Dolina gniewu. Christian Abell. Tom 5 - Krzysztof Bochus

Kup ebooka

46.90 zł
37.52 zł (28,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział I

Do­lina Krza­cza­stego Młyna

.

1.

23 marca 1945

Mo­no­tonny war­kot sil­ni­ków sa­mo­lotu Focke-Wulf 200 dzia­łał usy­pia­jąco. Abell wyj­rzał przez okienko. Le­cieli na sto­sun­kowo ni­skiej wy­so­ko­ści, aby unik­nąć alianc­kich my­śliw­ców. Pod nimi roz­po­ście­rał się po­ły­sku­jący me­ta­licz­nie bez­miar Mo­rza Pół­noc­nego.

Co cze­kało go u celu tej ry­zy­kow­nej eska­pady? Co za­sta­nie w Gdań­sku? W mie­ście, któ­remu tak wiele po­świę­cił i które go tak bez­przy­kład­nie zdra­dziło? Kiedy opusz­czał je w paź­dzier­niku ubie­głego roku, był prze­ko­nany, że osta­tecz­nie za­myka pe­wien roz­dział swego ży­cia, do któ­rego nie ma już po­wrotu. A jed­nak sie­dział te­raz w bom­bowcu, kie­ru­jąc się na wschód, skąd wszy­scy ucie­kali z obawy przed so­wiec­kimi hor­dami bar­ba­rzyń­ców. Jak zwy­kle pod prąd, uśmiech­nął się do sie­bie za­my­ślony.

Co wię­cej, nie wie­dział na­wet, do ja­kiej Ho­lan­dii wróci. Kraj po­dzie­lony był na dwie czę­ści[I]. Po­łu­dniowe Ni­der­landy zo­stały wy­zwo­lone przez alian­tów już je­sie­nią 1944. Jed­nak pół­noc z Rot­ter­da­mem i Am­ster­da­mem na­dal po­zo­sta­wała w rę­kach nie­miec­kich, choć sy­tu­acja mo­gła zmie­nić się w każ­dej chwili.

W tych oko­licz­no­ściach na cud mógł za­kra­wać fakt, że udało mu się zdo­być miej­sce w sa­mo­lo­cie. Wy­ko­rzy­stał swoje zna­jo­mo­ści w ho­len­der­skiej pla­cówce SD[1]. Jego dawny ko­lega z gdań­skiego Kripo za­ła­twił mu zgodę na lot do Gdań­ska woj­sko­wym bom­bow­cem dłu­go­dy­stan­so­wym, który miał za­brać znad Bał­tyku ostat­nich funk­cjo­na­riu­szy SD.

- Chri­stian, wiesz, że to sza­leń­stwo - po­wie­dział mu Kurt.

Abell mil­czał. Sie­dział ze sto­ic­kim spo­ko­jem na nie­wy­god­nym fo­telu, w pełni świa­domy, że jego roz­mówca ma ra­cję.

- Na­wet nie jest pewne, czy do­trze­cie na miej­sce. Po­le­ci­cie bez żad­nej osłony. Alianci mają cał­ko­witą prze­wagę w po­wie­trzu, a Gdańsk prze­jęli So­wieci. To los na lo­te­rii. Star­tu­je­cie w nocy, ale nad ra­nem, nad Bał­ty­kiem, bę­dzie­cie już wi­docz­nym ce­lem.

- Mu­szę to zro­bić, Kurt. Nie mam wy­boru.

Jesz­cze ty­dzień wcze­śniej nic nie za­po­wia­dało ta­kiego biegu wy­da­rzeń. Mógłby na­wet po­wie­dzieć, że do­cze­kał się ma­łej ży­cio­wej sta­bi­li­za­cji. Anna ba­wiła się w swoim po­koju. Sły­szał, jak mówi piesz­czo­tli­wie do lalki, którą zdo­był dla niej na pchlim targu w Rot­ter­da­mie. W kuchni sy­czał eks­pres do kawy. Gabi pa­rzyła ją z kawy zbo­żo­wej i resz­tek cy­ko­rii. Do Ho­lan­dii też do­tarła wo­jenna bieda.

Ta mik­stura wy­krzy­wiała twarz, ale ni­gdy nie dał tego po so­bie po­znać. Miał prze­cież wszystko, czego po­trze­bo­wał. Dwie ko­biety, które wy­peł­niały mu całe ży­cie, były jego lo­sem i prze­zna­cze­niem. To dzięki nim miał dla kogo żyć, wsta­wać rano i bo­ry­kać się z lo­sem. Nie­gdyś w od­le­głym zło­tym mie­ście strzegł prawa i po­rządku. Uga­niał się za ban­dy­tami, któ­rzy po­zo­sta­wiali po so­bie głowy ofiar za­ko­pane w pia­sku na bał­tyc­kiej plaży. Lu­bił to ży­cie wy­peł­nione ad­re­na­liną i mro­kiem. Te­raz był ży­cio­wym roz­bit­kiem, out­si­de­rem bez mun­duru i ja­kiej­kol­wiek przy­na­leż­no­ści. Całą ener­gię po­świę­cał na zdo­by­cie wę­gla na zimę, le­ków dla Gabi czy mleka dla Anny. I było mu z tym do­brze. On już wy­ko­nał swoją normę, a świat, który znał i ro­zu­miał, na jego oczach ob­ra­cał się w ru­mo­wi­sko. Przy­szłość sta­no­wiła jedną wielką nie­wia­domą, ale jed­nak była na­dzieja. Niemcy prze­gry­wali wojnę. Mo­gło być tylko le­piej.

Dla­tego nie ocze­ki­wał od losu zbyt wiele. Chciał tylko do­cze­kać końca wojny i cza­sów, gdy Ania pój­dzie do szkoły. Pra­gnął ob­ser­wo­wać, jak ro­śnie i za­mie­nia się w młodą ko­bietę. A po­tem po­pro­wa­dzić ją do oł­ta­rza i za­tań­czyć na jej ślu­bie.

Gabi po­sta­wiła przed nim pa­ru­jący ku­bek i sia­dła obok. Otu­liła nogi ple­dem, było prze­raź­li­wie zimno. W tym mo­men­cie za­dzwo­nił te­le­fon. Chri­stian pod­niósł się szybko, tknięty złym prze­czu­ciem. Przy­ło­żył do ucha słu­chawkę.

- Zna­leźli go - po­wie­dział krótko Ku­kulka.

- Gdzie?

W sku­pie­niu wy­słu­chał in­for­ma­cji prze­ka­zy­wa­nych przez wach­mi­strza.

- To pewne? - za­py­tał ci­cho, jakby chciał usły­szeć za­prze­cze­nie.

- Jesz­cze wczo­raj na bank. Ale tam roz­pę­tało się pie­kło. So­wieci są u bram mia­sta, wszystko może się zmie­nić. Trzeba szybko de­cy­do­wać.

- Do­brze, nie­długo od­dzwo­nię. - Abell odło­żył słu­chawkę.

Wró­cił do stołu. Żona po­pa­trzyła mu pro­sto w oczy. Znał to spoj­rze­nie. Czujne, tak­su­jące, wy­peł­nione bez­brzeż­nym smut­kiem.

- Wiemy, gdzie jest - po­wie­dział.

- To na pewno on? - Do­strzegł, jak na­gle wstrzą­snął nią dreszcz.

- Nie ma wąt­pli­wo­ści. Leży w la­za­re­cie, w daw­nym pen­sjo­na­cie na te­re­nie Oliwy.

- Do­bry Boże, a więc jed­nak żyje.

- Zga­dza się, przy­naj­mniej tak było jesz­cze wczo­raj... - Urwał na­gle, uświa­da­mia­jąc so­bie, że to nie naj­lep­szy mo­ment na ob­dzie­ra­nie Gabi ze złu­dzeń.- Po­dobno ma za­pa­le­nie płuc, stan jest ciężki, ale z tego się wy­cho­dzi...

W po­koju za­pa­dła przy­tła­cza­jąca ci­sza. Sły­szał, jak zza okna, gdzieś z oko­lic portu, do­le­ciał ich przy­tłu­miony dźwięk sy­reny okrę­to­wej.

Co miał jej po­wie­dzieć? Że jego teść, Piotr Mo­rel, bez­sen­sow­nie wpa­ko­wał się sam w pasz­czę lwa? I że nie­po­trzeb­nie opu­ścił wy­zwo­lony już To­ruń, aby wy­do­stać z Gdań­ska swoją ostat­nią ży­jącą krewną? Ta ry­zy­ko­wana eska­pada skoń­czyła się tak, jak przy­pusz­czał. Ciotka zmarła w kilka dni po przy­by­ciu Pio­tra do mia­sta, a on sam ugrzązł w jej miesz­ka­niu. Po­zba­wiony środ­ków do ży­cia, żyw­no­ści i z ga­lo­pu­ją­cym za­pa­le­niem płuc. Z ostat­niej wia­do­mo­ści, jaka do­tarła do Rot­ter­damu, wy­ni­kało, że jego stan się po­gar­sza. Po­wi­nien na­tych­miast opu­ścić mia­sto, ale nie po­tra­fił tego zro­bić. Śmierć zbie­rała nad Bał­ty­kiem krwawe żniwo. Ty­siące lu­dzi umie­rały w zruj­no­wa­nych miesz­ka­niach i szpi­ta­lach po­zba­wio­nych le­ków, w prze­ła­do­wa­nych stat­kach po­sy­ła­nych na dno przez so­wiec­kie tor­pedy, na bom­bar­do­wa­nych bez ustanku z po­wie­trza tra­sach pa­nicz­nej ucieczki przed azja­tycką na­wałą.

Śmierć spo­wsze­dniała, spo­glą­dała z każ­dego leja po bom­bie, z la­tarń przy gdań­skiej Alei Hi­tlera, na któ­rych ko­ły­sały się dzie­siątki za­mar­z­nię­tych wi­siel­ców, z ta­blicz­kami na piersi: "By­łem de­zer­te­rem" albo "Nie wie­rzy­łem w zwy­cię­stwo". Śmierć nie ro­biła już na ni­kim żad­nego wra­że­nia. Wy­peł­zła z cmen­tar­nych ale­jek i za­uł­ków pa­mięci, w które spy­chała je przez wieki ludzka bo­jaźń. Te­raz pa­no­szyła się na uli­cach, stała się sta­nem po­wszech­nym i na­tu­ral­nym, ob­dar­tym z wszel­kiego mi­sty­cy­zmu i re­li­gij­nych od­nie­sień, wro­śnię­tym ni­czym ra­kowa na­rośl w ciel­sko tej wiel­kiej, ska­za­nej na za­gładę aglo­me­ra­cji.

To­wa­rem rzad­kim i po­żą­da­nym stało się za to samo ży­cie, nie­ustan­nie za­gro­żone przez nie­zli­czoną ilość czy­ha­ją­cych nań pu­ła­pek i nie­bez­pie­czeństw. Naj­wy­tr­wa­lej o prze­trwa­nie wal­czyli ci, któ­rzy naj­bar­dziej przy­słu­żyli się za­gła­dzie III Rze­szy. Le­giony funk­cjo­na­riu­szy par­tyj­nych i ako­li­tów re­żimu, es­es­mani ma­jący ręce za­krwa­wione po łok­cie i ich żony w po­ży­dow­skich fu­trach, wy­socy ofi­ce­ro­wie, któ­rzy po­gar­dzali ka­pra­lem i tej wojny nie chcieli, a jed­nak pro­wa­dzili ją przez sześć lat na lą­dzie, wo­dzie i po­wie­trzu, re­ali­zu­jąc sza­leń­cze ma­rze­nia Füh­rera kosz­tem nie­zli­czo­nych żoł­nier­skich i cy­wil­nych ofiar. Wszy­scy oni sztur­mo­wali ostat­nie trans­por­towce i zwy­kłe łajby, które za­bie­rały ucie­ki­nie­rów na za­chód. I wszy­scy, się­ga­jąc po wpływy, pie­nią­dze i prze­kup­stwo, pró­bo­wali wy­rwać się z tego ją­dra ciem­no­ści.

Abell do­brze znał tych lu­dzi. Wie­dział, do czego są zdolni i nie miał złu­dzeń, że wal­cząc o swoje ży­cie, będą dą­żyć do celu po tru­pach. Osa­mot­niony Piotr Mo­rel, do tego Po­lak, nie miał żad­nych szans na ra­tu­nek. Był ska­zany na za­gładę. Na­le­żało się z tym po­go­dzić, tak jak przyj­mu­jemy do wia­do­mo­ści śmier­telną cho­robę, przed którą nie ma ra­tunku. C'est la vie! To jest ży­cie! Tak pod­po­wia­dał zwy­kły roz­są­dek i in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy.

- Po­jadę do Gdań­ska i go spro­wa­dzę - po­wie­dział na­gle, prze­ry­wa­jąc mil­cze­nie.

- Nie wy­ma­gam tego od cie­bie, nie mo­gła­bym...

Chri­stian ujął jej dłoń, a ona mocno ści­snęła jego palce.

- To zbyt nie­bez­pieczne, oboje o tym wiemy.

- Ale wy­ko­nalne. Ła­twiej do tego pie­kła się do­stać niż z niego wy­je­chać. Mię­dzy Rot­ter­da­mem a Gdań­skim na­dal funk­cjo­nuje łącz­ność te­le­fo­niczna. Poza tym mam jesz­cze ko­le­gów z daw­nych cza­sów. Po­py­tam, może w naj­bliż­szych dniach bę­dzie ja­kiś trans­port na wschód.

Gabi pa­trzyła na niego uważ­nie, wi­działy jak drżą jej wargi. Bar­dzo wy­szczu­plała w ostat­nich ty­go­dniach.

- Nie chcę stra­cić cie­bie, żeby od­zy­skać ojca...

- Pa­mię­tasz po­rwa­nie Ani? Gdyby wtedy nie udało się jej ura­to­wać, jak wy­glą­da­łoby dziś na­sze ży­cie? Z Pio­trem jest po­dob­nie. Nie mo­gli­by­śmy so­bie wy­ba­czyć, że nie zro­bi­li­śmy wszyst­kiego, żeby go ura­to­wać.

- Do­brze więc. - Skrzy­żo­wała ręce na klatce pier­sio­wej. - Obie­caj mi jed­nak dwie rze­czy.

- Ja­kie?

- Nie daj się za­bić. Wróć żywy.

- A dru­gie ży­cze­nie?

- Weź ze sobą Ku­kulkę. Niech cię chroni tak jak za­wsze.

- Je­śli tylko się zgo­dzi.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Pro­log

26 stycz­nia 1945, Ma­rien­wer­der

Cię­ża­rówka z trud­no­ścią wspi­nała się na wznie­sie­nie. Koła, cho­ciaż owi­nięte łań­cu­chami, śli­zgały się po za­śnie­żo­nej dro­dze. Ofi­cer z dys­tynk­cjami leut­nanta We­hr­machtu na ra­mio­nach sie­dział w szo­ferce obok kie­rowcy. W rze­czy­wi­sto­ści no­sił niż­szy sto­pień, za­le­d­wie sturm­ban­n­füh­rera SS, ale czarny mun­dur mógł się w tym przy­padku oka­zać prze­szkodą w po­wie­rzo­nej mu mi­sji. I bez tego była wy­star­cza­jąco trudna.

Obok drogi cią­gnął się bez końca sznur lu­dzi i wo­zów za­przą­gnię­tych w wy­bie­dzone ko­nie. Wszy­scy zmie­rzali w stronę Gdań­ska i zbaw­czego mo­rza. Z dala od so­wiec­kich za­go­nów pan­cer­nych, sie­ją­cych śmierć i znisz­cze­nie. Na za­krę­cie po­wstał za­tor. Grupka ucie­ki­nie­rów za­trzy­mała się nad pa­dłym zwie­rzę­ciem i wy­ci­nała mu z boku płaty mięsa.

- Usu­nąć się! - krzyk­nął ofi­cer, wy­chy­la­jąc się z szo­ferki, lecz ci nie za­re­ago­wali. - Zrób­cie prze­jazd. To roz­kaz!

Wy­cią­gnął pi­sto­let i od­dał dwa strzały w po­wie­trze. Do­piero wtedy nie­chęt­nie po­słu­chali. Trzy­ma­jąc pa­ru­jące ka­wałki mięsa i za­krwa­wione noże w rę­kach, wresz­cie ze­szli z drogi.

Dal­sza trasa wio­dła już po pro­stym te­re­nie. Znał ten kra­jo­braz. To była ar­ka­dia jego dzie­ciń­stwa, po­cho­dził prze­cież z Po­mo­rza. Szpa­lery lip oka­la­jące kręte drogi, grube kre­ski ko­ścio­łów na ho­ry­zon­cie, schludne do­mo­stwa z pru­skiego muru i lo­dowe po­ła­cie pól, prze­ła­my­wane tylko gdzie­nie­gdzie ciem­nymi ję­zo­rami la­sów i za­ro­śli.

Przez chwilę my­ślał, że wy­ra­sta­jące co ja­kiś czas dziwne pa­górki po obu stro­nach to stogi siana po­kryte śnie­giem. Ale prze­cież to był ko­niec stycz­nia, a nie sier­pień. Po­trze­bo­wał chwili, żeby zro­zu­mieć, co tak na­prawdę wi­dzi. Oto starsi lu­dzie sie­dzieli lub le­żeli za­mar­z­nięci przy dro­dze, którą po­su­wał się po­chód. Stra­cili wszel­kie siły, bo nikt nie miał za­miaru się o nich za­trosz­czyć.

- Do­jeż­dżamy! - Kie­rowca wska­zał ręką ma­ja­czący w od­dali ma­syw ka­te­dry.

Śnieg za­ci­nał co­raz moc­niej. Prze­jeż­dżali obok zruj­no­wa­nej cha­łupy z pu­stymi oczo­do­łami okien. Wi­dać było oże­bro­wa­nie sto­doły. Od­po­wied­nie miej­sce, po­my­ślał ofi­cer, no­tu­jąc je w pa­mięci.

Po­woli prze­bi­jali się przez wą­ską drogę. Le­d­wie wi­dzieli jej za­rys po­mię­dzy zwa­łami śniegu po obu jej stro­nach. Na­dal mocno wiało, można było od­nieść wra­że­nie, że wiatr jest z każdą go­dziną bar­dziej po­ry­wi­sty. Gdzieś ze wschodu do­bie­gało głu­che mru­cze­nie dział. So­wieci byli co­raz bli­żej.

Mi­nęło pół go­dziny, nim do­tarli na miej­sce. Mia­sto wy­glą­dało na opusz­czone. Za­mek wy­rósł przed nimi nie­spo­dzie­wa­nie jak wielka ośnie­żona skała. Przez go­tycką bramę wje­chali na we­wnętrzny dzie­dzi­niec. Z tej wy­so­ko­ści wi­dać było do­linę rzeki - biały bez­kres skrzący się lo­dem.

- Za­trzy­maj się - rzu­cił ofi­cer do kie­rowcy.

Wy­sko­czył z wozu i pod­szedł do tyl­nej burty. Dwaj sie­dzący tam żoł­nie­rze spoj­rzeli na niego py­ta­jąco. Mieli oszro­nione twa­rze, na wą­sach i rzę­sach skrzył im się lód. Ofi­cer do­kład­nie ich otak­so­wał, ale tak na­prawdę in­te­re­so­wał go eskor­to­wany ła­du­nek w rogu paki. Od­su­nął przy­kry­wa­jący go bre­zent. Jego oczom uka­zały się dwie so­lidne skrzy­nie, dę­bowe z me­ta­lo­wymi oku­ciami dla wzmoc­nie­nia. Wła­śnie ta­kich uży­wano do prze­wozu pie­nię­dzy w Dan­zi­ger Bank.

- Wy­ła­do­wać - roz­ka­zał krótko.

We­szli do zamku. Żoł­nie­rze, ugi­na­jąc się pod cię­ża­rem skrzyń, zro­bili dwa kursy. Ofi­cer szedł przo­dem, przy­świe­ca­jąc im la­tarką. Pod no­gami chrzę­ścił im gruz z po­tłu­czo­nego fa­jansu i ma­jo­liki.

Po go­dzi­nie było po wszyst­kim. Za­pa­ko­wali się do cię­ża­rówki i ru­szyli w drogę po­wrotną. Do­je­chali do wi­dzia­nej wcze­śniej cha­łupy ze zruj­no­waną sto­dołą.

- Krótki po­stój - roz­ka­zał kie­rowcy. - Od­le­jemy się.

- Tak jest! - Kie­rowca na­ci­snął ha­mu­lec i sa­mo­cho­dem za­ko­le­bało na re­so­rach.

Ofi­cer ze­sko­czył na zie­mię i z ulgą roz­pro­sto­wał nogi. Wy­je­chali o świ­cie, a prze­je­chali przez cztery go­dziny nie­całe sto ki­lo­me­trów. Pod­szedł do sa­mo­chodu od tyłu i otwo­rzył burtę.

- Od­lej­cie się, tylko żeby wam fu­jarki nie po­od­pa­dały od tego mrozu! - za­wo­łał.

Od­po­wie­dział mu re­chot żoł­nie­rzy. W mil­cze­niu pa­trzył, jak od­cho­dzą parę me­trów obok śnież­nej za­spy i nie­po­rad­nie mo­cują się z roz­pi­na­niem spodni. Pod­szedł do nich krok bli­żej. Mocz zna­czył ciemne frędzle na śniegu. Wy­cią­gnął broń i od­dał dwa strzały. Pierw­szy żoł­nierz upadł od razu na twarz. Dru­giego źle tra­fił, bo ten na od­głos wy­strzału prze­krę­cił głowę. Miał w oczach nie­do­wie­rza­nie. Ofi­cer na­ci­snął po­now­nie spust. Kula prze­szyła po­li­czek żoł­nie­rza i utkwiła w mó­zgu.

Es­es­man się od­wró­cił. Kie­rowca ku­cał obok wozu z opusz­czo­nymi spodniami. Pró­bo­wał ucie­kać, ale za­plą­tał się i upadł na wznak. Ofi­cer pod­szedł do niego, nie­spiesz­nie, re­pe­tu­jąc broń. Ostatni strzał za­brzmiał su­cho jak zła­many pa­tyk. Stado spło­szo­nych gaw­ro­nów wzbiło się w niebo.

Ofi­cer ro­zej­rzał się czuj­nie do­okoła. Ni­g­dzie nie wi­dać było śla­dów ży­cia.

Wsiadł za kie­row­nicę i uru­cho­mił sil­nik. Pierw­sza część planu wy­ko­nana. Wszystko szło, jak na­leży. Roz­kaz brzmiał: nie po­zo­sta­wiać żad­nych świad­ków.