SIERPIEŃ2021
Weronika ma 10 999 złotych
Dopiero co zaczynała wychodzić na miasto i już musiała się ośmieszyć. Tyle w siebie wlała, a jak na złość pamiętała wszystko bardzo wyraźnie, jakby miała w głowie wbudowaną kamerę. Słyszała głos tamtej laski. Obrzydzenie z jakim wypowiadała słowa "co za pojebka". Słyszała swój zachrypnięty głos. "Tatusiu, chcę już jechać do domu. Będę grzeczna". Jak mogła być tak żałosna? Już więcej tam nie pójdzie. Ile razy przez ostatni rok wyszła z domu? Trzy? Wiele ją to kosztowało. Podjęcie decyzji o wyjściu z domu, a potem samo wyjście. Jak się tego nie robiło przez rok, to trudno się zmusić. Nawet samotne picie na umór wśród ludzi jest lepsze niż samotne picie w mieszkaniu. Nie wierzyła - kiedy czytała o tym w internecie - że przelotny uśmiech kogoś nieznajomego, rozmowa na nieistotny temat mogą pomóc, a jednak tak właśnie było.
"Tatusiu, chcę już jechać do domu. Będę grzeczna". Taki tekst do obcego faceta.
Naprawdę musiała to gadać? Pogardę na twarzy młodszej od siebie blondynki zapamięta na długo.
Chodzenie do "Nadziei" musiało się źle skończyć. To było miejsce z przeszłości, do której miała nie wracać. "Ich" miejsce. Czasem chodzili na spacery brzegiem Wisły, trzymali się za rękę, kupowali w "Nadziei" wodę i siedzieli na schodkach. Michał często mówił, że nie ma większego paradoksu niż jego przywiązanie do, jak mówił, "ścieku, który dzieli na pół to cmentarzysko", ale i tak spędzili tam wiele romantycznych chwil. Do czasu aż ją wyrzucił.
Jakoś minęły ponad dwa lata, coraz częściej udawało jej się o nim nie myśleć, ale teraz gdy przypominała sobie wyraźnie, jak spędzali czas nad Wisłą, jej serce krwawiło, jakby ktoś włożył nóż w niedawno zrośniętą ranę.
Dopiero się obudziła i na leżąco paliła w łóżku papierosa za papierosem. Niestety miała talent do myślenia i rozpamiętywania. Wracania do wspomnień. Tych dobrych i tych złych. Miała do tego warunki. Była sama w mieszkaniu i nie miała żadnych obowiązków. Patrzyła na poszarzały od papierosowych oparów sufit i wracała do momentu, w którym ją rzucił, a jej życie straciło sens.
***
Przez jakąś chwilę koczowała jeszcze - pijana i na lekach uspokajających - w mieszkaniu na Różanej. Do czasu, gdy otrzymała wiadomość:
M: Mała, wynieś się w ciągu tygodnia.
Na początku łudziła się, że jeśli zwrócił się do niej "mała", to jeszcze da się wszystko odkręcić. Mimo że istniał niezbity dowód na to, jak jest: wyłączył dla niej możliwość śledzenia swojego telefonu. Jakby jednak nadal miała nadzieję, kolejna wiadomość następnego dnia, powinna ją zgasić:
M: Znalazłaś coś?
Ona, Weronika Szara, po niemal sześciu latach życia księżniczki ma tułać się nie wiadomo gdzie? Właśnie tak. Wolała jak najszybciej z tym skończyć, niż znowu słuchać jego upokarzających pytań o poszukiwania schronienia. Tym samym pogrzebał jej ostatnie nadzieje, że po rozstaniu będzie miała gdzie mieszkać. Skurwysyn.
Wzięła Xanax, zadzwoniła do agencji nieruchomości i poprosiła o wizytę, bo z wycieńczenia nie miała siły chodzić. Do tej pory pamiętała wstyd, jaki towarzyszył jej podczas tamtego spotkania.
Przyjmowała agentkę ubrana w dres w kolorze zastygłej krwi i w dużych okularach przeciwsłonecznych ukrywających siniaka na twarzy. Agentka początkowo myślała, że ma do czynienia "z kimś", ale szybko zrozumiała, o co chodzi z Weroniką Szarą. Pytania zadawała profesjonalnym tonem.
- Czego pani potrzebuje?
- Kawalerki.
- Jaki jest pani budżet?
- Dwa tysiące złotych.
Agentka w ułamku sekundy zmieniła do niej stosunek z udawanego wiernopoddańczego na półjawnie pogardliwy - pogardą, którą wielu ma w zwyczaju obdarzać zdesperowanych ludzi. Ludzi, którzy są nikim.
Zwykle to ją, agentkę nieruchomości, traktowano w ten sposób. Teraz mogła przenieść swój ból. Z możliwości skorzystała.
Pewnie nawet ta kobieta ma więcej niż ja: jakiegoś męża i stabilne życie, myślała załamana Weronika.
Spuściła rzęsy za ciemnymi okularami, żeby nie widzieć w oczach kobiety mieszaniny triumfu i dezaprobaty słabo maskowanej przez wyuczony profesjonalizm. I zdała sobie sprawę z jednej bardzo smutnej rzeczy, że bez opieki Michała ludzie tak właśnie będą na nią patrzeć. Już wcześniej trochę to przeczuwała. Dlatego przed wizytą agentki powiedziała gosposi, żeby wcześniej wyszła. Nie potrzebowała świadków swojego upadku, a i tak nie wiedziała, jak miałaby się z nią pożegnać. Od tej pory miało już nie być pytań: "Co panienka życzy sobie na kolację?", "Jak się panienka dzisiaj czuje?". Zabraknie doradzania, spędzania razem czasu i picia herbatki, bo tak najbardziej lubiła spędzać czas ze swoją służącą.
Weronika chciałaby po prostu kupić mieszkanie. Może gdyby sprzedała kilka rzeczy? Ale nigdy niczego nie sprzedawała i nie wiedziała, jak to się robi. Nie miała czasu. Ile kosztuje mieszkanie?, zastanawiała się przed wizytą agentki. W jej okolicy dwudziestometrowa kawalerka to był wydatek rzędu pół miliona złotych, sprawdziła na Otodom. Nie miała takiej gotówki, a kredytu nie dostanie.
- Czyli szukamy czegoś na wynajem - mruknęła agentka, a Weronice zawirowało od tego w głowie.
Słowo "wynajem" było jak policzek. Nie miała nawet domu. Wygodnie było jej wierzyć, że to mieszkanie jest jej domem i będzie tak zawsze.
- Potrzebuję tego szybko. - Uznała za stosowne nieśmiało wspomnieć, jeśli już i tak nie mogła tego ukryć. Nie będzie się przejmowała. Konkretnie załatwi sprawę.
- Jak szybko? - zapytała agentka zaciekawiona.
- Najlepiej dzisiaj - odpowiedziała nieśmiało zażenowana faktem, że tak jej się spieszy. Ani okulary, ani siniak nie zdołały zasłonić rumieńca, który nagle pojawił się na jej białej skórze.
- Mam tylko to - powiedziała niemal współczująco agentka. - Dwadzieścia pięć metrów i nie ma balkonu. Koszt - tysiąc dziewięćset, czynsz - czterysta pięćdziesiąt w tym zaliczki na wodę, prąd i gaz. Na jedną osobę, która poprzednio tam mieszkała, przychodziły zwroty. Prowizja dla agencji płatna z góry. - Spojrzała wymownie na Weronikę.
- Okej - powiedziała Weronika, ciężko wzdychając i ledwo zerkając z obrzydzeniem na zdjęcie, które na tablecie pokazywała jej agentka.
- Możemy je obejrzeć - powiedziała agentka.
Ton zmieniła na autentycznie już współczujący, gdy wyczuła, że z Weroniką dzieje się coś niedobrego. W taki sposób można mówić do dziecięcego uchodźcy, któremu oferuje się tylko jeden obiad ze świadomością, że jutro trzeba się go będzie i tak pozbyć. Chwilowy przebłysk życzliwości, żeby uspokoić własne sumienie, że nie jest się potworem.
- Nie trzeba - odrzekła Weronika, dla której agentka nagle stała się matką.
Każdy, kto był stabilny emocjonalnie i dałby jej choć cień uczucia, mógłby być wtedy jej matką.
Nie wytrzymałaby podróży do nowego mieszkania z nią. Bałaby się, że puszczą jej nerwy i zachowa się żenująco. Zacznie się przytulać i opowiadać o Michale. O tym, jak bardzo go kocha.
Nie było na co czekać. Podpisały umowę, zapłaciła prowizję i umówiły się na miejscu na przekazanie kluczy. Później udawała, że nie widzi wścibskich spojrzeń pracowników firmy przeprowadzkowej, którzy wnosili na czwarte piętro walizki Rimowa, pudła i czarne worki na śmieci wypchane jej rzeczami. Tak w ciągu doby Weronika Szara opuściła osiemdziesięciometrowe mieszkanie na ulicy Różanej, by przenieść się do kawalerki bez balkonu i bez windy. Położonego jedynie kilka ulic dalej. Jakby złośliwym zrządzeniem losu na ulicy Szarotki.
Pierwszego dnia leżała w ubraniu na noszącym ślady użytkowania, ale śmierdzącym chemią i zafoliowanym (przynajmniej dowód, że był odkażony) materacu, bez pościeli, przykryta puchowym płaszczem, z głową złożoną na ręczniku i rozmyślała, czy jeżeli wyskoczy z okna z czwartego piętra, to na pewno umrze. Zamykała oczy, ale na cholernej ulicy Szarotki bez przerwy rozbrzmiewały odgłosy karetek dochodzące z położonego tuż obok Szpitala Świętej Elżbiety. Myślała o mieszkaniu na Różanej, o zapachu i ciele Michała, tak jak zapamiętała je w dobrych czasach, a po policzkach leciały jej łzy. Utraciła nie tylko mieszkanie, ale i dom. Swój pierwszy i jedyny dom.
Dobrze pamiętała, jak to było. Długo była silna. Psychiatra przepisał jej Medikinet, substytut sił życiowych. Po kolei odhaczała po prostu rzeczy z listy w telefonie. I tak przez następne dni udało jej się zrobić zakupy: alkohol, papier toaletowy, pościel, płyny czyszczące. Gdy mieszkała na Różanej - robiła to za nią służąca. Szło jej mimo to nieźle do czasu, aż pojechała do Media Marktu. Sprzedawca robił zdziwioną minę, kiedy spod okularów Weroniki jedna po drugiej ściekały łzy. Nie rozumiał, dlaczego ktoś miałby płakać, kupując głośnik Marshalla i odkurzacz. Może dlatego, że w jej dawnym mieszkaniu głośniki były niewidocznymi płytami w suficie, a eleganccy ludzie nie stawiają sobie wielkich pudeł? Ona musiała to pudło postawić na środku i tak małego, zagraconego mieszkania. Odkurzacz za to uświadamiał, że będzie odtąd znowu sama sprzątać jak miliony ludzi. Tak bardzo już się od tego odzwyczaiła! Miała przez prawie sześć lat wszystko czyste i na swoim miejscu, zupełnie bez wysiłku. Gorsze było tylko to, że do tego mieszkania i tak wstyd było kogokolwiek zaprosić. Nie żeby miała kogo. Ten szczegół zakłócał jednak jej spokój i odbierał sens każdej pozytywnej myśli, jeśli jakaś w ogóle przychodziła jej jeszcze do głowy. Uświadamiał, jak nisko upadła.
Cieszyła się, że chociaż ma samochód. Czuła za to wdzięczność wobec Michała. Raz o mało nie spowodowała wypadku na Puławskiej, bo przez oczy pełne łez nie zauważyła, kiedy wjechała w tył samochodu dostawczego. Wściekły kierowca chciał ją wyciągnąć z auta i rozmawiać. Już wysiadała, kiedy światło się zmieniło. Zablokowała więc drzwi, dodała gazu i wyminęła dostawczaka. Żałowała, że nie dała mu pieniędzy, ale nie miała siły na rozmowy. Dość już miała spojrzeń agentki i pracowników firmy przeprowadzkowej.
W mieszkaniu z kolei udało jej się częściowo porozpakowywać rzeczy. Odkurzyć. Założyć pościel. Wymyć podłogę i szafki. Rozpakować nieszczęsny głośnik. Jak zrobiła to wszystko, popijała Xanax alkoholem. Podobno to zabija... Nie bała się tego. Śmierć mogła być wybawieniem. Tymczasem mieszanka pomagała jej się wyluzować, a kiedy było coś do zrobienia, łykała Medikinet. Tylko dzięki temu przeżyła to wszystko i przynajmniej poukładała rzeczy. Jakoś organizowała swoje nowe życie.
Ponieważ Weronika była istotą działającą metodycznie, usiadła wtedy, ponad dwa lata temu, przy stole. Otworzyła laptop i zaczęła liczyć. Na koncie w banku miała dokładnie sto dziewięć tysięcy złotych. Plus dwa (dokładnie tysiąc osiemset) w gotówce. Dalej - samochód. MINI Cooper o wartości około stu tysięcy złotych.
To było wszystko, co miała. I przerażało ją, jako niewiele tego jest. Jedyne, co trzymało ją przy życiu, to stare prezenty. Kolekcja ubrań Weroniki była trudna do wycenienia. Wszystko zależało od tego, ile ktoś byłby skłonny zapłacić za jej poszczególne elementy. Były w niej rzeczy od najlepszych projektantów, vintage i haute couture. Wiele zupełnie nowych, wcześniej nawet nieprzymierzonych.
Nie liczyła nigdy sukienek, bluzek, spodni, marynarek. Nie wiedziała, ile ma ich dokładnie. Samych butów miała ponad sto par - z czego trzydzieści to były jej ukochane Louboutiny, które ubóstwiała i nosiła do wszystkiego. Kilkanaście torebek Chanel i Saint Laurenta. Kilka od Diora. Duża liczba torebek, wcale niemniejszej wartości, nieznanych lub niszowych marek. Wreszcie, Weronika była właścicielką dwóch torebek Hermes Kelly: koniakowej - pod kolor włosów - i czarnej. Od momentu, gdy je kupiła, były jej ulubionymi.
Ale kolekcja ubrań i dodatków w żaden sposób nie mogła równać się wartością z kolekcją biżuterii. Musiała przyznać, że Michał nie dawał jej byle czego. Miała diamenty i perły pod wieloma postaciami. Odpowiednie pierścionki na co dzień i pierścionki koktajlowe. Komplet: diamentowe kolczyki i pierścionek Rahaminova. Sznur pereł, wiszące kolczyki z szafirami. To od Michała dowiedziała się, że jedną z zasad dobrych manier jest ta mówiąca, że w dzień należy nosić perły, a diamenty dopiero, gdy zapada zmierzch.
- Ale po co masz tego przestrzegać, kochanie? - pytał.
- I tak nie zamierzałam. Po co mi w ogóle te perły, kiedy mam diamenty? - odpowiadała i całowała go.
Najczęściej chodzili na nieformalne ostre imprezy. Na takie okazje nosiła gorsetowe sukienki, a do nich całkiem często chokery w stylu Kim Kardashian. Nie była snobką, jeśli coś jej się podobało, nie obchodziła ją cena. Miała mnóstwo biżuterii vintage, drogiej i taniej. Tej ostatniej jednak zdecydowanie najmniej. Zwieńczeniem jej kolekcji był naszyjnik Bulgari: wąż kąsający własny ogon. Ile on kosztował? Dwieście tysięcy euro? Nie wiedziała, ile był dokładnie wart. Jedno było pewne: dużo.
No i zegarek Van Cleef&Arpels z zakochaną parą na Pont des Amoureux
. Sprawdziła w internecie. Za nowy trzeba było zapłacić prawie sto pięćdziesiąt tysięcy euro!
Tak więc oszczędności plus wartość rzeczy robiły z niej milionerkę. W końcu się uśmiechnęła. Grunt to nie tracić dobrego humoru, to była żałosna myśl, wiedziała to.
Ani dobry humor, ani błyskotki, ani szmatki nie są nic warte, kiedy pieniędzy nie przybywa. Mimo to, gdy wszystko policzyła, trochę odetchnęła - jednak nie był takim całkowitym sknerą i skurwysynem. Nie żałował jej zabawek. Najmniej optymistyczny scenariusz zakładał, że sama kolekcja biżuterii to lekko licząc półtora miliona złotych. Szczególnie zegarek i wąż pozwalały Weronice odczuwać pewien spokój. Ale przecież nie było o czym rozmawiać - nie oddałaby ich za nic. Zegarek miał odliczać szczęśliwe chwile w jej życiu. Wąż zjadający własny ogon - starożytny Uroboros - był symbolem odradzania się jako następstwa wiecznej destrukcji. Oba te przedmioty były symbolem ich wyjątkowej miłości. Wiedziała, że nie może ich sprzedać nigdy.
Już bardziej spokojna oddała się alkoholowo-lekowej destrukcji i wydzwanianiu do Michała, a kiedy ją zablokował, były już tylko rozpaczliwe nagrania na pocztę i wiadomości wysyłane na wszelkie możliwe komunikatory. Było chodzenie do kiosku po karty z nowymi numerami, żeby znowu do niego wydzwaniać i znowu dać się blokować.
***
Weronice przybywało smutku, przez co jeszcze głębiej zapadała się w łóżku przy użyciu szokujących ilości alkoholu i dawek leków. Rozmyślała o przeszłości, o fatalnym incydencie nad Wisłą i trwała w śmierdzącej pościeli. Dopiero dotarło do niej, jak śmierdzi w mieszkaniu. Zrozumiała, że wilgotnym papierosowym zapachem jest tu nasiąknięte wszystko, łącznie z nią. Zmieni to. Zmieni. Tylko jeszcze nie teraz. Ma jeszcze czas. Zapaliła kolejnego papierosa i zamknęła oczy. Jak mogła być tak głupia, żeby się rzucać na szyję facetowi znad Wisły? I po co? Od Michała dzieliły go lata świetlne.
Przytrzymała papierosa w ustach i odszukała telefon. Zbity ekran wszystko psuł. Fotografia nie była wyraźna. Jego twarz: uniesione łagodne i jednocześnie gniewne brwi, widoczne - ale nie za bardzo - kości smukłej twarzy, zacięte usta i te falujące włosy, które zawsze mu się układały, a najlepiej jak po wyjściu z morza ona układała mu je palcami. Jak książę z zamku Bestii
: ten, w którego Bestia się przemienia pod koniec filmu. Jak synonim klasy, elegancji... Jego silne ciało, które dawało jej głupie poczucie bezpieczeństwa, a w nocy było jej poduszką... No i co, że tyle razy miała siniaki i leciała krew. Warto... Tak, było warto. Sama siebie przyłapała na uśmiechaniu do swoich myśli. Minęło tyle czasu i tyle krzywd jej wyrządził, a nadal leciała do niego jak ćma do ognia. Ale nawet jak ćma nie mogła się spalić, bo odgrodził ją od siebie.
- Dość, głupia suko - wyrzuciła z siebie z wściekłością. - To nie wróci. Rozumiesz? Nie wróci! Koniec z sentymentalnymi bzdurami - powiedziała zdecydowanie, choć dobrze wiedziała, że mówiła tak już wiele razy. Poprzysięgła sobie, że następnym razem przy takich myślach walnie się w twarz albo głową w ścianę. Przyszedł najwyższy czas na to, żeby wyjebać do kosza stare życie. Cały czas uparcie jej przeszkadzało, a przecież miała się odrodzić.
Dokończyła papierosa i zgasiła go na talerzu do zupy najeżonym petami, cały wysiłek włożyła w oczyszczenie głowy z myśli. Wstała, co nie było rzeczą łatwą, bo wszędzie walały się rzeczy i właściwie nie było widać podłogi. Dowlekła się jednak do łazienki, która skądinąd nie była daleko, co przypominało jej boleśnie, jaki jest metraż jej mieszkania.
Mieszkała w dziupli, taniej jaskini, przechowalni ludzi upadłych - tak o sobie myślała. Na 25 metrach kwadratowych upokorzenia.
W łazience Weronika najpierw spojrzała w lustro. Na niezdrowej skórze dostrzegła rozmazane resztki wczorajszego pudru. Jeden łuk rzęs odpadł, drugi ledwo się trzymał i skręcał w stronę brwi. Nie była zdziwiona tym widokiem... Przecież gdy dowlekła się do mieszkania, padła na łóżko jak zabita.
Postanowiła, że pozostałych oględzin dokona po prysznicu. Oderwała sztuczne rzęsy i z obrzydzeniem cisnęła je do umywalki. Zdjęła przez głowę cuchnącą papierosami sukienkę. Pozbyła się niewygodnych majtek i stanika. Weszła pod prysznic. Poczuła ulgę, gdy woda zmywała z niej pozostałości po poprzednim wieczorze, i złość, kiedy zobaczyła, że nie ma już prawie żelu pod prysznic. Na Różanej jeśli miała na to ochotę wrzucała do wanny i dziesięć kulek Lush.
Nie będzie już więcej myślała ani o tamtych czasach, ani o Michale - takie przecież było jej postanowienie.
Kiedy wyszła spod prysznica i wytarła się, stanęła nago przed lustrem. Wkrótce skończy dwadzieścia osiem lat. Widok, który miała przed oczami, sprawił, że jej usta same wygięły się w podkówkę. Lustrowała siebie, zaczynając od góry. Gdyby miała przekreślać to, co jej się nie podobało, jak to robią w programach o metamorfozach kobiet, przekreślałaby wszystko po kolei.
Twarz: na środku czoła był pryszcz, jeszcze nie czerwony, ale już boląca górka.
Przekrwione oczy: wydawały się ginąć w odmętach opuchlizny, jakby ktoś wziął pompkę do roweru i wpuścił powietrze w skórę pod nimi. To nie były delikatne cienie, tylko nalane, wypukłe pontony. Czasem przykładała do oczu lód, wtedy pontony robiły się czerwone i płaskie, i... jeszcze bardziej makabryczne.
Cera daleka od ideału: za dużo było na raz widocznych porów i niezagojonych zmian.
Nad górną wargą pojawiły się wstrętne włoski.
Dalej.
Szyja: podrapana paznokciami.
Dekolt: z bliska można było dostrzec na nim cienką pionową zmarszczkę.
Ramiona i przedramiona: podrapane jak szyja.
Piersi: duże i nie takie jak kiedyś, tylko - tak jak wskazywała zmarszczka na dekolcie - zamiast być dumnie wypięte, szły w kierunku smętnego zwisania pod przygarbionymi plecami.
Nadal była szczupła. Skąd w takim razie na jej brzuchu pojawił się tłuszcz? Między nogami: wszystko było zarośnięte.
Uda: traciły jędrność. Miejsce mięśni - z których była kiedyś taka dumna - zajęły lekko przebijające się przez skórę kwadraciki tłuszczu.
Nogi: całe w krostach i zadrapaniach, takich samych jak na przedramionach, dekolcie i szyi.
Jedyne, co wyglądało normalnie, to pupa i stopy z czarnymi obwódkami brudu pod paznokciami. I włosy ufarbowane na czarno, krótkie i nadające jej całej sens. Ale reszta? To niedopuszczalne, niedopuszczalne!, krzyczała na siebie w myślach. Nie hamowała nawet łez i patrzyła na swoje dziwne dłonie: wysuszone, łuszczące się, kościste.
Pamiętała, jak wyglądała dwa lata temu. Była pięknością, była nieskazitelna, delikatna... Była w tym momencie, kiedy kobieta ma jeszcze cechy dziecka, miała idealną skórę, błyszczące i duże oczy ... Ufnym, pełnym uśmiechu spojrzeniem obdarowywała cały świat... Miała dłonie dziecka... A Michał mówił, że...
Michał, Michał. Miałaś o nim nie myśleć, debilko!, warczała w myślach. Wiedziała, że wspominanie i pogrążanie się w tęsknocie za utraconym życiem nie pomogą jej wydostać się z bagna.
Pospiesznie, już nie patrząc na odbicie w lustrze, psiknęła się dezodorantem. Nie zawracała sobie głowy bielizną, tylko wciągnęła białe, nieco przybrudzone onesie z uszami kota. Twarz wysmarowała podkładem, następnie korektorem. Przypudrowała wszystko i pociągnęła usta czerwonym błyszczykiem, a rzęsy tuszem. Była nadal cała zapuchnięta, więc cofnęła się o krok od lustra. Teraz nic nie widać, pomyślała. I miała rację. Na twarzy było teraz kilka grudek, ale widzialnych tylko z bliska. Poczuła się znowu piękna.
Przez ostatnie dwa lata nie tylko prawie się nie myła, ale i nie malowała. Ten dzień był jednak inny - to miał być początek jej nowego życia. Musiała się poczuć silna, jeśli miała stanąć na nogi. Jeśli nie powstanę teraz, nie znajdę sensu, to umrę, powtarzała w myślach. Kto jak kto, ale ona wiedziała to przecież najlepiej. Minęły dwa lata, które spędziła w mieszkaniu na Szarotki, niemal nie wstając z łóżka.
Zgasiła światło w łazience. Powlokła się do kuchni. "Kuchnia" - to było za dużo powiedziane. To był aneks kuchenny zaraz obok drzwi wejściowych. Teoretycznie na tak małej przestrzeni mieści się wszystko, co niezbędne: zlew, gaz, lodówka, białe, proste szafki z Ikei, piekarnik, z czego i tak nie korzystała, a jednak Weronika odczuwała ból związany z wyglądem tego miejsca.
Ból wywoływał w niej zresztą wygląd wszystkich części mieszkania. Przecież nie tak dawno miała idealny dom! Czuła się tutaj dobrze tylko wtedy, gdy zakopywała się w łóżku i zapadała w bliżej nieokreśloną szaroburą i nijaką - za to wolną od bólu - przestrzeń, którą rozświetlała sobie znanymi sposobami. Za co płaciła cenę w postaci migreny i opuchlizny następnego dnia, a zawód z tym związany topiła, dobijając do dna kolejnej butelki. Weronika dobrze wiedziała, skąd się bierze obrzęk na jej twarzy i to, że przez te dwa lata niewychodzenia z łóżka postarzała się o dekadę.
Otworzyła lodówkę, która była jedynym niezagraconym punktem w tym mieszkaniu. Stało w niej piwo miodowe, Monster i spleśniały kawałek białego sera. W drzwi lodówki włożone były dwie półlitrowe butelki wódki (pomyśleć, że dwa lata temu upijała się lampką szampana) i butelka mleka czekoladowego (dodawała je do pierwszych drinków, bo później, gdy było już jej wszystko jedno, wódka nie wymagała rozcieńczania).
Weronika zawahała się, czy sięgnąć po piwo, czy po Monstera. Ostatecznie wybrała Monstera i ciężko usiadła na plastikowym krześle przy białym stole. Utopiła wzrok w zasłoniętym białą roletą (jedynym w tym mieszkaniu) oknie, przez które próbowało przedzierać się światło. Spojrzała na barłóg, który przedstawiał sobą pokoik. Szpital psychiatryczny, pomyślała o ponurym obrazku i postanowiła, że musi tego dnia przynajmniej uprać pościel.
Wzięła łyk Monstera, którym popiła tabletkę Medikinetu. Cała się trzęsła - to dawała o sobie znać wczorajsza wódka. Muszę to posprzątać, posprzątać ten chlew, posprzątać całe swoje życie, pomyślała i po raz kolejny utonęła w gorzkich wspomnieniach.
***
To było dziewięć lat temu. Mieszkała wtedy z dwiema współlokatorkami w kamienicy przy alei 3 Maja na Powiślu. Jednostajny szum Wybrzeża Kościuszkowskiego zakłócał tramwaj przejeżdżający po moście. Jej pokój, umiejscowiony pomiędzy pokojami współlokatorek, przypominał maleńką klatkę. To wszystko było bez żadnego sensu. Stale podsłuchiwana. Stale pod obserwacją. Przyjechała ze Żwirowic do Warszawy, żeby w końcu być wolna, a w mieszkaniu bała się poruszyć. Wystarczyło, że układała rzeczy, a po chwili dostawała SMS-a: możesz być ciszej?
"Ale z ciebie syfiara" - słyszała, kiedy tylko od razu nie umyła patelni, bo chciała zjeść obiad zanim wystygnie i nawet kiedy nic się nie działo stale czuła na plecach czyjś oddech.
Zamykała się w swoim ośmiometrowym pokoiku. Trwała zawieszona w wyczekiwaniu, aż zostanie w końcu w mieszkaniu sama i będzie mogła wyjść z pokoju ugotować torebkę ryżu albo wejść do łazienki bez strachu, że ktoś zaraz zacznie pukać i drzeć się: "wyłaź stamtąd".
Tamtej nocy siedziała skulona na łóżku we wnęce, która powstała między szafą a ścianą, zajęta udawaniem, że jej nie ma. Chciała słuchać muzyki, ale nie mogła. Przeszkadzało jej to wielkie miasto. Mijał jej miesiąc w Warszawie, a nie była bliżej zrozumienia jej nawet o milimetr. Oszołomiona nasłuchiwała więc jej dźwięków i dobiegających zza ściany głosów współlokatorek. Przechwalały się, dokąd się wyprowadzą, jacy będą ich mężowie, a jacy mężczyźni nie mają u nich w ogóle szans. Wszystko działo się w pokoju nauczycielki włoskiego, starszej z nich. Jest już po czterdziestce, wygadała Weronice druga współlokatorka - zgarbiona tancerka go-go i studentka drugiego roku filozofii.
Mąż i wyprowadzka - to były stałe tematy tamtych dwóch. Lubiły też rozmawiać o osobach, które uważały za ciekawe. Jedna o dzieciach, które uczyła włoskiego, i ich rodzicach, druga o kolegach i wykładowcach z uczelni. Zawsze chodziło o ludzi z innego świata. Wesołego świata. I to świata, którego nie były częścią, a być chciały. Raz na jakiś czas piły droższe wino, jakie ich zdaniem ludzie z innego świata mogliby wybrać, jakby miało ono im pomóc przywołać marzenia.
Nauczycielka lubiła opowiadać o swoim dawnym życiu ekspatki. Rozpromieniała się, gdy wspominała o nieznośnych Włochach. Czasem tylko do wypowiadanych zdań wkradało jej się niechciane słowo, np. "zmywak" lub "na kuchni". Wtedy automatycznie chowała zniszczone ręce w kieszeniach. Uśmiech znikał, a ona milkła. Weronika widziała na własne oczy, jeszcze zanim przestały z nią gadać.
Godzinami rozmawiały też o swoich zdobyczach. North Face, Ray-Ban, Yeezy, Apple. Raz na jakiś czas mogły sobie pozwolić nawet na coś takiego. A rzeczy traktowały jak amulety chroniące przed szarą codziennością. Mogły dzięki nim poczuć się lepiej. Wtopić się w tłum. Nie być tak bardzo obce. Obie były bezdomne - podobnie jak Weronika - niepogodzone i żałość tę próbowały maskować. Domyślała się, że nie przyznają się do tego, jaki los je spotkał. Ona przynajmniej nie udawała. Jeszcze. Weronika - siedząc w maleńkim pokoiku - wyczuwała ich dygot. Łagodniał w miarę jak wypijały kilka lampek wina i wygadywały się sobie nawzajem. Choć na chwilę mogły ochłonąć, dzięki poczuciu, że oto nie są na tym świecie zupełnie same.
Czy skończę jak tancerka - bo skończy mi się kasa? Czy zestarzeję się i przeobrażę w kobietę, która żyje z dawania korepetycji po osiemdziesiąt złotych za godzinę i stać ją tylko na to, żeby w średnim wieku mieszkać ze współlokatorkami?, zastanawiała się wtedy Weronika.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.