Prolog
Zachyłek gruszkowaty.
Słysząc jego łacińską nazwę - Recessuspiriformis - można pomyśleć o jakiejś egzotycznej roślinie, tajemniczej budowli z okresu cesarstwa rzymskiego lub przedstawicielu dziwacznych azjatyckich płazów. A to fragment ludzkiego gardła.
Przeciętny człowiek, myśląc "gardło", nie wyobraża sobie tak naprawdę zupełnie nic, no, może za wyjątkiem anginy z dzieciństwa albo czegoś do ssania, co mniej lub bardziej przypomina cukierek i atakuje codziennie z telewizyjnej reklamy.
Jednak samo gardło to pustka, jedna wielka biologiczno-teoretyczna abstrakcja, a co dopiero jakiś tam zachyłek gruszkowaty, czyli zaledwie malutki tej abstrakcji zakamarek.
Trudno sobie wyobrazić, że takie byle co jest ważne, że coś może od tego byle czego zależeć, że to coś może zmienić bieg codziennych wydarzeń, słowem, że oprócz rozumu i wolnej woli Stwórca wyposażył nas jeszcze w zachyłek gruszkowaty.
To miejsce na styku układu pokarmowego i oddechowego, konkretnie - jego części zwanej krtanią.
Krtań może nie jest tak ważna jak serce albo nerki, ale to organ odpowiedzialny za powstawanie głosu - to przecież dzięki krtani Mick Jagger jest Mickiem Jaggerem, a Madonna Madonną.
Choroby krtani to choroby głosu, choroby porozumiewania się, choroby tego, co odróżnia nas od zwierząt - mowy!
Najcięższą i najbardziej niebezpieczną z tych chorób jest niewątpliwie rak krtani. Występuje przeważnie u mężczyzn koło pięćdziesiątki, prawie zawsze palących, często nadużywających alkoholu, i wbrew obiegowym opiniom, ale za to zgodnie z wszelkimi dostępnymi statystykami, jest obok raka płuc i raka szyjki macicy jednym z najczęściej spotykanych u człowieka nowotworów złośliwych.
Mało kto wie, że tak naprawdę jest całkowicie wyleczalny. Wczesne wykrycie daje praktycznie stuprocentową pewność przeżycia.
Rozwija się dość wolno, bardzo późno daje przerzuty, a i te przez długi czas lokalizują się tylko w okolicznych węzłach chłonnych.
Stosunkowo wcześnie pojawiają się też objawy - zaatakowanie strun głosowych skutkuje uporczywie utrzymującą się chrypką, która prędzej czy później zmusza chorego do poddania się badaniu lekarskiemu. Badanie jest proste: wystarczy rzut oka w lusterko laryngologiczne i właściwie wszystko jasne. Pacjent zostaje poinformowany, że jest bardzo poważnie chory, ale są też i dobre wiadomości: jeżeli szybko podda się operacji, ma szansę!
Rak krtani jest odporny na wszelkie metody leczenia. Nie reaguje na naświetlanie promieniami Roentgena ani na najbardziej nawet agresywną chemioterapię. Na nic, z wyjątkiem zabiegu operacyjnego.
Laryngektomia. Całkowite usunięcie krtani. Koniec mówienia. Często elementem leczenia jest tak zwana operacja Craile'a - usunięcie wszystkich węzłów chłonnych w okolicy nowotworu z podwiązaniem żyły szyjnej. Dla całkowitej pewności.
Można powiedzieć - uczciwy deal. Wysoka stawka - wysoka cena.
W końcu najważniejsze jest uratowanie życia, więc w fachowym piśmiennictwie przyjmuje się, że rokowanie w przypadku tego typu nowotworu jest raczej pozytywne.
Raczej. No, może z jednym małym wyjątkiem.
Mamy z nim do czynienia tylko w przypadku specyficznej lokalizacji ogniska raka. Bo czasem to paskudztwo usadawia się w zachyłku gruszkowatym.
Wtedy jest naprawdę niedobrze. Objawy występują zdecydowanie później - chrypka nie ostrzega o niebezpieczeństwie - na ogół pacjenci trafiają do szpitala wtedy, gdy jest już za późno. Za późno na leczenie, za późno na nadzieję, za późno na życie.
Rozdział 1
Aleks Wendt stał przy oknie dyżurki Oddziału Otolaryngologii Szpitala Miejskiego w Warszawie i patrzył na sunące po szybie krople deszczu. Nie cierpiał listopada. Pewnie mógłby go jakoś przeżyć, leżąc na leżaku w jakimś ciepłym kraju, ale tu, w Polsce, listopad był po prostu nie do zniesienia.
- I jak tu nie dostać deprechy? - mruknął trochę do siebie, a trochę do współtowarzysza dyżuru, Wojtka Sawickiego, jowialnego grubasa o rumianych policzkach i nieco staromodnym wąsiku, upodabniającym go bardziej do przedwojennego golibrody niż do specjalisty laryngologa. Był najzdolniejszym studentem na roku, a teraz jednym z najbardziej lubianych i cenionych lekarzy w szpitalu. Lubili go pacjenci, bo potrafił dodać otuchy, lubili i cenili koledzy, bo chętnie służył radą i pomocą. Nie miał wrogów, nawet doktor Pawlak, etatowa szpitalna szuja, nie kopał pod nim dołków. Nie do wiary.
Aleks lubił dyżurować z Sawickim. Co prawda, uważał, że w pracy nie można znaleźć prawdziwego przyjaciela - za dużo sprzecznych interesów i środowiskowych przepychanek - ale Wojtek nie był typem karierowicza, nie był "środowiskowy". Żył sobie poza układami. Uwielbiał gadać o polityce i słuchać rocka. Był dobrym lekarzem, ale medycyna kończyła się dla niego po wyjściu z pracy. Oczywiście starał się być na bieżąco, czytał dużo fachowej literatury, ale nie należał do pracoholików, a przynajmniej starał się zachować dystans.
- Deprechy to można dostać, patrząc na tych kretynów w sejmie - westchnął Sawicki, nie odrywając wzroku od telewizora, w którym reporterka wieczornych wiadomości indagowała znanego polityka.
- Niewłaściwa diagnoza, panie doktorze, to grozi raczej nerwicą. - Aleks nie miał ochoty słuchać niekończącej się tyrady kolegi na temat przywar rządzącej koalicji. Odwrócił się od okna i podszedł do stolika, na którym stał elektryczny czajnik i kilka filiżanek.
- Chcesz kawy? - zapytał.
- Nie, dzięki, piłem już dwie, poczekam do kolacji.
W tym momencie ostro zabrzęczał dzwonek interkomu.
- Co tam? - Sawicki nie musiał wstawać ze swojego ulubionego fotela, żeby nacisnąć guzik odbioru.
Z głośnika dobiegł zniekształcony głos dyżurnej pielęgniarki, Anki Stec:
- Ciało obce w zabiegowym.
- Samo przyszło? - Pytanie nie było złośliwe, ale Sawicki nie lubił żargonowych określeń. Nie należał do językowych pedantów, po prostu dbał o słownictwo, a koleżanki lekarki chętnie podkreślały, że jest "jedynym przedstawicielem dyscyplin zabiegowych, który nie przeklina przy kobietach".
- Oj, doktorze, niech doktor nie robi sobie żartów. - Anka była trochę skonfundowana tym, że dała się złapać na błędzie. - Dziecko z ciałem obcym, pięć lat, chłopiec - zreferowała już jak należy.
- Dobra, moment - odparł Sawicki i zwrócił się do Aleksa:
- Rzucisz okiem?
Tak naprawdę nie musiał pytać. To Wendt był dzisiaj pierwszym dyżurnym i to on odpowiadał za przyjęcia w zabiegowym. Było ich dwóch dlatego, że na oddziałach zabiegowych zawsze musi dyżurować zespół, który w razie czego będzie mógł przeprowadzić operację.
- Jasne - odrzekł Aleks. - Zalej mi kawę, jak się woda zagotuje.
- A może Shakira ci zaleje? Wypij z nią kawę w zabiegowym, będzie miała co wspominać do Bożego Narodzenia. - Na pyzatej twarzy Sawickiego zagościł przewrotny uśmieszek.
- A może bym ci ją tak na łeb wylał? Co ty na to? - odciął się Aleks jak zwykle, gdy ktoś wygadywał takie rzeczy.
Shakira to był "służbowy" pseudonim Anki Stec. Nikt nie mówił o niej inaczej, choć podobieństwo do słynnej wokalistki nie było szczególnie uderzające. Właściwie poza burzą niesfornych blond loków nie widać było żadnych wspólnych punktów, ale nikomu to nie przeszkadzało, po prostu przezwisko przylgnęło do niej, i już. Poza tym Anka była ładną dziewczyną, więc nikt nie protestował, a najmniej sama zainteresowana.
Kochała się w Aleksie na zabój. Wiedział o tym cały oddział, a dla męskiej jego części był to dyżurny temat żartów, chociaż wszyscy starali się, jak mogli, żeby nie sprawić dziewczynie przykrości jakąś niestosowną uwagą.
Jeżeli jednak komukolwiek te żarty sprawiały przykrość, to tylko Aleksowi, choć nigdy tego nie okazywał. Nie mógł pozbierać się po rozwodzie, i mimo że minęły już prawie trzy lata, to nigdy tak do końca nie pogodził się z tym, że już nie ma rodziny. Nie tęsknił za Ewą, miał bardzo dobry kontakt z córką Marysią, ukochaną jedynaczką, ale nie mógł się przyzwyczaić do mieszkania w pojedynkę, do samotnych wieczorów z książką, i w ogóle nie wyobrażał sobie, że mógłby zacząć wszystko od nowa z inną kobietą, z inną rodziną. Dziwne, ma dopiero trzydzieści sześć lat, powinno być łatwo. A nie jest.
Chłopcy mieli naprawdę dobre zamiary. To taka terapia grupowa, jak tłumaczyli: jeżeli grupa coś intensywnie wtłacza jednostce do głowy, jednostka w końcu przyjmuje to do wiadomości i zaczyna wierzyć. W tym przypadku jednostka miała uwierzyć, że życie po rozwodzie jest w porządku. A nie było. Wszyscy wyobrażali sobie, że Aleks znajdzie ukojenie w ramionach Anki, ale cóż... Anka była dobrą dziewczyną, uczynną i miłą. I na tym dla Aleksa lista jej zalet się kończyła.
Odwrócił się szybko, żeby Sawicki nie zauważył smutku w jego oczach. Nie był to dzień wysłuchiwania żarcików i dobrych rad. Zresztą w taki beznadziejny listopadowy wieczór nie ma śmiesznych żartów i dobrych rad. Wszystkie są mniej lub bardziej do bani.
Nie odezwał się więc i energicznym krokiem wyszedł na korytarz.
? ? ?
W gabinecie zabiegowym czekała młoda zadbana kobieta, ubrana w mokry szary płaszcz. W ręku ściskała wełnianą czapkę. Nie wyglądała na przestraszoną, była raczej zdezorientowana, jak każdy, kto nieoczekiwanie znajdzie się w szpitalu. To zawsze widać - człowiek wygląda wtedy trochę tak, jakby przybył z innego wymiaru, nie jest zwyczajnie zdenerwowany, jest zagubiony i niepewny. Całkowicie zdaje się na lekarza - przynajmniej na początku.
- Dzień dobry. Co się stało? - zapytał Aleks spokojnym, ciepłym głosem.
Kobieta podała mu skierowanie z pogotowia ratunkowego i szarą kopertę ze zdjęciem rentgenowskim. Na skierowaniu była krótka adnotacja: Corpus alienum oesophagi - "ciało obce w przełyku" - pieczątka lekarza i mały hieroglificzny podpis.
- Zakrztusił się podczas jedzenia, panie doktorze, a później ciągle powtarzał, że go boli - wyjaśniła kobieta i wskazała siedzącego na kozetce chłopca. Malec, wyglądający na mniej więcej pięć lat, wtulał się w płaszcz matki. Zerkał na boki i sprawiał wrażenie raczej zainteresowanego niecodziennym otoczeniem niż przestraszonego.
Aleks pochylił się i pogłaskał go po głowie.
- Jak masz na imię? - zapytał.
- Piotruś - odparło dziecko rezolutnie.
- A przypadkiem nie Piotr? - Aleks wiedział, że warto zdobyć zaufanie dziecka i teraz jest na to najlepszy moment.
- Nie, Piotruś - padła zdecydowana odpowiedź.
- No dobrze, to powiedz mi, Piotrusiu, kim zostaniesz, gdy będziesz duży?
- Już jestem duży - powiedział szkrab bez wahania.
To praktycznie kończyło rozmowę; malec dał do zrozumienia, że nie da się nabrać na tanie zagrywki.
Aleks lubił leczyć dzieci, choć poza dyżurami i przychodnią specjalistyczną dwa razy w tygodniu rzadko miewał z nimi kontakt. Zaraz po stażu, który odbył częściowo na oddziale dziecięcym, na stałe zadomowił się na oddziale męskim, który mógł tak naprawdę nosić nazwę onkologicznego, bo był w przeważającej i przerażającej większości miejscem leczenia przypadków nowotworowych. Dlatego leczenie dzieci było dla Aleksa odskocznią od ponurych aspektów "dorosłej" medycyny.
Wziął z rąk matki kopertę, wyjął z niej zdjęcie rentgenowskie i ustawił pod światło.
Na tle normalnie zarysowanego przełyku widniała niewielka biaława plamka o nieregularnym kształcie. Dość typowe zacienienie wskazywało prawdopodobnie na kość oblepioną resztkami jedzenia.
- Co to było, kurczak? - spytał Aleks, odwracając się do matki.
- Tak, ugotowałam zupę jarzynową, panie doktorze, zostawiłam trochę kurczaczka, musiałam jakiejś kostki nie zauważyć - tłumaczyła się kobieta. Gdy dzieciom dzieje się coś złego, czasem przez zupełny przypadek, matki często obwiniają siebie. Aleks widział to wiele razy. Nie obwiniały się tylko te, które naprawdę miały coś na sumieniu.
- To się zdarza - uspokoił ją. - Nawet pani nie wie, co dzieciaki potrafią połknąć - dodał z uśmiechem. - Dorosły by nie mógł, a dziecko jak najbardziej.
Kobieta uśmiechnęła się lekko, ale w oczach miała łzy.
- Proszę się nie martwić, usuniemy to - zapewnił ją Aleks.
- Panie doktorze, czy to... konieczne?
- Niestety, tak. Kość zaklinowała się w przełyku i sama się nie rozpuści. Jeżeli ją zostawimy, zacznie się rozkładać i wywoła proces zapalny w swoim otoczeniu, a jeszcze, nie daj Boże, jakimś ostrym kancikiem spowoduje skaleczenie i będzie kłopot. Koniecznie trzeba ją usunąć, ale nie ma się czym niepokoić, zabieg jest banalnie prosty, potrwa zaledwie kilka minut.
Aleks wiedział, że jeżeli dokładnie wytłumaczy kobiecie sytuację, strach nie minie, ale stanie się racjonalny. I o to chodzi. To nie tylko kwestia ludzkiego podejścia do pacjenta - potrzebował jej pisemnej zgody na zabieg.
- Będzie go bolało?
- Nie, spokojnie, to jest zabieg w znieczuleniu ogólnym, Piotruś niczego nie poczuje.
Kobiecie wyraźnie ulżyło. Puściła rękę synka, wyjęła z torebki chusteczkę higieniczną i otarła łzy.
- No, przyjacielu, pora się zdrzemnąć - Aleks zwrócił się wesoło do chłopca.
- Nie jestem śpiący. - Trzeba przyznać, że młodziak należał do konkretnych i dzielnych zawodników. Jego mama była o wiele bardziej przerażona niż on, choć to przecież jemu miano za chwilę włożyć do gardła kilkudziesięciocentymetrową rurkę. - Leżakowałem w przedszkolu. No i nie oglądałem jeszcze dobranocki. A zawsze oglądam.
- No, na to akurat możemy coś poradzić. A tak naprawdę to jest taka zamiana.
- Jaka zamiana? - zaciekawił się chłopczyk.
- No właśnie, zamiana - ciągnął Aleks. - Teraz trochę pośpisz, za to po powrocie do domu spanie będzie zaliczone i będziesz mógł przez cały wieczór oglądać bajki.
Ta perspektywa zdecydowanie bardziej ucieszyła mamę.
- To znaczy, że będziemy mogli potem wrócić do domu? - zapytała.
- Tak. Poczekacie jakiś czas w pokoju obserwacyjnym, ale nie ma podstaw do zatrzymywania dziecka w szpitalu.
Matka wyraźnie się odprężyła.
Trzeba zabierać się do roboty. Aleks ruszył do drzwi, żeby wydać dyspozycje pielęgniarkom, ale coś sobie przypomniał i się odwrócił.
- Aha, będzie potrzebny pani podpis, zgoda na zabieg.
- Oczywiście, panie doktorze.
- Dziękuję. Siostra Ania się państwem zajmie, do zobaczenia.
Aleks wyszedł na korytarz.
- Pani Aniu, ezofagoskopia. Proszę wszystko przygotować i zadzwonić po anestezjologa, jestem u siebie - rzucił do wychylającej się z dyżurki pielęgniarki.
- Dobrze, doktorze, robi się. - Dziewczyna posłała mu uroczy uśmiech.
Aleks odwrócił się i wolnym krokiem poszedł w stronę pokoju lekarskiego, zastanawiając się, dlaczego pielęgniarki tak go lubią.
Teraz pora na kawę. O kolacji można chwilowo zapomnieć, ale tym zbytnio się nie przejmował. Nie cierpiał szpitalnego żarcia.
? ? ?
- No i co tam? - Sawicki nadal siedział, a właściwie półleżał w fotelu. Kawa czekała na stoliku, jeszcze gorąca, a na ekranie telewizora rozmowy o polityce zastąpiły kolejne rozmowy o polityce. Wojtek nie wyglądał na zbytnio zainteresowanego. Podobnie zresztą jak sytuacją w gabinecie zabiegowym. Pytanie było raczej zwyczajowe.
- Ezofagoskopia - odrzekł Aleks. - Wiesz może, kto dzisiaj znieczula? - W zależności od anestezjologa można było określić, czy zabieg zostanie przeprowadzony za dwadzieścia minut, czy za półtorej godziny. Niektórzy koledzy z Oddziału Intensywnej Opieki Medycznej przychodzili od razu, gdy zostali wezwani na blok operacyjny, inni spokojnie kończyli kawę, obiad albo pogawędkę z kolegami, oczywiście jeżeli nie chodziło o ratowanie życia.
- Chyba Zadymka. Widziałem go rano na parkingu - mruknął niewyraźnie Sawicki, bo chyba przysnął w fotelu.
Robert "Zadymka" Kujawiak dumnie nosił swój przydomek. Nie mogło być inaczej, bo od kilku lat był regionalnym przewodniczącym Związku Zawodowego Lekarzy i wsławił się twardymi, a często agresywnymi negocjacjami z przedstawicielami administracji rządowej w sprawie podwyżek płac w służbie zdrowia. Mówiono, że gdyby to od niego zależało, lekarze strajkowaliby trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. A i niejeden już minister zdrowia zostałby pewnie zesłany do kamieniołomów z wieloletnim wyrokiem. Wizerunek związkowego twardziela nie zjednywał Kujawiakowi przyjaciół, ale każdy, kto go znał, wiedział, że jest doskonałym anestezjologiem. Co do tego wszyscy byli zgodni.
Nie kazał na siebie długo czekać i już po niespełna pół godzinie w dyżurce dał się słyszeć jego tubalny baryton:
- Halo, halo, jest tam kto?!
Dyżurka na laryngologii była urządzona w dość specyficzny sposób. Otóż wchodzący nie widział, co dzieje się w pokoju. Drzwi od reszty pomieszczenia odgradzała ustawiona w poprzek szafa na ubrania. Najpierw trzeba było przejść wzdłuż niej i dopiero potem widać było, kto jest w pokoju i co robi. Wygodne.
- Są dwie cycate blondynki. A kto pyta? - rzucił Sawicki.
- Nelson Mandela, oczywiście. - Zza szafy wyłoniła się nienaganna sportowa sylwetka anestezjologa. Uścisnęli sobie dłonie. - Lecę na operacyjną, wpadłem się tylko przywitać. Co słychać u panów doktorów? Gabineciki prywatne prosperują? - Laryngolodzy wiedzieli, że to żart z podtekstem. Krążyły legendy o tym, ile zarabiają ginekolodzy na nielegalnych skrobankach i laryngolodzy na prywatnym leczeniu drobnych schorzeń migdałków u bogatych starszych pań.
- Bida z nędzą. Trzeba się nieźle namordować, żeby marne sto tysiaków miesięcznie wyciągnąć - odparował bezczelnie Aleks.
- Dobra, panowie, do roboty, bo wieczorem jest Lot nad kukułczym gniazdem na Dwójce. Uwielbiam ten film.
- Widziałem z osiem razy. Dobra, zaraz się zbieramy. - Sawicki wstał ciężko z fotela i zaczął szukać czegoś w szafce z dokumentami. Kujawiak wyszedł znieczulać.
? ? ?
Gdy Aleks i Wojtek weszli na blok operacyjny, chłopiec już spał. Był przy nim Kujawiak, który regulował urządzenia nadzorujące ciśnienie i inne parametry gazu i obserwował pojawiające się na zielonych ekranach cyferki sygnalizujące prawidłowość funkcji życiowych znieczulanego pacjenta.
Ewa Melcer, dyżurna instrumentariuszka, ubrana w zieloną bluzę i spodnie, w rękawiczkach, czepku i z maską na twarzy, stała przy stoliku narzędziowym, sprawdzając po raz nie wiadomo który idealne ułożenie sterylnego zestawu do ezofagoskopii.
Aleks podszedł do stołu i zajął miejsce za głową dziecka. Sawicki stanął po jego prawej stronie, nieco z tyłu, żeby nie przeszkadzać instrumentariuszce w podawaniu narzędzi. Niewielkiego rozmiaru rurka ezofagoskopowa rozpoczęła powolną wędrówkę. Przełyk pięcioletniego dziecka jest wąski i wprowadzenie do niego nawet bardzo cienkiej rurki jest nie lada sztuką. Żeby cokolwiek zobaczyć, należy go rozszerzyć, ale niezbyt mocno, unikając przy tym jakichkolwiek gwałtowniejszych ruchów, które mogłyby doprowadzić do rozerwania sprężystej, ale bardzo delikatnej ściany narządu. Aleks przesuwał rurkę powoli i ostrożnie. Przeprowadził ją przez gardło, później pokonał lekki opór u wejścia do przełyku. Jeszcze trochę, jeszcze kawałek... Aleks pamiętał mniej więcej położenie ciała obcego, które widział na zdjęciu. Jeszcze parę milimetrów. wreszcie jego oczom ukazała się przeszkoda. Praktycznie całe światło przełyku zajmował niepogryziony kawałek mięsa, nieznacznie połyskujący, ustawiony w poprzek. Nie był duży, problem stanowiło raczej jego położenie. W środku znajdowała się prawdopodobnie kostka, która oparła się o boczne ścianki, co uniemożliwiło jej połknięcie. Od dołu prześwitywał, jakby przyklejony do głównej masy, spory kawałek marchewki. Aleks uznał, że wystarczy obrócić kostkę o dziewięćdziesiąt stopni, ustawić wzdłuż przełyku, a będzie dobrze widoczna i łatwa do wyciągnięcia.
- Sztanca - rzucił, nie odrywając wzroku od wąziutkiego, ledwo widocznego pola operacyjnego.
Wyciągnął prawą rękę do instrumentariuszki. Po sekundzie o wnętrze jego dłoni uderzyły długie szczypczyki. Ostrożnie wprowadził je w światło ezofagoskopu. Była to czynność na pograniczu ekwilibrystyki, bo widoczność, nawet w zupełnie pustej rurze, była prawie zerowa. Sztanca ze szczypcami wędrowała w dół, wiedziona bardziej wyczuciem Aleksa niż jego wzrokiem. Zacisnął uchwyt podobny do oczek małych nożyczek. Niczego nie chwyciły. Jeszcze raz. Tym razem poczuł opór. Udało się uchwycić brzeg kostki oblepionej mięsem.
- Mam tę dziwkę - mruknął.
- Dawaj, powoli... - Sawicki zaglądał mu przez ramię. Niczego nie widział, ale był blisko, gotów w razie czego przytrzymać któreś z narzędzi.
Wydawało się jednak, że Aleks pewnie chwycił "zawalidrogę". Powoli zaczął przesuwać trzymaną w szczypcach kostkę w górę przełyku. Pomalutku, starając się nie dopuścić do minimalnego nawet odchylenia na boki, milimetr po milimetrze wyciągał kostkę. Już prawie... już właściwie była na zewnątrz...
I wtedy stało się!
Aleks przez cały czas trzymał szczypcami mięso z kostką w środku, jednak oderwał się od niego kawałek marchewki. Silniejsze pociągnięcie sprawiło, że się odkleił. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby marchewka pozostała w przełyku. Prawdopodobnie nie trzeba by jej było wyciągać, chłopczyk połknąłby ją po prostu po przebudzeniu. Spadła jednak w najbardziej nieodpowiednie miejsce, jakie można było sobie wyobrazić...
- Tchawica! - krzyknął Aleks. Dla wszystkich stało się jasne, że prosty zabieg zamienił się w walkę o życie.
Tego nikt się nie spodziewał.
- Spokojnie. Wyciągniesz. - Sawicki odsunął się i zamarł w oczekiwaniu. Teraz rzeczywiście spokój był chyba najcenniejszą rzeczą.
- Nie oddycha - stwierdził Kujawiak równie spokojnie, lecz stanowczo. - Masz mało czasu.
- Laryngoskop! - rzucił Aleks do instrumentariuszki. Zaczął się pocić. Na jego fartuchu pod pachami pojawiły się ciemne plamy.
Rura ezofagoskopowa była już na zewnątrz, zupełnie nieprzydatna. Aleks w prawej ręce trzymał szczypce, a lewą chwycił laryngoskop i podważył język.
- Gdzie ona jest? - mamrotał zdenerwowany. - Gdzie jest, kurwa, ta jebana marchewka?! - Czas mijał nieubłaganie. Dziecku zostały już tylko sekundy życia.
- Reanimacja! - zarządził Kujawiak i rzucił się, by rozpocząć masaż serca. Zawadził przy tym nogą o stołek stojący przy aparaturze, który zwykle służył anestezjologowi do siedzenia podczas długich zabiegów. Kujawiak kopnął go tak mocno, że stolik uderzył w stojącą w rogu szafkę z lekami. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła, stal zadzwoniła o kafelki. To wszystko jakby wyrwało Sawickiego z odrętwienia. W jego ręku nie wiadomo skąd pojawił się skalpel.
- Tracheotomia! Aleks, puść mnie, nacinam!
Nacięcie tchawicy poniżej miejsca zatkania dałoby możliwość wprowadzenia powietrza do układu oddechowego.
- Poczekaj, kurwa, nie wiesz, jak głęboko spadło - powiedział Aleks. I to był właśnie problem. Tracheotomia, nie dość, że karkołomna w tych warunkach, nie dawała gwarancji powodzenia. - Daj mi kilka sekund.
- Tracimy go. - Szybkość ruchów Kujawiaka kontrastowała z jego spokojnym głosem. Aleks wiedział, że jest to spokój pozorny, ale wiedział również, że na sali operacyjnej nie ma nic gorszego niż spanikowany anestezjolog. Robert to doskonały fachowiec.
Aleks wprowadził szczypce przez krtań do tchawicy. Minęło może pięć, może siedem sekund, ale wydawało mu się, że trwa to całe godziny, jakby poruszał się w zwolnionym tempie.
- Mam! - sapnął w końcu i ułamek sekundy później cały kawałek marchewki, jakby wystrzelony z procy, wyleciał z buzi dziecka. Kujawiak, nie czekając ani chwili, natychmiast zaczął wentylować małego pacjenta.
- Udało się. Mamy go - powiedział po chwili.
Ewa Melcer, blada jak ściana, klapnęła na stołek i odetchnęła głęboko. Sawicki starł tylko z czoła kropelki potu. Przez cały czas ściskał w ręku skalpel, jakby szykował się do zadania ciosu. Kujawiak nadal regulował coś na urządzeniach monitorujących.
Nikt nic nie mówił.
Aleksowi kręciło się w głowie. Musiał wyjść. Jak najszybciej. Jak najdalej.
Otworzył drzwi i wypadł na korytarz. Podszedł do ściany, chcąc się o nią oprzeć, i wtedy zauważył matkę chłopca. Zupełnie o niej zapomniał. Szła w jego stronę. W oczach miała nadzieję - Aleks tak często widział ją w oczach ludzi, których bliscy byli operowani. Oni po prostu nie dopuszczali do siebie myśli, że mogą usłyszeć złe wiadomości.
W ułamku sekundy przez jego głowę przewinęła się najpierw cała operacja, a później pojawiła się nieokreślona, ale niemal fizycznie bolesna świadomość, że jeszcze kilka sekund i trzeba byłoby kobiecie, która zaledwie parę godzin temu bawiła się ze swoim dzieckiem, a potem przywiozła je na banalny zabieg, wytłumaczyć, że stała się najstraszliwsza rzecz, jaką tylko można sobie wyobrazić.
Aleks ogromnym wysiłkiem woli zmusił się do przywołania na twarz grymasu, który, miał nadzieję, choć trochę przypomina uśmiech.
- W porządku. Już po wszystkim - zdołał wykrztusić. Na twarzy kobiety odmalowała się ulga, ale on nie był w stanie z nią rozmawiać.
Odwrócił się i pobiegł do dyżurki.
Zatrzasnął za sobą drzwi, pochylił się nad umywalką i zwymiotował.
Puścił wodę, podniósł głowę i spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Jego twarz była trupio blada.
- O kurwa - zaklął cicho.
Rozdział 2
Ciszę zimowego poranka rozdarł pisk budzika.
Aleks niechętnie otworzył oczy i po omacku rozpoczął poszukiwanie źródła tego upiornego dźwięku. W końcu nakrył ręką telefon komórkowy i po kilku nieudanych próbach udało mu się nacisnąć odpowiedni klawisz. Wziął aparat do ręki i spojrzał na wyświetlacz: szósta trzydzieści. Wstał i podszedł do okna. Na dworze było jeszcze zupełnie ciemno i prószył drobny śnieg. Termometr wskazywał zero. Koszmar. Powoli poczłapał do łazienki.
Golenie, szybki prysznic i po dwudziestu minutach zbiegał w dresie z drugiego piętra, gotowy do porannego joggingu.
Nie cierpiał biegać. Właściwie gdyby ktoś go zapytał, dlaczego codziennie z regularnością szwajcarskiego zegarka rozpoczyna poranny trucht, katując się w ten sposób zawsze przez dokładnie dwadzieścia pięć minut, nie mógłby udzielić logicznej odpowiedzi. Nigdy nie miał problemów z nadwagą, był zdrów jak ryba i nie dbał o sylwetkę czy stan zdrowia. Wmawiał sobie jednak, że tak należy, że tak jest zdrowo. Łapał się w potrzask przekonań, które sam sobie narzucał.
Całe jego życie było udowadnianiem, że potrafi. Komu? Z tym to różnie bywało. Na początku na pewno rodzicom, a najbardziej chyba ojcu.
Aleks pochodził z tak zwanej dobrej rodziny. Oczywiście lekarskiej. Nikt właściwie nie wie, dlaczego dzieci lekarzy najczęściej zostają lekarzami, ale tak po prostu jest i chyba zawsze będzie. Aleks nie odbiegał od stereotypu, chociaż nigdy nie był chłopakiem stereotypowym. W liceum pisał wiersze i sztuki dla amatorskiego teatru, kochał muzykę, grał zresztą prawie na wszystkim, co wziął do ręki, mimo że jego edukacja muzyczna ograniczyła się do kilku lat prywatnych lekcji gry na fortepianie. Potem, już na studiach, śpiewał w zespole rockowym o zabójczej nazwie Medipower, zresztą bardzo lubianym i popularnym w kręgach uczelnianych. Słowem, zawsze starał się wyróżniać z tłumu. Po maturze myślał o prawie, a może o szkole aktorskiej, a jednak skończył na medycynie. Dlaczego? Może dlatego, że chciał pokazać, iż potrafi? Ale komu? Ojcu czy sobie?
Było piętnastu kandydatów na jedno miejsce, a on dostał się oczywiście za pierwszym podejściem. Kiedy był starszy, też szukał wyzwań. Coraz mniej obchodziły go opinie innych, coraz częściej musiał udowadniać sam sobie, że potrafi, że wygra, że znów będzie najlepszy. Starał się nie okazywać słabości, prawie zawsze uśmiechnięty, sprawiał wrażenie człowieka, któremu wszystko się udaje.
Z małżeństwem było tak samo. Ewę poznał na studiach, w dyskotece, podczas jednego z wariackich wieczorów, jakie urządzali z kumplami z roku. Najpierw była tak zwana premedykacja, termin jak najbardziej fachowy, oznaczający wstępne znieczulenie - pili przez dwie, trzy godziny w domu albo w pubie, po czym rozpoczynali rajd po knajpach i zawody, kto wyrwie najfajniejszą dziewczynę. Aleks mieszkał jeszcze wtedy z rodzicami i czasem wracał do domu nad ranem, a czasem wcale. Szedł prosto na zajęcia, przysypiając później gdzieś w kącie.
Ewkę na początku potraktował jak zadanie. Była śliczna, wysoka, smukła. Stała oparta o bar, zamyślona, nieprzystępna, popijała colę i patrzyła na tańczących ludzi. Koledzy nie wierzyli, że mu się uda, specjalnie go podpuszczali, wiedział o tym, takie były zasady. Później wiele razy wspominali z Ewą tamten wieczór. Pamiętał pierwsze słowa, które wypowiedział, kiedy do niej podszedł.
- Jeżeli rozglądasz się za przystojniejszymi facetami, to tutaj takich nie ma. Sprawdziłem.
Roześmiała się. Wygrał. Zawsze wygrywał. No, prawie zawsze.
Pół roku później byli małżeństwem.
Właściwie diabli wiedzą, dlaczego ich związek się rozpadł. Mieli wszystko, czego potrzebują do szczęścia młodzi ludzie.
On - młody ambitny lekarz, ona - świeżo upieczona zdolna prawniczka. Chciałoby się powiedzieć: piękni, mądrzy i bogaci. Bogaci co prawda nie byli, ale wtedy zbytnio się tym nie przejmowali - na wszystko, co ważne, wystarczało.
Miłość. Może na nią właśnie zabrakło czasu?
Problemy zaczęły się po przyjściu na świat Marysi. Była wspaniałym dzieckiem, nigdy nie chorowała, nie płakała po nocach, rozwijała się idealnie. Aleks kochał ją nad życie, ale chyba nigdy nie potrafił tak naprawdę odnaleźć się w roli ojca, choć bardzo chciał. Ale od początku toczyła się w jego podświadomości jakaś dziwna walka o względy Ewy. Nie chciał, żeby tak było, nigdy się do tego nie przyznał, nawet przed sobą, jednak nie potrafił być na drugim planie. Nawet we własnej rodzinie. Może dlatego, że był jedynakiem? Denerwowało go, że Ewa nie chciała się kochać wtedy, kiedy on chciał. Zmęczona nieprzespanymi nocami - bo mała miała apetyt - zrobiła się drażliwa. Godzinami gadała z koleżankami o pieluchach i kupkach. Po roku chciała iść do pracy. To też Aleksa denerwowało. Uważał, że Ewa powinna dłużej opiekować się córką. Aż wreszcie... sam nie wiedział, czego chce.
Wytrzymali ze sobą trzy lata. Rozwód przebiegł spokojnie. Kulturalnie. Przecież oboje pochodzili z dobrych rodzin.
? ? ?
Dwadzieścia pięć minut minęło i zdyszany Aleks wbiegł na schody. Otworzył drzwi, zrzucił dres, znów krótki prysznic, i wreszcie poranna kawa. Uwielbiał ten moment. Zaczął się kolejny dzień.
Za dwadzieścia ósma wsiadł do swojego peugeota 307CC. Nie miał daleko do pracy. Zaraz po rozwodzie wynajął mieszkanie zaledwie parę ulic od szpitala, jakby zadecydował, że od tego momentu to praca będzie wypełniać jego życie.
Punktualnie o ósmej, przebrany w zielony operacyjny uniform i narzucony na niego świeży biały fartuch, wkroczył energicznie do sali przyjęć, gotowy do porannej odprawy.
? ? ?
- Witam państwa, poproszę o raport z dyżuru. - Docent Malak, ordynator laryngologii w Miejskim, od lat zawsze zaczynał odprawę tymi samymi słowami.
Aleks co dzień łapał się na identycznym skojarzeniu: Malak wydawał mu się robotem powtarzającym zaprogramowaną frazę. Odliczał zawsze czas od momentu zamknięcia drzwi do chwili, kiedy padnie magiczna formuła. Taka zabawa. Wynik pomiędzy piętnastoma a dwudziestoma sekundami zapowiadał dobry dzień, powyżej - kłopoty. Dzisiaj było osiemnaście. Nieźle.
Krzysiek Olko, pierwszy dyżurny z ostatniej nocy, rozpoczął składanie raportu. Nikt go oczywiście nie słuchał, niektórzy jeszcze nie do końca się obudzili, ale Docent przestrzegał niepisanych zasad - raport to była świętość, absolutnie nieodzowny początek dnia.
Ordynator oddziału musi wzbudzać szacunek i pomimo drobnych dziwactw docent doktor habilitowany Zbigniew Malak taki szacunek wśród swoich pracowników niewątpliwie wzbudzał.
Nie był łatwym człowiekiem. Jego obsesyjna pryncypialność i maniakalne przywiązywanie wagi do porządku bywały czasem denerwujące. Potrafił zrobić karczemną awanturę z powodu bałaganu w szafce z lekami w dyżurce pielęgniarek albo pajęczyny, którą dostrzegł gdzieś w zakamarkach gabinetu zabiegowego. Absolwent Wojskowej Akademii Medycznej, co stanowiło chyba jedyną przeszkodę dla dawno już zasłużonej profesorskiej nominacji w "cywilnej" medycynie, był wojskowym nie z wykształcenia, ale z charakteru. Wszystko musiało być pod linijkę. Ale ci, którzy pracowali z nim dłużej, wiedzieli, że Docent to w gruncie rzeczy człowiek o gołębim sercu, a przede wszystkim szef, który za swoich podwładnych odda życie i pewnie w razie potrzeby jeszcze coś dołoży. Nie był sympatycznym facetem, ale każdy chciałby mieć kogoś takiego przy sobie w trudnym momencie. Poza tym był doskonałym lekarzem.
Powołanie to coś ulotnego, coś, o czym już na drugim roku medycyny nawet się nie wspomina, bo i po co? Są egzaminy, zaliczenia, potem praca, obowiązki, zabiegi, dyżury. Jest szpital, przychodnia, czasem prywatny gabinet, pacjenci, choroby, przeważnie wciąż takie same. I są lekarze. Przeważnie wciąż tacy sami. Jak pacjenci i ich choroby. Powtarzalni.
A jednak wśród nich są tacy, po których na pierwszy rzut oka widać, że się do tego urodzili, i tacy, dla których to zawód jak każdy. To nie znaczy, że są gorsi, wręcz przeciwnie, czasem nawet bardziej skuteczni, lepiej radzący sobie w środowisku, nawet bardziej lubiani. Ale medycyna to ciężki kawałek chleba i bez tego właśnie nieokreślonego "czegoś", szumnie zwanego powołaniem, człowiek po prostu bardziej się męczy. I to widać.
Docent Malak był właśnie takim lekarzem z powołania. Żył pracą, mieszkał w pracy, myślał chyba też tylko o pracy.
A przede wszystkim, co było niewytłumaczalne, miał nieprawdopodobną cierpliwość do pacjentów. Facet, który potrafił zmieszać z błotem lekarza, pielęgniarkę czy sanitariusza za drobny przejaw lenistwa lub bałaganiarstwa, drąc się na cały szpital czerwony ze złości, łagodniał jak baranek przy chorym dziecku, które mogło dosłownie wejść mu na głowę.
Każdy z pacjentów, również dorosłych, mógł o dowolnej porze dnia lub nocy przyjść, porozmawiać, zadać dowolną liczbę pytań, zająć dowolną ilość czasu, a Docent nigdy nie okazywał zniecierpliwienia. W przychodni Malak siedział zawsze do ostatniego pacjenta, nigdy nie odmówił nikomu przyjęcia, nawet z najbardziej błahego powodu. Ten facet po prostu nie miał życia prywatnego i nikt się nie dziwił, że jest najbardziej zatwardziałym starym kawalerem, jakiego można sobie wyobrazić. Po prostu nikt, nawet święty, nie wytrzymałby pod jednym dachem z takim człowiekiem.
To nieprawda, że nikt nie słuchał porannego raportu. Malak słuchał.
- ...poza tym trzy nowe przyjęcia na oddziale dziecięcym - zdawał sprawozdanie Olko - chłopiec lat sześć i dziewczynka lat pięć, obydwoje z podgłośniowym zapaleniem krtani. Podano sterydy, zlecono inhalacje, stan dzieci jest dobry. Oprócz tego dziewczynka lat sześć do adenotomii... - referował monotonnie. - ...nie było przyjęć na oddziale kobiecym. - Bezbarwny głos lekarza sprawiał, że myśli większości personelu krążyły wokół dzbanka kawy. - Jedna nowa osoba na oddziale męskim. Chory, lat sześćdziesiąt dziewięć, przyjęty z ewentualną kwalifikacją do zabiegu. Zmiany w zachyłku gruszkowatym.
Podeszli razem z Malakiem do starszego człowieka siedzącego w rogu sali na fotelu przeznaczonym do badania chorych i wykonywania drobnych zabiegów. To dlatego odprawy zawsze odbywały się w sali przyjęć. Ordynator oglądał wtedy wszystkich nowo przyjętych dorosłych pacjentów.
Olko nieprzypadkowo użył sformułowania "zmiany". Wszyscy wiedzieli, że chodzi o nowotwór złośliwy, jednak nie wolno było wypowiadać przy chorych słowa "rak". Sam fakt przyjęcia z ewentualną kwalifikacją do zabiegu operacyjnego wskazywał na oczywisty charakter ogniska chorobowego, potwierdzony mikroskopowym badaniem wycinka, które zawsze jest jedynym i ostatecznie pewnym werdyktem, precyzyjnie określającym charakter choroby.
Docent usiadł naprzeciwko chorego, wziął do ręki lusterko, wprowadził je do gardła i przez chwilę oglądał krtań i okolice w świetle lampy.
- Tak - powiedział, wstając.
Wszyscy wiedzieli, co to oznacza.
Ten pacjent nie ma żadnych szans.
Rozdział 3
Czwartek był jednym z dwóch dni w tygodniu pracy na laryngologii, w którym nie odbywały się zabiegi. W poniedziałki, środy i piątki praktycznie cała ekipa operowała. Zabiegi były rozpisywane jeden po drugim w dwóch salach. Zaczynały się zaraz po odprawie, kończyły jak Bóg dał, a zdarzało się, że i późnym popołudniem. Laryngologia to wbrew pozorom dyscyplina zabiegowa, w krajach anglosaskich określana w oficjalnym nazewnictwie jako "chirurgia głowy i szyi".
Łączy w sobie zarówno relatywnie rozległe "duże" operacje, jak choćby te w przypadkach nowotworowych - ot, zwyczajna chirurgia - po niezwykle precyzyjne rekonstrukcje w obrębie ucha realizowane pod specjalistycznymi, operacyjnymi mikroskopami. Jeżeli dodać do tego zabiegi plastyczne wykonywane na przegrodzie czy chrząstkach nosowych oraz cały zakres chirurgii dziecięcej, łatwo można znaleźć dla siebie jakiś fascynujący kawałek medycznej profesji.
Jednak operujący taśmowo lekarze na kontakt z pacjentem mieli czas tylko we wtorki i czwartki. Ale wtedy też musieli odwalić całą papierkową robotę.
Nikt tego nie lubił, ale docent Malak za brak choćby najmniej ważnego wpisu w podstawowym dokumencie szpitalnym, jakim jest historia choroby, potrafił zwymyślać lekarza przy wszystkich, na odprawie, niczym uczniaka w podstawówce.
Dlatego Aleks czwartki zwykł spędzać, podobnie jak większość kolegów, nad klawiaturą komputera. Dlatego w te dni o pogaduszkach z chorymi nie było mowy. To specjalność Sawickiego. On jakoś znajdował na to czas. A może to był jego sposób na obijanie się.
Aleks podszedł do wiszącej na ścianie tablicy, gdzie każdego dnia pojawiały się nowe przyjęcia, rozpisane według numerów sal chorych, i sprawdził, co nowego się pojawiło. Opiekował się bezpośrednio, jako lekarz prowadzący, czterema pacjentami. Dziś na tablicy zobaczył tylko jedno nowe nazwisko.
Władysław Szymański, sala numer dwadzieścia jeden. Całe szczęście, niedużo papierów.
W przegródce pod tablicą czekała na niego czysta historia choroby. Wypełnione zostały tylko rubryki z danymi personalnymi. Było też skierowanie od lekarza rejonowego, na którym widniało rozpoznanie: Ca pharyngis.
Ca, pierwsze litery od słowa carcinoma, co oznacza po prostu "rak". Dalej lokalizacja. Gardło. Tak mało słów. A to przecież wyrok śmierci.
Na drukach szpitalnych skierowań nie ma miejsca na żadne dodatkowe informacje o chorym. Nie ma miejsca na nazwisko ulubionego pisarza ani na kolor oczu. Aleks pamiętał, jak, będąc na studiach, przeżywał pierwsze tego typu rozpoznania, czytane jeszcze podczas początkowych medycznych praktyk.
To było takie przygnębiające, straszliwie bezosobowe.
Wówczas po raz pierwszy zetknął się z takim nagromadzeniem ludzkiego nieszczęścia w przeliczeniu na metr kwadratowy.
Wymyślił wtedy, że w historii choroby z rozpoznaniem nowotworowym powinno być specjalne miejsce do obowiązkowego wypełnienia, gdzie opisywałoby się najpiękniejsze chwile, jakie przeżył pacjent. Ale nigdy nie podzielił się z nikim swoim dziwnym pomysłem. I tak nie byłoby szans na wprowadzenie go w życie.
Studenci medycyny dość wcześnie mają kontakt ze śmiercią. Na pierwszych zajęciach z anatomii co słabsze psychicznie koleżanki mdlały w prosektorium. Ale powoli wszyscy przyzwyczajali się do wszechobecnego widoku ludzkich zwłok i charakterystycznego, gryzącego zapachu formaliny, w której trzymane były służące do celów naukowych preparaty narządów.
Już po pierwszym semestrze cała studencka brać bez żenady wyciągała podczas zajęć kanapki z plecaków. Przecież student, jak każdy człowiek, jeść musi. Wszystko w którymś momencie powszednieje, więc i ciągły kontakt z nieboszczykami stał się w końcu czymś naturalnym, a nawet zaczynano sobie na ten temat żartować. Aleks pamiętał, jak kiedyś pewnej nielubianej koleżance razem z chłopakami z grupy włożyli do plecaka odciętą na stole preparacyjnym stopę. Bidula wracała po zajęciach do domu tramwajem. Chłopcy ustawili się w drugim końcu wagonu i z rozbawieniem zaprawionym niemałą satysfakcją obserwowali reakcję pasażerów na fakt, iż z plecaka skromnej młodej osóbki wystaje ni mniej, ni więcej, tylko prawdziwa ludzka stopa.
Dla normalnego człowieka coś takiego jest nie do pomyślenia, ale studentów medycyny trudno tak do końca nazwać normalnymi ludźmi.
Aleks wziął do ręki formularz historii choroby i nie spiesząc się, pomaszerował do sali numer dwadzieścia jeden.
- Pan Szymański? - rzucił ni to stwierdzenie, ni to pytanie.
- To ja - padła odpowiedź i Aleks stwierdził, że widział tego pacjenta dzień wcześniej podczas porannej odprawy. Był to postawny mężczyzna o gęstych siwych włosach. Siedział wyprostowany na brzegu łóżka i patrzył na Aleksa przenikliwymi niebieskimi oczami.
- Zapraszam pana na badanie.
Pacjent wstał, Aleks przepuścił go przodem i wyszli z sali.
Wprowadził go do gabinetu zabiegowego.
- Proszę siadać. - Wskazał fotel.
Chory posłusznie zajął miejsce. Był bardzo spokojny. Czekał.
- Nazywam się Aleks Wendt i będę pańskim lekarzem prowadzącym - przedstawił się Aleks.
Rozpoczął dokładny wywiad. Szymański na pytania odpowiadał krótko i precyzyjnie.
Objawy - jakie, od kiedy, przebyte choroby, dotychczasowy przebieg leczenia. Powoli zapełniały się wszystkie rubryki.
Przyszedł czas na badanie. Właściwie dzień przyjęcia to jedyny moment pobytu w szpitalu, w którym człowiek jest tak naprawdę solidnie i dokładnie badany. Wydawać by się mogło, że przecież w takim miejscu powinno się to dziać dość często, a jednak późniejsze kontakty lekarza z chorym dotyczą przeważnie już tylko oceny konkretnych, fragmentarycznych zmian danego narządu. A zdarzyło się nie raz, że chory z okulistyki, kompleksowo leczony z powodu jaskry, umierał na zawał.
Dlatego Aleks starał się nigdy nie zaniedbywać bardzo dokładnego badania ogólnego: osłuchał pacjenta, zmierzył ciśnienie. Szczególnie osłuchiwanie było w przypadku chorych nowotworowych ogromnie ważne - przerzuty najczęściej umiejscawiają się w płucach.
W końcu przeszedł do badania specjalistycznego. Przyszła kolej na ocenę pierwotnego ogniska chorobowego. Przyszła kolej na spotkanie z rakiem.
- Proszę otworzyć usta i wysunąć język na brodę - poprosił, biorąc lusterko laryngologiczne i ogrzewając je nad płomieniem palnika, żeby nie zaparowało.
Chory wykonał polecenie.
Aleks sprawdził wierzchem dłoni temperaturę przyrządu i zdecydowanie, choć delikatnie, wprowadził lusterko do jamy ustnej, opierając je o tylną ścianę gardła.
Pacjenci często reagują na tę część badania odruchem wymiotnym, krztuszą się, co utrudnia sprawę, lecz Szymański pozostał niewzruszony. Nawet nie mrugnął.
Aleks spojrzał w lusterko. Jego oczom ukazała się krtań i dolna część gardła. Praktycznie cała lewa strona była wypełniona szaropopielatą masą nowotworową, gdzieniegdzie poprzeplataną drobnymi naczynkami krwionośnymi. Raczysko, wywodzące się najprawdopodobniej pierwotnie z zachyłku gruszkowatego, rosło powoli, pewnie bezobjawowo, przez długi czas, aż objęło w posiadanie całą lewą część gardła dolnego, chrząstki krtani położone po sąsiedzku, a także lewą strunę głosową na całej długości.
- Proszę powiedzieć "eee" - poprosił Aleks chorego.
Podczas generowania głoski lewa strona krtani miała bardzo ograniczoną ruchomość. Struny zwierały się ledwo, ledwo.
Naciek był więc raczej głęboki, objął najprawdopodobniej całą grubość narządu. Było źle. Bardzo źle. Pacjent został przysłany, by ocenić możliwości i celowość wykonania ewentualnego zabiegu operacyjnego, ale zdaniem Aleksa po tym pobieżnym badaniu widać było, że operacja, żeby być skuteczna, musiałaby objąć praktycznie połowę szyi. A to raczej nierealne. Oczywiście z ostateczną decyzją należało poczekać na wyniki badań tomograficznych, które precyzyjnie skanowały zmiany chorobowe, szczególnie te o charakterze nowotworowym, określając ich rozległość praktycznie co do milimetra. Należało zrobić też laryngoskopię, która pozwala zajrzeć głębiej niż zwykłe badanie wykonywane za pomocą lusterka, ale tak naprawdę to wszystko mogło tylko potwierdzić niewesołe rozpoznanie i rozwiać wszelkie wątpliwości co do rokowania - jeżeli jeszcze jakieś były. Aleks przypomniał sobie minę docenta Malaka na wczorajszej odprawie. Była całkowicie adekwatna do obrazu widocznego w lusterku. Smutna.
Odłożył lusterko na stolik i wyrzucił kawałek gazy, którym przytrzymywał język pacjenta.
Teraz czekało go najgorsze. Teraz trzeba coś powiedzieć. Taki jest, niestety, obowiązek lekarza. Jest tylko jeden problem: nikt jeszcze nie wymyślił co.
Napisano co prawda całe tomy na temat najróżniejszych sposobów postępowania w przypadkach chorych z nowotworami niekwalifikującymi się do leczenia operacyjnego, o beznadziejnym rokowaniu. Jedne szkoły mówiły o konieczności utrzymywania człowieka w nieświadomości, aby nie odbierać mu nadziei, nie psuć złymi wiadomościami ostatnich chwil życia. Inne wręcz przeciwnie, radziły informować o wszystkim, dając ludzkiej istocie należne jej prawo do przygotowania się na ten nieuchronny moment. Wszystkie te fachowe wypociny były jednak tworzone przez ludzi, którzy problem analizowali czysto teoretycznie, biorąc pod uwagę najróżniejsze względy i punkty widzenia. Był w tym wszystkim tylko jeden szkopuł: to nie ich, to nie piszących i analizujących dotykał problem. To nie z nich powoli uchodziło życie, to nie oni widzieli dzień po dniu, jak ich ciało staje się coraz słabsze i słabsze, aż w końcu najzwyczajniej w świecie się rozpada. Gnije za życia. I co najważniejsze: to nie ich boli.
Wszystkie te rozważania w obliczu tragedii człowieka siedzącego naprzeciwko lekarza w takim momencie były po prostu funta kłaków niewarte.
- Nie jest dobrze, panie doktorze, prawda? - odezwał się Szymański.
Aleks usłyszał te słowa, kiedy stał pochylony nad koszem na śmieci, bo podstępny gazik przykleił mu się do palców. Wreszcie gazik wylądował w koszu. Aleks się wyprostował.
To właściwie nie było pytanie. Chory patrzył na niego spokojnymi, cierpliwymi oczami. Skąd się w nim bierze taki spokój? - zastanawiał się Aleks. W spojrzeniu Szymańskiego nie było strachu, nie było niepewności, którą widział zawsze, nawet w przypadkach łagodnych rozpoznań. Ten człowiek miał w sobie więcej pewności i spokoju niż ktoś cierpiący na zwykłą anginę. Aleksa przeszedł dreszcz. Odnosił wrażenie, że Szymański ma nad nim jakąś niewytłumaczalną władzę.
- Nie, proszę nie przesadzać, trzeba poczekać na wyniki badań dodatkowych, bez nich trudno cokolwiek jednoznacznie stwierdzić. - Aleks starał się odpowiedzieć w sposób jak najbardziej wymijający, choć miał dziwną pewność, że ten człowiek wszystko wie. Mimo to nie chciał zbyt wcześnie powiedzieć zbyt wiele.
- Panie doktorze... - Szymański po raz pierwszy się uśmiechnął. Nie był to jednak wesoły uśmiech. Był raczej gorzki, ale z drugiej strony... Aleks przez chwilę szukał właściwego określenia: dystyngowany. - To miłe z pańskiej strony, że stara się pan poprawić mi nastrój - mówił cichym, lecz pewnym głosem - ale proszę, niech się pan nie wysila. Ja dobrze wiem, co mnie czeka...
- Ależ nie może pan mówić w ten sposób. - Aleks sam sobie nie wydawał się zbyt przekonujący. Spokój tego człowieka, ta dziwna pewność w jego głosie sprawiały, że standardowe lekarskie formułki wydawały się banalne i nie na miejscu.
- Kto jak kto, ale chyba właśnie ja mogę, a nawet powinienem mówić w ten sposób, przecież to moje życie powoli dobiega końca. - Wciąż ten sam niewzruszony spokój. Aleks był pod wrażeniem. Tacy pacjenci nie zdarzali się często. - Widzi pan, doktorze - ciągnął Szymański - nie jestem co prawda lekarzem, a zaledwie psychologiem, ale to wystarczy, żeby z waszego lekarskiego zachowania wywnioskować wszystko, co trzeba. Jest pan już piątym specjalistą, który mnie bada. To śmieszne, ale macie po tym zawsze dokładnie taką samą minę. - Uśmiechnął się ironicznie.
- Niezbyt mądrą, prawda? - zapytał Aleks szczerze. Udawanie w przypadku tego człowieka nie miało większego sensu.
- Fakt, niezbyt mądrą. Jesteście przestraszeni. Czego się boicie? Przecież to nie wy umieracie. Mam wrażenie, że według was mówienie choremu, iż jest śmiertelnie chory, to jakby nawiązanie z nim zbyt intymnej więzi. Tego się boicie, a właściwie wstydzicie: nie chcecie być zbyt blisko. Bo to niewygodne. - Szymański zamilkł na chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał. Aleks chciał coś odpowiedzieć, zaprotestować, ale pacjent podjął: - Też chciałem studiować medycynę. Pana nie było jeszcze na świecie, czasy były inne, ale ludzie umierali tak jak teraz i pewnie lekarze mieli równie głupie miny, patrząc na to. Właśnie dlatego wybrałem psychologię.
- Żeby nie musieć robić głupich min?
- W dużym uproszczeniu można tak powiedzieć. - Znów krótki uśmiech i zaraz potem powaga. - Mój ojciec był lekarzem. Takim prawdziwym, przedwojennym, w wełnianej kamizelce i muszce. Wtedy zapalenie płuc to była śmiertelna choroba, gruźlica dziesiątkowała całe populacje. Pamiętam, jak przeżywał każde niepowodzenie, jak dręczyła go bezsilność. To jest w tym waszym zawodzie najstraszniejsze: bezsilność. W każdym innym fachu zawsze można coś zmienić, odwrócić, jest nadzieja, że jutro będzie lepiej. A wy często macie jednak głupie miny. - Znów ten ironiczny, a nawet nieco cyniczny uśmiech.
- A wie pan, coś w tym jest - przyznał Aleks. - To tak jak z chorymi lekarzami: żaden kolega nie chce ich leczyć, bo zawsze są problemy. W zeszłym miesiącu leżał u nas znajomy pediatra. Operowaliśmy mu przegrodę nosową. Banalny zabieg, robimy tego przecież setki. Powikłania zdarzają się raz na sto lat. Dzień po zabiegu facetowi przyplątała się róża. Ja osobiście pierwszy raz w życiu widziałem tę chorobę. Chłop dostał czterdziestostopniowej gorączki, twarz mu spuchła tak, że nie można go było poznać, o mało się nie przejechał. A wcześniej kolega, który go operował, mył się pół godziny dłużej przed zabiegiem i mówił, że trzeba wyjątkowo dokładnie, bo u lekarza to się zaraz infekcja jakaś przyplącze...
Aleks przerwał, bo wydało mu się niezręczne, że opowiada banalną szpitalną historyjkę w tak trudnym dla pacjenta momencie. Ale nie, Szymański wyglądał na szczerze rozbawionego.
Wyjątkowy człowiek, pomyślał Aleks.
Aleks, gdy tylko miał czas, chętnie gawędził z pacjentami. "Rozmowa z chorym to część procesu terapeutycznego", mawiał jego dawny profesor, internista. "Medycyna to najbardziej humanistyczna z nauk, dodawał. Lekarz musi interesować się człowiekiem, a nie tylko jego chorobą".
To była prawda, Aleks głęboko w to wierzył i zawsze zwracał uwagę na ten aspekt. Lubił większość swoich pacjentów. Tak po prostu. A oni chyba lubili jego. Ale Władysław Szymański był inny. Aleks nie potrafił sobie tego wytłumaczyć, ale czuł się przy nim tak, jakby od dawna byli znajomymi. Nie było tej naturalnej bariery, jaka zawsze oddziela lekarza od chorego. Istniała tylko bariera, która odgradzała Szymańskiego od reszty świata.
- Mogę już wracać na salę, doktorze? - Głos pacjenta wyrwał Aleksa z zadumy.
- Tak, tak, oczywiście. Dziękuję panu - odpowiedział pospiesznie.
- To ja panu dziękuję. Miło było pana poznać, doktorze Wendt.
Szymański wolnym krokiem wyszedł z gabinetu.
Aleks jeszcze przez chwilę patrzył na drzwi. Jakoś nie spieszyło mu się do komputera. Wreszcie złożył historię choroby i wstał.
W tym momencie drzwi gwałtownie się otworzyły. Aleks pomyślał, że może jego nowy pacjent zapomniał go o coś zapytać. Ale nie. Zobaczył oddziałową laryngologii Krysię Liszkę.
- Doktorze, jest tu jeszcze pan Szymański? Proszą go na rentgen. - Ta korpulentna niewiasta zawsze nad wszystkim panowała. Nikt nie miał wątpliwości, kto tak naprawdę rządzi laryngologią. Bez niej zginęliby, pogrążeni w chaosie, jak mawiał Malak. Potrafiła nawet nakrzyczeć na lekarza, nie mówiąc o salowych, które regularnie rozstawiała po kątach.
- Nie, poszedł już na salę. Właśnie skończyłem - odrzekł Aleks.
Miał wrażenie, że w przypadku Władysława Szymańskiego to tak naprawdę dopiero początek.
Rozdział 4
Aleks spojrzał w lustro i po raz kolejny stwierdził, że węzeł jego krawata to obraz nędzy i rozpaczy. Tak było zawsze, gdy postanawiał zawiązać go własnoręcznie. W dawnych czasach robił to za niego ojciec. Aleks pamiętał nawet nazwę: węzeł windsorski. Wendt senior przez lata bezskutecznie próbował nauczyć syna tych kilku następujących po sobie ruchów. Aleks skrupulatnie powtarzał czynność parę razy, a następnego dnia już nie pamiętał, co było po czym. Później umiejętność wiązania krawata w niewiadomy sposób posiadła Ewa, i o dziwo, robiła to doskonale. Ostatnimi czasy, no cóż, po prostu przestał chodzić w krawatach. I tyle.
Ale dzisiaj obowiązywał, niestety, strój wieczorowy. Doroczna służbowa impreza integracyjna zawsze była koszmarem, nie dało się jednak od niej wymigać.
Docent Malak przykładał wielką wagę do atmosfery w zespole i egzekwował wspólną pracowniczą biesiadę z równą bezwzględnością, jak poranny obchód. Budowanie atmosfery kończyło się przeważnie krańcowymi stadiami upojenia alkoholowego męskiej części towarzystwa, przy oczywistym oburzeniu koleżanek (choć oburzały się tylko do pewnego momentu). Ale cóż, nie mogło być inaczej, trzeba było jakoś odreagować sztywniactwo panujące zazwyczaj przez pierwszą część imprezy, a dokładnie do momentu, kiedy koło północy Malak stwierdzał, że "na niego już czas" i "nie będzie dłużej psuł młodzieży zabawy". Podwładni unosili się wtedy świętym oburzeniem, że niby tak wcześnie, ależ co też pan doktor, niech pan doktor zostanie, aż do chwili, gdy obie strony uznawały rytuał za dopełniony.
Wszyscy byli potem tak zmęczeni, że jedynym sensownym wyjściem z sytuacji było po prostu się urżnąć.
Zdesperowany Aleks zdjął krawat z konwulsyjnym węzłem i zastąpił go wyszperanym w szafie bordowym krawatem zawiązanym jeszcze przez Ewę. Nie był może pierwszej świeżości, ale powinien ujść. Na wybrzydzanie nie ma czasu, tym bardziej że rozległ się natarczywy sygnał telefonu.
- Pan zamawiał taksówkę? Czeka na dole - oznajmił sztucznie słodki głos w słuchawce.
- Już schodzę - odparł Aleks pospiesznie, wkładając marynarkę.
Rzucił okiem w lustro. Jedno jest pewne: bordowy krawat w ogóle nie pasuje.
? ? ?
Na miejsce dotarł z kilkuminutowym opóźnieniem. Restauracja Pod Kogutem była gustownie urządzona - trochę rustykalna, choć trudno było stwierdzić, czy to rustykalność włoska, czy też rodzima. Odkąd Aleks pracował z Malakiem, imprezy zawsze odbywały się tutaj. Laryngolodzy mieli do dyspozycji osobną przestronną salę, a menu było za każdym razem prawie identyczne, choć smaczne. Organizacją całości, zgodnie z tradycją, zajmował się każdego roku najmłodszy stażem pracownik.
Aleks pamiętał jeszcze swój debiut w tej roli. Poradził sobie nieźle, ale tak naprawdę było to bardzo proste, bo przy stuprocentowej powtarzalności można było sprawę załatwić jednym e-mailem o treści: Prosimy to co zwykle.
Po głębszym zastanowieniu i kilku kieliszkach Aleks co roku dochodził do wniosku, że taka impreza ma jednak swój urok: wszyscy są rozluźnieni, jacyś ładniejsi, po kilku kieliszkach służbowa hierarchia znikała i następowało ogólne zbratanie.
Ech, co tam, w końcu to tradycja.
- O, doktor Wendt, witamy! A myślałem, że tylko kobiety traktują zegarek jako ozdobę. - Można było przewidzieć, że docent się przyczepi, lecz Aleks lubił jego poczucie humoru.
- Przepraszam pana docenta i wszystkich. Proszę o wyrozumiałość dla kawalera z odzysku, takiego, który sam musi prasować sobie koszule. - Aleks wiedział, że tylko szczere wyznanie winy jest warunkiem uzyskania rozgrzeszenia.
- Proszę zauważyć, panie docencie, że wszystkie damy pojawiły się dziś punktualnie, a ich suknie są wyprasowane. - Dowcip doktor Meier, zastępczyni szefa, odpowiedzialnej za oddział dziecięcy, był jak zwykle jadowity.
Nie nazywaj tego swojego worka suknią, ropucho, pomyślał Aleks, uśmiechając się słodko do starszej koleżanki.
Nie cierpiał tej wrednej wojującej feministki. Reprezentowała wszystko, co raziło go u kobiet.
Może dlatego, że wcześnie owdowiała? Była co prawda doskonałym specjalistą, bez reszty oddanym karierze i bardzo cenionym, ale trudno było z nią wytrzymać. A Malak chętnie bawił się w dolewanie oliwy do ognia. Z upodobaniem rzucał jakiś męsko-szowinistyczny tekst i miało się wrażenie, że odlicza sekundy do reakcji Macochy, jak zwykli mawiać o niej za jej plecami koledzy.
Trzeba przyznać, że w przypadku szefowej oddziału dziecięcego to określenie balansowało na granicy dobrego smaku.
Ale dobry smak był na laryngologii w Miejskim towarem reglamentowanym.
- No, to trzeba karniaczka! - Do akcji wkroczył Sawicki. Wziął butelkę wódki i napełnił kieliszek, jednocześnie wskazując Aleksowi miejsce obok siebie, które było jedynym wolnym przy stole. - Zapraszamy pana doktora - dorzucił szarmancko.
- Dzięki, Wojtuś, powolutku, najpierw coś przekąszę, bo się za szybko upiję - powiedział Aleks, siadając.
- A masz tu jakieś inne cele? - Cichy głos Sawickiego i lekkie mrugnięcie okiem dało mu do zrozumienia, że nie będzie osamotniony w dzisiejszym akcie poświęcenia.
- Zastanawiałem się jeszcze nad wyskoczeniem przez okno, ale chyba masz rację, z dwojga złego raczej się nawalę - odparł równie cicho.
Tak, impreza zdecydowanie się rozkręca.
? ? ?
Głównym daniem była doskonała pieczeń z sarny. Jej smak oraz kilka kieliszków absolutu, wypitych głównie w towarzystwie Sawickiego, mniej więcej po dwóch godzinach nieco poprawiły Aleksowi nastrój. Rozmowy dotyczyły jak zwykle tematów zawodowych. Dawno już przestał zadawać sobie pytanie, po co spotykać się poza pracą, jeżeli wciąż rozmawia się o pracy.
Po swojej lewej stronie Aleks miał Sawickiego, po prawej siedziała Bożenka Nowak.
Wendt nie przepadał za większością koleżanek ze szpitala. Uważał, że kobiety nie powinny zajmować się medycyną, a już w szczególności z daleka omijać wszelkie specjalności zabiegowe.
Nie był męskim szowinistą. Uważał po prostu, że zawód chirurga jest za ciężki dla płci pięknej, i wielokrotnie zaznaczał, że żal mu dziewczyn spędzających noce na ciężkich dyżurach, a dnie przy stołach operacyjnych.
Z koleżankami na laryngologii ciągle były jakieś problemy. Często przekładały dyżury i miały w tym oczywiste pierwszeństwo, bo przecież nikt nie odmówi zamiany nocki biednej niewieście, która nie ma z kim zostawić dziecka. Odwołujesz więc, człowieku, wypad na piwo z kumplami i pędzisz na złamanie karku. Trzeba przyznać, że większość lekarek opanowała wykorzystywanie tego aspektu do perfekcji.
Bożenka jednak była inna. Taka, można powiedzieć, "niewidzialna". Mogła wchodzić i wychodzić bez otwierania drzwi, jak mawiał Sawicki. Chuda, wręcz eteryczna, blada, o delikatnych jasnych włosach, mówiła cienkim głosikiem, a po każdej uwadze skierowanej pod jej adresem oblewała się rumieńcem. Nie było chyba cichszej i spokojniejszej osoby nie tylko na laryngologii, ale też w całej historii światowej medycyny.
Aleks nie musiał zabawiać jej rozmową, nie musiał wysilać się, by, jak zwykł mawiać, "kulturalnie dotrzymywać towarzystwa", właściwie z pełną swobodą mógłby poświęcić się omawianiu z Sawickim nowej płyty Muse, a nawet w przypływie serdeczności wdać się z nim w dyskusję na temat najnowszych wydarzeń politycznych, ale, niestety, trzeba było od czasu do czasu zagadać do innych.
Dokładnie naprzeciwko Aleksa siedziała Eleonora Wabik, zasłużona dla oddziału lekarka specjalizująca się w wykonywaniu mikroskopowych badań histopatologicznych, której doświadczenie zawodowe było ogromnie cenne dla przebiegu codziennej diagnostyki, szczególnie w zakresie chorób nowotworowych. Doktor Wabik, mimo że już od kilku lat na emeryturze, cały czas aktywnie wspierała kolegów i nikt nie wyobrażał sobie dorocznego spotkania bez jej obecności. Miała siwoniebieskie natapirowane włosy, nosiła garsonki bez fasonu i pachniała perfumami Soir de Paris, który to zapach zawsze kojarzył się Aleksowi z jego babcią.
Pod względem towarzyskim była tak nudna jak jej wygląd. Jednak z oczywistych względów nie można jej było zignorować, jak Bożenki Nowak, więc Aleks i Sawicki, przeklinając w duchu organizatorów imprezy, starali się podtrzymywać nudną konwersację, rzucając dowcipy, przy których pani Eleonora chichotała jak nastolatka.
Po prawicy Świętej Eleonory, jak brzmiało żartobliwe, aczkolwiek życzliwe pseudo doktor Wabik, zajmował miejsce nieoficjalny, ale jednogłośnie uznawany zastępca docenta Malaka.
Doktor Andrzej Wydra zwany był przez wszystkich Adiunktem, i choć Miejski nie miał statusu szpitala uniwersyteckiego, wobec czego funkcja taka po prostu tam nie istniała, to praktycznie nikt, łącznie z dyrekcją, nie mówił o Wydrze inaczej. Formalnie był on co prawda zaledwie zastępcą ordynatora odpowiedzialnym za oddział kobiecy, ale w rzeczywistości to on pod nieobecność Malaka prowadził odprawy, ustalał harmonogram operacji i podejmował wszystkie najważniejsze decyzje.
Był człowiekiem zamkniętym w sobie. Przez wielu uważany za jednego z najlepszych operatorów laryngologicznych w kraju, wyspecjalizował się w mikroskopowych rekonstrukcjach kosteczek słuchowych ucha środkowego, a jego publikacje naukowe z tej dziedziny znano w całej Europie. Dla wszystkich było oczywiste, że kompetencje zawodowe Wydry sytuują go na poziomie co najmniej profesorskim w każdym z krajowych szpitali uniwersyteckich. Przy odrobinie szczęścia "dar boży w rękach", jak często określano jego zdolności, mógłby przenieść się nawet do któregoś z prestiżowych ośrodków naukowych w USA, gdzie zresztą często bywał.
Niestety, częstokroć to nie kompetencje zawodowe, a już na pewno nie tylko one, przesądzają o karierze lekarza. Wydra o tę karierę po prostu w ogóle nie potrafił zadbać. Koszmarnie wręcz niekontaktowy ekscentryk i filozof przegrał więc swego czasu nie tylko profesorską nominację, ale i wyścig o miejską ordynaturę. Ostatnią porażkę przeżył tym bardziej boleśnie, że jego rywalem był Malak, mniej zdolny, lecz bardziej energiczny kolega z roku.
Co jednak ciekawe, Wydra nigdy nie wyglądał na zmartwionego swoją niezbyt błyskotliwą karierą. Od kilku już lat był cieniem Malaka i wydawało się, że znosi to bez większego problemu.
Żadnych konfliktów. Żadnych ambicjonalnych gestów.
Zdecydowanie nie był to typ karierowicza.
Nie dałoby się tego natomiast powiedzieć o drugim sąsiedzie sędziwej matrony. Włodek Pawlak, to dopiero gnida.
Aleks go nie cierpiał. Trzeba uczciwie przyznać, że z wzajemnością. Nie mogło być inaczej, za bardzo się od siebie różnili. Aleks był dość przystojny - w każdym razie podobał się kobietom - wesoły, kontaktowy i przez wszystkich lubiany. Pawlak natomiast miał metr sześćdziesiąt wzrostu, był chuderlawy, a jego włosy w kolorze słomy coraz bardziej przerzedzone. Nosił drogie garnitury - Aleks często się zastanawiał, skąd ma na nie pieniądze - i eleganckie, zawsze wypastowane buty. Niewiele to jednak pomagało - nie był przez to przystojniejszy, tylko bardziej nielubiany za to, że obnosi się z tym, iż jest przy kasie. Pielęgniarki omijały go szerokim łukiem i po cichu się z niego naśmiewały, choć kilku z nich czynił awanse. Był po prostu starym kawalerem i nie zanosiło się na to, że sytuacja w najbliższej przyszłości się zmieni.
Pochodził z małego miasteczka, z biednej rodziny. Rodzice, ludzie prości i niewykształceni, całe życie poświęcili spełnieniu swojego największego i chyba jedynego marzenia: żeby najmłodszy syn został lekarzem. Dumą całej rodziny. Nagrodą za wszystkie ciężkie chwile i uosobieniem snu o sukcesie.
I tak się stało. Choć Pawlak nie zrobił takiej kasy, o jakiej marzył. Niestety, trochę go to przerosło.
Aleks był pełen szacunku dla takiej drogi życiowej. Czasami nawet obwiniał się podświadomie o to, że jemu wszystko przychodziło tak łatwo. Patrzył z respektem i pokorą na kolegów ze studiów, dla których medycyna była okazją do wyrwania się z niekiedy patologicznych środowisk.
To wymagało wielkiej odwagi i hartu ducha. Często łączenia wyczerpującej nauki w ciągu dnia z pracą po nocach, by się utrzymać, a niekiedy jeszcze wysyłać pieniądze rodzinie. To musiało budzić podziw.
Ale historia Pawlaka była inna. On był "królewiczem elektem". To jemu matka przysyłała ostatnie grosze, choć po śmierci ojca sama nie za bardzo miała z czego żyć. Pawlak junior w ogóle się tym nie interesował, jemu się to po prostu należało.
Jeszcze za życia ojca okazywał jaki taki szacunek "starym", jak o nich mówił, potem jednak już nawet w święta przestał odwiedzać rodzinne strony.
On się ich wszystkich po prostu wstydził i za to przede wszystkim Aleks czuł do niego obrzydzenie.
Przede wszystkim. Ale nie tylko.
Pawlak był poza tym największym lizusem, intrygantem i kapusiem w ponadstuletniej historii Szpitala Miejskiego.
? ? ?
Około północy, po wyjściu docenta Malaka oraz kilku starszych koleżanek i kolegów, przysypiających w oczekiwaniu na pierwszą nadarzającą się możliwość ewakuacji, impreza wkroczyła w schyłkową fazę.
- Zdrowie służby zdrowia! - wrzasnął Sawicki, unosząc kieliszek.
- Oraz służby szczęścia i służby pomyślności! - zawtórował mu Aleks, co wywołało rechot po drugiej stronie stołu.
To widoczne rozluźnienie atmosfery sprawiło, że na twarzy Pawlaka, który prawie nie pił, pojawił się grymas niechęci.
- Wiesz co, Wendt, całe szczęście, że docent już wyszedł i nie widzi twojego żałosnego upodlenia - rzucił z niesmakiem.
- Raczej szkoda, że już wyszedł - odparował Aleks - bo nie zdążyłeś, kochaneńki, z właściwym sobie szczerym oddaniem ucałować jego dupy. A umył ją dzisiaj specjalnie dla ciebie.
Męska część towarzystwa, nieźle już podchmielona, zarechotała, natomiast panie z niepokojem obserwowały rozwój wydarzeń.
- Nie jestem żadnym "kochaneńkim", pijaczyno - warknął Pawlak.
Był wściekły, usta miał zaciśnięte w grymasie nienawiści. Zaczynało się robić nieprzyjemnie.
- Oj, Włodziu, Włodziu - szydził Aleks - ja tu do ciebie pieszczotliwie, po przyjacielsku, a ty taki agresywny jakiś... Ale ja mimo to wciąż serdecznie, kanalijko ty moja! Lizusiku, dupowlazku...
Tego było już dla Pawlaka za wiele. Wstał i zaczął obchodzić stół. Zebrani się zastanawiali, czy ma zamiar wyjść, czy też wdać się w bójkę, co byłoby raczej śmieszne, bo sięgał Aleksowi do ramienia.
Na szczęście powstrzymał go Sawicki, który postanowił nie sprawdzać, którą z możliwości Pawlak wybierze, i w porę zastąpił mu drogę. Najwyższy czas, bo Aleks również zdążył już wstać i zrobić krok w kierunku nieprzyjaciela. Groźba dynamicznego zakończenia sporu stała się całkiem realna.
- Panowie, spokój! Spokój, mówię! - krzyknął Sawicki.
Reszta, zdezorientowana, przyglądała się zajściu. Nikt się nie włączył.
- Chodź, Aleks, idziemy. - Sawicki pociągnął przyjaciela w stronę wyjścia.
- Jesteś świrem, Wendt! - krzyknął za nimi Pawlak. - Nie dziwię się, że Ewka od ciebie odeszła! Jesteś prawdziwym psycholem!
Aleks, najwyraźniej ugodzony w czuły punkt, próbował się wyrwać, ale Sawicki, kawał chłopa, wiedział, że jeżeli go puści, dojdzie do niezłego łomotu. I to raczej Aleks będzie łomotał Pawlaka.
Nie puścił.
- Dobranoc państwu! - krzyknął do osłupiałej gawiedzi. - Panowie doktorowie są dzisiaj trochę niedysponowani! Prosimy nie regulować odbiorników! - Ostatnie zdanie wygłaszał już na dworze.
? ? ?
Aleks leżał na łóżku, na wymiętej kołdrze, i próbował zasnąć. Było to bardzo trudne zadanie, bo za każdym razem, gdy zamykał oczy, świat zaczynał wirować.
Pomyślał, że jako laryngolog powinien radzić sobie jakoś z własnym błędnikiem. Nie wychodziło.
I jeszcze te mdłości. Przewrócił się po raz kolejny na drugi bok.
Po raz kolejny nie pomogło.
Niedobrze.
Ale było coś, co doskwierało mu dziś jeszcze bardziej: samotność. Cała złość na Pawlaka minęła, a zastąpiło ją pijackie rozczulanie się nad sobą. Szklanki wody nikt mi nie poda, gdy będę miał kaca, dywagował. A jeśli zachce mi się rzygać, to kto podstawi miskę? Miał ochotę się rozpłakać, ale nie zdążył, bo zapadł w niespokojny pijacki sen.
Rozdział 5
- Gazik. - Aleks wydawał krótkie, spokojne polecenia. Zaciśnięty w ząbkach stalowych szczypczyków, zwanych peanem, kawałek gazy wylądował na jego dłoni.
Aleks przetarł pole operacyjne. Kolejny dzień zabiegowy dobiegał końca. Usuwana z szyi pacjentki niegroźnie wyglądająca torbiel była jego ostatnim akcentem. Dochodziła czternasta.
- Szycie - rzucił i tym razem w jego stronę powędrował kawałek nitki Dexon, zwisający z zakrzywionej igły chirurgicznej.
Założył dwa podskórne szwy, zbliżając do siebie brzegi rany, po czym zaczął zdejmować rękawiczki.
- Zszyjesz skórę? - zwrócił się do asystującego mu stażysty.
- Oczywiście. - Oczy chłopaka błysnęły.
Aleks pamiętał swoje młode lata. Jak każdy początkujący lekarz "wisiał na hakach" całymi godzinami, by w końcu dostąpić przywileju samodzielnego zakończenia zabiegu. To był wyraz zaufania starszych kolegów. Rodzaj namaszczenia.
Młody adept zabiegowej specjalności to, poza pawiem, jedno z najbardziej dumnych stworzeń we wszechświecie. No bo jakże mogłoby być inaczej? Przecież nie jest jakimś tam internistą czy innym przepisywaczem tabletek. Żeby było jasne: to nie jest brak szacunku dla kolegów kształcących się w specjalizacjach zachowawczych. Ależ skąd. To raczej pewien rodzaj współczucia, wręcz ubolewania nad ich ciężkim losem.
Biedacy. Tyle nauki, wyrzeczeń, odpowiedzialności. Setki nadciśnień, cukrzyc i łuszczyc, które potrafią nieźle uprzykrzyć życie nie tylko pacjentowi, ale i tym, którzy próbują go wyleczyć, i to wszystko bez możliwości komenderowania instrumentariuszką i wydawania poleceń.
Aleks doskonale wiedział, co teraz czuje ten chłopak. On też czekał. Długo. Aż wreszcie się spełniło.
Zawsze tak samo przeżywał moment, kiedy stalowe ostrze zatapia się w skórze człowieka. Do tego nie można się przyzwyczaić. Dalsza część zabiegu to już tylko zbiór mniej lub bardziej wyćwiczonych ruchów. Zawsze wykonywanych w napięciu, zawsze w stresie, w pełnej koncentracji, ale jednak mechanicznie. Tylko ten pierwszy ruch, cięcie... Magia.
Wendt pamiętał pierwsze. I każde następne.
Dużo czasu mija, zanim młody zabiegowiec dostępuje zaszczytu wykonania pierwszego cięcia. Przedtem mozolnie pnie się po chirurgicznej drabinie, godzinami asystując, dbając o to, żeby główny operator dobrze widział, co robi. Proza.
Podciągnąć hak, ułatwić dojście, przytrzymać przyrząd, zacisnąć krwawiące naczynie, obciąć nitkę szwu i wycierać, wycierać, wycierać... Po jakimś czasie możesz już kończyć zabiegi, szyjąc skórę, i tak przesuwasz się w pozornie nielogiczny sposób od końca do początku.
Taki jest ten chirurgiczny czyściec.
Teraz Aleks, patrząc na młodziaka, przypomniał sobie swój pierwszy dzień w niebie.
Ile to już lat minęło...
Działaj, chłopie, pomyślał. Stajesz się samodzielny.
Wrzucił czepek i maskę do kosza przy drzwiach i wyszedł z sali operacyjnej.
? ? ?
W dyżurce nie było nikogo. Większość lekarzy rozeszła się już do domów, dyżurni poszli pewnie na obiad, może ktoś jeszcze kręcił się po oddziałach, ale na laryngologii panował ten charakterystyczny przejściowy spokój. Normalny dzień pracy praktycznie się skończył, a dyżur tak naprawdę jeszcze nie zaczął, bo nie wszyscy wyszli. Martwa godzina.
Aleks wstawił wodę na kawę. Właściwie powinien się przebrać i zbierać do wyjścia, bo na szesnastą trzydzieści był umówiony na squasha, a chciał jeszcze wstąpić do domu po sprzęt, którego zapomniał wrzucić do bagażnika przed wyjazdem do pracy. Wypadałoby może również coś zjeść. Ale nie był głodny.
Na squasha też, prawdę mówiąc, nie miał dzisiaj zbytniej ochoty, choć nie chciał sprawić zawodu swojemu staremu przyjacielowi Arturowi Nyce, z którym niezmiennie, zawsze w środy i soboty, spotykali się w Miejskim Ośrodku Sportu i Rekreacji na Ursynowie.
Był po prostu zmęczony. Zmęczony, a poza tym miał chandrę. W zimie częściej przytrafiały mu się takie stany, a już zimy po rozwodzie były pod tym względem szczególnie dokuczliwe.
Żeby się nieco pocieszyć, pomyślał o zbliżającym się weekendzie. Była co prawda dopiero środa, wczesne popołudnie, ale on postanowił nie brać tego pod uwagę i myślał o spędzeniu niedzieli z Marysią.
Zabierze ją do Pizza Hut. Marysia uwielbia pieczywo czosnkowe i kartofelki w ziołowym sosie. Tak, a potem kino. Uśmiechnął się na myśl o słownej gierce, którą oboje uwielbiali.
"Tatusiu, a na co pójdziemy?" - padało pytanie, a odpowiedź zawsze była tylko jedna, bez względu na repertuar: "Hmm, popatrzmy..." - Aleks przedłużał chwilę zastanowienia, a Marysia chichotała. "No tak, znalazłem, może na... nachosy z sosem serowym!".
W tym momencie oboje wybuchali śmiechem. To była ich gra, taki tajny szyfr, przeznaczony tylko dla nich dwojga. Tak mało mieli siebie.
Myśl o córce przyniosła ulgę.
Zalał wodą trzy łyżeczki nescafe classic i usiadł w fotelu z kubkiem w ręku.
Zdąży na squasha, tylko chwilkę odpocznie.
Kilkuminutowy relaks przerwało pukanie do drzwi.
- Proszę! - krzyknął.
To na pewno żaden z kolegów. Oni nie mają w zwyczaju pukać. Pewnie któraś z pielęgniarek przyszła pozawracać głowę jakimś kwitkiem do wypisania.
Przez chwilę pożałował, że jednak nie wyszedł wcześniej. Dać się złapać biurokracji. To może zepsuć mu humor na resztę dnia.
Usłyszał skrzypienie wolno otwieranych drzwi, jakby do wchodzącego nie dotarło jego zaproszenie, co było zresztą całkiem prawdopodobne, bo szafa skutecznie filtrowała nie tylko obraz, ale i dźwięk. Natręt sprawdzał nieśmiało, czy w pokoju ktoś jest.
To na pewno nie pielęgniarka, spekulował Aleks. One po prostu wchodzą.
- Przepraszam... - usłyszał niepewny kobiecy głos.