Dolina szpiegów - Robert Michniewicz

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Luty 1944

Berlin. Siedziba wywiadu wojskowego

Mgli­sty zimowy zmierzch szybko osia­dał na powierzchni kanału Lan­dwehr. Wysoki, nie­spełna trzy­dzie­sto­letni blon­dyn w płasz­czu z nara­mien­ni­kami Haupt­manna wyszedł z sie­dziby wywiadu woj­sko­wego i spo­koj­nym kro­kiem ruszył wzdłuż nabrzeża Tir­pitza. Spra­wiał wra­że­nie, jakby zimowy wie­czorny chłód był mu obo­jętny. Popa­trzył w niebo, które było zasnute grubą war­stwą chmur. Spo­dzie­wał się, że alianc­kie samo­loty znowu się poja­wią, jak codzien­nie od paru mie­sięcy -?jed­nakże przy tej widocz­no­ści trudno im będzie pre­cy­zyj­nie odna­leźć cele i więk­szość zrzuci bomby po pro­stu na mia­sto. Powietrzna bitwa o Ber­lin ruj­no­wała sto­licę III Rze­szy, choć jed­no­cze­śnie straty sojusz­ni­czego lot­nic­twa były ogromne. Wie­dział, że ma jesz­cze dwie do trzech godzin, zanim z nieba zaczną sypać się bomby.

Ruszył szyb­szym kro­kiem w stronę odle­głego parku Tier­gar­ten. Skrę­cił w prawo na mostek nad kana­łem Lan­dwehr, co pozwo­liło mu dys­kret­nie spoj­rzeć w kie­runku, z któ­rego przy­szedł. "Czy­sto, nie mam towa­rzy­stwa", oce­nił. Fakt, że po ponad czte­rech latach wojny na­dal żył i mógł dzia­łać jako agent pol­skiego wywiadu, potwier­dzał słusz­ność sto­so­wa­nia zasad kon­troli ope­ra­cyj­nej. Tak naprawdę ni­gdy nie zasta­na­wiał się, czy idąc po zakupy, na spa­cer albo do biura, może zre­zy­gno­wać z obser­wa­cji oto­cze­nia. Kon­trola ope­ra­cyjna weszła mu w krew jako natu­ralna czyn­ność codzien­no­ści -?miał pełną świa­do­mość, że od niej zależy jego życie.

Jego wzrok spo­czął na budynku, który nie­dawno opu­ścił. W myślach na­dal nazy­wał go cen­tralą Abwehry -?taka nazwa już pew­nie na zawsze pozo­sta­nie w uży­ciu wśród star­szych ofi­ce­rów wywiadu woj­sko­wego. Trudno będzie się przy­zwy­czaić, że od połowy lutego 1944 roku nie ma już ich wszech­wład­nego szefa, admi­rała Wil­helma Cana­risa, a oni sta­no­wią część Głów­nego Urzędu Bez­pie­czeń­stwa Rze­szy. For­mal­nie byli teraz ofi­ce­rami Sicher­he­its­dienst -?SD, a wywiad nazy­wał się Amt Mil -?Biuro Woj­skowe, i pod­le­gał SS-Oberführerowi Wal­te­rowi Schel­len­ber­gowi. Zmiana ta była zwią­zana z intry­gami prze­ciwko Cana­ri­sowi ze strony Him­m­lera i von Rib­ben­tropa, sze­re­giem nie­po­wo­dzeń w dzia­łal­no­ści ope­ra­cyj­nej Abwehry oraz podej­rzeń wobec admi­rała co do moż­li­wo­ści dzia­ła­nia na dwa fronty, nie­po­zba­wio­nych zresztą pod­staw. Odium tych zda­rzeń spa­dło na pozo­sta­łych w służ­bie ofi­ce­rów, któ­rym kie­row­nic­two SD podejrz­li­wie się przy­glą­dało. W tym kon­tek­ście sytu­acja Carla jako agenta pol­skiego wywiadu była szcze­gól­nie ryzy­kowna. Jed­nak po kilku latach dzia­łal­no­ści prze­ciwko III Rze­szy do moż­li­wo­ści wpadki był przy­zwy­cza­jony. Wie­dział, że musi liczyć tylko na sie­bie.

Kie­ru­jąc się w stronę parku, parę razy skrę­cał w boczne uliczki. Dwa razy w oknach naroż­nych kamie­nic udało mu się spraw­dzić, czy nikt za nim nie idzie. Minął kilka osób, ale żadna nie szła w tym kie­runku co on. Prze­je­chała jedna cię­ża­rówka i skrzy­piąca stara fur­go­netka. Obie tylko z kie­row­cami. Wie­dział, że zgod­nie z zasa­dami nie­miec­kiej służby bez­pie­czeń­stwa w samo­cho­dach obser­wa­cji są zawsze dwie, trzy osoby, aby łatwiej włą­czyć się do śle­dze­nia podej­rza­nego.

Wszedł do nie­wiel­kiego skle­piku. Rozej­rzał się po pra­wie pustych pół­kach, zapy­tał sprze­dawcę, czy pra­wi­dłowo idzie w kie­runku Tier­gar­ten. Usłużny męż­czy­zna pomimo zimna wyszedł z nim przed sklep i chęt­nie wska­zał kie­ru­nek. Ta chwila umoż­li­wiła mu zer­k­nię­cie na oba końce ulicy. Uspo­ko­jony ruszył w dal­szą drogę. Doszedł do kolej­nego mostu nad kana­łem, który pozwa­lał na przej­ście wyłącz­nie osób pie­szych. Gdyby był pod obser­wa­cją, to zapewne skom­pli­ko­wałby poru­sza­nie się zmo­to­ry­zo­wa­nej obstawy i wywo­łałby ner­wowe ruchy pie­szych obser­wa­to­rów. Nie dostrzegł jed­nak żad­nych symp­to­mów, aby ktoś się nim inte­re­so­wał. Trasa, którą prze­szedł, dawała mu pew­ność, że może ode­brać z taj­nej skrytki mate­riały pozo­sta­wione przez agenta.

Idąc dalej, po pra­wej ręce zoba­czył zruj­no­wany teren zoo. Alianc­kie bom­bar­do­wa­nia poczy­niły duże szkody w tym tak lubia­nym przez ber­liń­czy­ków miej­scu. Minął znisz­czone zabu­do­wa­nia. Wszedł do parku i skrę­cił w lewo pomię­dzy ubogą roślin­ność. Dookoła było już ciemno. Kie­ro­wał się w stronę wąskiego potoku o mocno zaro­śnię­tych brze­gach. Prze­cho­dząc przez mostek nad poto­kiem, dostrzegł na dru­gim brzegu zarysy nie­wiel­kiej kamien­nej altany. Zauwa­żył ją pew­nie tylko dla­tego, że kamień był bia­łego koloru. Wspiął się po lek­kiej pochy­ło­ści, kie­ru­jąc się w stronę altany. Był sam, jeśli mógł być pewny swo­jej oceny w gęst­nie­ją­cym mroku. Wszedł do altany i przy­sta­nął na chwilę, opie­ra­jąc się o kamienną poręcz. Ponow­nie rozej­rzał się, czy nikt nie nad­cho­dzi. Teczkę prze­ło­żył do lewej ręki, a prawą poma­cał pod barierką. Poczuł naj­pierw zwartą masę sta­rej zaprawy, potem dwie wysta­jące koń­cówki cegieł. Jego dłoń tra­fiła w końcu na taką, która deli­kat­nie się poru­szyła. Ostroż­nie ją wycią­gnął. Z dru­giej strony była wydrą­żona. Przy­trzy­mał ją lewą dło­nią. Wsa­dził palec dru­giej dłoni w otwór. Wyczuł brzeg zło­żo­nych kar­tek papieru nie­wiel­kich roz­mia­rów. Wycią­gnął je, a cegłę natych­miast wsu­nął na miej­sce.

Nagle usły­szał cięż­kie kroki na ścieżce. Znie­ru­cho­miał. Oce­nił, że idą tam dwie osoby. "Czyż­bym tym razem popeł­nił jakiś błąd i nie wykrył obser­wa­cji?", zanie­po­koił się.

Berlin. Restauracja w hotelu Adlon

Młoda kobieta zajęła miej­sce w loży restau­ra­cji. Kel­ner zgiął się w ukło­nie.

-?Czy pani życzy sobie coś do picia?

-?Dzię­kuję. Cze­kam na zna­jo­mego.

Kel­ner jesz­cze raz nisko się ukło­nił, uważ­nie obser­wo­wany przez dyrek­tora restau­ra­cji.

Spoj­rzała na zega­rek -?była przed cza­sem. Per­spek­tywa spo­tka­nia z Car­lem von Wede­lem była tak eks­cy­tu­jąca, że nie zadbała o spóź­nie­nie pozwa­la­jące na odpo­wied­nie wej­ście. Tak robiły jej przy­ja­ciółki, ona jed­nak uwa­żała to za nie­po­trzebne efek­ciar­stwo. "Oby tylko on się nie spóź­nił", pomy­ślała. Głu­pio będzie wyglą­dać, sie­dząc samot­nie w noc­nym lokalu.

Berlin. Park Tiergarten

Scho­wał się za kolumną pod­trzy­mu­jącą dach altany i ostroż­nie rozej­rzał się dookoła. Na ścieżce pro­wa­dzą­cej wzdłuż potoku maja­czyły w mroku syl­wetki par­ko­wych straż­ni­ków. Zatrzy­mali się, aby zapa­lić papie­rosy. Zacią­gnęli się kilka razy i spo­koj­nie ruszyli w stronę zaro­śli.

"Fał­szywy alarm", stwier­dził z ulgą. Upew­nił się, czy cegła dobrze sie­dzi. Przez moment pomy­ślał z wdzięcz­no­ścią o radio­te­le­gra­fi­ście Eryku Jacob­se­nie, który w poprzed­nich latach przy­go­to­wał na tere­nie Ber­lina cały zestaw taj­nych skry­tek do pracy z agen­turą. Wsu­nął kartki do kie­szeni i szybko wyszedł z altany. Obsługa skry­tek zawsze wywo­ły­wała w nim wąt­pli­wo­ści. Prze­cież mógł przejść całą trasę spraw­dze­niową i nie mieć obser­wa­cji, ale wystar­czy­łoby, żeby służba bez­pie­czeń­stwa tra­fiła na skrytkę, śle­dząc nie­ostroż­nego agenta, i urzą­dziła tam zasadzkę, a zostałby aresz­to­wany przy odbie­ra­niu mate­riału.

Zszedł z pagórka i skie­ro­wał się w stronę ulicy. Cze­kał go jesz­cze długi marsz, zanim dotrze do hotelu Adlon.

"Zasłu­żył pan, hra­bio, na duży koniak i spo­tka­nie z piękną kobietą", pomy­ślał z przy­jem­no­ścią. Trzeba będzie dzi­siaj wie­czo­rem popra­co­wać na miano jed­nego ze sta­łych gości w Adlo­nie. A potem znowu do roboty.

Berlin. Restauracja w hotelu Adlon

-?Witamy, panie hra­bio.

Nisko kła­nia­jący się dyrek­tor restau­ra­cji był dosko­na­łym potwier­dze­niem tezy, że pozy­cja gościa w nor­mal­nych cza­sach oparta jest głów­nie na wyso­kich i czę­stych napiw­kach. W nienor­mal­nych, jak te obecne, naj­więk­szy sza­cu­nek wzbu­dzali goście w czar­nych mun­du­rach Sicher­he­its­dienst i Gestapo. Haupt­mann hra­bia Carl von Wedel speł­niał oby­dwa warunki. Jako roz­rzutny młody ary­sto­krata nie oszczę­dzał na napiw­kach. Ponadto po prze­ję­ciu Abwehry przez Sicher­he­its­dienst nale­żał for­mal­nie do grona ofi­ce­rów SD.

-?Pana zna­joma już czeka. -?Dyrek­tor uśmiech­nął się przy­mil­nie i usłuż­nie popro­wa­dził von Wedela do loży.

Restau­ra­cja, mimo że prze­nie­siona do piw­nic ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa, zacho­wy­wała pozory zna­nego z wyso­kich cen ber­liń­skiego lokalu. Menu nie było już tak wykwintne jak daw­niej, ale zapew­niało nie naj­gor­szy wybór w porów­na­niu z jadło­spi­sem prze­cięt­nych ber­liń­czy­ków.

-?Prze­pra­szam za spóź­nie­nie. -?Uca­ło­wał rękę atrak­cyj­nej blon­dynki, która na jego widok uśmiech­nęła się z ulgą. -?Pro­szę, wybacz. Nie­na­wi­dzę przy­cho­dzić spóź­niony.

-?Bałam się, że zatrzy­mali cię prze­ło­żeni i znowu będziemy musieli odło­żyć naszą kola­cję. -?Lotte Jung przy­trzy­mała dłoń von Wedela, jakby w ten spo­sób chciała potwier­dzić szczę­śliwy fakt, że do spo­tka­nia jed­nak doszło. -?Tak w ogóle to led­wie zdą­ży­łam usiąść. Mój szef zleca coraz wię­cej pracy, więc naprawdę nie cze­ka­łam.

-?Lotte, bar­dzo się cie­szę, że cię widzę. Wyglą­dasz ślicz­nie. Ale pozwól, że od razu zamó­wimy jedze­nie i napoje, bo jak Ame­ry­ka­nie lub Bry­tyj­czycy nad­lecą dzi­siaj zbyt szybko, to pozba­wią nas kola­cji. -?Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, zamó­wił potrawy i butelkę zna­ko­mi­tego koniaku, który bły­ska­wicz­nie poja­wił się w kie­lisz­kach. -?Za spo­tka­nie.

Sta­ra­jąc się pro­wa­dzić lekką roz­mowę z dziew­czyną, von Wedel dys­kret­nie rozej­rzał się po sali. W dymie papie­ro­so­wym dostrzegł wiele zna­nych postaci z elit nie­miec­kiej armii i służb bez­pie­czeń­stwa. Wymie­nił ukłony, po czym sku­pił się na swo­jej part­nerce.

Lotte Jung była piękną ciemną blon­dynką. Nosiła włosy do ramion, natu­ral­nie zakrę­ca­jące się przy samym czole. Uwiel­biał, gdy miała je zwią­zane w kok. Jej twarz była wtedy w pełni wyeks­po­no­wana. Szczu­pła figura Lotte wywo­ły­wała zawroty głowy u męż­czyzn, któ­rzy nad wyraz chęt­nie zer­kali na nią w miej­scach publicz­nych, choć zapewne dla nie­któ­rych miała zbyt chło­pięcy kształt bio­der i pupy. Carl bar­dzo lubił szczu­płe te rejony ciała u kobiet. Miała dwa­dzie­ścia jeden lat, była inte­li­gentna, wyspor­to­wana i czę­sto dawała dowody mło­dzień­czego poczu­cia humoru. Gdy się do kogoś prze­ko­nała, pozwa­lała sobie na żarty z odcie­niem kpiny, choć wcale nie świad­czyło to o zło­śli­wo­ści. Spę­dza­nie z nią czasu było nie tylko miłe, ale rów­nież inte­re­su­jące ze względu na jej sze­ro­kie zain­te­re­so­wa­nia. Pocho­dziła ze sta­rego miesz­czań­skiego rodu z Augs­burga. O ile jej przod­ko­wie, w więk­szo­ści sza­cowni leka­rze i hie­rar­cho­wie kościelni, nie sta­no­wili przed­miotu jego zain­te­re­so­wa­nia, o tyle zde­cy­do­wa­nie cie­ka­wił go jej ojciec, gene­rał Wal­ter Jung. Gene­rał słu­żył w Naczel­nym Dowódz­twie Wehr­machtu -?OKW. Według roze­zna­nia von Wedela w Zarzą­dzie Dowo­dze­nia Wehr­machtu Jung nale­żał do twór­ców sys­temu obrony frontu zachod­niego. Jego wie­dza była bez­cenna w kon­tek­ście zbli­ża­ją­cej się inwa­zji alian­tów we Fran­cji. Patrzył przy­chyl­nie na zna­jo­mość córki z potom­kiem rodu pomor­skich ary­sto­kra­tów, co zaowo­co­wało już kil­koma spo­tka­niami w domu gene­rała. Jung, widząc tro­skę Haupt­manna von Wedela o roz­wój sytu­acji na fron­tach, sta­rał się rze­czowo oma­wiać z nim "przy cyga­rze" bie­żące wyda­rze­nia. Czę­sto posił­ko­wał się naj­now­szymi mel­dun­kami docie­ra­ją­cymi do OKW oraz ana­li­zami przy­go­to­wy­wa­nymi dla Führera. Pro forma zazna­czał, że roz­mowy są poufne i zobo­wią­zuje przy­ja­ciela córki do zacho­wa­nia ich w tajem­nicy.

Von Wedel poznał Lotte jesie­nią 1943 roku, krótko po prze­nie­sie­niu go do cen­trali Abwehry w Ber­li­nie. Został wtedy zapro­szony przez daw­nego kolegę ze stu­diów, aktu­al­nie pra­cu­ją­cego w Mini­ster­stwie Spraw Zagra­nicz­nych i lubu­ją­cego się w orga­ni­zo­wa­niu przy­jęć w pod­ber­liń­skiej posia­dło­ści swo­ich rodzi­ców. Carl znał nie­wiele obec­nych osób. Kolega, chcąc być uczyn­nym gospo­da­rzem, przed­sta­wił go wielu gościom, wśród któ­rych był gene­rał Wal­ter Jung z żoną i córką. Roz­mowa von Wedela z rodziną Jun­gów zaowo­co­wała spa­ce­rem Carla z Lotte w ogro­dach posia­dło­ści. Ponie­waż oby­dwoje nie prze­pa­dali za pustymi grzecz­no­ścio­wymi roz­mo­wami pod­czas przy­jęć, spę­dzili czas na pozna­wa­niu się nawza­jem. Przy­pa­dli sobie do gustu, czego efek­tem były kolejne spo­tka­nia, coraz czę­ściej we dwoje.

Lotte przy­naj­mniej na początku ich zna­jo­mo­ści sta­no­wiła dla hra­biego przede wszyst­kim ele­ment legendy bez­tro­skiego majęt­nego ary­sto­kraty, który powi­nien uga­niać się za atrak­cyj­nymi mło­dymi kobie­tami. Dotych­czas sta­rał się nie prze­sa­dzać w tym zakre­sie, co powo­do­wało, że cie­szył się w Ber­li­nie opi­nią bar­dzo dobrej par­tii. Lotte Jung miała w sobie także poten­cjał ope­ra­cyjny ze względu na pracę sekre­tarki Ein­sat­zle­itera, czyli gene­rała bry­gady kie­ru­ją­cego dzia­łem w Orga­ni­za­cji Todta, który zaj­mo­wał się dosta­wami mate­ria­łów budow­la­nych i siły robo­czej do budowy obiek­tów obron­nych na fron­cie wschod­nim. Chęt­nie opo­wia­dała von Wede­lowi, jak ważne sprawy prze­cho­dzą przez jej biurko. Wyda­wało jej się, że w rezul­ta­cie jest dla niego nie tylko atrak­cyjną kobietą, ale rów­nież ważną osobą zaan­ga­żo­waną w sprawy wojenne. Z cza­sem prze­ko­nał się, że kobieta odnosi się do wojny bar­dzo kry­tycz­nie. Taka postawa zde­cy­do­wa­nie mu paso­wała, lecz jed­no­cze­śnie kiedy na nią patrzył, nie mógł uwol­nić się od typowo męskich myśli i pra­gnień. Dotych­czas nie doszło mię­dzy nimi do niczego wię­cej niż oka­zjo­nalne, przy­ja­ciel­skie poca­łunki w poli­czek. Carl miał świa­do­mość, że kolejne spo­tka­nia z Lotte powo­dują, iż młoda kobieta jest mu coraz bliż­sza. Dostrze­gał, a może chciał dostrze­gać, że on też nie jest jej obo­jętny.

-?Pew­nie jesteś zmę­czona po całym dniu, masz taką wyma­ga­jącą uwagi pracę. -?Von Wedel skon­cen­tro­wał się na swo­jej part­nerce. -?Twój Ein­sat­zle­iter zapewne nie daje ci chwili wytchnie­nia... A czy on nie patrzy przy­pad­kiem na cie­bie jak na piękną kobietę?

-?Ależ Carl, nie masz się czego oba­wiać. Dla szefa jestem wyłącz­nie urzęd­niczką. -?Lotte była ocza­ro­wana takim jed­no­znacz­nym dowo­dem zazdro­ści ze strony hra­biego. -?Tym bar­dziej że jest przy­ja­cie­lem mojego ojca, który sta­now­czo pro­sił Ein­sat­zle­itera o opiekę nade mną i wszel­kie wspar­cie w pracy. Wiesz, myślę, że on się papy tro­chę boi. Więc tym bar­dziej nie będzie mną się inte­re­so­wał w kate­go­riach męsko-dam­skich. Ale mogę ci powie­dzieć w zaufa­niu, że ostat­nio upa­trzył sobie maszy­nistkę Helgę, taką dość pulchną dziew­czynę. Kilka razy kazał jej zosta­wać po godzi­nach, żeby prze­pi­sy­wała w jego gabi­ne­cie pilne i ważne doku­menty. Nie chcę plot­ko­wać, ale sam rozu­miesz, czego on od niej chce.

-?Gdyby pró­bo­wał z tobą flir­to­wać, to powiedz mnie, nie ojcu. -?Carl uda­wał zanie­po­ko­jo­nego. -?Już ja się z nim roz­mó­wię.

-?Bądź spo­kojny. -?Lotte obda­rzyła von Wedela dłu­gim spoj­rze­niem i cie­płym uśmie­chem. -?Lepiej zresztą z nim nie zadzie­rać, bo mój szef ma bar­dzo dobre rela­cje z mini­strem Alber­tem Spe­erem. Czę­sto roz­ma­wiają ze sobą tele­fo­nicz­nie. Wiem, bo te roz­mowy zazwy­czaj łączę. Podobno znają się z prze­szło­ści. A jeśli dobrze usły­sza­łam, to mój Ein­sat­zle­iter ma coś wspól­nego z zaku­pami obra­zów dla Spe­era. Chyba mu w tym pomaga, a może bie­rze na sie­bie nie­które zakupy.

-?Ale po co miałby to robić?

-?Sły­sza­łeś o opcji Hitlera? -?zapy­tała. Carl pokrę­cił prze­cząco głową, choć sły­szał o tej regu­la­cji. -?Hitler zde­ner­wo­wał się sza­leń­czą rywa­li­za­cją przy zaku­pach wybit­nych dzieł sztuki. Bry­lo­wali w tym podobno szcze­gól­nie Göring, von Rib­ben­trop i Goeb­bels, ale i inni dygni­ta­rze. Dla­tego Führer wpro­wa­dził tak zwaną opcję Hitlera, pole­ga­jącą na koniecz­no­ści uzy­ska­nia jego zgody na zakup naj­wspa­nial­szych dzieł sztuki.

-?To gdzie teraz budu­je­cie nowe "zamki obronne"? -?posta­no­wił zmie­nić temat na znacz­nie bar­dziej dla niego cie­kawe szcze­góły pracy Lotte w Orga­ni­za­cji Todta.

-?Obec­nie wszyst­kie siły na Pomo­rze! -?Lotte naśla­do­wała bary­ton swo­jego szefa. -?Oczy­wi­ście tam­tej­sze umoc­nie­nia były już wcze­śniej roz­bu­do­wy­wane i spraw­dzane. Ale teraz to szcze­gól­nie ważne, bo front prę­dzej czy póź­niej może dotrzeć w te rejony. Przy­naj­mniej tata tak mówi. Przez ostat­nie dwa tygo­dnie wysła­li­śmy tam dzie­sięć dodat­ko­wych pocią­gów mate­ria­łów, no i nowe trans­porty robot­ni­ków z Gene­ral­nego Guber­na­tor­stwa. Popra­wiamy umoc­nie­nia na tak zwa­nym Wale Pomor­skim. Wiesz, takie śmieszne nazwy: Szcze­ci­nek, Wałcz i Tuczno.

-?To są rejony, gdzie od wie­ków moja rodzina ma majątki. Na przy­kład w Tucz­nie. Dobrze znam te tereny.

Lotte, pra­gnąc popi­sać się swoją wie­dzą, zaczęła przy­ta­czać zapa­mię­tane szcze­góły pozy­cji obron­nych mają­cych opóź­nić ofen­sywę wojsk sowiec­kich. Carl podzi­wiał jej bar­dzo dobrą pamięć, sta­ra­jąc się reje­stro­wać w pamięci dane na temat umoc­nień nie­miec­kich. Infor­ma­cje były przy­datne, szcze­gól­nie dla sowiec­kiego dowódz­twa, jeśli oczy­wi­ście Lon­dyn zde­cy­duje się je prze­ka­zać do Moskwy.

-?Zostawmy twoje posia­dło­ści w spo­koju. -?Lotte wyczer­pała swoją wie­dzę na temat aktyw­no­ści Orga­ni­za­cji Todta na Pomo­rzu i teraz chciała Car­lowi prze­ka­zać coś dla niej waż­niej­szego. -?Tata pro­sił, abym cię uprze­dziła, że w przy­szłym tygo­dniu wyjeż­dża do Fran­cji. Ale tsss, to tajem­nica. Chciałby, żebyś, jeżeli możesz, przy­szedł do nas w nie­dzielę na obiad, to mie­li­by­ście oka­zję potem sobie poroz­ma­wiać. Ma jesz­cze do cie­bie zadzwo­nić z zapro­sze­niem. Mam nadzieję, że się w nie­dzielę zoba­czymy?

Von Wedel pomy­ślał, że pyta­nie Lotte Jung może być waż­nym testem jego pozy­cji jako kan­dy­data na kogoś wię­cej niż tylko ser­decz­nego przy­ja­ciela. Od dłuż­szego czasu stwa­rzał pozory swo­jego poważ­nego zaan­ga­żo­wa­nia, a jej rodzina chęt­nie to akcep­to­wała.

-?Lubię i sza­nuję two­jego ojca. Ale mam ostat­nio tyle obo­wiąz­ków, że nie wiem, czy nawet w nie­dzielę znajdę wolne popo­łu­dnie. Tym bar­dziej że nie otrzy­ma­łem jesz­cze zapro­sze­nia od innego waż­nego członka rodziny Jun­gów, może naj­waż­niej­szego.

-?Jeśli myślisz o mojej mamie, to wiesz, że jest ci bar­dzo przy­chylna. Wczo­raj nawet wspo­mniała o tobie, ale wię­cej nie wyja­wię.

-?Bar­dzo lubię twoją mamę. Jed­nak myślę o pięk­nej mło­dej pan­nie, którą widzę przed sobą.

-?Och, Carl -?roze­śmiała się. -?Zawsty­dzasz mnie. Wiesz, że spo­tka­nia z tobą są dla mnie czymś abso­lut­nie szcze­gól­nym. Dla­tego oczy­wi­ście ser­decz­nie cię zapra­szam na nie­dzielę. Mam nadzieję, że po obie­dzie i tra­dy­cyj­nej męskiej dys­ku­sji z tatą znaj­dziemy oka­zję, żeby spę­dzić też tro­chę czasu razem.

-?Oczy­wi­ście, Lotte. -?Głos hra­biego nie pozo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści. - Jestem zaszczy­cony zapro­sze­niem na nie­dzielny obiad do two­jego domu. Oczy­wi­ście jeżeli ci cho­lerni alianci nie zruj­nują do tej pory całych Nie­miec.

Sło­wom Haupt­manna von Wedela towa­rzy­szyły docho­dzące z zewnątrz syreny ostrze­gaw­cze. Dyrek­tor restau­ra­cji dono­śnym gło­sem wzy­wał gości do opusz­cze­nia sali. Pospiesz­nie dokoń­czyli kola­cję. Idąc w kie­runku wej­ścia do schronu znaj­du­ją­cego się na niż­szym pozio­mie piw­nicy, Carl szybko ure­gu­lo­wał rachu­nek, nie zapo­mi­na­jąc o dużym napiwku dla obsługi.

Berlin. Mieszkanie von Wedela

Dotarł do domu po kilku godzi­nach. Szczę­śli­wie tym razem samo­loty alianc­kie skon­cen­tro­wały się na prze­my­sło­wej czę­ści Ber­lina i alarm w cen­trum mia­sta szybko odwo­łano. Nie musiał odwo­zić Lotte, ponie­waż pod hote­lem Adlon cze­kał na nią służ­bowy samo­chód jej ojca. Gene­rał Jung, jeśli tylko było to moż­liwe, sta­rał się zadbać o wygodę i bez­pie­czeń­stwo swo­jej jedy­naczki.

Zro­bił sobie kawę, choć w realiach wojen­nych z jego ulu­bio­nego napoju pozo­stała wła­ści­wie tylko nazwa, i spraw­dził, czy wszyst­kie zasłony są szczel­nie zacią­gnięte. Wolał unik­nąć głu­piej wpadki w postaci wścib­skich miesz­kań­ców sąsied­niej kamie­nicy, któ­rzy z powodu bez­sen­no­ści będą obser­wo­wać go przy pracy nad depe­szami do cen­trali. Zapa­lił lampkę na biurku i wycią­gnął z kie­szeni zło­żone kartki wyjęte ze skrytki w parku Tier­gar­ten. Zawie­rały kolejny mel­du­nek od "Astry", agenta pra­cu­ją­cego w Kan­ce­la­rii Rze­szy. Carl kilka tygo­dni temu prze­jął od rezy­denta siatki obsługę łącz­no­ści z "Astrą". Agent, podob­nie jak sam Carl, był zwią­zany z pol­skim wywia­dem od końca lat trzy­dzie­stych. Pozy­ska­nie go do współ­pracy sta­no­wiło dowód naj­wyż­szych umie­jęt­no­ści ofi­ce­rów Dwójki, czyli Oddziału II Sztabu Gene­ral­nego Woj­ska Pol­skiego na kie­runku zachod­nim. Von Wedel orien­to­wał się, że w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym pol­ski wywiad posia­dał liczne rezy­den­tury na tere­nie Nie­miec, słusz­nie zakła­da­jąc, że z zachodu może nadejść naj­więk­sze zagro­że­nie dla mło­dego pań­stwa pol­skiego. Obec­nie, w szó­stym roku wojny, nie­wiele z tych struk­tur pozo­stało. Rów­nież rezy­den­tura ber­liń­ska nie dys­po­no­wała już tak liczną sie­cią agen­tów jak na początku wojny. Pozo­sta­wało się cie­szyć, że pol­ski wywiad w ogóle działa jesz­cze w sto­licy Rze­szy.

Wie­dział, że "Astra" był dłu­go­let­nim człon­kiem NSDAP. Zgło­sił się do par­tii zachę­cony przez pol­ski wywiad, który liczył na jego szyb­szy awans i dostęp do bar­dziej war­to­ścio­wych infor­ma­cji. Prze­szedł urzęd­ni­czą drogę, naj­pierw pra­co­wał krótko w admi­ni­stra­cji lokal­nej w Ber­li­nie, a następ­nie, korzy­sta­jąc ze wspar­cia par­tyj­nego, awan­so­wał do Mini­ster­stwa Gospo­darki. W 1939 roku jedno z jego opra­co­wań zain­te­re­so­wało Hansa Lam­mersa, szefa Kan­ce­la­rii Rze­szy. Rezul­ta­tem była pro­po­zy­cja awansu i nowej pracy. "Astra" chęt­nie prze­szedł do nie­wiel­kiej komórki w Kan­ce­la­rii, która przy­go­to­wy­wała notatki i ana­lizy doty­czące cało­ści pro­ble­ma­tyki gospo­dar­czej i finan­so­wej III Rze­szy. Doku­menty te tra­fiały bez­po­śred­nio do Führera i człon­ków wąskiego kie­row­nic­twa pań­stwa. Wie­dza "Astry" była żyłą złota dla pol­skiego wywiadu współ­pra­cu­ją­cego w Lon­dy­nie z Secret Intel­li­gence Service, znaną też jako MI6. Prze­sy­łane przez niego infor­ma­cje sta­wały się wie­lo­krot­nie przed­mio­tem podziwu i zazdro­ści ze strony bry­tyj­skich służb. Nie­je­den raz padały nie­ofi­cjalne pro­po­zy­cje, jeśli nie prze­ję­cia pro­wa­dze­nia agenta dostar­cza­ją­cego tak war­to­ścio­wej wie­dzy, to przy­naj­mniej wspar­cia jego łącz­ni­ko­wa­nia. Strona pol­ska zawsze zasła­niała się wzglę­dami zacho­wa­nia w peł­nej kon­spi­ra­cji pracy "Astry". Dla­tego Bry­tyj­czycy nie znali żad­nych danych mogą­cych pro­wa­dzić do ziden­ty­fi­ko­wa­nia agenta. Było to istotne choćby dla­tego, że bry­tyj­skie służby, sta­no­wiąc obiekt infil­tra­cji ze strony wywiadu III Rze­szy, zano­to­wały kilka wpa­dek w wyniku dzia­ła­nia nie­miec­kich agen­tów. Rezul­taty osią­gane przez "Astrę" potwier­dzały słusz­ność decy­zji władz bry­tyj­skich, które udzie­liły for­mal­nej zgody pol­skiemu rzą­dowi w Lon­dy­nie i jego służ­bom na zor­ga­ni­zo­wa­nie wła­snego wywiadu i utrzy­my­wa­nie swo­ich sys­te­mów łącz­no­ści. Wła­śnie kwe­stia łącz­no­ści, zwłasz­cza po wybu­chu wojny, była naj­trud­niej­szą czę­ścią współ­pracy z tak wysoko upla­so­wa­nym agen­tem, ale szczę­śli­wie do tej pory zacho­wano ści­słą tajem­nicę co do jego dzia­łal­no­ści.

Kolejny raz w ostat­nich latach pomy­ślał, ile szczę­ścia miał on sam i "Astra", że dotych­czas unik­nęli dekon­spi­ra­cji. Przede wszyst­kim Bogu dzię­ko­wał, że ich kar­to­teki zna­la­zły się poza archi­wum Oddziału II zdo­by­tym przez spe­cjalną grupę Abwehry na tere­nie Fortu Legio­nów w War­sza­wie we wrze­śniu 1939 roku. Według wie­dzy von Wedela uzy­skane przez Niem­ców doku­menty wywie­ziono z War­szawy w sze­ściu cię­ża­rów­kach. A utrata tych danych dopro­wa­dziła do aresz­to­wa­nia i stra­ce­nia ponad stu agen­tów pol­skiego wywiadu pra­cu­ją­cych w Niem­czech. Carl miał świa­do­mość, jak bli­sko osta­tecz­nej kata­strofy zna­leźli się wtedy on sam i inni agenci pozo­stali w Niem­czech po wybu­chu wojny. Napił się kawy -?pozwo­liło mu to wró­cić myślami do tego, co jesz­cze dzi­siaj musiał zro­bić. Zaczął od prze­czy­ta­nia rapor­tów "Astry". Miał przed sobą spi­sane drob­nym pismem dwie ana­lizy przy­go­to­wane dla kie­row­nic­twa Rze­szy. Opi­sy­wały kry­tyczny stan sytu­acji eko­no­micz­nej Nie­miec i braki surow­ców, w tym przede wszyst­kim ben­zyny i ropy, ale także innych mate­ria­łów, któ­rych ogra­ni­czona dostęp­ność wpły­nie destruk­cyj­nie na pro­duk­cję zakła­dów zbro­je­nio­wych. Dane były aktu­alne i bar­dzo ważne. Carl opra­co­wał z nich skon­den­so­wane mel­dunki wywia­dow­cze, które miał zamiar następ­nego dnia prze­ka­zać swo­jemu radio­ope­ra­to­rowi. Zaczy­nał odczu­wać zmę­cze­nie po całym dniu, ale zdo­pin­go­wał się jesz­cze do spo­rzą­dze­nia infor­ma­cji na temat wzmac­nia­nia umoc­nień na Pomo­rzu. Przy­po­mi­na­jąc sobie szcze­góły rela­cji Lotte, z sym­pa­tią pomy­ślał o dziew­czy­nie. Przy­ła­pał się na tym, że coraz czę­ściej widzi w niej inte­re­su­jącą młodą kobietę, a jej uży­tecz­ność jako źró­dła infor­ma­cji scho­dzi na dal­szy plan.

Berlin. Sklepik Jacobsena

Carl wyszedł z budynku, w któ­rym miesz­kał. Nie miał szans wyspać się po noc­nej pracy, tym bar­dziej że wypita po pół­nocy kawa pomo­gła mu się sku­pić, ale nie uła­twiła zaśnię­cia. Spał naj­wy­żej trzy godziny, wstał przed siódmą.

Szedł w kie­runku sie­dziby Abwehry tą samą co zwy­kle drogą. Mijał męż­czyzn i kobiety otu­lo­nych w cie­płe płasz­cze. Wojenny Ber­lin budził się do życia. Z przy­zwy­cza­je­nia obser­wo­wał prze­chod­niów i oto­cze­nie. Zawsze sta­rał się wychwy­ty­wać nie­ty­powe szcze­góły. Liczył, że dzięki temu dostrzeże praw­dziwe zagro­że­nie, kiedy się pojawi. Tak długo pra­co­wał dla pol­skiego wywiadu, że cza­sami zasta­na­wiał się, czy kie­dyś, kiedy się to wszystko skoń­czy, będzie potra­fił żyć nor­mal­nie. Żyć nor­mal­nie, czyli w cza­sach pokoju i mieć gdzieś wła­sny dom i rodzinę... Jego myśli skie­ro­wały się ku Lotte. "Czyż­bym zako­chał się w tej dziew­czy­nie?", pomy­ślał.

Jak codzien­nie, minął sta­cję kolejki pod­ziem­nej i skrę­cił za róg do małego skle­piku z gaze­tami i papie­ro­sami. Zszedł do usy­tu­owa­nego w sute­re­nie pomiesz­cze­nia. Drzwi przy otwie­ra­niu potrą­ciły wiszący nad nimi dzwo­nek. Inte­res lep­sze czasy miał już dawno za sobą. W panu­ją­cym tu pół­mroku regały i lada wyglą­dały na stare i mocno pod­nisz­czone. Zaopa­trze­nie było coraz bar­dziej ogra­ni­czone, dla­tego i klien­tów przy­cho­dziło znacz­nie mniej. Podob­nie dzi­siaj -?był tylko sprze­dawca i on.

-?Witam panie Haupt­mann. -?Star­szy męż­czy­zna uśmiech­nął się uprzej­mie. - Już podaję pana papie­rosy. Dzi­siaj znowu je mamy.

-?Cie­szę się, panie Jacob­sen. -?Carl posta­wił teczkę na ladzie, na którą zaczął wysy­py­wać drobne pie­nią­dze. Teczka ide­al­nie zasła­niała widok lady od strony nie­wiel­kiego okna. To tak na wszelki wypa­dek, gdyby ktoś ich obser­wo­wał. Obok teczki von Wedel poło­żył dwie kartki papieru zło­żone w małą kostkę. Zabrał paczkę papie­ro­sów i zaczął zbie­rać pozo­stałe po zapła­cie monety. Sprze­dawca spo­koj­nym ruchem zgar­nął do szu­flady zapłatę razem ze zło­żo­nymi papie­rami.

-?Wyślę dzi­siaj wie­czo­rem -?wyszep­tał Jacob­sen. -?Zaj­rzyj tra­dy­cyj­nie jutro, może przyj­dzie coś z cen­trali. Ale mam do cie­bie jesz­cze jedną sprawę.

-?O co cho­dzi?

-?Dwa dni temu wie­czo­rem mia­łem spo­tkać się z "Bohu­nem" -?Jacob­sen wymie­nił pseu­do­nim rezy­denta pol­skiego wywiadu w Ber­li­nie -?ale nie przy­szedł. Coś takiego nie zda­rzyło się od początku naszej współ­pracy, czyli od ponad pię­ciu lat.

-?Pró­bo­wa­łeś do niego zadzwo­nić? Dys­po­nu­je­cie prze­cież sys­te­mem kon­taktu na sytu­acje awa­ryjne?

-?Oczy­wi­ście. Dzwo­ni­łem do niego wczo­raj dwa razy: do warsz­tatu i do domu. A dzi­siaj o szó­stej rano zadzwo­ni­łem kolejny raz do domu i ponow­nie kilka minut temu. Ale nie ode­brał tele­fonu. Nie­po­koję się, czy coś mu się nie przy­da­rzyło.

-?W tej sytu­acji pozo­staje jedy­nie wizyta u niego w warsz­ta­cie. Ja się tym zajmę. Mam lep­sze moż­li­wo­ści niż ty. Ty pil­nuj swo­jej roboty. Spró­buję naj­pierw jesz­cze raz zadzwo­nić. Jeśli go nie zła­pię, to wybiorę się do niego.

-?Tylko uwa­żaj, Carl -?powie­dział Eryk. -?Jeśli "Bohun" wpadł, to na miej­scu może być kocioł. Wolał­bym nie zostać sam z tym całym szpie­gow­skim kra­mem. Chyba jestem już za stary na taką pracę.

-?Nawet nie żar­tuj. Wszystko będzie dobrze. -?Von Wedel zabrał teczkę i odwró­cił się w kie­runku drzwi. -?Gdy­bym miał coś jesz­cze dzi­siaj po połu­dniu, to będziesz ty czy syn?

-?Po obie­dzie będzie Ste­fan. Ja idę posłu­chać radia. -?Eryk wyda­wał się zado­wo­lony z uda­nego żartu.

-?Powo­dze­nia i uwa­żaj na sie­bie. Do zoba­cze­nia, panie Jacob­sen.

Jacob­sen uśmiech­nął się smutno. Carl ski­nął mu jesz­cze głową, wyszedł na ulicę, zapa­lił papie­rosa, a następ­nie rozej­rzaw­szy się dys­kret­nie dookoła, ruszył szybko w kie­runku sie­dziby wywiadu woj­sko­wego.

Nie oka­zy­wał swego nie­po­koju wobec Eryka, ale braku kon­taktu z rezy­den­tem trudno było nie uznać za podej­rzany. Tym bar­dziej że sta­no­wił on wzór punk­tu­al­no­ści i skru­pu­lat­no­ści w pracy. "Bohun" dzia­łał w Ber­li­nie od początku wojny. Dotąd uda­wało mu się unik­nąć wszel­kich nie­bez­piecz­nych sytu­acji. W cen­trali był uwa­żany za szczę­ścia­rza. Bo jak ina­czej można oce­nić kie­ro­wa­nie dzia­łal­no­ścią wywia­dow­czą w samej sto­licy Nie­miec przez pięć lat? Czyżby tym razem powi­nęła mu się noga? Carl sta­rał się odrzu­cić tę myśl, choć miał świa­do­mość, że musi ją trak­to­wać jak naj­po­waż­niej. Wpadka rezy­denta ozna­cza­łaby zagro­że­nie dla per­so­nelu rezy­den­tury i źró­deł. Ale toczyła się wojna i wszystko było moż­liwe. Carl wie­dział, że wyja­śnie­nie sytu­acji "Bohuna" sta­nowi obec­nie naj­waż­niej­sze zada­nie.

Idąc do biura, myślał też o Jacob­se­nie. Obsługa radio­sta­cji była zaję­ciem mocno ryzy­kow­nym. Ale nawet teraz w bom­bar­do­wa­nym Ber­li­nie skle­pi­karz i jego syn zapew­niali rezy­den­tu­rze płynną łącz­ność z cen­tralą. "Gdyby nie Jacob­se­no­wie, trzeba by chyba hodo­wać gołę­bie pocz­towe, żeby wysy­łać infor­ma­cje", pomy­ślał. Współ­pra­co­wał z Ery­kiem od czasu, gdy otrzy­mał prze­nie­sie­nie z Paryża do głów­nej sie­dziby Abwehry w Ber­li­nie. Ale Eryk Jacob­sen wraz z synem Ste­fa­nem dzia­łali w Ber­li­nie dłu­żej niż "Bohun". Carl znał tylko nie­zbędne detale z ich życia. Podobno przy­je­chali do Ber­lina z Danii jesz­cze przed wybu­chem wojny. Do Danii tra­fili z kolei poprzez Szwe­cję w ramach "emi­gra­cji zarob­ko­wej", zor­ga­ni­zo­wa­nej przez Oddział II Sztabu Gene­ral­nego. Pol­ski wywiad woj­skowy na kie­runku nie­miec­kim budo­wał bazę agen­tów w kra­jach sąsia­du­ją­cych z Rze­szą, co oka­zało się bar­dzo prze­wi­du­ją­cym posu­nię­ciem w kon­tek­ście póź­niej­szych wojen­nych wyda­rzeń. Jesz­cze w Szwe­cji, dzięki agen­towi pra­cu­ją­cemu w lokal­nym urzę­dzie stanu cywil­nego, udało się dla nich uzy­skać fał­szywy szwedzki rodo­wód na nazwi­sko Jacob­sen i już z ofi­cjal­nymi doku­men­tami zamiesz­kali w Danii, osta­tecz­nie zaś cen­trala zde­cy­do­wała, że bar­dziej potrze­buje wyszko­lo­nego radio­ope­ra­tora w Niem­czech.

W Rze­szy Eryk ze Ste­fa­nem zamiesz­kali począt­kowo na przed­mie­ściach Ber­lina. Od kilku lat ofi­cjal­nie pro­wa­dzili ber­liń­ski skle­pik z gaze­tami i wyro­bami tyto­nio­wymi, a ostat­nio ze wszyst­kim, co można było zdo­być i sprze­dać. Pod tym przy­kry­ciem zapew­niali łącz­ność rezy­den­tu­rze pol­skiego wywiadu dzia­ła­ją­cej w sto­licy Nie­miec. Jesz­cze przed wojną otrzy­mali radio­sta­cję oraz cały nie­zbędny sprzęt do reali­za­cji swo­ich zadań. Potem kupili też miesz­ka­nie w cen­trum. Von Wedel nie miał peł­nego roze­zna­nia, jak dzia­łają i gdzie naprawdę miesz­kają łącz­no­ściowcy -?i tak było lepiej. Podzi­wiał jed­nak to, że potra­fili przez tyle lat funk­cjo­no­wać, zacho­wu­jąc zasady ści­słej kon­spi­ra­cji. Zapy­tał kie­dyś Eryka, jak stwo­rzył komórkę łącz­no­ści z synem. Jacob­sen opo­wie­dział mu, że jesz­cze w Szwe­cji zmarła jego żona Helena. Kochali się do sza­leń­stwa i nie wyobra­żali sobie, że coś może ich roz­dzie­lić. Nie­stety, raka nawet wielka miłość nie powstrzyma. Po tym nie­szczę­ściu on i jego syn stali się sobie bliżsi niż kie­dy­kol­wiek -?ufali też sobie bez­gra­nicz­nie. Wyszko­le­nie Ste­fana w zakre­sie utrzy­my­wa­nia łącz­no­ści nie sta­no­wiło żad­nego pro­blemu. Ojciec był dla niego wzo­rem. Cecho­wało go też, podob­nie jak Eryka, zacię­cie do tech­niki radio­wej. Ponie­waż w dzie­ciń­stwie Ste­fan cho­ro­wał na polio, miał zde­for­mo­waną lewą nogę i dla­tego mocno uty­kał. Nie prze­szka­dzało mu to spe­cjal­nie w codzien­nych zaję­ciach, a sta­no­wiło gwa­ran­cję, że nie zosta­nie powo­łany w sze­regi Wehr­machtu.

Londyn. Pub Park Tavern

Przej­mu­jący chłód luto­wego popo­łu­dnia zachę­cał do schro­nie­nia się w lokal­nym pubie. Ostre porywy zim­nego wia­tru wyda­wały się prze­szy­wać prze­chod­niów na wskroś. Idący ulicą wysoki męż­czy­zna uważ­nie roz­glą­dał się po oko­licy. Był szczel­nie otu­lony czar­nym sukien­nym płasz­czem. Wysoko posta­wiony koł­nierz zasła­niał dół twa­rzy, a mocno wci­śnięty na głowę kape­lusz nie­mal w cało­ści okry­wał resztę. Na chwilę zatrzy­mał się, by przez szybę zlu­stro­wać wnę­trze lokalu, jed­nak róż­nica tem­pe­ra­tur spra­wiała, że szyby były cał­ko­wi­cie zapa­ro­wane i nie­wiele dało się zoba­czyć. W końcu pod­jął decy­zję i wszedł do środka. Minął drzwi i odsu­nął zatrzy­mu­jącą chłód grubą kotarę. W pomiesz­cze­niu pano­wał pół­mrok, który pogłę­biał dym z papie­ro­sów. Lokal nie był nawet w poło­wie wypeł­niony. Więk­szość miej­sco­wych miło­śni­ków napo­jów popra­wia­ją­cych humor przy­cho­dziła tu znacz­nie póź­niej. Po chwili waha­nia przy­bysz pod­szedł do sto­lika w odle­głym kącie sali.

-?Spóź­ni­łeś się. Wiesz, że tego nie lubię -?powi­tał go sie­dzący przy stole męż­czy­zna. -?Zamów sobie piwo, w końcu wszy­scy przy­cho­dzą tu się napić.

Nowo przy­były zdjął cie­pły płaszcz oraz kape­lusz i poszedł do baru. Wró­cił z dużą szklanką ciem­nego piwa. Ocze­ku­jący na niego towa­rzysz pod­niósł swoją opróż­nioną w poło­wie szklankę.

-?Pro­sit "Lothar" -?mruk­nął z szel­mow­skim uśmie­chem.

-?Zwa­rio­wał pan?! -?wybuch­nął sia­da­jący przy stole męż­czy­zna. -?Chce pan, żeby ktoś się do nas przy­cze­pił? Musimy mówić po angiel­sku. A mojego pseu­do­nimu nie wolno uży­wać publicz­nie! Sam pan mnie uczył tych wszyst­kich zasad.

-?Chcia­łem cię wypró­bo­wać, Thomp­son. -?Major Rudolf Geiger już się nie uśmie­chał. -?A mój angiel­ski jest na tyle dobry, że nawet jak ktoś sły­szał toast, uzna to naj­wy­żej za kiep­ski żart pod­pi­tego gościa. Poza tym w Lon­dy­nie są tysiące żoł­nie­rzy sojusz­ni­czych armii, któ­rych angiel­ski pozo­sta­wia wiele do życze­nia. O tym, co ozna­cza "Lothar", wiesz tylko ty i ja. Dla innych może to być po pro­stu męskie imię. Więc nie wpa­daj mi tu w panikę. Następ­nym razem masz być punk­tu­al­nie! Nie mogę cze­kać bez sensu, w końcu ryzy­kuję wię­cej niż ty. Rozu­miemy się?

-?Tak jest. -?Ton agenta wyra­żał woj­skową pod­le­głość. -?Sta­ra­łem się zdą­żyć, ale nie mogłem wcze­śniej wyjść z biura.

-?Dobrze. Nie traćmy czasu. -?Geiger pochy­lił się w stronę roz­mówcy. Wcze­śniej dys­kret­nie się rozej­rzał, ale naj­bliżsi goście sie­dzieli dwa sto­liki dalej i bar­dzo gło­śno dys­ku­to­wali. -?Jak zapewne uprze­dził cię rezy­dent, musia­łem poja­wić się w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Ber­lin nie jest w pełni zado­wo­lony z pracy rezy­dentury, w tym z two­ich infor­ma­cji. Wojna wkro­czyła w ważną fazę i sie­dząc w samym środku pionu ope­ra­cyj­nego SOE, Zarządu Ope­ra­cji Spe­cjal­nych, musisz bar­dziej się sta­rać. Tro­skli­wie zaję­li­śmy się prze­rzu­co­nymi na kon­ty­nent agen­tami, o któ­rych dałeś znać w ostat­nim cza­sie, i ich sprzę­tem. Jed­nego udało się zła­mać i będzie nada­wał do Lon­dynu to, co mu pod­su­niemy. Potrze­bu­jemy pil­nie infor­ma­cji na temat aktyw­no­ści Zarządu Ope­ra­cji Spe­cjal­nych w Pol­sce i Cze­cho­sło­wa­cji. Nasze oddziały wal­czą w Rosji, ale oba­wiam się, że za jakiś czas front może prze­bie­gać znacz­nie bli­żej Nie­miec. Nie możemy bory­kać się z pro­ble­mami powo­do­wa­nymi przez miej­scowy ruch oporu. Docie­rają do nas sygnały z innych źró­deł, że jest coraz wię­cej zrzu­tów pol­skich koman­do­sów, któ­rzy wspo­ma­gają grupy ban­dy­tów na zaple­czu naszych oddzia­łów. Rośnie liczba prze­rzu­tów broni i innego sprzętu. Docho­dzi do czę­stych ata­ków na linie komu­ni­ka­cyjne, które są klu­czowe dla zaopa­trze­nia naszych jed­no­stek na wscho­dzie. Wal­czymy z tym, ale potrze­bu­jemy infor­ma­cji o pla­no­wa­nych ope­ra­cjach. To samo doty­czy Cze­cho­sło­wa­cji.

-?Z Cze­chami jest łatwiej, o czym już mel­do­wa­łem -?zade­kla­ro­wał John Thomp­son. Podra­pał się po gło­wie wyraź­nie zafra­so­wany. -?Mam w ich sek­cji ofi­cera, z któ­rym regu­lar­nie cho­dzimy na piwo i na pokera. Już tro­chę kasy mu poży­czy­łem, bo nie ma spe­cjal­nego szczę­ścia w kar­tach. Zdaje mi się też, że inte­re­suje się męż­czy­znami. Jeśli to się potwier­dzi, to mamy go. Myślę, że za dwa, trzy tygo­dnie zajmę się jego wer­bun­kiem. Na razie jak mu po kar­tach poleję whi­sky "na zmar­twie­nia", to zda­rza mu się pochwa­lić szcze­gó­łami ope­ra­cji, nad któ­rymi pra­cuje. Wysła­łem już dwa mel­dunki o zrzu­tach w pobliżu Taboru i Kar­lo­wych Warów. Zdaje się, że obec­nie pra­cują nad wysyłką oddziału na Sło­wa­cję. Przy­ci­snę go moc­niej, to pew­nie dowiem się wię­cej o tej ope­ra­cji. W końcu uważa mnie za bli­skiego przy­ja­ciela, który nie­na­wi­dzi prze­ło­żo­nych tak samo jak on.

-?A co z Pola­kami?

-?Pra­cuję nad sek­cją pol­ską w SOE, ale praw­dziwe źró­dło trzeba by zna­leźć w ich Oddziale VI Sztabu, który nad­zo­ruje wszyst­kie ope­ra­cje. Pro­ble­mem jest to, że Polacy mają pełną auto­no­mię w dzia­ła­niu. Z insty­tu­cjami bry­tyj­skimi nie muszą się liczyć. Od strony SOE nie­wiele mogę wycią­gnąć. Cze­chów i inne sek­cje naro­dowe w pełni kon­tro­lu­jemy. Mia­łem doj­ście do pol­skiego wywiadu, ale oni wła­ści­wie nie dys­po­nują żad­nymi struk­tu­rami w tere­nie ani wła­snymi agen­tami. Przy­naj­mniej tak ofi­cjal­nie twier­dzą. MI6 nic nie wie na ten temat. Otrzy­mują od Pola­ków infor­ma­cje, ich źró­dła jed­nak nie są Bry­tyj­czy­kom znane. Potrze­buję jesz­cze czasu. Przy oka­zji ja też mam pyta­nie. Prze­ka­za­łem wam kilka tygo­dni temu parę nazwisk ofi­ce­rów pra­cu­ją­cych w Oddziale VI. Samo ich uzy­ska­nie to była duża sztuka. Pro­si­łem o roz­pra­co­wa­nie ich rodzin od strony przed­wo­jen­nej Pol­ski. Nie mam dotąd w tej spra­wie żad­nych infor­ma­cji.

-?Spo­koj­nie, mię­dzy innymi dla­tego chcia­łem zoba­czyć się z tobą. To bar­dzo ważny temat. Szkoda, że dopiero teraz wpa­dłeś na ten pomysł. Można było zająć się tym dużo wcze­śniej. Nie­stety, dwa z trzech nazwisk, które prze­sła­łeś, nic nam nie dały. Rodziny po 1939 roku gdzieś się prze­nio­sły. Nie tra­fi­li­śmy dotąd na ich ślad. Ale jeste­śmy na tro­pie bli­skich kapi­tana Wła­dy­sława Dąbrow­skiego. Począt­kowo szu­ka­li­śmy tylko jego żony i córki, one jed­nak wypro­wa­dziły się z miesz­ka­nia w War­sza­wie, w któ­rym były zamel­do­wane. Posze­rzy­li­śmy krąg poszu­ki­wań i sta­ramy się dotrzeć do innych człon­ków jego rodziny. Bar­dzo moż­liwe, że kobieta z dziec­kiem nie dawała sobie rady sama i prze­nio­sła się do kogoś z rodziny, aby zapew­nić sobie w ten spo­sób pomoc. Spraw­dzamy w innych mia­stach. Już wiemy, że miała bli­skich w Pozna­niu i Kra­ko­wie. Dys­po­nu­jemy wszyst­kimi pol­skimi reje­strami miesz­kań­ców, to nam pomoże. Dosta­niesz infor­ma­cje depe­szą lub kurie­rem.

-?A ja mam też coś obie­cu­ją­cego i łatwiej­szego. Sły­szał pan kie­dyś o bazie SOE RAF Temps­ford?

-?Nie baw się ze mną w zagadki, bo tego nie lubię. -?Geiger obru­szył się nie­za­do­wo­lony. -?Mów, czego się dowie­dzia­łeś.

-?To jest tajne lot­ni­sko RAF, choć sam RAF ma tam nie­wiele do powie­dze­nia -?kon­ty­nu­ował wyraź­nie zado­wo­lony ze swo­jej wie­dzy agent. - Szy­kuję pełną infor­ma­cję, którą przy­ślę w przy­szłym tygo­dniu. Naj­cie­kaw­sze, że jest to obiekt Zarządu Ope­ra­cji Spe­cjal­nych. SOE wysyła z niego samo­lo­tami kurie­rów i agen­tów oraz wypo­sa­że­nie do kilku kra­jów w Euro­pie. Wiem od Cze­cha, że z Temps­ford latają samo­loty mię­dzy innymi do Czech i Pol­ski! Mają tam sta­cjo­no­wać samo­loty dwóch dywi­zjo­nów spe­cjal­nych RAF oraz podobno także pol­ska eska­dra, choć od ubie­głego roku Polacy latają też z Tune­zji, a ostat­nio z Włoch.

-?Dosko­nale. Ocze­kuję pogłę­bie­nia infor­ma­cji o Temps­ford. Ale gdzie to jest i jakie masz tam doj­ście, bo chyba nie wybie­rasz się tam z twoim Cze­chem na wycieczkę? -?zakpił.

-?W naszej pracy sto­su­jemy alko­hol, pie­nią­dze i różne świń­skie zagrywki, ale jak jest praw­dziwy pro­blem, to warto poszu­kać kobiety. -?Thomp­son czuł się coraz pew­niej w roz­mo­wie z przed­sta­wi­cie­lem cen­trali. -?Wła­śnie dzięki Cze­chowi kilka tygo­dni temu przy­pad­kowo pozna­łem pewną damę. W służ­bach pomoc­ni­czych armii bry­tyj­skiej jest ich dużo, to taka patrio­tyczna moda. Ale ta kobieta jest sekre­tarką szefa bazy w Temps­ford. Nie­dawno przy­je­chała ze swoim sze­fem do Lon­dynu i spo­tka­li­śmy się na popo­łu­dnio­wym kok­tajlu w SOE. Poznał nas ze sobą ten Czech. Bry­tyj­czycy czują się, jakby już wojnę wygrali, i urzą­dzają cza­sami takie imprezy. Ale do rze­czy. Ta sekre­tarka, Nelly Olson, jest panną, ze swoim sze­fem ma chyba jedy­nie służ­bową rela­cję, dla­tego nie było prze­szkód, by dotrzy­mać jej towa­rzy­stwa przy drinku. Dosta­łem jej numer tele­fonu. Ponie­waż potem Nelly była kilka razy w Lon­dy­nie, popra­co­wa­łem nad tą zna­jo­mo­ścią. Dru­gie spo­tka­nie zaczę­li­śmy przy dobrej kola­cji, a zakoń­czy­li­śmy u mnie. W ten week­end jestem zapro­szony do panny Olson, która mieszka w wio­sce Temps­ford w hrab­stwie Bed­ford­shire. To mniej niż sto kilo­me­trów od Lon­dynu. Mam już poży­czony samo­chód i zabez­pie­czone paliwo. Liczę, że przez week­end wyci­snę z niej sporo szcze­gó­łów na temat dzia­łań SOE reali­zo­wa­nych z tej bazy. Wydaje mi się, że jest we mnie zadu­rzona, a ja pod­kre­ślam wielką wagę jej pracy dla zwy­cię­stwa nad Niem­cami. Chęt­nie opo­wiada więc o swo­ich obo­wiąz­kach.

-?Dobrze, niech Temps­ford będzie teraz dla cie­bie prio­ry­te­tem - zde­cy­do­wał Geiger. -?Zostanę jesz­cze jakiś czas w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Dosta­niesz sygnał, kiedy będzie nasze następne spo­tka­nie. Potem łącz­ność sta­łym sys­te­mem. Ja wycho­dzę pierw­szy, zostań jesz­cze z pięt­na­ście minut. A tak na mar­gi­ne­sie, to kiep­skie to wasze piwo. Nasze jest o niebo lep­sze.

Rudolf Geiger opróż­nił do końca szklankę, poże­gnał się z agen­tem i opu­ścił lokal. John ode­tchnął z ulgą. Kiedy za wysłan­ni­kiem cen­trali zamknęły się drzwi, odsta­wił nie­do­pite piwo i przy­niósł z baru podwójną whi­sky. Z sym­pa­tią pomy­ślał o jej szkoc­kich pro­du­cen­tach.

Berlin. Centrum

Carl wyszedł z biura wcze­snym popo­łu­dniem. Zde­cy­do­wał, że musi prze­brać się w cywilne ubra­nie, aby jeśli sytu­acja sta­nie się nie­bez­pieczna, nie uła­twiać iden­ty­fi­ka­cji przy­pad­ko­wym świad­kom. Na taką oka­zję prze­cho­wy­wał w sza­fie rze­czy mające nie przy­cią­gać uwagi -?w odróż­nie­niu od mun­duru, czy­nią­cego zeń przy­stoj­nego, ele­ganc­kiego i... nie­trud­nego do zapa­mię­ta­nia ofi­cera wywiadu. Prze­obra­że­nie się w nie­mło­dego już urzęd­nika zajęło mu tro­chę czasu. Wło­żył zno­szony, pod­nisz­czony gar­ni­tur i noszący ślady rów­nie dłu­giego uży­wa­nia krótki płaszcz. Nie był to zbyt cie­pły strój, ale w razie koniecz­no­ści zapew­niał swo­bodę ruchów. Usta prze­sło­nił gru­bym sza­li­kiem, świet­nie pasu­ją­cym do aury w lutym. Zało­żył oku­lary w dużych czar­nych opraw­kach, które zmie­niały zasad­ni­czo jego twarz. Całość uzu­peł­nił zro­bioną na dru­tach czapką dokerką. Uważ­nie obej­rzał się w lustrze. Lekko się przy­gar­bił. Był zado­wo­lony z osią­gnię­tego rezul­tatu. Wyglą­dał na zmę­czo­nego męż­czy­znę w śred­nim wieku. Ze względu na zimową aurę wło­żył grube skó­rzane buty. Kiedy wycho­dził z domu, zapadł już zmierzch, który dodat­kowo utrudni jego roz­po­zna­nie. Na wszelki wypa­dek upew­nił się, czy ma w kie­szeni zestaw wytry­chów. Były.

Miesz­ka­nie i warsz­tat "Bohuna" znaj­do­wały się w cen­trum Ber­lina, w pobliżu Dworca Głów­nego. Von Wedel mógł tam dotrzeć w ciągu dwu­dzie­stu minut, poświę­cił jed­nak dwie godziny na klu­cze­nie po uli­cach, aby mieć pew­ność, że nikt za nim nie idzie. W końcu dotarł do budynku dworca. Zer­k­nął na roz­kład jazdy pocią­gów i powoli prze­szedł przez halę. Nie dostrze­gł­szy nic podej­rza­nego, wyszedł na nie­wielką Frie­drich-List-Ufer. Doszedł do Inva­li­den­strasse i skrę­cił w prawo. Po kil­ku­dzie­się­ciu metrach po dru­giej stro­nie tej sze­ro­kiej ulicy zoba­czył budy­nek, w któ­rym w naroż­nym lokalu mie­ścił się warsz­tat zegar­mi­strzow­ski nale­żący do "Bohuna". Nie­stety warsz­tatu już nie było. Nie było też całego naroż­nika kamie­nicy, a pozo­stałe czę­ści budynku stra­szyły wysta­ją­cymi frag­men­tami stro­pów, powy­bi­ja­nymi oknami oraz pozo­sta­ło­ściami mebli, rur i prze­wo­dów w znisz­czo­nych miesz­ka­niach.

Carl zatrzy­mał się i patrzył na zruj­no­waną kamie­nicę. "Czyżby rezy­dent zgi­nął? A może tylko został ranny i tra­fił do szpi­tala?", pomy­ślał. Jedno i dru­gie wyja­śniało zresztą brak kon­taktu z "Bohu­nem". Dostrzegł star­szego męż­czy­znę, który wielką szu­flą pró­bo­wał zgar­niać gruz roz­sy­pany na chod­niku. Uznał, że jest to dozorca -?od niego dowie się o szcze­gó­łach tego, co się tu wyda­rzyło. Prze­pu­ścił prze­jeż­dża­jące samo­chody i prze­szedł na drugą stronę ulicy.

-?Tu był warsz­tat zegar­mi­strza. Nie wie pan, co z nim się stało? Mia­łem dzi­siaj ode­brać zegar sto­łowy po napra­wie. To rodzinna pamiątka.

-?Czło­wieku, warsz­tatu już nie ma. -?Twarz męż­czy­zny wykrzy­wiła się z żalu. -?Zegar­mi­strza też nie ma. Tu zgi­nęła połowa loka­to­rów. Ci cho­lerni Bry­tyj­czycy... Szkoda, że nie udało się ich wszyst­kich wytłuc w poprzed­niej woj­nie.

-?A kiedy to się stało?

-?Dwa dni temu wie­czo­rem. Nad­le­ciały bom­bowce. Dużo wcze­śniej niż zazwy­czaj. Pew­nie dla­tego nikt się ich nie spo­dzie­wał. Patrz pan, taka tra­ge­dia...

-?A zegar­mistrz, co z nim?

-?Pan zegar­mistrz jesz­cze pra­co­wał w warsz­ta­cie. Jak samo­loty nad­le­ciały, to ja wybie­głem z bramy i widzia­łem, że sie­dzi wewnątrz. Nie wiem, dla­czego nie wyszedł, w końcu alarm lot­ni­czy było sły­chać tro­chę wcze­śniej. I nagle świst. Ledwo scho­wa­łem się po dru­giej stro­nie Inva­li­den­strasse. Za chwilę wszystko runęło. Jesz­cze widzia­łem świa­tło u zegar­mistrza, a potem już nic, tylko gruzy. Wie pan, jak odle­cieli, to zebrało się tro­chę ludzi i pró­bo­wa­li­śmy szu­kać ofiar w gru­zo­wi­sku. Wycią­gnę­li­śmy tylko ciało jakiejś kobiety. Potem przy­je­chała straż pożarna. Też szu­kali, ale zna­leź­li­śmy tylko same trupy.

-?Zegar­mistrz też zgi­nął?

-?Kilka tru­pów było w takim sta­nie, że nie dało się roz­po­znać, kto to. I to było w pobliżu tego miej­sca, gdzie mie­ścił się warsz­tat. Szkoda czło­wieka. Wyda­wał się bar­dzo sym­pa­tyczny. Też mi parę razy napra­wiał zega­rek. Nawet nie­dużo za tę robotę brał. Cho­lera, wszyst­kich nas zabiją.

-?Idę do domu. Powiem żonie, że naszego zegara już nie odzy­skamy - sta­rał się zakoń­czyć roz­mowę z dozorcą. -?Szkoda zegar­mi­strza. Niech pan się trzyma. Wszyst­kich nas nie zabiją.

Von Wedel odwró­cił się i ruszył w stronę Dworca Głów­nego. Zer­k­nął przez ramię. Dozorca zapa­mię­tale machał szu­flą, jakby mógł za jej pomocą usu­nąć góru­jące nad nim ruiny. Carl skrę­cił w prawo w Heide­strasse. Wie­dział, że "Bohun" miesz­kał na tej ulicy pod nume­rem dwu­na­stym. Posta­no­wił spró­bo­wać dostać się do miesz­ka­nia rezy­denta. Chciał mieć pew­ność, że nie zostało w nim nic, co mogłoby zde­kon­spi­ro­wać dzia­łal­ność siatki. Z nie­po­ko­jem patrzył na kolejne kamie­nice, ale sku­tecz­ność lot­ni­ków alianc­kich ogra­ni­czyła się tym razem do tra­fie­nia naroż­nego budynku przy Inva­li­den­strasse. Myślał, jak to w życiu jest. Jego rezy­dent przez lata uni­kał real­nych zagro­żeń w pracy wywia­dow­czej. Nie dał się Gestapo. A zabili go sojusz­nicy, alianci. Do dupy takie życie.

Trzy­pię­trowy budy­nek przy Heide­strasse 12 był nie­tknięty. Carl sko­rzy­stał z tego, że dwu­skrzy­dłową bramę ktoś pozo­sta­wił uchy­loną, i wsu­nął się do środka. Po lewej i pra­wej stro­nie zoba­czył wej­ścia do kla­tek scho­do­wych. Sień pro­wa­dziła na podwórko. Ota­czały je dwa skrzy­dła budynku, które nie łączyły się ze sobą. Pomię­dzy ich naroż­ni­kami dostrzegł niski barak o pła­skim dachu. Oce­nił, że znaj­do­wały się tam komórki albo garaże. Z podwórka można było wejść do dwóch kolej­nych kla­tek scho­do­wych. Pozo­sta­wało usta­lić, do któ­rej z nich powi­nien się skie­ro­wać. Wybór oka­zał się łatwiej­szy, niż myślał. Admi­ni­stra­tor umie­ścił nad drzwiami wej­ścio­wymi tabliczki z nume­rami miesz­kań. Aby dotrzeć do lokalu numer 16, nale­żało sko­rzy­stać z klatki scho­do­wej od podwórka po lewej stro­nie.

Był zado­wo­lony, że dotąd nikogo nie spo­tkał. Wszedł do klatki, zoba­czył drew­niane schody z kunsz­tow­nie wykoń­czoną porę­czą. Ruszył do góry. Schody lekko skrzy­piały, ale odgłosy docho­dzące zza kolej­nych drzwi zagłu­szały jego kroki. Gdy był na pierw­szym pię­trze, usły­szał odgłos zamy­ka­nych drzwi gdzieś wyżej. Ktoś, czła­piąc, zaczął scho­dzić na dół. Carl nie miał szans, aby gdzieś się scho­wać. Dla­tego powoli piął się do góry. Moc­niej się przy­gar­bił i wtu­lił twarz w sza­lik, a dokerkę prze­su­nął bar­dziej do przodu, tak by przy­sła­niała czoło i lekko oczy. Po chwili zoba­czył scho­dzącą star­szą kobietę. Na oko po sie­dem­dzie­siątce, owi­nięta była w gruby cie­pły szal. Spo­tkali się na półpię­trze. Kobieta, pomimo nikłego świa­tła, wbi­jała wzrok w Carla. Minęli się bez słowa. Poko­naw­szy jesz­cze kil­ka­na­ście stopni, von Wedel zatrzy­mał się na dru­gim pię­trze przed drzwiami z nume­rem 16. Zer­k­nął przez barierkę. Na scho­dach nikogo nie było. Kobieta musiała już wyjść na zewnątrz. Na wszelki wypa­dek zapu­kał do drzwi. Wewnątrz miesz­ka­nia pano­wała kom­pletna cisza. Uspo­ko­jony uważ­nie obej­rzał drzwi. Miały dwa typowe zamki. "Cie­kawe, czy oby­dwa są zamknięte", pomy­ślał. Wyjął z kie­szeni pęk wytry­chów, któ­rego nie powsty­dziłby się doświad­czony wła­my­wacz. Była to pamiątka z Fran­cji. Kie­dyś w Paryżu zgu­bił klu­cze do miesz­ka­nia. Zorien­to­wał się, że tak jest, sto­jąc już przed drzwiami. Usłużny kon­sjerż w ciągu kwa­dransa ścią­gnął zna­jo­mego ślu­sa­rza. Po trzech minu­tach drzwi były otwarte. Von Wedel naj­pierw suto wyna­gro­dził pracę fachowca, a potem zapro­sił go do miesz­ka­nia. Dłuż­sza roz­mowa przy czer­wo­nym winie zakoń­czyła się uzy­ska­niem pokaź­nego kom­pletu wytry­chów. Za dodat­kową opłatą ślu­sarz zor­ga­ni­zo­wał Car­lowi fachowe prze­szko­le­nie w swoim warsz­ta­cie. Od tej chwili typowe zamki w drzwiach prze­stały być dlań prze­szkodą.

Naj­pierw zabrał się do zamka umiesz­czo­nego powy­żej klamki. Zało­żył, że może sta­no­wić poważ­niej­sze wyzwa­nie niż drugi zamek, zwy­kły pod­klam­kowy. W pół­mroku na scho­dach wybrał jeden z wytry­chów. Udało się co prawda wło­żyć go do zamka bez więk­szego oporu, ale próba obró­ce­nia go wewnątrz nie przy­nio­sła efektu. Powoli wysu­nął wytrych. Wybrał tro­chę węż­szy i pono­wił próbę. Chwilę manew­ro­wał wytry­chem, aż wyczuł, że chwyta bębe­nek zamka, po czym deli­kat­nie go prze­krę­cił. Trzask cofa­ją­cej się zapadki spra­wił mu praw­dziwą przy­jem­ność. Pierw­sza prze­szkoda została poko­nana. Naci­snął klamkę, ale wbrew jego nadzie­jom otwar­cie drzwi blo­ko­wał drugi zamek. Tu Carl użył typo­wego, krót­kiego wytry­cha. Tym razem suk­ces przy­szedł natych­miast. Von Wedel scho­wał wytry­chy do kie­szeni, naci­snął klamkę i drzwi otwo­rzyły się z lek­kim skrzy­pie­niem. Wszedł do środka i szybko zamknął drzwi za sobą. Prze­krę­cił gałkę wyż­szego zamka. Stał w ciem­nym wąskim przed­po­koju. Nie pró­bo­wał zapa­lać świa­tła w oba­wie, że któ­ryś z sąsia­dów, wie­dząc o śmierci "Bohuna", może naro­bić hałasu, gdy dostrzeże świa­tło.

Powoli i bar­dzo ostroż­nie wszedł do pokoju. Dokład­nie zasu­nął zasłony. Powtó­rzył tę ope­ra­cję w kuchni, która także miała okno. Chwa­lił w duchu świę­tej pamięci rezy­denta, który zapewne pra­co­wał wie­czo­rami i dla­tego zadbał o solidne zaciem­nie­nie. Mógł bez obaw zapa­lić świa­tło. Naj­pierw zabrał się do sta­ran­nego prze­szu­ka­nia pokoju. Kolejno otwie­rał szafki i wysu­wał szu­flady. Prze­glą­dał ubra­nia, książki i różne bibe­loty. Opu­kał pod­łogę i spraw­dził ściany. Po pół­go­dzi­nie był już pewien, że przy­naj­mniej w pokoju nie było żad­nej skrytki. Zga­sił świa­tło i prze­szedł do kuchni. Zaczął od pieca węglo­wego. Z pozoru nie wyda­wał się kryć jakichś nie­spo­dzia­nek. Carl obma­cał całą obu­dowę, zaj­rzał do pale­nisk i do popiel­nika. Nie zna­lazł nic poza grubą war­stwą popiołu i brudu. Na pierw­szy rzut oka wszystko wyda­wało się w porządku. Piec opie­rał się o ścianę. Dookoła obło­żony był kaflami. Von Wedel posta­no­wił jesz­cze spraw­dzić, czy któ­re­goś z nich nie da się poru­szyć. Kiedy uklęk­nął na pod­ło­dze, oka­zało się, że jeden kafel lekko się chwieje, a pod­wa­żony ku zado­wo­le­niu męż­czy­zny wyszedł ze ściany. Czyżby zaprawa ze sta­ro­ści nie trzy­mała? Carl zaczął badać miej­sce po kaflu cen­ty­metr za cen­ty­metrem i w końcu wyma­cał z boku szparę pomię­dzy zaprawą i cegłą. Wło­żył rękę w nie­wielki otwór. W środku wyczuł kra­wędź cze­goś mięk­kiego. Uchwy­cił dwoma pal­cami brzeg zna­le­zi­ska, lekko pocią­gnął i wydo­był na zewnątrz nie­wielki notat­nik. Nie tra­cił czasu na jego lek­turę i po otrze­pa­niu z kurzu scho­wał go do kie­szeni mary­narki, a następ­nie sta­ran­nie wpa­so­wał kafel we wła­ściwe miej­sce. Dokoń­czył prze­szu­ka­nie kuchni, ale nic wię­cej nie zna­lazł. Pozo­sta­wała malutka łazienka. Jej roz­miary i ubó­stwo urzą­dzeń pozwo­liły na szyb­kie stwier­dze­nie braku kolej­nych skry­tek. Von Wedel poga­sił świa­tła i pod­szedł do drzwi. Zaczął nasłu­chi­wać, czy ktoś nie idzie po scho­dach. Usły­szał zna­jome czła­pa­nie, zapewne star­sza kobieta wra­cała do swo­jego miesz­ka­nia. Spo­koj­nie pocze­kał, aż minęła drzwi "Bohuna" i jej kroki uci­chły na wyż­szym pię­trze. Dobiegł go odgłos zamy­ka­nych drzwi. Mógł opu­ścić miesz­ka­nie. Zaczął otwie­rać drzwi i w tym momen­cie przy­pad­kowo potrą­cił łok­ciem gli­niane naczy­nie sto­jące na półeczce obok drzwi. Instynk­tow­nie wycią­gnął rękę, aby zła­pać spa­da­jący przed­miot, lecz było już za późno. Naczy­nie ude­rzyło o pod­łogę, powo­du­jąc spory rumor. Hałas musiał być dosko­nale sły­szalny w całym budynku, gdyż uchy­lone drzwi pra­wie go nie wytłu­miły. Carl na moment zamarł. Cze­kał na reak­cję sąsia­dów. I szybko się jej docze­kał. Pierw­sza otwo­rzyła drzwi star­sza kobieta pię­tro wyżej. Zapewne nie zdą­żyła jesz­cze wejść w głąb miesz­ka­nia.

-?Co tam się dzieje? -?zawo­łała.

-?Co się stało? -?Tym razem był to męski głos dobie­ga­jący z dołu.

Von Wedel zauwa­żył, że w lokalu naprze­ciwko powoli otwie­rają się drzwi, więc deli­kat­nie zamknął drzwi miesz­ka­nia "Bohuna" i naj­ci­szej jak potra­fił prze­krę­cił zamek od środka. Sły­szał wciąż dobie­ga­jące z kory­ta­rza odgłosy kro­ków i roz­mowy kilku osób.

-?To chyba u zegar­mi­strza? -?ode­zwał się kolejny męż­czy­zna.

-?Ale prze­cież on zgi­nął -?prze­ko­ny­wała jakaś kobieta. -?Może ktoś się wła­mał?

-?Godzinę temu spo­tka­łam na scho­dach jakie­goś podej­rza­nego obcego czło­wieka. -?Carl mógł być pewien, że mówi to star­sza kobieta, którą mijał na scho­dach. -?Ni­gdy wcze­śniej go tu nie widzia­łam. Może dowie­dział się, że zegar­mistrz nie żyje, i przy­szedł okraść jego miesz­ka­nie. Takich hien teraz nie bra­kuje.

Ktoś ener­gicz­nie zało­mo­tał do drzwi.

-?Otwie­rać! Kto tam jest? Otwie­rać, bo wezwiemy poli­cję!

Wale­nie w drzwi prze­dłu­żało się.

-?Idę po poli­cję -?zade­kla­ro­wał sta­now­czo jakiś męż­czy­zna. -?Pil­nuj­cie, żeby nie uciekł.

Von Wedel usły­szał, jak ktoś zbiega po scho­dach. "No to jestem w pułapce", oce­nił, prze­kli­na­jąc w duchu swoją nie­zdar­ność. Sytu­acja była groźna. Znaj­do­wał się na dru­gim pię­trze, a jedyne wyj­ście z miesz­ka­nia zostało zablo­ko­wane przez grupę loka­to­rów. Gdyby został zła­pany z podej­rza­nym notat­ni­kiem rezy­denta, któ­rego zawar­to­ści nie znał, mogłoby to mieć dra­ma­tyczne kon­se­kwen­cje. Nawet gdyby się go pozbył, to nie wymy­śli żad­nej logicz­nej odpo­wie­dzi na pyta­nie, co ofi­cer SD robi w miesz­ka­niu zmar­łego zegar­mi­strza. Nale­żało szybko zna­leźć jakieś sen­sowne wyj­ście z sytu­acji. Prze­stał pil­no­wać drzwi wej­ścio­wych, które nie dawały szans ratunku. Wszedł do pokoju. Nie zapa­lał świa­tła. Roz­su­nął ostroż­nie zasłony i otwo­rzył okno. Do ziemi miał około ośmiu metrów. Skok nie wcho­dził w grę -?w naj­lep­szym wypadku skoń­czyłby się skrę­ce­niem lub zła­ma­niem nóg, co nie uła­twi­łoby dal­szej ucieczki. Obok okna nie było nic, co pozwo­li­łoby na próbę zej­ścia na podwórko. Spoj­rzał w prawo w stronę okna od kuchni. W pół­mroku dostrzegł zarys rury spu­sto­wej od rynny. "To daje jakąś szansę", pomy­ślał. Zamknął okno i pobiegł do kuchni. Sąsie­dzi za drzwiami na­dal pokrzy­ki­wali, doma­ga­jąc się, aby wyszedł z miesz­ka­nia.

Otwo­rzył okno kuchenne. Teraz mógł lepiej obej­rzeć ele­wa­cję budynku. Rura bie­gła jakieś pół metra od oścież­nicy. Carl szybko zlu­stro­wał prze­ciwne skrzy­dło budynku. Szczę­śli­wie nikt nie wyglą­dał na zewnątrz, co nawet w zimowy wie­czór mogło tro­chę dzi­wić wobec hałasu powo­do­wa­nego przez grupkę sąsia­dów. Von Wedel uznał, że nie ma innego wyj­ścia i musi spró­bo­wać opu­ścić miesz­ka­nie tą drogą. Był czło­wie­kiem spraw­nym fizycz­nie. Jesz­cze w majątku rodzin­nym wzo­rem swo­jego ojca dbał o tęży­znę. Dużo bie­gał, pod­no­sił cię­żary, jeź­dził konno, grał w tenisa, ćwi­czył szer­mierkę i różne metody walki wręcz. W cza­sie wojny natę­że­nie jego ćwi­czeń znacz­nie się zmniej­szyło, ale mimo to uwa­żał, że powi­nien sobie pora­dzić. Zdjął ręka­wiczki, oba­wia­jąc się, iż mogą zmniej­szać przy­czep­ność dłoni. Wspiął się na para­pet, skąd bez pro­blemu udało mu się się­gnąć rury. Szarp­nął za nią kilka razy, aby spraw­dzić, czy jest solid­nie zamo­co­wana. Z zado­wo­le­niem stwier­dził, że w ogóle się nie poru­szyła. "Raz kozie śmierć", pomy­ślał. Chwy­cił ją obiema dłońmi i oparł się o nią, udało mu się też oprzeć but na kan­cie jej moco­wa­nia do ele­wa­cji. Gdy miał ruszać w dół, usły­szał syrenę samo­chodu poli­cyj­nego i cha­rak­te­ry­styczny pisk towa­rzy­szący zwy­kle gwał­tow­nemu hamo­wa­niu. Za moment dobiegł go odgłos szyb­kich kro­ków. Zer­k­nął w dół. Zauwa­żył jakie­goś męż­czy­znę pro­wa­dzą­cego za sobą trzech poli­cjan­tów. Carl znie­ru­cho­miał. Nie chciał nawet myśleć, co się sta­nie, gdy funk­cjo­na­riu­sze popa­trzą do góry. Mógł tylko liczyć, że w pół­mroku podwórka go nie zauważą. Na szczę­ście żad­nemu z nich nic takiego nie przy­szło do głowy. Ale nie­bez­pie­czeń­stwo nie znik­nęło, bo poli­cjanci nagle przy­sta­nęli i praw­do­po­dob­nie dowódca patrolu naka­zał jed­nemu z funk­cjo­na­riu­szy pil­no­wa­nie bramy. Cywil i dwaj pozo­stali mun­du­rowi wbie­gli do klatki scho­do­wej.

Przez kilka sekund Carl myślał nad wyj­ściem z pułapki. Mógł zsu­nąć się w dół i pod warun­kiem, że poli­cjant zbyt wcze­śnie by go nie zauwa­żył, spró­bo­wać go obez­wład­nić, a następ­nie uciec. Gdyby jed­nak walka się prze­dłu­żała, z odsie­czą mogli przy­być pozo­stali funk­cjo­na­riu­sze. Szanse na jedno i na dru­gie były mniej wię­cej jed­nakowe. Posta­no­wił szu­kać innego roz­wią­za­nia. A gdyby tak uciec na dach? Spoj­rzał do góry. Zauwa­żył, że moco­wa­nia rury umiesz­czono w rów­nych nie­wiel­kich odstę­pach, a ona sama znaj­duje się w spo­rej odle­gło­ści od ściany. W jed­nej chwili pod­jął decy­zję -?nie miał wyboru. Trzy­ma­jąc się jedną ręką rury, drugą uchwy­cił się moco­wa­nia i pod­cią­gnął do góry. Sprzy­jał mu też fakt, że ceglana ściana pozo­stała nie­otyn­ko­wana. Dzięki temu mógł oprzeć brzeg buta na kra­wę­dzi cegły. Potem prze­su­nął dłoń po rurze i trzy­ma­jąc się jej, oparł drugi but na moco­wa­niu. W ten spo­sób zna­lazł się na wyso­ko­ści trze­ciego, ostat­niego pię­tra budynku. Z dołu docho­dziły odgłosy świad­czące o pró­bie wywa­że­nia drzwi do miesz­ka­nia, które opu­ścił. Jeśli zde­cy­dują się prze­strze­lić zamki, nie pozo­sta­nie mu wiele czasu. Wyko­nał kolejne ruchy, posu­wa­jąc się ku górze. Coraz bar­dziej bolały go ramiona, a dło­nie sztyw­niały mu z zimna i wysiłku. Nogi na razie znaj­do­wały opar­cie to w moco­wa­niach, to w cegłach, choć już zda­rzyło się, że jedna się ześli­zgnęła. Nie prze­sta­wał jed­nak peł­znąć do góry. W końcu uchwy­cił brzeg rynny bie­gną­cej wzdłuż dachu. Wtedy z wnę­trza budynku dobiegł go stłu­miony huk kilku wystrza­łów i odgłos wyła­my­wa­nia drzwi. Zaraz potem usły­szał krzyk poli­cjanta dyżu­ru­ją­cego na podwórku.

-?Jest na ryn­nie! Hej, ty, złaź stam­tąd, bo jak nie, to będziemy strze­lać! -?Sta­now­czy głos nie pozo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści.

-?Zastrzel go! No już, strze­laj! -?padło pole­ce­nie, tym razem z okna, przez które zdą­żył już wychy­lić się dowódca.

Carl wie­dział, że jego szanse na ucieczkę gwał­tow­nie maleją. Trzy­ma­jąc się brzegu rynny na dachu, ener­gicz­nie pod­cią­gnął ciało do góry. Bla­cha lekko się wygięła pod jego cię­ża­rem. Wyko­nał kilka cha­otycz­nych ruchów naj­pierw jedną nogą, potem drugą, szu­ka­jąc opar­cia na kra­wę­dziach cegieł, co w końcu mu się udało. Naj­moc­niej, jak dał radę, odbił się sto­pami i cią­gnąc sil­nie ramio­nami, prze­su­nął ciało na dach. W tym samym momen­cie z dołu padło kilka strza­łów. Nie wie­dział, czy strze­lał poli­cjant wychy­la­jący się z okna, czy jego kolega z podwórka, a może obaj? Kule świ­snęły obok niego, gdy już leżał na dachu. Przez moment nie mógł się ruszyć. Ręce i nogi paliły go, oddech miał mocno przy­spie­szony. Nie miał jed­nak chwili do stra­ce­nia. Zaraz poli­cjanci wybie­gną z miesz­ka­nia "Bohuna" i pognają po scho­dach ku wyj­ściu na dach. Ta myśl była jak kop­niak. Zerwał się, jed­nak dotych­cza­sowy wysi­łek spra­wił, iż lekko się zachwiał na pochy­ło­ści dachu. Przy­po­mniał sobie, że mię­dzy skrzy­dłami budynku znaj­duje się barak z komór­kami. Pobiegł prze­chy­lony w tamtą stronę i sta­nął na kra­wę­dzi dachu. Miał przed sobą w dole niż­szy budy­nek z pła­skim dachem, ale dzie­liło go od niego dzie­sięć metrów. Dostrzegł kolejną rurę spu­stową bie­gnącą po ścia­nie. To była wyma­rzona szansa. Poło­żył się ostroż­nie na pochy­łym skraju dachu nad rynną i opu­ścił nogi w dół. Nabyte wcze­śniej doświad­cze­nie spra­wiło, że szybko zna­lazł opar­cie dla stóp. Bolały go co prawda ramiona i chwyt słabł, ale musiał wytrzy­mać. W miarę szybko zsu­wał się w dół. Nie myślał o tym, czy poli­cjanci już są na dachu i kiedy zaczną strze­lać. W pew­nej chwili, czu­jąc, że zgra­białe i zmę­czone ręce dłu­żej go nie utrzy­mają, puścił rurę i spadł może metr w dół. Prze­wró­cił się na plecy, a potem na bok. Rów­no­cze­śnie usły­szał dobie­ga­jące z góry krzyki poli­cjantów i kilka poje­dyn­czych wystrza­łów. Na dole było jed­nak zbyt ciemno, żeby dobrze wyce­lo­wali. Prze­to­czył się w stronę prze­ciwną do podwórka budynku, z któ­rego wła­śnie uciekł. Usły­szał dra­pa­nie i szu­ra­nie mogące świad­czyć o tym, że poli­cjant pil­nu­jący tego podwórka posta­no­wił przy­łą­czyć się do pościgu i pró­buje dostać się na dach baraku.

Pode­rwał się na nogi i po dwóch kro­kach prze­sa­dził nie­wy­so­kie szta­chety oddzie­la­jące barak od podob­nego budynku po dru­giej stro­nie. Bez waha­nia zesko­czył na sąsied­nie podwórko, po czym szybko ruszył w stronę maja­czą­cej w mroku bramy. Z tyłu padł kolejny strzał. Goniący Carla poli­cjant stał na dachu baraku i sta­rał się tra­fić ucie­ki­niera. Von Wedel rzu­cił się w kie­runku ściany budynku i to go ura­to­wało -?dwa następne poci­ski ude­rzyły w miej­sce, gdzie był przed sekundą. Wie­dział, że nie może biec do bramy, bo stałby się dla poli­cjanta łatwym celem. Dzie­liło ich nie wię­cej niż pięt­na­ście metrów. Metr od sie­bie dostrzegł wej­ście do klatki scho­do­wej. Wpadł do środka i tup­nął kil­ka­na­ście razy, sta­ra­jąc się spra­wić wra­że­nie, iż wbiega po scho­dach, następ­nie sta­nął w bez­ru­chu nie­da­leko drzwi i uspo­koił oddech. Za moment usły­szał ostrożne kroki. Poli­cjant albo nie cał­kiem uwie­rzył w to, że ucie­ki­nier pobiegł po scho­dach, albo bał się ryzy­ko­wać. Nim wszedł, ostroż­nie zaj­rzał do środka. Wewnątrz było kom­plet­nie ciemno, ale Carl widział zarys jego syl­wetki. Poli­cjant zaczął pra­wie bez­gło­śnie wsu­wać się do wnę­trza. W lewej ręce trzy­mał pisto­let, prawą macał po ścia­nie, szu­ka­jąc włącz­nika świa­tła. Był lekko roz­ko­ja­rzony. Von Wedel musiał to wyko­rzy­stać. Bły­ska­wicz­nie sko­czył ku poli­cjantowi i prawą nogą kop­nął go w brzuch. Kom­plet­nie zasko­czony funk­cjo­na­riusz zgiął się z bólu. Wtedy dostał mocne ude­rze­nie w kark, które powa­liło go na zie­mię. Upa­da­jąc, wypu­ścił pisto­let. Carl zwa­lił się na niego całym cię­ża­rem ciała i zało­żył mu tak zwany chwyt trój­kątny. Poli­cjant pró­bo­wał się szar­pać, ale dusze­nie już po dwu­dzie­stu sekun­dach spo­wo­do­wało, iż stra­cił przy­tom­ność. Wtedy von Wedel powoli roz­luź­nił chwyt i wstał. Nie chciał zabi­jać poli­cjanta, nie było to konieczne. Wyj­rzał zza drzwi, ale nikogo w pobliżu nie dostrzegł. Ruszył szyb­kim kro­kiem, otrze­pu­jąc płaszcz ze śla­dów ucieczki i walki. Gdy zna­lazł się w bra­mie, usły­szał cha­rak­te­ry­styczny dźwięk alarmu prze­ciw­lot­ni­czego i jed­no­cze­śnie syrenę nad­jeż­dża­ją­cego samo­chodu poli­cji. Zer­k­nął przez szparę w bra­mie, ale samo­chód wolno poje­chał dalej. Dwóch poli­cjantów w środku uważ­nie obser­wo­wało oko­licę. Dostrzegł kilku prze­chod­niów bie­gną­cych schro­nić się przed nalo­tem. Uznał to za swoją szansę. Wybiegł z bramy i podą­żył w ślad za innym męż­czy­zną brze­giem chod­nika Am Ham­bur­ger Bahn­hof. Na rogu ulicy skie­ro­wał się w stronę kanału łączą­cego się ze Sprewą. Chciał jak naj­szyb­ciej znik­nąć z oko­lic Heide­strasse. Hałas wywo­ły­wany przez alianc­kie bom­bowce i nastę­pu­jące co jakiś czas wybu­chy brzmiały w jego uszach jak orkie­stra sym­fo­niczna uświet­nia­jąca fakt, że udało mu się wymknąć z potrza­sku.

Po dotar­ciu do miesz­ka­nia, nie ścią­ga­jąc płasz­cza, opadł na fotel. Czuł się kom­plet­nie wypom­po­wany. Myślał o tym, co by się stało, gdyby nie dał rady wspiąć się po ryn­nie na dach. Nie zasta­na­wiał się nawet, w jakiej sytu­acji zna­la­złby się, tra­fia­jąc póź­niej w ręce funk­cjo­na­riu­szy SD; jego myśli upior­nie krą­żyły wokół wizji, w któ­rej zmę­czone ręce pusz­czają rynnę, a on spada na podwórko. Ale w sumie dzi­siej­szej nocy pora­dził sobie cał­kiem dobrze. Zaczy­nała go powoli prze­peł­niać radość, że wywi­nął się z tak bez­na­dziej­nej sytu­acji. W końcu potrzą­snął głową. Koniec roz­tkli­wia­nia się nad sobą. Nalał sobie kie­li­szek koniaku. Po dwóch łykach poczuł alko­hol krą­żący w żyłach. Zazwy­czaj nie potrze­bo­wał takiego środka na roz­luź­nie­nie, ale dzi­siej­szej nocy koniak dobrze mu zro­bił.

Wstał z fotela i zdjął ubra­nie, które wrzu­cił w nie­ła­dzie do szafy, uzna­jąc, że zaj­mie się nim kiedy indziej. Wypił jesz­cze łyk koniaku, po czym się­gnął do kie­szeni po notat­nik zna­le­ziony w kuchni "Bohuna". Już po chwili zro­zu­miał, co trzyma w ręku. Rezy­dent robił skró­towe notatki doty­czące naj­praw­do­po­dob­niej reali­zo­wa­nych ope­ra­cji i pole­ceń z cen­trali. Z jed­nej strony pro­wa­dze­nie takich reje­strów ozna­czało zła­ma­nie wszel­kich zasad bez­pie­czeń­stwa oraz pewną wpadkę rezy­denta w razie przy­pad­ko­wego dosta­nia się notesu w nie­po­wo­łane ręce. Z dru­giej jed­nak strony Carl bar­dziej domy­ślał się tre­ści zapi­sków, niż mógł ją z oglą­da­nych stron wyczy­tać. "Bohun" posłu­gi­wał się sym­bo­lami i skró­tami w pełni zro­zu­miałymi tylko dla niego samego. Ni­gdzie nie poja­wiały się pseu­do­nimy czy inne dane w peł­nym brzmie­niu. Gdyby von Wedel nie miał orien­ta­cji w dzia­ła­niach swo­ich i całej rezy­den­tury, nie byłby w sta­nie uchwy­cić sensu zapi­sków. W począt­ko­wej czę­ści notat­nika było sporo śla­dów po wyrwa­nych kart­kach. Wyglą­dało na to, że zapi­ski były stop­niowo nisz­czone. Zapeł­nione strony pozo­stałe w notat­niku doty­czyły wyłącz­nie bie­żą­cych zadań. W sumie warto było pod­jąć ryzyko i zabrać notat­nik z miesz­ka­nia. W ten spo­sób zli­kwi­do­wał poten­cjalne zagro­że­nie, jakie mogłoby powstać, gdyby notat­nik został zna­le­ziony i tra­fił do spe­cja­li­stów z SD.

Usiadł przy biurku i przy­go­to­wał infor­ma­cję dla cen­trali o oko­licz­no­ściach śmierci rezy­denta i wizy­cie w jego miesz­ka­niu. Pomi­nął pro­blemy powstałe przy tej oka­zji i histo­rię ucieczki przed poli­cją. Pod­su­mo­wał zapew­nie­niem o znisz­cze­niu zna­le­zio­nego notat­nika. Gdy skoń­czył pisać, wziął stare wia­dro i spa­lił w nim zapi­ski "Bohuna".

Berlin. Sklepik Jacobsena

Rano w skle­piku zastał Ste­fana Jacob­sena. Młody męż­czy­zna uśmiech­nął się na widok Carla.

-?Tata poje­chał po towar. Będzie jutro od rana, gdyby pan go potrze­bo­wał.

-?Że też udaje wam się jesz­cze wciąż zdo­być cokol­wiek. -?Von Wedel nie krył podziwu. -?Popro­szę o moje papie­rosy.

-?Dla pana zawsze są. -?Ste­fan poło­żył na ladzie paczkę. -?Czy wie pan coś o naszym rezy­den­cie? -?zapy­tał szep­tem.

-?Nie­stety nie żyje. Zgi­nął trzy dni temu w trak­cie bom­bar­do­wa­nia.

-?To smutne. Strasz­nie mi go szkoda. Ale przy­naj­mniej dobrze, że nie wpadł w ręce Gestapo.

Carl poło­żył na ladzie pie­nią­dze, a wraz z nimi zło­żoną kartkę depe­szy. Ste­fan zsu­nął całość do szu­flady.

-?To bar­dzo pilne. Posta­raj­cie się wysłać dzi­siaj.

-?Pro­szę być spo­koj­nym. Na pewno jesz­cze dzi­siaj nadamy.

Berlin. Siedziba wywiadu wojskowego

Następ­nego dnia dotarł do biura lekko spóź­niony. Idąc kory­ta­rzem, usły­szał pod­nie­sione głosy zza mija­nych drzwi. Znał ofi­ce­rów pra­cu­ją­cych w tym pokoju, dla­tego zapu­kał i wszedł. Zoba­czył sie­dzą­cego przy biurku majora Her­manna Fuchsa i pochy­lo­nego nad nim Obe­rleut­nanta Arnego Krügera. Fuchs trzy­mał w ręku kartkę, z którą obaj wła­śnie się zapo­zna­wali. Gdy Fuchs nieco uniósł doku­ment, von Wedel zauwa­żył na nim nadruk depe­szy.

-?Poranna kłót­nia czy dzi­siej­sze powi­talne wiwaty na moją cześć? - zażar­to­wał.

-?Haupt­mann, tra­fił pan na tajną naradę. -?Major szybko scho­wał trzy­maną kartkę do tek­tu­ro­wej teczki. -?A tak poważ­nie, to znowu doko­pa­li­śmy Bry­tyj­czy­kom.

-?Gra­tu­luję. Taki suk­ces to ostat­nio nie­czę­ste zja­wi­sko.

-?Carl, wejdź i zamknij drzwi -?popro­sił Krüger. Spoj­rzał na Fuchsa, jakby cze­ka­jąc na jego pozwo­le­nie. -?Możemy pochwa­lić ci się w zaufa­niu, że jeden z naszych naj­lep­szych agen­tów znowu roz­wa­lił alian­tom ope­ra­cję prze­ciwko nam.

-?Nie chcę zada­wać głu­pich pytań, ale to ktoś nowy? -?zapy­tał Carl.

-?Nie, to nasz czło­wiek jesz­cze sprzed wojny -?wyja­śnił Fuchs. -?Ale na tym koniec. Wię­cej się nie dowiesz.

-?To cie­szę się razem z wami i gra­tu­luję. -?Von Wedel sze­roko się uśmiech­nął. -?Nie będę wię­cej pytał i wam prze­szka­dzał, zapewne macie pilną robotę.

-?Rze­czy­wi­ście, musimy prze­ka­zać dalej otrzy­mane infor­ma­cje. -?Major Fuchs przy­brał poważną minę. -?Ale jeśli chciał­byś z nami opić ten suk­ces, to wpad­nij wie­czo­rem do kasyna na kie­li­cha. Mamy obie­cane nagrody od kie­row­nic­twa, więc jest za co wypić. Tylko niech to zosta­nie mię­dzy nami. Jak się inni zwie­dzą, to zaraz ktoś donie­sie sze­fowi, że gadamy za dużo. Rozu­miemy się?

-?Oczy­wi­ście. Wie­czo­rem będę w kasy­nie. I nie mam zamiaru roz­po­wia­dać o waszej ini­cja­ty­wie. W końcu to są sprawy tajne. -?Puścił poro­zu­mie­waw­czo oko do obu ofi­ce­rów.

Wyszedł z pokoju. Musiał zająć się wła­snymi obo­wiąz­kami.

Po kilku godzi­nach von Wedel odchy­lił się do tyłu i prze­cią­gnął wyraź­nie zmę­czony zbyt dłu­gim sie­dze­niem w jed­nej pozy­cji. Zaczął skła­dać doku­menty, nad któ­rymi pra­co­wał. Miał już na dzi­siaj dosyć wysił­ków na chwałę III Rze­szy.

Usły­szał zbli­ża­jące się szybko czy­jeś kroki i nagle drzwi do pokoju sze­roko się otwarły. Sta­nął w nich Obe­rleut­nant Horst Hof­mann. Był ofi­ce­rem, z któ­rym Carl dzie­lił pokój biu­rowy. Jego ojciec zaj­mo­wał wyso­kie sta­no­wi­sko w kie­row­nic­twie ber­liń­skiego Gestapo. Dla­tego Horst, chcąc zaim­po­no­wać kole­dze, czę­sto dzie­lił się z nim co cie­kaw­szymi infor­ma­cjami doty­czą­cymi dzia­łań taj­nej poli­cji. Von Wedel lubił go za pogodne uspo­so­bie­nie i zaufa­nie, jakie mu bez­kry­tycz­nie oka­zy­wał.

-?Nie mar­nuj życia, Carl, na sie­dze­nie w biu­rze, ojczyź­nie można słu­żyć wszę­dzie. -?Uśmiech nie scho­dził z twa­rzy Hof­manna. -?Znasz naj­now­sze sen­sa­cje?

-?Jeste­śmy o krok od poko­na­nia wojsk sowiec­kich, a Anglicy odwo­łali dal­sze bom­bar­do­wa­nia Ber­lina. -?Von Wedel wie­dział, że jego kolega zna się na żar­tach; w innym przy­padku takie dow­cipy mogłyby pocią­gnąć za sobą bar­dzo nega­tywne kon­se­kwen­cje, nie tylko służ­bowe. -?Zado­wo­lony? Czy masz coś cie­kaw­szego?

-?Carl, myślisz o wro­gach, któ­rzy są daleko od nas. A ja mam cie­ka­wostki o tym, co dzieje się za naszymi drzwiami, tu w Ber­li­nie.

-?No to nie ukry­wam, że mnie zacie­ka­wi­łeś. -?Von Wedel pro­wo­ko­wał Hof­manna, choć wie­dział, że i tak za chwilę pozna nowiny.

Horst zadbał o to, żeby cie­ka­wość kolegi została wysta­wiona na dłuż­szą próbę. Bez słowa zdjął płaszcz, który powie­sił na wie­szaku. Pod­szedł do swo­jego biurka i roz­siadł się wygod­nie. Dopiero po zapa­le­niu papie­rosa spoj­rzał na Carla.

-?Wra­cam wła­śnie z sie­dziby Gestapo. Nasz stary chciał, żebym poga­dał z moimi zna­jo­mymi w czar­nych mun­du­rach. -?Hof­mann wie­dział, że kolega patrzy na niego z wiel­kim zain­te­re­so­wa­niem. -?Przy oka­zji oczy­wi­ście wpa­dłem do pap­cia. Nie będę ci zdra­dzał taj­nych usta­leń, ale podzielę się z tobą tym, co ich wczo­raj mocno wku­rzyło. Oka­zuje się, że od pew­nego czasu tra­fiają na sygnały wro­giej radio­sta­cji dzia­ła­ją­cej gdzieś w rejo­nie Tegel. Radio­sta­cja nadaje bar­dzo nie­re­gu­lar­nie, co utrud­nia jej zlo­ka­li­zo­wa­nie. A wiesz, jak żądni szyb­kich suk­ce­sów są nasi kole­dzy. O moim ojcu nawet nie wspo­mnę. Od kilku dni uparli się, że zła­pią tych szpie­gów. Cały czas trzy­mali parę wozów ze sprzę­tem radio­pe­len­ga­cyj­nym w tam­tym rejo­nie. Wczo­raj, kiedy już mieli zre­zy­gno­wać, tra­fili na sygnał radio­sta­cji. Zaczęli radio­na­miar i wtedy oka­zało się, że są w złym miej­scu. Sygnał pocho­dził z rejonu Jung­fern­he­ide­park. Zanim tam doje­chali, radio­sta­cja zakoń­czyła nada­wa­nie. Czyli znowu wszystko na nic. Niby są bli­żej usta­le­nia, skąd tamci nadają, ale jed­no­cze­śnie, jak pew­nie wiesz, teren parku to pra­wie sto pięć­dzie­siąt hek­ta­rów. Robota na tygo­dnie, zakła­da­jąc w miarę regu­larne dzia­ła­nie radio­sta­cji. Tym bar­dziej że aby doko­nać pre­cy­zyj­nego radio­na­miaru, powinni usta­wić się dookoła parku i sta­rać się wyzna­czyć na mapie pro­ste, które prze­tną się tam, gdzie lokuje się nadaj­nik. No i oczy­wi­ście wysłać w to miej­sce lotną bry­gadę. Pod­su­mo­wu­jąc, Gestapo wie, że w Ber­li­nie pod ich bokiem bez­czel­nie działa wroga radio­sta­cja. Sze­fo­wie sza­leją. Moi part­ne­rzy pra­wie cho­wają się pod biur­kami. Mój stary tylko prze­klina, że coś takiego mu się tra­fiło. A szanse na szybki suk­ces wydają się bar­dzo umiar­ko­wane. Jak widzisz, Carl, mamy praw­dziwą bombę, a przed Gestapo trudna robota. Zało­żyli praw­dziwy biwak w pobliżu parku i będą dzień i noc pil­no­wać swo­ich radio­go­nio­me­trów. Jak na coś kon­kret­nego nie tra­fią w ciągu paru dni, to SS-Gruppenführer Hein­rich Müller z pew­no­ścią obe­drze ich ze skóry. Jak ci się podoba moja sen­sa­cja?

-?Horst, powi­nie­neś współ­czuć kole­gom, a nie pod­śmie­chi­wać się z nich - powie­dział von Wedel z fał­szywą tro­ską.

Hof­mann lek­ce­wa­żąco mach­nął ręką. Wydmu­chał dym i ener­gicz­nie zga­sił papie­rosa.

-?Jak sobie pomy­ślę, że my pój­dziemy na koniak, a oni będą pil­no­wać ciem­nego lasu, to dzię­kuję Bogu, że nie jestem pod­wład­nym jego wyso­ko­ści Hein­ri­cha Müllera. Ale to obec­nie jest naj­lep­szy czas dla innych wro­gich radio­sta­cji. Skoro pra­wie cały sprzęt radio­pe­len­ga­cyjny Gestapo jest w rejo­nie Jung­fern­he­ide­park, to hulaj dusza, pie­kła nie ma. Można nada­wać, a i tak nikt się tym nie zaj­mie. To co, wypu­ścimy się dzi­siaj na coś moc­niej­szego?

Von Wedel nie miał wyboru. W sumie lubił te wypady z kolegą z pokoju, tym bar­dziej że Horst nie był zbyt odporny na mocny alko­hol i zazwy­czaj dwa, trzy kie­liszki osła­biały go na tyle, że łatwo było mu wyper­swa­do­wać dal­sze picie, a wcze­śniej to i owo z niego wycią­gnąć. Już kilka razy dzięki swym kon­tak­tom w Gestapo Hof­mann dostar­czył Car­lowi cie­ka­wych infor­ma­cji. Horst chęt­nie plot­ko­wał ze swoim przy­ja­cie­lem, a po alko­holu tajem­nice wręcz pły­nęły z jego ust. Dzi­siej­sza sen­sa­cja miała dodat­kową wagę. Carl oba­wiał się, że Gestapo mogło tra­fić na sygnał jego radio­sta­cji. W końcu Eryk nawią­zy­wał wczo­raj łącz­ność z cen­tralą. Von Wedel musiał uzbroić się w cier­pli­wość i pocze­kać do rana na moż­liwy kon­takt z Jacob­se­nem. W końcu jeśli infor­ma­cje Hor­sta były kom­pletne, Gestapo jesz­cze nie namie­rzyło poszu­ki­wa­nej radio­sta­cji. Ważne było, aby ostrzec Jacob­sena o akcji Gestapo.

-?Dzi­siaj nie­stety nie mogę -?stwier­dził von Wedel w odpo­wie­dzi na pro­po­zy­cję kolegi. -?Jestem już umó­wiony.

-?Kobieta?

-?Nie tym razem.

-?Czyli jest męska popi­jawa. A ja nic o tym nie wiem. To świń­stwo.

-?Dobra, dobra. Nie dener­wuj się. Fuchs i Krüger opi­jają jakiś suk­ces. Uwa­żaj, bo to tajem­nica. Spró­buj poroz­ma­wiać z Krügerem, w końcu się przy­jaź­ni­cie, to może spo­tkamy się w czwórkę.

-?Dzię­kuję za ważny sygnał. Zaraz poga­dam z Arne. Udam, że nic nie wiem, na pewno mnie zaprosi.

-?Powo­dze­nia.

Von Wedel liczył, że w takim gro­nie będzie mu łatwiej spro­wo­ko­wać kole­gów do pochwa­le­nia się agen­tem. Już kilka razy udała mu się ta sztuczka i tak powoli zbie­rał infor­ma­cje o agen­tach nie­miec­kiego wywiadu, któ­rych sam nie pro­wa­dził. Nawet jeżeli były bar­dzo szcząt­kowe, dawały jakąś szansę w poszu­ki­wa­niach podej­rza­nych osób.

Berlin. Kasyno

Kiedy Carl wszedł do kasyna, zoba­czył przy jed­nym ze sto­li­ków nie tylko Fuchsa i Krügera, ale także sze­roko uśmie­cha­ją­cego się do niego Hor­sta. Zauwa­żył, że impreza musiała już tro­chę trwać, o czym świad­czyła pra­wie opróż­niona butelka koniaku, jak rów­nież dobry humor trzech ofi­ce­rów.

-?Carl, musisz wypić kar­niaka, jeśli chcesz z nami balo­wać -?stwier­dził major Fuchs.

-?Pano­wie, już do was dołą­czam. Pozwól­cie mi tylko coś zjeść, bo cały dzień mia­łem wypeł­niony pracą.

Kel­ner przy­jął zamó­wie­nie od von Wedela i posta­rał się, aby Haupt­mann nie cze­kał zbyt długo na swoje potrawy. Carl wypił pod­sta­wiony kie­li­szek i skon­cen­tro­wał się na obie­dzie, żeby nie stra­cić głowy po alko­holu. Roz­mowa toczyła się wokół sytu­acji na fron­cie wschod­nim, która nie­po­ko­iła jego towa­rzy­szy naj­bar­dziej. Wypity alko­hol wywo­ły­wał już widoczne skutki w zacho­wa­niu trzech ofi­ce­rów. Von Wedel oba­wiał się, że szyb­kie tempo unie­moż­liwi uzy­ska­nie inte­re­su­ją­cych go infor­ma­cji, dla­tego posta­no­wił szybko wró­cić do naj­waż­niej­szego dla niego tematu.

-?Pochwal­cie się, jak szef zare­ago­wał na wasz suk­ces. Czy mam liczyć na opi­ja­nie wyso­kich nagród, czy muszę tra­dy­cyj­nie pokryć nasz rachu­nek? - Carl cie­szył się opi­nią majęt­nego ary­sto­kraty chęt­nego do fun­do­wa­nia kole­gom, co uła­twiało mu budo­wa­nie kon­tak­tów w wywia­dzie.

-?Nie, tym razem my sta­wiamy, panie hra­bio. Nagrody w dro­dze -?pochwa­lił się Krüger.

-?Ale na­dal nie wiemy, co to za suk­ces? -?zade­kla­ro­wał Hof­mann.

-?Horst, nie możemy o tym mówić, sam prze­cież wiesz. -?Fuchs nawet w takim sta­nie sta­rał się bro­nić tajem­nic ope­ra­cyj­nych.

-?Prze­cież wiem, że macie w Lon­dy­nie agenta -?stwier­dził Hof­mann. - Zobacz, Carl, niby jeste­śmy kole­gami, a oni nam nie ufają.

-?Fakt. Jeste­śmy w swoim gro­nie. Czego tu się bać? -?pro­wo­ko­wał dalej von Wedel.

Był coraz bar­dziej zado­wo­lony z tego, że pod­pu­ścił Hof­manna, aby ten wpro­sił się na spo­tka­nie. Horst odwa­lał za niego naj­trud­niej­szą część inda­go­wa­nia kole­gów o ich agenta.

-?Nie pod­pusz­czaj­cie nas -?zare­ago­wał przy­tom­nie Krüger. -?Zna­cie zasady. Wy też nie opo­wia­da­li­by­ście o swo­ich źró­dłach.

-?Masz rację, Arne -?zgo­dził się Fuchs. -?Koniec roz­mowy. Pijemy za nasz suk­ces i każ­demu z was życzymy tego samego.

Sta­ra­jąc się nie spło­szyć mimo­wol­nych infor­ma­to­rów, Carl wzniósł kie­li­szek.

-?Pano­wie, wiel­kie gra­tu­la­cje. Cóż, nie kry­jemy z Hor­stem zazdro­ści, że bie­rze­cie udział w tak waż­nej spra­wie. Zdro­wie! -?Popa­trzył z uzna­niem na Fuchsa i Krügera. Wie­dział, że dal­sze drą­że­nie tematu nie przy­nie­sie nic nowego. Tym bar­dziej że dostrzegł kolejne ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie majora Fuchsa, jakie ten rzu­cił Krügerowi.

-?To może my teraz się pochwa­limy naszymi dywer­san­tami, któ­rych wysy­łamy do alian­tów -?wybeł­ko­tał rado­śnie Hof­mann, dla któ­rego ostatni kie­li­szek wyda­wał się tym jed­nym za dużo.

-?Horst, nasza kolej będzie następ­nym razem. -?Tym razem von Wedel posta­no­wił powstrzy­mać młod­szego kolegę od ujaw­nia­nia tajem­nic ope­ra­cji, nad któ­rymi pra­co­wali. -?Po naszym suk­ce­sie posta­wimy kole­gom koniak i wtedy oni będą nam gra­tu­lo­wać. Na dzi­siaj masz dosyć.

-?Carl, jestem doro­sły i mogę o sobie decy­do­wać. Dzi­siaj muszę napić się z moim przy­ja­cie­lem Arnem. -?Hof­mann przy­su­nął się do Krügera i zaczął mu coś szep­tać na ucho. Obaj bar­dzo się przy tym zaśmie­wali.

Von Wedel dokoń­czył jedze­nie. Poroz­ma­wiał chwilę z majo­rem Fuch­sem. Wypili jesz­cze po jed­nym kie­liszku i zgod­nie stwier­dzili, że czas zakoń­czyć spo­tka­nie. Krüger i Hof­mann poma­chali im na poże­gna­nie i się­gnęli po kolejny kie­li­szek.

W miesz­ka­niu upo­rząd­ko­wał w pamięci wszyst­kie zebrane przez cały dzień infor­ma­cje na temat nie­miec­kiego agenta. Był nieco zawie­dziony, że pomimo sprzy­ja­ją­cych warun­ków nie udało mu się uzy­skać wię­cej. Wia­do­mo­ści były nie­stety mało kon­kretne. Zakła­dał, że agent miał duże moż­li­wo­ści wywia­dow­cze, skoro jak stwier­dził Krüger, "znowu roz­wa­lił alian­tom ope­ra­cję prze­ciwko nam". Ozna­czało to zapewne, że był dobrze upla­so­wany i dys­po­no­wał dostę­pem do pionu pla­no­wa­nia ope­ra­cji woj­sko­wych. Ale gdzie funk­cjo­no­wał? W siłach zbroj­nych alian­tów? W jakimś szta­bie lub w Mini­ster­stwie Wojny? W służ­bach spe­cjal­nych? Moż­li­wo­ści było aż za wiele. Hof­mann musiał coś wcze­śniej wie­dzieć, o czym świad­czyła jego wzmianka na temat agenta w Lon­dy­nie, któ­rej nikt z pozo­sta­łych ofi­ce­rów nie zane­go­wał. I jesz­cze jedno -?to, co powie­dział Fuchs: "to nasz agent jesz­cze sprzed wojny". Pod­su­mo­wu­jąc, praw­do­po­dob­nie w Wiel­kiej Bry­ta­nii działa od kilku lat dobrze upla­so­wany nie­miecki szpieg. Nie­stety, na tę chwilę prze­sy­ła­nie takiego sygnału do cen­trali nie miało sensu. Carl musiał pod­jąć próbę dal­szego skon­kre­ty­zo­wa­nia infor­ma­cji.

Berlin. Sklepik Jacobsena

Otwo­rzył drzwi do dobrze zna­nego pomiesz­cze­nia skle­po­wego. Widok sto­ją­cego za ladą i uśmie­cha­ją­cego się doń Eryka Jacob­sena przy­niósł mu ulgę.

-?Masz taki pełen nie­po­koju wyraz oczu, że powiem od razu: na­dal mam twoje ulu­bione papie­rosy. -?Jacob­sen nie krył dobrego humoru. -?Ale poważ­nie, coś się stało?

Carl w skró­cie zre­la­cjo­no­wał szcze­góły wczo­raj­szej ope­ra­cji Gestapo w rejo­nie Tegel i Jung­fern­he­ide­park. W miarę jego opo­wia­da­nia twarz Eryka tężała.

-?Czu­łem przez skórę, że coś się dzieje. To mnie musieli namie­rzać. Dwa dni temu nada­wa­łem z Jung­fern­he­ide­parku. Ale pech. Tyle czasu korzy­sta­li­śmy z tej loka­li­za­cji i wszystko się uda­wało. Dobrze, że tra­fili na sygnał już w trak­cie seansu łącz­no­ści. Skoń­czy­łem nada­wać, zanim mogli zro­bić radio­na­miar. Trudno, to miej­sce jest spa­lone. Przy­znam ci się, że wczo­raj naja­dłem się stra­chu. Kiedy wycho­dzi­łem z Jung­fern­he­ide­parku, natkną­łem się na patrol Gestapo. Pew­nie taką kon­trolę pro­wa­dzili przy wszyst­kich wyj­ściach. Spraw­dzali doku­menty i pytali, dla­czego prze­by­wam w tym rejo­nie. Dobrze, że nie robili rewi­zji, choć sta­rym spo­so­bem papiery mia­łem w bucie, więc przy pobież­nym prze­szu­ka­niu powinno było się udać.

-?Szczę­śli­wie nie przy­ła­pali cię w trak­cie nada­wa­nia. No ale park to olbrzymi teren i nie­ła­two tam kogoś zna­leźć, nawet mając już pre­cy­zyjny namiar. Powiedz mi, nada­wa­łeś ze środka parku?

-?Ze środka. Tam jest kilka ogro­dzo­nych tere­nów, podzie­lo­nych wewnątrz na nie­duże działki. Parę lat temu była oka­zja, żeby jedną z nich kupić. Zmarł wła­ści­ciel, a wdowa miesz­kała obok nas w Ber­li­nie. Przy­pad­kowo się zga­da­li­śmy. Nie chciała dużo, a innych chęt­nych nie było, więc kupi­łem. Na działce stoi drew­niany domek. Ale rośnie też sporo drzew i krze­wów. Znasz mnie i wiesz, że potra­fię zro­bić natu­ralne skrytki. Gestapo musia­łoby prze­ko­pać całą działkę i powy­ko­py­wać drzewa, wtedy pew­nie by zna­leźli sprzęt. A takich dzia­łek są tam dzie­siątki. Kopa­nia na tygo­dnie.

-?Eryk, nie możesz się tam obec­nie poja­wiać, tym bar­dziej że pora roku raczej nie uza­sad­nia poby­tów na działce. I powtórz to Ste­fa­nowi. -?Carl chciał pod­su­mo­wać zaist­niałą sytu­ację. -?Tylko co będzie z łącz­no­ścią?

-?Jung­fern­he­ide­park to tylko jedno z trzech miejsc, z któ­rych nada­wa­li­śmy. To też nie była jedyna radio­sta­cja, z jakiej korzy­stamy. Łącz­ność oczy­wi­ście będzie zapew­niona. Zacze­kamy z mie­siąc, może dwa i zro­bimy parę wycie­czek w rejon Jung­fern­he­ide­parku. Będzie już wio­sna, więc wyprawa na działkę nie wzbu­dzi podej­rzeń. Wtedy zde­cy­du­jemy, czy wzno­wić wyko­rzy­sty­wa­nie tam­tego punktu łącz­no­ści, czy prze­wieźć sprzęt w inne miej­sce. Naj­waż­niej­sze, że wiemy, iż obec­nie tam­ten rejon jest spa­lony.

Von Wedel wyjął z teczki port­fel, chcąc zapła­cić za papie­rosy.

-?Mam dla cie­bie podzię­ko­wa­nia z cen­trali za usta­le­nia na temat rezy­denta i naj­now­sze instruk­cje, także dla "Astry". -?Jacob­sen poło­żył na ladzie paczkę papie­ro­sów i zło­żoną w kostkę kartkę papieru. -?Pil­nuj tego dobrze -?zażar­to­wał.

Berlin. Siedziba wywiadu wojskowego

Horst Hof­mann poja­wił się w biu­rze pra­wie dwie godziny póź­niej niż Carl. Jego nie­tęga mina świad­czyła o tym, iż spo­tka­nie w kasy­nie było dłu­gie i udane, a wypity koniak wie­czo­rem sma­ko­wał świet­nie, tyle że rano skut­ko­wał potęż­nym kacem.

Hof­mann otwo­rzył szafę pan­cerną, wyjął kilka teczek, a zawar­tość jed­nej z nich roz­ło­żył na biurku. Opadł na krze­sło i pod­parł głowę rękami. Widać było, że dba o pozo­ro­wa­nie pracy, choć wyko­ny­wa­nie jej nie było dzi­siaj moż­liwe.

-?Horst, może kawa poprawi ci kon­dy­cję -?zapro­po­no­wał pomoc von Wedel. - Robię dla sie­bie, to mogę i tobie przy­go­to­wać.

-?Jesteś nie­oce­niony, jak dobry star­szy brat -?wymam­ro­tał Hof­mann. Jego przy­mknięte oczy suge­ro­wały, że poza przedaw­ko­wa­niem koniaku doskwie­rał mu rów­nież brak snu.

Carl przy­niósł dwie szklanki kawy. Jedną posta­wił przed kolegą.

-?Dzię­kuję, tatu­siu. -?Horst ock­nął się i po kilku chwi­lach małymi łykami zaczął popi­jać gorący napój.

Kawa chyba mu pomo­gła, ponie­waż po jej wypi­ciu tro­chę się oży­wił i wycią­gnął na krze­śle. Oczy jed­nak na­dal miał lekko przy­mknięte.

-?Zasza­le­li­ście? -?Było to ze strony von Wedela bar­dziej stwier­dze­nie faktu niż pyta­nie.

-?Tro­chę popi­li­śmy.

-?Chyba nie tro­chę.

-?Jak się dwóch przy­ja­ciół spo­tyka, to nie ma co się oszczę­dzać. No i poga­da­li­śmy sobie.

-?Cie­kawe, co też dwóch geniu­szów na bańce wymy­śliło -?zakpił von Wedel.

-?Zdzi­wisz się co. Jak ty i Fuchs znik­nę­li­ście, to Arne bar­dzo się roz­luź­nił. I roz­mowa była inna.

-?Może nie roz­luź­nił, a roz­ło­żył się? Gdy wlewa się w sie­bie koniak, to dru­gie jest bar­dziej realne.

-?Carl, lubię cię, ale mnie nie doce­niasz. Nawet nie uwie­rzysz, co z niego wycią­gną­łem.

-?Horst, jeśli coś wię­cej niż adres jakie­goś spraw­dzo­nego domu publicz­nego, to rze­czy­wi­ście mi zaim­po­nu­jesz. No pochwal się.

-?Krüger dobrze pod­lany konia­kiem już tak ści­śle nie prze­strzega zasad ochrony infor­ma­cji taj­nych. A to, jak roz­luź­nił się po wyj­ściu majora Fuchsa, mogłoby cię bar­dzo zasko­czyć.

-?Czyż­byś zwer­bo­wał do współ­pracy kolegę z innego wydziału? -?ponow­nie zakpił von Wedel.

-?Byłem cie­kaw, co to za sprawa, którą oni tak się szczycą i za którą sze­fo­wie dają hojne pre­mie. I teraz już wiem, mój star­szy i mądrzej­szy kolego z wywiadu.

-?Co możesz wie­dzieć, Horst? I co Arne mógł sen­sow­nie powie­dzieć po takiej ilo­ści alko­holu?

-?Na przy­kład, że ten agent w Lon­dy­nie ma kryp­to­nim "Lothar". To Anglik, który kilka lat temu przy­je­chał do Nie­miec na jakiś staż czy coś podob­nego. Wtedy go zawer­bo­wano. Ale nie zro­bili tego ani Fuchs, ani Krüger. Oni odzie­dzi­czyli go po majo­rze Rudol­fie Geige­rze. Ty majora chyba nie pozna­łeś? On słu­żył ostat­nio w Wydziale I Zachód. No tak, jak cie­bie prze­nie­siono do Ber­lina, to on aku­rat znik­nął z cen­trali. Podej­rze­wa­li­śmy, że został wysłany za gra­nicę. Ja też bym się spraw­dził w takiej roli. Tylko nie chcą we mnie uwie­rzyć. Kurde, co za życie!

-?Jesz­cze cię doce­nią. -?Carl pocie­szył kolegę. -?I to tyle sen­sa­cji o tym... jaki to był jego pseu­do­nim? Aha, "Lothar"?

-?Nie, wiem oczy­wi­ście wię­cej. Ten "Lothar" dał się podobno zła­pać jak dziecko. Szu­kał moż­li­wo­ści doro­bie­nia sobie, no to pod­rzu­cili mu tłu­ma­cze­nia naszych doku­men­tów. Potem go pod­pu­ścili i po mocno zakra­pia­nej impre­zie obu­dził się w łóżku z naszym agen­tem homo­sek­su­ali­stą.

-?I co?

-?Jak doszedł do sie­bie, to mu uświa­do­mili, czym na niego dys­po­nują. Orgia homo­sek­su­alna to jedno, poro­bili mu dużo zdjęć. Ale zała­mał się, gdy oka­zało się, że dora­bia­jąc sobie, tłu­ma­czył dla Abwehry. Powie­dzieli mu, że mate­riały, które na niego mają, po ewen­tu­al­nym ujaw­nie­niu nie tylko go skom­pro­mi­tują, ale też mogą spo­wo­do­wać oskar­że­nie w Wiel­kiej Bry­ta­nii o szpie­go­stwo i odpo­wie­dzial­ność karną. Szybko pod­jął decy­zję o współ­pracy z nami.

-?No faj­nie, ale po powro­cie do domu mógł to zgło­sić jako pro­wo­ka­cję i foto­mon­taż.

-?Podobno facet pocho­dzi z jakiejś bied­nej rodziny. Jego cel w życiu to kasa. Jak dowie­dział się, że może liczyć na pie­nią­dze od nas za dobre infor­ma­cje, to już był nasz. Arne śmiał się, że ten "Lothar" tak się zaan­ga­żo­wał i przy­zwy­czaił do regu­lar­nych wypłat od nas, jakby był nie agen­tem, ale kadro­wym ofi­ce­rem wywiadu. Dotąd prze­słał sporo war­to­ścio­wych mate­ria­łów.

-?Jed­nego nie rozu­miem. W Wiel­kiej Bry­ta­nii facet bez konek­sji czy powią­zań rodzin­nych nie ma wiel­kich szans, aby zro­bić karierę. Skąd taki nikt może mieć dostęp do waż­nych infor­ma­cji? Coś ci ten Krüger naba­jał. Albo cze­goś nie powie­dział.

-?Ja też się zdzi­wi­łem i nawet mu powie­dzia­łem, że wpusz­cza mnie w maliny. A on wyśmiał mnie, że mądrzę się, nie mając poję­cia o angiel­skich realiach. Myśla­łem, że obrazi się i zakoń­czymy temat agenta. Ale nie. Wyja­śnił, że po wybu­chu wojny Anglicy musieli szybko budo­wać struk­tury służb nie­zbęd­nych do reali­za­cji zadań wojen­nych i szu­kali ludzi, któ­rzy choćby otarli się o tema­tykę nie­miecką i znali nasz język w zakre­sie przy­naj­mniej pod­sta­wo­wym. W ten spo­sób dla "Lothara" otwo­rzyła się droga kariery woj­sko­wej.

-?No i gdzie w końcu tra­fił ten super­a­gent?

-?Tego nie wiem, bo Arne był już w takim sta­nie, że tylko beł­ko­tał, chwa­ląc się, jakim to on sam jest super­sz­pie­giem. Gdy zada­łem mu kolejne pyta­nie, wrza­snął, że nie da mi się wię­cej pod­pusz­czać i zaraz mnie aresz­tuje, bo jestem agen­tem obcego wywiadu. Ja zresztą też mia­łem już dosyć. Sam nie wiem, jak udało nam się wyjść z kasyna, ale jakoś wró­ci­łem do domu. Jesz­cze jak się żegna­li­śmy, to Arne chyba na moment oprzy­tom­niał i bła­gał mnie, żebym zapo­mniał o tym, o czym roz­ma­wia­li­śmy. Muszę spraw­dzić, czy Krüger w ogóle dotarł dzi­siaj do biura. Ale tak sobie myślę, że raczej nie powi­nien pamię­tać tre­ści naszej roz­mowy. Zaraz do niego pójdę.

-?Horst, ja też ci z serca radzę, żebyś zapo­mniał wszystko, o czym wczo­raj roz­ma­wia­li­ście. Jeśli on nie będzie pamię­tał, to tylko lepiej dla cie­bie. Ja już nie pamię­tam, co mi mówi­łeś. Jakby co, zaprze­czę, że taka roz­mowa w ogóle się odbyła. Gdyby to wszystko się wydało, to kole­dzy ze służby bez­pie­czeń­stwa posta­wią nas pod murem. Rozu­miesz mnie?

-?No coś ty, Carl? Prze­cież ja o tym nikomu nie powiem. -?Hof­mann wyraź­nie się prze­stra­szył, gdy von Wedel uprzy­tom­nił mu moż­liwe kon­se­kwen­cje roz­mowy, którą dotąd młody Obe­rleut­nant tak się chlu­bił. - To będzie tajem­nica. Sprawy w ogóle nie ma. Pro­szę cię, tylko mnie nie zdradź.

-?Dobrze, ja już nic nie pamię­tam, ty już nic nie pamię­tasz i koniec gadki na ten temat.

Wyglą­dało na to, że świa­do­mość kło­po­tów, w jakie mógł się wpę­dzić, spo­wo­do­wała cał­ko­wite wytrzeź­wie­nie Hor­sta. Otwo­rzył sze­roko okno i wyraź­nie zde­ner­wo­wany zapa­lił papie­rosa. Carl obser­wo­wał go, uda­jąc, że czyta leżące na biurku doku­menty. Gdy tylko Hof­mann skoń­czył palić, natych­miast wyszedł z pokoju.

Wró­cił po kil­ku­na­stu minu­tach. Wyglą­dał na uspo­ko­jo­nego. Pod­szedł do biurka von Wedela i pochy­lił się nad nim.

-?Byłem u Krügera -?powie­dział cichym gło­sem. -?Na szczę­ście Fuchs był wła­śnie u szefa. Krüger jest w fatal­nym sta­nie. Ma zaraz jechać do domu. Ale jak mnie zoba­czył, to zapy­tał, o czym wczo­raj roz­ma­wia­li­śmy, bo on nic nie pamięta i nie może sobie przy­po­mnieć. Nie wie nawet, jak tra­fił do domu. Bła­gał mnie, żebym przy­rzekł zacho­wa­nie tajem­nicy, jeśli coś mówił o spra­wach służ­bo­wych. Odpowie­działem mu na to, że ja też nic nie pamię­tam. Że pew­nie jak zwy­kle cały czas gada­li­śmy o dupach i o tym, jak to będzie po woj­nie. Przy­rze­kłem, że wszystko zosta­nie mię­dzy nami. Chyba go uspo­ko­iłem. Myślisz, że nie będzie pro­ble­mów?

-?Horst, jeśli on nic sobie nie przy­po­mni, to i nic się nie wyda­rzy. A myślę, że nawet jak Arnemu coś zaświta w gło­wie, to tak się sam prze­stra­szy, że postara się zapo­mnieć, o czym sobie przy­po­mniał. Jak ty będziesz mil­czał i nikomu nic nie chlap­niesz, to nie będzie pro­blemu. Ja nic nie wiem o waszej roz­mo­wie.

Hof­mann popa­trzył przez chwilę na von Wedela prze­krwio­nymi oczami. Spra­wiał wra­że­nie uspo­ko­jo­nego.

-?Wie­rzę ci, Carl. Jesteś praw­dzi­wym przy­ja­cie­lem.

Wie­czo­rem von Wedel mógł wresz­cie spo­koj­nie prze­ana­li­zo­wać wszystko, co usły­szał od Hof­manna. Nie­ocze­ki­wa­nie udało mu się zdo­być infor­ma­cje, które dotąd wyda­wały się cał­ko­wi­cie poza jego zasię­giem. Oczy­wi­ście brał pod uwagę fakt, że pocho­dziły z roz­mowy dwóch pija­nych ofi­ce­rów, dla­tego nie wyklu­czał jakichś prze­ina­czeń fak­tów, zarówno po stro­nie Krügera, jak i Hor­sta. W depe­szy dla cen­trali pod­kre­ślił brak moż­li­wo­ści peł­nej wery­fi­ka­cji prze­sy­ła­nych danych, jed­nak oce­nił je jako bar­dzo praw­do­po­dobne. Nie­stety, nie dys­po­no­wał tym, co naj­waż­niej­sze, czyli imie­niem i nazwi­skiem "Lothara" oraz infor­ma­cją, w jakiej insty­tu­cji i na jakim sta­no­wi­sku pra­cuje. Jed­nak oce­nił, że klu­czowe zna­cze­nie ma wie­dza, iż nie­miecki agent działa w Lon­dy­nie, oraz to, że funk­cjo­nuje od kilku lat praw­do­po­dob­nie wewnątrz bry­tyj­skich służb wywia­dow­czych i dys­po­nuje bez­po­śred­nimi lub pośred­nimi doj­ściami, które umoż­li­wiają mu ujaw­nia­nie alianc­kich ope­ra­cji Niem­com. Ziden­ty­fi­ko­wa­nie go, choć bar­dzo trudne, będzie zale­żało od umie­jęt­no­ści ofi­ce­rów bry­tyj­skiego kontr­wy­wiadu. Nadał przy­go­to­wa­nej depe­szy sygna­turę wska­zu­jącą, że jest bar­dzo pilna.

Berlin. Sklepik Jacobsena

Jacob­sen wyda­wał się zasko­czony kolejną wizytą von Wedela.

-?Mam depe­szę do cen­trali, i to pilną. -?Carl wraz z pie­niędzmi za papie­rosy podał Ery­kowi nie­wielką kartkę. -?Posta­raj się ją wysłać dzi­siaj, naj­szyb­ciej, jak to będzie moż­liwe.

-?Już się robi, jak to mówimy w War­sza­wie. Uwa­żaj sprawę za zała­twioną. W połu­dnie zjawi się tu mój syn, a ja pojadę nadać depe­szę.

Londyn. Siedziba Oddziału II Sztabu Naczelnego Wodza

Szef Wydziału Wywia­dow­czego Oddziału II pod­puł­kow­nik Ryszard Smo­liń­ski odło­żył na biurko depe­szę otrzy­maną z Biura Szy­frów i Radio­wy­wiadu. Pod­niósł słu­chawkę tele­fonu i wezwał do sie­bie kapi­tana Michała Woź­niaka.

-?Sia­daj, Michał. -?Smo­liń­ski wska­zał jedno z dwóch krze­seł sto­ją­cych przed jego biur­kiem. -?Mamy cie­kawy mel­du­nek z Ber­lina od "Ambera". Prze­czy­taj.

Kapi­tan Woź­niak był sze­fem Refe­ratu Niemcy w Wydziale Wywia­dow­czym. Oso­bi­ście zaj­mo­wał się rezy­den­turą w Ber­li­nie.

-?O szlag! -?Woź­niak użył nie­zbyt wyszu­ka­nego zwrotu jako pod­su­mo­wa­nia prze­czy­ta­nej depe­szy. -?Ale pasz­tet. Pozo­staje tylko współ­czuć Angli­kom.

-?Zanim wymy­ślisz kolejne ory­gi­nalne okre­śle­nie na sygnał o kre­cie u naszych sojusz­ni­ków, posta­raj się o krótką ocenę tego mate­riału.

-?Sze­fie, sygnał jest z gatunku naj­waż­niej­szych w zakre­sie kontr­wy­wiadu. "Amber" uzy­skał infor­ma­cję z komórki wywiadu nie­miec­kiego pro­wa­dzą­cej agen­turę na tere­nie Wiel­kiej Bry­ta­nii. Czyli wia­ry­god­ność nie budzi zastrze­żeń. Oczy­wi­ście uprze­dza o braku moż­li­wo­ści wery­fi­ka­cji, bo sam nie brał udziału w klu­czo­wej roz­mo­wie. Zakła­dam, że spo­tka­nie mogło być mocno pod­le­wane alko­ho­lem. Pozo­staje kwe­stia ogra­ni­czo­nej kon­kret­no­ści danych. Mam wąt­pli­wo­ści, czy na pod­sta­wie tej infor­ma­cji uda się ziden­ty­fi­ko­wać nie­miec­kiego agenta. Wia­domo, że działa albo w służ­bach bry­tyj­skich, albo w jakiejś insty­tu­cji woj­sko­wej uczest­ni­czą­cej bez­po­śred­nio w ope­ra­cjach prze­ciwko Niem­com. Jego pseu­do­nim dotąd nie był mi znany. Nie poja­wiał się też w ramach kon­tak­tów ze służ­bami bry­tyj­skimi, zarówno MI5, jak i MI6. Nato­miast osoba majora Rudolfa Geigera już się wcze­śniej prze­wi­jała w jakichś mate­ria­łach, chyba z MI6. Jeśli dobrze pamię­tam, to przez ostat­nie lata pra­co­wał w Wydziale I Abwehry, który obej­muje wywiad zagra­niczny, kie­ro­wa­nie sie­cią wywia­dow­czą, dostar­cza­nie ana­liz na temat sytu­acji mili­tar­nej i gospo­dar­czej innych państw i tak dalej. Sygnał o praw­do­po­dob­nym skie­ro­wa­niu go do nad­zoru i łącz­ni­ko­wa­nia zagra­nicznych rezy­den­tur jest cenny, pod­rzu­cimy to też MI5, może oni na niego tra­fią.

-?Czy uwa­żasz, że "Amber" może jesz­cze pogłę­bić dane oso­bowe kreta?

-?Z cza­sem może coś mu się uda zro­bić. Ale raczej nie liczył­bym za bar­dzo na to. Wiesz, że jest świetny ope­ra­cyj­nie, więc jeśli teraz ma tak mało danych, to musiałby dotrzeć do ich archi­wum, aby mieć wię­cej. A to nie jest moż­liwe. Nie spo­dzie­wam się, żeby jego kole­dzy z wywiadu byli tak lek­ko­myślni i ujaw­nili toż­sa­mość agenta. Wie­dza, którą prze­słał w depe­szy, to raczej mak­si­mum.

-?Zga­dzam się z tobą. Podzię­kuj mu w każ­dym razie i na wszelki wypa­dek zleć próbę pogłę­bie­nia infor­ma­cji w spra­wie "Lothara", oczy­wi­ście w miarę dostęp­nych mu moż­li­wo­ści.

-?Zaraz przy­go­tuję depe­szę i przy­niosę do pod­pisu.

-?Ja w tym cza­sie zadzwo­nię do MI6 do szefa sek­cji łącz­ni­ko­wej koman­dora Dun­der­dale'a i umó­wię nas na spo­tka­nie. Temat musimy im jak naj­prę­dzej zgło­sić, i to w taki spo­sób, aby im nie umknął.

-?Jestem do dys­po­zy­cji, sze­fie. Ale trzeba im dać do zro­zu­mie­nia, że infor­ma­cje na temat "Lothara" muszą być szcze­gól­nie chro­nione.

-?Tego chyba nie musimy im mówić.

-?Moim zda­niem tym razem powin­ni­śmy. Jeżeli oka­za­łoby się, że "Lothar" rze­czy­wi­ście działa w służ­bach, na przy­kład w MI5 czy w wywia­dzie, to co zrobi, jak się dowie, że go szu­kają i że wia­do­mość o nim wyszła od nas? Da znać do Ber­lina, tam zaś SD wyko­pie, choćby spod ziemi, wszyst­kich, któ­rzy mieli dostęp do infor­ma­cji. A to grono zapewne jest bar­dzo ogra­ni­czone. I na kogo mogą tra­fić? W końcu dotrą do "Ambera" i wtedy będzie poważny kło­pot. Nie możemy sami wysta­wić jed­nego z naszych naj­lep­szych agen­tów.

-?Masz rację. Usta­limy to z Ango­lami. A pro­pos "Ambera" i Ber­lina. Trzeba pod­jąć decy­zję, co robimy w związku ze śmier­cią "Bohuna". To nasza naj­waż­niej­sza rezy­den­tura i musi mieć szefa. Cze­kam na twoje pro­po­zy­cje.

-?Zasta­na­wiam się nad tą sytu­acją, od kiedy dosta­li­śmy depe­szę o śmierci "Bohuna". Szcze­rze mówiąc, to nie mamy zbyt wiel­kiego wyboru. Można spró­bo­wać kogoś prze­rzu­cić do Ber­lina. Tyle że gdyby nawet to się udało, to i tak potrze­bo­wa­li­by­śmy w naj­lep­szym razie kilku tygo­dni, jeśli nie mie­sięcy, aby taką osobę przy­go­to­wać i stwo­rzyć dla niej dobrą, spraw­dzoną legendę dla pobytu w sto­licy Rze­szy. Na miej­scu jest tylko "Amber". Pomi­jam obsługę radio­sta­cji. Oczy­wi­ście jest jesz­cze "Astra", który moim zda­niem nie powi­nien być anga­żo­wany w nic poza swoją dotych­cza­sową dzia­łal­no­ścią. Jest zbyt cenny. A tak w ogóle to gdyby kilka dni temu ktoś mi powie­dział, że będziemy zasta­na­wiać się, czy rezy­den­tem w Ber­li­nie mia­no­wać Niemca, to uznał­bym go za sza­leńca i wyśmiał. Pomi­jam dro­biazg, że to wbrew wszel­kim zasa­dom.

-?Fakty same prze­ma­wiają za twoją pro­po­zy­cją, choć rze­czy­wi­ście na pierw­szy rzut oka jest zaska­ku­jąca, bo nie­stan­dar­dowa -?stwier­dził Smo­liń­ski. -?Ale zga­dzam się, że nie mamy ani czasu, ani moż­li­wo­ści, aby pró­bo­wać teraz prze­rzu­cać kogoś do Ber­lina. To zbyt duże ryzyko. Ten, jak powie­dzia­łeś, Nie­miec ma dla nas takie zasługi, że jest już nasz. Znam upla­so­wa­nie "Ambera" i efekty jego pracy wywia­dow­czej. Ale prak­tycz­nie nic nie wiem o nim samym. Bar­dziej szcze­gó­łowe infor­ma­cje nie były mi dotąd potrzebne i dla­tego nie wni­ka­łem w jego bio­gra­fię. Jak wiesz, sta­ram się sto­so­wać zasadę "Need to know". Teraz chciał­bym jed­nak poznać go lepiej, skoro mam pójść do szefa Oddziału po zgodę na mia­no­wa­nie go nowym rezy­den­tem. Przy­pusz­czam, że jak dowie się, iż chcemy agenta zro­bić rezy­den­tem, to uzna mnie za wariata albo pro­wo­ka­tora.

-?Jasne, Ryszard. Histo­ria "Ambera" jest mate­ria­łem na powieść sen­sa­cyjną. Może taka kie­dyś powsta­nie albo po woj­nie on sam napi­sze wspo­mnie­nia. Ale do rze­czy. Nasz czło­wiek pocho­dzi z nie­miec­kiej szlachty z Holsz­tynu. W poło­wie trzy­na­stego wieku człon­ko­wie jego rodu zamiesz­ki­wali też na Pomo­rzu. Bez­po­średni przod­ko­wie "Ambera" osie­dlili się w Kory­to­wie koło Choszczna, ale ich majątki znaj­do­wały się rów­nież w Tucz­nie, Wał­czu i Draw­nie. Carl dostał imię po jed­nym z bar­dziej zna­nych przed­sta­wi­cieli rodu, Carlu Hein­ri­chu von Wedelu, który w osiem­na­stym wieku był pru­skim mini­strem wojny i gene­ra­łem dywi­zji. Rodzice "Ambera", Hen­ryk i Maria, po ślu­bie osie­dli w pałacu w Kory­to­wie. Tam też uro­dził się nasz czło­wiek. Potem zaś jego młod­szy brat Andreas. Obec­nie oboje rodzice nie żyją. Matka osie­ro­ciła ich bar­dzo wcze­śnie. Zmarła na raka. Wiemy, że bar­dzo ją kochał i był z nią bli­sko. O Hen­ryku von Wedelu wiemy tyle, że oprócz dużego majątku dał się poznać jako czło­wiek o bar­dzo otwar­tych poglą­dach, któ­remu z faszy­zmem od początku nie było po dro­dze. Miał za to dziwną sym­pa­tię do Pol­ski. Fak­tem jest, że zatrud­niał pol­skich pra­cow­ni­ków w swo­ich mająt­kach i pol­ską służbę w pałacu. Jako nasto­la­tek Carl miał też pol­ską nauczy­cielkę, która zna­jąc języki angiel­ski, fran­cu­ski i rosyj­ski, uczyła ich swo­jego pod­opiecz­nego. Zdaje się, że dużo opo­wia­dała o Pol­sce, o naszej histo­rii i róż­nych pozy­tyw­nych cechach Pola­ków. Nauczyła go też języka pol­skiego. Zasiała w mło­dym von Wedelu zain­te­re­so­wa­nie naszym kra­jem i sym­pa­tię do niego. Star­szy syn był oczkiem w gło­wie Hen­ryka. Mniej wiemy o Andre­asie. Zdaje się, że zbyt wcze­sna śmierć Marii pogłę­biła rela­cje ojca ze star­szym synem. Hen­ryk zaszcze­pił mu wła­sne poglądy, któ­rymi jed­nak młody na zewnątrz się nie chwa­lił. Ojciec zadbał też o fizyczny roz­wój syna. Miał tre­ne­rów od tenisa, róż­nych sztuk walki, pły­wa­nia i tym podob­nych. Zresztą stary von Wedel sam chęt­nie jeź­dził konno i bie­gał. W 1934 roku Carl roz­po­czął stu­dia w Ber­li­nie: nauki huma­ni­styczne, histo­ria, języki obce. Nie zre­zy­gno­wał z aktyw­no­ści spor­to­wej. Miał spore osią­gnię­cia w bok­sie i zapa­sach. Spę­dził w Ber­li­nie trzy lata. Ziarno pol­skie zaowo­co­wało wyjaz­dem w 1937 roku do Pol­ski. Stu­dio­wał bar­dzo krótko na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim, potem prze­niósł się do Kra­kowa na Uni­wer­sy­tet Jagiel­loń­ski. Tam poznał Jana Życho­nia, wów­czas porucz­nika. Żychoń pod­le­gał Eks­po­zy­tu­rze Oddziału II w Kato­wi­cach, ale dzia­łał w Kra­ko­wie, pene­tru­jąc śro­do­wi­sko pol­skich i zagra­nicz­nych stu­den­tów. Szu­kał kan­dy­da­tów na agen­tów i taj­nych współpra­cow­ni­ków. Zain­te­re­so­wał się Car­lem. Pod­jął jego opra­co­wa­nie jako kan­dy­data do wer­bunku. Prze­ko­nał się, że ten nie­miecki szlach­cic jest zaska­ku­jąco pro­pol­ski i raczej mało entu­zja­styczny wobec ruchu naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nego. Jan okre­ślił go jako bar­dziej Pomo­rza­nina niż Niemca. Obaj pano­wie zaprzy­jaź­nili się, dużo dys­ku­to­wali o róż­nych spra­wach, a cza­sami degu­sto­wali pol­ską wódkę. Osta­tecz­nie nie pod­jęto decy­zji o wer­bunku Carla pod­czas jego pobytu w Pol­sce. Powody nie były jasne. Wydaje mi się, że ówcze­sny prze­ło­żony Życho­nia pozaz­dro­ścił mu poten­cjal­nego suk­cesu i zablo­ko­wał wer­bu­nek. Osta­tecz­nie Pomo­rza­nin opu­ścił Kra­ków, ale obaj z Życho­niem obie­cali sobie dozgonną przy­jaźń. W poło­wie 1938 roku von Wedel poje­chał na dal­sze stu­dia do Paryża, jed­nak cały czas utrzy­my­wał kon­takt kore­spon­den­cyjny z Życho­niem.

-?Ale chyba Żychoń nie zwer­bo­wał go kore­spon­den­cyj­nie?

-?Słu­chaj dalej. W tym cza­sie nagle zmarł Hen­ryk von Wedel. Podobno wsku­tek tra­gicz­nego wypadku na polo­wa­niu. Z tego, co usta­li­li­śmy, ojciec Carla mocno zadarł z lokal­nym lide­rem NSDAP, który uzur­po­wał sobie rolę namiest­nika w tej czę­ści Pomo­rza. Był pry­mi­tyw­nym bucem i cha­mem, a przede wszyst­kim nie­na­wi­dził boga­tej rodziny z pałacu w Kory­to­wie. Kilka razy mię­dzy nim a sta­rym von Wede­lem doszło do poważ­nych kłótni, i to nawet pod­czas lokal­nych spo­tkań towa­rzy­skich. Ten faszy­sta w końcu nie wytrzy­mał i nie mogąc rywa­li­zo­wać z majęt­nym Hen­rykiem, niby przy­pad­kowo postrze­lił go pod­czas polo­wa­nia. Może miało to być jakieś ostrze­że­nie? Nie­stety, rana oka­zała się poważna i ojciec "Ambera" zmarł. Oczy­wi­ście świad­ko­wie byli usta­wieni i cał­ko­wi­cie potwier­dzili wer­sję sprawcy. Ta sytu­acja spo­wo­do­wała u Carla zmianę dotych­cza­so­wej nie­chęci w głę­boką nie­na­wiść do faszy­stów. Nie krył tego w kore­spon­den­cji z Janem i zapo­wia­dał zemstę. Nasz wywiad posta­no­wił to wyko­rzy­stać. Żychoń wie­dział, że młody von Wedel ma zamiar za kilka mie­sięcy wró­cić do Nie­miec i poszu­kać jakie­goś cie­ka­wego zaję­cia. Mógł poje­chać do Kory­towa, ale miał inne ambi­cje niż wygodne życie na wsi. Mająt­kiem rodzin­nym zajął się brat Hen­ryka, Fry­de­ryk, i dotąd go pro­wa­dzi. Oto­czył rów­nież ojcow­ską opieką Andre­asa, który pozo­stał w Kory­to­wie. Muszę ci powie­dzieć, że przez lata ojciec Carla, mając nie­małe dochody, loko­wał znaczne kwoty w ban­kach w Szwaj­ca­rii i czę­ściowo w Niem­czech. Jego brat po obję­ciu majątku rów­nież uczci­wie prze­sy­łał część dochodu należną Car­lowi do ban­ków w Szwaj­ca­rii. W efek­cie "Amber" stał się boga­tym czło­wie­kiem, który do końca życia nie musi mar­twić się o środki na utrzy­ma­nie. Tym bar­dziej że ma jesz­cze znaczne udziały w majątku na Pomo­rzu. Rozu­miesz, że w tej sytu­acji poten­cjalna praca zawo­dowa nie była dla niego koniecz­no­ścią, roz­glą­dał się więc za zaję­ciem, które by go inte­re­so­wało i dawało mu satys­fak­cję. Nie uprze­dzajmy jed­nak fak­tów i wróćmy do Paryża. Żychoń przy­je­chał do sto­licy Fran­cji w dosko­na­łym momen­cie. Carl potrze­bo­wał przy­ja­ciela i nie­na­wi­dził faszy­stów. Janek dobrze to roze­grał i ujaw­nił von Wede­lowi, że jest ofi­ce­rem pol­skiego wywiadu. Po pierw­szym zasko­cze­niu tajna dzia­łal­ność przy­ja­ciela naj­wy­raź­niej zaim­po­no­wała Car­lowi. Wywiad sta­no­wił pod­nie­ca­jącą sferę, dotąd mu nie­znaną, a jakże atrak­cyjną dla mło­dego i majęt­nego mło­dzieńca. Żychoń nie wahał się i zapro­po­no­wał mu współ­pracę, bazu­jąc na jego anty­fa­szy­stow­skich prze­ko­na­niach i sym­pa­tii do Pol­ski zagro­żo­nej przez III Rze­szę. Hasło walki ze złem pró­bu­ją­cym wpły­nąć na losy Pol­ski i świata prze­mó­wiło do Carla. Długo się nie wahał. Uznał, że współ­praca z nami będzie naj­lep­szą zemstą na faszy­stach.

-?Cóż, świetna robota wer­bun­kowa. Ale też naszym sprzy­jało szczę­ście - wtrą­cił Smo­liń­ski.

-?Na pewno. Tak czy ina­czej Żychoń wyko­rzy­stał ostat­nie tygo­dnie pobytu von Wedela we Fran­cji do prze­szko­le­nia go w zakre­sie pracy wywia­dow­czej. Nie robił tego sam. W tym celu do Paryża poje­chało jesz­cze dwóch ludzi. Uczyli Carla metod pracy ope­ra­cyj­nej, pro­wa­dze­nia roz­mów wywia­dow­czych, przy­go­to­wy­wa­nia infor­ma­cji, posłu­gi­wa­nia się sprzę­tem ope­ra­cyj­nym. Zor­ga­ni­zo­wali mu prak­tyczne ćwi­cze­nia w zakre­sie wykry­wa­nia obser­wa­cji pro­wa­dzo­nej przez służby. Wszystko to tra­fiło na podatny grunt, bo jak wiesz, Carl jest bar­dzo inte­li­gentny i łatwo przy­swoił sobie tre­ści szko­leń. Usta­lili, że przy pomocy swo­ich zna­jo­mych ze stu­diów w Ber­li­nie, któ­rzy zaczęli już robić kariery w armii, dyplo­ma­cji czy nie­miec­kich służ­bach spe­cjal­nych, "Amber" będzie szu­kał odpo­wied­niej pracy, naj­le­piej w wywia­dzie. Prze­ka­zano mu rów­nież szcze­góły doty­czące nawią­za­nia kon­taktu z naszym czło­wie­kiem w Ber­li­nie. Carl wró­cił tam na początku 1939 roku. Szybko odno­wił zna­jo­mo­ści i bez spe­cjal­nych wysił­ków dostał pro­po­zy­cję zatrud­nie­nia z Abwehry. Byli tam bar­dzo zain­te­re­so­wani mło­dym wykształ­co­nym kan­dy­da­tem, pocho­dzą­cym z dobrej rodziny, zna­ją­cym kilka języ­ków obcych i mają­cym za sobą parę lat pobytu w róż­nych kra­jach. Prze­szedł szko­le­nie w Abweh­rze i tuż przed roz­po­czę­ciem wojny mia­no­wany na pierw­szy sto­pień ofi­cer­ski Leut­nanta tra­fił do cen­trali wywiadu. W 1940 roku został Obe­rleut­nan­tem, a w 1942 Haupt­man­nem. Wcze­śniej, po ataku na Fran­cję, został prze­nie­siony do Paryża. W lipcu 1941 roku skie­ro­wano go na front wschodni do oddziału wywiadu w Gru­pie Armii Śro­dek. Doszedł pra­wie do Moskwy. Szczę­śli­wie w końcu listo­pada otrzy­mał ponowne prze­nie­sie­nie do Paryża. Pra­co­wał tam aż do jesieni 1943 roku, kiedy wró­cił do Ber­lina. Obec­nie służy w Wydziale II, czyli sabo­taż i zada­nia spe­cjalne. Ocena jego dotych­cza­so­wej dzia­łal­no­ści w pełni potwier­dza, że Janek Żychoń miał dobrego nosa. Według mojej wie­dzy "Amber", jeśli nie jest naj­lep­szym naszym agen­tem, to zali­cza się do naj­bar­dziej efek­tyw­nych. W ramach dotych­cza­so­wej dzia­łal­no­ści dostar­czał waż­nych infor­ma­cji doty­czą­cych ope­ra­cji wywiadu nie­miec­kiego oraz róż­no­rod­nych tema­tów wojen­nych z terenu Fran­cji, Nie­miec i frontu wschod­niego. Wszystko, co robił, spo­ty­kało się z wyso­kimi oce­nami naszego wywiadu oraz wyra­zami uzna­nia ze strony bry­tyj­skich służb i insty­tu­cji rzą­do­wych. W zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści jego infor­ma­cje były na bie­żąco wyko­rzy­sty­wane przez alian­tów. Rów­nież pod kątem wia­ry­god­no­ści ni­gdy nie było wobec niego zastrze­żeń, a wery­fi­ko­wa­li­śmy to wiele razy. Wysoko oce­niamy jego pracę ope­ra­cyjną w Ber­li­nie, a także mel­dunki pro­wa­dzo­nego przez niego agenta "Astra". Ostat­nio prze­pro­wa­dził akcję usta­le­nia sytu­acji "Bohuna". Uwa­żam, że posiada wszyst­kie nie­zbędne umie­jęt­no­ści i w pełni zasłu­guje na kie­ro­wa­nie naszą rezy­den­turą w Ber­li­nie.

-?Zga­dzam się z twoją opi­nią i zamie­rzam zapro­po­no­wać sze­fowi mia­no­wa­nie "Ambera" rezy­den­tem -?stwier­dził Smo­liń­ski. -?Jesz­cze jedno, wspo­mnia­łeś porucz­nika Życho­nia. Kie­dyś sły­sza­łem to nazwi­sko, nie wiesz, co się z nim dzieje?

-?Zgi­nął pod­czas bom­bar­do­wa­nia we wrze­śniu 1939 roku.

Wcze­snym popo­łu­dniem Smo­liń­ski poin­for­mo­wał o mia­no­wa­niu Carla rezy­den­tem w Ber­li­nie. Nie komen­to­wał swo­jej roz­mowy z sze­fem Oddziału, ale wyda­wało się jasne, że jej prze­bieg był burz­liwy. Pole­cił prze­słać depe­szę z tą infor­ma­cją. Dodat­kowo cen­trala obie­cała pil­nie dopra­co­wać sys­tem łącz­no­ści kurier­skiej mają­cej umoż­li­wić prze­ka­zy­wa­nie do cen­trali mate­ria­łów pozy­ska­nych przez rezy­den­turę. Sys­tem ten dotych­czas jakoś funk­cjo­no­wał, ale roz­wój wyda­rzeń na euro­pej­skich fron­tach od pew­nego czasu powo­do­wał poważne pro­blemy.

Tempsford. Hrabstwo Bedfordshire

Sobot­nie przed­po­łu­dnie było dobrą porą na podróż do Temps­ford. Po dwóch godzi­nach spo­koj­nej jazdy John Thomp­son dotarł do wio­ski. Oce­nił, że może liczyć led­wie dwu­stu, może trzy­stu miesz­kań­ców. Gdyby zwie­dzał Anglię, nawet nie zaj­rzałby do takiej dziury. Ale nie był tury­stą, więc skon­cen­tro­wał się na pla­nie dostar­czo­nym przez Nelly Olson. Prze­je­chał przez wio­skę. Kawa­łek dalej w spo­rej odle­gło­ści od drogi dostrzegł coś, co wyglą­dało na zwy­kłą wiej­ską sto­dołę, jakich pełno w gospo­dar­stwach rol­nych. Od Nelly wie­dział, że ten i inne pobli­skie budynki są muro­wane, a jedy­nie dla kamu­flażu zostały pokryte od zewnątrz drew­nia­nymi deskami. Był to teren bazy lot­ni­czej SOE RAF Temps­ford.

Thomp­son zje­chał z głów­nej szosy, skrę­ca­jąc w piasz­czy­sty trakt pro­wa­dzący w prze­ciwną stronę niż zabu­do­wa­nia lot­ni­ska. Tutaj w spo­rych odle­gło­ściach od sie­bie stały kolo­rowe domy z ogród­kami, rów­nież uda­jące wiej­skie chaty. Za kępą drzew skrę­cił w prawo i zatrzy­mał się obok domu z bia­łymi okien­ni­cami. Kiedy wyłą­czył sil­nik, na zewnątrz wyszła młoda przy­sa­dzi­sta kobieta.

-?Nelly, jak zwy­kle pięk­nie wyglą­dasz! -?wykrzyk­nął z entu­zja­zmem John.

Kobieta pode­szła do niego i objęła go. Wymie­nili długi, namiętny poca­łu­nek.

-?Jak zwy­kle chcesz mnie od razu ocza­ro­wać -?stwier­dziła z szel­mow­skim uśmie­chem. -?I jak zawsze ci się to udaje. Wiesz, jak skom­ple­men­to­wać kobietę. Chodź do mojego kró­le­stwa. Z pew­no­ścią jesteś głodny i spra­gniony.

-?Spra­gniony, ale cie­bie.

Objęła go w pasie i popro­wa­dziła do wnę­trza domu. Urzą­dzony był skrom­nie, ale czego można było spo­dzie­wać się po służ­bo­wym miesz­ka­niu, w któ­rym prze­by­wała samotna osoba.

Zje­dli przy­go­to­wane kanapki i wypili her­batę.

-?Zaczy­namy od spa­ceru po oko­licy czy od cze­goś innego? -?zapy­tała Nelly.

-?Zde­cy­do­wa­nie od cze­goś innego.

Wstał i wycią­gnął do niej rękę. Podała mu swoją i popro­wa­dziła go do małej sypialni. Szybko się roze­brali i bez zbęd­nych wstę­pów zaczęli się kochać. Kiedy skoń­czyli, leżeli długo na pognie­cio­nej pościeli.

-?Mam nadzieję, że ten week­end pozwoli ci odpo­cząć -?zamru­czał cicho, głasz­cząc ją po gło­wie. -?Pew­nie jak zwy­kle twój szef zarzu­cał cię pracą.

-?John, jestem zale­d­wie sekre­tarką na pro­win­cjo­nal­nym lot­ni­sku - zaopo­no­wała. -?Ty w SOE odpo­wia­dasz za ważne ope­ra­cje wojenne. Bar­dzo jestem z cie­bie dumna.

-?Załóżmy się, że sprawy, któ­rymi ty się zaj­mu­jesz, są nie mniej ważne i tajne -?dowar­to­ścio­wał swoją kochankę. -?A pra­cu­jesz nie na pro­win­cjo­nal­nym lot­ni­sku, ale w taj­nej bazie sił spe­cjal­nych. Co cie­ka­wego robi­łaś w tym tygo­dniu?

-?Wspól­nie z sze­fem kom­ple­to­wa­łam doku­men­ta­cję dwóch ope­ra­cji lot­ni­czych. Na początku tygo­dnia, we wto­rek, był lot do Holan­dii w rejon Ein­dho­ven. Pole­ciało dwóch żoł­nie­rzy z SOE z wypo­sa­że­niem. W sumie sześć zasob­ni­ków dla ruchu oporu. Ale pew­nie o tym wiesz. W pią­tek był kurs do Pol­ski, chyba aż pod Kielce. Mają takie dziwne nazwy, ale ja je łatwo zapa­mię­tuję. Bar­dzo długi dystans, dla­tego pole­cieli libe­ra­to­rem. Tym razem miał być tylko zrzut mate­ria­łów. No i było tro­chę kło­po­tów z pilo­tami. Tak się zaba­wili w środę wie­czo­rem, że w ich hotelu w Tetworth Hall poja­wiła się poli­cja. Wiesz, to tajne miej­sce, tu nie­da­leko. Dotąd był spo­kój, ale po tej afe­rze miej­scowi zaczy­nają gadać różne rze­czy. A jak się Niemcy dowie­dzą, to jesz­cze coś się może stać.

-?Kocha­nie, mam tylko nadzieję, że ty będziesz bez­pieczna. -?John przy­tu­lił Nelly. -?A po week­en­dzie będzie tro­chę spo­koj­niej?

-?Raczej nie. Szef już wczo­raj dostał doku­menty na ponie­dział­kowy nocny lot do Nie­miec. Zdaje się, że gdzieś w rejon Bawa­rii. Widzisz sam, cały czas coś się dzieje.

-?A tak z cie­ka­wo­ści zapy­tam: na­dal latają tylko piloci naszych, bry­tyj­skich jed­no­stek? Kur­czę, wypa­dły mi z głowy sym­bole ich dywi­zjo­nów -?pod­pusz­czał kobietę Thomp­son.

-?Latają nasi ze 138. i 161. Dywi­zjonu Spe­cjal­nego Prze­zna­cze­nia RAF. Przez pewien czas mie­li­śmy też do dys­po­zy­cji Pola­ków z tak zwa­nej Eska­dry "C" nale­żą­cej do 138. Dywi­zjonu. W tej chwili jed­nak Polacy wcho­dzą w skład 1586. Eska­dry i od jakie­goś czasu już nie sta­cjo­nują u nas. Prze­nie­śli ich do Tunisu.

-?Teraz już koja­rzę. Ale pamięć masz naprawdę świetną. Dosyć na dzi­siaj o pracy. Obie­ca­łaś mi prze­chadzkę. Chęt­nie się prze­wie­trzę przed dal­szymi przy­jem­no­ściami.

Wło­żyli płasz­cze i wyszli na zewnątrz.

-?Dzi­siaj pokażę ci moją ulu­bioną trasę spa­ce­rową -?zade­cy­do­wała Nelly. -?Pój­dziemy przez pola, potem przez las, aż do jeziorka, gdzie lubię latem prze­sia­dy­wać. Cza­sami też się w nim kąpię.

-?Pew­nie pły­wasz nago? -?zapy­tał pro­wo­ka­cyj­nie. -?Chęt­nie bym cię wtedy popod­glą­dał.

-?Może bym i chciała, jed­nak tutaj na wsi muszę się odpo­wied­nio zacho­wy­wać. A gdyby jesz­cze zoba­czył mnie ktoś z jed­nostki, to była­bym skom­pro­mi­to­wana...

-?W takim razie zamie­niamy się w sta­tecz­nych wiej­skich spa­ce­ro­wi­czów.

Wró­cili, kiedy zaczęło już zmierz­chać. Nelly zro­biła kola­cję, do któ­rej pili wino przy­wie­zione przez Thomp­sona z Lon­dynu. John pomy­ślał, że ważną zaletą tej kobiety jest smaczna kuch­nia. Po posiłku nie mar­no­wali czasu i od razu poszli do łóżka. Kiedy skoń­czyli się kochać, usie­dli pod­parci podusz­kami.

-?Jesteś fan­ta­styczna -?wyszep­tał.

-?A ja cały czas myślę, że zna­jo­mość z tobą to jakiś piękny sen. I boję się, że zaraz się obu­dzę.

-?Wiesz, jeste­śmy chyba tymi mitycz­nymi dwiema pasu­ją­cymi do sie­bie połów­kami. Wspa­niale, że w tym wiel­kim świe­cie w końcu tra­fi­li­śmy na sie­bie.

-?Jak tak mówisz, to zaczy­nam w to wie­rzyć. Szcze­rze mówiąc, myśla­łam, że już ni­gdy nie spo­tkam kogoś, do kogo coś poczuję. Nie mówi­łam ci, ale cztery lata temu kocha­łam męż­czy­znę, naj­waż­niej­szego dotąd w moim życiu. On był dzien­ni­ka­rzem, oczy­ta­nym i bły­sko­tli­wym. Po kilku mie­sią­cach zaczął mówić o wspól­nym życiu. Spę­dza­li­śmy razem dużo czasu. Było cudow­nie. Wspo­mniał o zarę­czy­nach. Uwie­rzy­łam mu. Zresztą jak mia­ła­bym nie chcieć takiego pięk­nego związku. Po jakimś cza­sie zaczęły się pro­blemy z naszymi spo­tka­niami. Spóź­niał się, nie­które odwo­ły­wał w ostat­niej chwili. Ład­nie i logicz­nie tłu­ma­czył się aktyw­no­ścią zawo­dową, decy­zjami szefa i tak dalej. Aż jed­nego dnia, kiedy też zadzwo­nił, że zostaje w redak­cji, wybra­łam się na samotny wie­czorny spa­cer. Wtedy, przed wej­ściem do zna­nej w mie­ście restau­ra­cji, natknę­łam się na niego w towa­rzy­stwie atrak­cyj­nej szczu­płej bru­netki. Szli objęci i roze­śmiani. Kiedy mnie zoba­czył, po pro­stu odwró­cił głowę w inną stronę. Potem już się nie ode­zwał. Tak się zała­ma­łam, że przez kilka mie­sięcy widok idą­cych ulicą par dopro­wa­dzał mnie do roz­pa­czy. Kiedy tro­chę doszłam do sie­bie, zro­zu­mia­łam, że jestem do niczego i nikogo nie inte­re­suję. Przez te lata, zanim spo­tka­łam cie­bie, żaden męż­czy­zna nie pró­bo­wał się ze mną umó­wić. Niby pra­cuję wła­ści­wie z samymi face­tami, ale dla wszyst­kich jestem kole­żanką z pracy, a nie kobietą. Wyobra­żasz to sobie? Teraz chyba rozu­miesz, dla­czego tak trudno mi uwie­rzyć w twoje miłe słowa na mój temat. Odmie­ni­łeś moje życie. Czę­sto myślę, że zro­bi­ła­bym dla cie­bie wszystko.

John przy­tu­lił Nelly. Cało­wał ją i gła­skał. Potem znów zaczęli się kochać, naj­pierw bar­dzo deli­kat­nie, potem coraz gwał­tow­niej. A po wszyst­kim zasnęli.

Po śnia­da­niu Nelly zabrała go na zwie­dza­nie oko­lic jej miej­sca pracy. Naj­pierw wiel­kim łukiem obe­szli teren lot­ni­ska. Kobieta opo­wia­dała mu, co mie­ści się w poszcze­gól­nych budyn­kach. John ze zdzi­wie­niem skon­sta­to­wał, że lot­ni­sko nie ma wła­ści­wie żad­nej ochrony. Nie było ogro­dzone, to paso­wało do legendy gospo­dar­stwa rol­nego. A jedyny poste­ru­nek war­tow­ni­czy mie­ścił się na par­te­rze wieży kon­troli lotów, obok któ­rej bie­gła wąska droga wjaz­dowa na lot­ni­sko.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki