaleźć w ich Oddziale VI Sztabu, który nadzoruje wszystkie operacje.
Problemem jest to, że Polacy mają pełną autonomię w działaniu. Z instytucjami brytyjskimi nie muszą się liczyć. Od strony SOE niewiele
mogę wyciągnąć. Czechów i inne sekcje narodowe w pełni kontrolujemy.
Miałem dojście do polskiego wywiadu, ale oni właściwie nie dysponują
żadnymi strukturami w terenie ani własnymi agentami. Przynajmniej tak
oficjalnie twierdzą. MI6 nic nie wie na ten temat. Otrzymują od Polaków
informacje, ich źródła jednak nie są Brytyjczykom znane. Potrzebuję
jeszcze czasu. Przy okazji ja też mam pytanie. Przekazałem wam kilka
tygodni temu parę nazwisk oficerów pracujących w Oddziale VI. Samo ich
uzyskanie to była duża sztuka. Prosiłem o rozpracowanie ich rodzin od
strony przedwojennej Polski. Nie mam dotąd w tej sprawie żadnych
informacji.
-?Spokojnie, między innymi dlatego chciałem zobaczyć się z tobą. To
bardzo ważny temat. Szkoda, że dopiero teraz wpadłeś na ten pomysł.
Można było zająć się tym dużo wcześniej. Niestety, dwa z trzech nazwisk,
które przesłałeś, nic nam nie dały. Rodziny po 1939 roku gdzieś się
przeniosły. Nie trafiliśmy dotąd na ich ślad. Ale jesteśmy na tropie
bliskich kapitana Władysława Dąbrowskiego. Początkowo szukaliśmy tylko
jego żony i córki, one jednak wyprowadziły się z mieszkania w Warszawie,
w którym były zameldowane. Poszerzyliśmy krąg poszukiwań i staramy się
dotrzeć do innych członków jego rodziny. Bardzo możliwe, że kobieta z dzieckiem nie dawała sobie rady sama i przeniosła się do kogoś z rodziny, aby zapewnić sobie w ten sposób pomoc. Sprawdzamy w innych
miastach. Już wiemy, że miała bliskich w Poznaniu i Krakowie.
Dysponujemy wszystkimi polskimi rejestrami mieszkańców, to nam pomoże.
Dostaniesz informacje depeszą lub kurierem.
-?A ja mam też coś obiecującego i łatwiejszego. Słyszał pan kiedyś o bazie SOE RAF Tempsford?
-?Nie baw się ze mną w zagadki, bo tego nie lubię. -?Geiger obruszył się
niezadowolony. -?Mów, czego się dowiedziałeś.
-?To jest tajne lotnisko RAF, choć sam RAF ma tam niewiele do
powiedzenia -?kontynuował wyraźnie zadowolony ze swojej wiedzy agent. -
Szykuję pełną informację, którą przyślę w przyszłym tygodniu.
Najciekawsze, że jest to obiekt Zarządu Operacji Specjalnych. SOE wysyła
z niego samolotami kurierów i agentów oraz wyposażenie do kilku krajów w Europie. Wiem od Czecha, że z Tempsford latają samoloty między innymi do
Czech i Polski! Mają tam stacjonować samoloty dwóch dywizjonów
specjalnych RAF oraz podobno także polska eskadra, choć od ubiegłego
roku Polacy latają też z Tunezji, a ostatnio z Włoch.
-?Doskonale. Oczekuję pogłębienia informacji o Tempsford. Ale gdzie to
jest i jakie masz tam dojście, bo chyba nie wybierasz się tam z twoim
Czechem na wycieczkę? -?zakpił.
-?W naszej pracy stosujemy alkohol, pieniądze i różne świńskie zagrywki,
ale jak jest prawdziwy problem, to warto poszukać kobiety. -?Thompson
czuł się coraz pewniej w rozmowie z przedstawicielem centrali. -?Właśnie
dzięki Czechowi kilka tygodni temu przypadkowo poznałem pewną damę. W służbach pomocniczych armii brytyjskiej jest ich dużo, to taka
patriotyczna moda. Ale ta kobieta jest sekretarką szefa bazy w Tempsford. Niedawno przyjechała ze swoim szefem do Londynu i spotkaliśmy
się na popołudniowym koktajlu w SOE. Poznał nas ze sobą ten Czech.
Brytyjczycy czują się, jakby już wojnę wygrali, i urządzają czasami
takie imprezy. Ale do rzeczy. Ta sekretarka, Nelly Olson, jest panną, ze
swoim szefem ma chyba jedynie służbową relację, dlatego nie było
przeszkód, by dotrzymać jej towarzystwa przy drinku. Dostałem jej numer
telefonu. Ponieważ potem Nelly była kilka razy w Londynie, popracowałem
nad tą znajomością. Drugie spotkanie zaczęliśmy przy dobrej kolacji, a zakończyliśmy u mnie. W ten weekend jestem zaproszony do panny Olson,
która mieszka w wiosce Tempsford w hrabstwie
Bedfordshire. To mniej niż
sto kilometrów od Londynu. Mam już pożyczony samochód i zabezpieczone
paliwo. Liczę, że przez weekend wycisnę z niej sporo szczegółów na temat
działań SOE realizowanych z tej bazy. Wydaje mi się, że jest we mnie
zadurzona, a ja podkreślam wielką wagę jej pracy dla zwycięstwa nad
Niemcami. Chętnie opowiada więc o swoich obowiązkach.
-?Dobrze, niech Tempsford będzie teraz dla ciebie priorytetem -
zdecydował Geiger. -?Zostanę jeszcze jakiś czas w Wielkiej Brytanii.
Dostaniesz sygnał, kiedy będzie nasze następne spotkanie. Potem łączność
stałym systemem. Ja wychodzę pierwszy, zostań jeszcze z piętnaście
minut. A tak na marginesie, to kiepskie to wasze piwo. Nasze jest o niebo lepsze.
Rudolf Geiger opróżnił do końca szklankę, pożegnał się z agentem i opuścił lokal. John odetchnął z ulgą. Kiedy za wysłannikiem centrali
zamknęły się drzwi, odstawił niedopite piwo i przyniósł z baru podwójną
whisky. Z sympatią pomyślał o jej szkockich producentach.
Berlin. Centrum
Carl wyszedł z biura wczesnym popołudniem. Zdecydował, że musi przebrać
się w cywilne ubranie, aby jeśli sytuacja stanie się niebezpieczna, nie
ułatwiać identyfikacji przypadkowym świadkom. Na taką okazję
przechowywał w szafie rzeczy mające nie przyciągać uwagi -?w odróżnieniu
od munduru, czyniącego zeń przystojnego, eleganckiego i... nietrudnego do
zapamiętania oficera wywiadu. Przeobrażenie się w niemłodego już
urzędnika zajęło mu trochę czasu. Włożył znoszony, podniszczony garnitur
i noszący ślady równie długiego używania krótki płaszcz. Nie był to zbyt
ciepły strój, ale w razie konieczności zapewniał swobodę ruchów. Usta
przesłonił grubym szalikiem, świetnie pasującym do aury w lutym. Założył
okulary w dużych czarnych oprawkach, które zmieniały zasadniczo jego
twarz. Całość uzupełnił zrobioną na drutach czapką dokerką. Uważnie
obejrzał się w lustrze. Lekko się przygarbił. Był zadowolony z osiągniętego rezultatu. Wyglądał na zmęczonego mężczyznę w średnim
wieku. Ze względu na zimową aurę włożył grube skórzane buty. Kiedy
wychodził z domu, zapadł już zmierzch, który dodatkowo utrudni jego
rozpoznanie. Na wszelki wypadek upewnił się, czy ma w kieszeni zestaw
wytrychów. Były.
Mieszkanie i warsztat "Bohuna" znajdowały się w centrum Berlina, w pobliżu Dworca Głównego. Von Wedel mógł tam dotrzeć w ciągu dwudziestu
minut, poświęcił jednak dwie godziny na kluczenie po ulicach, aby mieć
pewność, że nikt za nim nie idzie. W końcu dotarł do budynku dworca.
Zerknął na rozkład jazdy pociągów i powoli przeszedł przez halę. Nie
dostrzegłszy nic podejrzanego, wyszedł na niewielką Friedrich-List-Ufer.
Doszedł do Invalidenstrasse i skręcił w prawo. Po kilkudziesięciu
metrach po drugiej stronie tej szerokiej ulicy zobaczył budynek, w którym w narożnym lokalu mieścił się warsztat zegarmistrzowski należący
do "Bohuna". Niestety warsztatu już nie było. Nie było też całego
narożnika kamienicy, a pozostałe części budynku straszyły wystającymi
fragmentami stropów, powybijanymi oknami oraz pozostałościami mebli, rur
i przewodów w zniszczonych mieszkaniach.
Carl zatrzymał się i patrzył na zrujnowaną kamienicę. "Czyżby rezydent
zginął? A może tylko został ranny i trafił do szpitala?", pomyślał.
Jedno i drugie wyjaśniało zresztą brak kontaktu z "Bohunem". Dostrzegł
starszego mężczyznę, który wielką szuflą próbował zgarniać gruz
rozsypany na chodniku. Uznał, że jest to dozorca -?od niego dowie się o szczegółach tego, co się tu wydarzyło. Przepuścił przejeżdżające
samochody i przeszedł na drugą stronę ulicy.
-?Tu był warsztat zegarmistrza. Nie wie pan, co z nim się stało? Miałem
dzisiaj odebrać zegar stołowy po naprawie. To rodzinna pamiątka.
-?Człowieku, warsztatu już nie ma. -?Twarz mężczyzny wykrzywiła się z żalu. -?Zegarmistrza też nie ma. Tu zginęła połowa lokatorów. Ci
cholerni Brytyjczycy... Szkoda, że nie udało się ich wszystkich wytłuc w poprzedniej wojnie.
-?A kiedy to się stało?
-?Dwa dni temu wieczorem. Nadleciały bombowce. Dużo wcześniej niż
zazwyczaj. Pewnie dlatego nikt się ich nie spodziewał. Patrz pan, taka
tragedia...
-?A zegarmistrz, co z nim?
-?Pan zegarmistrz jeszcze pracował w warsztacie. Jak samoloty
nadleciały, to ja wybiegłem z bramy i widziałem, że siedzi wewnątrz. Nie
wiem, dlaczego nie wyszedł, w końcu alarm lotniczy było słychać trochę
wcześniej. I nagle świst. Ledwo schowałem się po drugiej stronie
Invalidenstrasse. Za chwilę wszystko runęło. Jeszcze widziałem światło u zegarmistrza, a potem już nic, tylko gruzy. Wie pan, jak odlecieli, to
zebrało się trochę ludzi i próbowaliśmy szukać ofiar w gruzowisku.
Wyciągnęliśmy tylko ciało jakiejś kobiety. Potem przyjechała straż
pożarna. Też szukali, ale znaleźliśmy tylko same trupy.
-?Zegarmistrz też zginął?
-?Kilka trupów było w takim stanie, że nie dało się rozpoznać, kto to. I to było w pobliżu tego miejsca, gdzie mieścił się warsztat. Szkoda
człowieka. Wydawał się bardzo sympatyczny. Też mi parę razy naprawiał
zegarek. Nawet niedużo za tę robotę brał. Cholera, wszystkich nas
zabiją.
-?Idę do domu. Powiem żonie, że naszego zegara już nie odzyskamy -
starał się zakończyć rozmowę z dozorcą. -?Szkoda zegarmistrza. Niech pan
się trzyma. Wszystkich nas nie zabiją.
Von Wedel odwrócił się i ruszył w stronę Dworca Głównego. Zerknął przez
ramię. Dozorca zapamiętale machał szuflą, jakby mógł za jej pomocą
usunąć górujące nad nim ruiny. Carl skręcił w prawo w Heidestrasse.
Wiedział, że "Bohun" mieszkał na tej ulicy pod numerem dwunastym.
Postanowił spróbować dostać się do mieszkania rezydenta. Chciał mieć
pewność, że nie zostało w nim nic, co mogłoby zdekonspirować działalność
siatki. Z niepokojem patrzył na kolejne kamienice, ale skuteczność
lotników alianckich ograniczyła się tym razem do trafienia narożnego
budynku przy Invalidenstrasse. Myślał, jak to w życiu jest. Jego
rezydent przez lata unikał realnych zagrożeń w pracy wywiadowczej. Nie
dał się Gestapo. A zabili go sojusznicy, alianci. Do dupy takie życie.
Trzypiętrowy budynek przy Heidestrasse 12 był nietknięty. Carl
skorzystał z tego, że dwuskrzydłową bramę ktoś pozostawił uchyloną, i wsunął się do środka. Po lewej i prawej stronie zobaczył wejścia do
klatek schodowych. Sień prowadziła na podwórko. Otaczały je dwa skrzydła
budynku, które nie łączyły się ze sobą. Pomiędzy ich narożnikami
dostrzegł niski barak o płaskim dachu. Ocenił, że znajdowały się tam
komórki albo garaże. Z podwórka można było wejść do dwóch kolejnych
klatek schodowych. Pozostawało ustalić, do której z nich powinien się
skierować. Wybór okazał się łatwiejszy, niż myślał. Administrator
umieścił nad drzwiami wejściowymi tabliczki z numerami mieszkań. Aby
dotrzeć do lokalu numer 16, należało skorzystać z klatki schodowej od
podwórka po lewej stronie.
Był zadowolony, że dotąd nikogo nie spotkał. Wszedł do klatki, zobaczył
drewniane schody z kunsztownie wykończoną poręczą. Ruszył do góry.
Schody lekko skrzypiały, ale odgłosy dochodzące zza kolejnych drzwi
zagłuszały jego kroki. Gdy był na pierwszym piętrze, usłyszał odgłos
zamykanych drzwi gdzieś wyżej. Ktoś, człapiąc, zaczął schodzić na dół.
Carl nie miał szans, aby gdzieś się schować. Dlatego powoli piął się do
góry. Mocniej się przygarbił i wtulił twarz w szalik, a dokerkę
przesunął bardziej do przodu, tak by przysłaniała czoło i lekko oczy. Po
chwili zobaczył schodzącą starszą kobietę. Na oko po siedemdziesiątce,
owinięta była w gruby ciepły szal. Spotkali się na półpiętrze. Kobieta,
pomimo nikłego światła, wbijała wzrok w Carla. Minęli się bez słowa.
Pokonawszy jeszcze kilkanaście stopni, von Wedel zatrzymał się na drugim
piętrze przed drzwiami z numerem 16. Zerknął przez barierkę. Na schodach
nikogo nie było. Kobieta musiała już wyjść na zewnątrz. Na wszelki
wypadek zapukał do drzwi. Wewnątrz mieszkania panowała kompletna cisza.
Uspokojony uważnie obejrzał drzwi. Miały dwa typowe zamki. "Ciekawe, czy
obydwa są zamknięte", pomyślał. Wyjął z kieszeni pęk wytrychów, którego
nie powstydziłby się doświadczony włamywacz. Była to pamiątka z Francji.
Kiedyś w Paryżu zgubił klucze do mieszkania. Zorientował się, że tak
jest, stojąc już przed drzwiami. Usłużny konsjerż w ciągu kwadransa
ściągnął znajomego ślusarza. Po trzech minutach drzwi były otwarte. Von
Wedel najpierw suto wynagrodził pracę fachowca, a potem zaprosił go do
mieszkania. Dłuższa rozmowa przy czerwonym winie zakończyła się
uzyskaniem pokaźnego kompletu wytrychów. Za dodatkową opłatą ślusarz
zorganizował Carlowi fachowe przeszkolenie w swoim warsztacie. Od tej
chwili typowe zamki w drzwiach przestały być dlań przeszkodą.
Najpierw zabrał się do zamka umieszczonego powyżej klamki. Założył, że
może stanowić poważniejsze wyzwanie niż drugi zamek, zwykły podklamkowy.
W półmroku na schodach wybrał jeden z wytrychów. Udało się co prawda
włożyć go do zamka bez większego oporu, ale próba obrócenia go wewnątrz
nie przyniosła efektu. Powoli wysunął wytrych. Wybrał trochę węższy i ponowił próbę. Chwilę manewrował wytrychem, aż wyczuł, że chwyta bębenek
zamka, po czym delikatnie go przekręcił. Trzask cofającej się zapadki
sprawił mu prawdziwą przyjemność. Pierwsza przeszkoda została pokonana.
Nacisnął klamkę, ale wbrew jego nadziejom otwarcie drzwi blokował drugi
zamek. Tu Carl użył typowego, krótkiego wytrycha. Tym razem sukces
przyszedł natychmiast. Von Wedel schował wytrychy do kieszeni, nacisnął
klamkę i drzwi otworzyły się z lekkim skrzypieniem. Wszedł do środka i szybko zamknął drzwi za sobą. Przekręcił gałkę wyższego zamka. Stał w ciemnym wąskim przedpokoju. Nie próbował zapalać światła w obawie, że
któryś z sąsiadów, wiedząc o śmierci "Bohuna", może narobić hałasu, gdy
dostrzeże światło.
Powoli i bardzo ostrożnie wszedł do pokoju. Dokładnie zasunął zasłony.
Powtórzył tę operację w kuchni, która także miała okno. Chwalił w duchu
świętej pamięci rezydenta, który zapewne pracował wieczorami i dlatego
zadbał o solidne zaciemnienie. Mógł bez obaw zapalić światło. Najpierw
zabrał się do starannego przeszukania pokoju. Kolejno otwierał szafki i wysuwał szuflady. Przeglądał ubrania, książki i różne bibeloty. Opukał
podłogę i sprawdził ściany. Po półgodzinie był już pewien, że
przynajmniej w pokoju nie było żadnej skrytki. Zgasił światło i przeszedł do kuchni. Zaczął od pieca węglowego. Z pozoru nie wydawał się
kryć jakichś niespodzianek. Carl obmacał całą obudowę, zajrzał do
palenisk i do popielnika. Nie znalazł nic poza grubą warstwą popiołu i brudu. Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się w porządku. Piec
opierał się o ścianę. Dookoła obłożony był kaflami. Von Wedel postanowił
jeszcze sprawdzić, czy któregoś z nich nie da się poruszyć. Kiedy
uklęknął na podłodze, okazało się, że jeden kafel lekko się chwieje, a podważony ku zadowoleniu mężczyzny wyszedł ze ściany. Czyżby zaprawa ze
starości nie trzymała? Carl zaczął badać miejsce po kaflu centymetr za
centymetrem i w końcu wymacał z boku szparę pomiędzy zaprawą i cegłą.
Włożył rękę w niewielki otwór. W środku wyczuł krawędź czegoś miękkiego.
Uchwycił dwoma palcami brzeg znaleziska, lekko pociągnął i wydobył na
zewnątrz niewielki notatnik. Nie tracił czasu na jego lekturę i po
otrzepaniu z kurzu schował go do kieszeni marynarki, a następnie
starannie wpasował kafel we właściwe miejsce. Dokończył przeszukanie
kuchni, ale nic więcej nie znalazł. Pozostawała malutka łazienka. Jej
rozmiary i ubóstwo urządzeń pozwoliły na szybkie stwierdzenie braku
kolejnych skrytek. Von Wedel pogasił światła i podszedł do drzwi. Zaczął
nasłuchiwać, czy ktoś nie idzie po schodach. Usłyszał znajome człapanie,
zapewne starsza kobieta wracała do swojego mieszkania. Spokojnie
poczekał, aż minęła drzwi "Bohuna" i jej kroki ucichły na wyższym
piętrze. Dobiegł go odgłos zamykanych drzwi. Mógł opuścić mieszkanie.
Zaczął otwierać drzwi i w tym momencie przypadkowo potrącił łokciem
gliniane naczynie stojące na półeczce obok drzwi. Instynktownie
wyciągnął rękę, aby złapać spadający przedmiot, lecz było już za późno.
Naczynie uderzyło o podłogę, powodując spory rumor. Hałas musiał być
doskonale słyszalny w całym budynku, gdyż uchylone drzwi prawie go nie
wytłumiły. Carl na moment zamarł. Czekał na reakcję sąsiadów. I szybko
się jej doczekał. Pierwsza otworzyła drzwi starsza kobieta piętro wyżej.
Zapewne nie zdążyła jeszcze wejść w głąb mieszkania.
-?Co tam się dzieje? -?zawołała.
-?Co się stało? -?Tym razem był to męski głos dobiegający z dołu.
Von Wedel zauważył, że w lokalu naprzeciwko powoli otwierają się drzwi,
więc delikatnie zamknął drzwi mieszkania "Bohuna" i najciszej jak
potrafił przekręcił zamek od środka. Słyszał wciąż dobiegające z korytarza odgłosy kroków i rozmowy kilku osób.
-?To chyba u zegarmistrza? -?odezwał się kolejny mężczyzna.
-?Ale przecież on zginął -?przekonywała jakaś kobieta. -?Może ktoś się
włamał?
-?Godzinę temu spotkałam na schodach jakiegoś podejrzanego obcego
człowieka. -?Carl mógł być pewien, że mówi to starsza kobieta, którą
mijał na schodach. -?Nigdy wcześniej go tu nie widziałam. Może
dowiedział się, że zegarmistrz nie żyje, i przyszedł okraść jego
mieszkanie. Takich hien teraz nie brakuje.
Ktoś energicznie załomotał do drzwi.
-?Otwierać! Kto tam jest? Otwierać, bo wezwiemy policję!
Walenie w drzwi przedłużało się.
-?Idę po policję -?zadeklarował stanowczo jakiś mężczyzna. -?Pilnujcie,
żeby nie uciekł.
Von Wedel usłyszał, jak ktoś zbiega po schodach. "No to jestem w pułapce", ocenił, przeklinając w duchu swoją niezdarność. Sytuacja była
groźna. Znajdował się na drugim piętrze, a jedyne wyjście z mieszkania
zostało zablokowane przez grupę lokatorów. Gdyby został złapany z podejrzanym notatnikiem rezydenta, którego zawartości nie znał, mogłoby
to mieć dramatyczne konsekwencje. Nawet gdyby się go pozbył, to nie
wymyśli żadnej logicznej odpowiedzi na pytanie, co oficer SD robi w mieszkaniu zmarłego zegarmistrza. Należało szybko znaleźć jakieś
sensowne wyjście z sytuacji. Przestał pilnować drzwi wejściowych, które
nie dawały szans ratunku. Wszedł do pokoju. Nie zapalał światła.
Rozsunął ostrożnie zasłony i otworzył okno. Do ziemi miał około ośmiu
metrów. Skok nie wchodził w grę -?w najlepszym wypadku skończyłby się
skręceniem lub złamaniem nóg, co nie ułatwiłoby dalszej ucieczki. Obok
okna nie było nic, co pozwoliłoby na próbę zejścia na podwórko. Spojrzał
w prawo w stronę okna od kuchni. W półmroku dostrzegł zarys rury
spustowej od rynny. "To daje jakąś szansę", pomyślał. Zamknął okno i pobiegł do kuchni. Sąsiedzi za drzwiami nadal pokrzykiwali, domagając
się, aby wyszedł z mieszkania.
Otworzył okno kuchenne. Teraz mógł lepiej obejrzeć elewację budynku.
Rura biegła jakieś pół metra od ościeżnicy. Carl szybko zlustrował
przeciwne skrzydło budynku. Szczęśliwie nikt nie wyglądał na zewnątrz,
co nawet w zimowy wieczór mogło trochę dziwić wobec hałasu powodowanego
przez grupkę sąsiadów. Von Wedel uznał, że nie ma innego wyjścia i musi
spróbować opuścić mieszkanie tą drogą. Był człowiekiem sprawnym
fizycznie. Jeszcze w majątku rodzinnym wzorem swojego ojca dbał o tężyznę. Dużo biegał, podnosił ciężary, jeździł konno, grał w tenisa,
ćwiczył szermierkę i różne metody walki wręcz. W czasie wojny natężenie
jego ćwiczeń znacznie się zmniejszyło, ale mimo to uważał, że powinien
sobie poradzić. Zdjął rękawiczki, obawiając się, iż mogą zmniejszać
przyczepność dłoni. Wspiął się na parapet, skąd bez problemu udało mu
się sięgnąć rury. Szarpnął za nią kilka razy, aby sprawdzić, czy jest
solidnie zamocowana. Z zadowoleniem stwierdził, że w ogóle się nie
poruszyła. "Raz kozie śmierć", pomyślał. Chwycił ją obiema dłońmi i oparł się o nią, udało mu się też oprzeć but na kancie jej mocowania do
elewacji. Gdy miał ruszać w dół, usłyszał syrenę samochodu policyjnego i charakterystyczny pisk towarzyszący zwykle gwałtownemu hamowaniu. Za
moment dobiegł go odgłos szybkich kroków. Zerknął w dół. Zauważył
jakiegoś mężczyznę prowadzącego za sobą trzech policjantów. Carl
znieruchomiał. Nie chciał nawet myśleć, co się stanie, gdy
funkcjonariusze popatrzą do góry. Mógł tylko liczyć, że w półmroku
podwórka go nie zauważą. Na szczęście żadnemu z nich nic takiego nie
przyszło do głowy. Ale niebezpieczeństwo nie zniknęło, bo policjanci
nagle przystanęli i prawdopodobnie dowódca patrolu nakazał jednemu z funkcjonariuszy pilnowanie bramy. Cywil i dwaj pozostali mundurowi
wbiegli do klatki schodowej.
Przez kilka sekund Carl myślał nad wyjściem z pułapki. Mógł zsunąć się w dół i pod warunkiem, że policjant zbyt wcześnie by go nie zauważył,
spróbować go obezwładnić, a następnie uciec. Gdyby jednak walka się
przedłużała, z odsieczą mogli przybyć pozostali funkcjonariusze. Szanse
na jedno i na drugie były mniej więcej jednakowe. Postanowił szukać
innego rozwiązania. A gdyby tak uciec na dach? Spojrzał do góry.
Zauważył, że mocowania rury umieszczono w równych niewielkich odstępach,
a ona sama znajduje się w sporej odległości od ściany. W jednej chwili
podjął decyzję -?nie miał wyboru. Trzymając się jedną ręką rury, drugą
uchwycił się mocowania i podciągnął do góry. Sprzyjał mu też fakt, że
ceglana ściana pozostała nieotynkowana. Dzięki temu mógł oprzeć brzeg
buta na krawędzi cegły. Potem przesunął dłoń po rurze i trzymając się
jej, oparł drugi but na mocowaniu. W ten sposób znalazł się na wysokości
trzeciego, ostatniego piętra budynku. Z dołu dochodziły odgłosy
świadczące o próbie wyważenia drzwi do mieszkania, które opuścił. Jeśli
zdecydują się przestrzelić zamki, nie pozostanie mu wiele czasu. Wykonał
kolejne ruchy, posuwając się ku górze. Coraz bardziej bolały go ramiona,
a dłonie sztywniały mu z zimna i wysiłku. Nogi na razie znajdowały
oparcie to w mocowaniach, to w cegłach, choć już zdarzyło się, że jedna
się ześlizgnęła. Nie przestawał jednak pełznąć do góry. W końcu uchwycił
brzeg rynny biegnącej wzdłuż dachu. Wtedy z wnętrza budynku dobiegł go
stłumiony huk kilku wystrzałów i odgłos wyłamywania drzwi. Zaraz potem
usłyszał krzyk policjanta dyżurującego na podwórku.
-?Jest na rynnie! Hej, ty, złaź stamtąd, bo jak nie, to będziemy
strzelać! -?Stanowczy głos nie pozostawiał wątpliwości.
-?Zastrzel go! No już, strzelaj! -?padło polecenie, tym razem z okna,
przez które zdążył już wychylić się dowódca.
Carl wiedział, że jego szanse na ucieczkę gwałtownie maleją. Trzymając
się brzegu rynny na dachu, energicznie podciągnął ciało do góry. Blacha
lekko się wygięła pod jego ciężarem. Wykonał kilka chaotycznych ruchów
najpierw jedną nogą, potem drugą, szukając oparcia na krawędziach
cegieł, co w końcu mu się udało. Najmocniej, jak dał radę, odbił się
stopami i ciągnąc silnie ramionami, przesunął ciało na dach. W tym samym
momencie z dołu padło kilka strzałów. Nie wiedział, czy strzelał
policjant wychylający się z okna, czy jego kolega z podwórka, a może
obaj? Kule świsnęły obok niego, gdy już leżał na dachu. Przez moment nie
mógł się ruszyć. Ręce i nogi paliły go, oddech miał mocno przyspieszony.
Nie miał jednak chwili do stracenia. Zaraz policjanci wybiegną z mieszkania "Bohuna" i pognają po schodach ku wyjściu na dach. Ta myśl
była jak kopniak. Zerwał się, jednak dotychczasowy wysiłek sprawił, iż
lekko się zachwiał na pochyłości dachu. Przypomniał sobie, że między
skrzydłami budynku znajduje się barak z komórkami. Pobiegł przechylony w tamtą stronę i stanął na krawędzi dachu. Miał przed sobą w dole niższy
budynek z płaskim dachem, ale dzieliło go od niego dziesięć metrów.
Dostrzegł kolejną rurę spustową biegnącą po ścianie. To była wymarzona
szansa. Położył się ostrożnie na pochyłym skraju dachu nad rynną i opuścił nogi w dół. Nabyte wcześniej doświadczenie sprawiło, że szybko
znalazł oparcie dla stóp. Bolały go co prawda ramiona i chwyt słabł, ale
musiał wytrzymać. W miarę szybko zsuwał się w dół. Nie myślał o tym, czy
policjanci już są na dachu i kiedy zaczną strzelać. W pewnej chwili,
czując, że zgrabiałe i zmęczone ręce dłużej go nie utrzymają, puścił
rurę i spadł może metr w dół. Przewrócił się na plecy, a potem na bok.
Równocześnie usłyszał dobiegające z góry krzyki policjantów i kilka
pojedynczych wystrzałów. Na dole było jednak zbyt ciemno, żeby dobrze
wycelowali. Przetoczył się w stronę przeciwną do podwórka budynku, z którego właśnie uciekł. Usłyszał drapanie i szuranie mogące świadczyć o tym, że policjant pilnujący tego podwórka postanowił przyłączyć się do
pościgu i próbuje dostać się na dach baraku.
Poderwał się na nogi i po dwóch krokach przesadził niewysokie sztachety
oddzielające barak od podobnego budynku po drugiej stronie. Bez wahania
zeskoczył na sąsiednie podwórko, po czym szybko ruszył w stronę
majaczącej w mroku bramy. Z tyłu padł kolejny strzał. Goniący Carla
policjant stał na dachu baraku i starał się trafić uciekiniera. Von
Wedel rzucił się w kierunku ściany budynku i to go uratowało -?dwa
następne pociski uderzyły w miejsce, gdzie był przed sekundą. Wiedział,
że nie może biec do bramy, bo stałby się dla policjanta łatwym celem.
Dzieliło ich nie więcej niż piętnaście metrów. Metr od siebie dostrzegł
wejście do klatki schodowej. Wpadł do środka i tupnął kilkanaście razy,
starając się sprawić wrażenie, iż wbiega po schodach, następnie stanął w bezruchu niedaleko drzwi i uspokoił oddech. Za moment usłyszał ostrożne
kroki. Policjant albo nie całkiem uwierzył w to, że uciekinier pobiegł
po schodach, albo bał się ryzykować. Nim wszedł, ostrożnie zajrzał do
środka. Wewnątrz było kompletnie ciemno, ale Carl widział zarys jego
sylwetki. Policjant zaczął prawie bezgłośnie wsuwać się do wnętrza. W lewej ręce trzymał pistolet, prawą macał po ścianie, szukając włącznika
światła. Był lekko rozkojarzony. Von Wedel musiał to wykorzystać.
Błyskawicznie skoczył ku policjantowi i prawą nogą kopnął go w brzuch.
Kompletnie zaskoczony funkcjonariusz zgiął się z bólu. Wtedy dostał
mocne uderzenie w kark, które powaliło go na ziemię. Upadając, wypuścił
pistolet. Carl zwalił się na niego całym ciężarem ciała i założył mu tak
zwany chwyt trójkątny. Policjant próbował się szarpać, ale duszenie już
po dwudziestu sekundach spowodowało, iż stracił przytomność. Wtedy von
Wedel powoli rozluźnił chwyt i wstał. Nie chciał zabijać policjanta, nie
było to konieczne. Wyjrzał zza drzwi, ale nikogo w pobliżu nie
dostrzegł. Ruszył szybkim krokiem, otrzepując płaszcz ze śladów ucieczki
i walki. Gdy znalazł się w bramie, usłyszał charakterystyczny dźwięk
alarmu przeciwlotniczego i jednocześnie syrenę nadjeżdżającego samochodu
policji. Zerknął przez szparę w bramie, ale samochód wolno pojechał
dalej. Dwóch policjantów w środku uważnie obserwowało okolicę. Dostrzegł
kilku przechodniów biegnących schronić się przed nalotem. Uznał to za
swoją szansę. Wybiegł z bramy i podążył w ślad za innym mężczyzną
brzegiem chodnika Am Hamburger Bahnhof. Na rogu ulicy skierował się w stronę kanału łączącego się ze Sprewą. Chciał jak najszybciej zniknąć z okolic Heidestrasse. Hałas wywoływany przez alianckie bombowce i następujące co jakiś czas wybuchy brzmiały w jego uszach jak orkiestra
symfoniczna uświetniająca fakt, że udało mu się wymknąć z potrzasku.
Po dotarciu do mieszkania, nie ściągając płaszcza, opadł na fotel. Czuł
się kompletnie wypompowany. Myślał o tym, co by się stało, gdyby nie dał
rady wspiąć się po rynnie na dach. Nie zastanawiał się nawet, w jakiej
sytuacji znalazłby się, trafiając później w ręce funkcjonariuszy SD;
jego myśli upiornie krążyły wokół wizji, w której zmęczone ręce
puszczają rynnę, a on spada na podwórko. Ale w sumie dzisiejszej nocy
poradził sobie całkiem dobrze. Zaczynała go powoli przepełniać radość,
że wywinął się z tak beznadziejnej sytuacji. W końcu potrząsnął głową.
Koniec roztkliwiania się nad sobą. Nalał sobie kieliszek koniaku. Po
dwóch łykach poczuł alkohol krążący w żyłach. Zazwyczaj nie potrzebował
takiego środka na rozluźnienie, ale dzisiejszej nocy koniak dobrze mu
zrobił.
Wstał z fotela i zdjął ubranie, które wrzucił w nieładzie do szafy,
uznając, że zajmie się nim kiedy indziej. Wypił jeszcze łyk koniaku, po
czym sięgnął do kieszeni po notatnik znaleziony w kuchni "Bohuna". Już
po chwili zrozumiał, co trzyma w ręku. Rezydent robił skrótowe notatki
dotyczące najprawdopodobniej realizowanych operacji i poleceń z centrali. Z jednej strony prowadzenie takich rejestrów oznaczało
złamanie wszelkich zasad bezpieczeństwa oraz pewną wpadkę rezydenta w razie przypadkowego dostania się notesu w niepowołane ręce. Z drugiej
jednak strony Carl bardziej domyślał się treści zapisków, niż mógł ją z oglądanych stron wyczytać. "Bohun" posługiwał się symbolami i skrótami w pełni zrozumiałymi tylko dla niego samego. Nigdzie nie pojawiały się
pseudonimy czy inne dane w pełnym brzmieniu. Gdyby von Wedel nie miał
orientacji w działaniach swoich i całej rezydentury, nie byłby w stanie
uchwycić sensu zapisków. W początkowej części notatnika było sporo
śladów po wyrwanych kartkach. Wyglądało na to, że zapiski były stopniowo
niszczone. Zapełnione strony pozostałe w notatniku dotyczyły wyłącznie
bieżących zadań. W sumie warto było podjąć ryzyko i zabrać notatnik z mieszkania. W ten sposób zlikwidował potencjalne zagrożenie, jakie
mogłoby powstać, gdyby notatnik został znaleziony i trafił do
specjalistów z SD.
Usiadł przy biurku i przygotował informację dla centrali o okolicznościach śmierci rezydenta i wizycie w jego mieszkaniu. Pominął
problemy powstałe przy tej okazji i historię ucieczki przed policją.
Podsumował zapewnieniem o zniszczeniu znalezionego notatnika. Gdy
skończył pisać, wziął stare wiadro i spalił w nim zapiski "Bohuna".
Berlin. Sklepik Jacobsena
Rano w sklepiku zastał Stefana Jacobsena. Młody mężczyzna uśmiechnął się
na widok Carla.
-?Tata pojechał po towar. Będzie jutro od rana, gdyby pan go
potrzebował.
-?Że też udaje wam się jeszcze wciąż zdobyć cokolwiek. -?Von Wedel nie
krył podziwu. -?Poproszę o moje papierosy.
-?Dla pana zawsze są. -?Stefan położył na ladzie paczkę. -?Czy wie pan
coś o naszym rezydencie? -?zapytał szeptem.
-?Niestety nie żyje. Zginął trzy dni temu w trakcie bombardowania.
-?To smutne. Strasznie mi go szkoda. Ale przynajmniej dobrze, że nie
wpadł w ręce Gestapo.
Carl położył na ladzie pieniądze, a wraz z nimi złożoną kartkę depeszy.
Stefan zsunął całość do szuflady.
-?To bardzo pilne. Postarajcie się wysłać dzisiaj.
-?Proszę być spokojnym. Na pewno jeszcze dzisiaj nadamy.
Berlin. Siedziba wywiadu wojskowego
Następnego dnia dotarł do biura lekko spóźniony. Idąc korytarzem,
usłyszał podniesione głosy zza mijanych drzwi. Znał oficerów pracujących
w tym pokoju, dlatego zapukał i wszedł. Zobaczył siedzącego przy biurku
majora Hermanna Fuchsa i pochylonego nad nim Oberleutnanta Arnego
Krügera. Fuchs trzymał w ręku kartkę, z którą obaj właśnie się
zapoznawali. Gdy Fuchs nieco uniósł dokument, von Wedel zauważył na nim
nadruk depeszy.
-?Poranna kłótnia czy dzisiejsze powitalne wiwaty na moją cześć? -
zażartował.
-?Hauptmann, trafił pan na tajną naradę. -?Major szybko schował trzymaną
kartkę do tekturowej teczki. -?A tak poważnie, to znowu dokopaliśmy
Brytyjczykom.
-?Gratuluję. Taki sukces to ostatnio nieczęste zjawisko.
-?Carl, wejdź i zamknij drzwi -?poprosił Krüger. Spojrzał na Fuchsa,
jakby czekając na jego pozwolenie. -?Możemy pochwalić ci się w zaufaniu,
że jeden z naszych najlepszych agentów znowu rozwalił aliantom operację
przeciwko nam.
-?Nie chcę zadawać głupich pytań, ale to ktoś nowy? -?zapytał Carl.
-?Nie, to nasz człowiek jeszcze sprzed wojny -?wyjaśnił Fuchs. -?Ale na
tym koniec. Więcej się nie dowiesz.
-?To cieszę się razem z wami i gratuluję. -?Von Wedel szeroko się
uśmiechnął. -?Nie będę więcej pytał i wam przeszkadzał, zapewne macie
pilną robotę.
-?Rzeczywiście, musimy przekazać dalej otrzymane informacje. -?Major
Fuchs przybrał poważną minę. -?Ale jeśli chciałbyś z nami opić ten
sukces, to wpadnij wieczorem do kasyna na kielicha. Mamy obiecane
nagrody od kierownictwa, więc jest za co wypić. Tylko niech to zostanie
między nami. Jak się inni zwiedzą, to zaraz ktoś doniesie szefowi, że
gadamy za dużo. Rozumiemy się?
-?Oczywiście. Wieczorem będę w kasynie. I nie mam zamiaru rozpowiadać o waszej inicjatywie. W końcu to są sprawy tajne. -?Puścił porozumiewawczo
oko do obu oficerów.
Wyszedł z pokoju. Musiał zająć się własnymi obowiązkami.
Po kilku godzinach von Wedel odchylił się do tyłu i przeciągnął wyraźnie
zmęczony zbyt długim siedzeniem w jednej pozycji. Zaczął składać
dokumenty, nad którymi pracował. Miał już na dzisiaj dosyć wysiłków na
chwałę III Rzeszy.
Usłyszał zbliżające się szybko czyjeś kroki i nagle drzwi do pokoju
szeroko się otwarły. Stanął w nich Oberleutnant Horst Hofmann. Był
oficerem, z którym Carl dzielił pokój biurowy. Jego ojciec zajmował
wysokie stanowisko w kierownictwie berlińskiego Gestapo. Dlatego Horst,
chcąc zaimponować koledze, często dzielił się z nim co ciekawszymi
informacjami dotyczącymi działań tajnej policji. Von Wedel lubił go za
pogodne usposobienie i zaufanie, jakie mu bezkrytycznie okazywał.
-?Nie marnuj życia, Carl, na siedzenie w biurze, ojczyźnie można służyć
wszędzie. -?Uśmiech nie schodził z twarzy Hofmanna. -?Znasz najnowsze
sensacje?
-?Jesteśmy o krok od pokonania wojsk sowieckich, a Anglicy odwołali
dalsze bombardowania Berlina. -?Von Wedel wiedział, że jego kolega zna
się na żartach; w innym przypadku takie dowcipy mogłyby pociągnąć za
sobą bardzo negatywne konsekwencje, nie tylko służbowe. -?Zadowolony?
Czy masz coś ciekawszego?
-?Carl, myślisz o wrogach, którzy są daleko od nas. A ja mam ciekawostki
o tym, co dzieje się za naszymi drzwiami, tu w Berlinie.
-?No to nie ukrywam, że mnie zaciekawiłeś. -?Von Wedel prowokował
Hofmanna, choć wiedział, że i tak za chwilę pozna nowiny.
Horst zadbał o to, żeby ciekawość kolegi została wystawiona na dłuższą
próbę. Bez słowa zdjął płaszcz, który powiesił na wieszaku. Podszedł do
swojego biurka i rozsiadł się wygodnie. Dopiero po zapaleniu papierosa
spojrzał na Carla.
-?Wracam właśnie z siedziby Gestapo. Nasz stary chciał, żebym pogadał z moimi znajomymi w czarnych mundurach. -?Hofmann wiedział, że kolega
patrzy na niego z wielkim zainteresowaniem. -?Przy okazji oczywiście
wpadłem do papcia. Nie będę ci zdradzał tajnych ustaleń, ale podzielę
się z tobą tym, co ich wczoraj mocno wkurzyło. Okazuje się, że od
pewnego czasu trafiają na sygnały wrogiej radiostacji działającej gdzieś
w rejonie Tegel. Radiostacja nadaje bardzo nieregularnie, co utrudnia
jej zlokalizowanie. A wiesz, jak żądni szybkich sukcesów są nasi
koledzy. O moim ojcu nawet nie wspomnę. Od kilku dni uparli się, że
złapią tych szpiegów. Cały czas trzymali parę wozów ze sprzętem
radiopelengacyjnym w tamtym rejonie. Wczoraj, kiedy już mieli
zrezygnować, trafili na sygnał radiostacji. Zaczęli radionamiar i wtedy
okazało się, że są w złym miejscu. Sygnał pochodził z rejonu
Jungfernheidepark. Zanim tam dojechali, radiostacja zakończyła
nadawanie. Czyli znowu wszystko na nic. Niby są bliżej ustalenia, skąd
tamci nadają, ale jednocześnie, jak pewnie wiesz, teren parku to prawie
sto pięćdziesiąt hektarów. Robota na tygodnie, zakładając w miarę
regularne działanie radiostacji. Tym bardziej że aby dokonać
precyzyjnego radionamiaru, powinni ustawić się dookoła parku i starać
się wyznaczyć na mapie proste, które przetną się tam, gdzie lokuje się
nadajnik. No i oczywiście wysłać w to miejsce lotną brygadę.
Podsumowując, Gestapo wie, że w Berlinie pod ich bokiem bezczelnie
działa wroga radiostacja. Szefowie szaleją. Moi partnerzy prawie chowają
się pod biurkami. Mój stary tylko przeklina, że coś takiego mu się
trafiło. A szanse na szybki sukces wydają się bardzo umiarkowane. Jak
widzisz, Carl, mamy prawdziwą bombę, a przed Gestapo trudna robota.
Założyli prawdziwy biwak w pobliżu parku i będą dzień i noc pilnować
swoich radiogoniometrów. Jak na coś konkretnego nie trafią w ciągu paru
dni, to
SS-Gruppenführer
Heinrich Müller z pewnością obedrze ich ze skóry. Jak ci się podoba moja
sensacja?
-?Horst, powinieneś współczuć kolegom, a nie podśmiechiwać się z nich -
powiedział von Wedel z fałszywą troską.
Hofmann lekceważąco machnął ręką. Wydmuchał dym i energicznie zgasił
papierosa.
-?Jak sobie pomyślę, że my pójdziemy na koniak, a oni będą pilnować
ciemnego lasu, to dziękuję Bogu, że nie jestem podwładnym jego wysokości
Heinricha Müllera. Ale to obecnie jest najlepszy czas dla innych wrogich
radiostacji. Skoro prawie cały sprzęt radiopelengacyjny Gestapo jest w rejonie Jungfernheidepark, to hulaj dusza, piekła nie ma. Można nadawać,
a i tak nikt się tym nie zajmie. To co, wypuścimy się dzisiaj na coś
mocniejszego?
Von Wedel nie miał wyboru. W sumie lubił te wypady z kolegą z pokoju,
tym bardziej że Horst nie był zbyt odporny na mocny alkohol i zazwyczaj
dwa, trzy kieliszki osłabiały go na tyle, że łatwo było mu wyperswadować
dalsze picie, a wcześniej to i owo z niego wyciągnąć. Już kilka razy
dzięki swym kontaktom w Gestapo Hofmann dostarczył Carlowi ciekawych
informacji. Horst chętnie plotkował ze swoim przyjacielem, a po alkoholu
tajemnice wręcz płynęły z jego ust. Dzisiejsza sensacja miała dodatkową
wagę. Carl obawiał się, że Gestapo mogło trafić na sygnał jego
radiostacji. W końcu Eryk nawiązywał wczoraj łączność z centralą. Von
Wedel musiał uzbroić się w cierpliwość i poczekać do rana na możliwy
kontakt z Jacobsenem. W końcu jeśli informacje Horsta były kompletne,
Gestapo jeszcze nie namierzyło poszukiwanej radiostacji. Ważne było, aby
ostrzec Jacobsena o akcji Gestapo.
-?Dzisiaj niestety nie mogę -?stwierdził von Wedel w odpowiedzi na
propozycję kolegi. -?Jestem już umówiony.
-?Kobieta?
-?Nie tym razem.
-?Czyli jest męska popijawa. A ja nic o tym nie wiem. To świństwo.
-?Dobra, dobra. Nie denerwuj się. Fuchs i Krüger opijają jakiś sukces.
Uważaj, bo to tajemnica. Spróbuj porozmawiać z Krügerem, w końcu się
przyjaźnicie, to może spotkamy się w czwórkę.
-?Dziękuję za ważny sygnał. Zaraz pogadam z Arne. Udam, że nic nie wiem,
na pewno mnie zaprosi.
-?Powodzenia.
Von Wedel liczył, że w takim gronie będzie mu łatwiej sprowokować
kolegów do pochwalenia się agentem. Już kilka razy udała mu się ta
sztuczka i tak powoli zbierał informacje o agentach niemieckiego
wywiadu, których sam nie prowadził. Nawet jeżeli były bardzo szczątkowe,
dawały jakąś szansę w poszukiwaniach podejrzanych osób.
Berlin. Kasyno
Kiedy Carl wszedł do kasyna, zobaczył przy jednym ze stolików nie tylko
Fuchsa i Krügera, ale także szeroko uśmiechającego się do niego Horsta.
Zauważył, że impreza musiała już trochę trwać, o czym świadczyła prawie
opróżniona butelka koniaku, jak również dobry humor trzech oficerów.
-?Carl, musisz wypić karniaka, jeśli chcesz z nami balować -?stwierdził
major Fuchs.
-?Panowie, już do was dołączam. Pozwólcie mi tylko coś zjeść, bo cały
dzień miałem wypełniony pracą.
Kelner przyjął zamówienie od von Wedela i postarał się, aby Hauptmann
nie czekał zbyt długo na swoje potrawy. Carl wypił podstawiony kieliszek
i skoncentrował się na obiedzie, żeby nie stracić głowy po alkoholu.
Rozmowa toczyła się wokół sytuacji na froncie wschodnim, która
niepokoiła jego towarzyszy najbardziej. Wypity alkohol wywoływał już
widoczne skutki w zachowaniu trzech oficerów. Von Wedel obawiał się, że
szybkie tempo uniemożliwi uzyskanie interesujących go informacji,
dlatego postanowił szybko wrócić do najważniejszego dla niego tematu.
-?Pochwalcie się, jak szef zareagował na wasz sukces. Czy mam liczyć na
opijanie wysokich nagród, czy muszę tradycyjnie pokryć nasz rachunek? -
Carl cieszył się opinią majętnego arystokraty chętnego do fundowania
kolegom, co ułatwiało mu budowanie kontaktów w wywiadzie.
-?Nie, tym razem my stawiamy, panie hrabio. Nagrody w drodze -?pochwalił
się Krüger.
-?Ale nadal nie wiemy, co to za sukces? -?zadeklarował Hofmann.
-?Horst, nie możemy o tym mówić, sam przecież wiesz. -?Fuchs nawet w takim stanie starał się bronić tajemnic operacyjnych.
-?Przecież wiem, że macie w Londynie agenta -?stwierdził Hofmann. -
Zobacz, Carl, niby jesteśmy kolegami, a oni nam nie ufają.
-?Fakt. Jesteśmy w swoim gronie. Czego tu się bać? -?prowokował dalej
von Wedel.
Był coraz bardziej zadowolony z tego, że podpuścił Hofmanna, aby ten
wprosił się na spotkanie. Horst odwalał za niego najtrudniejszą część
indagowania kolegów o ich agenta.
-?Nie podpuszczajcie nas -?zareagował przytomnie Krüger. -?Znacie
zasady. Wy też nie opowiadalibyście o swoich źródłach.
-?Masz rację, Arne -?zgodził się Fuchs. -?Koniec rozmowy. Pijemy za nasz
sukces i każdemu z was życzymy tego samego.
Starając się nie spłoszyć mimowolnych informatorów, Carl wzniósł
kieliszek.
-?Panowie, wielkie gratulacje. Cóż, nie kryjemy z Horstem zazdrości, że
bierzecie udział w tak ważnej sprawie. Zdrowie! -?Popatrzył z uznaniem
na Fuchsa i Krügera. Wiedział, że dalsze drążenie tematu nie przyniesie
nic nowego. Tym bardziej że dostrzegł kolejne ostrzegawcze spojrzenie
majora Fuchsa, jakie ten rzucił Krügerowi.
-?To może my teraz się pochwalimy naszymi dywersantami, których wysyłamy
do aliantów -?wybełkotał radośnie Hofmann, dla którego ostatni kieliszek
wydawał się tym jednym za dużo.
-?Horst, nasza kolej będzie następnym razem. -?Tym razem von Wedel
postanowił powstrzymać młodszego kolegę od ujawniania tajemnic operacji,
nad którymi pracowali. -?Po naszym sukcesie postawimy kolegom koniak i wtedy oni będą nam gratulować. Na dzisiaj masz dosyć.
-?Carl, jestem dorosły i mogę o sobie decydować. Dzisiaj muszę napić się
z moim przyjacielem Arnem. -?Hofmann przysunął się do Krügera i zaczął
mu coś szeptać na ucho. Obaj bardzo się przy tym zaśmiewali.
Von Wedel dokończył jedzenie. Porozmawiał chwilę z majorem Fuchsem.
Wypili jeszcze po jednym kieliszku i zgodnie stwierdzili, że czas
zakończyć spotkanie. Krüger i Hofmann pomachali im na pożegnanie i sięgnęli po kolejny kieliszek.
W mieszkaniu uporządkował w pamięci wszystkie zebrane przez cały dzień
informacje na temat niemieckiego agenta. Był nieco zawiedziony, że
pomimo sprzyjających warunków nie udało mu się uzyskać więcej.
Wiadomości były niestety mało konkretne. Zakładał, że agent miał duże
możliwości wywiadowcze, skoro jak stwierdził Krüger, "znowu rozwalił
aliantom operację przeciwko nam". Oznaczało to zapewne, że był dobrze
uplasowany i dysponował dostępem do pionu planowania operacji
wojskowych. Ale gdzie funkcjonował? W siłach zbrojnych aliantów? W jakimś sztabie lub w Ministerstwie Wojny? W służbach specjalnych?
Możliwości było aż za wiele. Hofmann musiał coś wcześniej wiedzieć, o czym świadczyła jego wzmianka na temat agenta w Londynie, której nikt z pozostałych oficerów nie zanegował. I jeszcze jedno -?to, co powiedział
Fuchs: "to nasz agent jeszcze sprzed wojny". Podsumowując,
prawdopodobnie w Wielkiej Brytanii działa od kilku lat dobrze uplasowany
niemiecki szpieg. Niestety, na tę chwilę przesyłanie takiego sygnału do
centrali nie miało sensu. Carl musiał podjąć próbę dalszego
skonkretyzowania informacji.
Berlin. Sklepik Jacobsena
Otworzył drzwi do dobrze znanego pomieszczenia sklepowego. Widok
stojącego za ladą i uśmiechającego się doń Eryka Jacobsena przyniósł mu
ulgę.
-?Masz taki pełen niepokoju wyraz oczu, że powiem od razu: nadal mam
twoje ulubione papierosy. -?Jacobsen nie krył dobrego humoru. -?Ale
poważnie, coś się stało?
Carl w skrócie zrelacjonował szczegóły wczorajszej operacji Gestapo w rejonie Tegel i Jungfernheidepark. W miarę jego opowiadania twarz Eryka
tężała.
-?Czułem przez skórę, że coś się dzieje. To mnie musieli namierzać. Dwa
dni temu nadawałem z Jungfernheideparku. Ale pech. Tyle czasu
korzystaliśmy z tej lokalizacji i wszystko się udawało. Dobrze, że
trafili na sygnał już w trakcie seansu łączności. Skończyłem nadawać,
zanim mogli zrobić radionamiar. Trudno, to miejsce jest spalone.
Przyznam ci się, że wczoraj najadłem się strachu. Kiedy wychodziłem z Jungfernheideparku, natknąłem się na patrol Gestapo. Pewnie taką
kontrolę prowadzili przy wszystkich wyjściach. Sprawdzali dokumenty i pytali, dlaczego przebywam w tym rejonie. Dobrze, że nie robili rewizji,
choć starym sposobem papiery miałem w bucie, więc przy pobieżnym
przeszukaniu powinno było się udać.
-?Szczęśliwie nie przyłapali cię w trakcie nadawania. No ale park to
olbrzymi teren i niełatwo tam kogoś znaleźć, nawet mając już precyzyjny
namiar. Powiedz mi, nadawałeś ze środka parku?
-?Ze środka. Tam jest kilka ogrodzonych terenów, podzielonych wewnątrz
na nieduże działki. Parę lat temu była okazja, żeby jedną z nich kupić.
Zmarł właściciel, a wdowa mieszkała obok nas w Berlinie. Przypadkowo się
zgadaliśmy. Nie chciała dużo, a innych chętnych nie było, więc kupiłem.
Na działce stoi drewniany domek. Ale rośnie też sporo drzew i krzewów.
Znasz mnie i wiesz, że potrafię zrobić naturalne skrytki. Gestapo
musiałoby przekopać całą działkę i powykopywać drzewa, wtedy pewnie by
znaleźli sprzęt. A takich działek są tam dziesiątki. Kopania na
tygodnie.
-?Eryk, nie możesz się tam obecnie pojawiać, tym bardziej że pora roku
raczej nie uzasadnia pobytów na działce. I powtórz to Stefanowi. -?Carl
chciał podsumować zaistniałą sytuację. -?Tylko co będzie z łącznością?
-?Jungfernheidepark to tylko jedno z trzech miejsc, z których
nadawaliśmy. To też nie była jedyna radiostacja, z jakiej korzystamy.
Łączność oczywiście będzie zapewniona. Zaczekamy z miesiąc, może dwa i zrobimy parę wycieczek w rejon Jungfernheideparku. Będzie już wiosna,
więc wyprawa na działkę nie wzbudzi podejrzeń. Wtedy zdecydujemy, czy
wznowić wykorzystywanie tamtego punktu łączności, czy przewieźć sprzęt w inne miejsce. Najważniejsze, że wiemy, iż obecnie tamten rejon jest
spalony.
Von Wedel wyjął z teczki portfel, chcąc zapłacić za papierosy.
-?Mam dla ciebie podziękowania z centrali za ustalenia na temat
rezydenta i najnowsze instrukcje, także dla "Astry". -?Jacobsen położył
na ladzie paczkę papierosów i złożoną w kostkę kartkę papieru. -?Pilnuj
tego dobrze -?zażartował.
Berlin. Siedziba wywiadu wojskowego
Horst Hofmann pojawił się w biurze prawie dwie godziny później niż Carl.
Jego nietęga mina świadczyła o tym, iż spotkanie w kasynie było długie i udane, a wypity koniak wieczorem smakował świetnie, tyle że rano
skutkował potężnym kacem.
Hofmann otworzył szafę pancerną, wyjął kilka teczek, a zawartość jednej
z nich rozłożył na biurku. Opadł na krzesło i podparł głowę rękami.
Widać było, że dba o pozorowanie pracy, choć wykonywanie jej nie było
dzisiaj możliwe.
-?Horst, może kawa poprawi ci kondycję -?zaproponował pomoc von Wedel. -
Robię dla siebie, to mogę i tobie przygotować.
-?Jesteś nieoceniony, jak dobry starszy brat -?wymamrotał Hofmann. Jego
przymknięte oczy sugerowały, że poza przedawkowaniem koniaku doskwierał
mu również brak snu.
Carl przyniósł dwie szklanki kawy. Jedną postawił przed kolegą.
-?Dziękuję, tatusiu. -?Horst ocknął się i po kilku chwilach małymi
łykami zaczął popijać gorący napój.
Kawa chyba mu pomogła, ponieważ po jej wypiciu trochę się ożywił i wyciągnął na krześle. Oczy jednak nadal miał lekko przymknięte.
-?Zaszaleliście? -?Było to ze strony von Wedela bardziej stwierdzenie
faktu niż pytanie.
-?Trochę popiliśmy.
-?Chyba nie trochę.
-?Jak się dwóch przyjaciół spotyka, to nie ma co się oszczędzać. No i pogadaliśmy sobie.
-?Ciekawe, co też dwóch geniuszów na bańce wymyśliło -?zakpił von Wedel.
-?Zdziwisz się co. Jak ty i Fuchs zniknęliście, to Arne bardzo się
rozluźnił. I rozmowa była inna.
-?Może nie rozluźnił, a rozłożył się? Gdy wlewa się w siebie koniak, to
drugie jest bardziej realne.
-?Carl, lubię cię, ale mnie nie doceniasz. Nawet nie uwierzysz, co z niego wyciągnąłem.
-?Horst, jeśli coś więcej niż adres jakiegoś sprawdzonego domu
publicznego, to rzeczywiście mi zaimponujesz. No pochwal się.
-?Krüger dobrze podlany koniakiem już tak ściśle nie przestrzega zasad
ochrony informacji tajnych. A to, jak rozluźnił się po wyjściu majora
Fuchsa, mogłoby cię bardzo zaskoczyć.
-?Czyżbyś zwerbował do współpracy kolegę z innego wydziału? -?ponownie
zakpił von Wedel.
-?Byłem ciekaw, co to za sprawa, którą oni tak się szczycą i za którą
szefowie dają hojne premie. I teraz już wiem, mój starszy i mądrzejszy
kolego z wywiadu.
-?Co możesz wiedzieć, Horst? I co Arne mógł sensownie powiedzieć po
takiej ilości alkoholu?
-?Na przykład, że ten agent w Londynie ma kryptonim "Lothar". To Anglik,
który kilka lat temu przyjechał do Niemiec na jakiś staż czy coś
podobnego. Wtedy go zawerbowano. Ale nie zrobili tego ani Fuchs, ani
Krüger. Oni odziedziczyli go po majorze Rudolfie Geigerze. Ty majora
chyba nie poznałeś? On służył ostatnio w Wydziale I Zachód. No tak, jak
ciebie przeniesiono do Berlina, to on akurat zniknął z centrali.
Podejrzewaliśmy, że został wysłany za granicę. Ja też bym się sprawdził
w takiej roli. Tylko nie chcą we mnie uwierzyć. Kurde, co za życie!
-?Jeszcze cię docenią. -?Carl pocieszył kolegę. -?I to tyle sensacji o tym... jaki to był jego pseudonim? Aha, "Lothar"?
-?Nie, wiem oczywiście więcej. Ten "Lothar" dał się podobno złapać jak
dziecko. Szukał możliwości dorobienia sobie, no to podrzucili mu
tłumaczenia naszych dokumentów. Potem go podpuścili i po mocno
zakrapianej imprezie obudził się w łóżku z naszym agentem
homoseksualistą.
-?I co?
-?Jak doszedł do siebie, to mu uświadomili, czym na niego dysponują.
Orgia homoseksualna to jedno, porobili mu dużo zdjęć. Ale załamał się,
gdy okazało się, że dorabiając sobie, tłumaczył dla Abwehry. Powiedzieli
mu, że materiały, które na niego mają, po ewentualnym ujawnieniu nie
tylko go skompromitują, ale też mogą spowodować oskarżenie w Wielkiej
Brytanii o szpiegostwo i odpowiedzialność karną. Szybko podjął decyzję o współpracy z nami.
-?No fajnie, ale po powrocie do domu mógł to zgłosić jako prowokację i fotomontaż.
-?Podobno facet pochodzi z jakiejś biednej rodziny. Jego cel w życiu to
kasa. Jak dowiedział się, że może liczyć na pieniądze od nas za dobre
informacje, to już był nasz. Arne śmiał się, że ten "Lothar" tak się
zaangażował i przyzwyczaił do regularnych wypłat od nas, jakby był nie
agentem, ale kadrowym oficerem wywiadu. Dotąd przesłał sporo
wartościowych materiałów.
-?Jednego nie rozumiem. W Wielkiej Brytanii facet bez koneksji czy
powiązań rodzinnych nie ma wielkich szans, aby zrobić karierę. Skąd taki
nikt może mieć dostęp do ważnych informacji? Coś ci ten Krüger nabajał.
Albo czegoś nie powiedział.
-?Ja też się zdziwiłem i nawet mu powiedziałem, że wpuszcza mnie w maliny. A on wyśmiał mnie, że mądrzę się, nie mając pojęcia o angielskich realiach. Myślałem, że obrazi się i zakończymy temat agenta.
Ale nie. Wyjaśnił, że po wybuchu wojny Anglicy musieli szybko budować
struktury służb niezbędnych do realizacji zadań wojennych i szukali
ludzi, którzy choćby otarli się o tematykę niemiecką i znali nasz język
w zakresie przynajmniej podstawowym. W ten sposób dla "Lothara"
otworzyła się droga kariery wojskowej.
-?No i gdzie w końcu trafił ten superagent?
-?Tego nie wiem, bo Arne był już w takim stanie, że tylko bełkotał,
chwaląc się, jakim to on sam jest superszpiegiem. Gdy zadałem mu kolejne
pytanie, wrzasnął, że nie da mi się więcej podpuszczać i zaraz mnie
aresztuje, bo jestem agentem obcego wywiadu. Ja zresztą też miałem już
dosyć. Sam nie wiem, jak udało nam się wyjść z kasyna, ale jakoś
wróciłem do domu. Jeszcze jak się żegnaliśmy, to Arne chyba na moment
oprzytomniał i błagał mnie, żebym zapomniał o tym, o czym rozmawialiśmy.
Muszę sprawdzić, czy Krüger w ogóle dotarł dzisiaj do biura. Ale tak
sobie myślę, że raczej nie powinien pamiętać treści naszej rozmowy.
Zaraz do niego pójdę.
-?Horst, ja też ci z serca radzę, żebyś zapomniał wszystko, o czym
wczoraj rozmawialiście. Jeśli on nie będzie pamiętał, to tylko lepiej
dla ciebie. Ja już nie pamiętam, co mi mówiłeś. Jakby co, zaprzeczę, że
taka rozmowa w ogóle się odbyła. Gdyby to wszystko się wydało, to
koledzy ze służby bezpieczeństwa postawią nas pod murem. Rozumiesz mnie?
-?No coś ty, Carl? Przecież ja o tym nikomu nie powiem. -?Hofmann
wyraźnie się przestraszył, gdy von Wedel uprzytomnił mu możliwe
konsekwencje rozmowy, którą dotąd młody Oberleutnant tak się chlubił. -
To będzie tajemnica. Sprawy w ogóle nie ma. Proszę cię, tylko mnie nie
zdradź.
-?Dobrze, ja już nic nie pamiętam, ty już nic nie pamiętasz i koniec
gadki na ten temat.
Wyglądało na to, że świadomość kłopotów, w jakie mógł się wpędzić,
spowodowała całkowite wytrzeźwienie Horsta. Otworzył szeroko okno i wyraźnie zdenerwowany zapalił papierosa. Carl obserwował go, udając, że
czyta leżące na biurku dokumenty. Gdy tylko Hofmann skończył palić,
natychmiast wyszedł z pokoju.
Wrócił po kilkunastu minutach. Wyglądał na uspokojonego. Podszedł do
biurka von Wedela i pochylił się nad nim.
-?Byłem u Krügera -?powiedział cichym głosem. -?Na szczęście Fuchs był
właśnie u szefa. Krüger jest w fatalnym stanie. Ma zaraz jechać do domu.
Ale jak mnie zobaczył, to zapytał, o czym wczoraj rozmawialiśmy, bo on
nic nie pamięta i nie może sobie przypomnieć. Nie wie nawet, jak trafił
do domu. Błagał mnie, żebym przyrzekł zachowanie tajemnicy, jeśli coś
mówił o sprawach służbowych. Odpowiedziałem mu na to, że ja też nic nie
pamiętam. Że pewnie jak zwykle cały czas gadaliśmy o dupach i o tym, jak
to będzie po wojnie. Przyrzekłem, że wszystko zostanie między nami.
Chyba go uspokoiłem. Myślisz, że nie będzie problemów?
-?Horst, jeśli on nic sobie nie przypomni, to i nic się nie wydarzy. A myślę, że nawet jak Arnemu coś zaświta w głowie, to tak się sam
przestraszy, że postara się zapomnieć, o czym sobie przypomniał. Jak ty
będziesz milczał i nikomu nic nie chlapniesz, to nie będzie problemu. Ja
nic nie wiem o waszej rozmowie.
Hofmann popatrzył przez chwilę na von Wedela przekrwionymi oczami.
Sprawiał wrażenie uspokojonego.
-?Wierzę ci, Carl. Jesteś prawdziwym przyjacielem.
Wieczorem von Wedel mógł wreszcie spokojnie przeanalizować wszystko, co
usłyszał od Hofmanna. Nieoczekiwanie udało mu się zdobyć informacje,
które dotąd wydawały się całkowicie poza jego zasięgiem. Oczywiście brał
pod uwagę fakt, że pochodziły z rozmowy dwóch pijanych oficerów, dlatego
nie wykluczał jakichś przeinaczeń faktów, zarówno po stronie Krügera,
jak i Horsta. W depeszy dla centrali podkreślił brak możliwości pełnej
weryfikacji przesyłanych danych, jednak ocenił je jako bardzo
prawdopodobne. Niestety, nie dysponował tym, co najważniejsze, czyli
imieniem i nazwiskiem "Lothara" oraz informacją, w jakiej instytucji i na jakim stanowisku pracuje. Jednak ocenił, że kluczowe znaczenie ma
wiedza, iż niemiecki agent działa w Londynie, oraz to, że funkcjonuje od
kilku lat prawdopodobnie wewnątrz brytyjskich służb wywiadowczych i dysponuje bezpośrednimi lub pośrednimi dojściami, które umożliwiają mu
ujawnianie alianckich operacji Niemcom. Zidentyfikowanie go, choć bardzo
trudne, będzie zależało od umiejętności oficerów brytyjskiego
kontrwywiadu. Nadał przygotowanej depeszy sygnaturę wskazującą, że jest
bardzo pilna.
Berlin. Sklepik Jacobsena
Jacobsen wydawał się zaskoczony kolejną wizytą von Wedela.
-?Mam depeszę do centrali, i to pilną. -?Carl wraz z pieniędzmi za
papierosy podał Erykowi niewielką kartkę. -?Postaraj się ją wysłać
dzisiaj, najszybciej, jak to będzie możliwe.
-?Już się robi, jak to mówimy w Warszawie. Uważaj sprawę za załatwioną.
W południe zjawi się tu mój syn, a ja pojadę nadać depeszę.
Londyn. Siedziba Oddziału II Sztabu Naczelnego Wodza
Szef Wydziału Wywiadowczego Oddziału II podpułkownik Ryszard Smoliński
odłożył na biurko depeszę otrzymaną z Biura Szyfrów i Radiowywiadu.
Podniósł słuchawkę telefonu i wezwał do siebie kapitana Michała
Woźniaka.
-?Siadaj, Michał. -?Smoliński wskazał jedno z dwóch krzeseł stojących
przed jego biurkiem. -?Mamy ciekawy meldunek z Berlina od "Ambera".
Przeczytaj.
Kapitan Woźniak był szefem Referatu Niemcy w Wydziale Wywiadowczym.
Osobiście zajmował się rezydenturą w Berlinie.
-?O szlag! -?Woźniak użył niezbyt wyszukanego zwrotu jako podsumowania
przeczytanej depeszy. -?Ale pasztet. Pozostaje tylko współczuć Anglikom.
-?Zanim wymyślisz kolejne oryginalne określenie na sygnał o krecie u naszych sojuszników, postaraj się o krótką ocenę tego materiału.
-?Szefie, sygnał jest z gatunku najważniejszych w zakresie kontrwywiadu.
"Amber" uzyskał informację z komórki wywiadu niemieckiego prowadzącej
agenturę na terenie Wielkiej Brytanii. Czyli wiarygodność nie budzi
zastrzeżeń. Oczywiście uprzedza o braku możliwości weryfikacji, bo sam
nie brał udziału w kluczowej rozmowie. Zakładam, że spotkanie mogło być
mocno podlewane alkoholem. Pozostaje kwestia ograniczonej konkretności
danych. Mam wątpliwości, czy na podstawie tej informacji uda się
zidentyfikować niemieckiego agenta. Wiadomo, że działa albo w służbach
brytyjskich, albo w jakiejś instytucji wojskowej uczestniczącej
bezpośrednio w operacjach przeciwko Niemcom. Jego pseudonim dotąd nie
był mi znany. Nie pojawiał się też w ramach kontaktów ze służbami
brytyjskimi, zarówno MI5, jak i MI6. Natomiast osoba majora Rudolfa
Geigera już się wcześniej przewijała w jakichś materiałach, chyba z MI6.
Jeśli dobrze pamiętam, to przez ostatnie lata pracował w Wydziale I Abwehry, który obejmuje wywiad zagraniczny, kierowanie siecią
wywiadowczą, dostarczanie analiz na temat sytuacji militarnej i gospodarczej innych państw i tak dalej. Sygnał o prawdopodobnym
skierowaniu go do nadzoru i łącznikowania zagranicznych rezydentur jest
cenny, podrzucimy to też MI5, może oni na niego trafią.
-?Czy uważasz, że "Amber" może jeszcze pogłębić dane osobowe kreta?
-?Z czasem może coś mu się uda zrobić. Ale raczej nie liczyłbym za
bardzo na to. Wiesz, że jest świetny operacyjnie, więc jeśli teraz ma
tak mało danych, to musiałby dotrzeć do ich archiwum, aby mieć więcej. A to nie jest możliwe. Nie spodziewam się, żeby jego koledzy z wywiadu
byli tak lekkomyślni i ujawnili tożsamość agenta. Wiedza, którą przesłał
w depeszy, to raczej maksimum.
-?Zgadzam się z tobą. Podziękuj mu w każdym razie i na wszelki wypadek
zleć próbę pogłębienia informacji w sprawie "Lothara", oczywiście w miarę dostępnych mu możliwości.
-?Zaraz przygotuję depeszę i przyniosę do podpisu.
-?Ja w tym czasie zadzwonię do MI6 do szefa sekcji łącznikowej komandora
Dunderdale'a i umówię nas na spotkanie. Temat musimy im jak najprędzej
zgłosić, i to w taki sposób, aby im nie umknął.
-?Jestem do dyspozycji, szefie. Ale trzeba im dać do zrozumienia, że
informacje na temat "Lothara" muszą być szczególnie chronione.
-?Tego chyba nie musimy im mówić.
-?Moim zdaniem tym razem powinniśmy. Jeżeli okazałoby się, że "Lothar"
rzeczywiście działa w służbach, na przykład w MI5 czy w wywiadzie, to co
zrobi, jak się dowie, że go szukają i że wiadomość o nim wyszła od nas?
Da znać do Berlina, tam zaś SD wykopie, choćby spod ziemi, wszystkich,
którzy mieli dostęp do informacji. A to grono zapewne jest bardzo
ograniczone. I na kogo mogą trafić? W końcu dotrą do "Ambera" i wtedy
będzie poważny kłopot. Nie możemy sami wystawić jednego z naszych
najlepszych agentów.
-?Masz rację. Ustalimy to z Angolami. A propos "Ambera" i Berlina.
Trzeba podjąć decyzję, co robimy w związku ze śmiercią "Bohuna". To
nasza najważniejsza rezydentura i musi mieć szefa. Czekam na twoje
propozycje.
-?Zastanawiam się nad tą sytuacją, od kiedy dostaliśmy depeszę o śmierci
"Bohuna". Szczerze mówiąc, to nie mamy zbyt wielkiego wyboru. Można
spróbować kogoś przerzucić do Berlina. Tyle że gdyby nawet to się udało,
to i tak potrzebowalibyśmy w najlepszym razie kilku tygodni, jeśli nie
miesięcy, aby taką osobę przygotować i stworzyć dla niej dobrą,
sprawdzoną legendę dla pobytu w stolicy Rzeszy. Na miejscu jest tylko
"Amber". Pomijam obsługę radiostacji. Oczywiście jest jeszcze "Astra",
który moim zdaniem nie powinien być angażowany w nic poza swoją
dotychczasową działalnością. Jest zbyt cenny. A tak w ogóle to gdyby
kilka dni temu ktoś mi powiedział, że będziemy zastanawiać się, czy
rezydentem w Berlinie mianować Niemca, to uznałbym go za szaleńca i wyśmiał. Pomijam drobiazg, że to wbrew wszelkim zasadom.
-?Fakty same przemawiają za twoją propozycją, choć rzeczywiście na
pierwszy rzut oka jest zaskakująca, bo niestandardowa -?stwierdził
Smoliński. -?Ale zgadzam się, że nie mamy ani czasu, ani możliwości, aby
próbować teraz przerzucać kogoś do Berlina. To zbyt duże ryzyko. Ten,
jak powiedziałeś, Niemiec ma dla nas takie zasługi, że jest już nasz.
Znam uplasowanie "Ambera" i efekty jego pracy wywiadowczej. Ale
praktycznie nic nie wiem o nim samym. Bardziej szczegółowe informacje
nie były mi dotąd potrzebne i dlatego nie wnikałem w jego biografię. Jak
wiesz, staram się stosować zasadę "Need to know". Teraz chciałbym jednak
poznać go lepiej, skoro mam pójść do szefa Oddziału po zgodę na
mianowanie go nowym rezydentem. Przypuszczam, że jak dowie się, iż
chcemy agenta zrobić rezydentem, to uzna mnie za wariata albo
prowokatora.
-?Jasne, Ryszard. Historia "Ambera" jest materiałem na powieść
sensacyjną. Może taka kiedyś powstanie albo po wojnie on sam napisze
wspomnienia. Ale do rzeczy. Nasz człowiek pochodzi z niemieckiej
szlachty z Holsztynu. W połowie trzynastego wieku członkowie jego rodu
zamieszkiwali też na Pomorzu. Bezpośredni przodkowie "Ambera" osiedlili
się w Korytowie koło Choszczna, ale ich majątki znajdowały się również w Tucznie, Wałczu i Drawnie. Carl dostał imię po jednym z bardziej znanych
przedstawicieli rodu, Carlu Heinrichu von Wedelu, który w osiemnastym
wieku był pruskim ministrem wojny i generałem dywizji. Rodzice "Ambera",
Henryk i Maria, po ślubie osiedli w pałacu w Korytowie. Tam też urodził
się nasz człowiek. Potem zaś jego młodszy brat Andreas. Obecnie oboje
rodzice nie żyją. Matka osierociła ich bardzo wcześnie. Zmarła na raka.
Wiemy, że bardzo ją kochał i był z nią blisko. O Henryku von Wedelu
wiemy tyle, że oprócz dużego majątku dał się poznać jako człowiek o bardzo otwartych poglądach, któremu z faszyzmem od początku nie było po
drodze. Miał za to dziwną sympatię do Polski. Faktem jest, że zatrudniał
polskich pracowników w swoich majątkach i polską służbę w pałacu. Jako
nastolatek Carl miał też polską nauczycielkę, która znając języki
angielski, francuski i rosyjski, uczyła ich swojego podopiecznego. Zdaje
się, że dużo opowiadała o Polsce, o naszej historii i różnych
pozytywnych cechach Polaków. Nauczyła go też języka polskiego. Zasiała w młodym von Wedelu zainteresowanie naszym krajem i sympatię do niego.
Starszy syn był oczkiem w głowie Henryka. Mniej wiemy o Andreasie. Zdaje
się, że zbyt wczesna śmierć Marii pogłębiła relacje ojca ze starszym
synem. Henryk zaszczepił mu własne poglądy, którymi jednak młody na
zewnątrz się nie chwalił. Ojciec zadbał też o fizyczny rozwój syna. Miał
trenerów od tenisa, różnych sztuk walki, pływania i tym podobnych.
Zresztą stary von Wedel sam chętnie jeździł konno i biegał. W 1934 roku
Carl rozpoczął studia w Berlinie: nauki humanistyczne, historia, języki
obce. Nie zrezygnował z aktywności sportowej. Miał spore osiągnięcia w boksie i zapasach. Spędził w Berlinie trzy lata. Ziarno polskie
zaowocowało wyjazdem w 1937 roku do Polski. Studiował bardzo krótko na
Uniwersytecie Warszawskim, potem przeniósł się do Krakowa na Uniwersytet
Jagielloński. Tam poznał Jana Żychonia, wówczas porucznika. Żychoń
podlegał Ekspozyturze Oddziału II w Katowicach, ale działał w Krakowie,
penetrując środowisko polskich i zagranicznych studentów. Szukał
kandydatów na agentów i tajnych współpracowników. Zainteresował się
Carlem. Podjął jego opracowanie jako kandydata do werbunku. Przekonał
się, że ten niemiecki szlachcic jest zaskakująco propolski i raczej mało
entuzjastyczny wobec ruchu narodowosocjalistycznego. Jan określił go
jako bardziej Pomorzanina niż Niemca. Obaj panowie zaprzyjaźnili się,
dużo dyskutowali o różnych sprawach, a czasami degustowali polską wódkę.
Ostatecznie nie podjęto decyzji o werbunku Carla podczas jego pobytu w Polsce. Powody nie były jasne. Wydaje mi się, że ówczesny przełożony
Żychonia pozazdrościł mu potencjalnego sukcesu i zablokował werbunek.
Ostatecznie Pomorzanin opuścił Kraków, ale obaj z Żychoniem obiecali
sobie dozgonną przyjaźń. W połowie 1938 roku von Wedel pojechał na
dalsze studia do Paryża, jednak cały czas utrzymywał kontakt
korespondencyjny z Żychoniem.
-?Ale chyba Żychoń nie zwerbował go korespondencyjnie?
-?Słuchaj dalej. W tym czasie nagle zmarł Henryk von Wedel. Podobno
wskutek tragicznego wypadku na polowaniu. Z tego, co ustaliliśmy, ojciec
Carla mocno zadarł z lokalnym liderem NSDAP, który uzurpował sobie rolę
namiestnika w tej części Pomorza. Był prymitywnym bucem i chamem, a przede wszystkim nienawidził bogatej rodziny z pałacu w Korytowie. Kilka
razy między nim a starym von Wedelem doszło do poważnych kłótni, i to
nawet podczas lokalnych spotkań towarzyskich. Ten faszysta w końcu nie
wytrzymał i nie mogąc rywalizować z majętnym Henrykiem, niby przypadkowo
postrzelił go podczas polowania. Może miało to być jakieś ostrzeżenie?
Niestety, rana okazała się poważna i ojciec "Ambera" zmarł. Oczywiście
świadkowie byli ustawieni i całkowicie potwierdzili wersję sprawcy. Ta
sytuacja spowodowała u Carla zmianę dotychczasowej niechęci w głęboką
nienawiść do faszystów. Nie krył tego w korespondencji z Janem i zapowiadał zemstę. Nasz wywiad postanowił to wykorzystać. Żychoń
wiedział, że młody von Wedel ma zamiar za kilka miesięcy wrócić do
Niemiec i poszukać jakiegoś ciekawego zajęcia. Mógł pojechać do
Korytowa, ale miał inne ambicje niż wygodne życie na wsi. Majątkiem
rodzinnym zajął się brat Henryka, Fryderyk, i dotąd go prowadzi. Otoczył
również ojcowską opieką Andreasa, który pozostał w Korytowie. Muszę ci
powiedzieć, że przez lata ojciec Carla, mając niemałe dochody, lokował
znaczne kwoty w bankach w Szwajcarii i częściowo w Niemczech. Jego brat
po objęciu majątku również uczciwie przesyłał część dochodu należną
Carlowi do banków w Szwajcarii. W efekcie "Amber" stał się bogatym
człowiekiem, który do końca życia nie musi martwić się o środki na
utrzymanie. Tym bardziej że ma jeszcze znaczne udziały w majątku na
Pomorzu. Rozumiesz, że w tej sytuacji potencjalna praca zawodowa nie
była dla niego koniecznością, rozglądał się więc za zajęciem, które by
go interesowało i dawało mu satysfakcję. Nie uprzedzajmy jednak faktów i wróćmy do Paryża. Żychoń przyjechał do stolicy Francji w doskonałym
momencie. Carl potrzebował przyjaciela i nienawidził faszystów. Janek
dobrze to rozegrał i ujawnił von Wedelowi, że jest oficerem polskiego
wywiadu. Po pierwszym zaskoczeniu tajna działalność przyjaciela
najwyraźniej zaimponowała Carlowi. Wywiad stanowił podniecającą sferę,
dotąd mu nieznaną, a jakże atrakcyjną dla młodego i majętnego
młodzieńca. Żychoń nie wahał się i zaproponował mu współpracę, bazując
na jego antyfaszystowskich przekonaniach i sympatii do Polski zagrożonej
przez III Rzeszę. Hasło walki ze złem próbującym wpłynąć na losy Polski
i świata przemówiło do Carla. Długo się nie wahał. Uznał, że współpraca
z nami będzie najlepszą zemstą na faszystach.
-?Cóż, świetna robota werbunkowa. Ale też naszym sprzyjało szczęście -
wtrącił Smoliński.
-?Na pewno. Tak czy inaczej Żychoń wykorzystał ostatnie tygodnie pobytu
von Wedela we Francji do przeszkolenia go w zakresie pracy wywiadowczej.
Nie robił tego sam. W tym celu do Paryża pojechało jeszcze dwóch ludzi.
Uczyli Carla metod pracy operacyjnej, prowadzenia rozmów wywiadowczych,
przygotowywania informacji, posługiwania się sprzętem operacyjnym.
Zorganizowali mu praktyczne ćwiczenia w zakresie wykrywania obserwacji
prowadzonej przez służby. Wszystko to trafiło na podatny grunt, bo jak
wiesz, Carl jest bardzo inteligentny i łatwo przyswoił sobie treści
szkoleń. Ustalili, że przy pomocy swoich znajomych ze studiów w Berlinie, którzy zaczęli już robić kariery w armii, dyplomacji czy
niemieckich służbach specjalnych, "Amber" będzie szukał odpowiedniej
pracy, najlepiej w wywiadzie. Przekazano mu również szczegóły dotyczące
nawiązania kontaktu z naszym człowiekiem w Berlinie. Carl wrócił tam na
początku 1939 roku. Szybko odnowił znajomości i bez specjalnych wysiłków
dostał propozycję zatrudnienia z Abwehry. Byli tam bardzo zainteresowani
młodym wykształconym kandydatem, pochodzącym z dobrej rodziny, znającym
kilka języków obcych i mającym za sobą parę lat pobytu w różnych
krajach. Przeszedł szkolenie w Abwehrze i tuż przed rozpoczęciem wojny
mianowany na pierwszy stopień oficerski Leutnanta trafił do centrali
wywiadu. W 1940 roku został Oberleutnantem, a w 1942 Hauptmannem.
Wcześniej, po ataku na Francję, został przeniesiony do Paryża. W lipcu
1941 roku skierowano go na front wschodni do oddziału wywiadu w Grupie
Armii Środek. Doszedł prawie do Moskwy. Szczęśliwie w końcu listopada
otrzymał ponowne przeniesienie do Paryża. Pracował tam aż do jesieni
1943 roku, kiedy wrócił do Berlina. Obecnie służy w Wydziale II, czyli
sabotaż i zadania specjalne. Ocena jego dotychczasowej działalności w pełni potwierdza, że Janek Żychoń miał dobrego nosa. Według mojej wiedzy
"Amber", jeśli nie jest najlepszym naszym agentem, to zalicza się do
najbardziej efektywnych. W ramach dotychczasowej działalności dostarczał
ważnych informacji dotyczących operacji wywiadu niemieckiego oraz
różnorodnych tematów wojennych z terenu Francji, Niemiec i frontu
wschodniego. Wszystko, co robił, spotykało się z wysokimi ocenami
naszego wywiadu oraz wyrazami uznania ze strony brytyjskich służb i instytucji rządowych. W zdecydowanej większości jego informacje były na
bieżąco wykorzystywane przez aliantów. Również pod kątem wiarygodności
nigdy nie było wobec niego zastrzeżeń, a weryfikowaliśmy to wiele razy.
Wysoko oceniamy jego pracę operacyjną w Berlinie, a także meldunki
prowadzonego przez niego agenta "Astra". Ostatnio przeprowadził akcję
ustalenia sytuacji "Bohuna". Uważam, że posiada wszystkie niezbędne
umiejętności i w pełni zasługuje na kierowanie naszą rezydenturą w Berlinie.
-?Zgadzam się z twoją opinią i zamierzam zaproponować szefowi mianowanie
"Ambera" rezydentem -?stwierdził Smoliński. -?Jeszcze jedno, wspomniałeś
porucznika Żychonia. Kiedyś słyszałem to nazwisko, nie wiesz, co się z nim dzieje?
-?Zginął podczas bombardowania we wrześniu 1939 roku.
Wczesnym popołudniem Smoliński poinformował o mianowaniu Carla
rezydentem w Berlinie. Nie komentował swojej rozmowy z szefem Oddziału,
ale wydawało się jasne, że jej przebieg był burzliwy. Polecił przesłać
depeszę z tą informacją. Dodatkowo centrala obiecała pilnie dopracować
system łączności kurierskiej mającej umożliwić przekazywanie do centrali
materiałów pozyskanych przez rezydenturę. System ten dotychczas jakoś
funkcjonował, ale rozwój wydarzeń na europejskich frontach od pewnego
czasu powodował poważne problemy.
Tempsford. Hrabstwo Bedfordshire
Sobotnie przedpołudnie było dobrą porą na podróż do Tempsford. Po dwóch
godzinach spokojnej jazdy John Thompson dotarł do wioski. Ocenił, że
może liczyć ledwie dwustu, może trzystu mieszkańców. Gdyby zwiedzał
Anglię, nawet nie zajrzałby do takiej dziury. Ale nie był turystą, więc
skoncentrował się na planie dostarczonym przez Nelly Olson. Przejechał
przez wioskę. Kawałek dalej w sporej odległości od drogi dostrzegł coś,
co wyglądało na zwykłą wiejską stodołę, jakich pełno w gospodarstwach
rolnych. Od Nelly wiedział, że ten i inne pobliskie budynki są murowane,
a jedynie dla kamuflażu zostały pokryte od zewnątrz drewnianymi deskami.
Był to teren bazy lotniczej SOE RAF Tempsford.
Thompson zjechał z głównej szosy, skręcając w piaszczysty trakt
prowadzący w przeciwną stronę niż zabudowania lotniska. Tutaj w sporych
odległościach od siebie stały kolorowe domy z ogródkami, również udające
wiejskie chaty. Za kępą drzew skręcił w prawo i zatrzymał się obok domu
z białymi okiennicami. Kiedy wyłączył silnik, na zewnątrz wyszła młoda
przysadzista kobieta.
-?Nelly, jak zwykle pięknie wyglądasz! -?wykrzyknął z entuzjazmem John.
Kobieta podeszła do niego i objęła go. Wymienili długi, namiętny
pocałunek.
-?Jak zwykle chcesz mnie od razu oczarować -?stwierdziła z szelmowskim
uśmiechem. -?I jak zawsze ci się to udaje. Wiesz, jak skomplementować
kobietę. Chodź do mojego królestwa. Z pewnością jesteś głodny i spragniony.
-?Spragniony, ale ciebie.
Objęła go w pasie i poprowadziła do wnętrza domu. Urządzony był
skromnie, ale czego można było spodziewać się po służbowym mieszkaniu, w którym przebywała samotna osoba.
Zjedli przygotowane kanapki i wypili herbatę.
-?Zaczynamy od spaceru po okolicy czy od czegoś innego? -?zapytała
Nelly.
-?Zdecydowanie od czegoś innego.
Wstał i wyciągnął do niej rękę. Podała mu swoją i poprowadziła go do
małej sypialni. Szybko się rozebrali i bez zbędnych wstępów zaczęli się
kochać. Kiedy skończyli, leżeli długo na pogniecionej pościeli.
-?Mam nadzieję, że ten weekend pozwoli ci odpocząć -?zamruczał cicho,
głaszcząc ją po głowie. -?Pewnie jak zwykle twój szef zarzucał cię
pracą.
-?John, jestem zaledwie sekretarką na prowincjonalnym lotnisku -
zaoponowała. -?Ty w SOE odpowiadasz za ważne operacje wojenne. Bardzo
jestem z ciebie dumna.
-?Załóżmy się, że sprawy, którymi ty się zajmujesz, są nie mniej ważne i tajne -?dowartościował swoją kochankę. -?A pracujesz nie na
prowincjonalnym lotnisku, ale w tajnej bazie sił specjalnych. Co
ciekawego robiłaś w tym tygodniu?
-?Wspólnie z szefem kompletowałam dokumentację dwóch operacji
lotniczych. Na początku tygodnia, we wtorek, był lot do Holandii w rejon
Eindhoven. Poleciało dwóch żołnierzy z SOE z wyposażeniem. W sumie sześć
zasobników dla ruchu oporu. Ale pewnie o tym wiesz. W piątek był kurs do
Polski, chyba aż pod Kielce. Mają takie dziwne nazwy, ale ja je łatwo
zapamiętuję. Bardzo długi dystans, dlatego polecieli liberatorem. Tym
razem miał być tylko zrzut materiałów. No i było trochę kłopotów z pilotami. Tak się zabawili w środę wieczorem, że w ich hotelu w Tetworth
Hall pojawiła się policja. Wiesz, to tajne miejsce, tu niedaleko. Dotąd
był spokój, ale po tej aferze miejscowi zaczynają gadać różne rzeczy. A jak się Niemcy dowiedzą, to jeszcze coś się może stać.
-?Kochanie, mam tylko nadzieję, że ty będziesz bezpieczna. -?John
przytulił Nelly. -?A po weekendzie będzie trochę spokojniej?
-?Raczej nie. Szef już wczoraj dostał dokumenty na poniedziałkowy nocny
lot do Niemiec. Zdaje się, że gdzieś w rejon Bawarii. Widzisz sam, cały
czas coś się dzieje.
-?A tak z ciekawości zapytam: nadal latają tylko piloci naszych,
brytyjskich jednostek? Kurczę, wypadły mi z głowy symbole ich dywizjonów
-?podpuszczał kobietę Thompson.
-?Latają nasi ze 138. i 161. Dywizjonu Specjalnego Przeznaczenia RAF.
Przez pewien czas mieliśmy też do dyspozycji Polaków z tak zwanej
Eskadry "C" należącej do 138. Dywizjonu. W tej chwili jednak Polacy
wchodzą w skład 1586. Eskadry i od jakiegoś czasu już nie stacjonują u nas. Przenieśli ich do Tunisu.
-?Teraz już kojarzę. Ale pamięć masz naprawdę świetną. Dosyć na dzisiaj
o pracy. Obiecałaś mi przechadzkę. Chętnie się przewietrzę przed
dalszymi przyjemnościami.
Włożyli płaszcze i wyszli na zewnątrz.
-?Dzisiaj pokażę ci moją ulubioną trasę spacerową -?zadecydowała Nelly.
-?Pójdziemy przez pola, potem przez las, aż do jeziorka, gdzie lubię
latem przesiadywać. Czasami też się w nim kąpię.
-?Pewnie pływasz nago? -?zapytał prowokacyjnie. -?Chętnie bym cię wtedy
popodglądał.
-?Może bym i chciała, jednak tutaj na wsi muszę się odpowiednio
zachowywać. A gdyby jeszcze zobaczył mnie ktoś z jednostki, to byłabym
skompromitowana...
-?W takim razie zamieniamy się w statecznych wiejskich spacerowiczów.
Wrócili, kiedy zaczęło już zmierzchać. Nelly zrobiła kolację, do której
pili wino przywiezione przez Thompsona z Londynu. John pomyślał, że
ważną zaletą tej kobiety jest smaczna kuchnia. Po posiłku nie marnowali
czasu i od razu poszli do łóżka. Kiedy skończyli się kochać, usiedli
podparci poduszkami.
-?Jesteś fantastyczna -?wyszeptał.
-?A ja cały czas myślę, że znajomość z tobą to jakiś piękny sen. I boję
się, że zaraz się obudzę.
-?Wiesz, jesteśmy chyba tymi mitycznymi dwiema pasującymi do siebie
połówkami. Wspaniale, że w tym wielkim świecie w końcu trafiliśmy na
siebie.
-?Jak tak mówisz, to zaczynam w to wierzyć. Szczerze mówiąc, myślałam,
że już nigdy nie spotkam kogoś, do kogo coś poczuję. Nie mówiłam ci, ale
cztery lata temu kochałam mężczyznę, najważniejszego dotąd w moim życiu.
On był dziennikarzem, oczytanym i błyskotliwym. Po kilku miesiącach
zaczął mówić o wspólnym życiu. Spędzaliśmy razem dużo czasu. Było
cudownie. Wspomniał o zaręczynach. Uwierzyłam mu. Zresztą jak miałabym
nie chcieć takiego pięknego związku. Po jakimś czasie zaczęły się
problemy z naszymi spotkaniami. Spóźniał się, niektóre odwoływał w ostatniej chwili. Ładnie i logicznie tłumaczył się aktywnością zawodową,
decyzjami szefa i tak dalej. Aż jednego dnia, kiedy też zadzwonił, że
zostaje w redakcji, wybrałam się na samotny wieczorny spacer. Wtedy,
przed wejściem do znanej w mieście restauracji, natknęłam się na niego w towarzystwie atrakcyjnej szczupłej brunetki. Szli objęci i roześmiani.
Kiedy mnie zobaczył, po prostu odwrócił głowę w inną stronę. Potem już
się nie odezwał. Tak się załamałam, że przez kilka miesięcy widok
idących ulicą par doprowadzał mnie do rozpaczy. Kiedy trochę doszłam do
siebie, zrozumiałam, że jestem do niczego i nikogo nie interesuję. Przez
te lata, zanim spotkałam ciebie, żaden mężczyzna nie próbował się ze mną
umówić. Niby pracuję właściwie z samymi facetami, ale dla wszystkich
jestem koleżanką z pracy, a nie kobietą. Wyobrażasz to sobie? Teraz
chyba rozumiesz, dlaczego tak trudno mi uwierzyć w twoje miłe słowa na
mój temat. Odmieniłeś moje życie. Często myślę, że zrobiłabym dla ciebie
wszystko.
John przytulił Nelly. Całował ją i głaskał. Potem znów zaczęli się
kochać, najpierw bardzo delikatnie, potem coraz gwałtowniej. A po
wszystkim zasnęli.
Po śniadaniu Nelly zabrała go na zwiedzanie okolic jej miejsca pracy.
Najpierw wielkim łukiem obeszli teren lotniska. Kobieta opowiadała mu,
co mieści się w poszczególnych budynkach. John ze zdziwieniem
skonstatował, że lotnisko nie ma właściwie żadnej ochrony. Nie było
ogrodzone, to pasowało do legendy gospodarstwa rolnego. A jedyny
posterunek wartowniczy mieścił się na parterze wieży kontroli lotów,
obok której biegła wąska droga wjazdowa na lotnisko.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki