Doktor Śmierć - Jacek Caba

Kup ebooka

24.50 zł
19.60 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Za­chy­łek grusz­ko­wa­ty.

Sły­sząc jego ła­ciń­ską na­zwę - Re­ces­su­spi­ri­for­mis - moż­na po­my­śleć o ja­kiejś eg­zo­tycz­nej ro­śli­nie, ta­jem­ni­czej bu­dow­li z okre­su ce­sar­stwa rzym­skie­go lub przed­sta­wi­cie­lu dzi­wacz­nych azja­tyc­kich pła­zów. A to frag­ment ludz­kie­go gar­dła.

Prze­cięt­ny czło­wiek, my­śląc "gar­dło", nie wy­obra­ża so­bie tak na­praw­dę zu­peł­nie nic, no, może za wy­jąt­kiem an­gi­ny z dzie­ciń­stwa albo cze­goś do ssa­nia, co mniej lub bar­dziej przy­po­mi­na cu­kie­rek i ata­ku­je co­dzien­nie z te­le­wi­zyj­nej re­kla­my.

Jed­nak samo gar­dło to pust­ka, jed­na wiel­ka bio­lo­gicz­no-teo­re­tycz­na abs­trak­cja, a co do­pie­ro ja­kiś tam za­chy­łek grusz­ko­wa­ty, czy­li za­le­d­wie ma­lut­ki tej abs­trak­cji za­ka­ma­rek.

Trud­no so­bie wy­obra­zić, że ta­kie byle co jest waż­ne, że coś może od tego byle cze­go za­le­żeć, że to coś może zmie­nić bieg co­dzien­nych wy­da­rzeń, sło­wem, że oprócz ro­zu­mu i wol­nej woli Stwór­ca wy­po­sa­żył nas jesz­cze w za­chy­łek grusz­ko­wa­ty.

To miej­sce na sty­ku ukła­du po­kar­mo­we­go i od­de­cho­we­go, kon­kret­nie - jego czę­ści zwa­nej krta­nią.

Krtań może nie jest tak waż­na jak ser­ce albo ner­ki, ale to or­gan od­po­wie­dzial­ny za po­wsta­wa­nie gło­su - to prze­cież dzię­ki krta­ni Mick Jag­ger jest Mic­kiem Jag­ge­rem, a Ma­don­na Ma­don­ną.

Cho­ro­by krta­ni to cho­ro­by gło­su, cho­ro­by po­ro­zu­mie­wa­nia się, cho­ro­by tego, co od­róż­nia nas od zwie­rząt - mowy!

Naj­cięż­szą i naj­bar­dziej nie­bez­piecz­ną z tych cho­rób jest nie­wąt­pli­wie rak krta­ni. Wy­stę­pu­je prze­waż­nie u męż­czyzn koło pięć­dzie­siąt­ki, pra­wie za­wsze pa­lą­cych, czę­sto nad­uży­wa­ją­cych al­ko­ho­lu, i wbrew obie­go­wym opi­niom, ale za to zgod­nie z wszel­ki­mi do­stęp­ny­mi sta­ty­sty­ka­mi, jest obok raka płuc i raka szyj­ki ma­ci­cy jed­nym z naj­czę­ściej spo­ty­ka­nych u czło­wie­ka no­wo­two­rów zło­śli­wych.

Mało kto wie, że tak na­praw­dę jest cał­ko­wi­cie wy­le­czal­ny. Wcze­sne wy­kry­cie daje prak­tycz­nie stu­pro­cen­to­wą pew­ność prze­ży­cia.

Roz­wi­ja się dość wol­no, bar­dzo póź­no daje prze­rzu­ty, a i te przez dłu­gi czas lo­ka­li­zu­ją się tyl­ko w oko­licz­nych wę­złach chłon­nych.

Sto­sun­ko­wo wcze­śnie po­ja­wia­ją się też ob­ja­wy - za­ata­ko­wa­nie strun gło­so­wych skut­ku­je upo­rczy­wie utrzy­mu­ją­cą się chryp­ką, któ­ra prę­dzej czy póź­niej zmu­sza cho­re­go do pod­da­nia się ba­da­niu le­kar­skie­mu. Ba­da­nie jest pro­ste: wy­star­czy rzut oka w lu­ster­ko la­ryn­go­lo­gicz­ne i wła­ści­wie wszyst­ko ja­sne. Pa­cjent zo­sta­je po­in­for­mo­wa­ny, że jest bar­dzo po­waż­nie cho­ry, ale są też i do­bre wia­do­mo­ści: je­że­li szyb­ko pod­da się ope­ra­cji, ma szan­sę!

Rak krta­ni jest od­por­ny na wszel­kie me­to­dy le­cze­nia. Nie re­agu­je na na­świe­tla­nie pro­mie­nia­mi Roe­ntge­na ani na naj­bar­dziej na­wet agre­syw­ną che­mio­te­ra­pię. Na nic, z wy­jąt­kiem za­bie­gu ope­ra­cyj­ne­go.

La­ryn­gek­to­mia. Cał­ko­wi­te usu­nię­cie krta­ni. Ko­niec mó­wie­nia. Czę­sto ele­men­tem le­cze­nia jest tak zwa­na ope­ra­cja Cra­ile'a - usu­nię­cie wszyst­kich wę­złów chłon­nych w oko­li­cy no­wo­two­ru z pod­wią­za­niem żyły szyj­nej. Dla cał­ko­wi­tej pew­no­ści.

Moż­na po­wie­dzieć - uczci­wy deal. Wy­so­ka staw­ka - wy­so­ka cena.

W koń­cu naj­waż­niej­sze jest ura­to­wa­nie ży­cia, więc w fa­cho­wym pi­śmien­nic­twie przyj­mu­je się, że ro­ko­wa­nie w przy­pad­ku tego typu no­wo­two­ru jest ra­czej po­zy­tyw­ne.

Ra­czej. No, może z jed­nym ma­łym wy­jąt­kiem.

Mamy z nim do czy­nie­nia tyl­ko w przy­pad­ku spe­cy­ficz­nej lo­ka­li­za­cji ogni­ska raka. Bo cza­sem to pa­skudz­two usa­da­wia się w za­chył­ku grusz­ko­wa­tym.

Wte­dy jest na­praw­dę nie­do­brze. Ob­ja­wy wy­stę­pu­ją zde­cy­do­wa­nie póź­niej - chryp­ka nie ostrze­ga o nie­bez­pie­czeń­stwie - na ogół pa­cjen­ci tra­fia­ją do szpi­ta­la wte­dy, gdy jest już za póź­no. Za póź­no na le­cze­nie, za póź­no na na­dzie­ję, za póź­no na ży­cie.

Roz­dział 1

Aleks Wendt stał przy oknie dy­żur­ki Od­dzia­łu Oto­la­ryn­go­lo­gii Szpi­ta­la Miej­skie­go w War­sza­wie i pa­trzył na su­ną­ce po szy­bie kro­ple desz­czu. Nie cier­piał li­sto­pa­da. Pew­nie mógł­by go ja­koś prze­żyć, le­żąc na le­ża­ku w ja­kimś cie­płym kra­ju, ale tu, w Pol­sce, li­sto­pad był po pro­stu nie do znie­sie­nia.

- I jak tu nie do­stać de­pre­chy? - mruk­nął tro­chę do sie­bie, a tro­chę do współ­to­wa­rzy­sza dy­żu­ru, Wojt­ka Sa­wic­kie­go, jo­wial­ne­go gru­ba­sa o ru­mia­nych po­licz­kach i nie­co sta­ro­mod­nym wą­si­ku, upo­dab­nia­ją­cym go bar­dziej do przed­wo­jen­ne­go go­li­bro­dy niż do spe­cja­li­sty la­ryn­go­lo­ga. Był naj­zdol­niej­szym stu­den­tem na roku, a te­raz jed­nym z naj­bar­dziej lu­bia­nych i ce­nio­nych le­ka­rzy w szpi­ta­lu. Lu­bi­li go pa­cjen­ci, bo po­tra­fił do­dać otu­chy, lu­bi­li i ce­ni­li ko­le­dzy, bo chęt­nie słu­żył radą i po­mo­cą. Nie miał wro­gów, na­wet dok­tor Paw­lak, eta­to­wa szpi­tal­na szu­ja, nie ko­pał pod nim doł­ków. Nie do wia­ry.

Aleks lu­bił dy­żu­ro­wać z Sa­wic­kim. Co praw­da, uwa­żał, że w pra­cy nie moż­na zna­leźć praw­dzi­we­go przy­ja­cie­la - za dużo sprzecz­nych in­te­re­sów i śro­do­wi­sko­wych prze­py­cha­nek - ale Woj­tek nie był ty­pem ka­rie­ro­wi­cza, nie był "śro­do­wi­sko­wy". Żył so­bie poza ukła­da­mi. Uwiel­biał ga­dać o po­li­ty­ce i słu­chać roc­ka. Był do­brym le­ka­rzem, ale me­dy­cy­na koń­czy­ła się dla nie­go po wyj­ściu z pra­cy. Oczy­wi­ście sta­rał się być na bie­żą­co, czy­tał dużo fa­cho­wej li­te­ra­tu­ry, ale nie na­le­żał do pra­co­ho­li­ków, a przy­najm­niej sta­rał się za­cho­wać dy­stans.

- De­pre­chy to moż­na do­stać, pa­trząc na tych kre­ty­nów w sej­mie - wes­tchnął Sa­wic­ki, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od te­le­wi­zo­ra, w któ­rym re­por­ter­ka wie­czor­nych wia­do­mo­ści in­da­go­wa­ła zna­ne­go po­li­ty­ka.

- Nie­wła­ści­wa dia­gno­za, pa­nie dok­to­rze, to gro­zi ra­czej ner­wi­cą. - Aleks nie miał ocho­ty słu­chać nie­koń­czą­cej się ty­ra­dy ko­le­gi na te­mat przy­war rzą­dzą­cej ko­ali­cji. Od­wró­cił się od okna i pod­szedł do sto­li­ka, na któ­rym stał elek­trycz­ny czaj­nik i kil­ka fi­li­ża­nek.

- Chcesz kawy? - za­py­tał.

- Nie, dzię­ki, pi­łem już dwie, po­cze­kam do ko­la­cji.

W tym mo­men­cie ostro za­brzę­czał dzwo­nek in­ter­ko­mu.

- Co tam? - Sa­wic­ki nie mu­siał wsta­wać ze swo­je­go ulu­bio­ne­go fo­te­la, żeby na­ci­snąć gu­zik od­bio­ru.

Z gło­śni­ka do­biegł znie­kształ­co­ny głos dy­żur­nej pie­lę­gniar­ki, Anki Stec:

- Cia­ło obce w za­bie­go­wym.

- Samo przy­szło? - Py­ta­nie nie było zło­śli­we, ale Sa­wic­ki nie lu­bił żar­go­no­wych okre­śleń. Nie na­le­żał do ję­zy­ko­wych pe­dan­tów, po pro­stu dbał o słow­nic­two, a ko­le­żan­ki le­kar­ki chęt­nie pod­kre­śla­ły, że jest "je­dy­nym przed­sta­wi­cie­lem dys­cy­plin za­bie­go­wych, któ­ry nie prze­kli­na przy ko­bie­tach".

- Oj, dok­to­rze, niech dok­tor nie robi so­bie żar­tów. - Anka była tro­chę skon­fun­do­wa­na tym, że dała się zła­pać na błę­dzie. - Dziec­ko z cia­łem ob­cym, pięć lat, chło­piec - zre­fe­ro­wa­ła już jak na­le­ży.

- Do­bra, mo­ment - od­parł Sa­wic­ki i zwró­cił się do Alek­sa:

- Rzu­cisz okiem?

Tak na­praw­dę nie mu­siał py­tać. To Wendt był dzi­siaj pierw­szym dy­żur­nym i to on od­po­wia­dał za przy­ję­cia w za­bie­go­wym. Było ich dwóch dla­te­go, że na od­dzia­łach za­bie­go­wych za­wsze musi dy­żu­ro­wać ze­spół, któ­ry w ra­zie cze­go bę­dzie mógł prze­pro­wa­dzić ope­ra­cję.

- Ja­sne - od­rzekł Aleks. - Za­lej mi kawę, jak się woda za­go­tu­je.

- A może Sha­ki­ra ci za­le­je? Wy­pij z nią kawę w za­bie­go­wym, bę­dzie mia­ła co wspo­mi­nać do Bo­że­go Na­ro­dze­nia. - Na py­za­tej twa­rzy Sa­wic­kie­go za­go­ścił prze­wrot­ny uśmie­szek.

- A może bym ci ją tak na łeb wy­lał? Co ty na to? - od­ciął się Aleks jak zwy­kle, gdy ktoś wy­ga­dy­wał ta­kie rze­czy.

Sha­ki­ra to był "służ­bo­wy" pseu­do­nim Anki Stec. Nikt nie mó­wił o niej in­a­czej, choć po­do­bień­stwo do słyn­nej wo­ka­list­ki nie było szcze­gól­nie ude­rza­ją­ce. Wła­ści­wie poza bu­rzą nie­sfor­nych blond lo­ków nie wi­dać było żad­nych wspól­nych punk­tów, ale ni­ko­mu to nie prze­szka­dza­ło, po pro­stu prze­zwi­sko przy­lgnę­ło do niej, i już. Poza tym Anka była ład­ną dziew­czy­ną, więc nikt nie pro­te­sto­wał, a naj­mniej sama za­in­te­re­so­wa­na.

Ko­cha­ła się w Alek­sie na za­bój. Wie­dział o tym cały od­dział, a dla mę­skiej jego czę­ści był to dy­żur­ny te­mat żar­tów, cho­ciaż wszy­scy sta­ra­li się, jak mo­gli, żeby nie spra­wić dziew­czy­nie przy­kro­ści ja­kąś nie­sto­sow­ną uwa­gą.

Je­że­li jed­nak ko­mu­kol­wiek te żar­ty spra­wia­ły przy­krość, to tyl­ko Alek­so­wi, choć nig­dy tego nie oka­zy­wał. Nie mógł po­zbie­rać się po roz­wo­dzie, i mimo że mi­nę­ły już pra­wie trzy lata, to nig­dy tak do koń­ca nie po­go­dził się z tym, że już nie ma ro­dzi­ny. Nie tę­sk­nił za Ewą, miał bar­dzo do­bry kon­takt z cór­ką Ma­ry­sią, uko­cha­ną je­dy­nacz­ką, ale nie mógł się przy­zwy­cza­ić do miesz­ka­nia w po­je­dyn­kę, do sa­mot­nych wie­czo­rów z książ­ką, i w ogó­le nie wy­obra­żał so­bie, że mógł­by za­cząć wszyst­ko od nowa z inną ko­bie­tą, z inną ro­dzi­ną. Dziw­ne, ma do­pie­ro trzy­dzie­ści sześć lat, po­win­no być ła­two. A nie jest.

Chłop­cy mie­li na­praw­dę do­bre za­mia­ry. To taka te­ra­pia gru­po­wa, jak tłu­ma­czy­li: je­że­li gru­pa coś in­ten­syw­nie wtła­cza jed­no­st­ce do gło­wy, jed­nost­ka w koń­cu przyj­mu­je to do wia­do­mo­ści i za­czy­na wie­rzyć. W tym przy­pad­ku jed­nost­ka mia­ła uwie­rzyć, że ży­cie po roz­wo­dzie jest w po­rząd­ku. A nie było. Wszy­scy wy­obra­ża­li so­bie, że Aleks znaj­dzie uko­je­nie w ra­mio­nach Anki, ale cóż... Anka była do­brą dziew­czy­ną, uczyn­ną i miłą. I na tym dla Alek­sa li­sta jej za­let się koń­czy­ła.

Od­wró­cił się szyb­ko, żeby Sa­wic­ki nie za­uwa­żył smut­ku w jego oczach. Nie był to dzień wy­słu­chi­wa­nia żar­ci­ków i do­brych rad. Zresz­tą w taki bez­na­dziej­ny li­sto­pa­do­wy wie­czór nie ma śmiesz­nych żar­tów i do­brych rad. Wszyst­kie są mniej lub bar­dziej do bani.

Nie ode­zwał się więc i ener­gicz­nym kro­kiem wy­szedł na ko­ry­tarz.

? ? ?

W ga­bi­ne­cie za­bie­go­wym cze­ka­ła mło­da za­dba­na ko­bie­ta, ubra­na w mo­kry sza­ry płaszcz. W ręku ści­ska­ła weł­nia­ną czap­kę. Nie wy­glą­da­ła na prze­stra­szo­ną, była ra­czej zdez­o­rien­to­wa­na, jak każ­dy, kto nie­ocze­ki­wa­nie znaj­dzie się w szpi­ta­lu. To za­wsze wi­dać - czło­wiek wy­glą­da wte­dy tro­chę tak, jak­by przy­był z in­ne­go wy­mia­ru, nie jest zwy­czaj­nie zde­ner­wo­wa­ny, jest za­gu­bio­ny i nie­pew­ny. Cał­ko­wi­cie zda­je się na le­ka­rza - przy­najm­niej na po­cząt­ku.

- Dzień do­bry. Co się sta­ło? - za­py­tał Aleks spo­koj­nym, cie­płym gło­sem.

Ko­bie­ta po­da­ła mu skie­ro­wa­nie z po­go­to­wia ra­tun­ko­we­go i sza­rą ko­per­tę ze zdję­ciem rent­ge­now­skim. Na skie­ro­wa­niu była krót­ka ad­no­ta­cja: Cor­pus alie­num oeso­pha­gi - "cia­ło obce w prze­ły­ku" - pie­cząt­ka le­ka­rza i mały hie­ro­gli­ficz­ny pod­pis.

- Za­krztu­sił się pod­czas je­dze­nia, pa­nie dok­to­rze, a póź­niej cią­gle po­wta­rzał, że go boli - wy­ja­śni­ła ko­bie­ta i wska­za­ła sie­dzą­ce­go na ko­zet­ce chłop­ca. Ma­lec, wy­glą­da­ją­cy na mniej wię­cej pięć lat, wtu­lał się w płaszcz mat­ki. Zer­kał na boki i spra­wiał wra­że­nie ra­czej za­in­te­re­so­wa­ne­go nie­co­dzien­nym oto­cze­niem niż prze­stra­szo­ne­go.

Aleks po­chy­lił się i po­gła­skał go po gło­wie.

- Jak masz na imię? - za­py­tał.

- Pio­truś - od­par­ło dziec­ko re­zo­lut­nie.

- A przy­pad­kiem nie Piotr? - Aleks wie­dział, że war­to zdo­być za­ufa­nie dziec­ka i te­raz jest na to naj­lep­szy mo­ment.

- Nie, Pio­truś - pa­dła zde­cy­do­wa­na od­po­wiedź.

- No do­brze, to po­wiedz mi, Pio­tru­siu, kim zo­sta­niesz, gdy bę­dziesz duży?

- Już je­stem duży - po­wie­dział szkrab bez wa­ha­nia.

To prak­tycz­nie koń­czy­ło roz­mo­wę; ma­lec dał do zro­zu­mie­nia, że nie da się na­brać na ta­nie za­gryw­ki.

Aleks lu­bił le­czyć dzie­ci, choć poza dy­żu­ra­mi i przy­chod­nią spe­cja­li­stycz­ną dwa razy w ty­go­dniu rzad­ko mie­wał z nimi kon­takt. Za­raz po sta­żu, któ­ry od­był czę­ścio­wo na od­dzia­le dzie­cię­cym, na sta­łe za­do­mo­wił się na od­dzia­le mę­skim, któ­ry mógł tak na­praw­dę no­sić na­zwę on­ko­lo­gicz­ne­go, bo był w prze­wa­ża­ją­cej i prze­ra­ża­ją­cej więk­szo­ści miej­scem le­cze­nia przy­pad­ków no­wo­two­ro­wych. Dla­te­go le­cze­nie dzie­ci było dla Alek­sa od­skocz­nią od po­nu­rych aspek­tów "do­ro­słej" me­dy­cy­ny.

Wziął z rąk mat­ki ko­per­tę, wy­jął z niej zdję­cie rent­ge­now­skie i usta­wił pod świa­tło.

Na tle nor­mal­nie za­ry­so­wa­ne­go prze­ły­ku wid­nia­ła nie­wiel­ka bia­ła­wa plam­ka o nie­re­gu­lar­nym kształ­cie. Dość ty­po­we za­cie­nie­nie wska­zy­wa­ło praw­do­po­dob­nie na kość ob­le­pio­ną reszt­ka­mi je­dze­nia.

- Co to było, kur­czak? - spy­tał Aleks, od­wra­ca­jąc się do mat­ki.

- Tak, ugo­to­wa­łam zupę ja­rzy­no­wą, pa­nie dok­to­rze, zo­sta­wi­łam tro­chę kur­czacz­ka, mu­sia­łam ja­kiejś kost­ki nie za­uwa­żyć - tłu­ma­czy­ła się ko­bie­ta. Gdy dzie­ciom dzie­je się coś złe­go, cza­sem przez zu­peł­ny przy­pa­dek, mat­ki czę­sto ob­wi­nia­ją sie­bie. Aleks wi­dział to wie­le razy. Nie ob­wi­nia­ły się tyl­ko te, któ­re na­praw­dę mia­ły coś na su­mie­niu.

- To się zda­rza - uspo­ko­ił ją. - Na­wet pani nie wie, co dzie­cia­ki po­tra­fią po­łknąć - do­dał z uśmie­chem. - Do­ro­sły by nie mógł, a dziec­ko jak naj­bar­dziej.

Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się lek­ko, ale w oczach mia­ła łzy.

- Pro­szę się nie mar­twić, usu­nie­my to - za­pew­nił ją Aleks.

- Pa­nie dok­to­rze, czy to... ko­niecz­ne?

- Nie­ste­ty, tak. Kość za­kli­no­wa­ła się w prze­ły­ku i sama się nie roz­pu­ści. Je­że­li ją zo­sta­wi­my, za­cznie się roz­kła­dać i wy­wo­ła pro­ces za­pal­ny w swo­im oto­cze­niu, a jesz­cze, nie daj Boże, ja­kimś ostrym kan­ci­kiem spo­wo­du­je ska­le­cze­nie i bę­dzie kło­pot. Ko­niecz­nie trze­ba ją usu­nąć, ale nie ma się czym nie­po­ko­ić, za­bieg jest ba­nal­nie pro­sty, po­trwa za­le­d­wie kil­ka mi­nut.

Aleks wie­dział, że je­że­li do­kład­nie wy­tłu­ma­czy ko­bie­cie sy­tu­ację, strach nie mi­nie, ale sta­nie się ra­cjo­nal­ny. I o to cho­dzi. To nie tyl­ko kwe­stia ludz­kie­go po­dej­ścia do pa­cjen­ta - po­trze­bo­wał jej pi­sem­nej zgo­dy na za­bieg.

- Bę­dzie go bo­la­ło?

- Nie, spo­koj­nie, to jest za­bieg w znie­czu­le­niu ogól­nym, Pio­truś ni­cze­go nie po­czu­je.

Ko­bie­cie wy­raź­nie ulży­ło. Pu­ści­ła rękę syn­ka, wy­ję­ła z to­reb­ki chu­s­tecz­kę hi­gie­nicz­ną i otar­ła łzy.

- No, przy­ja­cie­lu, pora się zdrzem­nąć - Aleks zwró­cił się we­so­ło do chłop­ca.

- Nie je­stem śpią­cy. - Trze­ba przy­znać, że mło­dziak na­le­żał do kon­kret­nych i dziel­nych za­wod­ni­ków. Jego mama była o wie­le bar­dziej prze­ra­żo­na niż on, choć to prze­cież jemu mia­no za chwi­lę wło­żyć do gar­dła kil­ku­dzie­się­cio­cen­ty­me­tro­wą rur­kę. - Le­ża­ko­wa­łem w przed­szko­lu. No i nie oglą­da­łem jesz­cze do­bra­noc­ki. A za­wsze oglą­dam.

- No, na to aku­rat mo­że­my coś po­ra­dzić. A tak na­praw­dę to jest taka za­mia­na.

- Jaka za­mia­na? - za­cie­ka­wił się chłop­czyk.

- No wła­śnie, za­mia­na - cią­gnął Aleks. - Te­raz tro­chę po­śpisz, za to po po­wro­cie do domu spa­nie bę­dzie za­li­czo­ne i bę­dziesz mógł przez cały wie­czór oglą­dać baj­ki.

Ta per­spek­ty­wa zde­cy­do­wa­nie bar­dziej ucie­szy­ła mamę.

- To zna­czy, że bę­dzie­my mo­gli po­tem wró­cić do domu? - za­py­ta­ła.

- Tak. Po­cze­ka­cie ja­kiś czas w po­ko­ju ob­ser­wa­cyj­nym, ale nie ma pod­staw do za­trzy­my­wa­nia dziec­ka w szpi­ta­lu.

Mat­ka wy­raź­nie się od­prę­ży­ła.

Trze­ba za­bie­rać się do ro­bo­ty. Aleks ru­szył do drzwi, żeby wy­dać dys­po­zy­cje pie­lę­gniar­kom, ale coś so­bie przy­po­mniał i się od­wró­cił.

- Aha, bę­dzie po­trzeb­ny pani pod­pis, zgo­da na za­bieg.

- Oczy­wi­ście, pa­nie dok­to­rze.

- Dzię­ku­ję. Sio­stra Ania się pań­stwem zaj­mie, do zo­ba­cze­nia.

Aleks wy­szedł na ko­ry­tarz.

- Pani Aniu, ezo­fa­go­sko­pia. Pro­szę wszyst­ko przy­go­to­wać i za­dzwo­nić po ane­ste­zjo­lo­ga, je­stem u sie­bie - rzu­cił do wy­chy­la­ją­cej się z dy­żur­ki pie­lę­gniar­ki.

- Do­brze, dok­to­rze, robi się. - Dziew­czy­na po­sła­ła mu uro­czy uśmiech.

Aleks od­wró­cił się i wol­nym kro­kiem po­szedł w stro­nę po­ko­ju le­kar­skie­go, za­sta­na­wia­jąc się, dla­cze­go pie­lę­gniar­ki tak go lu­bią.

Te­raz pora na kawę. O ko­la­cji moż­na chwi­lo­wo za­po­mnieć, ale tym zbyt­nio się nie przej­mo­wał. Nie cier­piał szpi­tal­ne­go żar­cia.

? ? ?

- No i co tam? - Sa­wic­ki nadal sie­dział, a wła­ści­wie pół­le­żał w fo­te­lu. Kawa cze­ka­ła na sto­li­ku, jesz­cze go­rą­ca, a na ekra­nie te­le­wi­zo­ra roz­mo­wy o po­li­ty­ce za­stą­pi­ły ko­lej­ne roz­mo­wy o po­li­ty­ce. Woj­tek nie wy­glą­dał na zbyt­nio za­in­te­re­so­wa­ne­go. Po­dob­nie zresz­tą jak sy­tu­acją w ga­bi­ne­cie za­bie­go­wym. Py­ta­nie było ra­czej zwy­cza­jo­we.

- Ezo­fa­go­sko­pia - od­rzekł Aleks. - Wiesz może, kto dzi­siaj znie­czu­la? - W za­leż­no­ści od ane­ste­zjo­lo­ga moż­na było okre­ślić, czy za­bieg zo­sta­nie prze­pro­wa­dzo­ny za dwa­dzie­ścia mi­nut, czy za pół­to­rej go­dzi­ny. Nie­któ­rzy ko­le­dzy z Od­dzia­łu In­ten­syw­nej Opie­ki Me­dycz­nej przy­cho­dzi­li od razu, gdy zo­sta­li we­zwa­ni na blok ope­ra­cyj­ny, inni spo­koj­nie koń­czy­li kawę, obiad albo po­ga­węd­kę z ko­le­ga­mi, oczy­wi­ście je­że­li nie cho­dzi­ło o ra­to­wa­nie ży­cia.

- Chy­ba Za­dym­ka. Wi­dzia­łem go rano na par­kin­gu - mruk­nął nie­wy­raź­nie Sa­wic­ki, bo chy­ba przy­snął w fo­te­lu.

Ro­bert "Za­dym­ka" Ku­ja­wiak dum­nie no­sił swój przy­do­mek. Nie mo­gło być in­a­czej, bo od kil­ku lat był re­gio­nal­nym prze­wod­ni­czą­cym Związ­ku Za­wo­do­we­go Le­ka­rzy i wsła­wił się twar­dy­mi, a czę­sto agre­syw­ny­mi ne­go­cja­cja­mi z przed­sta­wi­cie­la­mi ad­mi­ni­stra­cji rzą­do­wej w spra­wie pod­wy­żek płac w służ­bie zdro­wia. Mó­wio­no, że gdy­by to od nie­go za­le­ża­ło, le­ka­rze straj­ko­wa­li­by trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć dni w roku. A i nie­je­den już mi­ni­ster zdro­wia zo­stał­by pew­nie ze­sła­ny do ka­mie­nio­ło­mów z wie­lo­let­nim wy­ro­kiem. Wi­ze­ru­nek związ­ko­we­go twar­dzie­la nie zjed­ny­wał Ku­ja­wia­ko­wi przy­ja­ciół, ale każ­dy, kto go znał, wie­dział, że jest do­sko­na­łym ane­ste­zjo­lo­giem. Co do tego wszy­scy byli zgod­ni.

Nie ka­zał na sie­bie dłu­go cze­kać i już po nie­speł­na pół go­dzi­nie w dy­żur­ce dał się sły­szeć jego tu­bal­ny ba­ry­ton:

- Halo, halo, jest tam kto?!

Dy­żur­ka na la­ryn­go­lo­gii była urzą­dzo­na w dość spe­cy­ficz­ny spo­sób. Otóż wcho­dzą­cy nie wi­dział, co dzie­je się w po­ko­ju. Drzwi od resz­ty po­miesz­cze­nia od­gra­dza­ła usta­wio­na w po­przek sza­fa na ubra­nia. Naj­pierw trze­ba było przejść wzdłuż niej i do­pie­ro po­tem wi­dać było, kto jest w po­ko­ju i co robi. Wy­god­ne.

- Są dwie cy­ca­te blon­dyn­ki. A kto pyta? - rzu­cił Sa­wic­ki.

- Nel­son Man­de­la, oczy­wi­ście. - Zza sza­fy wy­ło­ni­ła się nie­na­gan­na spor­to­wa syl­wet­ka ane­ste­zjo­lo­ga. Uści­snę­li so­bie dło­nie. - Lecę na ope­ra­cyj­ną, wpa­dłem się tyl­ko przy­wi­tać. Co sły­chać u pa­nów dok­to­rów? Ga­bi­ne­ci­ki pry­wat­ne pro­spe­ru­ją? - La­ryn­go­lo­dzy wie­dzie­li, że to żart z pod­tek­stem. Krą­ży­ły le­gen­dy o tym, ile za­ra­bia­ją gi­ne­ko­lo­dzy na nie­le­gal­nych skro­ban­kach i la­ryn­go­lo­dzy na pry­wat­nym le­cze­niu drob­nych scho­rzeń mig­dał­ków u bo­ga­tych star­szych pań.

- Bida z nę­dzą. Trze­ba się nie­źle na­mor­do­wać, żeby mar­ne sto ty­sia­ków mie­sięcz­nie wy­cią­gnąć - od­pa­ro­wał bez­czel­nie Aleks.

- Do­bra, pa­no­wie, do ro­bo­ty, bo wie­czo­rem jest Lot nad ku­kuł­czym gniaz­dem na Dwój­ce. Uwiel­biam ten film.

- Wi­dzia­łem z osiem razy. Do­bra, za­raz się zbie­ra­my. - Sa­wic­ki wstał cięż­ko z fo­te­la i za­czął szu­kać cze­goś w szaf­ce z do­ku­men­ta­mi. Ku­ja­wiak wy­szedł znie­czu­lać.

? ? ?

Gdy Aleks i Woj­tek we­szli na blok ope­ra­cyj­ny, chło­piec już spał. Był przy nim Ku­ja­wiak, któ­ry re­gu­lo­wał urzą­dze­nia nad­zo­ru­ją­ce ci­śnie­nie i inne pa­ra­me­try gazu i ob­ser­wo­wał po­ja­wia­ją­ce się na zie­lo­nych ekra­nach cy­fer­ki sy­gna­li­zu­ją­ce pra­wi­dło­wość funk­cji ży­cio­wych znie­czu­la­ne­go pa­cjen­ta.

Ewa Mel­cer, dy­żur­na in­stru­men­ta­riusz­ka, ubra­na w zie­lo­ną blu­zę i spodnie, w rę­ka­wicz­kach, czep­ku i z ma­ską na twa­rzy, sta­ła przy sto­li­ku na­rzę­dzio­wym, spraw­dza­jąc po raz nie wia­do­mo któ­ry ide­al­ne uło­że­nie ste­ryl­ne­go ze­sta­wu do ezo­fa­go­sko­pii.

Aleks pod­szedł do sto­łu i za­jął miej­sce za gło­wą dziec­ka. Sa­wic­ki sta­nął po jego pra­wej stro­nie, nie­co z tyłu, żeby nie prze­szka­dzać in­stru­men­ta­riusz­ce w po­da­wa­niu na­rzę­dzi. Nie­wiel­kie­go roz­mia­ru rur­ka ezo­fa­go­sko­po­wa roz­po­czę­ła po­wol­ną wę­drów­kę. Prze­łyk pię­cio­let­nie­go dziec­ka jest wą­ski i wpro­wa­dze­nie do nie­go na­wet bar­dzo cien­kiej rur­ki jest nie lada sztu­ką. Żeby co­kol­wiek zo­ba­czyć, na­le­ży go roz­sze­rzyć, ale nie­zbyt moc­no, uni­ka­jąc przy tym ja­kich­kol­wiek gwał­tow­niej­szych ru­chów, któ­re mo­gły­by do­pro­wa­dzić do ro­ze­rwa­nia sprę­ży­stej, ale bar­dzo de­li­kat­nej ścia­ny na­rzą­du. Aleks prze­su­wał rur­kę po­wo­li i ostroż­nie. Prze­pro­wa­dził ją przez gar­dło, póź­niej po­ko­nał lek­ki opór u wej­ścia do prze­ły­ku. Jesz­cze tro­chę, jesz­cze ka­wa­łek... Aleks pa­mię­tał mniej wię­cej po­ło­że­nie cia­ła ob­ce­go, któ­re wi­dział na zdję­ciu. Jesz­cze parę mi­li­me­trów. wresz­cie jego oczom uka­za­ła się prze­szko­da. Prak­tycz­nie całe świa­tło prze­ły­ku zaj­mo­wał nie­po­gry­zio­ny ka­wa­łek mię­sa, nie­znacz­nie po­ły­sku­ją­cy, usta­wio­ny w po­przek. Nie był duży, pro­blem sta­no­wi­ło ra­czej jego po­ło­że­nie. W środ­ku znaj­do­wa­ła się praw­do­po­dob­nie kost­ka, któ­ra opar­ła się o bocz­ne ścian­ki, co unie­moż­li­wi­ło jej po­łknię­cie. Od dołu prze­świ­ty­wał, jak­by przy­kle­jo­ny do głów­nej masy, spo­ry ka­wa­łek mar­chew­ki. Aleks uznał, że wy­star­czy ob­ró­cić kost­kę o dzie­więć­dzie­siąt stop­ni, usta­wić wzdłuż prze­ły­ku, a bę­dzie do­brze wi­docz­na i ła­twa do wy­cią­gnię­cia.

- Sztan­ca - rzu­cił, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od wą­ziut­kie­go, le­d­wo wi­docz­ne­go pola ope­ra­cyj­ne­go.

Wy­cią­gnął pra­wą rękę do in­stru­men­ta­riusz­ki. Po se­kun­dzie o wnę­trze jego dło­ni ude­rzy­ły dłu­gie szczyp­czy­ki. Ostroż­nie wpro­wa­dził je w świa­tło ezo­fa­go­sko­pu. Była to czyn­ność na po­gra­ni­czu ekwi­li­bry­sty­ki, bo wi­docz­ność, na­wet w zu­peł­nie pu­stej ru­rze, była pra­wie ze­ro­wa. Sztan­ca ze szczyp­ca­mi wę­dro­wa­ła w dół, wie­dzio­na bar­dziej wy­czu­ciem Alek­sa niż jego wzro­kiem. Za­ci­snął uchwyt po­dob­ny do oczek ma­łych no­ży­czek. Ni­cze­go nie chwy­ci­ły. Jesz­cze raz. Tym ra­zem po­czuł opór. Uda­ło się uchwy­cić brzeg kost­ki ob­le­pio­nej mię­sem.

- Mam tę dziw­kę - mruk­nął.

- Da­waj, po­wo­li... - Sa­wic­ki za­glą­dał mu przez ra­mię. Ni­cze­go nie wi­dział, ale był bli­sko, go­tów w ra­zie cze­go przy­trzy­mać któ­reś z na­rzę­dzi.

Wy­da­wa­ło się jed­nak, że Aleks pew­nie chwy­cił "za­wa­li­dro­gę". Po­wo­li za­czął prze­su­wać trzy­ma­ną w szczyp­cach kost­kę w górę prze­ły­ku. Po­ma­lut­ku, sta­ra­jąc się nie do­pu­ścić do mi­ni­mal­ne­go na­wet od­chy­le­nia na boki, mi­li­metr po mi­li­me­trze wy­cią­gał kost­kę. Już pra­wie... już wła­ści­wie była na ze­wnątrz...

I wte­dy sta­ło się!

Aleks przez cały czas trzy­mał szczyp­ca­mi mię­so z kost­ką w środ­ku, jed­nak ode­rwał się od nie­go ka­wa­łek mar­chew­ki. Sil­niej­sze po­cią­gnię­cie spra­wi­ło, że się od­kle­ił. Nie by­ło­by w tym nic strasz­ne­go, gdy­by mar­chew­ka po­zo­sta­ła w prze­ły­ku. Praw­do­po­dob­nie nie trze­ba by jej było wy­cią­gać, chłop­czyk po­łknął­by ją po pro­stu po prze­bu­dze­niu. Spa­dła jed­nak w naj­bar­dziej nie­od­po­wied­nie miej­sce, ja­kie moż­na było so­bie wy­obra­zić...

- Tcha­wi­ca! - krzyk­nął Aleks. Dla wszyst­kich sta­ło się ja­sne, że pro­sty za­bieg za­mie­nił się w wal­kę o ży­cie.

Tego nikt się nie spo­dzie­wał.

- Spo­koj­nie. Wy­cią­gniesz. - Sa­wic­ki od­su­nął się i za­marł w ocze­ki­wa­niu. Te­raz rze­czy­wi­ście spo­kój był chy­ba naj­cen­niej­szą rze­czą.

- Nie od­dy­cha - stwier­dził Ku­ja­wiak rów­nie spo­koj­nie, lecz sta­now­czo. - Masz mało cza­su.

- La­ryn­go­skop! - rzu­cił Aleks do in­stru­men­ta­riusz­ki. Za­czął się po­cić. Na jego far­tu­chu pod pa­cha­mi po­ja­wi­ły się ciem­ne pla­my.

Rura ezo­fa­go­sko­po­wa była już na ze­wnątrz, zu­peł­nie nie­przy­dat­na. Aleks w pra­wej ręce trzy­mał szczyp­ce, a lewą chwy­cił la­ryn­go­skop i pod­wa­żył ję­zyk.

- Gdzie ona jest? - mam­ro­tał zde­ner­wo­wa­ny. - Gdzie jest, kur­wa, ta je­ba­na mar­chew­ka?! - Czas mi­jał nie­ubła­ga­nie. Dziec­ku zo­sta­ły już tyl­ko se­kun­dy ży­cia.

- Re­ani­ma­cja! - za­rzą­dził Ku­ja­wiak i rzu­cił się, by roz­po­cząć ma­saż ser­ca. Za­wa­dził przy tym nogą o sto­łek sto­ją­cy przy apa­ra­tu­rze, któ­ry zwy­kle słu­żył ane­ste­zjo­lo­go­wi do sie­dze­nia pod­czas dłu­gich za­bie­gów. Ku­ja­wiak kop­nął go tak moc­no, że sto­lik ude­rzył w sto­ją­cą w rogu szaf­kę z le­ka­mi. Roz­legł się brzęk tłu­czo­ne­go szkła, stal za­dzwo­ni­ła o ka­fel­ki. To wszyst­ko jak­by wy­rwa­ło Sa­wic­kie­go z odrę­twie­nia. W jego ręku nie wia­do­mo skąd po­ja­wił się skal­pel.

- Tra­che­oto­mia! Aleks, puść mnie, na­ci­nam!

Na­cię­cie tcha­wi­cy po­ni­żej miej­sca za­tka­nia da­ło­by moż­li­wość wpro­wa­dze­nia po­wie­trza do ukła­du od­de­cho­we­go.

- Po­cze­kaj, kur­wa, nie wiesz, jak głę­bo­ko spa­dło - po­wie­dział Aleks. I to był wła­śnie pro­blem. Tra­che­oto­mia, nie dość, że kar­ko­łom­na w tych wa­run­kach, nie da­wa­ła gwa­ran­cji po­wo­dze­nia. - Daj mi kil­ka se­kund.

- Tra­ci­my go. - Szyb­kość ru­chów Ku­ja­wia­ka kon­tra­sto­wa­ła z jego spo­koj­nym gło­sem. Aleks wie­dział, że jest to spo­kój po­zor­ny, ale wie­dział rów­nież, że na sali ope­ra­cyj­nej nie ma nic gor­sze­go niż spa­ni­ko­wa­ny ane­ste­zjo­log. Ro­bert to do­sko­na­ły fa­cho­wiec.

Aleks wpro­wa­dził szczyp­ce przez krtań do tcha­wi­cy. Mi­nę­ło może pięć, może sie­dem se­kund, ale wy­da­wa­ło mu się, że trwa to całe go­dzi­ny, jak­by po­ru­szał się w zwol­nio­nym tem­pie.

- Mam! - sap­nął w koń­cu i uła­mek se­kun­dy póź­niej cały ka­wa­łek mar­chew­ki, jak­by wy­strze­lo­ny z pro­cy, wy­le­ciał z buzi dziec­ka. Ku­ja­wiak, nie cze­ka­jąc ani chwi­li, na­tych­miast za­czął wen­ty­lo­wać ma­łe­go pa­cjen­ta.

- Uda­ło się. Mamy go - po­wie­dział po chwi­li.

Ewa Mel­cer, bla­da jak ścia­na, klap­nę­ła na sto­łek i ode­tchnę­ła głę­bo­ko. Sa­wic­ki starł tyl­ko z czo­ła kro­pel­ki potu. Przez cały czas ści­skał w ręku skal­pel, jak­by szy­ko­wał się do za­da­nia cio­su. Ku­ja­wiak nadal re­gu­lo­wał coś na urzą­dze­niach mo­ni­to­ru­ją­cych.

Nikt nic nie mó­wił.

Alek­so­wi krę­ci­ło się w gło­wie. Mu­siał wyjść. Jak naj­szyb­ciej. Jak naj­da­lej.

Otwo­rzył drzwi i wy­padł na ko­ry­tarz. Pod­szedł do ścia­ny, chcąc się o nią oprzeć, i wte­dy za­uwa­żył mat­kę chłop­ca. Zu­peł­nie o niej za­po­mniał. Szła w jego stro­nę. W oczach mia­ła na­dzie­ję - Aleks tak czę­sto wi­dział ją w oczach lu­dzi, któ­rych bli­scy byli ope­ro­wa­ni. Oni po pro­stu nie do­pusz­cza­li do sie­bie my­śli, że mogą usły­szeć złe wia­do­mo­ści.

W ułam­ku se­kun­dy przez jego gło­wę prze­wi­nę­ła się naj­pierw cała ope­ra­cja, a póź­niej po­ja­wi­ła się nie­okre­ślo­na, ale nie­mal fi­zycz­nie bo­le­sna świa­do­mość, że jesz­cze kil­ka se­kund i trze­ba by­ło­by ko­bie­cie, któ­ra za­le­d­wie parę go­dzin temu ba­wi­ła się ze swo­im dziec­kiem, a po­tem przy­wio­zła je na ba­nal­ny za­bieg, wy­tłu­ma­czyć, że sta­ła się naj­strasz­liw­sza rzecz, jaką tyl­ko moż­na so­bie wy­obra­zić.

Aleks ogrom­nym wy­sił­kiem woli zmu­sił się do przy­wo­ła­nia na twarz gry­ma­su, któ­ry, miał na­dzie­ję, choć tro­chę przy­po­mi­na uśmiech.

- W po­rząd­ku. Już po wszyst­kim - zdo­łał wy­krztu­sić. Na twa­rzy ko­bie­ty od­ma­lo­wa­ła się ulga, ale on nie był w sta­nie z nią roz­ma­wiać.

Od­wró­cił się i po­biegł do dy­żur­ki.

Za­trza­snął za sobą drzwi, po­chy­lił się nad umy­wal­ką i zwy­mio­to­wał.

Pu­ścił wodę, pod­niósł gło­wę i spoj­rzał na swo­je od­bi­cie w lu­strze. Jego twarz była tru­pio bla­da.

- O kur­wa - za­klął ci­cho.

Roz­dział 2

Ci­szę zi­mo­we­go po­ran­ka roz­darł pisk bu­dzi­ka.

Aleks nie­chęt­nie otwo­rzył oczy i po omac­ku roz­po­czął po­szu­ki­wa­nie źró­dła tego upior­ne­go dźwię­ku. W koń­cu na­krył ręką te­le­fon ko­mór­ko­wy i po kil­ku nie­uda­nych pró­bach uda­ło mu się na­ci­snąć od­po­wied­ni kla­wisz. Wziął apa­rat do ręki i spoj­rzał na wy­świe­tlacz: szó­sta trzy­dzie­ści. Wstał i pod­szedł do okna. Na dwo­rze było jesz­cze zu­peł­nie ciem­no i pró­szył drob­ny śnieg. Ter­mo­metr wska­zy­wał zero. Kosz­mar. Po­wo­li po­czła­pał do ła­zien­ki.

Go­le­nie, szyb­ki prysz­nic i po dwu­dzie­stu mi­nu­tach zbie­gał w dre­sie z dru­gie­go pię­tra, go­to­wy do po­ran­ne­go jog­gin­gu.

Nie cier­piał bie­gać. Wła­ści­wie gdy­by ktoś go za­py­tał, dla­cze­go co­dzien­nie z re­gu­lar­no­ścią szwaj­car­skie­go ze­gar­ka roz­po­czy­na po­ran­ny trucht, ka­tu­jąc się w ten spo­sób za­wsze przez do­kład­nie dwa­dzie­ścia pięć mi­nut, nie mógł­by udzie­lić lo­gicz­nej od­po­wie­dzi. Nig­dy nie miał pro­ble­mów z nad­wa­gą, był zdrów jak ryba i nie dbał o syl­wet­kę czy stan zdro­wia. Wma­wiał so­bie jed­nak, że tak na­le­ży, że tak jest zdro­wo. Ła­pał się w po­trzask prze­ko­nań, któ­re sam so­bie na­rzu­cał.

Całe jego ży­cie było udo­wad­nia­niem, że po­tra­fi. Komu? Z tym to róż­nie by­wa­ło. Na po­cząt­ku na pew­no ro­dzi­com, a naj­bar­dziej chy­ba ojcu.

Aleks po­cho­dził z tak zwa­nej do­brej ro­dzi­ny. Oczy­wi­ście le­kar­skiej. Nikt wła­ści­wie nie wie, dla­cze­go dzie­ci le­ka­rzy naj­czę­ściej zo­sta­ją le­ka­rza­mi, ale tak po pro­stu jest i chy­ba za­wsze bę­dzie. Aleks nie od­bie­gał od ste­reo­ty­pu, cho­ciaż nig­dy nie był chło­pa­kiem ste­reo­ty­po­wym. W li­ceum pi­sał wier­sze i sztu­ki dla ama­tor­skie­go te­atru, ko­chał mu­zy­kę, grał zresz­tą pra­wie na wszyst­kim, co wziął do ręki, mimo że jego edu­ka­cja mu­zycz­na ogra­ni­czy­ła się do kil­ku lat pry­wat­nych lek­cji gry na for­te­pia­nie. Po­tem, już na stu­diach, śpie­wał w ze­spo­le roc­ko­wym o za­bój­czej na­zwie Me­di­po­wer, zresz­tą bar­dzo lu­bia­nym i po­pu­lar­nym w krę­gach uczel­nia­nych. Sło­wem, za­wsze sta­rał się wy­róż­niać z tłu­mu. Po ma­tu­rze my­ślał o pra­wie, a może o szko­le ak­tor­skiej, a jed­nak skoń­czył na me­dy­cy­nie. Dla­cze­go? Może dla­te­go, że chciał po­ka­zać, iż po­tra­fi? Ale komu? Ojcu czy so­bie?

Było pięt­na­stu kan­dy­da­tów na jed­no miej­sce, a on do­stał się oczy­wi­ście za pierw­szym po­dej­ściem. Kie­dy był star­szy, też szu­kał wy­zwań. Co­raz mniej ob­cho­dzi­ły go opi­nie in­nych, co­raz czę­ściej mu­siał udo­wad­niać sam so­bie, że po­tra­fi, że wy­gra, że znów bę­dzie naj­lep­szy. Sta­rał się nie oka­zy­wać sła­bo­ści, pra­wie za­wsze uśmiech­nię­ty, spra­wiał wra­że­nie czło­wie­ka, któ­re­mu wszyst­ko się uda­je.

Z mał­żeń­stwem było tak samo. Ewę po­znał na stu­diach, w dys­ko­te­ce, pod­czas jed­ne­go z wa­riac­kich wie­czo­rów, ja­kie urzą­dza­li z kum­pla­mi z roku. Naj­pierw była tak zwa­na pre­me­dy­ka­cja, ter­min jak naj­bar­dziej fa­cho­wy, ozna­cza­ją­cy wstęp­ne znie­czu­le­nie - pili przez dwie, trzy go­dzi­ny w domu albo w pu­bie, po czym roz­po­czy­na­li rajd po knaj­pach i za­wo­dy, kto wy­rwie naj­faj­niej­szą dziew­czy­nę. Aleks miesz­kał jesz­cze wte­dy z ro­dzi­ca­mi i cza­sem wra­cał do domu nad ra­nem, a cza­sem wca­le. Szedł pro­sto na za­ję­cia, przy­sy­pia­jąc póź­niej gdzieś w ką­cie.

Ewkę na po­cząt­ku po­trak­to­wał jak za­da­nie. Była ślicz­na, wy­so­ka, smu­kła. Sta­ła opar­ta o bar, za­my­ślo­na, nie­przy­stęp­na, po­pi­ja­ła colę i pa­trzy­ła na tań­czą­cych lu­dzi. Ko­le­dzy nie wie­rzy­li, że mu się uda, spe­cjal­nie go pod­pusz­cza­li, wie­dział o tym, ta­kie były za­sa­dy. Póź­niej wie­le razy wspo­mi­na­li z Ewą tam­ten wie­czór. Pa­mię­tał pierw­sze sło­wa, któ­re wy­po­wie­dział, kie­dy do niej pod­szedł.

- Je­że­li roz­glą­dasz się za przy­stoj­niej­szy­mi fa­ce­ta­mi, to tu­taj ta­kich nie ma. Spraw­dzi­łem.

Ro­ze­śmia­ła się. Wy­grał. Za­wsze wy­gry­wał. No, pra­wie za­wsze.

Pół roku póź­niej byli mał­żeń­stwem.

Wła­ści­wie dia­bli wie­dzą, dla­cze­go ich zwią­zek się roz­padł. Mie­li wszyst­ko, cze­go po­trze­bu­ją do szczę­ścia mło­dzi lu­dzie.

On - mło­dy am­bit­ny le­karz, ona - świe­żo upie­czo­na zdol­na praw­nicz­ka. Chcia­ło­by się po­wie­dzieć: pięk­ni, mą­drzy i bo­ga­ci. Bo­ga­ci co praw­da nie byli, ale wte­dy zbyt­nio się tym nie przej­mo­wa­li - na wszyst­ko, co waż­ne, wy­star­cza­ło.

Mi­łość. Może na nią wła­śnie za­bra­kło cza­su?

Pro­ble­my za­czę­ły się po przyj­ściu na świat Ma­ry­si. Była wspa­nia­łym dziec­kiem, nig­dy nie cho­ro­wa­ła, nie pła­ka­ła po no­cach, roz­wi­ja­ła się ide­al­nie. Aleks ko­chał ją nad ży­cie, ale chy­ba nig­dy nie po­tra­fił tak na­praw­dę od­na­leźć się w roli ojca, choć bar­dzo chciał. Ale od po­cząt­ku to­czy­ła się w jego pod­świa­do­mo­ści ja­kaś dziw­na wal­ka o wzglę­dy Ewy. Nie chciał, żeby tak było, nig­dy się do tego nie przy­znał, na­wet przed sobą, jed­nak nie po­tra­fił być na dru­gim pla­nie. Na­wet we wła­snej ro­dzi­nie. Może dla­te­go, że był je­dy­na­kiem? De­ner­wo­wa­ło go, że Ewa nie chcia­ła się ko­chać wte­dy, kie­dy on chciał. Zmę­czo­na nie­prze­spa­ny­mi no­ca­mi - bo mała mia­ła ape­tyt - zro­bi­ła się draż­li­wa. Go­dzi­na­mi ga­da­ła z ko­le­żan­ka­mi o pie­lu­chach i kup­kach. Po roku chcia­ła iść do pra­cy. To też Alek­sa de­ner­wo­wa­ło. Uwa­żał, że Ewa po­win­na dłu­żej opie­ko­wać się cór­ką. Aż wresz­cie... sam nie wie­dział, cze­go chce.

Wy­trzy­ma­li ze sobą trzy lata. Roz­wód prze­biegł spo­koj­nie. Kul­tu­ral­nie. Prze­cież obo­je po­cho­dzi­li z do­brych ro­dzin.

? ? ?

Dwa­dzie­ścia pięć mi­nut mi­nę­ło i zdy­sza­ny Aleks wbiegł na scho­dy. Otwo­rzył drzwi, zrzu­cił dres, znów krót­ki prysz­nic, i wresz­cie po­ran­na kawa. Uwiel­biał ten mo­ment. Za­czął się ko­lej­ny dzień.

Za dwa­dzie­ścia ósma wsiadł do swo­je­go peu­ge­ota 307CC. Nie miał da­le­ko do pra­cy. Za­raz po roz­wo­dzie wy­na­jął miesz­ka­nie za­le­d­wie parę ulic od szpi­ta­la, jak­by za­de­cy­do­wał, że od tego mo­men­tu to pra­ca bę­dzie wy­peł­niać jego ży­cie.

Punk­tu­al­nie o ósmej, prze­bra­ny w zie­lo­ny ope­ra­cyj­ny uni­form i na­rzu­co­ny na nie­go świe­ży bia­ły far­tuch, wkro­czył ener­gicz­nie do sali przy­jęć, go­to­wy do po­ran­nej od­pra­wy.

? ? ?

- Wi­tam pań­stwa, po­pro­szę o ra­port z dy­żu­ru. - Do­cent Ma­lak, or­dy­na­tor la­ryn­go­lo­gii w Miej­skim, od lat za­wsze za­czy­nał od­pra­wę tymi sa­my­mi sło­wa­mi.

Aleks co dzień ła­pał się na iden­tycz­nym sko­ja­rze­niu: Ma­lak wy­da­wał mu się ro­bo­tem po­wta­rza­ją­cym za­pro­gra­mo­wa­ną fra­zę. Od­li­czał za­wsze czas od mo­men­tu za­mknię­cia drzwi do chwi­li, kie­dy pad­nie ma­gicz­na for­mu­ła. Taka za­ba­wa. Wy­nik po­mię­dzy pięt­na­sto­ma a dwu­dzie­sto­ma se­kun­da­mi za­po­wia­dał do­bry dzień, po­wy­żej - kło­po­ty. Dzi­siaj było osiem­na­ście. Nie­źle.

Krzy­siek Olko, pierw­szy dy­żur­ny z ostat­niej nocy, roz­po­czął skła­da­nie ra­por­tu. Nikt go oczy­wi­ście nie słu­chał, nie­któ­rzy jesz­cze nie do koń­ca się obu­dzi­li, ale Do­cent prze­strze­gał nie­pi­sa­nych za­sad - ra­port to była świę­tość, ab­so­lut­nie nie­odzow­ny po­czą­tek dnia.

Or­dy­na­tor od­dzia­łu musi wzbu­dzać sza­cu­nek i po­mi­mo drob­nych dzi­wactw do­cent dok­tor ha­bi­li­to­wa­ny Zbi­gniew Ma­lak taki sza­cu­nek wśród swo­ich pra­cow­ni­ków nie­wąt­pli­wie wzbu­dzał.

Nie był ła­twym czło­wie­kiem. Jego ob­se­syj­na pryn­cy­pial­ność i ma­nia­kal­ne przy­wią­zy­wa­nie wagi do po­rząd­ku by­wa­ły cza­sem de­ner­wu­ją­ce. Po­tra­fił zro­bić kar­czem­ną awan­tu­rę z po­wo­du ba­ła­ga­nu w szaf­ce z le­ka­mi w dy­żur­ce pie­lę­gnia­rek albo pa­ję­czy­ny, któ­rą do­strzegł gdzieś w za­ka­mar­kach ga­bi­ne­tu za­bie­go­we­go. Ab­sol­went Woj­sko­wej Aka­de­mii Me­dycz­nej, co sta­no­wi­ło chy­ba je­dy­ną prze­szko­dę dla daw­no już za­słu­żo­nej pro­fe­sor­skiej no­mi­na­cji w "cy­wil­nej" me­dy­cy­nie, był woj­sko­wym nie z wy­kształ­ce­nia, ale z cha­rak­te­ru. Wszyst­ko mu­sia­ło być pod li­nij­kę. Ale ci, któ­rzy pra­co­wa­li z nim dłu­żej, wie­dzie­li, że Do­cent to w grun­cie rze­czy czło­wiek o go­łę­bim ser­cu, a przede wszyst­kim szef, któ­ry za swo­ich pod­wład­nych odda ży­cie i pew­nie w ra­zie po­trze­by jesz­cze coś do­ło­ży. Nie był sym­pa­tycz­nym fa­ce­tem, ale każ­dy chciał­by mieć ko­goś ta­kie­go przy so­bie w trud­nym mo­men­cie. Poza tym był do­sko­na­łym le­ka­rzem.

Po­wo­ła­nie to coś ulot­ne­go, coś, o czym już na dru­gim roku me­dy­cy­ny na­wet się nie wspo­mi­na, bo i po co? Są eg­za­mi­ny, za­li­cze­nia, po­tem pra­ca, obo­wiąz­ki, za­bie­gi, dy­żu­ry. Jest szpi­tal, przy­chod­nia, cza­sem pry­wat­ny ga­bi­net, pa­cjen­ci, cho­ro­by, prze­waż­nie wciąż ta­kie same. I są le­ka­rze. Prze­waż­nie wciąż tacy sami. Jak pa­cjen­ci i ich cho­ro­by. Po­wta­rzal­ni.

A jed­nak wśród nich są tacy, po któ­rych na pierw­szy rzut oka wi­dać, że się do tego uro­dzi­li, i tacy, dla któ­rych to za­wód jak każ­dy. To nie zna­czy, że są gor­si, wręcz prze­ciw­nie, cza­sem na­wet bar­dziej sku­tecz­ni, le­piej ra­dzą­cy so­bie w śro­do­wi­sku, na­wet bar­dziej lu­bia­ni. Ale me­dy­cy­na to cięż­ki ka­wa­łek chle­ba i bez tego wła­śnie nie­okre­ślo­ne­go "cze­goś", szum­nie zwa­ne­go po­wo­ła­niem, czło­wiek po pro­stu bar­dziej się mę­czy. I to wi­dać.

Do­cent Ma­lak był wła­śnie ta­kim le­ka­rzem z po­wo­ła­nia. Żył pra­cą, miesz­kał w pra­cy, my­ślał chy­ba też tyl­ko o pra­cy.

A przede wszyst­kim, co było nie­wy­tłu­ma­czal­ne, miał nie­praw­do­po­dob­ną cier­pli­wość do pa­cjen­tów. Fa­cet, któ­ry po­tra­fił zmie­szać z bło­tem le­ka­rza, pie­lę­gniar­kę czy sa­ni­ta­riu­sza za drob­ny prze­jaw le­ni­stwa lub ba­ła­ga­niar­stwa, drąc się na cały szpi­tal czer­wo­ny ze zło­ści, ła­god­niał jak ba­ra­nek przy cho­rym dziec­ku, któ­re mo­gło do­słow­nie wejść mu na gło­wę.

Każ­dy z pa­cjen­tów, rów­nież do­ro­słych, mógł o do­wol­nej po­rze dnia lub nocy przyjść, po­roz­ma­wiać, za­dać do­wol­ną licz­bę py­tań, za­jąć do­wol­ną ilość cza­su, a Do­cent nig­dy nie oka­zy­wał znie­cier­pli­wie­nia. W przy­chod­ni Ma­lak sie­dział za­wsze do ostat­nie­go pa­cjen­ta, nig­dy nie od­mó­wił ni­ko­mu przy­ję­cia, na­wet z naj­bar­dziej bła­he­go po­wo­du. Ten fa­cet po pro­stu nie miał ży­cia pry­wat­ne­go i nikt się nie dzi­wił, że jest naj­bar­dziej za­twar­dzia­łym sta­rym ka­wa­le­rem, ja­kie­go moż­na so­bie wy­obra­zić. Po pro­stu nikt, na­wet świę­ty, nie wy­trzy­mał­by pod jed­nym da­chem z ta­kim czło­wie­kiem.

To nie­praw­da, że nikt nie słu­chał po­ran­ne­go ra­por­tu. Ma­lak słu­chał.

- ...poza tym trzy nowe przy­ję­cia na od­dzia­le dzie­cię­cym - zda­wał spra­woz­da­nie Olko - chło­piec lat sześć i dziew­czyn­ka lat pięć, oby­dwo­je z pod­gło­śnio­wym za­pa­le­niem krta­ni. Po­da­no ste­ry­dy, zle­co­no in­ha­la­cje, stan dzie­ci jest do­bry. Oprócz tego dziew­czyn­ka lat sześć do ade­no­to­mii... - re­fe­ro­wał mo­no­ton­nie. - ...nie było przy­jęć na od­dzia­le ko­bie­cym. - Bez­barw­ny głos le­ka­rza spra­wiał, że my­śli więk­szo­ści per­so­ne­lu krą­ży­ły wo­kół dzban­ka kawy. - Jed­na nowa oso­ba na od­dzia­le mę­skim. Cho­ry, lat sześć­dzie­siąt dzie­więć, przy­ję­ty z ewen­tu­al­ną kwa­li­fi­ka­cją do za­bie­gu. Zmia­ny w za­chył­ku grusz­ko­wa­tym.

Po­de­szli ra­zem z Ma­la­kiem do star­sze­go czło­wie­ka sie­dzą­ce­go w rogu sali na fo­te­lu prze­zna­czo­nym do ba­da­nia cho­rych i wy­ko­ny­wa­nia drob­nych za­bie­gów. To dla­te­go od­pra­wy za­wsze od­by­wa­ły się w sali przy­jęć. Or­dy­na­tor oglą­dał wte­dy wszyst­kich nowo przy­ję­tych do­ro­słych pa­cjen­tów.

Olko nie­przy­pad­ko­wo użył sfor­mu­ło­wa­nia "zmia­ny". Wszy­scy wie­dzie­li, że cho­dzi o no­wo­twór zło­śli­wy, jed­nak nie wol­no było wy­po­wia­dać przy cho­rych sło­wa "rak". Sam fakt przy­ję­cia z ewen­tu­al­ną kwa­li­fi­ka­cją do za­bie­gu ope­ra­cyj­ne­go wska­zy­wał na oczy­wi­sty cha­rak­ter ogni­ska cho­ro­bo­we­go, po­twier­dzo­ny mi­kro­sko­po­wym ba­da­niem wy­cin­ka, któ­re za­wsze jest je­dy­nym i osta­tecz­nie pew­nym wer­dyk­tem, pre­cy­zyj­nie okre­śla­ją­cym cha­rak­ter cho­ro­by.

Do­cent usiadł na­prze­ciw­ko cho­re­go, wziął do ręki lu­ster­ko, wpro­wa­dził je do gar­dła i przez chwi­lę oglą­dał krtań i oko­li­ce w świe­tle lam­py.

- Tak - po­wie­dział, wsta­jąc.

Wszy­scy wie­dzie­li, co to ozna­cza.

Ten pa­cjent nie ma żad­nych szans.

Roz­dział 3

Czwar­tek był jed­nym z dwóch dni w ty­go­dniu pra­cy na la­ryn­go­lo­gii, w któ­rym nie od­by­wa­ły się za­bie­gi. W po­nie­dział­ki, śro­dy i piąt­ki prak­tycz­nie cała eki­pa ope­ro­wa­ła. Za­bie­gi były roz­pi­sy­wa­ne je­den po dru­gim w dwóch sa­lach. Za­czy­na­ły się za­raz po od­pra­wie, koń­czy­ły jak Bóg dał, a zda­rza­ło się, że i póź­nym po­po­łu­dniem. La­ryn­go­lo­gia to wbrew po­zo­rom dys­cy­pli­na za­bie­go­wa, w kra­jach an­glo­sa­skich okre­śla­na w ofi­cjal­nym na­zew­nic­twie jako "chi­rur­gia gło­wy i szyi".

Łą­czy w so­bie za­rów­no re­la­tyw­nie roz­le­głe "duże" ope­ra­cje, jak choć­by te w przy­pad­kach no­wo­two­ro­wych - ot, zwy­czaj­na chi­rur­gia - po nie­zwy­kle pre­cy­zyj­ne re­kon­struk­cje w ob­rę­bie ucha re­ali­zo­wa­ne pod spe­cja­li­stycz­ny­mi, ope­ra­cyj­ny­mi mi­kro­sko­pa­mi. Je­że­li do­dać do tego za­bie­gi pla­stycz­ne wy­ko­ny­wa­ne na prze­gro­dzie czy chrząst­kach no­so­wych oraz cały za­kres chi­rur­gii dzie­cię­cej, ła­two moż­na zna­leźć dla sie­bie ja­kiś fa­scy­nu­ją­cy ka­wa­łek me­dycz­nej pro­fe­sji.

Jed­nak ope­ru­ją­cy ta­śmo­wo le­ka­rze na kon­takt z pa­cjen­tem mie­li czas tyl­ko we wtor­ki i czwart­ki. Ale wte­dy też mu­sie­li od­wa­lić całą pa­pier­ko­wą ro­bo­tę.

Nikt tego nie lu­bił, ale do­cent Ma­lak za brak choć­by naj­mniej waż­ne­go wpi­su w pod­sta­wo­wym do­ku­men­cie szpi­tal­nym, ja­kim jest hi­sto­ria cho­ro­by, po­tra­fił zwy­my­ślać le­ka­rza przy wszyst­kich, na od­pra­wie, ni­czym ucznia­ka w pod­sta­wów­ce.

Dla­te­go Aleks czwart­ki zwykł spę­dzać, po­dob­nie jak więk­szość ko­le­gów, nad kla­wia­tu­rą kom­pu­te­ra. Dla­te­go w te dni o po­ga­dusz­kach z cho­ry­mi nie było mowy. To spe­cjal­ność Sa­wic­kie­go. On ja­koś znaj­do­wał na to czas. A może to był jego spo­sób na obi­ja­nie się.

Aleks pod­szedł do wi­szą­cej na ścia­nie ta­bli­cy, gdzie każ­de­go dnia po­ja­wia­ły się nowe przy­ję­cia, roz­pi­sa­ne we­dług nu­me­rów sal cho­rych, i spraw­dził, co no­we­go się po­ja­wi­ło. Opie­ko­wał się bez­po­śred­nio, jako le­karz pro­wa­dzą­cy, czte­re­ma pa­cjen­ta­mi. Dziś na ta­bli­cy zo­ba­czył tyl­ko jed­no nowe na­zwi­sko.

Wła­dy­sław Szy­mań­ski, sala nu­mer dwa­dzie­ścia je­den. Całe szczę­ście, nie­du­żo pa­pie­rów.

W prze­gród­ce pod ta­bli­cą cze­ka­ła na nie­go czy­sta hi­sto­ria cho­ro­by. Wy­peł­nio­ne zo­sta­ły tyl­ko ru­bry­ki z da­ny­mi per­so­nal­ny­mi. Było też skie­ro­wa­nie od le­ka­rza re­jo­no­we­go, na któ­rym wid­nia­ło roz­po­zna­nie: Ca pha­ryn­gis.

Ca, pierw­sze li­te­ry od sło­wa car­ci­no­ma, co ozna­cza po pro­stu "rak". Da­lej lo­ka­li­za­cja. Gar­dło. Tak mało słów. A to prze­cież wy­rok śmier­ci.

Na dru­kach szpi­tal­nych skie­ro­wań nie ma miej­sca na żad­ne do­dat­ko­we in­for­ma­cje o cho­rym. Nie ma miej­sca na na­zwi­sko ulu­bio­ne­go pi­sa­rza ani na ko­lor oczu. Aleks pa­mię­tał, jak, bę­dąc na stu­diach, prze­ży­wał pierw­sze tego typu roz­po­zna­nia, czy­ta­ne jesz­cze pod­czas po­cząt­ko­wych me­dycz­nych prak­tyk.

To było ta­kie przy­gnę­bia­ją­ce, strasz­li­wie bez­oso­bo­we.

Wów­czas po raz pierw­szy ze­tknął się z ta­kim na­gro­ma­dze­niem ludz­kie­go nie­szczę­ścia w prze­li­cze­niu na metr kwa­dra­to­wy.

Wy­my­ślił wte­dy, że w hi­sto­rii cho­ro­by z roz­po­zna­niem no­wo­two­ro­wym po­win­no być spe­cjal­ne miej­sce do obo­wiąz­ko­we­go wy­peł­nie­nia, gdzie opi­sy­wa­ło­by się naj­pięk­niej­sze chwi­le, ja­kie prze­żył pa­cjent. Ale nig­dy nie po­dzie­lił się z ni­kim swo­im dziw­nym po­my­słem. I tak nie by­ło­by szans na wpro­wa­dze­nie go w ży­cie.

Stu­den­ci me­dy­cy­ny dość wcze­śnie mają kon­takt ze śmier­cią. Na pierw­szych za­ję­ciach z ana­to­mii co słab­sze psy­chicz­nie ko­le­żan­ki mdla­ły w pro­sek­to­rium. Ale po­wo­li wszy­scy przy­zwy­cza­ja­li się do wszech­obec­ne­go wi­do­ku ludz­kich zwłok i cha­rak­te­ry­stycz­ne­go, gry­zą­ce­go za­pa­chu for­ma­li­ny, w któ­rej trzy­ma­ne były słu­żą­ce do ce­lów na­uko­wych pre­pa­ra­ty na­rzą­dów.

Już po pierw­szym se­me­strze cała stu­denc­ka brać bez że­na­dy wy­cią­ga­ła pod­czas za­jęć ka­nap­ki z ple­ca­ków. Prze­cież stu­dent, jak każ­dy czło­wiek, jeść musi. Wszyst­ko w któ­rymś mo­men­cie po­wsze­dnie­je, więc i cią­gły kon­takt z nie­bosz­czy­ka­mi stał się w koń­cu czymś na­tu­ral­nym, a na­wet za­czy­na­no so­bie na ten te­mat żar­to­wać. Aleks pa­mię­tał, jak kie­dyś pew­nej nie­lu­bia­nej ko­le­żan­ce ra­zem z chło­pa­ka­mi z gru­py wło­ży­li do ple­ca­ka od­cię­tą na sto­le pre­pa­ra­cyj­nym sto­pę. Bi­du­la wra­ca­ła po za­ję­ciach do domu tram­wa­jem. Chłop­cy usta­wi­li się w dru­gim koń­cu wa­go­nu i z roz­ba­wie­niem za­pra­wio­nym nie­ma­łą sa­tys­fak­cją ob­ser­wo­wa­li re­ak­cję pa­sa­że­rów na fakt, iż z ple­ca­ka skrom­nej mło­dej osób­ki wy­sta­je ni mniej, ni wię­cej, tyl­ko praw­dzi­wa ludz­ka sto­pa.

Dla nor­mal­ne­go czło­wie­ka coś ta­kie­go jest nie do po­my­śle­nia, ale stu­den­tów me­dy­cy­ny trud­no tak do koń­ca na­zwać nor­mal­ny­mi ludź­mi.

Aleks wziął do ręki for­mu­larz hi­sto­rii cho­ro­by i nie spie­sząc się, po­ma­sze­ro­wał do sali nu­mer dwa­dzie­ścia je­den.

- Pan Szy­mań­ski? - rzu­cił ni to stwier­dze­nie, ni to py­ta­nie.

- To ja - pa­dła od­po­wiedź i Aleks stwier­dził, że wi­dział tego pa­cjen­ta dzień wcze­śniej pod­czas po­ran­nej od­pra­wy. Był to po­staw­ny męż­czy­zna o gę­stych si­wych wło­sach. Sie­dział wy­pro­sto­wa­ny na brze­gu łóż­ka i pa­trzył na Alek­sa prze­ni­kli­wy­mi nie­bie­ski­mi ocza­mi.

- Za­pra­szam pana na ba­da­nie.

Pa­cjent wstał, Aleks prze­pu­ścił go przo­dem i wy­szli z sali.

Wpro­wa­dził go do ga­bi­ne­tu za­bie­go­we­go.

- Pro­szę sia­dać. - Wska­zał fo­tel.

Cho­ry po­słusz­nie za­jął miej­sce. Był bar­dzo spo­koj­ny. Cze­kał.

- Na­zy­wam się Aleks Wendt i będę pań­skim le­ka­rzem pro­wa­dzą­cym - przed­sta­wił się Aleks.

Roz­po­czął do­kład­ny wy­wiad. Szy­mań­ski na py­ta­nia od­po­wia­dał krót­ko i pre­cy­zyj­nie.

Ob­ja­wy - ja­kie, od kie­dy, prze­by­te cho­ro­by, do­tych­cza­so­wy prze­bieg le­cze­nia. Po­wo­li za­peł­nia­ły się wszyst­kie ru­bry­ki.

Przy­szedł czas na ba­da­nie. Wła­ści­wie dzień przy­ję­cia to je­dy­ny mo­ment po­by­tu w szpi­ta­lu, w któ­rym czło­wiek jest tak na­praw­dę so­lid­nie i do­kład­nie ba­da­ny. Wy­da­wać by się mo­gło, że prze­cież w ta­kim miej­scu po­win­no się to dziać dość czę­sto, a jed­nak póź­niej­sze kon­tak­ty le­ka­rza z cho­rym do­ty­czą prze­waż­nie już tyl­ko oce­ny kon­kret­nych, frag­men­ta­rycz­nych zmian da­ne­go na­rzą­du. A zda­rzy­ło się nie raz, że cho­ry z oku­li­sty­ki, kom­plek­so­wo le­czo­ny z po­wo­du ja­skry, umie­rał na za­wał.

Dla­te­go Aleks sta­rał się nig­dy nie za­nie­dby­wać bar­dzo do­kład­ne­go ba­da­nia ogól­ne­go: osłu­chał pa­cjen­ta, zmie­rzył ci­śnie­nie. Szcze­gól­nie osłu­chi­wa­nie było w przy­pad­ku cho­rych no­wo­two­ro­wych ogrom­nie waż­ne - prze­rzu­ty naj­czę­ściej umiej­sca­wia­ją się w płu­cach.

W koń­cu prze­szedł do ba­da­nia spe­cja­li­stycz­ne­go. Przy­szła ko­lej na oce­nę pier­wot­ne­go ogni­ska cho­ro­bo­we­go. Przy­szła ko­lej na spo­tka­nie z ra­kiem.

- Pro­szę otwo­rzyć usta i wy­su­nąć ję­zyk na bro­dę - po­pro­sił, bio­rąc lu­ster­ko la­ryn­go­lo­gicz­ne i ogrze­wa­jąc je nad pło­mie­niem pal­ni­ka, żeby nie za­pa­ro­wa­ło.

Cho­ry wy­ko­nał po­le­ce­nie.

Aleks spraw­dził wierz­chem dło­ni tem­pe­ra­tu­rę przy­rzą­du i zde­cy­do­wa­nie, choć de­li­kat­nie, wpro­wa­dził lu­ster­ko do jamy ust­nej, opie­ra­jąc je o tyl­ną ścia­nę gar­dła.

Pa­cjen­ci czę­sto re­agu­ją na tę część ba­da­nia od­ru­chem wy­miot­nym, krztu­szą się, co utrud­nia spra­wę, lecz Szy­mań­ski po­zo­stał nie­wzru­szo­ny. Na­wet nie mru­gnął.

Aleks spoj­rzał w lu­ster­ko. Jego oczom uka­za­ła się krtań i dol­na część gar­dła. Prak­tycz­nie cała lewa stro­na była wy­peł­nio­na sza­ro­po­pie­la­tą masą no­wo­two­ro­wą, gdzie­nieg­dzie po­prze­pla­ta­ną drob­ny­mi na­czyn­ka­mi krwio­no­śny­mi. Ra­czy­sko, wy­wo­dzą­ce się naj­praw­do­po­dob­niej pier­wot­nie z za­chył­ku grusz­ko­wa­te­go, ro­sło po­wo­li, pew­nie bez­ob­ja­wo­wo, przez dłu­gi czas, aż ob­ję­ło w po­sia­da­nie całą lewą część gar­dła dol­ne­go, chrząst­ki krta­ni po­ło­żo­ne po są­siedz­ku, a tak­że lewą stru­nę gło­so­wą na ca­łej dłu­go­ści.

- Pro­szę po­wie­dzieć "eee" - po­pro­sił Aleks cho­re­go.

Pod­czas ge­ne­ro­wa­nia gło­ski lewa stro­na krta­ni mia­ła bar­dzo ogra­ni­czo­ną ru­cho­mość. Stru­ny zwie­ra­ły się le­d­wo, le­d­wo.

Na­ciek był więc ra­czej głę­bo­ki, ob­jął naj­praw­do­po­dob­niej całą gru­bość na­rzą­du. Było źle. Bar­dzo źle. Pa­cjent zo­stał przy­sła­ny, by oce­nić moż­li­wo­ści i ce­lo­wość wy­ko­na­nia ewen­tu­al­ne­go za­bie­gu ope­ra­cyj­ne­go, ale zda­niem Alek­sa po tym po­bież­nym ba­da­niu wi­dać było, że ope­ra­cja, żeby być sku­tecz­na, mu­sia­ła­by ob­jąć prak­tycz­nie po­ło­wę szyi. A to ra­czej nie­re­al­ne. Oczy­wi­ście z osta­tecz­ną de­cy­zją na­le­ża­ło po­cze­kać na wy­ni­ki ba­dań to­mo­gra­ficz­nych, któ­re pre­cy­zyj­nie ska­no­wa­ły zmia­ny cho­ro­bo­we, szcze­gól­nie te o cha­rak­te­rze no­wo­two­ro­wym, okre­śla­jąc ich roz­le­głość prak­tycz­nie co do mi­li­me­tra. Na­le­ża­ło zro­bić też la­ryn­go­sko­pię, któ­ra po­zwa­la zaj­rzeć głę­biej niż zwy­kłe ba­da­nie wy­ko­ny­wa­ne za po­mo­cą lu­ster­ka, ale tak na­praw­dę to wszyst­ko mo­gło tyl­ko po­twier­dzić nie­we­so­łe roz­po­zna­nie i roz­wiać wszel­kie wąt­pli­wo­ści co do ro­ko­wa­nia - je­że­li jesz­cze ja­kieś były. Aleks przy­po­mniał so­bie minę do­cen­ta Ma­la­ka na wczo­raj­szej od­pra­wie. Była cał­ko­wi­cie ade­kwat­na do ob­ra­zu wi­docz­ne­go w lu­ster­ku. Smut­na.

Odło­żył lu­ster­ko na sto­lik i wy­rzu­cił ka­wa­łek gazy, któ­rym przy­trzy­my­wał ję­zyk pa­cjen­ta.

Te­raz cze­ka­ło go naj­gor­sze. Te­raz trze­ba coś po­wie­dzieć. Taki jest, nie­ste­ty, obo­wią­zek le­ka­rza. Jest tyl­ko je­den pro­blem: nikt jesz­cze nie wy­my­ślił co.

Na­pi­sa­no co praw­da całe tomy na te­mat naj­róż­niej­szych spo­so­bów po­stę­po­wa­nia w przy­pad­kach cho­rych z no­wo­two­ra­mi nie­kwa­li­fi­ku­ją­cy­mi się do le­cze­nia ope­ra­cyj­ne­go, o bez­na­dziej­nym ro­ko­wa­niu. Jed­ne szko­ły mó­wi­ły o ko­niecz­no­ści utrzy­my­wa­nia czło­wie­ka w nie­świa­do­mo­ści, aby nie od­bie­rać mu na­dziei, nie psuć zły­mi wia­do­mo­ścia­mi ostat­nich chwil ży­cia. Inne wręcz prze­ciw­nie, ra­dzi­ły in­for­mo­wać o wszyst­kim, da­jąc ludz­kiej isto­cie na­leż­ne jej pra­wo do przy­go­to­wa­nia się na ten nie­uchron­ny mo­ment. Wszyst­kie te fa­cho­we wy­po­ci­ny były jed­nak two­rzo­ne przez lu­dzi, któ­rzy pro­blem ana­li­zo­wa­li czy­sto teo­re­tycz­nie, bio­rąc pod uwa­gę naj­róż­niej­sze wzglę­dy i punk­ty wi­dze­nia. Był w tym wszyst­kim tyl­ko je­den szko­puł: to nie ich, to nie pi­szą­cych i ana­li­zu­ją­cych do­ty­kał pro­blem. To nie z nich po­wo­li ucho­dzi­ło ży­cie, to nie oni wi­dzie­li dzień po dniu, jak ich cia­ło sta­je się co­raz słab­sze i słab­sze, aż w koń­cu naj­zwy­czaj­niej w świe­cie się roz­pa­da. Gni­je za ży­cia. I co naj­waż­niej­sze: to nie ich boli.

Wszyst­kie te roz­wa­ża­nia w ob­li­czu tra­ge­dii czło­wie­ka sie­dzą­ce­go na­prze­ciw­ko le­ka­rza w ta­kim mo­men­cie były po pro­stu fun­ta kła­ków nie­war­te.

- Nie jest do­brze, pa­nie dok­to­rze, praw­da? - ode­zwał się Szy­mań­ski.

Aleks usły­szał te sło­wa, kie­dy stał po­chy­lo­ny nad ko­szem na śmie­ci, bo pod­stęp­ny ga­zik przy­kle­ił mu się do pal­ców. Wresz­cie ga­zik wy­lą­do­wał w ko­szu. Aleks się wy­pro­sto­wał.

To wła­ści­wie nie było py­ta­nie. Cho­ry pa­trzył na nie­go spo­koj­ny­mi, cier­pli­wy­mi ocza­mi. Skąd się w nim bie­rze taki spo­kój? - za­sta­na­wiał się Aleks. W spoj­rze­niu Szy­mań­skie­go nie było stra­chu, nie było nie­pew­no­ści, któ­rą wi­dział za­wsze, na­wet w przy­pad­kach ła­god­nych roz­po­znań. Ten czło­wiek miał w so­bie wię­cej pew­no­ści i spo­ko­ju niż ktoś cier­pią­cy na zwy­kłą an­gi­nę. Alek­sa prze­szedł dreszcz. Od­no­sił wra­że­nie, że Szy­mań­ski ma nad nim ja­kąś nie­wy­tłu­ma­czal­ną wła­dzę.

- Nie, pro­szę nie prze­sa­dzać, trze­ba po­cze­kać na wy­ni­ki ba­dań do­dat­ko­wych, bez nich trud­no co­kol­wiek jed­no­znacz­nie stwier­dzić. - Aleks sta­rał się od­po­wie­dzieć w spo­sób jak naj­bar­dziej wy­mi­ja­ją­cy, choć miał dziw­ną pew­ność, że ten czło­wiek wszyst­ko wie. Mimo to nie chciał zbyt wcze­śnie po­wie­dzieć zbyt wie­le.

- Pa­nie dok­to­rze... - Szy­mań­ski po raz pierw­szy się uśmiech­nął. Nie był to jed­nak we­so­ły uśmiech. Był ra­czej gorz­ki, ale z dru­giej stro­ny... Aleks przez chwi­lę szu­kał wła­ści­we­go okre­śle­nia: dys­tyn­go­wa­ny. - To miłe z pań­skiej stro­ny, że sta­ra się pan po­pra­wić mi na­strój - mó­wił ci­chym, lecz pew­nym gło­sem - ale pro­szę, niech się pan nie wy­si­la. Ja do­brze wiem, co mnie cze­ka...

- Ależ nie może pan mó­wić w ten spo­sób. - Aleks sam so­bie nie wy­da­wał się zbyt prze­ko­nu­ją­cy. Spo­kój tego czło­wie­ka, ta dziw­na pew­ność w jego gło­sie spra­wia­ły, że stan­dar­do­we le­kar­skie for­muł­ki wy­da­wa­ły się ba­nal­ne i nie na miej­scu.

- Kto jak kto, ale chy­ba wła­śnie ja mogę, a na­wet po­wi­nie­nem mó­wić w ten spo­sób, prze­cież to moje ży­cie po­wo­li do­bie­ga koń­ca. - Wciąż ten sam nie­wzru­szo­ny spo­kój. Aleks był pod wra­że­niem. Tacy pa­cjen­ci nie zda­rza­li się czę­sto. - Wi­dzi pan, dok­to­rze - cią­gnął Szy­mań­ski - nie je­stem co praw­da le­ka­rzem, a za­le­d­wie psy­cho­lo­giem, ale to wy­star­czy, żeby z wa­sze­go le­kar­skie­go za­cho­wa­nia wy­wnio­sko­wać wszyst­ko, co trze­ba. Jest pan już pią­tym spe­cja­li­stą, któ­ry mnie bada. To śmiesz­ne, ale ma­cie po tym za­wsze do­kład­nie taką samą minę. - Uśmiech­nął się iro­nicz­nie.

- Nie­zbyt mą­drą, praw­da? - za­py­tał Aleks szcze­rze. Uda­wa­nie w przy­pad­ku tego czło­wie­ka nie mia­ło więk­sze­go sen­su.

- Fakt, nie­zbyt mą­drą. Je­ste­ście prze­stra­sze­ni. Cze­go się bo­icie? Prze­cież to nie wy umie­ra­cie. Mam wra­że­nie, że we­dług was mó­wie­nie cho­re­mu, iż jest śmier­tel­nie cho­ry, to jak­by na­wią­za­nie z nim zbyt in­tym­nej wię­zi. Tego się bo­icie, a wła­ści­wie wsty­dzi­cie: nie chce­cie być zbyt bli­sko. Bo to nie­wy­god­ne. - Szy­mań­ski za­milkł na chwi­lę, jak­by się nad czymś za­sta­na­wiał. Aleks chciał coś od­po­wie­dzieć, za­pro­te­sto­wać, ale pa­cjent pod­jął: - Też chcia­łem stu­dio­wać me­dy­cy­nę. Pana nie było jesz­cze na świe­cie, cza­sy były inne, ale lu­dzie umie­ra­li tak jak te­raz i pew­nie le­ka­rze mie­li rów­nie głu­pie miny, pa­trząc na to. Wła­śnie dla­te­go wy­bra­łem psy­cho­lo­gię.

- Żeby nie mu­sieć ro­bić głu­pich min?

- W du­żym uprosz­cze­niu moż­na tak po­wie­dzieć. - Znów krót­ki uśmiech i za­raz po­tem po­wa­ga. - Mój oj­ciec był le­ka­rzem. Ta­kim praw­dzi­wym, przed­wo­jen­nym, w weł­nia­nej ka­mi­zel­ce i musz­ce. Wte­dy za­pa­le­nie płuc to była śmier­tel­na cho­ro­ba, gruź­li­ca dzie­siąt­ko­wa­ła całe po­pu­la­cje. Pa­mię­tam, jak prze­ży­wał każ­de nie­po­wo­dze­nie, jak drę­czy­ła go bez­sil­ność. To jest w tym wa­szym za­wo­dzie naj­strasz­niej­sze: bez­sil­ność. W każ­dym in­nym fa­chu za­wsze moż­na coś zmie­nić, od­wró­cić, jest na­dzie­ja, że ju­tro bę­dzie le­piej. A wy czę­sto ma­cie jed­nak głu­pie miny. - Znów ten iro­nicz­ny, a na­wet nie­co cy­nicz­ny uśmiech.

- A wie pan, coś w tym jest - przy­znał Aleks. - To tak jak z cho­ry­mi le­ka­rza­mi: ża­den ko­le­ga nie chce ich le­czyć, bo za­wsze są pro­ble­my. W ze­szłym mie­sią­cu le­żał u nas zna­jo­my pe­dia­tra. Ope­ro­wa­li­śmy mu prze­gro­dę no­so­wą. Ba­nal­ny za­bieg, ro­bi­my tego prze­cież set­ki. Po­wi­kła­nia zda­rza­ją się raz na sto lat. Dzień po za­bie­gu fa­ce­to­wi przy­plą­ta­ła się róża. Ja oso­bi­ście pierw­szy raz w ży­ciu wi­dzia­łem tę cho­ro­bę. Chłop do­stał czter­dzie­sto­stop­nio­wej go­rącz­ki, twarz mu spu­chła tak, że nie moż­na go było po­znać, o mało się nie prze­je­chał. A wcze­śniej ko­le­ga, któ­ry go ope­ro­wał, mył się pół go­dzi­ny dłu­żej przed za­bie­giem i mó­wił, że trze­ba wy­jąt­ko­wo do­kład­nie, bo u le­ka­rza to się za­raz in­fek­cja ja­kaś przy­plą­cze...

Aleks prze­rwał, bo wy­da­ło mu się nie­zręcz­ne, że opo­wia­da ba­nal­ną szpi­tal­ną hi­sto­ryj­kę w tak trud­nym dla pa­cjen­ta mo­men­cie. Ale nie, Szy­mań­ski wy­glą­dał na szcze­rze roz­ba­wio­ne­go.

Wy­jąt­ko­wy czło­wiek, po­my­ślał Aleks.

Aleks, gdy tyl­ko miał czas, chęt­nie ga­wę­dził z pa­cjen­ta­mi. "Roz­mo­wa z cho­rym to część pro­ce­su te­ra­peu­tycz­ne­go", ma­wiał jego daw­ny pro­fe­sor, in­ter­ni­sta. "Me­dy­cy­na to naj­bar­dziej hu­ma­ni­stycz­na z nauk, do­da­wał. Le­karz musi in­te­re­so­wać się czło­wie­kiem, a nie tyl­ko jego cho­ro­bą".

To była praw­da, Aleks głę­bo­ko w to wie­rzył i za­wsze zwra­cał uwa­gę na ten aspekt. Lu­bił więk­szość swo­ich pa­cjen­tów. Tak po pro­stu. A oni chy­ba lu­bi­li jego. Ale Wła­dy­sław Szy­mań­ski był inny. Aleks nie po­tra­fił so­bie tego wy­tłu­ma­czyć, ale czuł się przy nim tak, jak­by od daw­na byli zna­jo­my­mi. Nie było tej na­tu­ral­nej ba­rie­ry, jaka za­wsze od­dzie­la le­ka­rza od cho­re­go. Ist­nia­ła tyl­ko ba­rie­ra, któ­ra od­gra­dza­ła Szy­mań­skie­go od resz­ty świa­ta.

- Mogę już wra­cać na salę, dok­to­rze? - Głos pa­cjen­ta wy­rwał Alek­sa z za­du­my.

- Tak, tak, oczy­wi­ście. Dzię­ku­ję panu - od­po­wie­dział po­spiesz­nie.

- To ja panu dzię­ku­ję. Miło było pana po­znać, dok­to­rze Wendt.

Szy­mań­ski wol­nym kro­kiem wy­szedł z ga­bi­ne­tu.

Aleks jesz­cze przez chwi­lę pa­trzył na drzwi. Ja­koś nie spie­szy­ło mu się do kom­pu­te­ra. Wresz­cie zło­żył hi­sto­rię cho­ro­by i wstał.

W tym mo­men­cie drzwi gwał­tow­nie się otwo­rzy­ły. Aleks po­my­ślał, że może jego nowy pa­cjent za­po­mniał go o coś za­py­tać. Ale nie. Zo­ba­czył od­dzia­ło­wą la­ryn­go­lo­gii Kry­się Lisz­kę.

- Dok­to­rze, jest tu jesz­cze pan Szy­mań­ski? Pro­szą go na rent­gen. - Ta kor­pu­lent­na nie­wia­sta za­wsze nad wszyst­kim pa­no­wa­ła. Nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, kto tak na­praw­dę rzą­dzi la­ryn­go­lo­gią. Bez niej zgi­nę­li­by, po­grą­że­ni w cha­osie, jak ma­wiał Ma­lak. Po­tra­fi­ła na­wet na­krzy­czeć na le­ka­rza, nie mó­wiąc o sa­lo­wych, któ­re re­gu­lar­nie roz­sta­wia­ła po ką­tach.

- Nie, po­szedł już na salę. Wła­śnie skoń­czy­łem - od­rzekł Aleks.

Miał wra­że­nie, że w przy­pad­ku Wła­dy­sła­wa Szy­mań­skie­go to tak na­praw­dę do­pie­ro po­czą­tek.

Roz­dział 4

Aleks spoj­rzał w lu­stro i po raz ko­lej­ny stwier­dził, że wę­zeł jego kra­wa­ta to ob­raz nę­dzy i roz­pa­czy. Tak było za­wsze, gdy po­sta­na­wiał za­wią­zać go wła­sno­ręcz­nie. W daw­nych cza­sach ro­bił to za nie­go oj­ciec. Aleks pa­mię­tał na­wet na­zwę: wę­zeł wind­sor­ski. Wendt se­nior przez lata bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał na­uczyć syna tych kil­ku na­stę­pu­ją­cych po so­bie ru­chów. Aleks skru­pu­lat­nie po­wta­rzał czyn­ność parę razy, a na­stęp­ne­go dnia już nie pa­mię­tał, co było po czym. Póź­niej umie­jęt­ność wią­za­nia kra­wa­ta w nie­wia­do­my spo­sób po­sia­dła Ewa, i o dzi­wo, ro­bi­ła to do­sko­na­le. Ostat­ni­mi cza­sy, no cóż, po pro­stu prze­stał cho­dzić w kra­wa­tach. I tyle.

Ale dzi­siaj obo­wią­zy­wał, nie­ste­ty, strój wie­czo­ro­wy. Do­rocz­na służ­bo­wa im­pre­za in­te­gra­cyj­na za­wsze była kosz­ma­rem, nie dało się jed­nak od niej wy­mi­gać.

Do­cent Ma­lak przy­kła­dał wiel­ką wagę do at­mos­fe­ry w ze­spo­le i eg­ze­kwo­wał wspól­ną pra­cow­ni­czą bie­sia­dę z rów­ną bez­względ­no­ścią, jak po­ran­ny ob­chód. Bu­do­wa­nie at­mos­fe­ry koń­czy­ło się prze­waż­nie krań­co­wy­mi sta­dia­mi upo­je­nia al­ko­ho­lo­we­go mę­skiej czę­ści to­wa­rzy­stwa, przy oczy­wi­stym obu­rze­niu ko­le­ża­nek (choć obu­rza­ły się tyl­ko do pew­ne­go mo­men­tu). Ale cóż, nie mo­gło być in­a­czej, trze­ba było ja­koś od­re­ago­wać sztyw­niac­two pa­nu­ją­ce za­zwy­czaj przez pierw­szą część im­pre­zy, a do­kład­nie do mo­men­tu, kie­dy koło pół­no­cy Ma­lak stwier­dzał, że "na nie­go już czas" i "nie bę­dzie dłu­żej psuł mło­dzie­ży za­ba­wy". Pod­wład­ni uno­si­li się wte­dy świę­tym obu­rze­niem, że niby tak wcze­śnie, ależ co też pan dok­tor, niech pan dok­tor zo­sta­nie, aż do chwi­li, gdy obie stro­ny uzna­wa­ły ry­tu­ał za do­peł­nio­ny.

Wszy­scy byli po­tem tak zmę­cze­ni, że je­dy­nym sen­sow­nym wyj­ściem z sy­tu­acji było po pro­stu się urżnąć.

Zde­spe­ro­wa­ny Aleks zdjął kra­wat z kon­wul­syj­nym wę­złem i za­stą­pił go wy­szpe­ra­nym w sza­fie bor­do­wym kra­wa­tem za­wią­za­nym jesz­cze przez Ewę. Nie był może pierw­szej świe­żo­ści, ale po­wi­nien ujść. Na wy­brzy­dza­nie nie ma cza­su, tym bar­dziej że roz­legł się na­tar­czy­wy sy­gnał te­le­fo­nu.

- Pan za­ma­wiał tak­sów­kę? Cze­ka na dole - oznaj­mił sztucz­nie słod­ki głos w słu­chaw­ce.

- Już scho­dzę - od­parł Aleks po­spiesz­nie, wkła­da­jąc ma­ry­nar­kę.

Rzu­cił okiem w lu­stro. Jed­no jest pew­ne: bor­do­wy kra­wat w ogó­le nie pa­su­je.

? ? ?

Na miej­sce do­tarł z kil­ku­mi­nu­to­wym opóź­nie­niem. Re­stau­ra­cja Pod Ko­gu­tem była gu­stow­nie urzą­dzo­na - tro­chę ru­sty­kal­na, choć trud­no było stwier­dzić, czy to ru­sty­kal­ność wło­ska, czy też ro­dzi­ma. Od­kąd Aleks pra­co­wał z Ma­la­kiem, im­pre­zy za­wsze od­by­wa­ły się tu­taj. La­ryn­go­lo­dzy mie­li do dys­po­zy­cji osob­ną prze­stron­ną salę, a menu było za każ­dym ra­zem pra­wie iden­tycz­ne, choć smacz­ne. Or­ga­ni­za­cją ca­ło­ści, zgod­nie z tra­dy­cją, zaj­mo­wał się każ­de­go roku naj­młod­szy sta­żem pra­cow­nik.

Aleks pa­mię­tał jesz­cze swój de­biut w tej roli. Po­ra­dził so­bie nie­źle, ale tak na­praw­dę było to bar­dzo pro­ste, bo przy stu­pro­cen­to­wej po­wta­rzal­no­ści moż­na było spra­wę za­ła­twić jed­nym e-ma­ilem o tre­ści: Pro­si­my to co zwy­kle.

Po głęb­szym za­sta­no­wie­niu i kil­ku kie­lisz­kach Aleks co roku do­cho­dził do wnio­sku, że taka im­pre­za ma jed­nak swój urok: wszy­scy są roz­luź­nie­ni, ja­cyś ład­niej­si, po kil­ku kie­lisz­kach służ­bo­wa hie­rar­chia zni­ka­ła i na­stę­po­wa­ło ogól­ne zbra­ta­nie.

Ech, co tam, w koń­cu to tra­dy­cja.

- O, dok­tor Wendt, wi­ta­my! A my­śla­łem, że tyl­ko ko­bie­ty trak­tu­ją ze­ga­rek jako ozdo­bę. - Moż­na było prze­wi­dzieć, że do­cent się przy­cze­pi, lecz Aleks lu­bił jego po­czu­cie hu­mo­ru.

- Prze­pra­szam pana do­cen­ta i wszyst­kich. Pro­szę o wy­ro­zu­mia­łość dla ka­wa­le­ra z od­zy­sku, ta­kie­go, któ­ry sam musi pra­so­wać so­bie ko­szu­le. - Aleks wie­dział, że tyl­ko szcze­re wy­zna­nie winy jest wa­run­kiem uzy­ska­nia roz­grze­sze­nia.

- Pro­szę za­uwa­żyć, pa­nie do­cen­cie, że wszyst­kie damy po­ja­wi­ły się dziś punk­tu­al­nie, a ich suk­nie są wy­pra­so­wa­ne. - Dow­cip dok­tor Me­ier, za­stęp­czy­ni sze­fa, od­po­wie­dzial­nej za od­dział dzie­cię­cy, był jak zwy­kle ja­do­wi­ty.

Nie na­zy­waj tego swo­je­go wor­ka suk­nią, ro­pu­cho, po­my­ślał Aleks, uśmie­cha­jąc się słod­ko do star­szej ko­le­żan­ki.

Nie cier­piał tej wred­nej wo­ju­ją­cej fe­mi­nist­ki. Re­pre­zen­to­wa­ła wszyst­ko, co ra­zi­ło go u ko­biet.

Może dla­te­go, że wcze­śnie owdo­wia­ła? Była co praw­da do­sko­na­łym spe­cja­li­stą, bez resz­ty od­da­nym ka­rie­rze i bar­dzo ce­nio­nym, ale trud­no było z nią wy­trzy­mać. A Ma­lak chęt­nie ba­wił się w do­le­wa­nie oli­wy do ognia. Z upodo­ba­niem rzu­cał ja­kiś mę­sko-szo­wi­ni­stycz­ny tekst i mia­ło się wra­że­nie, że od­li­cza se­kun­dy do re­ak­cji Ma­co­chy, jak zwy­kli ma­wiać o niej za jej ple­ca­mi ko­le­dzy.

Trze­ba przy­znać, że w przy­pad­ku sze­fo­wej od­dzia­łu dzie­cię­ce­go to okre­śle­nie ba­lan­so­wa­ło na gra­ni­cy do­bre­go sma­ku.

Ale do­bry smak był na la­ryn­go­lo­gii w Miej­skim to­wa­rem re­gla­men­to­wa­nym.

- No, to trze­ba kar­niacz­ka! - Do ak­cji wkro­czył Sa­wic­ki. Wziął bu­tel­kę wód­ki i na­peł­nił kie­li­szek, jed­no­cze­śnie wska­zu­jąc Alek­so­wi miej­sce obok sie­bie, któ­re było je­dy­nym wol­nym przy sto­le. - Za­pra­sza­my pana dok­to­ra - do­rzu­cił szar­manc­ko.

- Dzię­ki, Woj­tuś, po­wo­lut­ku, naj­pierw coś prze­ką­szę, bo się za szyb­ko upi­ję - po­wie­dział Aleks, sia­da­jąc.

- A masz tu ja­kieś inne cele? - Ci­chy głos Sa­wic­kie­go i lek­kie mru­gnię­cie okiem dało mu do zro­zu­mie­nia, że nie bę­dzie osa­mot­nio­ny w dzi­siej­szym ak­cie po­świę­ce­nia.

- Za­sta­na­wia­łem się jesz­cze nad wy­sko­cze­niem przez okno, ale chy­ba masz ra­cję, z dwoj­ga złe­go ra­czej się na­wa­lę - od­parł rów­nie ci­cho.

Tak, im­pre­za zde­cy­do­wa­nie się roz­krę­ca.

? ? ?

Głów­nym da­niem była do­sko­na­ła pie­czeń z sar­ny. Jej smak oraz kil­ka kie­lisz­ków ab­so­lu­tu, wy­pi­tych głów­nie w to­wa­rzy­stwie Sa­wic­kie­go, mniej wię­cej po dwóch go­dzi­nach nie­co po­pra­wi­ły Alek­so­wi na­strój. Roz­mo­wy do­ty­czy­ły jak zwy­kle te­ma­tów za­wo­do­wych. Daw­no już prze­stał za­da­wać so­bie py­ta­nie, po co spo­ty­kać się poza pra­cą, je­że­li wciąż roz­ma­wia się o pra­cy.

Po swo­jej le­wej stro­nie Aleks miał Sa­wic­kie­go, po pra­wej sie­dzia­ła Bo­żen­ka No­wak.

Wendt nie prze­pa­dał za więk­szo­ścią ko­le­ża­nek ze szpi­ta­la. Uwa­żał, że ko­bie­ty nie po­win­ny zaj­mo­wać się me­dy­cy­ną, a już w szcze­gól­no­ści z da­le­ka omi­jać wszel­kie spe­cjal­no­ści za­bie­go­we.

Nie był mę­skim szo­wi­ni­stą. Uwa­żał po pro­stu, że za­wód chi­rur­ga jest za cięż­ki dla płci pięk­nej, i wie­lo­krot­nie za­zna­czał, że żal mu dziew­czyn spę­dza­ją­cych noce na cięż­kich dy­żu­rach, a dnie przy sto­łach ope­ra­cyj­nych.

Z ko­le­żan­ka­mi na la­ryn­go­lo­gii cią­gle były ja­kieś pro­ble­my. Czę­sto prze­kła­da­ły dy­żu­ry i mia­ły w tym oczy­wi­ste pierw­szeń­stwo, bo prze­cież nikt nie od­mó­wi za­mia­ny noc­ki bied­nej nie­wie­ście, któ­ra nie ma z kim zo­sta­wić dziec­ka. Od­wo­łu­jesz więc, czło­wie­ku, wy­pad na piwo z kum­pla­mi i pę­dzisz na zła­ma­nie kar­ku. Trze­ba przy­znać, że więk­szość le­ka­rek opa­no­wa­ła wy­ko­rzy­sty­wa­nie tego aspek­tu do per­fek­cji.

Bo­żen­ka jed­nak była inna. Taka, moż­na po­wie­dzieć, "nie­wi­dzial­na". Mo­gła wcho­dzić i wy­cho­dzić bez otwie­ra­nia drzwi, jak ma­wiał Sa­wic­ki. Chu­da, wręcz ete­rycz­na, bla­da, o de­li­kat­nych ja­snych wło­sach, mó­wi­ła cien­kim gło­si­kiem, a po każ­dej uwa­dze skie­ro­wa­nej pod jej ad­re­sem ob­le­wa­ła się ru­mień­cem. Nie było chy­ba cich­szej i spo­koj­niej­szej oso­by nie tyl­ko na la­ryn­go­lo­gii, ale też w ca­łej hi­sto­rii świa­to­wej me­dy­cy­ny.

Aleks nie mu­siał za­ba­wiać jej roz­mo­wą, nie mu­siał wy­si­lać się, by, jak zwykł ma­wiać, "kul­tu­ral­nie do­trzy­my­wać to­wa­rzy­stwa", wła­ści­wie z peł­ną swo­bo­dą mógł­by po­świę­cić się oma­wia­niu z Sa­wic­kim no­wej pły­ty Muse, a na­wet w przy­pły­wie ser­decz­no­ści wdać się z nim w dys­ku­sję na te­mat naj­now­szych wy­da­rzeń po­li­tycz­nych, ale, nie­ste­ty, trze­ba było od cza­su do cza­su za­ga­dać do in­nych.

Do­kład­nie na­prze­ciw­ko Alek­sa sie­dzia­ła Ele­ono­ra Wa­bik, za­słu­żo­na dla od­dzia­łu le­kar­ka spe­cja­li­zu­ją­ca się w wy­ko­ny­wa­niu mi­kro­sko­po­wych ba­dań hi­sto­pa­to­lo­gicz­nych, któ­rej do­świad­cze­nie za­wo­do­we było ogrom­nie cen­ne dla prze­bie­gu co­dzien­nej dia­gno­sty­ki, szcze­gól­nie w za­kre­sie cho­rób no­wo­two­ro­wych. Dok­tor Wa­bik, mimo że już od kil­ku lat na eme­ry­tu­rze, cały czas ak­tyw­nie wspie­ra­ła ko­le­gów i nikt nie wy­obra­żał so­bie do­rocz­ne­go spo­tka­nia bez jej obec­no­ści. Mia­ła si­wo­nie­bie­skie na­ta­pi­ro­wa­ne wło­sy, no­si­ła gar­son­ki bez fa­so­nu i pach­nia­ła per­fu­ma­mi Soir de Pa­ris, któ­ry to za­pach za­wsze ko­ja­rzył się Alek­so­wi z jego bab­cią.

Pod wzglę­dem to­wa­rzy­skim była tak nud­na jak jej wy­gląd. Jed­nak z oczy­wi­stych wzglę­dów nie moż­na jej było zi­gno­ro­wać, jak Bo­żen­ki No­wak, więc Aleks i Sa­wic­ki, prze­kli­na­jąc w du­chu or­ga­ni­za­to­rów im­pre­zy, sta­ra­li się pod­trzy­my­wać nud­ną kon­wer­sa­cję, rzu­ca­jąc dow­ci­py, przy któ­rych pani Ele­ono­ra chi­cho­ta­ła jak na­sto­lat­ka.

Po pra­wi­cy Świę­tej Ele­ono­ry, jak brzmia­ło żar­to­bli­we, acz­kol­wiek życz­li­we pseu­do dok­tor Wa­bik, zaj­mo­wał miej­sce nie­ofi­cjal­ny, ale jed­no­gło­śnie uzna­wa­ny za­stęp­ca do­cen­ta Ma­la­ka.

Dok­tor An­drzej Wy­dra zwa­ny był przez wszyst­kich Ad­iunk­tem, i choć Miej­ski nie miał sta­tu­su szpi­ta­la uni­wer­sy­tec­kie­go, wo­bec cze­go funk­cja taka po pro­stu tam nie ist­nia­ła, to prak­tycz­nie nikt, łącz­nie z dy­rek­cją, nie mó­wił o Wy­drze in­a­czej. For­mal­nie był on co praw­da za­le­d­wie za­stęp­cą or­dy­na­to­ra od­po­wie­dzial­nym za od­dział ko­bie­cy, ale w rze­czy­wi­sto­ści to on pod nie­obec­ność Ma­la­ka pro­wa­dził od­pra­wy, usta­lał har­mo­no­gram ope­ra­cji i po­dej­mo­wał wszyst­kie naj­waż­niej­sze de­cy­zje.

Był czło­wie­kiem za­mknię­tym w so­bie. Przez wie­lu uwa­ża­ny za jed­ne­go z naj­lep­szych ope­ra­to­rów la­ryn­go­lo­gicz­nych w kra­ju, wy­spe­cja­li­zo­wał się w mi­kro­sko­po­wych re­kon­struk­cjach ko­ste­czek słu­cho­wych ucha środ­ko­we­go, a jego pu­bli­ka­cje na­uko­we z tej dzie­dzi­ny zna­no w ca­łej Eu­ro­pie. Dla wszyst­kich było oczy­wi­ste, że kom­pe­ten­cje za­wo­do­we Wy­dry sy­tu­ują go na po­zio­mie co naj­mniej pro­fe­sor­skim w każ­dym z kra­jo­wych szpi­ta­li uni­wer­sy­tec­kich. Przy odro­bi­nie szczę­ścia "dar boży w rę­kach", jak czę­sto okre­śla­no jego zdol­no­ści, mógł­by prze­nieść się na­wet do któ­re­goś z pre­sti­żo­wych ośrod­ków na­uko­wych w USA, gdzie zresz­tą czę­sto by­wał.

Nie­ste­ty, czę­sto­kroć to nie kom­pe­ten­cje za­wo­do­we, a już na pew­no nie tyl­ko one, prze­są­dza­ją o ka­rie­rze le­ka­rza. Wy­dra o tę ka­rie­rę po pro­stu w ogó­le nie po­tra­fił za­dbać. Kosz­mar­nie wręcz nie­kon­tak­to­wy eks­cen­tryk i fi­lo­zof prze­grał więc swe­go cza­su nie tyl­ko pro­fe­sor­ską no­mi­na­cję, ale i wy­ścig o miej­ską or­dy­na­tu­rę. Ostat­nią po­raż­kę prze­żył tym bar­dziej bo­le­śnie, że jego ry­wa­lem był Ma­lak, mniej zdol­ny, lecz bar­dziej ener­gicz­ny ko­le­ga z roku.

Co jed­nak cie­ka­we, Wy­dra nig­dy nie wy­glą­dał na zmar­twio­ne­go swo­ją nie­zbyt bły­sko­tli­wą ka­rie­rą. Od kil­ku już lat był cie­niem Ma­la­ka i wy­da­wa­ło się, że zno­si to bez więk­sze­go pro­ble­mu.

Żad­nych kon­flik­tów. Żad­nych am­bi­cjo­nal­nych ge­stów.

Zde­cy­do­wa­nie nie był to typ ka­rie­ro­wi­cza.

Nie da­ło­by się tego na­to­miast po­wie­dzieć o dru­gim są­sie­dzie sę­dzi­wej ma­tro­ny. Wło­dek Paw­lak, to do­pie­ro gni­da.

Aleks go nie cier­piał. Trze­ba uczci­wie przy­znać, że z wza­jem­no­ścią. Nie mo­gło być in­a­czej, za bar­dzo się od sie­bie róż­ni­li. Aleks był dość przy­stoj­ny - w każ­dym ra­zie po­do­bał się ko­bie­tom - we­so­ły, kon­tak­to­wy i przez wszyst­kich lu­bia­ny. Paw­lak na­to­miast miał metr sześć­dzie­siąt wzro­stu, był chu­der­la­wy, a jego wło­sy w ko­lo­rze sło­my co­raz bar­dziej prze­rze­dzo­ne. No­sił dro­gie gar­ni­tu­ry - Aleks czę­sto się za­sta­na­wiał, skąd ma na nie pie­nią­dze - i ele­ganc­kie, za­wsze wy­pa­sto­wa­ne buty. Nie­wie­le to jed­nak po­ma­ga­ło - nie był przez to przy­stoj­niej­szy, tyl­ko bar­dziej nie­lu­bia­ny za to, że ob­no­si się z tym, iż jest przy ka­sie. Pie­lę­gniar­ki omi­ja­ły go sze­ro­kim łu­kiem i po ci­chu się z nie­go na­śmie­wa­ły, choć kil­ku z nich czy­nił awan­se. Był po pro­stu sta­rym ka­wa­le­rem i nie za­no­si­ło się na to, że sy­tu­acja w naj­bliż­szej przy­szło­ści się zmie­ni.

Po­cho­dził z ma­łe­go mia­stecz­ka, z bied­nej ro­dzi­ny. Ro­dzi­ce, lu­dzie pro­ści i nie­wy­kształ­ce­ni, całe ży­cie po­świę­ci­li speł­nie­niu swo­je­go naj­więk­sze­go i chy­ba je­dy­ne­go ma­rze­nia: żeby naj­młod­szy syn zo­stał le­ka­rzem. Dumą ca­łej ro­dzi­ny. Na­gro­dą za wszyst­kie cięż­kie chwi­le i uoso­bie­niem snu o suk­ce­sie.

I tak się sta­ło. Choć Paw­lak nie zro­bił ta­kiej kasy, o ja­kiej ma­rzył. Nie­ste­ty, tro­chę go to prze­ro­sło.

Aleks był pe­łen sza­cun­ku dla ta­kiej dro­gi ży­cio­wej. Cza­sa­mi na­wet ob­wi­niał się pod­świa­do­mie o to, że jemu wszyst­ko przy­cho­dzi­ło tak ła­two. Pa­trzył z re­spek­tem i po­ko­rą na ko­le­gów ze stu­diów, dla któ­rych me­dy­cy­na była oka­zją do wy­rwa­nia się z nie­kie­dy pa­to­lo­gicz­nych śro­do­wisk.

To wy­ma­ga­ło wiel­kiej od­wa­gi i har­tu du­cha. Czę­sto łą­cze­nia wy­czer­pu­ją­cej na­uki w cią­gu dnia z pra­cą po no­cach, by się utrzy­mać, a nie­kie­dy jesz­cze wy­sy­łać pie­nią­dze ro­dzi­nie. To mu­sia­ło bu­dzić po­dziw.

Ale hi­sto­ria Paw­la­ka była inna. On był "kró­le­wi­czem elek­tem". To jemu mat­ka przy­sy­ła­ła ostat­nie gro­sze, choć po śmier­ci ojca sama nie za bar­dzo mia­ła z cze­go żyć. Paw­lak ju­nior w ogó­le się tym nie in­te­re­so­wał, jemu się to po pro­stu na­le­ża­ło.

Jesz­cze za ży­cia ojca oka­zy­wał jaki taki sza­cu­nek "sta­rym", jak o nich mó­wił, po­tem jed­nak już na­wet w świę­ta prze­stał od­wie­dzać ro­dzin­ne stro­ny.

On się ich wszyst­kich po pro­stu wsty­dził i za to przede wszyst­kim Aleks czuł do nie­go obrzy­dze­nie.

Przede wszyst­kim. Ale nie tyl­ko.

Paw­lak był poza tym naj­więk­szym li­zu­sem, in­try­gan­tem i ka­pu­siem w po­nad­stu­let­niej hi­sto­rii Szpi­ta­la Miej­skie­go.

? ? ?

Oko­ło pół­no­cy, po wyj­ściu do­cen­ta Ma­la­ka oraz kil­ku star­szych ko­le­ża­nek i ko­le­gów, przy­sy­pia­ją­cych w ocze­ki­wa­niu na pierw­szą nada­rza­ją­cą się moż­li­wość ewa­ku­acji, im­pre­za wkro­czy­ła w schył­ko­wą fazę.

- Zdro­wie służ­by zdro­wia! - wrza­snął Sa­wic­ki, uno­sząc kie­li­szek.

- Oraz służ­by szczę­ścia i służ­by po­myśl­no­ści! - za­wtó­ro­wał mu Aleks, co wy­wo­ła­ło re­chot po dru­giej stro­nie sto­łu.

To wi­docz­ne roz­luź­nie­nie at­mos­fe­ry spra­wi­ło, że na twa­rzy Paw­la­ka, któ­ry pra­wie nie pił, po­ja­wił się gry­mas nie­chę­ci.

- Wiesz co, Wendt, całe szczę­ście, że do­cent już wy­szedł i nie wi­dzi two­je­go ża­ło­sne­go upodle­nia - rzu­cił z nie­sma­kiem.

- Ra­czej szko­da, że już wy­szedł - od­pa­ro­wał Aleks - bo nie zdą­ży­łeś, ko­cha­neń­ki, z wła­ści­wym so­bie szcze­rym od­da­niem uca­ło­wać jego dupy. A umył ją dzi­siaj spe­cjal­nie dla cie­bie.

Mę­ska część to­wa­rzy­stwa, nie­źle już pod­chmie­lo­na, za­re­cho­ta­ła, na­to­miast pa­nie z nie­po­ko­jem ob­ser­wo­wa­ły roz­wój wy­da­rzeń.

- Nie je­stem żad­nym "ko­cha­neń­kim", pi­ja­czy­no - wark­nął Paw­lak.

Był wście­kły, usta miał za­ci­śnię­te w gry­ma­sie nie­na­wi­ści. Za­czy­na­ło się ro­bić nie­przy­jem­nie.

- Oj, Wło­dziu, Wło­dziu - szy­dził Aleks - ja tu do cie­bie piesz­czo­tli­wie, po przy­ja­ciel­sku, a ty taki agre­syw­ny ja­kiś... Ale ja mimo to wciąż ser­decz­nie, ka­na­lij­ko ty moja! Li­zu­si­ku, du­pow­laz­ku...

Tego było już dla Paw­la­ka za wie­le. Wstał i za­czął ob­cho­dzić stół. Ze­bra­ni się za­sta­na­wia­li, czy ma za­miar wyjść, czy też wdać się w bój­kę, co by­ło­by ra­czej śmiesz­ne, bo się­gał Alek­so­wi do ra­mie­nia.

Na szczę­ście po­wstrzy­mał go Sa­wic­ki, któ­ry po­sta­no­wił nie spraw­dzać, któ­rą z moż­li­wo­ści Paw­lak wy­bie­rze, i w porę za­stą­pił mu dro­gę. Naj­wyż­szy czas, bo Aleks rów­nież zdą­żył już wstać i zro­bić krok w kie­run­ku nie­przy­ja­cie­la. Groź­ba dy­na­micz­ne­go za­koń­cze­nia spo­ru sta­ła się cał­kiem re­al­na.

- Pa­no­wie, spo­kój! Spo­kój, mó­wię! - krzyk­nął Sa­wic­ki.

Resz­ta, zdez­o­rien­to­wa­na, przy­glą­da­ła się zaj­ściu. Nikt się nie włą­czył.

- Chodź, Aleks, idzie­my. - Sa­wic­ki po­cią­gnął przy­ja­cie­la w stro­nę wyj­ścia.

- Je­steś świ­rem, Wendt! - krzyk­nął za nimi Paw­lak. - Nie dzi­wię się, że Ewka od cie­bie ode­szła! Je­steś praw­dzi­wym psy­cho­lem!

Aleks, naj­wy­raź­niej ugo­dzo­ny w czu­ły punkt, pró­bo­wał się wy­rwać, ale Sa­wic­ki, ka­wał chło­pa, wie­dział, że je­że­li go pu­ści, doj­dzie do nie­złe­go ło­mo­tu. I to ra­czej Aleks bę­dzie ło­mo­tał Paw­la­ka.

Nie pu­ścił.

- Do­bra­noc pań­stwu! - krzyk­nął do osłu­pia­łej ga­wie­dzi. - Pa­no­wie dok­to­ro­wie są dzi­siaj tro­chę nie­dy­spo­no­wa­ni! Pro­si­my nie re­gu­lo­wać od­bior­ni­ków! - Ostat­nie zda­nie wy­gła­szał już na dwo­rze.

? ? ?

Aleks le­żał na łóż­ku, na wy­mię­tej koł­drze, i pró­bo­wał za­snąć. Było to bar­dzo trud­ne za­da­nie, bo za każ­dym ra­zem, gdy za­my­kał oczy, świat za­czy­nał wi­ro­wać.

Po­my­ślał, że jako la­ryn­go­log po­wi­nien ra­dzić so­bie ja­koś z wła­snym błęd­ni­kiem. Nie wy­cho­dzi­ło.

I jesz­cze te mdło­ści. Prze­wró­cił się po raz ko­lej­ny na dru­gi bok.

Po raz ko­lej­ny nie po­mo­gło.

Nie­do­brze.

Ale było coś, co do­skwie­ra­ło mu dziś jesz­cze bar­dziej: sa­mot­ność. Cała złość na Paw­la­ka mi­nę­ła, a za­stą­pi­ło ją pi­jac­kie roz­czu­la­nie się nad sobą. Szklan­ki wody nikt mi nie poda, gdy będę miał kaca, dy­wa­go­wał. A je­śli za­chce mi się rzy­gać, to kto pod­sta­wi mi­skę? Miał ocho­tę się roz­pła­kać, ale nie zdą­żył, bo za­padł w nie­spo­koj­ny pi­jac­ki sen.

Roz­dział 5

- Ga­zik. - Aleks wy­da­wał krót­kie, spo­koj­ne po­le­ce­nia. Za­ci­śnię­ty w ząb­kach sta­lo­wych szczyp­czy­ków, zwa­nych pe­anem, ka­wa­łek gazy wy­lą­do­wał na jego dło­ni.

Aleks prze­tarł pole ope­ra­cyj­ne. Ko­lej­ny dzień za­bie­go­wy do­bie­gał koń­ca. Usu­wa­na z szyi pa­cjent­ki nie­groź­nie wy­glą­da­ją­ca tor­biel była jego ostat­nim ak­cen­tem. Do­cho­dzi­ła czter­na­sta.

- Szy­cie - rzu­cił i tym ra­zem w jego stro­nę po­wę­dro­wał ka­wa­łek nit­ki De­xon, zwi­sa­ją­cy z za­krzy­wio­nej igły chi­rur­gicz­nej.

Za­ło­żył dwa pod­skór­ne szwy, zbli­ża­jąc do sie­bie brze­gi rany, po czym za­czął zdej­mo­wać rę­ka­wicz­ki.

- Zszy­jesz skó­rę? - zwró­cił się do asy­stu­ją­ce­go mu sta­ży­sty.

- Oczy­wi­ście. - Oczy chło­pa­ka bły­snę­ły.

Aleks pa­mię­tał swo­je mło­de lata. Jak każ­dy po­cząt­ku­ją­cy le­karz "wi­siał na ha­kach" ca­ły­mi go­dzi­na­mi, by w koń­cu do­stą­pić przy­wi­le­ju sa­mo­dziel­ne­go za­koń­cze­nia za­bie­gu. To był wy­raz za­ufa­nia star­szych ko­le­gów. Ro­dzaj na­masz­cze­nia.

Mło­dy adept za­bie­go­wej spe­cjal­no­ści to, poza pa­wiem, jed­no z naj­bar­dziej dum­nych stwo­rzeń we wszech­świe­cie. No bo jak­że mo­gło­by być in­a­czej? Prze­cież nie jest ja­kimś tam in­ter­ni­stą czy in­nym prze­pi­sy­wa­czem ta­ble­tek. Żeby było ja­sne: to nie jest brak sza­cun­ku dla ko­le­gów kształ­cą­cych się w spe­cja­li­za­cjach za­cho­waw­czych. Ależ skąd. To ra­czej pe­wien ro­dzaj współ­czu­cia, wręcz ubo­le­wa­nia nad ich cięż­kim lo­sem.

Bie­da­cy. Tyle na­uki, wy­rze­czeń, od­po­wie­dzial­no­ści. Set­ki nad­ci­śnień, cu­krzyc i łusz­czyc, któ­re po­tra­fią nie­źle uprzy­krzyć ży­cie nie tyl­ko pa­cjen­to­wi, ale i tym, któ­rzy pró­bu­ją go wy­le­czyć, i to wszyst­ko bez moż­li­wo­ści ko­men­de­ro­wa­nia in­stru­men­ta­riusz­ką i wy­da­wa­nia po­le­ceń.

Aleks do­sko­na­le wie­dział, co te­raz czu­je ten chło­pak. On też cze­kał. Dłu­go. Aż wresz­cie się speł­ni­ło.

Za­wsze tak samo prze­ży­wał mo­ment, kie­dy sta­lo­we ostrze za­ta­pia się w skó­rze czło­wie­ka. Do tego nie moż­na się przy­zwy­cza­ić. Dal­sza część za­bie­gu to już tyl­ko zbiór mniej lub bar­dziej wy­ćwi­czo­nych ru­chów. Za­wsze wy­ko­ny­wa­nych w na­pię­ciu, za­wsze w stre­sie, w peł­nej kon­cen­tra­cji, ale jed­nak me­cha­nicz­nie. Tyl­ko ten pierw­szy ruch, cię­cie... Ma­gia.

Wendt pa­mię­tał pierw­sze. I każ­de na­stęp­ne.

Dużo cza­su mija, za­nim mło­dy za­bie­go­wiec do­stę­pu­je za­szczy­tu wy­ko­na­nia pierw­sze­go cię­cia. Przed­tem mo­zol­nie pnie się po chi­rur­gicz­nej dra­bi­nie, go­dzi­na­mi asy­stu­jąc, dba­jąc o to, żeby głów­ny ope­ra­tor do­brze wi­dział, co robi. Pro­za.

Pod­cią­gnąć hak, uła­twić doj­ście, przy­trzy­mać przy­rząd, za­ci­snąć krwa­wią­ce na­czy­nie, ob­ciąć nit­kę szwu i wy­cie­rać, wy­cie­rać, wy­cie­rać... Po ja­kimś cza­sie mo­żesz już koń­czyć za­bie­gi, szy­jąc skó­rę, i tak prze­su­wasz się w po­zor­nie nie­lo­gicz­ny spo­sób od koń­ca do po­cząt­ku.

Taki jest ten chi­rur­gicz­ny czy­ściec.

Te­raz Aleks, pa­trząc na mło­dzia­ka, przy­po­mniał so­bie swój pierw­szy dzień w nie­bie.

Ile to już lat mi­nę­ło...

Dzia­łaj, chło­pie, po­my­ślał. Sta­jesz się sa­mo­dziel­ny.

Wrzu­cił cze­pek i ma­skę do ko­sza przy drzwiach i wy­szedł z sali ope­ra­cyj­nej.

? ? ?

W dy­żur­ce nie było ni­ko­go. Więk­szość le­ka­rzy ro­ze­szła się już do do­mów, dy­żur­ni po­szli pew­nie na obiad, może ktoś jesz­cze krę­cił się po od­dzia­łach, ale na la­ryn­go­lo­gii pa­no­wał ten cha­rak­te­ry­stycz­ny przej­ścio­wy spo­kój. Nor­mal­ny dzień pra­cy prak­tycz­nie się skoń­czył, a dy­żur tak na­praw­dę jesz­cze nie za­czął, bo nie wszy­scy wy­szli. Mar­twa go­dzi­na.

Aleks wsta­wił wodę na kawę. Wła­ści­wie po­wi­nien się prze­brać i zbie­rać do wyj­ścia, bo na szes­na­stą trzy­dzie­ści był umó­wio­ny na squ­asha, a chciał jesz­cze wstą­pić do domu po sprzęt, któ­re­go za­po­mniał wrzu­cić do ba­gaż­ni­ka przed wy­jaz­dem do pra­cy. Wy­pa­da­ło­by może rów­nież coś zjeść. Ale nie był głod­ny.

Na squ­asha też, praw­dę mó­wiąc, nie miał dzi­siaj zbyt­niej ocho­ty, choć nie chciał spra­wić za­wo­du swo­je­mu sta­re­mu przy­ja­cie­lo­wi Ar­tu­ro­wi Nyce, z któ­rym nie­zmien­nie, za­wsze w śro­dy i so­bo­ty, spo­ty­ka­li się w Miej­skim Ośrod­ku Spor­tu i Re­kre­acji na Ur­sy­no­wie.

Był po pro­stu zmę­czo­ny. Zmę­czo­ny, a poza tym miał chan­drę. W zi­mie czę­ściej przy­tra­fia­ły mu się ta­kie sta­ny, a już zimy po roz­wo­dzie były pod tym wzglę­dem szcze­gól­nie do­kucz­li­we.

Żeby się nie­co po­cie­szyć, po­my­ślał o zbli­ża­ją­cym się week­en­dzie. Była co praw­da do­pie­ro śro­da, wcze­sne po­po­łu­dnie, ale on po­sta­no­wił nie brać tego pod uwa­gę i my­ślał o spę­dze­niu nie­dzie­li z Ma­ry­sią.

Za­bie­rze ją do Piz­za Hut. Ma­ry­sia uwiel­bia pie­czy­wo czosn­ko­we i kar­to­fel­ki w zio­ło­wym so­sie. Tak, a po­tem kino. Uśmiech­nął się na myśl o słow­nej gier­ce, któ­rą obo­je uwiel­bia­li.

"Ta­tu­siu, a na co pój­dzie­my?" - pa­da­ło py­ta­nie, a od­po­wiedź za­wsze była tyl­ko jed­na, bez wzglę­du na re­per­tu­ar: "Hmm, po­pa­trz­my..." - Aleks prze­dłu­żał chwi­lę za­sta­no­wie­nia, a Ma­ry­sia chi­cho­ta­ła. "No tak, zna­la­złem, może na... na­cho­sy z so­sem se­ro­wym!".

W tym mo­men­cie obo­je wy­bu­cha­li śmie­chem. To była ich gra, taki taj­ny szyfr, prze­zna­czo­ny tyl­ko dla nich dwoj­ga. Tak mało mie­li sie­bie.

Myśl o cór­ce przy­nio­sła ulgę.

Za­lał wodą trzy ły­żecz­ki ne­sca­fe clas­sic i usiadł w fo­te­lu z kub­kiem w ręku.

Zdą­ży na squ­asha, tyl­ko chwil­kę od­pocz­nie.

Kil­ku­mi­nu­to­wy re­laks prze­rwa­ło pu­ka­nie do drzwi.

- Pro­szę! - krzyk­nął.

To na pew­no ża­den z ko­le­gów. Oni nie mają w zwy­cza­ju pu­kać. Pew­nie któ­raś z pie­lę­gnia­rek przy­szła po­zaw­ra­cać gło­wę ja­kimś kwit­kiem do wy­pi­sa­nia.

Przez chwi­lę po­ża­ło­wał, że jed­nak nie wy­szedł wcze­śniej. Dać się zła­pać biu­ro­kra­cji. To może ze­psuć mu hu­mor na resz­tę dnia.

Usły­szał skrzy­pie­nie wol­no otwie­ra­nych drzwi, jak­by do wcho­dzą­ce­go nie do­tar­ło jego za­pro­sze­nie, co było zresz­tą cał­kiem praw­do­po­dob­ne, bo sza­fa sku­tecz­nie fil­tro­wa­ła nie tyl­ko ob­raz, ale i dźwięk. Na­tręt spraw­dzał nie­śmia­ło, czy w po­ko­ju ktoś jest.

To na pew­no nie pie­lę­gniar­ka, spe­ku­lo­wał Aleks. One po pro­stu wcho­dzą.

- Prze­pra­szam... - usły­szał nie­pew­ny ko­bie­cy głos.