Nekrolog naklejono na drzwiach prowadzących do radia,
więc nawet człowiek tak często przebywający poza
rzeczywistością jak Gwidon Michałowicz musiał go zauważyć.
Może zresztą w innej sytuacji przegapiłby żałobny prostokąt.
Nadchodził około godziny jedenastej od strony przystanku
na wiadukcie Trasy Łazienkowskiej ponad Myśliwiecką.
Jak zwykle zatopiony był w myślach, tym razem szukając
rozwiązania dla swego najnowszego słuchowiska mającego
rozgrywać się na stacji kosmicznej, ale zobaczył Agnieszkę.
Jej złocistych włosów i smukłej figury nie sposób było
przeoczyć. Stała pod drzwiami, wpatrując się w czarne litery.
Wyglądała na wstrząśniętą.
Redaktor Piotr Abramczyk
Pisarz i publicysta
Urodzony 23 marca 1918 roku. Zmarł nagle
11 listopada bieżącego roku.
Pogrzeb odbędzie się 15 listopada na Cmentarzu
Komunalnym, dawniej Wojskowym, na
Powązkach w Warszawie. Początek uroczystości
pożegnania w Domu Przedpogrzebowym
o godzinie jedenastej.
Cześć jego pamięci.
Rodzina i przyjaciele
- Nie wiedziałam, że miał tyle lat. Wydawał się taki
młody... - powiedziała Agnieszka. Zabrzmiało to bardzo
uprzejmie z jej strony. Z perspektywy tej najwyżej
dwudziestoparoletniej radiowej techniczki wybitny literat musiał
wydawać się niemal starcem.
- "Zmarł nagle"... Nie wie pani, co mu się stało?
Jakoś nie wyobrażał sobie Piotra jako ofiary zawału. Pił
mało, nie palił, do pracy przyjeżdżał na rowerze, a w
niedzielę biegał.
- Nie mam pojęcia. Może jakiś wypadek?
- Nie miał samochodu.
- Wypadki zdarzają się również pieszym.
Chętnie porozmawiałby jeszcze chwilę. Samo
przebywanie z Agnieszką dostarczało mu sporo satysfakcji, ale piękna
techniczka wyraźnie się śpieszyła i po wejściu do holu
skręciła w stronę Biura Realizacji Małych Form. Zdążył jeszcze
zobaczyć pięknie wymodelowane łydki i już jej nie było.
Więcej szczegółów o śmierci Abramczyka poznał w
Teatrze Polskiego Radia, sąsiadującym z jego pokojem. Jeszcze
szedł korytarzem pierwszego piętra, kiedy dobiegł go
skrzekliwy głos kierowniczki produkcji.
- Zwariował, stary kretyn! Kompletnie zwariował!
- Dlaczego pani tak uważa, pani Mario? - po głosie
poznał jednego z najbardziej znanych aktorów średniego
pokolenia, Jurka Bargiela.
- Normalni ludzie się nie zabijają.
- Tylko kto jest dzisiaj normalny?
Po pięciu minutach znał wszystkie szczegóły. Zgon
nastąpił dwa dni temu, nocą.
Pisarz, od pewnego czasu mieszkający samotnie, rzucił
się z okna piątego piętra starej kamienicy w oficynie przy
Poznańskiej. W chwili tego desperackiego kroku znajdował się
w mieszkaniu sam. Drzwi były zamknięte od wewnątrz na
łańcuch.
- A skąd pani to wszystko wie? - zapytał.
- Ja bym czegoś nie wiedziała?
Tajemnicą poliszynela było, że mąż kierowniczki produkcji
pracował w Komendzie Stołecznej Milicji Obywatelskiej. Ona
sama w towarzystwie artystów, których codziennie dziesiątki
przewijały się przez jej pokój, nie afiszowała się tym faktem.
- Gwidon, wziąłeś klucz od naszego pokoju?
Do sekretariatu zajrzał Robert Lejman. Nowy nabytek
redakcji, młody zdolny. I już partyjny.
- Właśnie idę!
Dopiero gdy otwierał drzwi do redakcji, dotarło do niego,
co się stało. Słuchacze stracili autora uwielbianych audycji,
radio wieloletniego pracownika, a on swego mentora i
mistrza. - "Cholera jasna!" - zaklął w duchu.
Robert tymczasem nie wydawał się wstrząśnięty
wiadomością dnia. Może jego praktyczny umysł przeliczał już, ile
miejsca zwolni się na antenie. I nie omieszkał opieprzyć
Michałowicza za niewyłączony poprzedniego dnia magnetofon,
staroświecką "kostkę" spełniającą również funkcję
prymitywnej montażówki.
Gwidon, nadal wstrząśnięty, nie mógł patrzeć na jego
zadowoloną mordę, więc wyszedł na korytarz i zajrzał do
studia M2. Spodziewał się zobaczyć tam Agnieszkę, ale oprócz
reżysera zastał jedynie starszawą realizatorkę. Jak co tydzień
nagrywali grupę satyrycznych zgrywusów. Gwidon lubił
czasem przysłuchiwać się tej audycji. Kibicował ich działalności
podgryzania partii i rządu za pieniądze partii i rządu. Dziś
jednak nie było mu do śmiechu. Zdecydowanie.
Jeszcze dwa i pół roku wcześniej nie przypuszczał, że
będzie pracował w radiu.
W ogóle nigdy nie łączył swych aspiracji z tym środkiem
przekazu. Oczywiście od dziecka chciał zostać pisarzem. Ale
pisarstwo - w jego ówczesnym mniemaniu - to były książki,
opowiadania w gazetach, ewentualnie artykuły. A i to
wydawało się poza jego zasięgiem. Po ukończeniu polonistyki
załapał się na posadę belfra do szkoły w Ursusie i same dojazdy do
pracy zabierały mu kawał życia, nie pozostawiając wiele czasu
na pisanie. Choć oczywiście nadal pisał. Przeważnie do
szuflady, licząc, że kiedyś się na nim poznają. Nic nie wskazywało,
by dzień ten kiedykolwiek nadszedł. Już podczas studiów
okazało się, że po pierwsze, nie jest zwierzęciem stadnym, a po
drugie, nie uprawia poezji, co mogłoby pozwolić na
przyłączenie się do jakiejś artystycznej watahy. Tak więc w wieku 26 lat
miał trzy opublikowane opowiadania, kilkanaście aforyzmów
i powieść, przetrzymywaną trzeci rok przez Wydawnictwo
Literackie, mimo wstępnej akceptacji i dobrych recenzji
wewnętrznych. Na dodatek tamtego smutnego kwietnia zmarła
mu matka, będąca dotąd jego stymulatorem, drogowskazem
i aniołem stróżem. Despotyczna, zaborcza, ale kochana.
Na jej pogrzebie pojawił się Piotr Abramczyk. Gwidon
nie miał pojęcia, że znany autor słuchowisk radiowych,
telewizyjnego serialu i kilku poczytnych książek znał prywatnie
skromną urzędniczkę Irenę Michałowicz. I że kiedyś łączyło
ich coś poważniejszego.
- To była moja jedyna prawdziwa miłość - wyznał mu
parę dni później, kiedy siedzieli na kawie w Sejmowej przy
ulicy Pięknej (do spotkania doszło z inicjatywy
Abramczyka). Innym razem wspomniał, że walczyli razem w
powstaniu, ale nie rozwijał tego tematu. Może dlatego, że matka
pozostała wierna AK-owskiej tradycji, co przypłaciła
więzieniem, ("dwa lata jak dla brata"), a Piotr postawił na władzę
ludową.
W każdym razie znakomity pisarz czuł się zobowiązany
coś zrobić dla syna swojej powstańczej kochanki. Przeczytał
jego opowiadania i powieść. Namówił do napisania
słuchowiska ("W radiu są szybkie pieniądze"). Był życzliwy, choć
niesłychanie wymagający.
W ciągu tygodnia Gwidon stworzył swoje pierwsze
słuchowisko i zaniósł je mistrzowi, licząc na pochwały. Ten
zwrócił mu tekst po dwóch dniach. Ze scenariusza ostały się
jedynie dwie ostatnie kartki, reszta powędrowała do kosza.
"To, co zostało, jest świetne - brzmiała recenzja. - Trzeba
tylko pójść dalej w tym kierunku. Nie nudząc i nie
opowiadając rzeczy, które są oczywiste. No i musisz wykombinować
jakąś puentę, która wywróci wszystko do góry nogami".
Posłuchał, napisał raz jeszcze i efekt przerósł
oczekiwania. Słuchowisko nie tylko poszło na antenę, ale otrzymało
wyróżnienie w konkursie, na który doniósł je w ostatniej
chwili przewodniczący jury - Piotr.
Miesiąc później pojawiła się szansa na pół etatu w radiu.
Po roku Michałowicz został redaktorem pełną gębą. Obecnie
w wieku 28 lat miał prawo uważać się za dziecko szczęścia.
Co nie znaczy, że nie mogło być jeszcze lepiej. W zeszłym
tygodniu w radiowej stołówce, położonej w suterynie
gmachu przy Myśliwieckiej, Abramczyk obiecywał wkręcenie
swego młodego protegowanego do nowego serialu
telewizyjnego, mającego opiewać historię wielopokoleniowej rodziny
polskich lekarzy.
- Samemu coraz mniej chce mi się pisać - wyznał.
A teraz wszystko trafił szlag. Nie mógł myśleć o tym
spokojnie - przecież samobójstwo Piotra nie miało
najmniejszego sensu! Ludzie, jeśli się zabijają, robią to z konkretnych
przyczyn, najczęściej paru naraz. A on? Był uznany,
honorowany. Nie miał kłopotów ze zdrowiem ani z kobietami.
Gwidon widział, jak traktowały go aktorki, realizatorki
czy pańcie z Teatru. Sikały po nogach, słysząc jego nieco
chrapliwy bas, któremu towarzyszyły szelmowskie
spojrzenia spod krzaczastych brwi. Czy dyskontował to uwielbienie?
Jeśli nawet, to należał do ludzi skrytych i nie chwalił się
sukcesami. Zwłaszcza przed swym uczniem. Będąc opiekuńczy,
pozostawał wymagający i surowy.
Pewnego razu maszynopis słuchowiska
fantastyczno-naukowego wrócił do Gwidona z uwagą naczelnego
reżysera: o kwadrans za długie.
Michałowicz męczył się trzy godziny nad skrótami, ale
udało mu się pozbyć jedynie czterech linijek. Kiedy
poprosił o pomoc Abramczyka, ten wziął maszynopis do ręki i na
chybił trafił wydarł cztery kartki. Efekt był zdumiewający.
W dodatku po miesiącu od premiery pojawiła się nawet
propozycja telewizyjnej adaptacji scenariusza w ramach cyklu
"Najważniejszy moment życia". Co ciekawe, kiedy ledwie
żywy ze szczęścia wstydził się swej radości, mistrz
obsztorcował go, wołając:
- Ciesz się, chłopcze, ciesz, ile wlezie! Bo w naszym
zawodzie na jeden sukces przypada dziesięć klęsk.
Co musiało się wydarzyć, żeby ktoś taki postanowił
targnąć się na własne życie?
*
Gwidon, jak cała jego generacja, nie był szczególnie
religijny. Musiał jednak przyznać, że świecka ceremonia
pogrzebowa, bez księdza i katolickiej celebry, dołuje człowieka
i tak już zdołowanego odejściem przyjaciela. I co z tego, że
przemawiał wiceminister kultury i sztuki i sam prezes ZLP,
że wartę honorową trzymali harcerze i przedstawiciele klasy
robotniczej. W domu przedpogrzebowym brakowało czegoś
nieuchwytnego, co przydaje śmierci majestatu, a żywym
zostawia pociechę. Jeśli życie pozagrobowe jest jedynie
mirażem, to stanowi on najwspanialszą rzecz, jaką wymyśliła
sobie ludzkość.
Jednego nie można powiedzieć o pogrzebie Abramczyka
- że był krótki. Lista osób wygłaszających przemówienia
ciąg nęła się jak kolejka do domu meblowego Emilia. Nie
dziw, że na końcu przy grobie pozostało niewielu żałobników.
Mimo że autokar radiowy miał odjechać dopiero po
zakończeniu pogrzebu, wielu wolało urwać się i wrócić tramwajem.
Wśród tych, którzy zostali złożyć kondolencje na ręce
siostry zmarłego (była żona się nie pojawiła), znalazł się
redaktor naczelny. Niski mężczyzna o orlim profilu. Michałowicz
przyjął to jako wyraz szczególnego szacunku dla zmarłego.
Sam wymamrotał parę zdawkowych słów i ucałował starczą
rękę, przypominającą bardziej ptasią kończynę (pani Mira
Zawadzka była co najmniej dziesięć lat starsza od brata i
zdecydowanie bardziej semicka niż on; być może takie sprawy
uwydatniają się z wiekiem).
Miał już wracać, kiedy nieoczekiwanie między mogiłami
mignął mu jasny płaszczyk i burza włosów. Agnieszka? Nie
widział jej w radiowym autokarze, musiała więc dojechać na
własną rękę tramwajem. Skoczył w jej kierunku i omal nie
wpakował się do świeżo wykopanej mogiły, czekającej na
jakiegoś kolejnego umarlaka. W ostatniej chwili przytrzymał
go postawny mężczyzna w eleganckiej czarnej jesionce i
staromodnym kapeluszu na głowie.
- Proszę uważać - powiedział. - Życie od śmierci dzieli
zaledwie jeden krok.
Gwidon, który równocześnie zdołał chwycić się
kamiennego krucyfiksu, chciał podziękować nieznajomemu, ale
w tym momencie zorientował się, że spadły mu okulary.
Niedobrze! Jak każdy krótkowidz po zdjęciu okularów, jeśli tylko
nie położył ich w ustalonym miejscu, miał ogromne kłopoty,
żeby je znaleźć. Znalazły się same. Ledwie uczynił jeden krok,
rozległ się charakterystyczny chrzęst pękającego szkła.
Opadł na kolana i chwilę macał po ziemi. Oprawka
jakoś się trzymała, ale szkło jego lepszego oka poszło w
drobiazgi. Na pociechę pozostawało pęknięte, ale trzymające
się w oprawce szkło drugiego oka, niestety o pięć dioptrii za
słabe, by samodzielnie patrzeć przez nie na świat (mocniejsze
być nie mogło ze względu na różnice między wadami w obu
oczach). Co było robić? Wyprostował oprawkę, nałożył
okulary na nos i podążył ku głównej alei. Po techniczce ani śladu.
Skądinąd przy jego ułomności szansa wypatrzenia jej
równała się zeru. Szedł na wpół ślepy i omal nie wylądował w
ramionach kamiennego anioła.
W końcu dotarł do wyjścia. Ale dziewczyny nie
znalazł ani przy bramie, ani w autobusie. Jako jeden z ostatnich
z cmentarza wyszedł naczelny rozmawiający z siostrą
zmarłego. Zobaczywszy Gwidona, skinął na niego.
- Niech pan wpadnie do mnie do gabinetu jutro o
dziesiątej przed kolegium - powiedział, po czym wsiadł do
służbowego poloneza, co również dla autobusu stanowiło sygnał
do zapuszczenia silnika.
Agnieszka już się nie pojawiła.
*
Nie miał pojęcia, czego może chcieć od niego naczelny,
w którego gabinecie był dotąd jedynie dwa razy. Raz, kiedy
przyjmowano go do pracy, a powtórnie na naradzie
dotyczącej słuchowisk. W wieczornym paśmie powstawało właśnie
miejsce, gdzie tacy autorzy jak on mogli być nadawani
częściej i dłużej. W dodatku ze znaczną swobodą w doborze
tematów.
- Chodzi o to, by nasza rodzima twórczość mogła
zrównoważyć ilość tłumaczeń i adaptacji - wyjaśnił szef.
Michałowicz spotkał w życiu wielu ludzi, lecz o niewielu
mógł powiedzieć to, co o szefie. Był człowiekiem
poważnym. Mówił mało, ale każde słowo było przemyślane, a
decyzje konsekwentne. Z pewnością cieszył się zaufaniem
komunistów. W niczym jednak nie przypominał jego dyrektora
z Ursusa - ani pod względem fizycznym, ani psychicznym
- ratlerka, trzęsącego się na widok byle czynownika. W
dodatku naczelny, choć stanowczy i surowy, bywał dla swoich
podwładnych niezwykle życzliwy. Kiedy przychodziło
polecenie z góry usunięcia jakiegoś redaktora za wpadkę na
antenie (słynny był casus spikera, który się przejęzyczył i zamiast
towarzysz Gomułka powiedział Gadułka), on przechowywał
delikwenta, przenosząc go do biblioteki czy archiwum, i
czekał, aż sprawa przyschnie.
Tym razem z miny naczelnego trudno było Gwidonowi
wywnioskować, czego ma się spodziewać - nagrody czy
bury. Kiepsko spał w nocy, a teraz nastrój psuł brak dobrych
okularów. W starych wyglądał jak lemur, w dodatku
sporządzone gdzieś na początku jego studiów dziś były o kilka
dioptrii za słabe, aby mógł w pełni podziwiać uroki tego
świata.
Punktualnie o dziesiątej sekretarka wpuściła go do
gabinetu. Redaktor zaczął rozmowę od pochwalenia jego
zeszłotygodniowego słuchowiska rozgrywającego się na planecie
pożerającej lądujących na jej powierzchni astronautów.
- Umiesz tak tworzyć napięcie, że nawet mnie chodziły
ciarki po plecach - powiedział.
Sporym zaskoczeniem była obecność w gabinecie jeszcze
jednego gościa. W kącie pokoju, obok szafy pancernej
siedziała siostra Abramczyka, Mira Zawadzka, równie
nieruchoma jak ona, tak że w pierwszej chwili Gwidon nie
zauważył ani jednej, ani drugiej. Szybko jednak naprawił swój błąd,
witając się szarmancko.
- Mamy pewien problem, w dodatku jego rozwiązanie
jest niesłychanie pilne - powiedział szef. - Nasz
nieodżałowany Piotruś pozostawił redakcję w kłopotliwej sytuacji.
Jego serial słuchowiskowy cieszył się znacznym
powodzeniem, w związku z czym nagłe przerwanie go jest po prostu
niemożliwe.
Gwidon, słuchając tych słów, zastanawiał się, o co
konkretnie chodzi. Abramczyk produkował przecież tak wiele
i był także współautorem jednej z popularnych powieści
radiowych. Szybko zrozumiał, że idzie o Komisarza Radwana,
kryminalnego tasiemca rozgrywającego się w latach
międzywojennych, który był nadawany w piątkowy wieczór i
powtarzany w następny czwartek. Mimo późnej pory bił wszelkie
rekordy słuchalności.
- Doszliśmy z panią Mirą do wniosku, że słuchowisko
musi być kontynuowane, przynajmniej przez jakiś czas.
Naczelny zawiesił głos i spojrzał na młodego redaktora.
- Rozumiem, że mam zająć się wyszukaniem
zmiennika.
- Nie ma na to czasu! Za cztery dni odcinek musi pójść
na antenę. I mam nadzieję, że pan go napisze.
- Ależ... z tego co wiem, są jeszcze dwa odcinki zapasu.
Piotr... znaczy pan Abramczyk ze względu na częste podróże
pracował zawsze z dużym wyprzedzeniem.
- Niestety, nie ma nic! - powiedział sucho naczelny. -
Pozostaje pytanie, czy się pan tego podejmie. Nagranie musi
być najpóźniej pojutrze.
- Jeśli będę tylko mogła w czymkolwiek służyć pomocą
- włączyła się pani Zawadzka - to służę. Będę w
Warszawie jeszcze co najmniej przez tydzień. Po Piotrku pozostały
różne notatki, konspekty. Zresztą sam pan będzie mógł
ocenić. Za dwie godziny mogę być z powrotem w domu. Zna pan
adres?
- Znam.
Gwidon wyszedł z gabinetu całkowicie oszołomiony.
Oczywiście zgodził się na propozycję, choć nie był do końca
pewny, czy jej podoła.
- Niczym nie ryzykujemy. Nagła dziura zapchana
muzyką byłaby znacznie gorsza - powiedział szef.
W Teatrze Michałowicz poznał przyczynę owego
nadzwyczajnego pośpiechu. Okrągła twarz pani Marii tonęła we
łzach.
- Coś takiego nie zdarzyło mi się przez trzydzieści lat
pracy! - chlipała.
- Ale co się stało?
- Ktoś dał do skasowania dwie taśmy z premierowymi
odcinkami Komisarza Radwana. To po prostu tragedia.
Wyrzucą mnie z roboty.
- To jest problem, ale nie trzeba aż tak dramatyzować.
Szefostwo z pewnością zgodzi się na powtórne nagranie.
- Z czego? Egzemplarz redakcyjny gdzieś przepadł,
reszta po nagraniu poszła na makulaturę.
- Jest jeszcze kopia autorska.
Marysia tylko pociągnęła nosem.
- W tym sęk, że pani Zawadzka twierdzi, iż nie ma
żadnych kopii. Przeszukała całe mieszkanie i mówi, że skoroszyt
z maszynopisami kończy się na odcinku, który właśnie
poszedł na antenę. Oj, bieda, bieda!
- Spokojnie, pani Mario, spróbujemy jakoś temu
zaradzić. Może mi pani wyciągnąć z archiwum poprzednie
scenariusze i ze dwa odcinki do posłuchania?
Mimo całej sympatii do Abramczyka Michałowicz nie
śledził dokładnie jego twórczości. W ramach redakcji
Radwanem opiekował się Robert, toteż Gwidon z najwyższym
niepokojem zastanawiał się, jak przyjmie informację, że to
nie on odziedziczył literacką schedę po zmarłym.
W dodatku miał się zmierzyć z materią praktycznie mu
nieznaną. Owszem, słyszał może jeden odcinek w redakcji,
bo w domu nie miał najmniejszych szans na słuchanie radia.
Bachory Wiktora, jego brata, bliźniaki z piekła rodem,
wypełniały wrzaskiem całe dwupokojowe mieszkanie. Najchętniej
więc pisał po godzinach w redakcji, a ponieważ nie miał
podzielnej uwagi, dbał, żeby panowała wokół niego absolutna
cisza, niemącona nawet przez najcichszy szmer z głośnika.
Półtorej godziny przerzucał scenariusze. Zanim wyruszył
na Poznańską, był już jako tako zorientowany w materii
serialu, choć ogarnięcie go w całości w tak krótkim czasie
wydawało się zadaniem ponad siły. Na szczęście poprzedniczka
Roberta, pani Wanda, która przed miesiącem przeszła na
emeryturę, prowadziła w brulionie w kratkę staranny
konspekt, w którym obok rzeczy tak oczywistej, jak obsada,
odnotowywała wszystkie wątki, ważniejsze punkty krytyczne
itp. Odchodząc, przekazała całe dossier pani Marii, a ta
chętnie udostępniła je młodemu redaktorowi.
Nawiasem mówiąc, serial słuchowiskowy na początku
wcale nie nosił tytułu Komisarz Radwan, co więcej - nie był
nawet serialem. Abramczyk napisał kilka słuchowisk
kryminalnych, połączonych osobą detektywa Leona Radwana,
umieszczonych w doskonale nakreślonej scenerii
międzywojennej Warszawy odtworzonej w całej pełni dźwiękowych
realiów, z tupotem koni po bruku, dzwonkami tramwajów,
poświstywaniem parowozów i harmidrem żydowskich kupców.
Dlaczego jednak autor wybrał międzywojnie?
- Zbrodnia musi być barwna, gra toczyć się o wysoką
stawkę, a prowadzący śledztwo zmagać się na wszystkich
frontach - wyznał kiedyś Gwidonowi. - W PRL-u rzecz
nie do pomyślenia. Tu zbrodnia jest banalna, stawka niska,
a przestępca nie ma szans z bezkompromisowym i
perfekcyjnym aparatem sprawiedliwości, w którym nie ma żadnych
pęknięć i konfliktów.
Z tonu Piotra nie sposób było wywnioskować, czy kpi,
czy mówi serio, ale ta metoda była przez pisarza sposobem
na życie.
Na przykład, kiedy pryncypialnie zabierał głos na
zebraniu partyjnym, piętnując jakieś drugorzędne
nieprawidłowości i bolączki, Gwidon czuł, że jego mentor w głębi ducha
zaśmiewa się do rozpuku.
Leon Radwan był starym policmajstrem, wykształconym
jeszcze w carskiej Rosji, który przez jakiś czas, stanąwszy po
niewłaściwej stronie w trakcie zamachu majowego, przebywał
na emigracji w USA, poznając od podszewki metody walki
z przestępczością zorganizowaną. Wrócił do kraju w 1935 roku
lub z początkiem 1936 i stał się od razu najlepszym
policjantem w Warszawie.
Komisarz Radwan działał sprawnie przez dziesięć
odcinków, zmagając się ze swym szefem kretynem, miernym,
biernym, ale wiernym (tu dochodziła do głosu jakże słuszna
krytyka rzeczywistości sanacyjnej). Żył rozdarty między
małżeństwem ze starą żoną, która wróciła z Rosji w roku 1922
i była dla Radwana osobą całkiem obcą, jednak za żadne
skarby nie chciała dać mu rozwodu, a sympatią do
młodej aspirantki Adeli, pięknej i wysportowanej, dzięki czemu
wspaniale uzupełniała się ze swym szefem. Od czasu walk na
wschodzie (Abramczyk nie mógł napisać "z bolszewikami")
Radwan utykał, miał też nie do końca sprawną lewą rękę,
choć w razie potrzeby potrafił wygrać w walce wręcz.
Gwidon podziwiał, jak za pomocą kilku odzywek czy nagranych
efektów, kroków, oddechów, przesuwanych sprzętów można
budować napięcie i lepiej określać ludzkie charaktery niż za
pomocą wielu stron pieczołowitej charakterystyki.
Ciekawe, że o ile pierwsze odcinki charakteryzowała
konstrukcyjna klarowność, a błyskotliwe puenty budziły aplauz
już w trakcie nagrania, o tyle koło siódmego odcinka
atmosfera zaczęła się zagęszczać. Kolejne słuchowiska coraz
częściej kończyły się znakiem zapytania. Radwan aresztował
przestępców, zamykał śledztwa, demaskował kryminalne
szajki, ale ciągle pozostawało jakieś niedopowiedzenie, jakaś
niewyciągnięta do końca nitka, wrażenie, że sprawa ma
drugie dno, że nie wszyscy wspólnicy zostali schwytani.
Warszawa końca lat trzydziestych tylko pozornie
sprawiała wrażenie beztroskie i wesołe.
Radwan bywał w Adrii, w fikcyjnym kabarecie Lapsus
(będącym literackim połączeniem Qui Pro Quo i Ali-Baby).
Jego szkolny kolega Ławrowicz był tam świetnym aktorem
i tekściarzem. Trafiał nawet na przyjęcia do swej odległej
powinowatej, hrabiny Eugenii, gdzie od razu stawał się
atrakcją towarzyską dla zblazowanych arystokratek. A przecież
pod upudrowaną powierzchnią krył się świat autentycznej
grozy. I nie chodziło jedynie o speluny wokół Towarowej czy
na starej Pradze. Zło czaiło się w luksusowych hotelach,
rezydencjach ambasadorów, a także eleganckich willach, które
w Aninie, Konstancinie czy Podkowie Leśnej budowali
przemysłowcy, artyści i ludzie polityki.
Co więcej, Abramczyk w odróżnieniu od poczciwej
Agathy Christie nie tworzył linii demarkacyjnej, separującej oba
światy. Wielokrotnie okazywało się, że socjetę od rynsztoka
dzielił jeden krok.
W tym czasie o stanowisko króla podziemia
rywalizowało kilku bandziorów, ale autor dawał do zrozumienia, że
poza nimi egzystuje ktoś jeszcze, tajemniczy Cień, człowiek
bez twarzy, bez nazwiska i bez przeszłości. Od jedenastego
odcinka słuchowiska zyskały podtytuł i stały się regularnym
serialem. Abramczyk zaproponował specyficzną konstrukcję
- w każdym odcinku Radwan rozwiązywał jedną sprawę, ale
równocześnie prowadził inne, zwłaszcza te, które miesiącami
nie mogły doczekać się wyjaśnienia, jak choćby owa plaga ciał
wyławianych z Wisły jesienią i zimą przełomu lat 1938 i 1939.
Odnajdywano zwłoki bardzo młodych ludzi płci obojga,
przeważnie paskudnie okaleczonych, z ranami wskazującymi
na seksualny charakter zbrodni. Bez wyjątku można było ich
uznać za osobników fizycznie atrakcyjnych, dobrze
odżywionych, do których jednak nikt się nie przyznawał, nikt ich nie
szukał. Koncepcja, że tajemniczy doktor Styks nie był jedynie
obłąkanym maniakiem seksualnym i mógł być tożsamy z
Tajemniczym Cieniem działającym w stolicy, nie znajdowała
uznania wśród zwierzchników komisarza.
- Geniusz zbrodni u nas, w Warszawie? - mówił
minister, który zdecydował się udzielić Radwanowi audiencji.
- Czy przypadkiem nie ponosi pana fantazja, komisarzu?
Ludzie tacy jak profesor Moriarty występują jedynie w
imaginacji utalentowanych autorów kryminalnych. Gdyby ktoś
taki istniał, mielibyśmy doniesienia naszych konfidentów
z półświatka, krążyłyby jakieś legendy. Wydaje mi się, że
próbuje pan zbyt łatwo podciągnąć szereg dziwnych,
niewytłumaczonych spraw pod wspólny mianownik.
Niestety, o trafności podejrzeń Radwana był przekonany,
obok zakochanej w nim Adeli, wyłącznie jeden człowiek.
Sam Styks, który bodajże w siedemnastym odcinku
zorientował się, że jest przez niego poszukiwany.
Po efektownym uwolnieniu syna łódzkiego nababa,
zwanego królem pończoch, uprowadzonego przez szajkę
specjalizującą się w wymuszeniach, zadzwonił do komisarza, aby
mu pogratulować.
- Od dawna nie miałem z nikim tylu kłopotów co z
panem - powiedział dość pogodnie głosem czystym i
chłodnym jak zmrożony drink. - Straciłem mnóstwo pieniędzy
i paru ludzi, ale przyjemność rozgrywki na wysokim
poziomie jest bezcenna. Dlatego moje gratulacje!
Schwytani porywacze nie doprowadzili do
zdemaskowania szefa. Nie doszło nawet do ich procesu. Mimo pobytu
w dobrze strzeżonych aresztach wszyscy w tajemniczy sposób
pożegnali się z życiem. Jeden powiesił się na sznurze
skręconym z więziennego prześcieradła, drugiego zastrzelono
podczas szaleńczego ataku na strażników, trzeci wreszcie
zadławił się śmiertelnie ością z ryby podczas śniadania.
A co do ciał... Fakt, że wrzucano je do wody, zamiast po
prostu zakopać lub spalić, wskazywał, iż sprawca kpi sobie
z wymiaru sprawiedliwości, znajdując przewrotną
przyjemność w wodzeniu policji za nos.
W dwudziestym pierwszym odcinku, noszącym tytuł
"Zamarła turnia", główni bohaterowie spotkali się osobiście.
Radwan przebywał właśnie w Zakopanem na zasłużonym
wypoczynku, kiedy na szczycie Kasprowego Wierchu doszło
do zabójstwa francuskiego oficera łącznikowego. Komisarz
udał się tam bezzwłocznie kolejką linową. W połowie drogi
między Myślenickimi Turniami a szczytem krótka awaria
w dostawie prądu unieruchomiła dwa wagoniki, jeden jadący
w górę i drugi jadący w dół. Działo się to w momencie, gdy
znajdowały się obok siebie ponad przepaścią. Jeden z
narciarzy ze zjeżdżającej kolejki, którego twarz zasłaniały
narciarskie gogle i kolorowa czapka, pozdrowił komisarza. Ten
poznał głos Styksa. Niestety, wtedy wagoniki ruszyły.
Cała Polska zastanawiała się, jak komisarz Radwan,
zwłaszcza jego animator Abramczyk, poradzi sobie z tą kwestią. Może
on sam nie wiedział? Ale przecież coś musiał napisać w
następnych odcinkach.
Wchodząc na podwórko - studnię przy Poznańskiej -
jedno z tych, które w pierwotnym kształcie jakimś cudem
przeżyło powstanie, Gwidon przypomniał sobie zdanie, które
kiedyś powiedział mu Piotr.
- Autorzy dzielą się na dwie kategorie, konstruktorów
i podróżników. Konstruktorzy pracowicie rozrysowują
scenariusze, od początku znają zakończenie, punkty zwrotne,
postacie. Słowem, na podobieństwo współczesnych
budowniczych wznoszą stalowy szkielet, który później wystarczy
tylko sprawnie wypełnić brykietami słów. Ja zaliczam się do
podróżników; buduję statek, gromadzę załogę i wypływam
na ocean mroków.
- Wyrusza pan (wtedy jeszcze nie byli na ty), nie znając
celu podróży!?
- Oczywiście od początku mam jakiś zamysł, chcę na
przykład dopłynąć do Indii, ale w odróżnieniu od
niezorientowanego Kolumba czy innych mu podobnych optymistów
wiem, że po drodze mogę odkryć jakąś Amerykę, w
dopłynięciu do celu może przeszkodzić mi tajfun, trójkąt bermudzki,
mogą zjeść mnie krajowcy, a zbuntowana załoga wysadzić na
bezludnej wyspie. Dając moim bohaterom charaktery, a
zarazem wolną wolę, częściowo uzależniam się od nich. Przestaję
być wszechmocny. I w pewnym sensie moja historia pisze się
sama.
Abramczyk zajmował lokal przy trzecim podwórku.
W drugiej klatce na środku niedużego placyku wznosiła się
figura Matki Boskiej, zaraz za nią na betonie ciągle widać
było mocno rozdeptany, kredowy obrys ciała, które
tragicznej nocy runęło z okna.
Wokół kapliczki krzątała się jakaś dziewczyna w
budrysówce z kapturem.
- Agnieszka!? - zdumiał się Michałowicz, kiedy
podszedł bliżej. - Co pani tu robi?!
- Czasami odwiedzam ciocię, która mieszka w tamtej
klatce. Od niedawna jest sparaliżowana, więc co parę dni
robię dla niej zakupy, trochę sprzątam. Dziś poprosiła, żebym
zrobiła porządek przy Matce Najświętszej. Więc robię - to
powiedziawszy, wróciła do zamiatania, wyraźnie nie mając
ochoty na kontynuowanie rozmowy.
Z powodu nieczynnej windy wejście na piąte piętro,
zwłaszcza że przedwojenne mieszkania były półtora raza
wyższe niż w nowym budownictwie, kosztowało Gwidona
sporo wysiłku.
- Schody uczą pokory - powiedział kiedyś Abramczyk.
- Kiedy pożyjesz tyle co ja, zauważysz, że każdy rok
zwiększa liczbę stopni.
Zadzwonił. Dźwięk był przenikliwy i odległy, jakby
dochodzący z dna studni. Pani Mira wprowadziła go do
wnętrza. Mieszkanie pełne książek i pamiątek z egzotycznych
podróży było nieco zaniedbane. Abramczyk nie lubił
wpuszczać do domu obcych ludzi, a stara sprzątaczka od kilku
miesięcy chorowała.
- Proszę czuć się jak u siebie - powiedziała Zawadzka.
- Napije się pan herbaty?
- Chętnie.
Wpuściła go do gabinetu mistrza i zostawiła samego.
Czuł się dziwnie. Trochę jak świętokradca w cudzym
sanktuarium.
Biurko nie sprawiało wrażenia miejsca opuszczonego
przez samobójcę. Przeciwnie, mogło się wydawać, że
właściciel dopiero co wstał i wyszedł do kuchni albo toalety.
Na stoliku obok piętrzył się spory stos korespondencji,
w dużym stopniu nieotwartej. W terminarzu można było
zauważyć mnóstwo notatek dotyczących planów pisarza do
końca roku, a nawet dalej. Zimowy rejs "Batorym" na
Morze Karaibskie, którego tak zazdrościł Abramczykowi
Gwidon, został zaplanowany na styczeń i pierwszą połowę lutego.
W notesie zaznaczone flamastrem rzucały się w oczy terminy
spotkań autorskich i zebrań w ZLP, gdzie wchodził w skład
Zarządu Oddziału.
Na dodatek w przeciwieństwie do tego, co się zwykło
mówić o charakterach artystów, Piotr Abramczyk należał do
pedantów. W bibliotece poniżej półki z książkami jego
autorstwa, w tym licznych przekładów na języki obce, przede
wszystkim zaprzyjaźnione, w jednej szafce znajdował się
spory zapas jego dzieł, pochodzący zapewne z egzemplarzy
autorskich. Trudno bowiem wyobrażać sobie, żeby pisarz
wykupywał je po księgarniach. Na innych półkach leżały
teczki z maszynopisami i scenariusze radiowe.
Rzeczywiście brakowało dwóch ostatnich odcinków Komisarza. Nie
było też ich konspektów ani nawet notatek w dużym
kołonotatniku, leżącym obok maszyny do pisania, w którym
pisarz notował swe pomysły, uwagi i spostrzeżenia. Ciekawe,
że na pierwszej czystej stronie nie odcisnęło się nic z tego,
co pisano na poprzednich. Czyżby ktoś przewidująco usunął
kilka kartek?
Gwidon poczuł przyspieszone bicie serca. Obejrzał
dokładnie maszynę pisarza, kręcąc wałkiem natrafił na urwany
róg jakiejś kartki, tak jakby ktoś gwałtownym ruchem wyrwał
stronę z maszyny. Sprawa wyglądała coraz ciekawiej. Wziął
lupę i przyjrzał się taśmie. Niesamowite, była świeża jak
dziewica przywieziona do haremu. Nikt jeszcze na niej nie pisał!
Czy ktoś zamierzający popełnić samobójstwo zmienia z tej
okazji taśmę? Poza tym gdzie podziała się stara, a także
ewentualnie wyrwane kartki? Kosz na śmieci za biurkiem był
podejrzanie pusty, jeśli nie liczyć zmiętej "Trybuny Ludu".
Gwidon nie miał wątpliwości, jak w tej sytuacji zachowałby się
komisarz Radwan. Nasza Milicja Obywatelska nie była
jednak aż tak drobiazgowa.
- Nie wie pani, kto znalazł zwłoki brata? - zwrócił się
do Miry Zawadzkiej, która z filiżanką parującej herbaty
weszła do pokoju.
- Dozorca. Jakąś minutę po północy. Nie mógł spać,
kiedy usłyszał nagle straszny krzyk i łomot upadającego ciała
("Czy samobójcy krzyczą?" - zastanowił się Gwidon).
Natychmiast wybiegł na podwórko i kazał żonie dzwonić po
pogotowie. Sam sprawdzał, czy Piotruś żyje, i nie tracił z oczu
wejścia na klatkę.
- Dlaczego?
- Był przekonany, że Piotr został wypchnięty z okna.
Nikt jednak nie wyszedł z klatki poza lokatorami.
- A nie ma stąd innego wyjścia?
- Nie ma. Okna wychodzą wyłącznie na podwórko.
Później milicja wyłamała drzwi, przecięła łańcuch blokujący
wejście i dokładnie przeszukała lokal.
- Ale w środku nikogo nie było?
- Nie.
Chodząc po mieszkaniu, zauważył starannie wykonane
legowisko w przedpokoju.
- A pies?
Przed oczyma stanął mu sympatyczny foksterierek
wabiący się Astor, z którym pisarz zachodził niekiedy do radia.
- Kiedy tu przedwczoraj przyjechałam, żadnego psa nie
było. Dozorca twierdził, że nie widział go tamtej nocy. Może
zaginął.
"A może komuś zależało, żeby nie robił hałasu?".
- To jest to okno? - zapytał, wracając do salonu.
Skinęła głową. Gwidon podszedł, odsunął firanki i pchnął oba
skrzydła. - Ktoś zwinny mógłby przejść po gzymsie do
lokalu obok - mruknął na wpół do siebie.
- Sprawdzano taką możliwość - podchwyciła pani Mira
- ale obok mieszka dwójka siedemdziesięcioletnich
staruszków, a z drugiej strony małżeństwo z trójką dzieci.
Kiepski materiał na kaskaderów. Z tego co wiem, przeszukano
wszystkie mieszkania w budynku, sprawdzono pozostałych
lokatorów i uznano, że musiało to być samobójstwo. Ale pan,
młody człowieku, nie pragnie chyba zostać detektywem?
- Bynajmniej - zaprzeczył może odrobinę zbyt szybko.
- Chcę jedynie wczuć się w rolę.
- W takim razie nie przeszkadzam.
Zadzwonił staroświecki telefon stojący na biurku.
- Odbiorę w kuchni - powiedziała i wyszła.
Na biurku na kupce leżało kilka książek poświęconych
głównie początkom drugiej wojny światowej. Kowalski,
Batowski, parę oprawionych w gazetę wydań publicystów
emigracyjnych (Gwidon zdumiał się, że ktoś może mieć takie
prohibity w prywatnym mieszkaniu). Była też drewniana
skrzyneczka pełna zdjęć, niektóre nosiły ślady wydarcia z
jakichś albumów. Parę wyglądało na reprodukcje. Znalazła się
też pocztówka z przedwojenną kolejką na Kasprowy oraz
niewyraźne zdjęcie przedwojennego policjanta z sumiastym
wąsem. Radwan? Zdjęcia niestety nie były podpisane, więc nie
miał pojęcia, kim była dziewczyna w jednoczęściowym
kostiumie kąpielowym o posągowym kształcie, tym bardziej że
jej twarz tonęła w cieniu, rzucanym przez rondo letniego
kapelusza. Było też kilka fotografii willi położonej w sosnowym
lesie, drewnianej, ale solidnej, na kamiennej podmurówce,
z grubymi okiennicami, rzeźbionymi w modnym podówczas
w podwarszawskich okolicach stylu laubzegowym. Na koniec
znalazł zdjęcie młodego mężczyzny w pumpach, w którym
rozpoznał młodziutkiego Abramczyka stojącego na tle
luksusowego kabrioletu.
Staranną analizę tych zdjęć postanowił zostawić na
później, teraz obejrzał szafkę pod ścianą w zasięgu ręki twórcy,
na której piętrzyły się stosy przedwojennych kryminałów,
przeważnie pióra Antoniego Marczyńskiego.
Pewnym dysonansem w tym towarzystwie była Biblia
Tysiąclecia. Ciekawe. Ateusz Abramczyk szukał inspiracji w
religii?
Michałowicz uniósł ją i ze środka wypadła kartka
wyrwana z kołonotatnika.
Wiersz?
Z tego co wiedział, jego mentor pisał wiersze jedynie we
wczesnej młodości.
Orfeusz w piekła czeluście pomyka,
noc idzie za nim, przed nim jak aksamit.
Mrok lepki, gęsty,
ni słońca promyka
i tylko rozpacz kieruje krokami,
Eurydyko! Wszak jesteś stracona.
Zgon twój dokonan
absolutnie pewien
Bo tylko sztuka nigdy nie skończona
istnienie - mgnienie.
Jutro będzie? Nie wiem...
E.
Wiersz jak wiersz. Nie zauważył w nim niczego, co by
usprawiedliwiało umieszczenie go akurat w Biblii. Ale na
samym dole zobaczył nazwisko. Brzmiące z hiszpańska. Lecz
niezupełnie obce. Męczył się dobry kwadrans, zanim
przypomniał sobie, że był to dziennikarz chilijski, o którym
dyskutowali z Piotrem tydzień wcześniej. W proteście przeciw juncie
Pinocheta napisał i opublikował w kontrolowanej przez rząd
gazecie wiersz, którego pierwsze litery czytane pionowo...
Czytane pionowo!
Ponownie uniósł kartkę do oczu. "On mnie zabije"!
- Przepraszam bardzo. - Znów otworzyły się drzwi
i zajrzała pani Mira. - Pojawiła się pewna drobna
komplikacja, stan zdrowia mego męża się pogorszył i jutro będę
musiała wrócić do domu.
- Rozumiem, muszę się pospieszyć z przeglądaniem
materiału.
- Nie ma takiej potrzeby, a w ogóle nie w tym rzecz. -
Kobieta uśmiechnęła się blado. - Wszystko stało się tak
nagle. Nie wiemy, co zrobić z tym mieszkaniem. Na pewno nie
chciałabym go sprzedawać. Nasze wnuki wkrótce dorosną,
mogłyby pójść na studia w Warszawie i mieszkanie byłoby
wtedy jak znalazł. Ale teraz... Chodziłoby o to, żeby ktoś
mógł się nim zaopiekować. Piotr z pewnością nie życzyłby
sobie, żebym wynajmowała go obcym ludziom.
Nie wierzył własnym uszom.
- Jeśli myśli pani o mnie... Jestem zainteresowany, od
dłuższego czasu zastanawiałem się nad wynajęciem czegoś
w mieście, ale nie bardzo było mnie stać. Ale teraz, jeśli
zacznę pisać ten serial, mógłbym za jakąś przystępną kwotę...
- O czym pan mówi! - żachnęła się kobieta. - W
żadnym wypadku nie wzięłabym od pana pieniędzy. To pan robi
mi grzeczność, nie ja panu. W dodatku jeśli jeszcze wpłynie
to na utrwalenie pamięci o moim bracie... Będę panu
szczerze zobowiązana.
- Zrobię wszystko, żeby godnie kontynuować jego pracę
- powiedział Gwidon.