Doktor Proktor (#4). Doktor Proktor i wielki napad na bank - Jo Nesbo

Kup ebooka

30.00 zł
23.40 zł (22,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Jest noc w Oslo. Na pogrążone w ciszy, uśpione miasto pada deszcz. Ale czy na pewno uśpione? Jedna z kropli trafia w tarczę zegara na wieży ratusza, na chwilę chwyta się koniuszka dłuższej wskazówki, potem go puszcza i spada dwadzieścia pięter w dół. Z miękkim plaśnięciem uderza w asfalt i wraz z innymi kroplami spływa wzdłuż szyn tramwajowych. Gdybyśmy śledzili tę kroplę deszczu na jej nocnej drodze przez Oslo ku pokrywie studzienki, usłyszelibyśmy w ciszy słaby dźwięk. Ten słaby dźwięk zrobiłby się troszkę głośniejszy w chwili, gdy kropla spadałaby przez otwór w pokrywie studzienki do miejskiej kanalizacji, gdzie ciemność jest jeszcze gęściejsza. Razem z kroplą popłynęlibyśmy w brudnej, cuchnącej, kloacznej wodzie przez system rur. Niektóre z nich są małe i wąskie, inne tak duże, że w środku można się wyprostować, a wszystkie biegną w poprzek i wzdłuż głęboko pod ziemią w tym dość skromnym małym wielkim mieście, które jest stolicą Norwegii. W miarę jak ten układ trawienny przenosiłby nas coraz głębiej we wnętrzności Oslo, dźwięk rozlegałby się coraz głośniej.

Nie jest to przyjemny dźwięk. Brzmi mianowicie jak odgłos dobiegający z gabinetu dentysty.

Odgłos wiertła, które wwierca się w emalię zęba, dziąsła i wrażliwe włókna nerwowe. Czasami burczy basem, a kiedy indziej wyje, w zależności od tego, co otacza jego obracającą się, twardą jak diament główkę.

No ale dobrze. W każdym razie nie jest to odgłos szeleszczącego, długiego na metr języka anakondy ani trzeszczenie pół tony napinanych mięśni-dusicieli, ani też ogłuszający huk paszczy rozmiaru nadmuchiwanego kółka do pływania, która zatrzaskuje się wokół swojej ofiary. Tak tylko o tym wspominam, ponieważ chodzą plotki, że taki wąż żyje w kanalizacji, i ponieważ w ciemności z lewej strony widać parę lśniących żółtych gadzich oczu. Więc jeśli już żałujecie, że się wybraliście w tę podróż, teraz możecie zrezygnować. Po prostu zamknijcie po cichu książkę, na paluszkach wyjdźcie z pokoju albo schowajcie się pod kołdrę. I zapomnijcie, że kiedykolwiek słyszeliście o kanalizacji w Oslo, o warczeniu dentystycznego wiertła i o wężach, które pożerają wielkie szczury wodne, średniej wielkości dzieci, a czasami też małych dorosłych, jeśli nie mają zbyt dużo włosów i za długiej brody.

Żegnajcie, niech wam się dobrze wiedzie. Tylko zamknijcie za sobą drzwi.

No i tak. Zostaliśmy więc sami.

Suniemy dalej brudną rzeką ku mrocznemu sercu miasta. Odgłos przeszedł już w ryk, widzimy światło, ale rozumiemy, że to nie jest ani raj, ani żaden dentysta z piekła rodem, lecz coś zupełnie innego.

Przed nami hałasuje maszyna na kołach. Sterczy z niej stalowe ramię, które najwyraźniej boruje dziurę w suficie kloacznej rury.

- We are almost there, lads! - woła największy z trzech mężczyzn. Stoją przy maszynie i świecą latarkami. Wszyscy są tak samo ubrani: w długie czarne skórzane buty, dżinsy na szelkach z podwiniętymi nogawkami i białe podkoszulki. Największy ma poza tym na głowie melonik. Ale właśnie go zdjął i ociera pot z czoła, więc możemy zobaczyć, że wszyscy trzej są ogoleni na łyso, a na czole, nad krzaczastymi, zrośniętymi brwiami, każdy ma wytatuowaną inną literę.

Słychać lekki huk i nagle wiertło zaczyna zawodzić jak rozpieszczony smarkacz.

- We are in - burczy ten z wytatuowaną na czole literą B i przekręca przełącznik. Odgłos wiertła powoli cichnie, a ramię dźwigu się opuszcza. Ukazuje się główka wiertła. To dopiero widok... W świetle latarek coś błyszczy jak największy diament na świecie. No cóż, błyszczy tak, ponieważ to jest największy diament na świecie. Całkiem niedawno skradziono go z kopalni diamentów w Afryce Południowej.

Facet z C wytatuowanym na czole podstawia pod otwór drabinę i wbiega po szczeblach na górę.

Pozostali obserwują go w napięciu.

Przez pięć sekund panuje cisza.

- Charlie?! - woła ten w meloniku.

Cisza panuje jeszcze przez trzy sekundy.

W końcu Charlie znów się ukazuje. Dźwiga coś, co przypomina cegłę, ale jest złote i najwyraźniej o wiele cięższe. Z boku wybito napis: NARODOWY BANK NORWEGII.

A pod spodem trochę mniejszymi literami: SZTABKA ZŁOTA NUMER 101.

- Help me, Betty - mówi Charlie. Ten z wytatuowanym B podbiega i bierze od niego złotą sztabkę.

- And the rest? - pyta największy i zdmuchuje kurz z melonika. Na czole ma wytatuowane A, lecz trochę trudno to teraz przeczytać, bo wielka zmarszczka marszczy całą literę.

- That's all there is, Alfie.

- What?

Ci z was, którzy najlepiej znają języki, na pewno już się zorientowali, że trzej mężczyźni rozmawiają po angielsku, ale jeśli udamy, że zażyliśmy jedną z multilingwistycznych pigułek językowych doktora Proktora, dalszy ciąg rozmowy będzie brzmiał tak:

- Była tylko ta jedna, Alfie. Skarbiec bankowy jest już zupełnie pusty.

- To mają być całe rezerwy złota tego przeklętego banku narodowego? - Średni z mężczyzn, Betty, parska i wypuszcza z rąk złotą sztabkę. Sztabka z głuchym stukiem ląduje w bagażniku maszyny.

- Spokojnie, Betty - mówi Alfie. - Przynajmniej całkiem ładnie wygląda. Czyste złoto. I z wierzchu, i pod spodem. No, wracamy do domu, chłopcy.

- Cicho! - woła Charlie. - Słyszeliście to?

- Co?

- Syczenie.

- No nie - jęczy Alfie. - W kanalizacji nic nie syczy, Charlie. Szczury mogą piszczeć, a żaby kumkać, ale żeby usłyszeć syk, trzeba się zapuścić głęboko w dżunglę.

- No to zobacz!

- Co?

- Nie widzicie? Żółte ślepia! Mrugnęły i zniknęły.

- Może i są tu czerwone szczurze ogony i zielone żabie udka... - mówi Alfie - ...ale żeby zobaczyć żółte ślepia, musisz się zapuścić głębiej w dżun...

Przerywa mu ogłuszający huk.

- Hm... - Alfie gładzi się po podbródku. - Może jesteśmy w dżungli, chłopaki. Bo to bez wątpienia brzmiało jak odgłos paszczy węża, jeśli chcecie znać moje zdanie. A uważam, że powinniście chcieć. Więc jak...

- Jak sobie życzysz, Alfie - odpowiada Charlie. - To była paszcza węża?

- Owszem. A mama mówiła, że chciałaby coś ładnego z Oslo. Co powiecie na boa?

- Jupi! - Betty wyciąga z bagażnika ciężkiego żelaznego potwora. Ładuje potwora, który w dodatku jest niemieckim potworem, i strzela na oślep. Płomień z lufy karabinu maszynowego rozświetla kanały, a kule świszczą i walą w rury.

Dwaj pozostali świecą tam, gdzie Charlie widział żółte ślepia. Ale teraz nie widać nic oprócz trzęsącego się szczura, który stoi na dwóch łapach i wciska grzbiet w ścianę.

- No i klapa - szepcze Betty.

- Mamy już to, po co przyszliśmy - mówi Alfie i siada na meloniku. - Pakujcie się! Spadamy!

Towarzyszymy kropli deszczu w jej dalszej wędrówce przez rury kanalizacyjne do oczyszczalni ścieków i fiordu Oslo i słyszymy, jak ci trzej wrzucają sprzęt do maszyny i włączają silnik.

Ale ostatnią rzeczą, jaką słyszymy, jest...

Macie rację.

Sssssyk węża.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki