Doktorze, poproszę coś mocniejszego - raven

Kup ebooka

24.99 zł
19.99 zł (17,24 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

SIERPIEŃ 2021

Nawet jeśli wiedziała, że jakieś trzydzieści par oczu jest tu tylko dla niej po to, żeby śledzić każdy jej ruch, miała to w dupie. Takie jak ona tu nie zaglądały.

Była stworzeniem pięknym. I to pięknym od a do z. Pięknem, które widać było także w ruchu - choćby w sposobie, w jakim pochylała zgrabną czaszkę. Pięknem polegającym na delikatności i niewinności; tak rzadko spotykanym tu, w mieście, gdzie kobiety umęczone i zaszczute więdną, nim zdążą na dobre rozkwitnąć. Pięknem, które było przepustką do wyrwania się stąd.

Dziewczyna była biała jak śnieg. Miała mocny precyzyjny makijaż oczu, czarne włosy ścięte na krótko i nieobecne spojrzenie lalki. Obserwatorzy niekoniecznie zdawali sobie sprawę z tego, że jej sukienka baby doll - obszerna, ale na tyle krótka, żeby odsłonić zgrabne uda - to Givenchy.

Wyglądała nieskazitelnie, mimo że wlewała w siebie już kolejną pięćdziesiątkę Soplicy. Siedziała zupełnie sama. Gapiła się na przezroczystą powierzchnię w kieliszku, jakby miała jej ona pomóc dojść do jakiegoś wniosku.

Jak ona tu nie pasowała! Do tego bambusowego hawajskiego baru ze sztuczną palmą, do wytatuowanego barmana, który z miną znawcy wyglądał jej upadku, do tych ludzi, którzy pili piwo, siedząc na betonowych schodkach, do tego smrodu papierosów i spalin, wreszcie do pustych plastikowych kubków od piwa, niedopałków i maseczek covidowych popychanych przez wiatr.

To była leniwa niedziela, późny wieczór. Zepsute latarnie brzęczały, zapalały się i gasły. Lokal nosił nazwę "Nadzieja". Ktoś z przodu sprejem dopisał "BEZ". A poniżej malutkimi literkami słowa: "umiera ostatnia". Schyłek lata. Skażona Wisła - jedyny sprzymierzeniec niespokojnych dusz - niosła im pocieszenie swoim szumem.

Zapominano już o tych dniach, kiedy runęło wszystko, ale ból przetrwał: w nienazwanym niepokoju, który niezmiennie wypełniał powietrze i jak toksyczny gaz zatruwał umysły mieszkańców Warszawy.

W niedzielę mało kto imprezuje, bo wszyscy od poniedziałku muszą być w pracy. Na całego bawią się jedynie ci, których nic nie czeka, lub ewentualnie ci niezmordowani, którzy poprawiają to, co zaczęło się w piątek i trwało w sobotę, ale już ze znacznie mniejszą intensywnością. No i okoliczni mieszkańcy, stali klienci, cisi alkoholicy, których życie upływało na zmianę na nudnej pracy i na przesiadywaniu w lokalach z alkoholem.

Takie też było towarzystwo znajdujące się tego dnia w "Nadziei". Wybrzmiewał jeszcze dogorywający ambient. Zniszczony DJ pakował sprzęt.

Banda studentów: pryszczaty, wysoki w okularach i niski, chudy jak szprotka poili piwem dwie nieładne studentki. Dalej cztery samotne matki smętnie popijając piwo, udawały, że świetnie się bawią, a wokół pałętały się ich dzieci. Była grupa znajomych, którzy mimo weekendu wyglądali jakby dopiero udało im się wydostać z biura. Aspirujący. Kobiety z kopiami drogich torebek, mężczyźni w za ciasnych spodniach. Wszyscy z podobnymi wadami postawy utrwalonymi przez mordercze godziny pracy przy komputerze. Wreszcie na betonowych schodkach siedzieli raperzy. A właściwie jeden dość znany w połowie lat dziewięćdziesiątych raper, teraz czterdziestoparoletni, ubrany krzykliwie, w wełnianej niebieskiej czapce mimo jednak ciągle letniej pogody. Poza tym w grupie siedziało kilku nieciekawych wymoczków - raperskich wannabe - i młode wytatuowane dziewczyny w szortach z psami.

Raper to był typ ekstrawertyka. Przemieszczał się po całym placyku "Nadziei". To bawił się z psem, to całował z jedną z lasek w szortach, coś zarapował, pożyczył od dziecka deskorolkę, zrobił kickflipa, którego pamiętał z dawnych lat, albo chował się za górką, żeby przypalić jointa.

Była para na randce. Duża, młoda blondyna i napalony, starszy od niej ze dwa razy, gość, który myślał, że nikt nie widzi, i próbował wsadzić blondynie rękę w majtki. I paczka z osiedla - dwóch lumpowatych typów i dwie lumpowate typiary w nieokreślonym wieku, jak to z cichymi alkoholikami bywa.

Wszyscy, może z wyjątkiem zwierząt i dzieci, zastanawiali się, co się teraz stanie. Dziewczyna przy barze podniosła się, co było dość widowiskowe, biorąc pod uwagę to, że była zalana, na nogach miała sandałki z dwóch paseczków na kilkunastocentymetrowych obcasach, a grunt był nierówny. Teraz siły na widowni rozłożyły się pół na pół: część wyglądała upadku, część z fascynacją śledziła piękno pijaństwa tego stworzenia, które nadal trzymało się prosto, władczo i zupełnie nie zdawało sobie sprawy ze swojego stanu.

Przestrzeń między "Nadzieją" a schodkami stała się sceną. Księżyc jak wielki reflektor oświetlał tylko ją i okrąg wokół niej. Ona jednak niezrażona patrzyła gdzieś w dal. Zdawała się zupełnie nie zauważać widowni. Zachwiała się na szpilce, ścisnęła w obu dłoniach czarną torebeczkę Chanel - jakby miała jej pomóc pozostać w pionie - obróciła się tanecznie i wróciła do baru, skąd dobiegł głos barmana. Można było z niego wychwycić nutkę satysfakcji, że oto on poucza tę kobietę.

- Nie mogę. Jest pani pijana. Proszę iść do domu - powiedział.

Jeden z "osiedlowych" pojawił się przy barze. Miał sfilcowaną brodę, przybrudzone koraliki z Bali na nadgarstkach. Taki, co to tak naprawdę był na saksach, pracował w fabryce placków do burrito w czasach dobrego kursu funta, z czego do dziś dobrze żył i grał króla miasta.

- Zamówić ci drinka? - wybełkotał i zuchwale otaksował wzrokiem dziewczynę.

- To samo - wypowiedziała władczym, zupełnie trzeźwym głosem, a jej towarzysz kiwnął na barmana, który wzruszył ramionami, i postawił przed nim kieliszki wódki. Jeden kieliszek brodaty przesunął w stronę dziewczyny. Natychmiast go wypiła.

- Jeszcze raz - rzuciła w próżnię, choć zwracała się do brodatego.

Nagle publiczność zmieniła obiekt zainteresowania. Wszyscy usłyszeli głośną muzę. Na pusty parking przy bulwarze wjechał Aston Martin. Była pijana, ale nie na tyle, by nie zorientować się, gdzie wszyscy patrzą. Sama też tam spojrzała.

Drzwi samochodu otworzyły się i wysiadł wysoki facet w nieformalnej czerni, w ciemnych okularach i Birkenstockach. Na jego szlachetnej twarzy malowały się zadowolenie i spokój. Szlachetna twarz - rzadki widok w Warszawie. Wyglądał, jakby przed chwilą sprzedał drogo coś, co wcześniej kupił tanio.

Obszedł samochód, żeby otworzyć drzwi po drugiej stronie. Pojawiła się w nich blondynka w białym sportowym crop topie, krótkich legginsach i trampkach. Poruszała się leniwie, żeby każdy widział ruch mięśni pod gładką skórą. Ile mogła mieć lat? Osiemnaście?

Tłum patrzył, a oni szli za rękę w kierunku hawajskiego baru. Dziewczyna przy barze zerwała się z miejsca.

- To powinnam być ja. To powinnam być ja - szeptała zachrypniętym głosem i kręciła głową, zwracając znowu na siebie uwagę tych, którzy chwilowo o niej zapomnieli. Wzrok wlepiała w idącą parę.

Księżyc niezmiennie oświetlał scenę między schodkami a barem. Facet z Astona Martina widział ją, a ona jego. Była pewna, że przyglądał się jej z zainteresowaniem... Wyprostowała się, żeby przypadkiem jej nie przeoczył. Tak, była pewna tego, po sposobie, w jaki na nią patrzył. Zaraz z nim porozmawia. Blondynka wróci do domu uberem, a oni odjadą razem jego samochodem. Zrobiła kilka kroków i spotkali się dokładnie w kręgu, który oświetlał księżyc. Niestety nie stało się tak, jak myślała.

Chciał ją wyminąć, wtedy z proszącym wyrazem twarzy rzuciła mu się na szyję. A właściwie próbowała, bo odepchnął ją z odrazą, jak opędza się od natrętnego robaka, i ukrył w swoich ramionach przestraszoną blondynkę. Dziewczyna z baru do tej pory trzymała się nieźle, ale właśnie przestała. Jego siła wymierzona w nią, drinkowanie, niebotyczne obcasy i grząski grunt - to wszystko sprzysięgło się przeciwko niej. Zachwiała się i próbowała dramatycznie łapać równowagę. Światła telefonów zdradziły tych, którzy postanowili nagrywać przedstawienie, ale nie było komu jej podtrzymać. Stopa wysunęła jej się z sandałka. Runęła, by po chwili zmienić się w leżącą kupkę czarnego materiału, spod którego wystawały długie jak patyczki białe nogi. Przypominała zgniecionego czarno-białego pająka. Wszyscy się gapili.

Gdy podniosła głowę, w polu widzenia miała opalone nogi w trampkach i jego cholerne klapki. Blondyny nie przeraził jego brutalny gest wobec innej kobiety. Miała na głowie ważniejsze sprawy. Żałośnie koślawo wyginała swoje złote nogi i zaciskała dłoń na czarnej koszuli swojego chłopaka.

- To powinnam być ja, nie ty, oddawaj go - warczała leżąca dziewczyna zaplątana w czarną sukienkę.

- Jaka pojebka - odezwała się blondyna.

- Och, daj jej spokój - odpowiedział facet ze współczuciem, przyglądając się żałosnemu widokowi na ziemi.

Musiała to usłyszeć, bo wyplątała się z sukienki i spojrzała w górę, prosto w jego oczy.

- Tatusiu, chcę już jechać do domu. Będę grzeczna - powiedziała.

- Widzisz, mówiłam ci. Słuchaj mnie czasami - wywarczała blondyna i stanowczo schwyciła oszołomionego chłopaka za rękę, żeby przemieścić się dalej.

Chwilę rozmawiali (można było podsłuchać, jak facet powtarza: "Skarbie, pierwszy raz ją widzę", "Tylko ty się liczysz") i zamiast iść do baru, cofnęli się, odwrócili w kierunku samochodu i, nie zwracając najmniejszej uwagi na biedaczkę próbującą wstać, powoli odjechali.

Dziewczyna robiła wszystko, żeby nie odprowadzać ich wzrokiem. Na pomoc ruszył raper, ale pierwszy był brodaty. Krzyczała, żeby się odczepili. Podniosła się w końcu sama i ruszyła przez pasy w stronę Mokotowa, zostawiając ze sobą bulwar. Gdy przeszła przez ulicę, znalazła się poza zasięgiem latarni. W ciemność za nią podążył brodaty.

- Odpierdol się ode mnie. - Wrzasnęła rozdzierająco.

Spodobało się to echu, które uniosło jej słowa. Nad Czerniakowem jeszcze cztery razy rozległ się głos wściekłości. Na niebie rozbłysnął piorun. Klienci "Nadziei" nie zauważyli tego, bo nie mogli oderwać oczu od mroku. A potem wrócili do swoich rozmów i zajęć, a za chwilę pospiesznie zaczęli uciekać przed deszczem.

SIERPIEŃ2021

Weronika ma 10 999 złotych

Dopiero co zaczynała wychodzić na miasto i już musiała się ośmieszyć. Tyle w siebie wlała, a jak na złość pamiętała wszystko bardzo wyraźnie, jakby miała w głowie wbudowaną kamerę. Słyszała głos tamtej laski. Obrzydzenie z jakim wypowiadała słowa "co za pojebka". Słyszała swój zachrypnięty głos. "Tatusiu, chcę już jechać do domu. Będę grzeczna". Jak mogła być tak żałosna? Już więcej tam nie pójdzie. Ile razy przez ostatni rok wyszła z domu? Trzy? Wiele ją to kosztowało. Podjęcie decyzji o wyjściu z domu, a potem samo wyjście. Jak się tego nie robiło przez rok, to trudno się zmusić. Nawet samotne picie na umór wśród ludzi jest lepsze niż samotne picie w mieszkaniu. Nie wierzyła - kiedy czytała o tym w internecie - że przelotny uśmiech kogoś nieznajomego, rozmowa na nieistotny temat mogą pomóc, a jednak tak właśnie było.

"Tatusiu, chcę już jechać do domu. Będę grzeczna". Taki tekst do obcego faceta.

Naprawdę musiała to gadać? Pogardę na twarzy młodszej od siebie blondynki zapamięta na długo.

Chodzenie do "Nadziei" musiało się źle skończyć. To było miejsce z przeszłości, do której miała nie wracać. "Ich" miejsce. Czasem chodzili na spacery brzegiem Wisły, trzymali się za rękę, kupowali w "Nadziei" wodę i siedzieli na schodkach. Michał często mówił, że nie ma większego paradoksu niż jego przywiązanie do, jak mówił, "ścieku, który dzieli na pół to cmentarzysko", ale i tak spędzili tam wiele romantycznych chwil. Do czasu aż ją wyrzucił.

Jakoś minęły ponad dwa lata, coraz częściej udawało jej się o nim nie myśleć, ale teraz gdy przypominała sobie wyraźnie, jak spędzali czas nad Wisłą, jej serce krwawiło, jakby ktoś włożył nóż w niedawno zrośniętą ranę.

Dopiero się obudziła i na leżąco paliła w łóżku papierosa za papierosem. Niestety miała talent do myślenia i rozpamiętywania. Wracania do wspomnień. Tych dobrych i tych złych. Miała do tego warunki. Była sama w mieszkaniu i nie miała żadnych obowiązków. Patrzyła na poszarzały od papierosowych oparów sufit i wracała do momentu, w którym ją rzucił, a jej życie straciło sens.

***

Przez jakąś chwilę koczowała jeszcze - pijana i na lekach uspokajających - w mieszkaniu na Różanej. Do czasu, gdy otrzymała wiadomość:

M: Mała, wynieś się w ciągu tygodnia.

Na początku łudziła się, że jeśli zwrócił się do niej "mała", to jeszcze da się wszystko odkręcić. Mimo że istniał niezbity dowód na to, jak jest: wyłączył dla niej możliwość śledzenia swojego telefonu. Jakby jednak nadal miała nadzieję, kolejna wiadomość następnego dnia, powinna ją zgasić:

M: Znalazłaś coś?

Ona, Weronika Szara, po niemal sześciu latach życia księżniczki ma tułać się nie wiadomo gdzie? Właśnie tak. Wolała jak najszybciej z tym skończyć, niż znowu słuchać jego upokarzających pytań o poszukiwania schronienia. Tym samym pogrzebał jej ostatnie nadzieje, że po rozstaniu będzie miała gdzie mieszkać. Skurwysyn.

Wzięła Xanax, zadzwoniła do agencji nieruchomości i poprosiła o wizytę, bo z wycieńczenia nie miała siły chodzić. Do tej pory pamiętała wstyd, jaki towarzyszył jej podczas tamtego spotkania.

Przyjmowała agentkę ubrana w dres w kolorze zastygłej krwi i w dużych okularach przeciwsłonecznych ukrywających siniaka na twarzy. Agentka początkowo myślała, że ma do czynienia "z kimś", ale szybko zrozumiała, o co chodzi z Weroniką Szarą. Pytania zadawała profesjonalnym tonem.

- Czego pani potrzebuje?

- Kawalerki.

- Jaki jest pani budżet?

- Dwa tysiące złotych.

Agentka w ułamku sekundy zmieniła do niej stosunek z udawanego wiernopoddańczego na półjawnie pogardliwy - pogardą, którą wielu ma w zwyczaju obdarzać zdesperowanych ludzi. Ludzi, którzy są nikim.

Zwykle to ją, agentkę nieruchomości, traktowano w ten sposób. Teraz mogła przenieść swój ból. Z możliwości skorzystała.

Pewnie nawet ta kobieta ma więcej niż ja: jakiegoś męża i stabilne życie, myślała załamana Weronika.

Spuściła rzęsy za ciemnymi okularami, żeby nie widzieć w oczach kobiety mieszaniny triumfu i dezaprobaty słabo maskowanej przez wyuczony profesjonalizm. I zdała sobie sprawę z jednej bardzo smutnej rzeczy, że bez opieki Michała ludzie tak właśnie będą na nią patrzeć. Już wcześniej trochę to przeczuwała. Dlatego przed wizytą agentki powiedziała gosposi, żeby wcześniej wyszła. Nie potrzebowała świadków swojego upadku, a i tak nie wiedziała, jak miałaby się z nią pożegnać. Od tej pory miało już nie być pytań: "Co panienka życzy sobie na kolację?", "Jak się panienka dzisiaj czuje?". Zabraknie doradzania, spędzania razem czasu i picia herbatki, bo tak najbardziej lubiła spędzać czas ze swoją służącą.

Weronika chciałaby po prostu kupić mieszkanie. Może gdyby sprzedała kilka rzeczy? Ale nigdy niczego nie sprzedawała i nie wiedziała, jak to się robi. Nie miała czasu. Ile kosztuje mieszkanie?, zastanawiała się przed wizytą agentki. W jej okolicy dwudziestometrowa kawalerka to był wydatek rzędu pół miliona złotych, sprawdziła na Otodom. Nie miała takiej gotówki, a kredytu nie dostanie.

- Czyli szukamy czegoś na wynajem - mruknęła agentka, a Weronice zawirowało od tego w głowie.

Słowo "wynajem" było jak policzek. Nie miała nawet domu. Wygodnie było jej wierzyć, że to mieszkanie jest jej domem i będzie tak zawsze.

- Potrzebuję tego szybko. - Uznała za stosowne nieśmiało wspomnieć, jeśli już i tak nie mogła tego ukryć. Nie będzie się przejmowała. Konkretnie załatwi sprawę.

- Jak szybko? - zapytała agentka zaciekawiona.

- Najlepiej dzisiaj - odpowiedziała nieśmiało zażenowana faktem, że tak jej się spieszy. Ani okulary, ani siniak nie zdołały zasłonić rumieńca, który nagle pojawił się na jej białej skórze.

- Mam tylko to - powiedziała niemal współczująco agentka. - Dwadzieścia pięć metrów i nie ma balkonu. Koszt - tysiąc dziewięćset, czynsz - czterysta pięćdziesiąt w tym zaliczki na wodę, prąd i gaz. Na jedną osobę, która poprzednio tam mieszkała, przychodziły zwroty. Prowizja dla agencji płatna z góry. - Spojrzała wymownie na Weronikę.

- Okej - powiedziała Weronika, ciężko wzdychając i ledwo zerkając z obrzydzeniem na zdjęcie, które na tablecie pokazywała jej agentka.

- Możemy je obejrzeć - powiedziała agentka.

Ton zmieniła na autentycznie już współczujący, gdy wyczuła, że z Weroniką dzieje się coś niedobrego. W taki sposób można mówić do dziecięcego uchodźcy, któremu oferuje się tylko jeden obiad ze świadomością, że jutro trzeba się go będzie i tak pozbyć. Chwilowy przebłysk życzliwości, żeby uspokoić własne sumienie, że nie jest się potworem.

- Nie trzeba - odrzekła Weronika, dla której agentka nagle stała się matką.

Każdy, kto był stabilny emocjonalnie i dałby jej choć cień uczucia, mógłby być wtedy jej matką.

Nie wytrzymałaby podróży do nowego mieszkania z nią. Bałaby się, że puszczą jej nerwy i zachowa się żenująco. Zacznie się przytulać i opowiadać o Michale. O tym, jak bardzo go kocha.

Nie było na co czekać. Podpisały umowę, zapłaciła prowizję i umówiły się na miejscu na przekazanie kluczy. Później udawała, że nie widzi wścibskich spojrzeń pracowników firmy przeprowadzkowej, którzy wnosili na czwarte piętro walizki Rimowa, pudła i czarne worki na śmieci wypchane jej rzeczami. Tak w ciągu doby Weronika Szara opuściła osiemdziesięciometrowe mieszkanie na ulicy Różanej, by przenieść się do kawalerki bez balkonu i bez windy. Położonego jedynie kilka ulic dalej. Jakby złośliwym zrządzeniem losu na ulicy Szarotki.

Pierwszego dnia leżała w ubraniu na noszącym ślady użytkowania, ale śmierdzącym chemią i zafoliowanym (przynajmniej dowód, że był odkażony) materacu, bez pościeli, przykryta puchowym płaszczem, z głową złożoną na ręczniku i rozmyślała, czy jeżeli wyskoczy z okna z czwartego piętra, to na pewno umrze. Zamykała oczy, ale na cholernej ulicy Szarotki bez przerwy rozbrzmiewały odgłosy karetek dochodzące z położonego tuż obok Szpitala Świętej Elżbiety. Myślała o mieszkaniu na Różanej, o zapachu i ciele Michała, tak jak zapamiętała je w dobrych czasach, a po policzkach leciały jej łzy. Utraciła nie tylko mieszkanie, ale i dom. Swój pierwszy i jedyny dom.

Dobrze pamiętała, jak to było. Długo była silna. Psychiatra przepisał jej Medikinet, substytut sił życiowych. Po kolei odhaczała po prostu rzeczy z listy w telefonie. I tak przez następne dni udało jej się zrobić zakupy: alkohol, papier toaletowy, pościel, płyny czyszczące. Gdy mieszkała na Różanej - robiła to za nią służąca. Szło jej mimo to nieźle do czasu, aż pojechała do Media Marktu. Sprzedawca robił zdziwioną minę, kiedy spod okularów Weroniki jedna po drugiej ściekały łzy. Nie rozumiał, dlaczego ktoś miałby płakać, kupując głośnik Marshalla i odkurzacz. Może dlatego, że w jej dawnym mieszkaniu głośniki były niewidocznymi płytami w suficie, a eleganccy ludzie nie stawiają sobie wielkich pudeł? Ona musiała to pudło postawić na środku i tak małego, zagraconego mieszkania. Odkurzacz za to uświadamiał, że będzie odtąd znowu sama sprzątać jak miliony ludzi. Tak bardzo już się od tego odzwyczaiła! Miała przez prawie sześć lat wszystko czyste i na swoim miejscu, zupełnie bez wysiłku. Gorsze było tylko to, że do tego mieszkania i tak wstyd było kogokolwiek zaprosić. Nie żeby miała kogo. Ten szczegół zakłócał jednak jej spokój i odbierał sens każdej pozytywnej myśli, jeśli jakaś w ogóle przychodziła jej jeszcze do głowy. Uświadamiał, jak nisko upadła.

Cieszyła się, że chociaż ma samochód. Czuła za to wdzięczność wobec Michała. Raz o mało nie spowodowała wypadku na Puławskiej, bo przez oczy pełne łez nie zauważyła, kiedy wjechała w tył samochodu dostawczego. Wściekły kierowca chciał ją wyciągnąć z auta i rozmawiać. Już wysiadała, kiedy światło się zmieniło. Zablokowała więc drzwi, dodała gazu i wyminęła dostawczaka. Żałowała, że nie dała mu pieniędzy, ale nie miała siły na rozmowy. Dość już miała spojrzeń agentki i pracowników firmy przeprowadzkowej.

W mieszkaniu z kolei udało jej się częściowo porozpakowywać rzeczy. Odkurzyć. Założyć pościel. Wymyć podłogę i szafki. Rozpakować nieszczęsny głośnik. Jak zrobiła to wszystko, popijała Xanax alkoholem. Podobno to zabija... Nie bała się tego. Śmierć mogła być wybawieniem. Tymczasem mieszanka pomagała jej się wyluzować, a kiedy było coś do zrobienia, łykała Medikinet. Tylko dzięki temu przeżyła to wszystko i przynajmniej poukładała rzeczy. Jakoś organizowała swoje nowe życie.

Ponieważ Weronika była istotą działającą metodycznie, usiadła wtedy, ponad dwa lata temu, przy stole. Otworzyła laptop i zaczęła liczyć. Na koncie w banku miała dokładnie sto dziewięć tysięcy złotych. Plus dwa (dokładnie tysiąc osiemset) w gotówce. Dalej - samochód. MINI Cooper o wartości około stu tysięcy złotych.

To było wszystko, co miała. I przerażało ją, jako niewiele tego jest. Jedyne, co trzymało ją przy życiu, to stare prezenty. Kolekcja ubrań Weroniki była trudna do wycenienia. Wszystko zależało od tego, ile ktoś byłby skłonny zapłacić za jej poszczególne elementy. Były w niej rzeczy od najlepszych projektantów, vintage i haute couture. Wiele zupełnie nowych, wcześniej nawet nieprzymierzonych.

Nie liczyła nigdy sukienek, bluzek, spodni, marynarek. Nie wiedziała, ile ma ich dokładnie. Samych butów miała ponad sto par - z czego trzydzieści to były jej ukochane Louboutiny, które ubóstwiała i nosiła do wszystkiego. Kilkanaście torebek Chanel i Saint Laurenta. Kilka od Diora. Duża liczba torebek, wcale niemniejszej wartości, nieznanych lub niszowych marek. Wreszcie, Weronika była właścicielką dwóch torebek Hermes Kelly: koniakowej - pod kolor włosów - i czarnej. Od momentu, gdy je kupiła, były jej ulubionymi.

Ale kolekcja ubrań i dodatków w żaden sposób nie mogła równać się wartością z kolekcją biżuterii. Musiała przyznać, że Michał nie dawał jej byle czego. Miała diamenty i perły pod wieloma postaciami. Odpowiednie pierścionki na co dzień i pierścionki koktajlowe. Komplet: diamentowe kolczyki i pierścionek Rahaminova. Sznur pereł, wiszące kolczyki z szafirami. To od Michała dowiedziała się, że jedną z zasad dobrych manier jest ta mówiąca, że w dzień należy nosić perły, a diamenty dopiero, gdy zapada zmierzch.

- Ale po co masz tego przestrzegać, kochanie? - pytał.

- I tak nie zamierzałam. Po co mi w ogóle te perły, kiedy mam diamenty? - odpowiadała i całowała go.

Najczęściej chodzili na nieformalne ostre imprezy. Na takie okazje nosiła gorsetowe sukienki, a do nich całkiem często chokery w stylu Kim Kardashian. Nie była snobką, jeśli coś jej się podobało, nie obchodziła ją cena. Miała mnóstwo biżuterii vintage, drogiej i taniej. Tej ostatniej jednak zdecydowanie najmniej. Zwieńczeniem jej kolekcji był naszyjnik Bulgari: wąż kąsający własny ogon. Ile on kosztował? Dwieście tysięcy euro? Nie wiedziała, ile był dokładnie wart. Jedno było pewne: dużo.

No i zegarek Van Cleef&Arpels z zakochaną parą na Pont des Amoureux . Sprawdziła w internecie. Za nowy trzeba było zapłacić prawie sto pięćdziesiąt tysięcy euro!

Tak więc oszczędności plus wartość rzeczy robiły z niej milionerkę. W końcu się uśmiechnęła. Grunt to nie tracić dobrego humoru, to była żałosna myśl, wiedziała to.

Ani dobry humor, ani błyskotki, ani szmatki nie są nic warte, kiedy pieniędzy nie przybywa. Mimo to, gdy wszystko policzyła, trochę odetchnęła - jednak nie był takim całkowitym sknerą i skurwysynem. Nie żałował jej zabawek. Najmniej optymistyczny scenariusz zakładał, że sama kolekcja biżuterii to lekko licząc półtora miliona złotych. Szczególnie zegarek i wąż pozwalały Weronice odczuwać pewien spokój. Ale przecież nie było o czym rozmawiać - nie oddałaby ich za nic. Zegarek miał odliczać szczęśliwe chwile w jej życiu. Wąż zjadający własny ogon - starożytny Uroboros - był symbolem odradzania się jako następstwa wiecznej destrukcji. Oba te przedmioty były symbolem ich wyjątkowej miłości. Wiedziała, że nie może ich sprzedać nigdy.

Już bardziej spokojna oddała się alkoholowo-lekowej destrukcji i wydzwanianiu do Michała, a kiedy ją zablokował, były już tylko rozpaczliwe nagrania na pocztę i wiadomości wysyłane na wszelkie możliwe komunikatory. Było chodzenie do kiosku po karty z nowymi numerami, żeby znowu do niego wydzwaniać i znowu dać się blokować.

***

Weronice przybywało smutku, przez co jeszcze głębiej zapadała się w łóżku przy użyciu szokujących ilości alkoholu i dawek leków. Rozmyślała o przeszłości, o fatalnym incydencie nad Wisłą i trwała w śmierdzącej pościeli. Dopiero dotarło do niej, jak śmierdzi w mieszkaniu. Zrozumiała, że wilgotnym papierosowym zapachem jest tu nasiąknięte wszystko, łącznie z nią. Zmieni to. Zmieni. Tylko jeszcze nie teraz. Ma jeszcze czas. Zapaliła kolejnego papierosa i zamknęła oczy. Jak mogła być tak głupia, żeby się rzucać na szyję facetowi znad Wisły? I po co? Od Michała dzieliły go lata świetlne.

Przytrzymała papierosa w ustach i odszukała telefon. Zbity ekran wszystko psuł. Fotografia nie była wyraźna. Jego twarz: uniesione łagodne i jednocześnie gniewne brwi, widoczne - ale nie za bardzo - kości smukłej twarzy, zacięte usta i te falujące włosy, które zawsze mu się układały, a najlepiej jak po wyjściu z morza ona układała mu je palcami. Jak książę z zamku Bestii : ten, w którego Bestia się przemienia pod koniec filmu. Jak synonim klasy, elegancji... Jego silne ciało, które dawało jej głupie poczucie bezpieczeństwa, a w nocy było jej poduszką... No i co, że tyle razy miała siniaki i leciała krew. Warto... Tak, było warto. Sama siebie przyłapała na uśmiechaniu do swoich myśli. Minęło tyle czasu i tyle krzywd jej wyrządził, a nadal leciała do niego jak ćma do ognia. Ale nawet jak ćma nie mogła się spalić, bo odgrodził ją od siebie.

- Dość, głupia suko - wyrzuciła z siebie z wściekłością. - To nie wróci. Rozumiesz? Nie wróci! Koniec z sentymentalnymi bzdurami - powiedziała zdecydowanie, choć dobrze wiedziała, że mówiła tak już wiele razy. Poprzysięgła sobie, że następnym razem przy takich myślach walnie się w twarz albo głową w ścianę. Przyszedł najwyższy czas na to, żeby wyjebać do kosza stare życie. Cały czas uparcie jej przeszkadzało, a przecież miała się odrodzić.

Dokończyła papierosa i zgasiła go na talerzu do zupy najeżonym petami, cały wysiłek włożyła w oczyszczenie głowy z myśli. Wstała, co nie było rzeczą łatwą, bo wszędzie walały się rzeczy i właściwie nie było widać podłogi. Dowlekła się jednak do łazienki, która skądinąd nie była daleko, co przypominało jej boleśnie, jaki jest metraż jej mieszkania.

Mieszkała w dziupli, taniej jaskini, przechowalni ludzi upadłych - tak o sobie myślała. Na 25 metrach kwadratowych upokorzenia.

W łazience Weronika najpierw spojrzała w lustro. Na niezdrowej skórze dostrzegła rozmazane resztki wczorajszego pudru. Jeden łuk rzęs odpadł, drugi ledwo się trzymał i skręcał w stronę brwi. Nie była zdziwiona tym widokiem... Przecież gdy dowlekła się do mieszkania, padła na łóżko jak zabita.

Postanowiła, że pozostałych oględzin dokona po prysznicu. Oderwała sztuczne rzęsy i z obrzydzeniem cisnęła je do umywalki. Zdjęła przez głowę cuchnącą papierosami sukienkę. Pozbyła się niewygodnych majtek i stanika. Weszła pod prysznic. Poczuła ulgę, gdy woda zmywała z niej pozostałości po poprzednim wieczorze, i złość, kiedy zobaczyła, że nie ma już prawie żelu pod prysznic. Na Różanej jeśli miała na to ochotę wrzucała do wanny i dziesięć kulek Lush.

Nie będzie już więcej myślała ani o tamtych czasach, ani o Michale - takie przecież było jej postanowienie.

Kiedy wyszła spod prysznica i wytarła się, stanęła nago przed lustrem. Wkrótce skończy dwadzieścia osiem lat. Widok, który miała przed oczami, sprawił, że jej usta same wygięły się w podkówkę. Lustrowała siebie, zaczynając od góry. Gdyby miała przekreślać to, co jej się nie podobało, jak to robią w programach o metamorfozach kobiet, przekreślałaby wszystko po kolei.

Twarz: na środku czoła był pryszcz, jeszcze nie czerwony, ale już boląca górka.

Przekrwione oczy: wydawały się ginąć w odmętach opuchlizny, jakby ktoś wziął pompkę do roweru i wpuścił powietrze w skórę pod nimi. To nie były delikatne cienie, tylko nalane, wypukłe pontony. Czasem przykładała do oczu lód, wtedy pontony robiły się czerwone i płaskie, i... jeszcze bardziej makabryczne.

Cera daleka od ideału: za dużo było na raz widocznych porów i niezagojonych zmian.

Nad górną wargą pojawiły się wstrętne włoski.

Dalej.

Szyja: podrapana paznokciami.

Dekolt: z bliska można było dostrzec na nim cienką pionową zmarszczkę.

Ramiona i przedramiona: podrapane jak szyja.

Piersi: duże i nie takie jak kiedyś, tylko - tak jak wskazywała zmarszczka na dekolcie - zamiast być dumnie wypięte, szły w kierunku smętnego zwisania pod przygarbionymi plecami.

Nadal była szczupła. Skąd w takim razie na jej brzuchu pojawił się tłuszcz? Między nogami: wszystko było zarośnięte.

Uda: traciły jędrność. Miejsce mięśni - z których była kiedyś taka dumna - zajęły lekko przebijające się przez skórę kwadraciki tłuszczu.

Nogi: całe w krostach i zadrapaniach, takich samych jak na przedramionach, dekolcie i szyi.

Jedyne, co wyglądało normalnie, to pupa i stopy z czarnymi obwódkami brudu pod paznokciami. I włosy ufarbowane na czarno, krótkie i nadające jej całej sens. Ale reszta? To niedopuszczalne, niedopuszczalne!, krzyczała na siebie w myślach. Nie hamowała nawet łez i patrzyła na swoje dziwne dłonie: wysuszone, łuszczące się, kościste.

Pamiętała, jak wyglądała dwa lata temu. Była pięknością, była nieskazitelna, delikatna... Była w tym momencie, kiedy kobieta ma jeszcze cechy dziecka, miała idealną skórę, błyszczące i duże oczy ... Ufnym, pełnym uśmiechu spojrzeniem obdarowywała cały świat... Miała dłonie dziecka... A Michał mówił, że...

Michał, Michał. Miałaś o nim nie myśleć, debilko!, warczała w myślach. Wiedziała, że wspominanie i pogrążanie się w tęsknocie za utraconym życiem nie pomogą jej wydostać się z bagna.

Pospiesznie, już nie patrząc na odbicie w lustrze, psiknęła się dezodorantem. Nie zawracała sobie głowy bielizną, tylko wciągnęła białe, nieco przybrudzone onesie z uszami kota. Twarz wysmarowała podkładem, następnie korektorem. Przypudrowała wszystko i pociągnęła usta czerwonym błyszczykiem, a rzęsy tuszem. Była nadal cała zapuchnięta, więc cofnęła się o krok od lustra. Teraz nic nie widać, pomyślała. I miała rację. Na twarzy było teraz kilka grudek, ale widzialnych tylko z bliska. Poczuła się znowu piękna.

Przez ostatnie dwa lata nie tylko prawie się nie myła, ale i nie malowała. Ten dzień był jednak inny - to miał być początek jej nowego życia. Musiała się poczuć silna, jeśli miała stanąć na nogi. Jeśli nie powstanę teraz, nie znajdę sensu, to umrę, powtarzała w myślach. Kto jak kto, ale ona wiedziała to przecież najlepiej. Minęły dwa lata, które spędziła w mieszkaniu na Szarotki, niemal nie wstając z łóżka.

Zgasiła światło w łazience. Powlokła się do kuchni. "Kuchnia" - to było za dużo powiedziane. To był aneks kuchenny zaraz obok drzwi wejściowych. Teoretycznie na tak małej przestrzeni mieści się wszystko, co niezbędne: zlew, gaz, lodówka, białe, proste szafki z Ikei, piekarnik, z czego i tak nie korzystała, a jednak Weronika odczuwała ból związany z wyglądem tego miejsca.

Ból wywoływał w niej zresztą wygląd wszystkich części mieszkania. Przecież nie tak dawno miała idealny dom! Czuła się tutaj dobrze tylko wtedy, gdy zakopywała się w łóżku i zapadała w bliżej nieokreśloną szaroburą i nijaką - za to wolną od bólu - przestrzeń, którą rozświetlała sobie znanymi sposobami. Za co płaciła cenę w postaci migreny i opuchlizny następnego dnia, a zawód z tym związany topiła, dobijając do dna kolejnej butelki. Weronika dobrze wiedziała, skąd się bierze obrzęk na jej twarzy i to, że przez te dwa lata niewychodzenia z łóżka postarzała się o dekadę.

Otworzyła lodówkę, która była jedynym niezagraconym punktem w tym mieszkaniu. Stało w niej piwo miodowe, Monster i spleśniały kawałek białego sera. W drzwi lodówki włożone były dwie półlitrowe butelki wódki (pomyśleć, że dwa lata temu upijała się lampką szampana) i butelka mleka czekoladowego (dodawała je do pierwszych drinków, bo później, gdy było już jej wszystko jedno, wódka nie wymagała rozcieńczania).

Weronika zawahała się, czy sięgnąć po piwo, czy po Monstera. Ostatecznie wybrała Monstera i ciężko usiadła na plastikowym krześle przy białym stole. Utopiła wzrok w zasłoniętym białą roletą (jedynym w tym mieszkaniu) oknie, przez które próbowało przedzierać się światło. Spojrzała na barłóg, który przedstawiał sobą pokoik. Szpital psychiatryczny, pomyślała o ponurym obrazku i postanowiła, że musi tego dnia przynajmniej uprać pościel.

Wzięła łyk Monstera, którym popiła tabletkę Medikinetu. Cała się trzęsła - to dawała o sobie znać wczorajsza wódka. Muszę to posprzątać, posprzątać ten chlew, posprzątać całe swoje życie, pomyślała i po raz kolejny utonęła w gorzkich wspomnieniach.

***

To było dziewięć lat temu. Mieszkała wtedy z dwiema współlokatorkami w kamienicy przy alei 3 Maja na Powiślu. Jednostajny szum Wybrzeża Kościuszkowskiego zakłócał tramwaj przejeżdżający po moście. Jej pokój, umiejscowiony pomiędzy pokojami współlokatorek, przypominał maleńką klatkę. To wszystko było bez żadnego sensu. Stale podsłuchiwana. Stale pod obserwacją. Przyjechała ze Żwirowic do Warszawy, żeby w końcu być wolna, a w mieszkaniu bała się poruszyć. Wystarczyło, że układała rzeczy, a po chwili dostawała SMS-a: możesz być ciszej? "Ale z ciebie syfiara" - słyszała, kiedy tylko od razu nie umyła patelni, bo chciała zjeść obiad zanim wystygnie i nawet kiedy nic się nie działo stale czuła na plecach czyjś oddech.

Zamykała się w swoim ośmiometrowym pokoiku. Trwała zawieszona w wyczekiwaniu, aż zostanie w końcu w mieszkaniu sama i będzie mogła wyjść z pokoju ugotować torebkę ryżu albo wejść do łazienki bez strachu, że ktoś zaraz zacznie pukać i drzeć się: "wyłaź stamtąd".

Tamtej nocy siedziała skulona na łóżku we wnęce, która powstała między szafą a ścianą, zajęta udawaniem, że jej nie ma. Chciała słuchać muzyki, ale nie mogła. Przeszkadzało jej to wielkie miasto. Mijał jej miesiąc w Warszawie, a nie była bliżej zrozumienia jej nawet o milimetr. Oszołomiona nasłuchiwała więc jej dźwięków i dobiegających zza ściany głosów współlokatorek. Przechwalały się, dokąd się wyprowadzą, jacy będą ich mężowie, a jacy mężczyźni nie mają u nich w ogóle szans. Wszystko działo się w pokoju nauczycielki włoskiego, starszej z nich. Jest już po czterdziestce, wygadała Weronice druga współlokatorka - zgarbiona tancerka go-go i studentka drugiego roku filozofii.

Mąż i wyprowadzka - to były stałe tematy tamtych dwóch. Lubiły też rozmawiać o osobach, które uważały za ciekawe. Jedna o dzieciach, które uczyła włoskiego, i ich rodzicach, druga o kolegach i wykładowcach z uczelni. Zawsze chodziło o ludzi z innego świata. Wesołego świata. I to świata, którego nie były częścią, a być chciały. Raz na jakiś czas piły droższe wino, jakie ich zdaniem ludzie z innego świata mogliby wybrać, jakby miało ono im pomóc przywołać marzenia.

Nauczycielka lubiła opowiadać o swoim dawnym życiu ekspatki. Rozpromieniała się, gdy wspominała o nieznośnych Włochach. Czasem tylko do wypowiadanych zdań wkradało jej się niechciane słowo, np. "zmywak" lub "na kuchni". Wtedy automatycznie chowała zniszczone ręce w kieszeniach. Uśmiech znikał, a ona milkła. Weronika widziała na własne oczy, jeszcze zanim przestały z nią gadać.

Godzinami rozmawiały też o swoich zdobyczach. North Face, Ray-Ban, Yeezy, Apple. Raz na jakiś czas mogły sobie pozwolić nawet na coś takiego. A rzeczy traktowały jak amulety chroniące przed szarą codziennością. Mogły dzięki nim poczuć się lepiej. Wtopić się w tłum. Nie być tak bardzo obce. Obie były bezdomne - podobnie jak Weronika - niepogodzone i żałość tę próbowały maskować. Domyślała się, że nie przyznają się do tego, jaki los je spotkał. Ona przynajmniej nie udawała. Jeszcze. Weronika - siedząc w maleńkim pokoiku - wyczuwała ich dygot. Łagodniał w miarę jak wypijały kilka lampek wina i wygadywały się sobie nawzajem. Choć na chwilę mogły ochłonąć, dzięki poczuciu, że oto nie są na tym świecie zupełnie same.

Czy skończę jak tancerka - bo skończy mi się kasa? Czy zestarzeję się i przeobrażę w kobietę, która żyje z dawania korepetycji po osiemdziesiąt złotych za godzinę i stać ją tylko na to, żeby w średnim wieku mieszkać ze współlokatorkami?, zastanawiała się wtedy Weronika.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

CZERWIEC 2019

Raz, dwa, trzy,

Louboutiny.

Cztery, pięć, sześć,

gorset tak ciasno, że nie można znieść.

Siedem, osiem, dziewięć,

paznokci lśniących dziesięć.

W głośnikach muzyka gra.

Burza włosów,

lekki rausz, Agent Provocateur.

Weronika Szara - to ja!

Weronika ostatni raz otaksowała swoje odbicie w lustrze i z uznaniem podniosła brew, a potem wydęła usta. Były pomalowane matową szminką nude, bo Weronika stawiała na elegancję i umiar. Gdy ma się włosy w kolorze truskawkowego blondu, to o godzinie jeszcze nie takiej późnej (po siedemnastej) najlepiej pomalować usta delikatnym kolorem. Szczególnie że już i tak cały jej negliż był czerwony: biustonosz, pas do pończoch, gorset, majteczki, pończochy, a nawet matowe szpilki z okrągłymi noskami. Kontrast z białą skórą. Smukła dłoń Weroniki zakończona ostrymi pazurkami sięgnęła po kieliszek szampana Cristal.

Weronika była kobietą elegancką, bo do tego zobowiązywało ją środowisko, z jakim czuła się związana. A ściślej, z towarzystwem Michała Lubickiego - dziedzica, bon vivanta, człowieka stroniącego od brzydoty, dżentelmena nieskalanego złym gustem oraz proletariackim pochodzeniem od co najmniej dwóch pokoleń. Ten cud nad Wisłą... I był jej! Tylko jej!

Michał Lubicki spojrzał na nią ze zdjęcia. Fotografia była ustawiona na honorowym miejscu - to znaczy na półce w centrum salonu, w tym urządzonym ze smakiem mieszkaniu na Starym Mokotowie.

Było to zdjęcie przedstawiające ich na schodach Opery Wiedeńskiej. Weronika w kremowej satynie, cienka w pasie tak, że gotowa się złamać przy lekkim podmuchu wiatru, omdlewała na silne męskie ramię Michała. Była odrobinę wstawiona i wypożyczony diamentowy diadem Cartiera był delikatnie przekrzywiony na nonszalancko, ale perfekcyjnie uczesanym koku (dziele prywatnego fryzjera, którego wspaniałomyślnie, razem z makijażystką, dla Weroniki do Wiednia zabrał Michał). Ona szczerzyła białe kły, a on miał minę tak cudownie zatroskaną, jakby na sercu nie leżało mu nic innego, jak podtrzymać przy życiu, a przynajmniej w pionie, to filigranowe stworzenie o widowiskowych proporcjach.

Przy tym sam robił wrażenie, ubrany w nienaganny smoking. Choć był dobrze zbudowany, nie tracił w takim stroju arystokratycznych cech. Twarz miał elegancką, wręcz wyrafinowaną. Gdyby odciąć ją zamaszystą kreską od reszty ciała, wydawałaby się należeć do człowieka z niedowagą. Policzki po męsku żłobione wklęsłościami, czoło wysokie, usta wąskie. Zacięte jakby. I brwi jasne, niewidoczne prawie, naturalnie zdziwione, ale groźnie napięte. Taka twarz, która sygnalizuje, że dusza stale się z czymś zmaga. Twarz, której właścicielowi wszystko uchodzi na sucho. W tamtym czasie włosy miał jak lew. Dłuższe, poskręcane, lekko rozjaśnione włoskim słońcem. Opadały niedbale.

Weronika była wtedy najpiękniejszą dziewczyną na balu. Wiedziała to. Bez dwóch zdań. Były może takie, które miały więcej klasy, prostsze zęby, droższe sukienki i biżuterię rodową, ale nie było dziewczyny tak wiotkiej i delikatnej, a tego - jak twierdził Michał - szuka każdy, kto zna się na kobietach. Miał rację.

Opędzała się od natrętów.

- Ten thousand euro for one night - szeptali. I: - I will marry you.

Chowała się za Michałem, a on posyłał im litościwe uśmieszki, jeśli trzeba groźne spojrzenia, a jeżeli rozmówca poprzestawał na taktownych komplementach pod adresem Weroniki, obłaskawiał go krótką, uprzejmą pogawędką. Mimo to jaśniała z dumy, gdy dowiadywała się, kto zaproponował Michałowi ménage a trois albo zamianę dziewczyn.

Urokowi Weroniki nie mógł się oprzeć i sam Michał, który po przejażdżce karetą przez całą noc w hotelu niemiłosiernie jej to okazywał, nawet gdy ostatkiem sił szeptała "proszę, nie". Ale to była drobnostka. Pierwiastek. Prawie nic. Ledwo zauważalna niedogodność tonąca w całym oceanie zalet Michała. Co to był za mężczyzna! Wykształcony, wszystko wiedział, wszędzie był, wszystko znał.

Weronika, myśląc o tym, jaką jest szczęściarą, nie mogła oderwać się od swojego odbicia i napatrzeć na swoje piękno. On odkrywał jej piękno. On robił z niej kobietę.

Wzięła łyk szampana. Miała idealne życie. Popatrzyła w szklaną taflę na odbicie wnętrza, w którym mieszkała. Na pozór wszystko było tu skromne. Trzy duże okna i taras z loggią. Marmurowa ściana przechodząca w kominek. Lśniąca posadzka, gdzieś w tle majaczyła rzadko używana beżowa kuchnia, a centralne miejsce zajmował salon z telewizorem. Wszystko takie, że nawet ci, którzy znają się na wnętrzach, nie mogliby niczego zarzucić jej mieszkaniu.

Prawdziwego królestwa Weroniki nie dało się dostrzec w lustrze. Trzeba by ruszyć korytarzem w drugą stronę, minąć nieużywany nigdy gościnny pokój, i wejść do sypialni. Wielkie łoże - zwykle białe - było obleczone w błękitny jedwab, takie samo widziała w "Vogue'u". Błękit dobrze kontrastował z czerwienią bielizny i alabastrem skóry... Reszta pokoju beżowa, okna białe, mała toaletka-biureczko stała pod oknem, a kolejne drzwi prowadziły do garderoby i prywatnej łazienki Weroniki.

Wnętrze wypełniał zapach jej ulubionych perfum robionych na zamówienie w Dubaju.

Zapach mleka mieszał się z duszącym pieprzem i różą.

W tle słyszała muzykę. Będzie dziś czas, żeby pokazać wszystko, pomyślała i ruszyła do pokoju, gdzie znalazła czerwony jedwabny szlafrok. Zaczęła poprawiać makijaż w łazience. Był idealny. Ale zawsze można pomalować kolejny raz usta, wyczesać brew, przejechać włosy szczotką. Kilka łyków szampana jej w tym nie przeszkadzało. Dłoń z eyelinerem sunęła pewnie, jadąc jeszcze raz po doskonałym łuku kociej kreski.

Weronika miała wysokie czoło i trójkątną twarz, która kiedyś była w kształcie serca, ale skorygowała ją za pomocą elektrolizy. Włosy w kolorze młodego dębu, wygięte łuki brwi, usta może trochę zbyt pulchne i oczy lśniące jak czarne szkiełka.

- Tu jesteś, suczko.

Usłyszała za plecami. To był Michał. Tego typu słowa też były nieznacznymi wadami w morzu jego zalet.

- Och... - wyskamlała Weronika.

Widziała go w lustrze. Jego groźną twarz drapieżnika, zniewalającą przez męską słodycz.

Chciała się mu rzucić na szyję. To, co mówił, sprawiało jednak, że nie mogła się ruszyć.

- Twoja dupa stęskniła się za mną. Pokaż jak - rozkazał.

Nienawidziła go takiego. A niestety od dłuższego czasu taki był.

- Masz ochotę na drinka? - wyjęczała, zacinając się z niepewności.

Zgarbiła się, a usta wygięła żałośnie. Jak mały kociak w szmatach, a nie lolita w czerwieni. Fakt, że była bezbronna, zasadniczo nie robił na nim zupełnie wrażenia.

- Teraz mam ochotę na twoją dupę. Już mówiłem. Jak zwykle nie rozumiesz, co się do ciebie mówi. Pokaż mi, bo i tak zaraz w nią wjadę - to było okropne, co mówił.

Weronika jeszcze bardziej zamknęła się w sobie. Zgarbiła się. Nieporadnie zaczęła w miejscu przestępować z nogi na nogę i próbować robić striptiz. Ściągnęła majteczki, zrobiła, co kazał. Cios Michała ogłuszył ją.

Po chwili była już na swoim łóżku brutalnie pieprzona i połykała łzę za łzą. Zasznurowany gorset nie był dobrym strojem do bycia poniewieraną. Wbijał się i miażdżył jej brzuch. Ale nie pisnęła. Nie pisnęła, kiedy kazał jej bawić się wibratorem. Nie pisnęła, kiedy rozpychał jej gardło, dusząc ją. Nie pisnęła, kiedy szarpał i wyzywał. Lubił ją uległą. Kręcił go ten widok. To on decydował.

- Lubisz to - sapał.

Ściskał jej twarz i wpatrywał się w nią martwymi oczami, oczekując odpowiedzi. Jak ona chciałaby, żeby te oczy przestały być takie martwe! Ale ten stan utrzymywał się od dłuższego czasu.

Wyjęczała potwierdzenie, bo nie mogła przecież mówić, gdy ściskał jej usta dłonią.

Chciała przynieść mu ulgę. Pragnęła, by był i żeby był zadowolony.

Kolejny już raz przygwoździł ją do łóżka... I kiedy wreszcie wypuścił z siebie powietrze - odgłos spełnienia - padł zmęczony, a za chwilę zapadł w sen. Kiedy Weronika pomyślała, że nie ma już zagrożenia, wyczołgała się spod niego. Była cała w spermie, pocie i krwawiła między nogami. Obolała spojrzała na siebie w lustrze.

- Tylko kilka siniaków i podbite oko. Nie jest tak źle - powiedziała do siebie.

Weszła pod prysznic, spłukała z siebie wszystko razem ze łzami. Włożyła biały negliż i szybko umalowała się tak, że podbitego oka prawie nie było widać. Poszła do kuchni, napić się wody.

Mogło być znacznie gorzej, myślała. Bo mogło. Kiedyś na imprezie założył się o wynik meczu z koszykarzem NBA. Przegrał. A założyli się o swoje dziewczyny. Nie miała nic przeciwko takim zabawom, regularnie spotykali się z pewnym hiszpańskim biznesmenem i jego dziewczyną Iranką, byli w klubie domin, gdzie zamiast stołów używa się klientów, ale z kolesiem z NBA nie miała dobrej energii. Dobrze, że istnieje kokaina, bo Weronika nie przeżyłaby tego. Inna sprawa, że lał ją już mocniej.

Nalała sobie kolejną lampkę szampana. Obrzydzał ją jego smak. Był kwintesencją życia, jakie prowadziła. Nieznośna lekkość i realna cena, jaką musiała za nią zapłacić. Wcale nie twierdziła, że wszystko jest normalnie... Pieprzony mdły alkohol przynajmniej zagłusza zbędne myśli.

Pójdzie albo zostanie. Jak zostanie, będzie taki przez cały wieczór. Weronika niewidzącym wzrokiem zapatrzyła się na widok za oknem. Takie sytuacje nie robiły już na niej wrażenia.

***

- Faceci już tacy są - podsumowała utrzymanka prezesa koncernu farmaceutycznego, z którą Weronika rozmawiała na przyjęciu w Lozannie z okazji czyichś tam urodzin, po tym, jak Michał pierwszy raz mocno zbił ją w hotelu.

Miała na imię Cappuccina. Spotkała zapłakaną Weronikę w wielkich okularach w hotelowym barze i zaprosiła do swojego pokoju.

- Bądź dyskretna. Nie wszyscy muszą wiedzieć... On musi wiele unieść. Ludzie wszędzie się zagryzają. Nie ma sytuacji bez zagryzania. Jego chcą zagryźć i okraść na każdym spotkaniu. Musi rozładować napięcie. Tu jest nasza rola: mamy pomóc im poczuć się znowu dobrze. Płaczesz z powodu jednego siniaka? Zobacz, ile masz diamentów, pięknych rzeczy, jak wspaniale żyjesz, jaka jesteś piękna. To wszystko dzięki niemu. Mamy dużo więcej niż inne kobiety. Każda chciałaby naszego życia. Wiedzą, że nigdy nie będą go mieć i dlatego nas nienawidzą, bo nie są nami - powiedziała dumna z tego, kim jest.

Weronika zapamiętała ją, bo była dla niej autentycznie miła. Odważyła się więc zapytać, dlaczego została utrzymanką. A kiedy Cappucina snuła swoją opowieść, czesała jej włosy, pokazywała swoje kosmetyki i sukienki. To uspokajająco działało na Weronikę.

Urodziła się w Norylsku na Syberii, zagłębiu wydobywczym metali ciężkich, gdzie w powietrzu unosi się zapach siarki, a skażenie nie pozwala ludziom dożyć pięćdziesiątki. Ojciec Cappuciny nie startował w wyścigu o to, kto zostanie najbardziej długowiecznym mieszkańcem Norylska - zapił się na śmierć w wieku trzydziestu dziewięciu lat.

Kiedy wizytujący członek partii zainteresował się nią, zrobiła wszystko, żeby zwariował na jej punkcie. Z nim wyjechała. Uciekła mu na wakacjach już w Europie. Nigdy tego nie żałowała, a miała wtedy szesnaście lat.

- Mnie nic nie złamie - powiedziała Cappuccina.

W takim razie mnie też nie, od tamtej pory zwykła myśleć Weronika. Tamtego wieczoru Cappuccina dała jej też drugą cenną lekcję: pokazała, jak makijażem zakrywać siniaki na twarzy.

***

Teraz Weronika już przytomniej patrzyła przez okno. Na zewnątrz chodzili mieszkańcy budynku. Patrzyła na mężczyzn. W okolicy mieszkało co najmniej kilku, których znała z widzenia. Wydawali się mili. Czasami mówili sobie "dzień dobry". Zastanawiała się, czy z czasem każdy mężczyzna robi to, co Michał.

- Tu jesteś, moja grzeczna.

W pasie objęła ją twarda ręka. Obróciła się do Michała. Już miała ochotę powiedzieć "boli mnie". Tyle razy to mówiła i tyle razy całował ją i przepraszał, uzdrawiał przytulaniem i miłością. Tłumaczył się, że to przez to, jak na niego działa, że nie może się powstrzymać. Było lepiej, niż gdyby nie był brutalny. To była wyższa forma miłości - tak o tym myślała. Michał jednak tego wieczora wyraźnie nie był w romantycznym nastroju.

- Lubię cię taką sponiewieraną. Wypnij się, to pobawimy się drugi raz - nakazał.

Weronika posłusznie zrobiła, jak chciał.

- Ta twoja buzia kręci mnie, taka niewinna... Jak z azjatyckiego pornosa. - Uwielbiał nakręcać się takim gadaniem.

Przylgnął do jej pleców całym sobą, czuła jego silne ciało. Jedną ręką przyciskał ją do siebie, drugą dotykał piersi, talii, bioder. Obmacywał i oceniał ją jak klacz. Weronika nienawidziła go w tej chwili i z niecierpliwością wyczekiwała, kiedy znowu będzie romantyczny.

- Lubisz, jak boli - szeptał, całując ją po twarzy, ale nie tak, jakby chciała.

Ból? Lubiła. Pod warunkiem, że była to zabawa. Takiego czegoś nie lubiła. A przynajmniej nie teraz. Za dużo było w niej strachu. Robił wszystko za mocno i drapał zarostem.

- Lubię... - skłamała. Z sarnich oczu leciały jej łzy, a on palcami rozmazywał je razem z makijażem.

Czuła, jak w piekącym miejscu gwałci ją. Ten jej Michał... Był coraz gorszy.

- Teraz do buzi - zażądał.

Posłuchała i opadła na kolana, widziała go od dołu, jak z nieprzytomnym wzrokiem wali konia. Kiedy patrzyła na niego z tej perspektywy, fascynował ją. Nawet w tej komicznej pozie, niezaspokojony i nieprzytomnie szukający spełnienia, był po prostu po męsku przystojny. Dłuta mistrzów z Pergamonu mogłyby wyrzeźbić Michała w trakcie walenia konia i byłaby to rzeźba udana. Jak każdy fragment jego ciała.

Weronika miała nadzieję, że porozmawiają, jak skończy. Będą się śmiać, przytulać i żartować. Że - jak kiedyś - zaśnie, całując go, i ukryje się w silnych ramionach przed całym światem.

Wystawiła lśniący język. Chciała już mieć to za sobą. Zmienił zdanie.

- Jeszcze nie, jeszcze od tyłu - powiedział i chwycił ją za włosy.

Weronika czuła ból wszystkich ran, które zrobił jej tego wieczora. Czuła zapach swojej krwi. Rzucił ją na kolana.

- Twoje ulubione - mówił Michał.

I miał rację. Lubiła mu to robić, kiedyś. Teraz czuła wyłącznie ulgę wynikającą ze zbliżającego się końca. Zaspokajała go na kolanach ustami. Połknęła, a reszta ściekała jej po twarzy...

- Dobrze się spisałaś, moja sarenko - powiedział, zakładając spodnie. - Podaj mi wodę - rozkazał i usadowił się na kanapie.

Weronika bez ociągania podeszła do lodówki, nalała wody i wręczyła mu szklankę. Nie robił wstępu. Nie patrząc jej w oczy, cedził słowa.

- Dobra z ciebie suczka, ale wiesz, że czas się pożegnać.

- Aaale...

- Taka była umowa.

- Wiem, ale tak nam było dddobrze...

- Co ty pierdolisz? To była zwykła umowa. - Schwycił jej twarz i zgniótł, ale nie dlatego się rozpłakała.

Weronika nie była w stanie wyksztusić słowa. Łzy i gile ściekały jej po twarzy, co chwilę musiała je połykać. Nie chciała, żeby ją zostawiał. Kochała go.

- Skończ to wycie. Wiesz, że tego nie lubię.

- Nie będę, tylko mnie nie... tylko mnie nie... - Połykała łzy. Było ich tyle, że nie mogła mówić.

- Tylko cię co nie?

- Tylko mnie nie zostawiaj...

- A ile masz już lat?

- Dwadzieścia pięć.

- A nie umawialiśmy się, że to potrwa do twoich dwudziestych piątych urodzin? Kiedy je miałaś, hm?

- W grudniu.

- A jest czerwiec. Wiesz, co to znaczy? - zapytał, a Weronika pokręciła głową. - Że byłem dla ciebie zbyt dobry, bo dałem ci jeszcze sześć miesięcy. Myślisz, że tego nie widziałem? Jak się mizdrzysz i kombinujesz? Ogarnij się. Było, minęło.

- Ale, ale... - Weronika, zawodząc, chwyciła rękę Michała.

- W ogóle daj mi spokój.

- Ale, ale ja nie wiye em, co ze mną będzie! - Weronika zacisnęła pięści na jego dłoni.

- Przez pięć lat mogłaś zaplanować, co zrobisz. Interesują cię torebki, szmaty i rozpierdalanie pieniędzy. Nie moja wina, że masz wióry zamiast mózgu. Mogłaś inaczej do tego podejść. Ale nie martw się, ktoś musi ssać fiuty, więc wierzę, że sobie poradzisz.

- Ale...

Wyszarpnął jej brutalnie swoją dłoń, nie był to gest mocny, ale wystarczył, żeby zdruzgotana Weronika opadła na podłogę.

- Żadnego "ale". Jestem znudzony - powiedział głucho.

- Kochanie - szeptała Weronika, łzy rozmazały makijaż i obnażyły jej poobijaną twarz.

Schwyciła za nogawkę spodni Michała, tak że o mało się nie wywrócił. Zrobiła minę małego kotka. Spojrzał na nią tak, jak zawsze na nią patrzył. Przez chwilę wydawało jej się, że zaraz ją przytuli. Powie, że to był tylko głupi żart. Jego oczy były znowu ukochanymi oczami, a przynajmniej tak jej się wydawało.

- Tępa sarenko! Odpierdol się ode mnie! - krzyknął i ją kopnął.

- Nie zostawiaj...

- Mam cię nie zostawiać? Hm? - zadrwił.

A po chwili usłyszała brzęk klamry rozpinanego paska od spodni. Poczuła na sobie gorący strumień.

- Wiesz, że najbardziej na świecie nie lubię takiego jęczenia. Zmusiłaś mnie do tego. - Zapiął spodnie. - Żegnaj - rzucił.

W eleganckim mieszkaniu na Starym Mokotowie przez chwilę unosiło się echo po trzaśnięciu drzwiami. Gdy ucichło, wypełnił je cichy jednostajny płacz Weroniki. Leżała skulona w kałuży sików. A potem znowu było cicho.