Doktorzy - Erich Segal

Kup ebooka

35.50 zł
28.40 zł (35,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

Było to nagłe jak błyskawica. I tak jak huk gromu, ból przyszedł dopiero później.

Tamtego roku szalała heinemedina. Anioł śmierci zdawał się kroczyć po wszystkich ulicach miasta. Większość rodziców z Brooklynu, których było na to stać, wysłało dzieci do bezpiecznych wiejskich miejscowości, takich jak Spring Valley.

Estelle i Harold wynajęli na sierpień domek kempingowy nad morzem w stanie Jersey. Jednak Luis upierał się, żeby zostać tam, gdzie jest najbardziej potrzebny, a Inez z kolei nie chciała, żeby toczył tę walkę samotnie. Livingstonowie zaproponowali im, że wezmą ze sobą dziewczynki, a Luis z wdzięcznością obiecał, że oboje z Inez poważnie się nad tym zastanowią.

Może był zbyt zajęty złośliwymi przypadkami polio, aby spostrzec, że jego młodsza córka wykazywała niektóre objawy tej choroby. Tylko jak mógł nie zauważyć, że gorączkowała i oddychała gwałtownie? Może dlatego, że dziewczynka nigdy nie powiedziała, że się źle czuje. Dopiero kiedy pewnego ranka znalazł ją nieprzytomną, ze zgrozą pojął, co się stało.

Miała zaburzenia oddechu, ponieważ wirus zaatakował górny odcinek rdzenia kręgowego. Isobel nie była już w stanie oddychać nawet z pomocą respiratora. Zmarła przed zachodem słońca.

Luis szalał przygnieciony poczuciem winy. Był lekarzem, do diabła, lekarzem! Powinien był uratować swoją córkę!

Laura nie chciała pójść spać. Bała się, że jeśli zamknie oczy, to nigdy się nie obudzi. Barney dotrzymywał jej towarzystwa w tym całonocnym żałobnym czuwaniu, gdy siedziała w dusznym i rozgrzanym salonie, zraniona i obolała w środku.

- Lauro, to nie twoja wina - szepnął w pewnej chwili.

Wydawała się go nie słyszeć. Nadal spoglądała w dal.

- Zamknij się, Barney - odparła. - Nie wiesz, o czym mówisz.

Jednak w duchu była wdzięczna i odetchnęła z ulgą, ponieważ ujął w słowa dręczące ją poczucie winy za to, że ona żyje, a jej siostra nie.

- - -

Tylko Estelle była w stanie zająć się przygotowaniami do pogrzebu. Zakładała, że Castellanowie życzyliby sobie katolickiego obrzędu, więc skontaktowała się z ojcem Hennesseyem z kościoła św. Grzegorza. Jednakże kiedy powiedziała im o tym, Luis krzyknął ze złością:

- Tylko nie ksiądz, tylko nie ksiądz! Chyba że potrafi mi wyjaśnić, dlaczego Bóg zabrał moją dziewczynkę!

Estelle posłusznie zadzwoniła do ojca Hennesseya i powiedziała mu, że jednak nie będzie potrzebny.

Potem przyszedł do nich Harold i próbował wytłumaczyć, że coś trzeba powiedzieć nad grobem. Przecież nie mogą rozstać się ze swą córką bez słowa. Inez spojrzała na męża, wiedząc, że decyzja należy do niego. Luis pochylił głowę i wymamrotał:

- Dobrze, Haroldzie, jesteś wykształconym człowiekiem. Powiedz coś. Tylko zabraniam ci wymawiać imienia Pana Bogu.

Obie rodziny patrzyły w bezlitosnym sierpniowym słońcu, jak spuszczano trumienkę do ziemi. Barney ujął dłoń Laury. Mocno ścisnęła jego rękę, jakby to mogło powstrzymać jej łzy. Gdy stali wokół grobu, Harold Livingston przeczytał kilka wersów z wiersza Bena Jonsona o śmierci dzielnego hiszpańskiego dziecka.

Konwalia rosnąca w gaju

jest najpiękniejsza w maju.

Choć nocą zwiędnie i zginie,

to kwiatem światła pozostanie.

Tylko w małych porcjach piękno dostrzegamy,

i tylko chwilami nasz żywot doskonały.

Podniósł głowę znad książki i zapytał:

- Czy ktoś chciałby jeszcze coś powiedzieć?

Z głębi duszy Luisa Castellano wyrwały się ledwie dosłyszalne słowa:

- Adios, ni?a.

Pojechali do domu. Otworzyli wszystkie okna w samochodzie w próżnej nadziei, że powiew wiatru rozwieje tę ciężką, nieznośną atmosferę. Inez powtarzała cichym, żałosnym głosem:

- Yo no sé que hacer. Nie wiem doprawdy, co teraz robić.

Nie mając pojęcia, co powiedzieć, Estelle usłyszała nagle swój głos:

- Moja mama przyjechała z Queens. Przygotowuje teraz dla nas wszystkich kolację.

Jechali dalej w ciszy.

Kiedy przejeżdżali przez most Triborough, Luis Castellano zapytał przyjaciela:

- Czy lubisz whisky, Haroldzie?

- Hmm... tak. Oczywiście, że lubię.

- Mam dwie butelki, które dostałem od pacjenta na Gwiazdkę. Na wojnie używaliśmy czasem whisky jako środka znieczulającego. Byłbym ci wdzięczny, gdybyś się do mnie przyłączył, amigo.

- - -

Po powrocie do domu Laura nadal nie była w stanie zasnąć. I nic nie mówiła, chociaż Barney siedział w pobliżu. Jej matka i Estelle robiły coś na górze w pokoju Isobel. Może ściągały pościel? Albo pakowały jej rzeczy? A może po prostu tuliły do siebie jej lalki - jakby pozostała w nich odrobina jej żywego ducha.

Od czasu do czasu z góry dochodziły przeraźliwe odgłosy rozpaczy i żalu Inez. W domu słychać było jednak głównie ochrypły męski śmiech. Harold i Luis upijali się w gabinecie. Luis głośno zachęcał Harolda, żeby zaśpiewał z nim kilka "dobrych starych pieśni - takich jak Francisco Franco nos quiere gobernar...

Barney był przestraszony. Nigdy jeszcze nie widział, żeby Luis - a tym bardziej jego ojciec - do tego stopnia stracili panowanie nad sobą.

- Chyba rzeczywiście wykończą obie te butelki, co, Lauro?

- Wszystko mi jedno - powiedziała Laura. Zamilkła na chwilę, a potem dodała: - Myślę tylko o tych chwilach, kiedy byłam dla niej niedobra. W zeszłą niedzielę nakrzyczałam na nią i nazwałam ją głupim bachorem. W zeszłą niedzielę!

Barney pochylił się i szepnął:

- Przecież nie mogłaś wiedzieć.

Wtedy zaczęła płakać.

- Powinnam być za to ukarana. To ja powinnam umrzeć!

Barney bez słowa wstał, podszedł do niej i delikatnie położył dłoń na jej ramieniu.

- - -

Przez resztę tego gorącego, dusznego lata Barney, Laura i Warren bez końca grali w koszykówkę i tylko w soboty chodzili razem do klimatyzowanego kina Savoy. Barney nie pamiętał, żeby Laura choć raz wymówiła imię siostry. Aż do pierwszego dnia szkoły, kiedy szli we trójkę w stronę Szkoły Podstawowej nr 148

- Isobel miała zacząć dziś pierwszą klasę - stwierdziła rzeczowo.

- Aha - potwierdził Barney. A Warren tylko mu zawtórował:

- Aha.

- - -

Śmierć dziecka sama w sobie nigdy nie jest końcem, ponieważ ono pozostaje żywe w umysłach rodziców. I ból po tej stracie narasta z upływem lat, gdy każda kolejna rocznica urodzin przynosi nowe, dręczące i bolesne myśli: W przyszłym tygodniu skończyłaby dziesięć lat. Na pewno spodobałby jej się ten cyrk...

Tak więc Isobel nigdy nie opuściła domu Castellanów. Ból wywołany jej nieobecnością był nieustannie obecny.

Laura z rosnącym niepokojem patrzyła, jak jej rodzice oddalają się od siebie w dwóch różnych duchowych kierunkach, pozostawiając ją w pozbawionej miłości próżni. Każde z nich szukało ulgi w modlitwie: Inez prosiła o wieczność, a Luis o zapomnienie.

Inez zaczęła swą pielgrzymkę do nawrócenia przez nieustanne czytanie świętego Jana od Krzyża, mistycznego poety, który potrafił ująć w słowa to, co niewysłowione:

- Vivo sin vivir en mí, czyli "Żyję, w rzeczywistości nie żyjąc" oraz Muero porque no muero, czyli "Umieram, nie umierając".

Ona, która jako młoda buntowniczka odrzuciła Kościół za to, że popierał faszystów Franco, teraz szukała schronienia w jego wszystko przebaczającym sanktuarium. Gdyż tylko on mógł wyjaśnić, dlaczego jej córka musiała umrzeć. Miejscowy ksiądz gorliwie utwierdzał ją w przekonaniu, że było to kara za to, że zgrzeszyła przeciw Bogu.

W pewnym sensie Luis również poszukiwał Boga, lecz po to, aby stawić mu gniewnie czoło. Jak śmiałeś zabrać mi moją córeczkę?! - wykrzykiwał w wyobraźni. A potem, kiedy nocne pijaństwo uwolniło go od nielicznych pozostałych zahamowań, krzyczał głośno, z dziką furią wygrażając pięścią Wszechmogącemu.

Jako lekarz zawsze czuł się samotny pomimo pozornej pewności siebie, jaką udawał, wiedząc, że tego potrzebują jego pacjenci. Teraz czuł się jednak jak rozbitek na morzu pozbawionego sensu życia. Ból samotności były w stanie uśmierzyć jedynie nocne dawki środka znieczulającego - alkoholu.

Nawet kiedy w soboty państwo Castellanowie wychodzili na spacer do parku - on pogrążony w ponurej zadumie, a ona milcząca - łączyła ich jedynie wspólna izolacja. Laura chętnie towarzyszyła Barneyowi w sesjach literackich, będących nowym zwyczajem wprowadzonym przez Estelle.

- - -

Co miesiąc Estelle wybierała książkę, którą razem głośno czytali i omawiali w soboty po śniadaniu. Iliada dzieliła dumnie miejsce z takimi arcydziełami jak Ostatni Mohikanin i bardem Waltem Whitmanem - byłym mieszkańcem Brooklynu.

Harold siedział i palił, przysłuchując się w milczeniu, czasem z uznaniem kiwając głową, gdy Barney lub Laura czynili jakieś wyjątkowo udane spostrzeżenia. Warren był jeszcze na to za mały, więc mógł zostać na podwórku i grać w koszykówkę. Wkrótce jednak zaczął być zazdrosny o seminaria brata i domagać się, żeby jemu również pozwolono wziąć w nich udział.

Życie w szkole nr 148 toczyło się monotonnie. Barney i Laura bardzo często uczyli się razem, więc nic dziwnego, że otrzymywali nieomal identyczne stopnie. Jednak nie z zachowania. W rzeczy samej kiedyś ich udręczona nauczycielka, panna Einhorn, musiała napisać list do ich rodziców, skarżąc się na wybryki Barneya i Laury na placu zabaw oraz ich nieustanne szeptanie - najczęściej ze sobą - w klasie. Raz nawet Laura musiała zostać po lekcjach za rzucenie kulką z przeżutego papieru w Herbiego Katza.

Barney został motorem całej klasy. Nie ulegało wątpliwości, że był urodzonym przywódcą. Laura była bardzo zła, że nie mogła na przerwach grać z chłopcami w koszykówkę pomimo wstawiennictwa Barneya. Ówczesne zwyczaje nakazywały, by dziewczęta grały wyłącznie z dziewczętami. Co gorsza, wśród koleżanek nie miała zbyt wielu przyjaciółek, gdyż była niezdarna, chuda i o wiele za wysoka. Ku zmartwieniu Barneya (i swemu własnemu) była najwyższa w klasie. Prędzej od niego przekroczyła granicę jednego metra i pięćdziesięciu centymetrów, a potem jednego metra i pięćdziesięciu dwóch centymetrów i zdawało się, że nie przestanie rosnąć.

Jej chwile triumfu były rzadkie, lecz często pamiętne. Tak jak epizod, który po latach nazywano "w samo południe na boisku".

W rzeczywistości wydarzyło się to około czwartej po południu pewnej chłodnej listopadowej soboty. Warren, Barney i Laura wyszli wcześniej z kina, gdyż na filmie było za dużo Maureen O'Hara, a za mało Errola Flynna. Przechodząc przez boisko, zobaczyli, że odbywa się tam właśnie mecz koszykówki w składzie trzech na trzech. Wymienili między sobą prędkie spojrzenia, Barney wystąpił i rzucił zwyczajowe wyzwanie:

- Zagramy ze zwycięzcami.

- Przecież jest was tylko dwóch - zaprotestował jeden z grających.

Barney wskazał na swoją drużynę i policzył:

- Raz, dwa, trzy.

- Hej, chłopie, my nie gramy z dziewczynami.

- Ona nie jest zwykłą dziewczyną.

- Masz rację, jest płaska jak chłopak. Ale to nic nie pomoże, i tak nosi spódnicę.

- Chcesz mieć złamaną szczękę? - groźnie spytała Laura.

- Wracaj do mamusi, mała.

W mgnieniu oka Barney rozłożył winnego na łopatki i boleśnie wykręcił mu rękę.

- O kurwa, przestań! - błagał. - Poddaję się, poddaję się. Gracie ze zwycięzcami!

Nie oddali ani jednego seta. Kiedy potem maszerowali we trójkę do domu, Barney bratersko poklepał Laurę po plecach.

- Dobra gra, Castellano. Aleśmy im pokazali, co?

- Aha - przytaknął dumnie Warren.

Jednak Laura milczała. Myślała tylko o tych upokarzających słowach: "Jest płaska jak chłopak".

- - -

Wszystko zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Przed dwunastymi urodzinami Laury najwidoczniej musiała często odwiedzać ją nocami jej dobra wróżka, rozrzucając w sypialni niewidzialne dary dla układu endokrynalnego. Zaczęły jej rosnąć piersi. Wyraźnie i zdecydowanie. Świat znowu był piękny.

Luis zauważył to i uśmiechnął się do siebie. Inez spostrzegła to również i powstrzymała łzy.

Barney Livingston zauważył to i rzucił mimochodem:

- Hej, Castellano, masz cycki!

Jednak Barney też dorastał, a dowodem tego był meszek na jego twarzy, który nazywał "brodą".

Estelle zrozumiała, że nadszedł czas, aby Harold poinformował swojego starszego syna o pewnych sprawach.

Harold miał w związku z tym mieszane uczucia - czuł jednocześnie dumę i obawę - przypominając sobie wykład własnego ojca sprzed trzydziestu lat na ten temat. Pogadanka dosłownie ograniczyła się do ptaszków i pszczółek, nie wchodząc na wyższe szczeble filogenetycznej drabiny. Postanowił zrobić to jak należy.

Tak więc kilka dni później, kiedy Barney przyszedł ze szkoły do domu, ojciec zawołał go do swojego gabinetu.

- Synu, chcę porozmawiać z tobą o pewnej ważnej sprawie - zaczął.

Starannie przygotował sobie cyceronowski wstęp zaczynający się od arki Noego i prowadzący do przemowy na temat samca i samicy ludzkiego gatunku. Jednakże mimo swego pedagogicznego doświadczenia nie był w stanie podtrzymać dyskusji na tyle długo, aby dojść do rozmnażania się ssaków.

W końcu, zdesperowany, wyciągnął cienką książeczkę zatytułowaną W jaki sposób przyszedłeś na świat i wręczył ją Barneyowi, który wieczorem pokazał ją przez płot Laurze.

- Boże, ależ to głupie! - wykrzyknęła, pospiesznie kartkując broszurkę. - Czy twój tato nie mógł ci po prostu powiedzieć, jak się robi dzieci? Poza tym wiesz to już od lat!

- Tak, ale jest jeszcze wiele innych rzeczy, o których nie mam pojęcia.

- Jakich?

Barney zawahał się. Była to jedna z tych rzadkich chwil, kiedy zdawał sobie sprawę z ich odmiennej płci.

Dojrzewali.

5

Pod koniec pierwszego miesiąca trzeciej klasy Laura otrzymała list od Jaya Axelroda. Napisał w nim, że przebywanie na pustkowiach stanu Nowy Jork okazało się swego rodzaju "transcendentalnym doświadczeniem". Miał tam czas na medytację i długie spacery, w trakcie których doszedł do wniosku, że formalizacja ich związku była dla Laury krzywdząca. Jest jeszcze bardzo młoda i powinna spotykać się z innymi ludźmi, zanim podejmie decyzję. PS: Czy mogłaby mu zatem zwrócić jego odznakę?

- Bzdury! - skrzywił się Barney. - Po prostu w ten tchórzliwy sposób wysyła cię na drzewo.

Laura skinęła głową.

- Gdyby chociaż miał odwagę przyznać się do tego, że się boi. - Przez chwilę siedziała, milcząc, a potem uderzyła pięścią w stos zeszytów. - Do diabła! A ja myślałam, że on jest taki uczciwy!

- Chyba większość chłopców to egoistyczni dranie - powiedział, żeby ją pocieszyć.

- Ty też, Barney?

- Zapewne. Tylko jeszcze nie miałem okazji, żeby tego dowieść.

- - -

Barney naprawdę dawał kibicom Midwood powody do radości.

Od pierwszego gwizdka po końcowy dzwonek walczył jak oszalały demon, blokując, podając, robiąc szybkie wypady i broniąc własnego kosza z zaciekłością udzielającą się wszystkim na boisku.

Jego osiągnięcia nie pozostały niezauważone. Pod koniec sezonu został członkiem drugiej drużyny miejskiej. Wybrano go również na kapitana szkolnej drużyny na następny rok.

- Idziesz w górę, Livingston - promieniała Laura. - W przyszłym roku trybuny zaroją się od obserwatorów z różnych uczelni. Z pewnością dostaniesz tyle samo propozycji, co ten gówniarz Jay Axelrod.

- Nie, Castellano. Więcej.

- - -

Laura, nadal jeszcze obolała i przygnębiona po rejteradzie Jaya, usiłowała popełnić polityczne samobójstwo.

Co kompletnie jej się nie udało.

Zgłosiła swoją kandydaturę na prezydenta całej szkoły - stanowisko, jakiego jeszcze żadna dziewczyna nigdy nie zajmowała. Wygrała - tym razem tylko przy symbolicznej pomocy ze strony Barneya.

Jednak z przygnębieniem przekonała się, że nawet wybór na najwyższe stanowisko w Midwood nie zdołał zaleczyć rany zadanej jej poczuciu własnej godności.

Tego wieczoru kapitan i prezydent spotkali się w ogrodzie, żeby szczerze porozmawiać.

Gdy siedzieli na werandzie z tyłu domu, spoglądając na cień dębu na tle gwiazd, Barney w końcu zdobył się na odwagę.

- Właściwie dlaczego, Castellano? - zapytał.

- Co dlaczego?

- Kiedy byliśmy mali, nigdy nie przypuszczałem, że zechcesz być politykiem. No wiesz, chyba nie wpadłaś na taki szalony pomysł, żeby kiedyś zostać senatorem czy kimś w tym rodzaju?

- Nie bądź głupi.

- No to dlaczego?

- Przyrzeknij mi, że mnie nie znienawidzisz.

- Nigdy nie mógłbym cię znienawidzić. No, wyduś to z siebie.

- Cóż - zaczęła zmieszana - tak między nami, to myślałam, że to najpewniejszy sposób, żeby się dostać do dobrego college'u. - Przerwała na chwilę, a potem spytała nieśmiało: - Uważasz, że jestem obrzydliwą egoistką?

- Hej, daj spokój, ambicja to ludzka rzecz - odpowiedział. - No wiesz, gdyby Jerzy Waszyngton nie był ambitny, pewnie nadal mówilibyśmy z brytyjskim akcentem. Chwytasz?

- Nie wiem. Mama mówi, że mężczyźni uważają, że ambicja u kobiety jest nieatrakcyjna.

- Bez obawy, Lauro. Nie ma w tobie niczego nieatrakcyjnego.

- - -

Ku zdumieniu Barneya trener poprosił go o powrót do obozu Hiawatha - i to na stanowisko głównego wychowawcy. Potem dowiedział się, że zaszczyt ten idzie w parze z tytułem kapitana drużyny koszykarskiej. (Udało mu się nawet wkręcić Warrena jako młodszego wychowawcę z pensją dwadzieścia pięć dolarów za lato).

Zająwszy miejsce w kwaterze komendy obozu, Barney przejrzał listę obozowiczów i z ulgą oraz lekkim żalem odkrył, że Marvina Amsterdama nie ma wśród tych, którzy przyjechali ponownie. Czy jeszcze kiedyś zobaczy tego dzieciaka? A jeśli tak, czy będzie to Wimbledon czy też Bellevue?

W każdym razie tego lata nie mógł się narażać na gniew Nordlingera, gdyż list polecający od trenera będzie najważniejszym załącznikiem do podania o przyjęcie na studia.

Jak pobożny mnich, codziennie od czwartej trzydzieści do szóstej sumiennie trenował w sali gimnastycznej, doskonaląc obronę i atak z Leavittem, Craigiem Russo i dwoma innymi protegowanymi Nordlingera.

Późnym wieczorem w połowie sierpnia zadzwonił telefon w jego pokoju. To Laura dzwoniła ze szpitala.

- Barney, twój ojciec miał wylew.

Krew zastygła mu w żyłach.

- W jakim jest stanie?

- Dopiero rano będą wiedzieli, ale są pewni, że z tego wyjdzie. Mama jest cały czas z twoją matką, która nie chce się ruszyć z poczekalni. Jakby się bała, że stanie się coś złego, jeśli zaśnie.

- Wezmę Warrena i zaraz tam będziemy.

- Na litość boską, Barn - ostrzegła Laura. - Jedź ostrożnie!

Obudził młodszego brata, a potem pobiegł zarekwirować samochód Sandy'ego Leavitta. Dwie godziny i czterdzieści pięć minut później wjechał na parking zarezerwowany tylko dla lekarzy. Obaj bracia wbiegli po schodach na oddział kardiologiczny, gdzie powitała ich zapłakana matka. Potem Luis zapewnił chłopców, że niebezpieczeństwo już minęło.

- Teraz śpi spokojnie i myślę, że powinniście zabrać waszą matkę do domu, żeby też trochę odpoczęła.

- Co się stało? - zapytał Barney.

- Ma zmiany w naczyniach krwionośnych mózgu - wyjaśnił Luis. - Doszło do krwawienia wewnątrzmózgowego w następstwie zakrzepu w tętnicy mózgowej. Jeszcze jest za wcześnie, żeby oszacować zakres uszkodzeń.

- Jakie są prognozy? - zapytał z niepokojem Barney.

Luis usiłował być jednocześnie szczery i krzepiący.

- Może nastąpi tylko lekki niedowład kończyn, a może całkowity paraliż, włącznie z afazją. Musisz jednak pamiętać, że w niektórych przypadkach lekarze po prostu nie mogą niczego prognozować. A teraz zabierz wszystkich do domu.

- To znaczy, że pan tu zostaje? - zapytał Barney.

Luis skinął głową.

- Wy jesteście jego rodziną, a ja jego lekarzem.

- - -

W ciągu tygodnia Harold wydobrzał na tyle, że mógł przyjmować gości i mówić cicho, niewyraźnie wymawiając wyrazy. Jednak przed nadejściem Święta Pracy jedno stało się oczywiste - Harold był inwalidą. Już nigdy nie będzie mógł pracować.

Estelle udała się do nauczycielskiej komisji emerytalnej i rozpoczęła długą biurokratyczną procedurę ubiegania się o rentę dla męża. I wówczas poznała okrucieństwo tabel ubezpieczeniowych. Harold uczył łącznie przez trzynaście lat i w związku z tym miał otrzymać rentę, która wystarczała na niewiele więcej niż opłacenie rachunku za ogrzewanie w zimie. Wprawdzie jego wojskowa renta inwalidzka wystarczała na spłaty pożyczki hipotecznej, ale reszta...

Tego wieczoru Estelle przedstawiła Barneyowi i Warrenowi ponurą rzeczywistość ich sytuacji.

Kiedy skończyła swoje krótkie sprawozdanie, spojrzała ze smutkiem na starszego syna. Barney zrozumiał i nie czekając, aż go poprosi, wziął odpowiedzialność na swoje barki.

- W porządku, mamo. Postaram się o jakąś pracę. Starszy rocznik kończy zajęcia o pierwszej, więc pewnie znajdę coś na popołudnia i weekendy.

Estelle popatrzyła na niego z niemą wdzięcznością.

Warren dopiero po chwili pojął cenę tego poświęcenia.

- A co z koszykówką? Przecież codziennie po południu masz trening.

- Wiem, Warren, wiem! - wybuchnął Barney. - Będę musiał po prostu zrezygnować z tej cholernej drużyny, no nie?

- - -

Barney siedział, patrząc na zawartość szafki. Tenisówki, szorty, koszulkę i inne drobiazgi związane ze sportem, który przez te lata przyniósł mu tyle radości. Nie mógł się zdobyć na to, żeby wyjąć te przeklęte rzeczy i porozdawać.

Nagle usłyszał pokrzykiwania swoich byłych kolegów z drużyny wracających do szatni. Dla wszystkich była to kłopotliwa sytuacja. W końcu Craig Russo przełamał lody.

- Jak się czuje twój tato, Livingston?

- Nieźle, Craig. Dzięki, że pytasz.

Następny odezwał się Sandy Leavitt.

- Będzie tu nam ciebie brakowało.

- Aha. Mnie was również.

Na koniec, jak zwykle niezręcznie, Sandy dodał:

- Hmm... pewnie słyszałeś, że... no... jestem teraz kapitanem?

- - -

Barney ze zdziwieniem zobaczył czekającą na niego na zewnątrz Laurę.

- Nie musisz teraz kierować rządem albo czymś takim? - usiłował zażartować.

- Po prostu pomyślałam, że przyda ci się towarzystwo w drodze do domu.

- Och. - Zamilkł i po chwili dodał: - Dziękuję, Castellano.

- - -

Zajęć na pół etatu nie brakowało. To znaczy, jeśli ktoś nie miał nic przeciwko monotonnej pracy i niskim zarobkom.

Barney wybrał coś, co miało choć pozory urozmaicenia - posadę sprzedawcy napojów orzeźwiających i chłopca na posyłki w aptece Lowensteina przy Nostrand Avenue, zaledwie kilka przecznic od domu. Codziennie po południu, kiedy skończyły się lekcje, pędził do pracy, gdyż płacono mu za godziny. Nakładał biały fartuch oraz kretyńską białą czapkę i sprzedawał klientom, których przez całe życie znał jako sąsiadów, lody, wodę sodową czystą lub z sokiem albo - kiedy trafiało się takie zamówienie - banany nadziewane lodami i bakaliami.

Ilekroć umysł podsuwał mu przyjemną wizję tego, jak wrzuca piłki do kosza w ciepło oświetlonej sali, zmuszał się do powrotu do rzeczywistości, w której wlókł się po zimnych ulicach Brooklynu, roznosząc lekarstwa do domów.

Próbował pocieszać się myślą, że przynajmniej tę część jego pracy można było uważać za edukacyjną. W końcu stary Lowenstein pozwalał mu patrzeć, jak sporządza rozmaite preparaty lecznicze.

- Jedno jest pewne, Barney - mówił mu z uśmiechem. - Kiedy na medycynie będziesz miał farmakologię, najwyższą ocenę masz jak w banku.

Apteka była oficjalnie otwarta do siódmej trzydzieści wieczorem, ale zwykle było już po ósmej, kiedy Barney wracał wreszcie do domu. Matka zawsze czekała na niego z kolacją, a kiedy Warren uczył się na górze, dotrzymywała mu towarzystwa. W ten sposób okazywała mu wdzięczność za jego poświęcenie.

Z doskonale zrozumiałych dla Barneya powodów rozmowa z nią przypominała nieustanne wspominki.

- On zawsze miał tyle werwy - mówiła z nostalgią.

- Aha. Tak słyszałem.

- Zawsze schodziliśmy ostatni z tanecznego parkietu. Byłam zupełnie wykończona. A kiedy wracaliśmy do domu, on jeszcze szedł czasem do swego gabinetu i czytał jakiegoś łacińskiego autora aż do śniadania. Nic dziwnego, że był najpopularniejszym nauczycielem w szkole.

Barney położył dłoń na ręce matki.

- Nie martw się, mamo. No i co z tego, że musi teraz chodzić o lasce? Przynajmniej możemy z nim rozmawiać.

Skinęła głową.

- Masz rację. Powinniśmy być bardzo wdzięczni. - A potem szepnęła czule: - Jesteś dobrym chłopcem, Barney.

Co wieczór niemal dosłownie powtarzała ten sam monolog.

Później przychodziła najtrudniejsza część dnia - odwiedziny u ojca.

Harold spędzał większość czasu w łóżku, czytając. Najpierw poranne gazety, potem jakieś naukowe dzieła, a po popołudniowej drzemce przeglądał "World-Telegram". Po kolacji był już zwykle zbyt zmęczony, by robić cokolwiek poza przyjmowaniem gości.

Mając poczucie winy z powodu swojego "nieróbstwa", brał ciężar rozmowy na siebie, omawiając bieżące wydarzenia lub jakąś książkę, którą aktualnie czytał. W jego głosie zawsze pobrzmiewała ledwie dosłyszalna, przepraszająca nuta.

Barney wyczuwał to i - odwracając tradycyjne role - starał się uspokoić ojca, opowiadając mu o interesujących zdarzeniach ze swego świata. Pewnego wieczoru wspomniał o swojej fascynacji psychoanalizą.

- Tato - zapytał. - Czytałeś kiedyś Freuda?

- Owszem. Trochę.

Odpowiedź ta zaskoczyła Barneya. Spodziewał się, że ojciec nic nie wie o takich "nowoczesnych" sprawach.

- Kiedy przebywałem w wojskowym szpitalu - ciągnął Harold - był tam taki bardzo miły psychiatra, który odwiedzał nas i zmuszał do wielokrotnego opowiadania o tym, jak zostaliśmy ranni. Robił to chyba ze dwanaście razy. I to pomogło. Naprawdę pomogło.

- Jak to, tato? - zapytał Barney ze wzrastającą ciekawością.

- No cóż, na pewno pamiętasz, w jaki sposób Freud wyjaśnia proces snu.

- Twierdzi, że sny otwierają drzwi do naszej podświadomości...

- Tak. Otóż ten doktor leczył moją psychikę, pomagając jej "śnić na głos". Każdej nocy na nowo przeżywałem tę eksplozję, ale nieustanne opowiadanie o tym w końcu położyło kres tym koszmarom.

Nagle coś przyszło mu do głowy.

- A przy okazji, w ramach jakiego przedmiotu to czytasz?

Zmieszany Barney wyznał, że studiuje psychologię w "wolnych chwilach". Obaj wiedzieli, że nie ma na to czasu, więc spodziewał się nagany za zaniedbywanie szkolnych obowiązków. Jednakże ojciec ponownie go zaskoczył.

- No cóż, synu, to nie poprawi twoich stopni. Zawsze jednak uważałem, że właściwym celem edukacji jest nauka samodzielnego myślenia. Powiedz mi, czytałeś coś z Junga?

Barney pokręcił głową.

- No cóż, czemu nie przyjrzysz się jego teorii snów i zbiorowej podświadomości, a potem może moglibyśmy o tym porozmawiać?

- Dobrze, tato. Poproszę mamę, żeby mi przyniosła tę książkę z biblioteki.

- Nie ma potrzeby - odpowiedział Harold. - Jest w moim gabinecie, na tej samej półce co Artemidorus.

Od tej pory Barney czekał na te wizyty u ojca, uważając je za najlepsze chwile dnia.

- - -

Zazwyczaj zasiadał do lekcji dopiero po dziesiątej. O północy często był już zbyt zmęczony, by kontynuować, i padał na łóżko. Nieuchronnie zaczął pozostawać w tyle za resztą klasy.

Nie mógł nadrabiać zaległości przez weekendy. W soboty musiał się stawiać u Lowensteina o ósmej rano i pracować cały dzień.

Pozostawały mu zatem tylko niedzielne popołudnia. Jednak Barney zaczął podchodzić do tego z fatalistycznym spokojem: nie dostanie się na uczelnię ze względu na swoje osiągnięcia w koszykówce. A ze swoimi obecnymi stopniami w ogóle nie przyjmą go na Columbia University.

A zatem, u diabła, czemu nie wykorzystać tego jedynego wolnego dnia, żeby pójść na boisko, rozegrać kilka zaciętych meczów i upuścić trochę pary? Grał tak długo i zaciekle, że inni chłopcy w końcu jeden po drugim wymawiali się zmęczeniem i szli do domów.

Jego oceny za pierwszy semestr były, tak jak się spodziewał, gorsze niż zwykle. Jednakże łączna średnia nadal przekraczała dziewięćdziesiąt punktów, co wcale nie wykluczało możliwości dostania się na uczelnię. A zwłaszcza jeśli powiodłoby mu się dobrze na zbliżających się egzaminach ministerialnych.

Te ogólnokrajowe egzaminy oceniały głównie umiejętności matematyczne i werbalne kandydatów. Teoretycznie było to coś w rodzaju badania krwi, na które nie można się przygotować.

Jednak w praktyce w trakcie zimowych wakacji uczniowie uczęszczali na kosztowne kursy dokształcające, aby poprawić swoje umiejętności w tym zakresie. Każda rodzina marząca o awansie społecznym wygrzebywała skądś dwieście dolarów mających zapewnić dzieciom wyniki przerastające ich normalne możliwości. Inez Castellano uważała to za rodzaj oszustwa i niehonorowe postępowanie. Jednak Luis był realistą i postawił na swoim. Dlaczego miałby zmniejszać szanse córki? Wielkodusznie zaproponował nawet, że pokryje koszt kursu dla Barneya, któremu jednak duma nie pozwoliła przyjąć tej propozycji.

Barney pracował w dzień Bożego Narodzenia (za podwójną stawkę), gdyż apteka Lowensteina miała akurat dyżur w tym rejonie. Czuł się bardzo samotny, tym bardziej że Laura wciąż była nieuchwytna. Albo biegała na kursy dokształcające, albo gdzieś się bawiła.

Pojawiła się na tydzień przed egzaminem i zaproponowała, że podzieli się z nim wiedzą nabytą na kursie. Przyjął tę propozycję z wdzięcznością i spędzili kilka kolejnych wieczorów na wkuwaniu razem.

Wyniki okazały się tyleż pozytywne, co zabawne. Laura uzyskała godne podziwu sześćset dziewięćdziesiąt punktów ze słownictwa i sześćset sześćdziesiąt z matematyki, a Barney odpowiednio siedemset dwadzieścia i siedemset trzydzieści pięć.

- O rany, Barn, te punkty zapewnią ci miejsce na każdej uczelni w kraju - zauważyła Laura.

- Słuchaj, Castellano - odparł z goryczą. - Gdybym mógł grać w piłkę w tym roku, jedyny wynik, jaki byłby mi potrzebny, to dwadzieścia punktów na mecz.

- - -

Ostra zima dawała mu się solidnie we znaki i Barney zaczął przychodzić do domu ledwie żywy ze zmęczenia. Czasem spał zaledwie cztery godziny dziennie. Był to już jednak jego ostatni semestr i ostatnie chwile w domu. Za kilka tygodni otrzymają odpowiedzi z uczelni i pozostanie im tylko krzyczeć z radości.

Albo płakać.

- - -

Pewnego sobotniego wieczoru siedział w aptece prawie do północy, pomagając panu Lowensteinowi przy inwentaryzacji. Wrócił do domu, brnąc przez szarą breję, i chwiejnie wszedł na schody, marząc jedynie o tym, żeby położyć się do łóżka i nie śnić już o żadnych aspirynach, lekach przeciwhistaminowych i środkach przeczyszczających.

Kiedy jednak ściągał płaszcz, żołądek przypomniał mu, że na kolację dostał tylko kanapkę, więc powlókł się do kuchni. Ku jego zdziwieniu wciąż paliło się tam światło. Jeszcze bardziej zaskoczył go widok siedzącej tam Laury.

- Hej, co, do licha, sprowadza cię tu tak późno, i to do tego w sobotni wieczór? - spytał.

- Barney, muszę z tobą porozmawiać. To poważna sprawa.

- Tato? - zapytał natychmiast. - Czy coś się stało tacie?

- Nie, nie - umilkła, a potem dodała ledwo dosłyszalnym głosem: - To o mnie chodzi, Barn. To ja mam kłopot. Wiem, że jesteś zmęczony...

- Nic nie szkodzi. Nieważne. Siadaj, a ja zrobię sobie kanapkę i pogadamy.

- Nie. Nie tutaj. Czy możemy wyjść na spacer?

- O tej porze?

- Tylko wzdłuż ulicy. Możesz zjeść tę kanapkę po drodze.

Po raz pierwszy przyjrzał się jej uważnie. Zobaczył w jej oczach strach.

- W porządku, Castellano, w porządku.

Złapał garść czekoladowych herbatników, narzucił na siebie zachlapaną błotem, zielonkawą kurtkę i wyszli razem na ulicę.

Pierwsze sto metrów przeszli w zupełnym milczeniu. W końcu Barney nie mógł już dłużej wytrzymać tego napięcia.

- Zechcesz mi w końcu powiedzieć, o co chodzi?

- Wiesz... nie mam okresu... - wykrztusiła. - A to już sześć tygodni.

- Chcesz mi powiedzieć, że jesteś w ciąży?

Mogła tylko skinąć głową.

- O Boże, jak to się stało?

- Nie wiem, Barney. Tak mi wstyd, naprawdę. I boję się jak diabli!

Nagle, nie wiadomo dlaczego, poczuł się zdradzony.

- Dlaczego, u diabła, nie pójdziesz do tego sukinsyna, który to zrobił? - warknął z wściekłością. Nie mógł się zmusić do nazwania go "ojcem".

Potrząsnęła głową.

- Bo to palant. Jesteś jedyną osobą, której mogłam o tym powiedzieć.

- To mi ma pochlebiać? - Ze znużeniem nabrał tchu, lecz widząc jej przygnębienie, spróbował opanować własne uczucia. - No, dobrze - powiedział powoli i dobitnie. - Czy tak z ciekawości mogę spytać, kim jest ten facet?

- To... Sandy Leavitt.

Barney nie zdołał opanować gniewu.

- Dlaczego właśnie on?

- Proszę cię - błagała. - Gdybym chciała, żeby na mnie krzyczano, to powiedziałabym o tym rodzicom. - Łzy popłynęły jej po policzkach. - Proszę cię, Barney, pomóż mi - łkała.

Zatrzymał się w cichej, zimowej ciemności i szepnął:

- Uspokój się, Lauro. Chodźmy gdzieś, gdzie jest ciepło, i obgadamy całą tę sprawę. Mama już śpi, więc nikt nas nie usłyszy.

Wróciwszy do kuchni, zaczęli wysilać swoje umysły, dzieląc się swoją niewiedzą odnośnie do nielegalnych praktyk medycznych i usiłując wymyślić jakiś plan działania.

Barneyowi było niemal równie trudno tego słuchać, jak Laurze o tym mówić. Wściekłość toczyła w nim zawziętą walkę z litością.

Laura wiedziała o dwóch innych dziewczętach z Midwood, które znalazły się w podobnym położeniu. Każda z nich w inny sposób rozwiązała ten problem.

Jedna zapłaciła pięćdziesiąt dolarów jakiemuś ciemnemu typowi w obskurnym dwupokojowym mieszkaniu na piątym piętrze czynszówki w pobliżu Red Hook. Było to przerażające doświadczenie i miała wyjątkowe szczęście, że wyszła z tego cało. Powiedziała potem Laurze, że facet był tak niechlujny, że widziała brud pod jego paznokciami.

Druga dziewczyna powiedziała o tym rodzicom, którzy mimo swego oburzenia załatwili jej aborcję w sterylnych warunkach medycznych. Jednak to rozwiązanie wymagało wyjazdu do Puerto Rico - co zrobiła podczas letnich wakacji, kiedy jej nieobecność nie wzbudziła żadnych podejrzeń.

- Barney, co my teraz zrobimy? - A potem zawstydzona szybko się poprawiła: - Przepraszam. Nie powinnam mówić "my". To w końcu jest mój problem.

- Nie, Castellano. Nie denerwuj się, zaraz znajdziemy jakieś bezpieczne wyjście. Po pierwsze, czy jesteś absolutnie pewna, że jesteś w ciąży?

- Powinnam mieć okres dwa tygodnie temu. Zazwyczaj jestem punktualna jak zegarek.

- W porządku. Musimy zatem znaleźć prawdziwego lekarza, i to bliżej niż w Puerto Rico. Dobrze byłoby zapytać twego ojca, to znaczy udawać, że chodzi o kogoś innego...

- Nie, Barney, od razu by nas przejrzał. Wolałabym raczej umrzeć, niż mu o tym powiedzieć.

Odwróciła się. Całym jej ciałem wstrząsnął stłumiony szloch. Barney wstał, obszedł stół i położył jej dłonie na ramionach.

- Lauro, powiedziałem ci, że się tym zajmę. - I jednocześnie pomyślał sobie: Gdybym tylko, do diabła, wiedział jak!

Przez całą niedzielę kłopot Laury usunął wszystko inne na dalszy plan.

Pod wieczór zdołał wmówić sobie, że z pewnością jutro znajdzie w szkole kogoś, o kim po prostu jeszcze nie pomyślał, a kto znał wszystkie możliwe sztuczki.

Jadąc do szkoły w poniedziałek rano, prawie ze sobą nie rozmawiali. Uderzyło go to, że wszystko wydawało się takie normalne. Dziewczyna siedząca obok niego była tą samą osobą, którą znał od tylu lat. Tylko że teraz rosło w jej wnętrzu czyjeś dziecko.

Kiedy rozstali się w głównym holu, zaczął przemierzać korytarze. Na każdej przerwie był niczym myśliwy na tropie swej ofiary, przyglądając się uważnie każdej mijanej twarzy. W czasie przerwy obiadowej przeszukał wzrokiem jadalnię, ale nadaremnie. Do pierwszej nie poczynił żadnych postępów.

- - -

Wszedł do apteki i zaczął przeglądać recepty oraz lekarstwa przygotowane już do rozniesienia. Jak zwykle pan Lowenstein przyszedł, żeby wygłosić przyszłemu lekarzowi krótki wykład o właściwościach każdego preparatu. Barney grzecznie wysłuchał, po czym zgarnął wszystkie paczuszki do płóciennej torby i wyszedł na zewnątrz, w przejmujące zimno, gdzie przynajmniej mógł przebywać sam na sam ze swoimi myślami.

Dopiero w drodze powrotnej przyszedł mu do głowy pewien pomysł. A gdyby tak zapytać o to starego Lowensteina? Przecież on wie niemal tyle samo, co niejeden lekarz i codziennie wielokrotnie spotyka się z wieloma z nich. Dlaczego nie poprosić o pomoc jego?

Ponieważ jeśli się rozzłości - czego jestem pewien - to stracę pracę.

Ściągając kalosze, spojrzał na swego pracodawcę. Aptekarz miał miłą i i życzliwą twarz. Chociaż nie było aptekarskiego odpowiednika przysięgi Hipokratesa, Barney wiedział, że stary Lowenstein nie plotkował. Kiedy otrzymywał receptę na coś potencjalnie kompromitującego, tak jak w przypadku jednego klienta, który zaraził się rzeżączką, kazał Barneyowi pilnować apteki, a sam poszedł osobiście dostarczyć mu penicylinę, nikomu nie zdradzając, gdzie idzie.

Pozostało zaledwie piętnaście minut do zamknięcia sklepu i pan Lowenstein zaczął już zamykać niebezpieczne leki, kiedy Barney podszedł do niego i zapytał, czy mógłby z nim przez chwilę porozmawiać.

- Oczywiście, Barney, o co chodzi? Jeśli masz na myśli podwyżkę, to nie musisz się martwić. Miałem zamiar dać ci ją od przyszłego miesiąca.

- O nie, nie! - odpowiedział prędko Barney. - Chodzi o inny problem.

- Jaki znowu problem?

- Otóż... - Barney zawahał się, a potem wyrzucił z siebie prędko: - Jedna z dziewcząt, którą znam, ma kłopot.

Stary Lowenstein przyjrzał się twarzy Barneya i mruknął:

- Czy mam przez to rozumieć, że ty jesteś dżentelmenem odpowiedzialnym za ten niefortunny wypadek?

Barney skinął głową.

- To straszne - powiedział aptekarz, nie okazując jednak gniewu. - Jak sądzisz, po co sprzedajemy tu środki antykoncepcyjne? Jeśli młodzi chcą się angażować w tego typu rzeczy, to powinni przynajmniej odpowiednio się zabezpieczyć. Prawdę rzekłszy, Barney, dziwię ci się.

- Tak, proszę pana.

Potem nastała cisza, gdyż żaden z nich nie wiedział, kto ma teraz mówić.

W końcu Barney zapytał z wysiłkiem:

- Czy może mi pan w jakiś sposób pomóc, panie Lowenstein? Proszę mi wierzyć, wstydzę się pana o to prosić, ale ona jest zrozpaczona - to znaczy oboje jesteśmy zrozpaczeni. Nie chcę, żeby poszła do jakiegoś rzeźnika z ciemnego zaułka. To przecież mogłoby zagrozić jej życiu. - Potem poczuł się potwornie nieswojo i przeprosił: - Sądzę, że nie powinienem był o tym panu mówić.

Aptekarz westchnął:

- Barney, to, czego nie powinieneś, to pakować tej młodej kobiety w tarapaty. Jeśli jednak z jakiegoś powodu nie możecie się pobrać - a w waszym wieku chyba tak właśnie jest - to sądzę, że musicie wybrać tę drugą możliwość. Nie wiem, czy to słuszne. Nie jestem Panem Bogiem. Ale postaram się wam pomóc.

Barney poczuł bezgraniczną ulgę. Miał ochotę uściskać starego.

- Zamknij aptekę i przyjdź do mnie na zaplecze - rozkazał mu szef.

Barney pospiesznie wykonał polecenie i wszedł do kanciapy aptekarza. Lowenstein wypisywał na małej karteczce numer telefonu.

- Nie pytaj mnie, skąd to wiem - przestrzegł - ale z tego, co słyszę, ten człowiek jest nadzwyczaj ostrożny. Na wszelki wypadek przepisuje nawet pozabiegowe antybiotyki.

Barney spojrzał na kartkę.

- Doktor N. Albritton - w Pensylwanii?

Jego pracodawca wzruszył ramionami.

- To wszystko, co mogę dla was zrobić, mój chłopcze. Podobno przyjmuje pacjentów w soboty i niedziele, co trochę ułatwia sprawę. Nic więcej nie mogę dla ciebie zrobić. No więc?

- Słucham?

- Zamierzasz dzwonić w tej sprawie od siebie z domu? Siadaj tutaj i dzwoń.

Pan Lowenstein taktownie wyszedł z pokoju, a lekko wstrząśnięty Barney połączył się z międzystanową i poprosił o numer w Chester, w stanie Pensylwania. Po chwili usłyszał spokojny głos witającego go lekarza. A potem nadszedł najtrudniejszy moment.

Usiłował jak najszybciej wyłuszczyć sprawę na tyle ogólnikowo, aby ochronić tożsamość Laury. Jednak lekarz najwyraźniej nie chciał znać zbyt wielu szczegółów.

- Chyba rozumiem, w czym rzecz. Czy możecie odwiedzić moją klinikę w sobotę rano? Jesteśmy na przedmieściach Filadelfii.

- Tak, tak, oczywiście. Będziemy u pana, kiedy tylko pan sobie życzy.

- No więc, powiedzmy, że o jedenastej, dobrze?

- Tak, proszę pana. Dziękuję panu bardzo.

Nie był to jednak koniec rozmowy.

- Panie Smith, mam nadzieję, że zdaje pan sobie sprawę z wysokości mojego honorarium?

- Nie, nie, ale przyniesiemy ze sobą pieniądze, niech się pan nie obawia. Hmm, ile ono właściwie wynosi?

- Czterysta dolarów. Oczywiście w gotówce.

Barney zaniemówił.

- Czy to coś zmienia, panie Smith? - uprzejmie zapytał w końcu lekarz.

- Nie, nie. W porządku - odpowiedział Barney ochrypłym głosem.

Kiedy Lowenstein wszedł z powrotem do biura, zarzucili na siebie płaszcze i wyszli tylnymi drzwiami z apteki.

Barney rozpływał się z wdzięczności. Zwrócił się do swego pracodawcy i powiedział ze wzruszeniem:

- Jak zdołam się panu za to kiedykolwiek odwdzięczyć, panie Lowenstein?

Stary przystanął i spojrzał na Barneya.

- Nie wspominając o tym nikomu. Nigdy.

- - -

- Jezu Chryste, Barney, skąd, do diabła, mam wziąć te czterysta dolców? Na koncie nie mam nawet pięćdziesięciu. Wróciliśmy do punktu wyjścia i nic nie można na to poradzić!

Rozpłakała się.

Odpowiedział bez wahania:

- Słuchaj, Castellano, pojedziemy tam w sobotę i wszystko będzie w porządku.

- A co z tymi czterema stówkami?

Barney uśmiechnął się.

- Nie ma sprawy. Mam prawie tyle w banku.

Popatrzyła na niego zaskoczona.

- Przecież harowałeś na te pieniądze jak wół. Oszczędzałeś je na uniwersytet.

- To nieważne. To moja forsa i mogę z nią zrobić, co mi się podoba. Zatem nie traćmy już czasu na dyskusję na ten temat, a po prostu wymyślmy, jak wytłumaczymy rodzicom nasze zniknięcie w sobotę rano.

Laura nie potrafiła nazwać tego, co czuła. W końcu szepnęła cicho:

- Wiem, że to zabrzmi głupio, Barney, ale zrobiłabym to samo dla ciebie.

- Wiem - poważnie skinął głową.

- - -

Nazajutrz po szkole Barney poszedł prosto do banku i pobrał ze swojego konta trzysta osiemdziesiąt siedem dolarów i pięćdziesiąt siedem centów. Laura opróżniła swoje z czterdziestu sześciu dolarów i jednego centa. Potem poszli zakupić bilety na autobus, po sześć siedemdziesiąt pięć każdy, w obie strony.

Barney zaplanował tę podróż tak starannie, jak Hannibal przejście przez Alpy. Autobus Greyhound odchodził o siódmej rano i przyjeżdżał do Filadelfii tuż przed dziewiątą. W ten sposób pozostawały im dwie godziny na dotarcie do kliniki doktora Albrittona.

Pan Lowenstein dał mu wolny dzień, a rodzicom powiedzieli, że będą próbowali dostać wejściówki na popołudniowy spektakl Antoniusza i Kleopatry z Laurence'em Olivierem i Vivien Leigh w rolach głównych. Ponieważ mieli wyruszyć wcześnie rano, śniadanie zjedzą u Nedicka na Times Square. A potem może pójdą do Lindy's albo Jacka Dempseya na jakieś kanapki i sernik, więc do domu mogą wrócić trochę późno.

Minęła północ, a Barney wciąż przewracał się na łóżku, usiłując zasnąć. Nagle usłyszał coś, co przypominało dźwięk kamyczków rzucanych w okno. Wyjrzał na podwórze i rozpoznał sylwetkę Laury. Po chwili był przy niej.

- Barney, mam... mam okres!

- No nie... chcesz powiedzieć, że to był fałszywy alarm?

Śmiała się i płakała jednocześnie.

- Tak, Livingston, tak, fałszywy alarm! Czy to nie wspaniale?

Zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła się do niego.

- Castellano, nawet nie wiesz, jak się cieszę! - szepnął.

- Hej, Barney - powiedziała żarliwie. - Nigdy ci tego nie zapomnę. Myślę, że jesteś najmilszym facetem na świecie.

1

Barney Livingston był pierwszym chłopcem z Brooklynu, który zobaczył Laurę Castellano nago.

Pewnego sierpniowego poranka tego roku, w którym ukończył pięć lat, zawędrował na podwórko na tyłach domu, gdzie powitał go nieznajomy głos.

- Cześć!

Spojrzał w stronę sąsiedniego ogrodu. Zza płotu wyglądała jasnowłosa dziewczynka wyglądająca na jego rówieśniczkę. Poczuł nagle ukłucie tęsknoty za poprzednimi mieszkańcami tamtego domu, do których należał Murray wspaniale grający w piłkę. A z tego, co słyszał, ci nowi nawet nie mieli syna.

Tak więc Barney był zdziwiony, gdy przedstawiwszy się, Laura zaproponowała grę w piłkę. Niezdecydowany wzruszył ramionami na znak zgody i poszedł po swoją Spauldeen.

Kiedy po chwili wrócił z gumową piłeczką, różową jak guma do żucia marki Bazooka, Laura już stała na środku ich ogrodu.

- Jak się tu dostałaś? - zapytał.

- Przeszłam przez płot - wyjaśniła nonszalancko. - W porządku, vámonos, rzuć mi wysoką.

Barney, co najzupełniej zrozumiałe, był trochę wytrącony z równowagi i niezdarnie podał jej piłkę, którą Laura zręcznie złapała i energicznie mu odrzuciła. Wciąż niepokoił go fakt, że Murray miał siedem lat i nadal potrzebował pomocy w pokonywaniu płotu, który Laura najwyraźniej przeskoczyła z łatwością.

Po wyczerpującej półgodzinie Barney doszedł do wniosku, że Laura zupełnie dobrze weszła w buty Murraya (właściwie w trampki). Sięgnął do kieszeni, wyjął paczkę papierosów Lucky Strike i zaproponował jej jednego.

- Nie, dzięki - odpowiedziała. - Mój ojciec mówi, że mam alergię na czekoladę.

- Co to jest alergia?

- Nie jestem pewna - przyznała. - Najlepiej zapytajmy o to papacito. On jest doktorem.

Nagle wpadła na pomysł.

- Hej, a może zabawilibyśmy się tak w doktora i pacjenta?

- A jak się w to bawi?

- Najpierw ja zbadam ciebie, a potem ty mnie.

- To chyba nudne.

- Będziemy musieli zdjąć ubrania...

- Tak?

Może to jednak będzie interesujące.

Gabinet otwarto pod sędziwym dębem w odległym kącie ogrodu Livingstonów. Laura kazała pacjentowi zdjąć koszulkę polo w paski, żeby zbadać jego klatkę piersiową. Dokonała tego za pomocą wyimaginowanego stetoskopu.

- Teraz ściągaj spodnie.

- Po co?

- Dalej, Barney, nie psuj zabawy!

Trochę niechętnie zdjął niebieskie spodenki i stanął przed nią w majtkach, zaczynając głupio się czuć.

- To też ściągaj - rozkazała młoda lekarka.

Barney ukradkiem zerknął przez ramię, sprawdzając, czy nikt go nie obserwuje z domu, po czym zdjął ostatnią część swojej garderoby.

Laura obejrzała go uważnie, szczególną uwagę zwracając na wisiorek między jego nogami.

- To moja sikawka - wyjaśnił z nutką dumy w głosie.

- To mi raczej wygląda na penisa - odparła z kliniczną obojętnością. - W każdym razie jesteś w porządku. Możesz się ubrać.

Skwapliwie wykonał polecenie.

- Może teraz zabawimy się w coś innego? - zapytała Laura.

- To nie w porządku. Teraz moja kolej być doktorem.

- Dobrze.

W mgnieniu oka rozebrała się do naga.

- Oo, Lauro... a co się stało z twoim... no wiesz...

- Ja go nie mam - odpowiedziała z lekkim żalem.

- O rany, dlaczego?

W tym momencie czyjś donośny głos przerwał konsultację.

- Baaarney! Gdzie jesteś?

W tylnych drzwiach domu stała jego matka. Pospiesznie przeprosił i wyjrzał zza pnia.

- Tu jestem, mamo.

- Co tam robisz?

- Nic, bawię się z kimś.

- Z kim?

- Z Laurą, dziewczynką z sąsiedniego domu.

- Och, to ta nowa rodzina. Zapytaj ją, czy ma ochotę na ciasteczka i mleko.

Zza drzewa wyłoniła się chochlikowata buzia.

- Jakie ciasteczka? - radośnie zapytała Laura.

- Oreo i fig newton - odpowiedziała z uśmiechem pani Livingston. - Ojej, jaka słodka z ciebie dziewczynka.

- - -

Rajem ich dzieciństwa był gwarny Brooklyn pełen wesołych dźwięków: szczęku tramwajów zlewającego się z brzęczeniem dzwonków na zabawnie wymalowanym samochodzie sprzedawcy lodów. I przede wszystkim śmiechu dzieci grających w palanta, w piłkę - a nawet w hokeja na wrotkach - wprost na ulicach.

Brooklyńscy Dodgersi nie byli wtedy tylko zwykłą drużyną baseballową, lecz zespołem prawdziwych bohaterów - takich jak Duke, Pee Wee i Preacher. Był wśród nich nawet taki facet, który biegał szybciej, niżbyś zdołał wymówić jego nazwisko: Jack Robinson.

Kochali Brooklyn ze wszystkich sił.

No i co z tego, że nigdy nie udało im się pobić nowojorskich Jankesów?

- - -

W każdym razie nie w 1942 roku, gdyż wtedy Amerykanie wciąż toczyli wojnę na trzech frontach - w Europie przeciwko hitlerowcom, na Pacyfiku przeciwko hordom Tojo i u siebie przeciwko OPA1. Była to instytucja stworzona przez prezydenta Roosevelta w celu racjonowania podstawowych artykułów dla ludności cywilnej, aby zapewnić wszystko, co najlepsze, dla wojska.

Tak więc, gdy marszałek Montgomery walczył z Rommlem pod El-Alamejn, a generał Jimmy Doolittle bombardował Tokio, Estelle Livingston walczyła w Brooklynie o dodatkowe kartki na mięso, aby zapewnić swoim synom zdrowy i prawidłowy rozwój.

Jej mąż Harold został powołany do wojska rok wcześniej. Był nauczycielem łaciny w szkole średniej i obecnie przebywał w bazie wojskowej w Kalifornii, ucząc się japońskiego. Rodzinie mógł tylko powiedzieć, że jest w czymś, co się nazywa "wywiad". To całkiem zrozumiałe, tłumaczyła swoim synkom Estelle, gdyż tatuś istotnie zna się na wywiadówkach.

Z jakiegoś niewiadomego powodu ojciec Laury, doktor Luis Castellano, nie został powołany do wojska.

- Czy Laura jest miła, Barney? - zapytała Estelle, usiłując wepchnąć w usta młodszego syna następny kawałek mielonki.

- Taak, jest w porządku, jak na dziewczynę. No wiesz, potrafi nawet złapać piłkę. Tylko mówi jakoś śmiesznie.

- To dlatego, że państwo Castellano pochodzą z Hiszpanii, mój drogi. Musieli stamtąd uciekać.

- Dlaczego?

- Ponieważ nie podobali się złym ludziom, zwanym faszystami. To dlatego wasz tatuś jest w wojsku. Żeby walczyć z faszystami.

- Czy tatuś ma karabin?

- Nie wiem. Ale jestem pewna, że jeśli będzie mu potrzebny, to prezydent Roosevelt dopilnuje, żeby go dostał.

- To dobrze, bo wtedy będzie mógł strzelić tym wszystkim złym ludziom w penisa.

Estelle, bibliotekarkę z zawodu, zawsze cieszyły przejawy coraz bogatszego słownictwa syna. Jednak tym razem jego nowy werbalny nabytek zupełnie ją zaskoczył.

- Kto ci opowiadał o penisach, kochanie? - spytała najbardziej obojętnie, jak mogła.

- Laura. Jej tato jest lekarzem. Ale ona nie ma penisa.

- Co powiedziałeś, mój drogi?

- Laura nie ma penisa. Z początku jej nie wierzyłem, ale mi pokazała.

Estelle zaniemówiła. Pomieszała tylko owsiankę małego Warrena, zastanawiając się, co jeszcze Barney już wie.

- - -

Z czasem Barney i Laura przerzucili się na lepsze zabawy. Na przykład w kowbojów i Indian, amerykańskich żołnierzy i szkopów albo japońców, demokratycznie zamieniając się rolami każdego letniego dnia.

Minął rok. Wojska alianckie wkroczyły do Włoch, a jankesi na Pacyfiku odbijali Wyspy Salomona. Którejś późnej nocy brat Barneya Warren obudził się z płaczem i ponadczterdziestostopniową gorączką. Obawiając się najgorszego - okropnej letniej plagi, jaką był dziecięcy paraliż - Estelle szybko owinęła spoconego chłopca w ręcznik kąpielowy, po czym zbiegła z nim po schodkach i do domu doktora Castellano. Barney, przerażony i zmieszany, podążał tuż za nią.

Luis jeszcze nie spał. Czytał jakiś medyczny periodyk w swoim niewielkim gabinecie i na ich widok pospiesznie umył ręce przed rozpoczęciem badania. Jego wielkie, owłosione dłonie były zadziwiająco zręczne i delikatne. Barney patrzył z podziwem, jak doktor zagląda Warrenowi do gardła, a potem osłuchuje mu klatkę piersiową, przez cały czas usiłując uspokoić chore dziecko.

- Spokojnie - szeptał - tylko oddychaj, wdech, wydech, dobrze, ni?o?

Tymczasem Inez Castellano pobiegła po zimną wodę i gąbkę. Estelle stała oniemiała ze strachu. Barney trzymał się fałdów jej kwiecistego płaszcza kąpielowego. W końcu odważyła się zapytać.

- Czy to, no wie pan...?

- Chálmate, Estelle, to nie polio. Popatrz na tę płonicopodobną wysypkę na jego piersi, a zwłaszcza na te powiększone czerwone brodawki na języku. Nazywamy to "truskawkowym językiem". Chłopiec ma szkarlatynę.

- Ale to też jest poważna...

- Tak, więc ktoś musi mu przepisać jakiś sulfonamid, na przykład prontosil.

- A pan nie może...?

- Nie wolno mi wypisywać recept - odparł Luis, zaciskając zęby. - Nie mam prawa wykonywania zawodu w tym kraju. No cóż, vámonos. Barney zostanie tutaj, a my pojedziemy taksówką do szpitala.

W taksówce Luis trzymał Warrena, ocierając mu szyję i czoło gąbką. Widząc jego pewność siebie, Estelle była spokojniejsza, choć nadal zdziwiona tym, co jej powiedział.

- Ależ, Luis, myślałam, że jesteś lekarzem. Przecież pracujesz w szpitalu, prawda?

- W laboratorium. Wykonuję badania krwi i moczu. - Umilkł i po chwili dodał: - W moim kraju byłem lekarzem i myślę, że całkiem niezłym. Pięć lat temu, kiedy tu przyjechaliśmy, uczyłem się angielskiego jak wariat, ponownie przeczytałem wszystkie podręczniki i pozdawałem egzaminy. Mimo to Stanowa Komisja Medyczna nie wydała mi prawa wykonywania zawodu. Najwidoczniej nadal jestem dla nich niebezpiecznym cudzoziemcem. W Hiszpanii należałem do niewłaściwej partii.

- Przecież walczyłeś z faszystami.

- Tak, ale byłem socjalistą, a w Ameryce to coś równie sospechoso.

- To oburzające.

- Bueno, mogło być gorzej.

- Nie rozumiem?

- Mogłem wpaść w ręce frankistów.

W szpitalu natychmiast potwierdzono diagnozę Luisa i podano zasugerowane przez niego lekarstwo. Następnie pielęgniarki wymyły Warrena nasączonymi w alkoholu gąbkami, żeby obniżyć temperaturę. O piątej nad ranem uznano, że jego stan jest dostatecznie dobry, by można go zabrać do domu. Luis odprowadził Estelle i chłopca do taksówki.

- Nie jedziesz z nami? - spytała.

- Nie. No vale la pena. O siódmej mam być w laboratorium. Zostanę tutaj i spróbuję się zdrzemnąć w dyżurce.

- - -

- Jak znalazłem się w moim łóżku, mamusiu?

- No cóż, kochanie, kiedy wróciliśmy do domu, było bardzo późno, a ty spałeś już u Castellanów na kanapie, więc razem z Inez przeniosłyśmy ciebie i Warrena do naszego domu.

- Czy Warren dobrze się czuje? - spytał Barney, który jeszcze nie widział brata.

Estelle skinęła głową.

- Dzięki Bogu za doktora Castellano. Mamy szczęście, że jest naszym sąsiadem.

Przez ułamek sekundy Barney poczuł ukłucie zazdrości. Ojciec Laury był w domu. Czasami tęsknił za swoim tatą tak bardzo, że to naprawdę bolało.

Żywo pamiętał dzień, w którym ojciec wyjechał. Harold podniósł go wówczas do góry i przytulił do siebie tak mocno, że Barney poczuł zapach papierosowego dymu w jego oddechu. Teraz często tylko widząc, jak ktoś zapala papierosa, czuł się samotny.

Miał jednak coś na pocieszenie: małą prostokątną chorągiewkę z niebieską gwiazdą na białym tle z czerwonym brzegiem, dumnie wiszącą we frontowym oknie domu Livingstonów. Obwieszczała wszystkim przechodniom, że członek ich rodziny walczy gdzieś daleko za ojczyznę (niektóre domy miały chorągiewki z dwoma, a nawet trzema gwiazdami).

Pewnego grudniowego wieczoru, kiedy bracia wracali z cukierni ze słodkimi bułeczkami za piątaka, Warren zauważył coś dziwnego we frontowym oknie państwa Cahnów - flagę, na której widniała złota gwiazda.

- Mamo, a dlaczego ich jest taka ładna? - narzekał Warren przy obiedzie.

Estelle zawahała się przez chwilę, a potem odpowiedziała cicho:

- Ponieważ ich syn... był szczególnie odważny.

- Myślisz, że nasz tatuś też zdobędzie kiedyś taką gwiazdę?

Choć poczuła, że blednie, Estelle zdołała odpowiedzieć rzeczowo.

- W tych sprawach nigdy nic nie wiadomo, kochanie. A teraz proszę jeść te brokuły.

Kiedy kładła chłopców do łóżka, nagle uświadomiła sobie, że Barney milczał w trakcie całej tej rozmowy. Może rozumiał, że Arthur, jedyny syn państwa Cahnów, został zabity w akcji?

Później, siedząc samotnie przy stole kuchennym i udając, że zbożowy wywar to prawdziwa brazylijska kawa, przypominała sobie liczne zapewnienia Harolda, że nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo. ("Do tłumaczy się nie strzela, kochanie"). Tylko czy przepisy bezpieczeństwa nie zabraniały mu ujawnić tego, gdzie jest i co robi? Niemal codziennie któraś z rodzin w Brooklynie otrzymywała jeden z tych strasznych telegramów.

Nagle usłyszała głos starszego syna. Brzmiał czule i pocieszająco.

- Nie martw się, mamo. On wróci.

Stał w swojej piżamce z Myszką Miki, zaledwie sześcioipółletni, lecz już przejmował inicjatywę i usiłował pocieszyć matkę. Spojrzała na niego z uśmiechem.

- Skąd wiedziałeś, o czym myślałam? - spytała.

- Wszyscy w szkole wiedzą o Artiem Cahnie. Widziałem nawet, jak jedna z nauczycielek płakała. Nic nie mówiłem, bo pomyślałem, że przestraszyłbym Warrena. Ale tacie na pewno nic się nie stanie, obiecuję ci.

- Dalczego jesteś taki pewny? - zapytała.

Wzruszył ramionami.

- Nie wiem - wyznał. - Ale kiedy się martwisz, jesteś smutniejsza.

- Masz rację, Barney - powiedziała, mocno go przytulając.

W tym momencie jej pocieszyciel nagle zmienił temat.

- Czy mogę wziąć sobie ciastko, mamusiu?

- - -

Rok 1944 przyniósł pasmo zwycięstw. Wyzwolono Paryż i Rzym, a F.D. Roosevelt został wybrany na czwartą kadencję, co było bezprecedensowym wydarzeniem. Jakiś czas po tym, jak Amerykanie odbili Guam, Harold Livingston zadzwonił z Kalifornii do rodziny, aby im oznajmić, że wysyłają go za granicę. Nie mógł podać gdzie, ale powiedział, że będzie pomagać w przesłuchaniach japońskich jeńców wojennych. Następną wiadomość od niego dostaną przez pocztę V - te ledwie czytelne, miniaturowe listy sfotografowane na mikrofilmie i odbite potem na szarym, śliskim papierze.

Ten rok był także kamieniem milowym w życiu Luisa Castellano. Stanowa Komisja Medyczna cofnęła swoją decyzję i oznajmiła, że hiszpański uchodźca może praktykować medycynę w Stanach Zjednoczonych Ameryki.

Chociaż zadowolony i usatysfakcjonowany, Luis wiedział, że nie skłoniły ich do tego jego kwalifikacje, lecz fakt, że wszyscy sprawni fizycznie lekarze zostali powołani do wojska. Oboje z Inez szybko przerobili sypialnię na parterze na gabinet. Dostał pożyczkę z The Dime Savings Bank na zakup aparatu rentgenowskiego.

- Do czego to, papacito? - zapytała ojca trzyletnia Isobel, gdy czwórka młodych widzów przyglądała się instalowaniu maszyny.

- Ja wiem! - zgłosił się na ochotnika Barney. - To jest do zaglądania do środka ludzi, prawda, doktorze Castellano?

- Masz rację, chłopcze - przyznał Luis, poklepując Barneya po głowie. - Jednak dobrzy lekarze mają już maszynę do oglądania wnętrza swoich pacjentów. - Wskazał palcem na swoją skroń. - Mózg jest ciągle jeszcze najlepszym narzędziem diagnostycznym.

Reputacja i praktyka Luisa rosły szybko. Szpital King's County zaoferował mu pewne usługi. Mógł teraz wysyłać próbki do laboratorium, w którym kiedyś mył probówki.

Czasem w nagrodę pozwalano dzieciom zwiedzać jego medyczną świątynię. Barney i Laura mogli dotykać instrumentów i zaglądać do uszu młodszego rodzeństwa za pomocą wziernika, pod warunkiem że potem pozwolą, by Warren i Isobel osłuchali im klatki piersiowe stetoskopem.

Stali się nieomal jedną rodziną. Estelle Livingston była za to szczególnie wdzięczna. Jej jedyną krewną była matka, która - jeśli inne opiekunki do dzieci były nieosiągalne - przyjeżdżała kolejką podziemną z Queens, aby przypilnować Warrena, kiedy Estelle pracowała w bibliotece.

Wiedziała jednak, że chłopcy potrzebują męskiego wzorca w życiu i rozumiała, dlaczego Barney i Warren tak uwielbiali tego szorstkiego, niedźwiedziowatego lekarza. Sam Luis zaś wydawał się uradowany pozyskaniem dwóch "synów".

Estelle i Inez bardzo się zaprzyjaźniły. W każdy wtorek wieczorem pełniły razem dyżury w obronie przeciwlotniczej, w trakcie których patrolowały ciche, ciemne ulice, pilnując, by we wszystkich domostwach pogaszono światła. I nieustannie wypatrywały na niebie nieprzyjacielskich bombowców.

Mrok zdawał się działać uspokajająco na Inez, która swobodniej wyrażała swoje myśli.

Pewnego razu gdy Estelle zapytała zdawkowo, czy nie przeszkadza jej brak snu, zaskoczyła ją odpowiedź Inez.

- Nie. Przypomina mi to stare, dobre czasy. Jedyna różnica to, że teraz nie mam karabinu.

- Ty też walczyłaś?

- Tak, amiga, i wcale nie byłam jedyną kobietą. Dlatego że Franco miał za sobą nie tylko hiszpańskie oddziały, ale i regulares - najemników z Maroka, którym płacił za brudną robotę. Naszą jedyną nadzieją był szybki atak i ucieczka. Tych rzeźników było tak wielu. Jestem dumna z tego, że kilku z nich zabiłam.

Nagle zorientowała się, że przyjaciółka jest wstrząśnięta.

- Spróbuj zrozumieć - dodała - ci dranie mordowali dzieci.

- No cóż, rozumiem twój punkt widzenia... - niepewnie odpowiedziała Estelle, usiłując oswoić się z myślą, że ta cicha kobieta, stojąca przy niej, zabiła człowieka.

Jak na ironię, oboje rodzice Inez byli nie tylko zagorzałymi prawicowymi zwolennikami Franco, ale także Opus Dei, organizacji wewnątrzkościelnej popierającej dyktatora. Kiedy ich jedyna córka, płonąc socjalistycznym idealizmem, opuściła dom, żeby przyłączyć się do oddziału republikańskiej milicji, przeklęli ją i wydziedziczyli.

- Nie miałam już nikogo na świecie - tylko mój karabin i sprawę. Tak więc w pewnym sensie ta kula przyniosła mi szczęście.

Jaka kula? - zastanawiała się Estelle. Wkrótce jednak się dowiedziała.

Podczas oblężenia Malagi Inez i kilku innych lojalistów wpadli w zasadzkę w drodze do Puerta Real. Kiedy odzyskała przytomność, spoglądała na zarośniętą twarz młodego, krępego doktora, który przedstawił się jej jako "towarzysz Luis".

- Już wtedy był osobowością. Oczywiście nie mieliśmy mundurów, ale Luis zdawał się robić wszystko, żeby wyglądać jak wieśniak. - Roześmiała się. - Nie sądzę jednak, żeby kiedykolwiek brakowało mu pracy. Było tylu rannych. Jak tylko wstałam z łóżka, zaczęłam mu pomagać. Nawet po wielogodzinnej pracy nigdy nie tracił poczucia humoru. Właściwie tylko tyle mogliśmy ze sobą zabrać, kiedy uciekliśmy. Ledwie zdążyliśmy się przedostać do Francji, zanim zamknięto granicę.

- - -

Kiedy zaczęła się szkoła, Barney z Laurą znaleźli się w tej samej trzeciej klasie w Szkole Podstawowej nr 148. Paradoksalnie to, że byli teraz w grupie trzydzieściorga innych dzieci, jeszcze bardziej ich zbliżyło. Laura odkryła, jakim cennym przyjacielem jest Barney, ponieważ on już umiał czytać.

Bo przecież Estelle i Harolda Livingstonów połączyła miłość do książek. Od kiedy ukończył trzy lata, na zmianę uczyli go czytać. W nagrodę czytywali mu głośno opowiadania z Mitologii Bullfincha lub wiersze z Dziecięcego ogrodu poezji. To podejście przyniosło efekty. Apetyt Barneya na książki był nieomal równie nienasycony, jak jego zapotrzebowanie na wafle waniliowe. W rezultacie był teraz w stanie, siedząc na frontowych schodach, wtajemniczać Laurę w zawiłości tak nieśmiertelnej klasyki, jak Patrz, jak biegnie Spot.

W odpowiednim czasie Barney zażądał rewanżu. Na siódme urodziny matka podarowała mu zestaw do koszykówki wraz z tarczą, obręczą i prawdziwą siatką, która wydawała głośny świst przy każdym celnym rzucie. Wieczorem w dniu poprzedzającym przyjęcie Luis zaryzykował życie i całość kończyn, przybijając to wszystko do dębu Livingstonów na przepisowej wysokości trzech metrów.

Barney wydał głośny okrzyk radości i obwieścił:

- Lauro, musisz mi pomóc ćwiczyć. Jesteś mi to winna.

Jej pomoc obejmowała udawanie obrońcy przeciwnej drużyny i blokowanie rzutów Barneya do kosza. Ku jego zdziwieniu Laura była w tym aż za dobra. Zdobywała prawie tyle samo punktów co on. I chociaż on wciąż rósł, to ona nadal była od niego wyższa.

- - -

Niemcy skapitulowali 7 maja 1945 roku i z końcem lata Japonia poddała się również. Nigdzie radość z tego powodu nie była tak duża jak w domu Livingstonów przy Lincoln Place, gdzie Barney, Warren i Estelle paradowali wokół stołu kuchennego, śpiewając Kiedy tatuś przymaszeruje wreszcie do domu. Nie widzieli go ponad trzy lata.

- - -

Harold Livingston wrócił do domu. Jednak niemarszowym krokiem. W istocie jego chód był powolny, a chwilami wręcz niepewny.

Popychani i potrącani nieustannie przez tłum innych żon i dzieci Estelle i obaj chłopcy czekali z zapartym tchem na przyjazd pociągu. Zanim jeszcze zdążył się zatrzymać, niektórzy żołnierze wyskoczyli na peron i biegli co sił w nogach do swych ukochanych.

Barney stał na palcach. Jednak nie widział żadnego żołnierza, który choć trochę przypominałby mu tego ojca, którego widywał w snach.

- O tam! To on! - zawołała nagle matka.

Pomachała komuś stojącemu na końcu peronu, Barney spojrzał we wskazanym kierunku, ale nie zobaczył nikogo. To znaczy nikogo, kto by odpowiadał jego wspomnieniom o Haroldzie Livingstonie.

Zobaczył zwyczajnego mężczyznę, średniego wzrostu, z początkami łysiny. Kogoś bladego, wychudzonego i zmęczonego.

Ona się myli - pomyślał. To nie może być tato. Na pewno nie.

Estelle nie mogła powstrzymać się dłużej.

- Haroldzie! - krzyknęła i podbiegła, aby go objąć.

Barney stał, trzymając Warrena za rękę, i patrzył. Nagle uświadomił sobie, że matka nigdy przedtem nie zostawiła ich samych.

- Czy to nasz tatuś? - zapytał mały Warren.

- Chyba tak - odpowiedział Barney wciąż trochę niepewny.

- Myślałem, że jest większy od doktora Castellano.

Barney o mało nie powiedział, że też tak myślał.

Teraz byli razem, wszyscy czworo. Estelle wciąż trzymała męża pod rękę.

- Barney, Warren, ależ urośliście! - powiedział z dumą Harold Livingston, obejmując starszego syna. Barney rozpoznał znajomy zapach papierosowego dymu.

Mimo tłumu na zewnątrz jakoś udało im się znaleźć taksówkę z bardzo patriotycznym kierowcą.

- Witaj w domu, żołnierzu! - wykrzyknął. - Pokazaliśmy tym szwabom, no nie? - triumfował taksówkarz.

- Mój mąż służył na Pacyfiku - dumnie sprostowała Estelle.

- Och, szwaby, japońce - co to za różnica? To wszystko kupa cholernych zawszonych łobuzów. Powiedz mężowi, że zrobił dobrą robotę.

- Czy udało ci się kogoś zabić? - zapytał z nadzieją w głosie Warren.

- Nie, synu - odparł powoli Harold. - Pomagałem tylko tłumaczyć, kiedy przesłuchiwaliśmy jeńców... - Głos uwiązł mu w gardle.

- Nie bądź taki skromny, pozwól dzieciakom być dumnym z ojca. Widzę, że byłeś na wielu akcjach, skoro dali ci Purpurowe Serce. Bardzo ci się dostało, kolego?

Barney i Warren popatrzyli na siebie szeroko otwartymi oczyma, ale Harold natychmiast rozwiał te bohaterskie iluzje.

- To nie było nic takiego. Tylko pocisk artyleryjski, który upadł tuż obok naszego namiotu. Przez jakiś czas byłem trochę rozklekotany, ale teraz już jestem w porządku. Powinienem ściągnąć te przeklęte bandaże przed przyjazdem. Najważniejsze, że znów wszyscy jesteśmy razem.

Jednak jego protesty tylko potwierdziły to, co Estelle wyczuła w chwili, gdy zobaczyła go na peronie. Harold był bardzo chory.

- - -

Luis Castellano czekał w oknie, kiedy przed dom Livingstonów zajechała taksówka. Natychmiast razem ze swoją rodziną wyszedł na ulicę i zamknął Harolda w niedźwiedzim uścisku.

- Przez tyle lat mówiłem do twojej fotografii na kominku! - wyjaśnił. - Czuję się tak, jakbyś był moim dawno zaginionym bratem!

- - -

Ta noc na zawsze utkwiła Barneyowi w pamięci. Słyszał ich głosy, chociaż znajdował się na drugim końcu korytarza, a drzwi ich pokoju były zamknięte.

Matka wciąż płakała i pytała głosem oscylującym pomiędzy gniewem a rozpaczą:

- Czy możesz mi to wyjaśnić, Haroldzie? Co to znaczy "trzydziestoprocentowe inwalidztwo"?

Ojciec usiłował ją pocieszyć.

- To nic takiego, kochanie. Zapewniam cię, że nie ma się czym martwić.

A potem nastała cisza. Z sypialni rodziców nie dobiegały już żadne odgłosy. Barney patrzył z głębi korytarza na ich drzwi, zastanawiając się.

- - -

Przy śniadaniu Barney przyglądał się twarzom rodziców, lecz nie zdołał z nich wyczytać, co wydarzyło się poprzedniego wieczoru. I widok matki, krzątającej się przy kimś niemal zupełnie obcym, budził w nim jakieś dziwne, niezrozumiałe uczucia. Wyszedł wcześniej po Laurę, żeby mieć dużo czasu na rozmowę w drodze do szkoły.

Gdy tylko zostali sami, zwierzył się jej.

- Boję się. Sam nie wiem czemu, ale mój ojciec jest jakiś inny. Myślę, że może być chory.

- Wiem.

- Wiesz?

- Jak tylko wróciliśmy wczoraj do domu, papa zabrał mamę do swojego gabinetu i mówił jej o czymś, co nazywa się neurosis de guerra.

- Co to znaczy po angielsku? - zapytał zaniepokojony Barney.

- Barney, ja nawet nie wiem, co to znaczy po hiszpańsku - przyznała.

- - -

Tego popołudnia Estelle Livingston siedziała za biurkiem w wypożyczalni Grand Army Plaza będącej jednym z oddziałów brooklyńskiej biblioteki publicznej, gdy podniosła oczy i zobaczyła Barneya i Laurę przeglądających półki w dziale medycyny. Zaprosiła ich do swojego biura na zapleczu, gdzie mogli swobodnie porozmawiać.

- Proszę was, nie martwcie się - powiedziała, siląc się na uspokajający ton. - On nie był ranny. Doznał tylko lekkiego wstrząsu w wyniku eksplozji. Pocisk wybuchł bardzo blisko i po czymś takim człowiek powoli wraca do siebie. W następnym semestrze znów będzie uczył.

Odetchnęła głęboko.

- Czy teraz czujecie się trochę lepiej? - spytała.

Dzieci w milczeniu kiwnęły głowami. A potem pospiesznie wyszły.

- - -

Tak jak obiecała Estelle, jesienią Harold Livingston powrócił do swoich pedagogicznych obowiązków w Erasmus Hall. I tak jak dawniej uczniowie uważali go za czarującego i dowcipnego. Potrafił ich zainteresować nawet dziełem Cezara O wojnie galijskiej. Wydawał się znać na pamięć całą literaturę klasyczną.

A mimo to czasem zapominał zrobić zakupy w drodze ze szkoły do domu - nawet jeśli Estelle włożyła mu ich listę do kieszeni marynarki.

Odkąd dostał swój koszykarski sprzęt, Barney marzył o dniu, w którym zagra z ojcem.

Podczas długiej nieobecności Harolda Barney nieustannie wypytywał matkę o to, jaki ojciec był za dawnych czasów. Pewnego razu słuchał wspomnień Estelle o lecie przed jego urodzeniem. Byli wówczas w Białych Górach, w ośrodku wypoczynkowym nad jeziorem, gdzie akurat zorganizowano turniej tenisowy dla gości.

- Harold postanowił spróbować, tak dla hecy. Na studiach był wspaniałym graczem, chociaż naturalnie Uniwersytet Nowojorski nie miał wówczas drużyny tenisowej. W każdym razie Harold pożyczył rakietę, pomaszerował na kort i ani się obejrzałam, jak znalazł się w finałach! Pokonał go dopiero instruktor wychowania fizycznego z miejscowego college'u, a i tak miał szczęście, że Harold nie był tego dnia w formie. Powiedział mu wówczas, że gdyby traktował to poważnie, to mógłby zostać drugim Billem Tildenem. Możesz to sobie wyobrazić?

Barney nie miał pojęcia, kim był Bill Tilden, ale z pewnością mógł sobie wyobrazić mężczyznę z fotografii na kominku ubranego w biały strój do tenisa, zapamiętale tłukącego małą piłeczkę. Tak często marzył o dniu, w którym pokaże ojcu swoje sportowe umiejętności. I teraz w końcu ta chwila była bliska.

- Czy widziałeś tę tablicę, którą doktor Castellano zawiesił na drzewie? - pozornie od niechcenia spytał ojca pewnej soboty jako rodzaj wstępu.

- Tak - odpowiedział Harold. - Wygląda bardzo profesjonalnie.

- Czy chciałbyś może porzucać ze mną i Warrenem do kosza?

Harold westchnął i odpowiedział cicho:

- Nie sądzę, żebym zdołał dotrzymać kroku takim dwóm zawodnikom jak wy. Ale wyjdę i popatrzę.

Barney i Warren pobiegli założyć tenisówki, a potem podryblowali na "boisko".

Pragnąc pochwalić się swoją zręcznością przed ojcem, Barney zatrzymał się pięć metrów przed koszem, podskoczył i rzucił piłkę. Ku swemu ogromnemu rozczarowaniu nie trafił. Pospiesznie odwrócił się i wyjaśnił:

- To była tylko rozgrzewka, tatusiu.

Oparty o drzwi do ogrodu Harold Livingston skinął głową, zaciągnął się głęboko papierosem i uśmiechnął się.

Barney z Warrenem zdołali umieścić w koszu zaledwie kilka piłek (Dobra, szybka akcja, prawda, tato?), kiedy zza płotu dał się słyszeć czyjś zirytowany głos.

- Do licha, co się dzieje, chłopaki? Dlaczego gracie beze mnie?

A niech to, to Laura. Dlaczego musiała się wtrącić?

- Przykro nam - przeprosił Barney - ale dzisiaj gramy naprawdę ostro.

- Żarty sobie stroisz? - odparła. (Zdążyła już przeskoczyć przez płot). - Potrafię się rozpychać łokciami równie dobrze jak wy.

W tym momencie wtrącił się Harold.

- Bądź miły, Barney. Daj Laurze spróbować, skoro chce.

Jednak spóźnił się o ułamek sekundy, gdyż Laura już zdążyła wytrącić Barneyowi piłkę i dryblowała z nią teraz obok Warrena, żeby ulokować ją w koszu. Kiedy wszyscy troje skończyli rzucać na zmianę do kosza, Laura zawołała:

- Dlaczego nie zagra pan z nami, panie Livingston?! Moglibyśmy podzielić się na dwie drużyny.

- To miło z twojej strony, Lauro, ale jestem dzisiaj trochę zmęczony. Lepiej pójdę się przespać.

Na twarzy Barneya pojawił się grymas rozczarowania.

Laura spojrzała na niego i natychmiast zrozumiała, co czuje.

Powoli odwrócił się do niej i napotkał jej spojrzenie. Od tego momentu oboje wiedzieli, że potrafią czytać w swoich myślach.

- - -

Ilekroć cały klan Livingstonów szedł z sąsiadami na obiad, Barney podziwiał Luisa za jego umiejętność ożywiania Harolda, który stawał się przy nim niemal gadatliwy. Doktor był człowiekiem o nienasyconym apetycie na wino, jedzenie, a przede wszystkim na wiedzę.

Ten niekończący się strumień pytań odpowiadał nauczycielskiej duszy Harolda, który bawił Luisa anegdotami z rzymskiej historii Hiszpanii, a zwłaszcza rewelacjami o tym, że niektórzy najwięksi pisarze imperium byli hiszpańskiego pochodzenia, jak na przykład dramatopisarz Seneka urodzony w Kordobie.

- Inez, słyszysz? Seneka był naszym ziomkiem! - A potem odwracał się do swojego nauczyciela i domagał się melodramatycznie: - A teraz, Haroldzie, gdybyś tak jeszcze mógł mi powiedzieć, że Szekspir też był Hiszpanem!

Laura lubiła słuchać, jak pan Livingston tłumaczył im, dlaczego ona, w przeciwieństwie do typowych latynoskich chiquitas, ma jasne włosy: ich rodzina niewątpliwie miała celtyckich przodków, którzy zawędrowali kiedyś na Półwysep Iberyjski.

Kiedy obaj ojcowie przenieśli się do gabinetu Luisa, a matki do kuchni, Laura powiedziała do Barneya:

- Och, uwielbiam twego ojca. On wie wszystko.

Barney pokiwał głową, ale pomyślał sobie: Tak, ale wolałbym, żeby częściej rozmawiał ze mną.

- - -

W każdą sobotę po południu mama i tato Barneya siadali nabożnie przed radiem, czekając, aż Milton Cross zapowie swym łagodnym głosem, jacy wielcy śpiewacy Metropolitan Opera wystąpią tego dnia. Luis i Inez zabierali w tym czasie małą Isobel na spacer do parku.

Laura, Barney i Warren mogli zatem iść na popopołudniowy seans dla dzieci w kinie Savoy (dwadzieścia pięć centów wstęp plus piątaka za prażoną kukurydzę).

Były to czasy, kiedy filmy nie były jedynie frywolną rozrywką, ale umoralniającymi lekcjami, jak powinni żyć dobrzy Amerykanie. Randolph Scott wjeżdżał więc dzielnie na białym koniu w Badman's Territory, by ratować dobrych, a John Wayne w Olbrzymie w siodle na swoim białym rumaku - niemal w pojedynkę - ujarzmiał Dziki Zachód.

W bardziej tropikalnej scenerii Johnny Weissmüller jako Tarzan prezentował każdemu dzieciakowi korzyści płynące z nauki pływania, zwłaszcza jeśli zdarzy im się wpaść do wody pełnej krokodyli.

Jednakże ich największym bohaterem był Gary Cooper. Częściowo dlatego, że był zbudowany jak gwiazda koszykówki, a częściowo ponieważ pomagał hiszpańskim guerrillas w Komu bije dzwon. Przede wszystkim kochali go jednak za to, że grał odważnego lekarza w Historii doktora Wassella. Wychodząc z kina z załzawionymi oczyma po obejrzeniu dwóch kolejnych seansów tego filmu, Barney i Laura doszli do wniosku, że to najszlachetniejszy z zawodów.

Oczywiście mieli pod nosem równie szacownego lekarza. Luis Castellano może nie był tak wysoki jak Cooper, ale na swój sposób stał się wzorem zarówno dla córki, jak i dla Barneya (który często marzył, żeby ich sąsiad został w jakiś sposób również jego ojcem).

Pragnienie Barneya, żeby został lekarzem, pochlebiało Luisowi, lecz u córki traktował je pobłażliwie, jako przelotny kaprys. Był przekonany, że Laura wyrośnie z tych romantycznych marzeń, wyjdzie za mąż i będzie miała dużo ni?os.

Jednak mylił się.

Szczególnie po śmierci Isobel.

6

Nikogo nie zdziwiło, że Laura została przyjęta do Radcliffe - i to na pełne stypendium. Nie posiadała się z radości, że będzie studiować na siostrzanej uczelni Harvardu, gdyż uważała ją za najlepszą pozycję do szturmowania ostatniej cytadeli - Szkoły Medycznej.

Radość Barneya była znacznie bardziej stonowana. Wprawdzie został przyjęty na Columbia University, ale jego stypendium pokrywało jedynie czesne.

- Nadal jednak będziesz mógł grać w kosza, co? - zapytała Laura.

- Tylko jeśli mają treningi od północy do czwartej rano - odparł z goryczą.

- - -

Postanowiwszy w pełni zaznać studenckiego życia, Barney znalazł pracę, która dawała mu tyle pieniędzy, że mógł zasilać rodzinny budżet i mieszkać w domu studenckim.

Pierwszego lipca został pomocnikiem nocnego portiera w The Versailles, jednym z eleganckich bloków mieszkalnych w najbardziej ekskluzywnej dzielnicy Nowego Jorku. Była to męcząca, ale za to intratna praca. Do Święta Pracy zarobił już tyle, że miał na czynsz za cały pierwszy semestr.

- - -

Nagle przyszła chwila pożegnania z Laurą - moment, którego nie dopuszczał do świadomości przez całe lato. Nawet kiedy tydzień wcześniej widział przez okno, jak dwóch krzepkich pracowników Railway Express ładuje do furgonetki kufer Laury, nie chciał myśleć, co to oznacza.

W przeddzień jej wyjazdu siedzieli obok siebie na tylnych schodkach, wpatrzeni w zarys dawno zaniedbanego kosza.

- Przestraszona, Castellano?

- Raczej przerażona. Wciąż mi się zdaje, że przyjęli mnie przez pomyłkę i obleję wszystkie przedmioty.

- Tak - odparł. - Znam to uczucie.

Siedzieli w milczeniu.

- Kurwa! - Laura nagle zaklęła.

- O co chodzi? - zapytał.

- Niech to szlag, chciałabym, żebyś ty też był w Bostonie.

- Do diabła, ja chciałbym grać w Boston Celtics, ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy.

- Nie mogę powiedzieć, żeby mi się to podobało.

- No to jak, do diabła, chcesz zostać lekarzem?

- Nie wiem - odpowiedziała szczerze. - Naprawdę nie wiem.

- - -

Uczelnia Radcliffe wydawała co roku broszurę zatytułowaną Rejestr studentek pierwszego roku. Zawierała ona nazwiska i zdjęcia wszystkich nowo przyjętych dziewcząt, żeby ułatwić im zapoznanie się ze sobą.

Dokument ten był jednak o wiele ważniejszy dla chłopców z Harvardu, którzy jak znawcy końskich wyścigów studiowali go i zakreślali prawdopodobnych zwycięzców.

W 1954 roku fotografia Laury Castellano zakreślona była nieomal w każdym egzemplarzu, o czym świadczyła fala telefonów do najnowszej mieszkanki Briggs Hall.

Na początku jej to pochlebiało. Potem bawiło, lecz kiedy minuta po minucie męskie głosy, od wysokich tenorów po głębokie basy, powtarzały jak papugi: "Nie znasz mnie, ale...", poprosiła dziewczynę w centralce, żeby ignorowała wszystkie kolejne telefony. (Możesz im nawet powiedzieć, że jestem trędowata).

Następnego ranka spotkała się ze swoją doradczynią, Judith Baldwin, pełną życia, czterdziestoletnią profesor katedry biologii, która bardzo sceptycznie oceniała szanse Laury na przyjęcie do Szkoły Medycznej, szczególnie na Harvardzie. Wyznała, że ją samą odrzucono zaledwie dwanaście lat temu.

- Naturalnie, nie mogłam tego brać zbyt osobiście, to była wówczas oficjalna polityka. Pierwszą kobietę przyjęto na HMS dopiero w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym roku.

- Nie przyjmowali kobiet nawet w czasie wojny? - ze zdziwieniem zapytała Laura.

Judith pokręciła głową.

- Widocznie kobiety nie były godne tego zaszczytu. Teraz przyjmują tylko kilka rocznie - co jak na nich jest monumentalnym ustępstwem. Jeszcze w tysiąc osiemset osiemdziesiątym pierwszym roku grupa kobiet z Bostonu zaproponowała Harvardowi milion dolarów - wyobraź sobie, jakie to były wtedy pieniądze - w zamian za kształcenie kilku kobiet lekarzy rocznie. Harvard nie wyraził zgody.

Nie dodało to Laurze pewności siebie.

Tymczasem Judith opowiedziała następną pikantną historyczną anegdotę.

- A mimo to mieli wówczas jedną kobietę na liście wykładowców. Czy mówi ci coś nazwisko Fanny Farmer?

- Czy to ta autorka książki kucharskiej?

Judith skinęła głową.

- Otóż wyobraź sobie, że gotowanie było kiedyś obowiązkowym przedmiotem w Szkole Medycznej.

- Wielkie nieba, po co?

- Nie jestem pewna - odpowiedziała Judith. - Jednak skoro studentom nie wolno było się żenić, to profesorowie uznali widocznie, że powinni umieć sobie gotować.

- To graniczy z ascezą - zauważyła Laura - ale mimo wszystko chcę spróbować, pani profesor. Czy może mi pani pomóc?

- Tylko jeśli rzeczywiście czujesz się dostatecznie silna, żeby przeżyć odrzucenie, Lauro. Uwierz mi, to rozwścieczające, kiedy widzisz chłopaka, który siedział obok ciebie na chemii czy biologii i którego poduczałaś, żeby z trudem wyciągnął czwórkę, a teraz dostał się do Szkoły Medycznej, podczas gdy twoje piątki nie są wystarczająco dobre, żeby cię przyjęli. Jeśli sądzisz, że przemawia przeze mnie gorycz, to masz rację.

- Usiłuje mnie pani zniechęcić? - spytała Laura.

- A udało mi się? - zapytała Judith.

- Nie - stanowczo odpowiedziała Laura.

- To dobrze - kobieta uśmiechnęła się szeroko. - A teraz przygotujmy plan bitwy.

- - -

Wróciwszy do Briggs Hall, Laura znalazła mnóstwo wiadomości telefonicznych od nieznanych adoratorów oraz list od Barneya.

Droga Castellano!

To pierwszy list, jaki piszę na tej maszynie, którą dostałem od Twoich rodziców z okazji ukończenia szkoły.

Właśnie się wprowadziłem do John Jay Hall. Mój pokój nie jest zbyt duży. W porównaniu z nim budka telefoniczna wygląda jak Grand Central Station. Poznałem już jednak kilku fajnych chłopaków i paru przyszłych studentów medycyny.

To ciekawe, ale jakoś nie wpadłem dotąd na przyszłych medyków, którzy byliby jednocześnie fajnymi chłopakami. Większość z nich chyba pragnie specjalizować się w czymś, co można byłoby nazwać syndromem króla Midasa. Główną lekturą rekreacyjną jest tutaj Ekonomia medyczna.

Uniwersytet jest świetny i chociaż muszę pozaliczać te różne cholerne nauki ścisłe, to jednak jako główny przedmiot postanowiłem wybrać język angielski. Jakże mógłbym przepuścić szansę posłuchania wykładów takich twórców wagi ciężkiej jak Jacques Barzun czy Lionel Trilling? Ten ostatni prowadzi zajęcia na temat Freud a kryzys kultury. Wyobrażasz sobie - na kursie literatury?

Wszystko byłoby dobrze, gdybym nie musiał przerabiać chemii organicznej, ale chcę mieć z głowy to paskudztwo, żeby nie wisiało nade mną jak miecz Damoklesa.

Tak dla hecy poszedłem w zeszłym tygodniu na selekcję do drużyny koszykarskiej pierwszego roku. Wiedząc, że i tak nie będę mógł grać, nawet gdybym jakimś cudem został wybrany do drużyny, byłem na zupełnym luzie.

Cała sala, od ściany do ściany, wypełniona była wysokimi, muskularnymi blondynami ze Środkowego Zachodu, którzy mieli tu pewno stypendia za łuskanie kukurydzy. (Nie mów mi tego, wiem, że jestem zazdrosny).

W każdym razie powoli oddzielano ziarna od plew (zauważ, że nadal trzymam się rolniczej metaforyki) i ciągle jakoś mnie nie odrzucano. W ostatniej selekcji zupełnie mi odbiło: próbowałem idiotycznie dalekich rzutów z podskoku, nawet lewą ręką, i wszystkie jakimś cholernym cudem trafiały do kosza.

Na koniec trener pierwszego roku, niezwykle zarozumiały facet o nazwisku Ken Cassidy, przyjął mnie w szeregi swojej drużyny.

No więc, kiedy już wygłosił tę swoją nadętą przemowę, podszedłem do niego i powiedziałem mu, że finansowe zobowiązania nie pozwalają mi przyjąć jego łaskawej propozycji.

Jego odpowiedź nieco zburzyła jego doskonały image. Była mniej więcej taka: po jaką cholerę, sukinsynu, marnowałeś mój niewymownie cenny czas, skoro i tak wiedziałeś, że nie będziesz mógł grać itd. Niektórych epitetów nie słyszałem nawet na boiskach w Brooklynie.

No nic, muszę już kończyć. Wyślę ten list w drodze do pracy.

Mam nadzieję, że jesteś grzeczna.

UcałowaniaBarney

W Boże Narodzenie mieli sobie tyle do opowiedzenia, że siedzieli razem do czwartej nad ranem. Z entuzjastycznych opowiadań Barneya o intelektualnych gigantach, z jakimi miał do czynienia, Laura wywnioskowała, że przeciętny student Columbia University jest lepiej kształcony niż na Harvardzie.

Jedno było jednak wspólne dla obu uczelni. Przyszli adepci medycyny (istotnie, głównie rodzaju męskiego) niemal co do jednego byli bezwzględnymi, rywalizującymi ze sobą kujonami, którzy nie wahali się zepsuć ci eksperyment chemiczny, jeżeli wyszedłeś z sali za potrzebą.

- To ci dopiero prawdziwe powołanie - szyderczo skomentował Barney. - Jednak możesz być pewna, że właśnie tacy dostaną się na medycynę.

- Owszem - przytaknęła Laura. - Ciekawa jestem, czym oni się, u diabła, kierują? To nie mogą być przecież tylko pieniądze.

- Nie - odpowiedział Barney, usiłując przybrać ton zawodowego analityka. - Wyczuwam w nich daleko posunięty brak pewności siebie. Ci faceci zdają się postrzegać biały fartuch jako rodzaj kuloodpornej kamizelki. Albo spójrz na to inaczej: na większość tych nieudaczników żadna dziewczyna nawet nie popatrzy. Wyobraź sobie, jak bardzo chcieliby powiedzieć kobiecie: - Rozbierz się i pokaż cycki.

Laura zaczęła się śmiać.

- Ja nie żartuję, Castellano - upierał się.

- Wiem. Gdybym się nie śmiała, wybuchnęłabym płaczem.

- - -

Nazajutrz odbyli kolejną długą nocną rozmowę. Tym razem na bardzo drażliwy dla nich obojga temat - ich rodziców.

Harold Livingston znalazł wreszcie sposób, by uporać się z poczuciem winy z powodu swojej bezczynności. Wpadł na pomysł, żeby wykorzystać umiejętności nabyte w wojsku i przetłumaczyć niektóre klasyczne utwory literatury Wschodu - poczynając od jedenastowiecznej Opowieści dżinów będącej pierwszą i najsłynniejszą powieścią japońską.

Barney był dumny z odwagi ojca i zapewniał Warrena, że to nie jest dla niego tylko zwykłe terapeutyczne ćwiczenie. Sprawdził w bibliotece na uczelni i pragmatycznie stwierdził, że praca Harolda może wypełnić istotną lukę w dziedzinie literatury.

- To może mu pomóc znów odnaleźć sens życia.

Natomiast Laura nie była w stanie pozbyć się wątpliwości. Od kiedy wróciła do domu, czuła, że jej rodzina się rozpada. Rodzice kolejno usiłowali zdobyć jej zaufanie, jakby sojusz z Laurą miał uprawomocnić przeciwstawne drogi, jakie wybrali.

Inez, która teraz tak często chodziła do kościoła spowiadać się z grzechów, że nie miała czasu na popełnianie nowych, usiłowała namówić Laurę, żeby się do niej przyłączyła.

- Przykro mi, mamo, ale nie mam się z czego spowiadać.

- Wszyscy urodziliśmy się grzesznikami, moje dziecko.

Przez chwilę Laura zapomniała, że pierwszym grzechem było nieposłuszeństwo Adama. Zamiast tego pomyślała o innym, lepiej pasującym piętnie po wygnaniu z raju - znamieniu Kaina. Czyż jestem stróżem mej siostry? Wiedziała, że tak - przynajmniej zdaniem matki.

W towarzystwie ojca również nie znalazła pocieszenia. Wręcz przeciwnie. Wróciwszy późno do domu pewnego wieczoru, usłyszała głos podpitego Luisa wołający z gabinetu:

- Venga, Laurita, venga charlar con tu papa! Chodź tu i porozmawiaj z ojcem!

Niechętnie usłuchała.

Luis siedział w podkoszulku bez rękawów, oparłszy łokcie na biurku, mając w zasięgu do połowy opróżnioną butelkę.

- Napij się ze mną, Laurita - zaproponował bełkotliwie i niewyraźnie.

- Nie, dziękuję, papa - odpowiedziała, usiłując zachować spokój. - Nie uważasz, że masz już dość?

- Nie, córko - odpowiedział. - Wciąż mnie boli.

- Co takiego? Nie rozumiem.

- Muszę pić, aż przestanę czuć ból istnienia.

- O, przestań, tato, nie skrywaj tego za zasłoną filozofii. Jesteś po prostu starym pijakiem.

- Nie jestem jeszcze taki stary, Laurita - odpowiedział ojciec, uczepiwszy się tylko tego przymiotnika. - I to jest w tym wszystkim najgorsze. Twoja matka wyrzekła się świata, diabła i ciała. Nie chce nawet...

- Czy ja muszę tego słuchać? - przerwała Laura, czując się coraz bardziej nieswojo.

- Nie, oczywiście, że nie. Pomyślałem tylko, że może zrozumiesz, dlaczego piję, jeśli się dowiesz, jakie ciężkie mam życie...

Nie wiedziała, co odpowiedzieć.

- Przynajmniej butelka mnie nie odrzuca - ciągnął ojciec. - Rozgrzewa mnie, kiedy mi zimno. Pociesza, kiedy się boję...

Ta rozmowa stała się dla Laury nie do zniesienia.

Wstała.

- Idę spać. Jutro mam dużo nauki.

Gdy się odwróciła i poszła do drzwi, Luis zawołał za nią:

- Laurita, błagam cię, jestem twoim ojcem!...

Nie zatrzymała się. Nie odwróciła. Była strapiona i zraniona. I zagubiona.

Zupełnie zagubiona.

- - -

Estelle musiała zauważyć, że Castellanowie prawie nie tknęli jedzenia, które z takim poświęceniem przygotowała na świąteczny obiad. Inez siedziała jak posąg. Luis popijał wino, a Laura nieustannie spoglądała na zegarek, licząc już nie dni, ale godziny i minuty dzielące ją od ucieczki do Bostonu.

Ciężar podtrzymywania rozmowy spadł na wątłe ramiona Harolda Livingstona.

Z uśmiechem zwrócił się do Laury.

- Barney mówił mi, że oboje dostaliście piątki z chemii organicznej na półrocze. Oby tak dalej, a brama do Szkoły Medycznej stanie przed wami otworem.

- Przed Barneyem może i tak - odpowiedziała Laura. - Ale moja doradczyni mówi, że środowisko lekarskie niechętnym okiem patrzy na dziewczęta starające się o przyjęcie na medycynę. Żeby się dostać na wstępną rozmowę, trzeba być pierwszą na roku i posiadać list polecający od Pana Boga, a przynajmniej od świętego Łukasza.

Kątem oka widziała, jak Inez krzywi się na tę arogancką uwagę.

- Ależ, Lauro, z pewnością trochę przesadzasz - zauważył Harold Livingston.

- No dobrze - odpowiedziała Laura. - To wymieńcie mi imiona trzech słynnych lekarek.

- Florence Nightingale - wtrącił natychmiast Warren.

- To była pielęgniarka, baranie - odpalił Barney.

- No cóż - powoli zaczął Harold, podejmując wyzwanie. - W jedenastym wieku żyła niejaka Trotula, profesor medycyny na uniwersytecie w Salerno. Nawet napisała słynny podręcznik położnictwa.

- To rzeczywiście dobry przykład, panie Livingston - uśmiechnęła się z uznaniem Laura. - Proszę o pozostałe dwa nazwiska.

- No, była jeszcze przecież pani Curie - podsunął Harold.

- Przykro mi, panie Livingston, ale ona była tylko chemikiem - i nawet to nie przyszło jej łatwo. No cóż, poddajecie się?

- Tak, Lauro - ustąpił Harold. - Jednakże jako studentka historii nauk ścisłych sama powinnaś odpowiedzieć sobie na to pytanie.

- Prosto ze stronic "New York Timesa" mogę wam podać nazwisko doktor Dorothy Hodgkin, która właśnie odkryła witaminę B dwanaście niezbędną w leczeniu złośliwej anemii. Następnie mogę wymienić Helen Taussig - nawiasem mówiąc, byłą studentkę Radcliffe, której nie przyjęto do Harwardzkiej Szkoły Medycznej, a która dokonała pierwszej udanej operacji siniczej wady serca. Zapewne mogłabym podać wam jeszcze kilka nazwisk, ale nie wystarczyłoby ich nawet, żeby utworzyć drużynę piłkarską przeciwko reprezentacji American Medical Association.

W tym momencie Luis przerwał ciszę.

- Ty to wszystko zmienisz, Laurito - dodał. - Na pewno będziesz słynną lekarką.

W innych okolicznościach Laura byłaby mu wdzięczna za ten niespodziewany pokaz ojcowskiego optymizmu.

Jednak Luis był już pijany.

- - -

Później, kiedy byli sami, Laura rzeczowo powiedziała Barneyowi:

- Nie przyjadę do domu na Wielkanoc.

- Hej, to zła wiadomość. A dlaczego?

- Szczerze mówiąc, myślę, że już przeżyłam Ostatnią Wieczerzę.

- - -

Nadeszło lato i Barney ponownie rozpoczął pracę na nocnej zmianie przy Park Avenue. Pocił się w swoim mundurze portiera i starał się uczyć w każdej wolnej chwili.

Ukończywszy pierwszy rok ze średnią pięć minus, nie chciał, by kiepskie wyniki z fizyki podcięły mu skrzydła i przeszkodziły w dostaniu się do niebios Szkoły Medycznej. Dlatego postanowił zaliczyć obie części tego przedmiotu podczas letniego semestru na uniwersytecie Long Island, gdzie rywalizacja między kandydatami na studia medyczne była nieco słabsza.

Ten sposób nie był wcale tajemnicą dla przyszłych lekarzy. Laura również postanowiła zaliczyć fizykę tego lata, jednak na Harvardzie. Jak wyjaśniła w liście do rodziców, nie mogła znieść perspektywy jeszcze jednego dusznego i męczącego lata w topiącym się asfalcie Nowego Jorku. Nie łudziła się, że odgadną prawdziwy powód.

Szybko jednak odkryła, że jedynym podobieństwem pomiędzy uniwersytetem harwardzkim a jego szkołą letnią jest zbieżność nazw. W lipcu i sierpniu dziedziniec uniwersytecki zamieniał się w swego rodzaju elitarny klub, do którego zjeżdżała się śmietanka dziewcząt ze Wschodniego Wybrzeża w nadziei złapania prawdziwego harwardzkiego męża. Laurę bawił ich rozbrajający brak subtelności. Wszystkie nosiły króciutkie szorty i bardzo obcisłe koszulki.

Chyba oszalałbyś tutaj, Barney, napisała do niego. Więcej tu króliczków niż w królikarni.

Przez cztery popołudnia w tygodniu mam laboratoria i w piątki jestem już tak wypełniona równaniami, wzorami i różnymi niezrozumiałymi pojęciami, takimi jak zjawisko Dopplera (kogo, do cholery, obchodzi prędkość dźwięku?), że pod koniec tygodnia chce mi się już tylko spać. Może mógłbyś wykombinować jakiś sposób, żeby tu przyjechać w przyszłym roku, Barn. Przysięgam, że dobrze byś się bawił. Tymczasem się nie przemęczaj.

Pozdrowienia, L.

4

Pod koniec drugiej połowy meczu Midwood z New Utrecht sędzia nacisnął guzik. W sali gimnastycznej zadzwonił dzwonek, który przeszedł do annałów historii. Po nim nastąpiła zapowiedź: - Zmiana w drużynie Midwood. Numer dziesięć - Livingston.

Na trybunach rozległy się zdawkowe oklaski. I jeden radosny wojenny okrzyk:

- Naprzód, Livingston!

Do końca meczu pozostały jedynie cztery minuty i chłopcy z New Utrecht stali się nieostrożni. Barney zdołał przechwycić podanie i prędko pobiegł na drugi koniec boiska, by w końcu przekazać piłkę kapitanowi Jayowi Axelrodowi, który umieścił ją w koszu.

A potem, zaledwie czterdzieści sekund przed zakończeniem meczu, jeden z przeciwników zaatakował Barneya, za co podyktowano rzut karny. Barney zaczerpnął głęboko powietrza na linii karnej. Tyle razy tego lata odgrywał w wyobraźni tę scenę w Riis Park! Teraz stało się to rzeczywistością. Starannie wycelował... i zdobył swój pierwszy punkt w zawodach międzyszkolnych!

Laura zwinęła dłonie w trąbkę i krzyknęła:

- Tylko tak dalej, Barney!

- - -

Po zakończeniu meczu, kiedy stali obok siebie pod sąsiednimi prysznicami, Jay Axelrod pogratulował Barneyowi gry, dodając:

- Ta Laura Castellano musi być twoją zagorzałą wielbicielką. Chodzisz z nią albo co?

- Nie, nie! - zabulgotał Barney, pozwalając ciepłej wodzie spłynąć do gardła. - Czemu pytasz?

- Bo chciałbym się z nią umówić.

- A co ci przeszkadza?

- Nie mam pojęcia - odpowiedział z nagłą nieśmiałością kapitan drużyny koszykarskiej Midwood. - Ona jest taka atrakcyjna i...

- Chcesz, żebym ci ją przedstawił? - zaproponował uczynnie Barney.

- O rany, zrobiłbyś to dla mnie, Livingston? Byłbym ci naprawdę wdzięczny.

- Nie ma sprawy, Jay. Ona czeka na zewnątrz. Możesz się z nią spotkać jeszcze dzisiaj.

- O nie, Barn. Jeszcze nie teraz.

- Czemu nie?

- Najpierw muszę się ostrzyc.

- - -

W drodze do domu Barney powiedział Laurze o zaszczycie, jakiego miała niebawem dostąpić. Roześmiała się.

- Co w tym takiego śmiesznego?

- Suzie Fishman przyszła do mnie po meczu i prosiła, żebym ci ją przedstawiła.

- Suzie Fishman? - zapytał Barney z okrągłymi ze zdziwienia oczami. - To jedna z najładniejszych dziewcząt w szkole. Dlaczego chce się ze mną spotkać? Przecież ja zdobyłem tylko jeden punkt.

- Uważa, że jesteś fajny.

- Ach tak? Naprawdę? Czyż to nie zdumiewające, Castellano, ile może zdziałać sportowy strój?

- Och - uśmiechnęła się. - Uważasz, że to wszystko, co masz do zaoferowania?

- - -

Zainspirowany swoją nowiutką bluzą z emblematem drużyny Barney począł czynić rozpustne postępy w zdobywaniu serc cheerleaderek. Cała drużyna jadała razem obiady, w trakcie których przechwalano się swoimi erotycznymi podbojami. Gdyby w tych przechwałkach przy kanapkach z tuńczykiem i mleku była choć szczypta prawdy, to w całym Flatbush - a może i w całym Brooklynie - nie było ani jednej szesnastolatki, która byłaby jeszcze dziewicą.

Od kiedy Barney ich sobie przedstawił, Laura spotykała się regularnie z Jayem Axelrodem. Tworzyli razem tak przystojną parę, że Barney żartobliwie nazywał ich państwem Midwood.

Tej zimy Laura zdecydowała się na następny zuchwały krok. Zamiast ubiegać się o prezydenturę klasy juniorów, włączyła się do kampanii o stanowisko skarbnika, które było trzecim najważniejszym urzędem w całej szkole.

- Castellano, ty rzeczywiście jesteś stuknięta. Kiedy ludzie się dowiedzą, że drugoklasistka ubiega się o funkcję skarbnika, będziesz pośmiewiskiem w całym Midwood.

Laura uśmiechnęła się.

- To dobrze. Niech się śmieją, ale przynajmniej będą o mnie mówić, a to też dobra reklama.

- O Boże! - westchnął z nieskrywanym podziwem Barney. - Ty rzeczywiście grasz ostro, co?

- Posłuchaj, Barney. Mój tato zawsze powtarza: Si quieres ser dichoso, no estés nunca ocioso.

- Czyli...?

- Czyli, że życie to ostra gra.

- - -

Podczas intensywnego treningu na tydzień przed decydującym meczem z Madison High, odwiecznym wrogiem Midwood, Jay Axelrod potknął się i upadł, paskudnie skręcając sobie nogę w kostce. Doktor powiedział, że będzie mógł nałożyć tenisówki nie wcześniej niż za dziesięć dni. Następnego dnia, kiedy Barney wycierał się ręcznikiem po zakończeniu treningu, Doug Nordlinger przeszedł obok niego i rzucił niedbale:

- Jutro wieczorem zaczynasz, Livingston.

Zaczyna! Nie do wiary! To niemożliwe!

Nie mógł się doczekać, kiedy wróci do domu.

- Musisz przyjść, tato! - błagał przy kolacji. - No wiesz, to będzie piątkowy wieczór, więc nie musisz na drugi dzień uczyć. I prawdopodobnie będzie to największy zaszczyt, jaki mnie kiedykolwiek spotka w życiu.

- Wątpię - uśmiechnął się pobłażliwie Harold. - Rozumiem jednak, dlaczego jesteś tak podekscytowany.

- Ale przyjdziesz, tato, prawda? - ponownie poprosił Barney.

- Oczywiście - odpowiedział Harold. - Już od lat nie widziałem meczu koszykówki.

- - -

W ten piątek Barney siedział na lekcjach jak zombie, myśląc wyłącznie o tym, ile minut pozostało jeszcze do siódmej.

Po szkole udał się na pustą salę gimnastyczną i przez pół godziny ćwiczył rzuty karne, a potem podskoczył do George'a, żeby się pokrzepić kanapką z befsztykiem i czereśniową colą za dziewięćdziesiąt pięć centów.

O szóstej, kiedy inni gracze zaczęli się schodzić do szatni, był już przebrany i siedział na ławce, objąwszy ramionami kolana, daremnie usiłując wmówić sobie, że jest spokojny.

- Hej, Livingston - usłyszał nosowy głos. - Mam dla ciebie wspaniałą nowinę. Z nogą Axelroda już jest lepiej, więc jednak nie będziesz dzisiaj zaczynać.

Barney drgnął jak porażony prądem. To ten przerośnięty kretyn, Sandy Leavitt, z idiotycznym uśmiechem na twarzy.

- Ha, Livingston, nabrałem cię, co?

- Pieprzę cię - nerwowo warknął Barney.

- - -

Drużyna Madison pierwsza wkroczyła na salę przy głośnych okrzykach kibiców, którzy przemaszerowali prawie dwie mile w górę ulicy, żeby zobaczyć tę tradycyjną "bitwę o Bedford Avenue". Po chwili Jay Axelrod (w sportowym stroju, ale o kulach) wprowadził drużynę Midwood na salę, podczas gdy cheerleaderki kręciły biodrami, krokwie drżały, a serce Barneya chciało wyskoczyć z piersi.

Szybko rozpoczęli rozgrzewkę. Barney przechwycił odbitą piłkę i dryblując, aby spróbować rzutu, zerknął na zapchane ławki. Ojca jeszcze nie było.

Rozgrzewka trwała nadal. Zaraz miał rozpocząć się mecz. Barney ponownie spojrzał na widzów. Była wśród nich Laura, a obok niej Warren. Dzięki Bogu. A tato - gdzie mama i tata?

Zabrzęczał dzwonek. Obie drużyny wróciły na swoje ławki. Tylko rozpoczynający grę na stojąco zdejmowali bluzy. Zesztywniałymi palcami Barney rozpiął swoją. Kiedy dwie pierwsze piątki zajęły miejsca na boisku, monotonny głos podał przez głośniki ich nazwiska.

- ...i numer dziesięć - Livingston.

Popatrzył jeszcze raz. Tylko Warren i Laura. Rodziców nadal nie było.

- Panie i panowie, proszę wstać do odśpiewania Gwiaździstego sztandaru.

Barney patriotycznym gestem umieścił prawą dłoń na lewej piersi i poczuł łomotanie swojego serca.

- Piłka w grze!

Ostry gwizdek sędziego obudził w Barneyu sportowca. Natychmiast zablokował obrońcę Madison chytrze dryblującego w jego kierunku. W ułamku sekundy zrobił wypad, odebrał mu piłkę i jak rakieta pomknął na drugi koniec boiska.

Był zupełnie sam, kiedy dopadł kosza. Oddychaj, Livingston - przypominał sobie - rozluźnij się i starannie wyceluj. Odczekał jeszcze moment i... kosz!

Z podniecenia zakręciło mu się w głowie.

Midwood prowadziło trzema punktami, gdy drużyna Madison poprosiła o czas. Obie drużyny skupiły się wokół swoich trenerów. Barney znowu popatrzył na widownię. Ciągle tylko Laura i Warren!

Może mieli wypadek? Nie, przecież ojciec nie prowadzi. A poza tym jest tu Warren. Podczas przerwy w połowie meczu wyszli do szatni i ssali plasterki pomarańczy. Barney w ciężkim od potu stroju osunął się na podłogę i oparł plecami o drzwi szafki. Czterdzieści minut później mecz zakończył się z sześciopunktową przewagą Midwood. Barney zdobył trzynaście punktów. Zamiast pójść z pozostałymi zawodnikami do szatni, powoli podszedł do Laury i Warrena.

Laura odezwała się pierwsza.

- Papa nie pozwolił mu przyjść.

- Co?

- Zaraz po obiedzie ojciec poczuł jakiś ból w piersiach - wyjaśnił Warren. - I doktor Castellano przyszedł, żeby go zbadać.

- Co mu jest?

- Papa myśli, że może coś mu zaszkodziło. - I szybko dodała: - Kazał mu się położyć do łóżka na zdrowym boku. - A potem usiłowała zmienić temat: - Byłeś fantastyczny, Barney. Mogę się założyć, że będziesz miał zdjęcie w "Argusie".

- Do końca życia zapamiętam wszystkie twoje wspaniałe zagrania - dodał Warren.

- Tak, to dobrze - z roztargnieniem odparł Barney i ruszył w kierunku pryszniców.

- - -

Na drugi dzień rano Luis zawiózł opierającego się Harolda do okręgowego szpitala na elektrokardiogram. Sąsiad zgodził się na to tylko pod warunkiem, że Estelle nie będzie im towarzyszyć. (Już i tak za bardzo się denerwujesz, kochanie, zupełnie bez powodu).

Później nerwowo paląc papierosa, Harold podsłuchał, jak Luis omawia wyniki z kardiologiem, mamrocząc coś o falach P i Q.

W końcu Luis wrócił i pomógł Haroldowi wsiąść do samochodu.

- No i co? - zapytał Harold, starając się ukryć niepokój. - Czyż nie była to tylko niestrawność? Po tylu latach na wojskowym wikcie chyba mam do niej skłonności.

Luis przez chwilę nie odpowiadał.

- Haroldzie - rzekł w końcu - badania wykazały, że masz arytmię. To oznacza...

- Znam grekę, Luisie. Zaburzenia rytmu. Czy to coś poważnego?

- No cóż, i tak, i nie. Może to być tylko sporadyczny fizjologiczny wypadek, zupełnie bez znaczenia. Ale może to być również sygnał ostrzegawczy jakiegoś procesu patologicznego o ukrytym przebiegu.

- Zatem w ten elokwentny sposób przyznajesz, że sam nie wiesz.

- W porządku, Haroldzie. Nie wiem. Ale ponieważ ty również nie wiesz, radzę ci, żebyś zaczął dbać o siebie i chodził na regularne badania. Możesz zacząć od ograniczenia palenia.

- Ono mnie odpręża.

- Tylko tak ci się wydaje, przyjacielu. Nikotyna jest trującym alkaloidem o stymulującym działaniu. Zapewniam cię, że na pewno ci nie zaszkodzi, jeśli ograniczysz palenie.

Kiedy zbliżali się do Lincoln Place, Harold zapytał:

- Co zamierzasz powiedzieć Estelle?

- Nie sądzisz, że powinienem powiedzieć jej prawdę?

- Przecież przyznałeś, że nie jesteś pewien.

- Mogę chociaż powtórzyć jej to, co ci powiedziałem?

- Jeśli chcesz, Luis - odparł z uśmiechem Harold. - Rozgłaszaj po całym Brooklynie prawdę o niedostatkach swojego zawodu.

Jednak kiedy Luis zaparkował samochód, Harold odwrócił się do niego i powiedział stanowczo:

- Ale nie ma powodu, żeby martwić tym dzieci.

- Zgadzam się z tobą, Haroldzie. Nie powinno się ich obciążać dodatkowym brzemieniem, skoro i tak są już wystarczająco zajęci dorastaniem. Chcę jednak, żebyś ty się tym niepokoił i pamiętał, co ci powiedziałem.

- - -

Barney usiłował zdawkowo poruszyć ten temat.

Kiedy jechali w poniedziałek rano trolejbusem, podniósł głowę znad podręcznika do chemii i zapytał rzeczowo (obojętnym tonem, który wcześniej dobrze przećwiczył):

- Czy poszłaś już na całość z Jayem Axelrodem?

- To nie twój interes - odparła Laura.

- To oznacza, że poszłaś.

- Nie, to tylko oznacza, że to nie twój interes. A w ogóle dlaczego pytasz?

- No cóż - odpowiedział głupkowato - niektórzy chłopcy w drużynie...

- Koszykarskiej? Jedyne nagie kobiety, do jakich zbliżyły się te niewyżyte ćwoki, to posągi w Brooklyn Museum, które z pewnością mieli ochotę pomacać.

- Taak - zaśmiał się Barney. - Czasem przesadzają, no nie?

- Nie tylko "oni", Livingston. Dochodzą mnie słuchy, że chodzisz i rozpowiadasz po całej szkole, że zaliczyłeś już trzy cheerleaderki. Czy to prawda?

- Absolutna, Castellano, absolutna.

- Chcesz powiedzieć, że to zrobiłeś?

- Nie, ale przyznaję, że się tym przechwalałem.

- - -

Prawdę mówiąc, Barney czynił stałe postępy w swoich poszukiwaniach ostatecznego spełnienia seksualnego. Na drugiej randce Mandy Sherman pozwoliła mu się pocałować na dobranoc. Na trzeciej, kiedy tulili się w ostatnim rzędzie kina Savoy, pozwoliła mu wsunąć rękę pod sweter.

O Jezuniu - pomyślał Barney, jednocześnie podniecony i trochę zaniepokojony. To już będzie to! Następnym razem muszę być przygotowany.

Tylko jak? Nie mógł przecież tak po prostu wejść do apteki pana Lowensteina na Nostrand Avenue i poprosić go o "Trojana". Aptekarz prawdopodobnie powiedziałby o tym jego rodzicom albo gorzej, po prostu go wyśmiał. Nie, trzeba będzie zrobić to dyskretniej - na obcym terenie.

Tak więc pewnego sobotniego popołudnia, kiedy obaj z Warrenem pojechali do centrum Brooklynu na film i show w kinie Fabian Fox, zaczął szukać odpowiednio dużej i zapewniającej anonimowość apteki. Warren nie mógł zrozumieć, dlaczego jego brat chodzi bez powodu tam i z powrotem po Fulton Street. Nie miał jednak odwagi kwestionować tego, co robił jego bohater.

Podeszli do dużych oszklonych drzwi i Barney zatrzymał się.

- O cholera!

- O co chodzi, Barney?

- Ależ ze mnie głupek! Przecież mam na sobie koszykarską bluzę.

- Nie rozumiem. I co z tego?

- A to! - odparł z nerwowym podnieceniem Barney, wskazując na swoją lewą pierś, gdzie na białej satynie było wyhaftowane niebieską nitką jego nazwisko. - To mnie zdradzi. Od razu będą wiedzieć, kim jestem i skąd. Może lepiej będzie, jak ty to zrobisz.

- Ale co?

Barney zaprowadził Warrena na bok, żeby nikt ich nie podsłuchał.

- Słuchaj, Warren, chcę, żebyś dla mnie coś zrobił. Coś naprawdę bardzo ważnego.

Potem dokładnie wyjaśnił mu, czego ma szukać i jak o to poprosić, gdyby nie było wystawione na ladzie. Wcisnął mu w rękę pięciodolarowy banknot, trochę wilgotny od ściskania w garści.

- Ależ, Barney! - zaprotestował Warren. - Ja mam tylko dwanaście lat. Nigdy nie sprzedadzą mi czegoś takiego.

- Słuchaj, jesteśmy w centrum. Przez tę aptekę codziennie przewijają się tysiące. Pewnie pomyślą, że jesteś karłem. Teraz wejdź tam i zrób to.

Gdy jego młodszy brat niechętnie wszedł do apteki, Barney nerwowo przechadzał się tam i z powrotem, modląc się, żeby żaden ze znajomych jego rodziców, robiących sobotnie zakupy w pobliskim domu handlowym A&S, nie złapał go na gorącym uczynku. Po kilku minutach oczekiwania ukazał się Warren, niosąc w ręku małą papierową torebkę.

- Czemu zajęło ci to tyle czasu, do diabła? - spytał zirytowany Barney.

- Słuchaj, Barn, wypytywali mnie tam o różne rzeczy, na przykład czy chcę nawilżane, czy nie? Nie miałem pojęcia, co robić.

- No i co w końcu zrobiłeś?

- Ponieważ nie wiedziałem, wziąłem paczkę takich i takich.

- Dobrze pomyślane. - Barney odetchnął z ulgą i objął ramieniem młodszego brata. - Jestem z ciebie dumny, dzieciaku.

- - -

Tymczasem Laura stała się takim autorytetem dla wszystkich, że wiele starszych koleżanek prosiło ją o radę w rozmaitych sprawach - od makijażu przez chłopców po problemy z trudnymi rodzicami. Laurze nie odpowiadała ta rola. Nie miała ochoty uspokajać, wspomagać radami i pocieszać innych dziewczyn.

Jak bowiem mogła być rodzicem, skoro sama nie doświadczyła nigdy luksusu bycia dzieckiem?

- - -

Tego lata Livingstonowie i Castellanowie ponownie wynajęli domek na plaży. Jednak pojechał z nimi tylko Warren.

Luis załatwił córce wolontariat w szpitalu, chcąc zaznajomić ją z surowymi realiami medycznego zawodu.

Tak więc w dni powszednie dojeżdżała do pracy razem z nim, z domu przy Lincoln Place, a w piątki wieczorem włączali się w strumień rozgrzanych od skwaru samochodów w ślimaczym tempie zmierzających z miasta ku wybrzeżu z jego orzeźwiającą bryzą.

Dotarłszy na miejsce, Laura natychmiast przebierała się w kostium kąpielowy i wskakiwała do wody, usiłując zmyć z siebie w ten sposób ból i cierpienie, którym musiała stawić czoło przez pięć poprzednich dni.

Tymczasem Barney przebywał w górach Adirondack, pracując jako wychowawca na letnim obozie prowadzonym przez Douga Nordlingera. To przedsięwzięcie było jak plaster szynki na bułce pedagogicznych talentów trenera.

Ponadto dawało Dougowi niepowtarzalną okazję zgromadzenia wszystkich jego najlepszych zawodników. Ich pensja wynosiła zaledwie siedemdziesiąt pięć dolarów za lato plus napiwki, jakie otrzymają od rodziców wychowanków. (Jeśli któryś z waszych dzieciaków powie rodzicom, że jest mu tu dobrze, to ojciec chętnie wciśnie wam stówkę do ręki).

W baraku Barneya mieszkało ośmiu dziewięciolatków - siedmiu normalnych, agresywnych chłopców. Ósmy, Marvin Amsterdam, był boleśnie zamkniętym w sobie dzieciakiem, niemiłosiernie poniewieranym przez współmieszkańców, ponieważ czasami moczył łóżko.

Marvin był jedynakiem, który podczas rozwodu rodziców przeżył głębokie upokorzenie, podsłuchawszy, że żadne z nich nie ma ochoty nadal się nim opiekować. Wpakowano go do szkoły z internatem i matkę lub ojca odwiedzał jedynie w trakcie długich przerw z okazji Bożego Narodzenia lub Wielkanocy. Niemal natychmiast po zakończeniu szkoły zesłano go ponownie na banicję - tym razem do obozu Hiawatha, gdzie coraz częściej marzył o tym, żeby się stać niewidzialnym, żeby inne dzieci nie mogły go zobaczyć.

Na domiar złego był beznadziejny w każdej dyscyplinie sportu. Na obozie wybierano go do gier zespołowych jako ostatniego, a w szkole po prostu go pomijano.

Pewnego wieczoru, pijąc piwo w komendanturze obozu, Barney zaczął rozmawiać z Jayem Axelrodem o problemach Marvina.

- Czy nie dałoby się jakoś pomóc temu dzieciakowi? - zapytał Barney.

- Słuchaj, stary - odpowiedział Jay - jestem wychowawcą, a nie lekarzem. Radzę ci się w to nie mieszać, Barney. On jest skazany na to, żeby do końca życia być ciamajdą.

Barney wracał do swojego baraku pośród grania świerszczy i migotania świetlików, myśląc, że Axelrod miał rację i Marvin potrzebuje fachowej pomocy. Mimo to nadal chciał coś dla niego zrobić.

To jasne - mówił sobie - że chłopak nigdy nie będzie koszykarzem, a poza tym nie jest to coś, czego można się nauczyć przez półtora miesiąca. A może tenis? Przynajmniej nie czułby się tak ignorowany.

Tak więc późnymi popołudniami, w czasie przeznaczonym na dowolne zabawy (i nieoficjalne treningi koszykarzy z Midwood), Barney zabierał małego Marvina i uczył go sztuki odbijania piłki rakietą.

Z początku zdumiony, a potem bezgranicznie wdzięczny, Marvin starał się jak mógł zasłużyć na uwagę, jaką nagle obdarzyła go ta nowa, bohaterska postać w jego życiu. Po dwóch tygodniach zupełnie przyzwoicie odbierał piłki. A pod koniec lata Marvin Amsterdam pokonał nawet jednego czy dwóch chłopców w swojej grupie.

Barney napisał do Laury: Trenerowi nie podoba się, że skracam treningi, żeby pracować z tym dzieckiem. Myślę jednak, że nic w życiu nie dało mi takiej satysfakcji, jak pomoc Marvinowi, który nabrał nieco większej pewności siebie.

Doug Nordlinger nie był jednak jedyną osobą, której nie podobało się, że Barney poświęca tyle uwagi jednemu obozowiczowi. W czasie tygodnia odwiedzin inni chłopcy poskarżyli się rodzicom, że ich wychowawca faworyzuje Marvina. W rezultacie tego Barney dostał zaledwie czterdzieści dolarów napiwków.

A później, gdy w szczerej rozmowie z matką i ojcem Marvina (którzy wyjątkowo zjawili się razem), dyplomatycznie zasugerował, że ich syn naprawdę potrzebuje profesjonalnej pomocy, oboje po raz pierwszy od lat okazali się jednomyślni - że Barney ma tupet, pouczając ich, jak mają wychowywać swoje dziecko.

Nie było to najbardziej udane lato. Prawdę mówiąc, Barney mógł tylko pocieszać się tym, że znalazł czas, by przeczytać Objaśnianie marzeń sennych Freuda. W liście do Laury przyznał się, że wzbudziło to w nim uczucia, które mógł porównać jedynie do otwarcia ukrytych za obrazem Salvadora Dali drzwi i odkrycia nowego świata - podświadomości.

Poza tym jedyną jego radością były cotygodniowe listy od Laury. Chociaż nawet one budziły lekkie rozczarowanie, gdyż w poczcie zawsze był pisany na tej samej papeterii list dla Jaya Axelroda.

Tak więc Barney nie był zmartwiony, kiedy skończył się obóz i wysiadł z greyhounda przed Grand Central Station. Większość z jego wychowanków wpadła w objęcia czekających rodziców.

Tylko tymczasowa opiekunka czekała na Marvina Amsterdama, który wcale się nie spieszył, żeby z nią odejść. Chłopiec rozpaczliwie usiłował zagadać Barneya, żeby odwlec chwilę rozstania. Barney cierpliwie odpowiadał.

- Nie zgub mojego adresu, kolego. Obiecuję, że odpiszę na każdy twój list.

Uścisnęli sobie ręce, lecz Marvin nie puszczał dłoni Barneya. W końcu zniecierpliwiona opiekunka siłą oderwała swego podopiecznego. Barney ze smutkiem patrzył, jak chłopiec odjeżdża w limuzynie z szoferem.

Pieprzyć te czterdzieści dolarów! - pomyślał. Warto było, choćby dla samego uścisku dłoni tego dzieciaka.

Z ulgą rozstawszy się z obozem Hiawatha, po powrocie do domu z przygnębieniem zobaczył Jaya Axelroda siedzącego na werandzie z Laurą.

- Widzę, że wy dwoje chodzicie na poważnie - zauważył Barney na drugi dzień po wyjeździe Axelroda na Freshman Week2 w Cornell.

- Taak, może. Chciał, żebyśmy się oznakowali.

Nieśmiało pokazała mu odznakę studenckiego stowarzyszenia swego adoratora, którą trzymała w ręce.

- O, gratulacje. To jak zaręczyny przed zaręczynami. Pewnie jesteście zakochani, co?

Laura tylko wzruszyła ramionami.

- Chyba tak - powiedziała cicho.

3

W czerwcu 1950 roku ukończyli szkołę podstawową. W tym samym roku Jankesi ponownie zdobyli mistrzostwo Stanów w baseballu, Korea Północna zaatakowała Południową i na rynku pojawiły się środki antyhistaminowe "leczące pospolite przeziębienia" (a przynajmniej tak twierdzili wszyscy, z wyjątkiem lekarzy).

I tamtego lata Laura wypiękniała.

Niemal z dnia na dzień znikły jej kościste ramiona, jakby jakiś nadprzyrodzony Rodin wygładził je, kiedy spała. Jednocześnie jej wystające kości policzkowe uwydatniły się jeszcze bardziej, a chłopięcy chód nabrał płynnej i wdzięcznej zmysłowości.

Chociaż zaokrągliła się we wszystkich pożądanych miejscach, pozostała szczupła jak zawsze. Nawet Harold Livingston, który rzadko unosił głowę znad książki, zauważył pewnego wieczoru przy kolacji:

- Laura stała się... Chyba "posągowa" to właściwe słowo.

- A ja? - zapytał lekko obrażony Barney.

- Nie bardzo rozumiem, synu - rzekł ojciec.

- Nie zauważyłeś, że jestem już wyższy od Laury?

Ojciec zastanowił się przez chwilę.

- No tak, chyba tak.

- - -

Szkoła średnia w Midwood była zbudowana z czerwonej cegły w tym samym stylu i z podobnie dumną wieżą co budynki Brooklyn College, do którego przylegała. Na jednej ze ścian jej imponującego marmurowego holu znajdowało się szkolne motto:

Wstąp, aby urosnąć na ciele, duchu i umyśle.

Odejdź, aby lepiej służyć Bogu, ojczyźnie i bliźniemu.

- O rany, to naprawdę inspirujące, prawda, Barney? - powiedziała Laura, gdy stali, patrząc z nabożnym podziwem na te wykute słowa.

- Aha. Szczególnie liczę na to, że zdążę jeszcze urosnąć przed wyborami do drużyny koszykarskiej.

- - -

Laura wyróżniała się wśród pierwszoklasistek wzrostem i urodą. Wkrótce zarówno seniorzy, jak i juniorzy - a wśród nich najlepsi sportowcy i uczniowie - zbiegali z drabiny szkolnej hierarchii, aby znaleźć się na jej drodze i poprosić o randkę.

To były upojne dni. Nagle została odkryta przez mężczyzn - a w każdym razie przez chłopców. Te uporczywe zaloty pomogły jej zapomnieć, że była kiedyś takim brzydkim kaczątkiem. (Nie dość, że jestem brzydka - zwierzała się niegdyś Barneyowi - to jeszcze tak wysoka, że wszyscy muszą to widzieć).

Na początku pobytu w Midwood Barney i Laura jadali sami przy stoliku w bufecie, teraz jednak otaczali ją adoratorzy z wyższych klas, tak więc Barney nawet nie próbował się do niej przysiadać. (Obawiam się, że mnie zadepczą, Castellano).

Tymczasem Barney nie miał specjalnego powodzenia. Wydawało się, że ostatnia rzecz, jakiej pragną pierwszoklasistki, to spotykać się z pierwszoklasistą. Jak przystało na prawdziwego brooklyńskiego Dodgersa, musiał "przeczekać do następnego roku". I zadowolić się marzeniami o kapitan zespołu cheerleaderek - Cookie Klein.

- - -

Chociaż drużyny sportowe Midwood były znane głównie ze swych porażek, frekwencja na szkolnych zawodach była zawsze ogromna. Czyżby ten nieuleczalny optymizm - albo masochizm - był wywołany fluorowaniem wody pitnej?

Istniało znacznie prostsze wyjaśnienie. Cheerleaderki z Midwood były wyjątkowo piękne, więc ich widok w nadmiarze rekompensował porażki.

Dziewczęta konkurowały ze sobą tak zaciekle o zaszczyt zostania cheerleaderką, że wiele z nich uciekało się do bardzo drastycznych posunięć. Mandy Sherman poświęciła dwa tygodnie swoich wiosennych wakacji na operację plastyczną nosa, uważając, że tylko jego kształt dzieli ją od doskonałości.

Wyobraźcie więc sobie konsternację Cookie Klein, kiedy Laura zdecydowanie odrzuciła jej propozycję. W ciągu paru godzin ta wiadomość rozeszła się po całej szkole.

- No wiesz, wszyscy o tym mówią - zrelacjonował jej Barney.

Laura wzruszyła tylko ramionami.

- Uważam, że to głupie, Barney. Kto, u diabła, chce, żeby się na niego ludzie gapili? Poza tym, kiedy one będą sobie fikać koziołki, ja będę się spokojnie uczyć. - I po chwili dodała na poły do siebie: - Ponadto wcale nie jestem taka ładna.

Popatrzył na nią i pokręcił głową.

- Powiem ci coś, Castellano. Myślę, że brak ci piątej klepki.

- - -

Barney był pilnym uczniem. Kilka razy w tygodniu wstawał o piątej rano, żeby pokuć jeszcze trochę przed szkołą i mieć wolne popołudnie na grę w piłkę. Ponieważ oficjalny sezon jeszcze się nie rozpoczął, wielu najlepszych szkolnych graczy ćwiczyło na boisku i Barney chciał się na własne oczy przekonać, z kim będzie musiał się zmierzyć.

Długo po tym, jak inni gracze rozeszli się do domów, Barney w ciemnościach rozpraszanych jedynie przez uliczną latarnię ćwiczył wyskok, wyrzut i w końcu rzut karny.

Dopiero potem wsiadał zmęczony do trolejbusu zmierzającego w kierunku Nostrand Avenue, usiłując uczyć się w drodze do domu.

Oczywiście miał typowe przedmioty obowiązkowe - matematykę, nauki społeczne, angielski oraz nauki ścisłe. Pragnąc zrobić przyjemność ojcu, wybrał jako przedmiot nadobowiązkowy łacinę.

Uwielbiał ją - tę radość wyszukiwania w łacinie korzeni, które umożliwiły językowi angielskiemu taki rozkwit. Dzięki łacinie rozwinął zdolności umysłowe i umiejętność zwięzłego pisania.

Z zadowoleniem stwierdził, że coraz lepiej posługuje się także mową ojczystą. A do tego jak wzbogacił swoje słownictwo!

Przy każdej sposobności popisywał się werbalną ekwilibrystyką. Zapytany przez nauczycielkę angielskiego, czy przygotował się porządnie do semestralnego testu, odpowiedział:

- Bez wątpienia, panno Simpson, pracowałem nad tym niestrudzenie.

Jeśli ojciec był z niego dumny, to nie pokazywał tego po sobie nawet wówczas, gdy Barney zadawał mu pytania z zakresu gramatyki, na które dobrze znał odpowiedzi.

Zwrócił się z tym do matki.

- O co chodzi, mamo? Czy tato nie cieszy się z tego, że uczę się łaciny?

- Oczywiście, że tak. Jest z ciebie bardzo dumny.

Skoro jednak powiedział to jej, pomyślał Barney, dlaczego nie mógł powiedzieć tego mnie?

Pewnego dnia przybiegł do domu z wynikiem semestralnego testu z łaciny i popędził na górę do gabinetu ojca.

- Popatrz, tato! - powiedział zziajany, podając mu wypracowanie egzaminacyjne.

Harold zaciągnął się papierosem i spojrzał na pracę syna.

- Ach, tak - mruknął do siebie. - Ja też czytam w tym roku Wergiliusza z moimi dzieciakami.

I zamilkł.

Barney czekał z niecierpliwością. W końcu nie mógł się powstrzymać.

- Jeśli chcesz wiedzieć, dostałem najwyższą ocenę w klasie.

Ojciec pokiwał głową i odwrócił się do niego.

- Wiesz, w pewien sposób jest mi trochę smutno.

Barneyowi nagle zaschło w ustach.

- Ponieważ chciałbym, żebyś był jednym z moich uczniów.

Barney nigdy nie zapomniał tego dnia, tej godziny, tej chwili oraz tych słów.

Ojciec jednak go lubił.

- - -

Laura podjęła ważną i zaskakującą decyzję. Pewnego dnia wspomniała o niej mimochodem Barneyowi podczas jazdy trolejbusem ze szkoły.

- Mam zamiar ubiegać się o stanowisko prezydenta.

- Zwariowałaś, Castellano? Jeszcze żadna dziewczyna nie została prezydentem Stanów Zjednoczonych.

Skrzywiła się.

- Myślałam o klasie, Barney.

- To też szaleństwo. W całym Midwood jest nas tylko dwoje ze starej szkoły. Nie będziesz miała za sobą bandy przyjaciół, którzy cię poprą.

- Mam ciebie.

- Tak, ale to tylko jeden głos. Chyba nie liczysz na to, że zapcham jakoś całą urnę, co?

- Mógłbyś mi pomóc w napisaniu przemówienia. Wszyscy kandydaci dostają dwie minuty podczas jednego z apeli klasowych.

- Czy wiesz, z kim będziesz rywalizowała?

- Nie, ale myślę, że jestem jedyną dziewczyną. Możesz popracować ze mną w niedzielę po południu?

- No dobrze - westchnął. - Pomogę ci zrobić z siebie głupka.

Jechali przez parę minut z nosami zatopionymi w książkach. A potem Barney zauważył:

- Nie sądziłem, że jesteś taka ambitna.

- Jestem, Barney - wyznała ściszonym głosem. - Jestem ambitna jak diabli.

- - -

W końcu przesiedzieli całą sobotę i niedzielę, pichcąc to dwuminutowe przemówienie mające zmienić świat. Z początku stracili mnóstwo czasu, usiłując opracować kampanię ekstrawaganckich obietnic wyborczych (darmowe wycieczki klasowe na Coney Island itd.). W końcu Barney doszedł do wniosku, że polityka na jakimkolwiek szczeblu polega głównie na uwiarygodnianiu niewiarygodnego. Innymi słowy, trzeba przekonująco kłamać.

Okazał się na tyle bezwstydny, by namawiać Laurę do częstego używania tego najbardziej makiawelicznego ze słów, jakim jest "uczciwość".

Na apelu, po tym jak trzej spoceni i obłąkańczo gestykulujący rękami kandydaci rozbawili niemal do łez swoją pompatycznością całe audytorium, spokojne i rozważne wejście Laury na podium (Barney przećwiczył z nią i to) było zaskakującym kontrastem.

Mówiła spokojnie i powoli, od czasu do czasu przerywając trochę dla efektu, a trochę dlatego, że ze strachu ledwie mogła oddychać.

Równie dramatyczny był kontrast między jej przemówieniem a poprzednimi. Powiedziała po prostu, że jest równie nowa w Midwood, jak jeszcze przed paroma laty była nowa w Ameryce. Wysoko ceni sobie serdeczność swoich szkolnych kolegów, podobnie jak docenia kraj, który ją przyjął. Uważa, że zaciągnięty w ten sposób dług może spłacić, jedynie służąc społeczeństwu. Jeśli zostanie wybrana, nie może obiecać im cudów, gwiazdek z nieba czy kabrioletów w każdym garażu (śmiech na sali). Może im tylko zaoferować uczciwość.

Rozległy się ciche oklaski. Nie dlatego, że nie wywarła na swoich koleżankach i kolegach żadnego wrażenia, lecz ponieważ oszołomiła ich prostota jej słów, jej jawna uczciwość oraz - nie da się zaprzeczyć - wyjątkowa uroda.

Zanim jeszcze zakończył się apel i wszyscy odśpiewali hymn szkoły, jej wybór wydawał się przesądzony. W drodze do domu brakowało im tylko triumfalnej parady.

- Dokonałaś tego, Castellano. Przebiłaś wszystkich. Założę się, że pewnego dnia zostaniesz prezydentem całej szkoły.

- Nie, Barney - odpowiedziała czule. - To ty wygrałeś. Napisałeś prawie całe moje przemówienie.

- Nie przesadzaj. Polałem tylko trochę wody. Sposób, w jaki wygłosiłaś tę przemowę, to był prawdziwy nokaut.

- No dobrze, dobrze. Zrobiliśmy to razem.

- - -

Tego lata Castellanowie i Livingstonowie wynajęli razem domek niedaleko plaży w Neponset na Long Island. Siedzieli tam, wdychając zdrowe morskie powietrze, a Luis przyjeżdżał do nich tylko na weekendy. Był permanentnie zmęczony swoją coroczną straszliwą bitwą z polio.

Oczywiście rozmowa o możliwości wybuchu epidemii oraz widok małych dzieci bawiących się beztrosko na plaży przywoływały Inez wspomnienia jej małej Isobel - choć te i tak nigdy nie były daleko. Gdyby tylko wtedy wyjechali nad morze...

Siedziała zapatrzona w ocean, gdy Harold i Estelle pogrążali się w lekturze. Estelle czytała Dumę i uprzedzenie, a Harold Rzymską rewolucję Syme'a.

Tymczasem niewinnie uwodzicielska Laura dołączyła do swoich rówieśniczek, z którymi biegała i nurkowała w falach. Każdy z ratowników, kolejno zasiadających na wysokim drewnianym krześle, modlił się w duchu, żeby zawołała go na pomoc.

Oczywiście były także randki. Młodzi opaleni adoratorzy w studebakerach lub desoto rodziców robili, co mogli, żeby zabrać Laurę do kina na wolnym powietrzu lub zaprosić na grillowanie pod gwiazdami na opuszczonej plaży.

I na pieszczoty.

Parkowali w jakimś zacisznym miejscu, "żeby poobserwować łodzie podwodne", co było jednym z wielu eufemistycznych określeń takiej randki, podczas gdy w radiu zawodził Nat King Cole - zapewniając wszystkich, że Miłość jest cudowną rzeczą.

Pewnego dusznego sierpniowego wieczoru Sheldon Harris położył rękę na jej piersi.

- Nie rób tego - powiedziała bez przekonania. Kiedy jednak usiłował wsunąć rękę pod jej bluzkę, ponownie powiedziała: "nie". I tym razem zupełnie poważnie.

Barney nie miał czasu na takie głupoty. Codziennie rano pochłaniał z wilczym apetytem śniadanie, po czym biegł z tenisówkami w ręku (tak, żeby nie nasypał się do nich piasek) po ciągle jeszcze pustej plaży do Riis Park, gdzie przez całą dobę odbywały się rozgrywki koszykówki.

Nie miał już dużo czasu. Zaledwie za sześćdziesiąt jeden dni miał się ubiegać o miejsce w drużynie Midwood. Nie mógł niczego pozostawić przypadkowi. Nawet zasięgnął rady doktora Castellano, jakie jedzenie najpewniej pobudza wzrost. (Zacznij od jedzenia obiadów - poradził mu Luis). Kampanię odżywczą Barneya uzupełniały okresowe sesje na drążkach gimnastycznych w Riis Park. Wisiał na nich tak długo, jak tylko był w stanie wytrzymać, w nadziei że jego ciało wyciągnie się w odpowiednim kierunku. W przeddzień Święta Pracy 1951 roku Barney stał na werandzie wyprostowany jak struna pod ozdobioną sztukaterią ścianą ganku, a Harold z Luisem dokonywali niezależnych od siebie pomiarów.

Rezultaty okazały się imponujące. Jedna z taśm wykazywała, że miał metr osiemdziesiąt dwa wzrostu, a druga, że metr osiemdziesiąt trzy. Wydał głośny okrzyk radości. Laura (która wcześniej z ulgą odkryła, że w końcu przestała rosnąć i zatrzymała się na jednym metrze i sześćdziesięciu pięciu centymetrach) oraz Warren (metr sześćdziesiąt pięć) stali opodal i klaskali.

- Udało mi się, ludzie, udało mi się! - piszczał Barney, skacząc po pokoju jak zając.

- Niezupełnie - złośliwie uśmiechnęła się Laura. - Jeszcze musisz trafić do kosza!

- - -

I tak oto w tym samym roku, w którym prezydent Truman zwolnił generała MacArthura z dowodzenia na Dalekim Wschodzie, a profesor Robert Woodward z Harvardu zsyntetyzował cholesterol i kortyzon, Laura została prezydentem drugiej klasy. Barney zaś stanął przed długo wyczekiwanym momentem - a raczej ściśle mówiąc - trzema minutami prawdy.

Trener koszykówki Doug Nordlinger potrzebował zaledwie stu osiemdziesięciu sekund, żeby odróżnić tygrysa od zdechlaka.

Na sali gimnastycznej unosił się wyraźnie wyczuwalny zapach strachu. Kandydaci zostali podzieleni na pięcioosobowe zespoły (Koszulki przeciw Golasom), które miały wychodzić kolejno na boisko i - bacznie obserwowane - grać przeciwko sobie przez trzy minuty. Każdy z dziesięciu kandydatów miał tyle samo czasu na zademonstrowanie swoich umiejętności.

Przez pierwsze dwie minuty testu Barney prawie nie dotknął piłki. Wyglądało na to, że wszystkie jego marzenia o chwale spłyną z potem.

Nagle ktoś strzelił niecelnie do kosza jego drużyny. Wyskoczył po piłkę jednocześnie z wyższym od siebie przeciwnikiem. Wykiwał go jednak i przechwycił piłkę.

Kiedy ruszył na środek boiska, kilka Koszulek rozpaczliwie rzuciło się za nim. Barney zrobił zwód, dryblując to jedną, to drugą ręką. Ruszył na niego następny przeciwnik w koszulce ze śmiercią w oczach. Barney zamarkował w lewo, skoczył w prawo i zwinnie prześlizgnął się obok niego. Na dziesięć sekund przed gwizdkiem znalazł się pod koszem wroga. Chciał strzelać, lecz zdrowy rozsądek nakazywał, żeby oddać piłkę lepiej usytuowanemu zawodnikowi. Zmusił się, by rzucić piłkę innemu Golasowi stojącemu na czystej pozycji. Kiedy ten rzucił - i chybił - zadzwonił dzwonek.

Było po wszystkim.

Trener ustawił całą dziesiątkę w szeregu. Wszyscy kręcili się nerwowo, jakby mieli stanąć przed plutonem egzekucyjnym - co w pewnym sensie było zgodne z prawdą. Nordlinger powiódł wzrokiem z lewa na prawo i z powrotem.

- No dobra, niech wystąpią następujące osoby: ty - wskazał na wysokiego, kościstego i pryszczatego członka drużyny Koszulek. - Pozostałym dziękuję...

Barney zupełnie podupadł na duchu.

- ...oprócz ciebie. Hej, Kędzierzawy, słyszysz mnie?

Barney, z przygnębieniem wbijający wzrok w podłogę, podniósł nagle głowę. Nordlinger wskazywał na niego.

- Tak, słucham? - zdołał wyrzęzić Barney.

- To było sprytne zagranie. Jak ci na imię?

- Barney, proszę pana. Barney Livingston.

- W porządku, Livingston. Ty i Sandy idźcie i usiądźcie na ławce.

Gdy Barney stał osłupiały ze zdziwienia, trener odwrócił się i krzyknął:

- Następne dwie drużyny na boisko!

- Chodźmy! - powiedział jego kościsty, przyszły kolega z drużyny.

Obaj poszli w kierunku drewnianej świątyni dla wybrańców.

- Trener wiedział już, jak ci na imię - zauważył zaciekawiony Barney.

- Aha! - uśmiechnął się z zadowoleniem tyczkowaty. - Jeśli się ma metr dziewięćdziesiąt osiem wzrostu, to niejeden trener wie, jak się nazywasz.

Jeszcze tego samego wieczoru Barneya, Sandy'ego Leavitta (gdyż tak brzmiało pełne nazwisko tyczkowatego) oraz trzeciego, krępego drugoklasistę Hugha Jascourta zmierzono, żeby przygotować dla nich sportowe stroje. Oficjalne treningi rozpoczynały się już od poniedziałku, jednakże ich satynowe kurtki z emblematem drużyny - ten niezawodny wabik na dziewczyny - miały być gotowe dopiero za trzy tygodnie. Barney miał nadzieje, że "Argus" opublikuje tę dobrą nowinę nieco wcześniej i jego życie towarzyskie natychmiast nabierze tempa.

Pobiegł powiedzieć o tym Laurze.