Rozdział 1
Któregoś wczesnego ranka w Dolinie Muminków
Włóczykij obudził się w swoim namiocie i poczuł, że nadeszła
jesień i czas ruszać w drogę.
Taki wymarsz jest zawsze nagły. W jednej chwili
wszystko się zmienia, temu, kto odchodzi, zależy na każdej minucie,
szybko wyciąga namiotowe śledzie i gasi żar, zanim ktokolwiek przyjdzie
przeszkadzać i wypytywać, i zaczyna biec, w biegu zarzucając plecak,
i wreszcie jest już w drodze, raptem spokojny niczym wędrujące drzewo,
na którym nie rusza się ani jeden liść. Tam, gdzie stał namiot,
świeci pusty prostokąt zbielałej trawy. Później, kiedy zrobi się
dzień, zbudzą się przyjaciele i powiedzą: "Odszedł, widać jesień
się zbliża".
Włóczykij szedł drobnym, spokojnym krokiem przez
gęsty las. Zaczęło padać. Deszcz kropił na jego zielony kapelusz
i na płaszcz nieprzemakalny, który też był zielony, szemrał
i pluskał ze wszystkich stron, a las otaczał go łagodną, cudowną
samotnością.
Dużo się tu spotykało dolin wzdłuż wybrzeża. Przy
nich góry schodziły do morza długimi, uroczystymi fałdami, ku cyplom
i zatokom wcinającym się głęboko w przybrzeżne pustkowie. W jednej
z tych dolin mieszkała całkiem samotnie pewna Filifionka. Włóczykij
już nieraz widywał Filifionki i wiedział, że one zawsze robią
wszystko po swojemu, według swoich własnych głupich zasad. Toteż
nigdy nie zachowywał się tak cicho jak wtedy, gdy przechodził koło
domu jakiejś Filifionki.
W ogrodzeniu sterczały spiczaste kołki, furtka
była zamknięta, ogród całkiem pusty. Sznury do rozwieszania bielizny
zostały schowane, drzewo na opał zniknęło. Nie było hamaka ani
mebli ogrodowych. Nic z tego uroczego nieporządku, jaki zwykle w lecie
panuje wokół domu, ani grabi, ani wiadra, ani zapomnianego kapelusza
czy miseczki z mlekiem dla kota, nic z tych wszystkich swojskich rzeczy,
które czekają na następny dzień i czynią dom przyjaźnie otwartym
i zamieszkanym.
Filifionka wiedziała, że nadeszła jesień,
i zamknęła się w środku. Jej dom wydawał się całkowicie
nieprzystępny i opustoszały. Lecz ona była w nim, schowana w jego
najgłębszym wnętrzu, za szczelnymi ścianami i murem świerków
zasłaniających okna.
Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie
jest przykrym okresem. Zabezpiecza się wtedy różne rzeczy, gromadzi
się i chowa jak największą ilość zapasów. Przyjemnie jest zebrać
wszystko, co się ma, tuż przy sobie, możliwie najbliżej, zmagazynować
swoje ciepło i myśli i skryć się w głębokiej dziurze, w samiutkim
środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie można bronić tego, co ważne
i cenne, i swoje własne. A potem niech sobie sztormy, ziąb i ciemności
przychodzą, kiedy chcą. Niech się tłuką o ściany, szukając po
omacku wejścia, i tak go nie znajdą, bo wszystko jest zamknięte,
a w środku siedzi ten, kto był przezorny, siedzi i śmieje się,
zadowolony z ciepła i samotności.
Są tacy, co zostają w domu, i tacy, co
odchodzą. Zawsze tak było. Każdy może sam wybrać, ale musi
to zrobić, póki jeszcze czas, i w żadnym razie nie rozmyślić
się.
Filifionka zabrała się do trzepania dywanów na
podwórku za domem. Trzepała zajadle, równo odmierzanymi uderzeniami,
bez reszty pochłonięta tym zajęciem, które najwyraźniej sprawiało
jej wielką przyjemność. Włóczykij szedł dalej, palił fajkę
i myślał: "Obudzili się teraz w Dolinie Muminków. Tatuś nakręca
zegar i puka w barometr. Mama rozpala w piecu. A Muminek wychodzi na
werandę i widzi, że miejsce, gdzie stał namiot, jest puste. Zagląda
do skrzynki na listy koło mostu, a w niej też pusto. Zapomniałem
o liście pożegnalnym, nie zdążyłem go napisać. Ale wszystkie moje
listy są jednakowe: "Wrócę w kwietniu, bądź zdrów. Odchodzę,
wrócę z wiosną, trzymaj się". On przecież wie".
I Włóczykij szybko zapomniał o Muminku.
O zmroku doszedł do długiej zatoki leżącej
w wiecznym cieniu między górami. W jej głębi, tam gdzie stała
gromadka ciasno do siebie przytulonych domów, świeciły nieliczne
wczesne światła.
Padał deszcz i na dworze nie było nikogo.
Tu mieszkali Paszczak, Mimbla i Gapsa, pod każdym
dachem mieszkał ktoś, kto postanowił nie odchodzić, ci, którzy
chcieli zostać w domu. Włóczykij przemknął koło podwórek, wszedł
w cień i zachowywał się, jak mógł najciszej, bo nie chciał
z nikim rozmawiać. Duże domy, małe domy, jedne tuż przy drugich,
niektóre połączone ze sobą, ze wspólnymi rynnami i pojemnikami na
śmiecie, zaglądające sobie do okien i wąchające zapachy kuchenne
od sąsiadów. Kominy, wysokie dachy i żurawie studzienne, a w dole
wydeptane ścieżki od drzwi do drzwi. Włóczykij szedł szybko
i cicho i myślał: "Och, wy, domy, jak ja was wszystkich nie
cierpię!".
Było już teraz prawie ciemno. Łódź
Paszczaka leżała wyciągnięta aż pod olchy, przykrywał ją
szary brezent. Trochę wyżej leżały wiosła, maszt i ster. Były
sczerniałe i popękane, bo niejedno lato minęło, a nikt ich nigdy
nie używał. Włóczykij otrząsnął się i poszedł dalej.
Lecz mały Toft, schowany w łodzi Paszczaka,
usłyszał jego kroki i wstrzymał oddech. Kroki oddaliły się powoli
i znów było cicho, tylko deszcz uderzał o brezent.
Ostatni dom stał całkiem samotnie pod
ciemnozieloną ścianą świerkowego lasu i tu naprawdę zaczynało
się pustkowie. Włóczykij szedł coraz szybciej, prosto w stronę
lasu. Wtedy w ostatnim domu ktoś uchylił trochę drzwi i bardzo stary
głos zawołał:
- Dokąd idziesz?
- Nie wiem - odpowiedział Włóczykij.
Drzwi zamknęły się i Włóczykij wszedł
w las. Miał przed sobą sto mil ciszy.