Zielona wyspa Rozdział 1
W ostatni dzień lata król Vortigern Vortigern zatrzymał konia tuż przed tratwami prowadzącymi na Zieloną Wyspę. Wioślarze już czekali, ale on nie spieszył się. Chciał jeszcze przez chwilę poczuć wiatr na twarzy i zapach końca lata. Ostatnie miesiące spędził w drodze i był zmęczony - nie fizycznie, lecz wewnętrznie. Wiedział, że za chwilę znów usłyszy uprzejme, nieszczere słowa i zobaczy uśmiechy, które nic nie znaczą. Od kiedy został królem, jego kontakty z ludźmi zmieniły się diametralnie. Wszyscy, bez wyjątku, byli dla niego mili. Prawili mu komplementy, a najgorsze, że w kółko przytakiwali, nawet jak nie miał racji. Bethoc przynajmniej był na tyle odważny, by wyrazić swoje zdanie. Pozostali szeptali za plecami króla, bali się podzielić się opinią prosto w oczy. Bywały momenty, że ich potulność go przytłaczała. Pragnął być przede wszystkim sobą, a potem królem, ale było to tylko jedno z marzeń, które nie miało szansy się zrealizować. Rozmyślania Vortigerna przerwało przybicie do brzegu. Tan Bethoc wyszedł mu na spotkanie, uścisnął dłoń i zaprosił do domu - największego w całej osadzie, choć nadal prostego, drewnianego gospodarstwa. Zasiedli w obszernej sali z paleniskiem pośrodku. Vortigern odetchnął - dach znajdował się wysoko, a dym uchodził przez otwór nad ogniem, co pozwalało swobodnie oddychać. Kolejne potrawy pojawiały się na stole. Rozmowy wokół króla toczyły się wartko, ale on nie potrafił się skupić. Jego myśli wracały na brzeg jeziora i do cichego zachodu słońca, który dziś miał przegapić. Po kolejnym obfitym daniu i ponownej odmowie alkoholu zdecydował się jednak wyjść na chwilę, zatrzymując chcących mu towarzyszyć dworzan kiwnięciem głowy. Bycie królem miało swoje zalety, lubił, kiedy nie dyskutowali z niektórymi jego decyzjami, ale jak wiadomo, każdy kij ma dwa końce. Z ulgą opuścił salę wypełnioną wojownikami i ich pięknymi towarzyszkami. Poszedł na brzeg, gdzie wcześniej wypatrzył ciekawą skałę, doskonałą do obserwacji zarówno nieba, jak i jeziora. Usiadł na jej skraju, spuszczając nogi. Wpatrywał się w wodę odbijającą w niezmąconej tafli gwiaździste niebo. Położył się i oddychał spokojnie, ciesząc się z tych krótkich chwil upragnionego relaksu. Nagle niedaleko trzasnęła gałązka, a potem usłyszał wyraźne kroki w trawie. Poderwał się i uważnie patrzył w noc. Zza drzewa wyszła mała dziewczynka. Miała może siedem lat. Zaskoczona wpatrywała się w mężczyznę.
- Dlaczego zająłeś moje miejsce? - spytała zdziwiona. Vortigern uśmiechnął się delikatnie i rozluźnił - to tylko dziecko.
- Przepraszam, nie wiedziałem, że to twoje miejsce - uśmiechnął się do niej. - Było tak kusząco piękne, że nie mogłem się oprzeć. Gwiazdy dziś są bardzo niezwykłe, prawda? - spytał miękkim głosem. Nie chciał wystraszyć dziewczynki, ale dziwiło go, że tak późną nocą chodzi sama po obejściu.
- No - odparła wesoło. - Jak moja piastunka zaśnie, często się wymykam je oglądać - uśmiechnęła się i podeszła bliżej. W jej jasnych zielonych oczach dostrzegł beztroskę, którą sam dawno utracił. Zazdrościł jej tego. - A ty kim jesteś? - spytała. - Nie widziałam cię tu wcześniej - oparła ręce na biodrach, jakby to miało dodać jej powagi. Bardzo nie chciał się śmiać z jej wojowniczych zapędów.
- Jestem gościem tana. Ale nie mogłem nie skorzystać z możliwości podziwiania tak pięknego nieba - wytłumaczył.
- No - dziewczynka rozluźniła się, podeszła do skały i usiadła tam, gdzie on wcześniej. Zastanowił się chwilę i przysiadł obok niej. Popatrzą chwilę, a potem odprowadzi ją do domu, zanim piastunka zaangażuje pół gospodarstwa do poszukiwań. Obydwoje chłonęli piękno tej chwili. Vortigern przypominał sobie te beztroskie lata, kiedy z ojcem łowili ryby albo gdy Duncan uczył go nazw gwiazdozbiorów. Zagadnął dziewczynkę o nie i zdziwił się, że tak dużo o nich wie, jednocześnie zaciekawił ją opowieściami o gwiazdach, których nie znała.
Słuchała z zaciekawieniem, od czasu do czasu świdrując go zielonymi oczami lub badawczo przyglądając się jego niebieskim tęczówkom.
- Czemu mi się tak przyglądasz? - spytał w końcu. Ciekawiło go, jaka myśl pojawiła się w tej rudej główce.
- Bo tak myślę, że twoje oczy mają kolor nieba w dzień, a włosy masz koloru słońca. Na pewno nie jesteś jakiś magiczny?
- Nie - zaśmiał się szczerze. Ruda naburmuszyła się trochę. Nie miał zbyt dobrego podejścia do dzieci, ale rozmowa z siedmiolatką była ciekawą odskocznią od codzienności. - O to samo mógłbym spytać ciebie. Takie figlarne zielone oczy i kręcone rude włosy. Jak nic, jesteś małym chochlikiem, który nocą robi ludziom kawały, prawda? - uśmiechnął się. Dziewczynka wahała się, ale tylko chwilę, i za moment śmiała się razem z nim.
- Głupiś - podsumowała. - Chochliki są mniejsze i nie wyglądają jak dziewczynki, tylko są całe w futerku - tłumaczyła z przejęciem.
Nie sądził, że usłyszenie od kogoś, że jest głupi, może mu sprawić taką frajdę. Ta mała nie miała zielonego pojęcia, kim on jest, i bardzo chciał, żeby tak zostało. Po krótkim wykładzie na temat chochlików i innych magicznych stworów dziewczynka ziewnęła i oznajmiła, że wraca do domu. Odprowadził ją do dworu i wślizgnął się z powrotem do sali. Kolejne dania pojawiły się na stole. Westchnął głęboko i usiadł koło Bethoca. Ciekawe na kogo ta mała wyrośnie? Uśmiechnął się pod nosem.
Rozdział 2
10 lat później
Na wyspie w niezamieszkanej chatce piastunki córki Bethoca,, ogień wesoło podskakiwał w piecu. Tamara wciąż czuła ciepło jego dłoni na skórze, kiedy podeszła do pieca i dorzuciła drewna. Zimno ranka nie miało znaczenia - nie, gdy leżał tuż obok. Wróciła do łóżka i przytuliła się do przystojnego młodego mężczyzny. Zamknęła oczy, rozkoszując się jego bliskością.
- Całe szczęście, że moja piastunka zamieszkała w gospodarstwie. Pomyśl, gdyby nie ten pusty dom, to gdzie byśmy się spotykali? W stajni, w której doglądasz koni mojego ojca? Czy w lesie, gdzie ciągle natykam się na ludzi zbierających dary przyrody... - spojrzała na niego. Uśmiechnął się i pocałował ją w czoło.
- Wiesz, na temat spotykania się... Chyba powinniśmy coś omówić - zaczął nieco zmieszany. Odsunął się trochę od niej i wsparł na łokciu. Kołdra zsunęła się z jego ramienia i ukazała muskularny tors. Dziewczyna uśmiechnęła się i pogładziła go dłonią. Mężczyzna wziął ja za rękę.
- Tamaro - zaczął. - Jestem w takim wieku, że przyszedł czas, abym pomyślał o ślubie. Nie mogę być wiecznie stajennym u twojego ojca - mówił, ostrożnie dobierając słowa. Dziewczyna wpatrywała się w niego z zainteresowaniem. Serce coraz bardziej łomotało jej z podniecenia. - W związku z tym nie możemy się dalej spotykać - wyksztusił w końcu z siebie. Dziewczyna zastygła. W sekundę zamarzła. Nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. Serce przestało bić - a przynajmniej tak to czuła. Poczuła ogromną potrzebę zasłonięcia się kołdrą przed oczami kochanka. Mężczyzna patrzył na nią chwilę i chyba zadowolony z takiej spokojnej reakcji poczuł się zachęcony do kontynuowania. - Bo widzisz, w następną sobotę jest mój ślub z córką młynarza, Hermenegildą. Pamiętasz ją, często przynosi mąkę do waszego gospodarstwa. No i po prostu byłoby nie w porządku, gdybym się dalej z tobą spotykał - zmusił się do uśmiechu. Tamara powoli odzyskiwała jasność myśli. Nie jest w porządku to, żeby się z nią spotykał po ślubie, ale w porządku jest, że sypia z nią teraz? Co za naiwność! Ona myślała, że to z nią chce się ożenić, że jest z nią, bo coś do niej czuje! Idiotka! Powoli krew zaczęła się w niej burzyć. Jej blada twarz stała się niemal czerwona. Wyskoczyła z łóżka, okrywając się szczelnie kołdrą.
- Wynoś się ty kłamco! Ty szumowino, ty męska świnio! - krzyczała. - Nie chcę cię więcej widzieć! Jeśli zobaczę cię choćby raz w mojej stajni, to utnę ci łeb! - złapała nóż, który zawsze trzymała przy sobie, a który spoczywał teraz na jej rzeczach. Ściskała go tak mocno, że zbielały jej kostki. Mężczyzna był wyraźnie niezadowolony z wybuchu gniewu Tamary. Wygramolił się z łóżka i zaczął się w pośpiechu ubierać. Ruda podeszła do drzwi i otworzyła je szeroko, ze zniecierpliwieniem czekając, aż wiarołomny kochanek opuści izbę. Mężczyzna zapiął spodnie i zaczął zakładać koszulę.
- I po co te sceny? - mruczał pod nosem. - Nic ci nie obiecywałem - dodał. - A ostrzegali, uważaj na rude, są nieobliczalne - warknął. Tamarę zalała fala wściekłości.
- Wynocha, już! - krzyknęła i zamachnęła się na niego jego butem. Mężczyzna osłonił głowę rękoma i uchylił się przed ciosem. Wybiegł jednak z chatki na wszelki wypadek, przeklinając pod nosem nieracjonalną niewieścią wściekłość. Zaraz za nim z chaty wyleciały oba buty. Zebrał je szybko i ruszył w stronę pobliskiej wsi.
Dziewczyna z hukiem zamknęła drzwi, oparła się o ścianę koło pieca i rozpłakała. Była wściekła, ale nie wiedziała, czy bardziej na niego czy na siebie i swoją naiwność. Kiedy wściekłość w niej rosła, zmieniając odcienie, Tamara postanowiła dać jej ujście, zanim zwariuje. Ubrała się szybko, wygasiła piec i pobiegła do domu. Minęła starą piastunkę, której nie odpowiedziała na pytanie, dokąd się tak spieszy, i pobiegła do stajni. Osiodłała swojego konia i pognała na nim galopem do bramy. Po drodze potrąciła niechcący Hermenegildę, która właśnie przywiozła mąkę, ale nie zważała na to, że zostawia dziewczynę całą białą, umorusaną mąką z rozerwanego worka. I dobrze jej tak - przemknęło Tamarze przez myśl. Minęła przeprawę na jeziorze i pognała dalej. Jechała już bardzo długo, zanim uspokoiła myśli i z opanowaniem odetchnęła. Jego strata, pomyślała o byłym kochanku. Ale zdecydowanie musi odpocząć od mężczyzn. Zorientowała się, że zajechała stanowczo za daleko, nie wiedziała, gdzie się znajduje. Z domu wyjechała o wschodzie słońca, a teraz już się powoli zmierzchało. Tylko że jechała zdecydowanie szybciej niż zazwyczaj. No i zwykle nie zapuszczała się aż tak daleko. W zasadzie nigdy się nie oddalała, nie licząc corocznych zabaw młodzieży na stałym lądzie. Ale to też było po sąsiedzku. Dlaczego za każdym razem, kiedy ojciec chciał ją zabrać na naradę do zamku króla, odmawiała? Przynajmniej poznałaby trochę świata i nie zgubiłaby się teraz. Mimo rozejmu i sojuszy nie było do końca bezpiecznie. Szpiedzy Pana z Twierdzy pracowali bez wytchnienia, aby ich władca był na bieżąco ze wszystkimi wydarzeniami. A jako córka jednego z tanów zdecydowanie nie powinna się narażać na niebezpieczeństwo. Koń zachowywał się niespokojnie. Zarzucał łbem i parskał co jakiś czas. Przestraszyła się. Chciała zejść z konia, ale zanim zdążyła to zrobić, w jej ramię wbiła się strzała. Tamara krzyknęła, straciła równowagę i spadła. Szybko się podniosła i złapała za ramię. Wyciągnęła miecz, który zawsze ze sobą zabierała, kiedy opuszczała gospodarstwo. Zaatakowało ją dwóch mężczyzn. Zamachnęła się z lewej, zaskakując przeciwnika. Cios nie był silny, ale wystarczył, by go odsunąć. Walczyła z nimi nieudolnie, zmagając się z bólem w lewym ramieniu. Całe szczęście, że w lewym! Przynajmniej miała jakieś szanse - nikłe, ale miała. Nie chcieli jej zabić. Gdyby mieli taki zamiar, już dawno ustrzeliliby ją jak kaczkę. Ale nie zamierzała się poddać. Z cienia, gdzie nikogo nie powinno być, para oczu śledziła każdy jej ruch. Rudowłosa walczyła z determinacją, ale i bezsilnością. Ten ktoś wiedział, że długo tak nie pociągnie. A poza tym likwidacja szpiegów z Twierdzy zawsze była właściwym wyborem. Wyciągnął miecz i przyłączył się do walki. Zanim uporał się z jednym z napastników, drugi zdążył już drasnąć dziewczynę kilka razy, a widząc, że plan jej uprowadzenia się nie uda, ranił ją dość poważnie. Nie opłacało się o nią walczyć, mogli więc ją spokojnie zabić. Obrońca pospieszył się z dobiciem drugiego napastnika, ale dziewczyna już się słaniała na nogach. Traciła dużo krwi. Podszedł do niej i przycisnął zdjęty płaszcz do rany na jej brzuchu. Kiedy podprowadził ją do konia, a potem pomógł wsiąść, wydała z siebie jęk. Widział, że słabła. "Jeśli umrę, to przynajmniej z mieczem w dłoni...". Robiło jej się ciemno przed oczami, a po chwili świadomość wracała, i tak co chwila. Od tego kalejdoskopu zrobiło jej się niedobrze. Mężczyzna posadził ją na koniu i gdzieś prowadził. Poddała się. Chyba nie chciał jej zrobić krzywdy, przecież by jej wtedy nie ratował, prawda? Ostatnią rzeczą, jaką pamiętała, były blond włosy mężczyzny, takie specyficzne, zupełnie jak słońce. A potem straciła przytomność.
Rozdział 3
Ocknęła się w łóżku. Rękę miała już zabandażowaną, a brzuch obłożony czymś lepkim. Rozejrzała się po wnętrzu. Drewniana chatka - prosta, niemal zwyczajna. Ale coś ją odróżniało. Może ten płonący piec, może trofea, które wyglądały, jakby ktoś pielęgnował je z dumą. Może cisza. Albo po prostu ciepło. Od kuchni odsunął się mężczyzna, który ją uratował. Niósł jakiś wywar w glinianym kubku. Usiadł koło niej na łóżku. Teraz dopiero mu się uważnie przypatrzyła. Blond włosy, nieco okrągła twarz z kilkudniowym zarostem, wokół niebieskich oczu widać było już małe kurze łapki. Oceniła go na mniej więcej trzydzieści lat. Wyglądał na bardzo zmęczonego i smutnego. Podał jej wywar, nic nie mówiąc. Wahała się tylko chwilę, ale potem wypiła do dna. Całe ciało pulsowało bólem. Ramię paliło, brzuch bolał przy każdym oddechu, a noga - jakby odrętwiała. Nie była pewna, czy bardziej boli ją ciało, czy duma. Gdyby nie ten mężczyzna, nie wiadomo, co by się stało. A ona teraz jeszcze nie może się ruszyć i sprawia mu kłopot.
- Przepraszam - wydukała zachrypłym głosem.
- Bez przesady - uśmiechnął się, ale było w tym uśmiechu dużo dystansu i chłodu. Nie pasowało to do jego ciepłego dotyku.
- Ja jechałam, nie wiem ile, a potem ci mężczyźni... - próbowała skupić myśli. - Gdzie jestem i kim ty jesteś? - wpatrywała się w niego z ciekawością.
- Jesteś na ziemiach króla Vortigerna, a ja jestem... - zawahał się. - Jestem głównym łowczym króla. Nazywam się Emer. Znajdujemy się w chacie myśliwskiej należącej do króla. Czasem przyjeżdża tu na polowania, a pod jego nieobecność ja dbam o to miejsce.
- Tak daleko dotarłam? - zdziwiła się,
- A ty kim jesteś?
- Jestem... - też się zawahała. - Tamara. Mieszkam na Zielonej Wyspie. Byłeś tam kiedyś?
- Kiedyś pewnie tak - próbował sięgnąć pamięcią tak daleko. Zamknął oczy. Jego twarz nabrała surowego wyrazu. Na pewno tam był. U tana Bethoca. Ale to było tak dawno temu, że już nawet nie pamiętał... Wyczuł, że dziewczyna wpatruje się w niego swoimi, nieco naiwnymi, zielonymi oczami. Była taka młoda i miała przepiękne rude loki, które teraz były trochę brudne i posklejane błotem. - Odpocznij. Za chwilę zdejmę ci ten okład z brzucha i zrobię opatrunek- wstał i odstawił kubek. Przyniósł miskę z wodą, świeże bandaże. W napoju było coś usypiającego, więc zanim mężczyzna skończył, Tamara już spała. Zasnęła z myślą, że jego ciepły łagodny dotyk nie pasuje do chłodu oczu i uśmiechu.
Obudziła się o wschodzie słońca. W izbie było dość chłodno, piec wygasł, kominek także. Mężczyzna spał przed kominkiem przykryty tylko cienkim materiałem. Zdziwiła się, że było mu wystarczająco ciepło i dla pewności sama przykryła się puchową kołdrą. Wcale nie było jej za gorąco. Rozejrzała się jeszcze raz. Dostrzegła regalik z książkami. Chętnie by po jakąś sięgnęła, ale niestety poruszanie się sprawiało jej ból. Utknęła tu na dobre, gorzej, utknęła w łóżku na dłużej - była to tortura, przed którą mogły ją uratować tylko książki. Oparła głowę na poduszce. Przecież będą jej szukać! Znów się uniosła. Musi wrócić do domu! Próbowała się ułożyć, żeby wygodnie jej było wstać, ale efekt był taki, że jej stęknięcia obudziły Emera. Spojrzał na nią zaspanym wzrokiem. Nie rozumiał, czemu nagle aż tak się martwi. A jednak - coś w jego piersi drgnęło. Nie był na to gotowy. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że chciała wstać. Zaśmiał się pod nosem. Podszedł do łóżka.
- Daj sobie spokój. Jesteś za słaba. Poza tym może ci się otworzyć rana. Nie po to się tak napracowałem w jej opatrywaniu, żebyś teraz wszystko zepsuła - zabrzmiał nieco szorstko.
- Przepraszam - wydukała. - Muszę wracać do domu, pewnie mnie szukają - tłumaczyła się.
- Leż - rozkazał. - Wysłałem wronę do tana Bethoca, żeby powiadomił twoją rodzinę - wyjaśnił. Dziewczyna zastygła. A jeśli ojciec odeślę wronę i Emer dowie się, że jest córką tana? Pewnie nie będzie już... - zamyśliła się - ...miły? Przecież wcale nie jest. Pewnie gdyby się dowiedział, kim ona jest, dla odmiany jednak zacząłby być. Nie lubiła mówić innym, kim jest. Rówieśnicy zawsze traktowali ją trochę z dystansem, zwłaszcza po zawarciu sojuszu i połączeniu się plemion. Co innego było być córką wodza, a co innego - córką doradcy króla.- Coś nie tak? - spojrzał podejrzliwie.
- Nie - odparła niewinnie i pokręciła głową. Burza loków zakołysała się uroczo.
- Chyba powinnaś się umyć - popatrzył krytycznie. - Ale teraz jeszcze jesteś za słaba. No trudno, jakoś będziesz musiała się jeszcze przemęczyć - odszedł w stronę kuchni. Dziewczyna naburmuszyła się. Miała ochotę zakryć się kołdrą i nigdy spod niej nie wychodzić albo zapaść się pod ziemię. Na pewno chciała zniknąć. Mężczyzna postawił koło niej śniadanie i wyszedł na zewnątrz do koni. Nie tknęła ani kęsa. Zawinęła się w pościel jak w kokon i nawet udało jej się zasnąć. Obudziła się, gdy słońce było już wysoko na niebie. Mężczyzna krzątał się w kuchni, kończąc przygotowywać coś prostego do jedzenia. Była wdzięczna, że jej nie budził. Odpoczynek dobrze na nią podziałał. Emer postawił koło niej misę z jedzeniem, a sam usiadł przy pobliskiej ławie. Jadła bez słowa, co jakiś czas zerkając na niego. Zabrał misę i już zmierzał do kuchni, kiedy odwrócił się i zapytał:
- Potrzebujesz czegoś? - jego ton zdecydowanie złagodniał. Zastanawiała się chwilę, czy prosić, czy nie.
- Książki - wyszeptała, jakby to było coś wstydliwego. Albo cennegodor. Wyglądał na zaskoczonego.
- Książki? - dopytał się. Czyżby wyczuła w jego głosie nutkę pogardy? Nie wierzył, żeby ktoś taki jak ona mógł być zainteresowany książkami?
- Tak, książki - odparła nieco pewniej. Emer uśmiechnął się pod nosem.
- Skoro tak, proszę - wyciągnął z biblioteczki książkę i podał jej. "Sztuka prowadzenia wojny" - przeczytała na okładce.
- Już to czytałam, ale dziękuję za próbę.
- Słucham?
- Już to czytałam, dziękuję - akcentowała każdą literę. Spojrzała mu prosto w oczy, uśmiechając się z niewinną złośliwością. Zmieszał się, ale podał następną książkę,. "Jak być księciem idealnym" - przeczytała i mu oddała.
- Czytałaś? - spytał zdziwiony, ale już bez podśmiewywania się pod nosem. Skinęła głową. Przebiegł wzrokiem pozostałe książki. - A "Nieznane historie twierdzy"? - spytał. Szczerze, bez głupich insynuacji.
- Tego nie - wzięła książkę. - Dziękuję - i zagłębiła się w lekturze. Pod wieczór Emer usiadł koło niej z miską wypełnioną wodą i kawałkiem materiału w dłoniach oraz wywarem z ziół w miseczce. Odłożyła książkę i spojrzała na niego. Tym razem zdziwiła ją łagodność w jego oczach. Nie był zimny. Tylko zraniony. To z oczu wychodził chłód, nie z dłoni.
- Przyniosłem... - zaczął. Odchrząknął i kontynuował. - Przyniosłem wodę, bo pomyślałem, że pomogę ci chociaż z tym błotem na włosach - uciekał wzrokiem. Ale po chwili zdecydowanie zanurzył szmatkę w wywarze, przeczesał jej rude loki, a potem wypłukał wodą. Zostawił jej resztę wody i wywaru, żeby mogła się umyć. Poczuła się dużo lepiej, a potem zawinęła w kołdrę i zasnęła po tym, jak Emer znów zmienił jej opatrunek.