W pokoju pana Dominika
Cedzyny ciemno i cicho, choć stary jegomość nie śpi. Oparłszy się
plecami o poduszki, wpół leżąc na łóżku, zatopiony jest w
dziwacznych myślach, do niebywałego ogromu podniesionych przez
ciszę nocną. A noc jest cicha śmiertelnie. Światło księżycowe,
przestrzeliwszy grubą warstwę szronu, co zabielił szyby niby wapno,
stoi na powierzchniach starych gratów, dwu ścian, części sufitu i
podłogi, bez ruchu, jakby z zimna skostniało, takie samo zapewne,
jakie oświetlać musi tej nocy kłody, gnijące na dnie wód,
przywalonych lodem. W szparze szerokiego zapiecka odzywa się
czasami świerszcz, w kącie pokoju kołace głucho stary zegar
szafkowy, ostatni zabytek świetności minionej. Śpiew świerszcza i
tępy szczęk wahadła sprawiają panu Dominikowi niejaką, trudną do
określenia, ulgę. Gdyby nie te dwa litościwe szmery, rozszarpałyby
mu chyba serce tłok i burza uczuć i odebrała rozum nawałnica
ponurych myśli. Gdy z mrocznych kątów izby wychylać się poczną
zmory bojaźni, gdy w sercu żarzyć się poczyna żal bezsilny i łzy
okrutnego bólu palą powieki - świerszcz szepce głośniej, zupełnie
jak gdyby wyraźnymi słowami, sylaba za sylabą mówił: "Wzywaj Go w
dzień utrapienia, a wyrwie cię i czcić Go będziesz". To dziwne
zdanie, ta rada czy modlitwa, utajona w szmerze robaczka nocy, jest
jedynym i ostatnim punktem podparcia dla wytrąconych ze zwyczajnej
kolei myśli samotnika.
Kilkakrotnie zapalał świecę, sądząc, że go światło uspokoi.
Daremnie. Skoro zatlił zapałkę, rzucał mu się w oczy list syna i
przypominał, jakie i gdzie ta męka ma źródło. Teraz ogarnęła go
chęć zajrzenia raz jeszcze nieszczęściu w same ślepie, dźwignęła z
niemocy ducha biedna odwaga smutnych aż do śmierci: zapuścić sondę
w głąb rany, do cna ją wymacać, przekonać się naocznie i
nieomylnie, że jest niewyleczalną - no, i niech tam wszystko jasne
pioruny spalą!
Nałożył okulary, odsunął list za płomień i powoli, półgłosem
czytać zaczął:
"Mój drogi ojcze! Ze wszystkich moich złotych marzeń diabeł
sobie fidybus skręcił i zapalił cygaro. Chełpiłem się niegdyś z
moich zdolności do matematyki, oczy mi na wierzch wyłaziły z pychy,
gdy koleżkowie kpinkowali, że ja już w łonie matki, w randze
sześciomiesięcznego embriona, oczekując chwili wydostania się na
ten padół rachunku różniczkowego, rozwiązywałem z nudów
algebraiczne zadanie o gońcach. Teraz przeklinam i te niby
zdolności, i te głupie rachunki. Gdybym był pasał krowy na wygonie,
albo i same wieprzki... Ale co to pomoże w bawełnę obwijać!
Awantura ma taki deseń: Mniej więcej przed trzema tygodniami prosi
mnie do siebie profesor i daje do czytania list niejakiego Jonatana
Mundsley'a, chemika, byłego profesora w jednym z uniwersytetów
angielskich. Ten pan, porzuciwszy katedrę, urządził sobie
laboratorium prywatne i prosi naszego starego o wskazanie mu
najzdolniejszego z pomiędzy asystentów naszej politechniki, chce
bowiem takiemu facetowi powierzyć kierownictwo owej budy. Obiecuje
płacić dwieście franków miesięcznie, dać mieszkanie, wszelkie
materjały, jakich chemiczna dusza zapragnie, opał i inne
przyjemności - no, i prawie zupełną swobodę w pracy. Gdym list
przesylabizował, profesor odebrał go z rąk moich, złożył starannie,
schował do szuflady, skrzywił się swoim zwyczajem i, podawszy mi
flegmatycznie kończynę, usiadł przy biurku i wetknął nos w papiery.
Patrzałem z podziwieniem na jego łysy czerep, gdy ten stary
niedojda mruknął:
- Tam już napisałem... Należy wziąć ciepłe spodnie i
wełniane skarpetki. Wiadoma rzecz... mgły... Miasto Hull nad
morzem. Jeżeli brak panu pieniędzy, mogę pożyczyć trzysta franków
bez procentu na trzy miesiące. Tak... Tylko na trzy miesiące.
"Zrobiło mi się haniebnie głupio. Azaliż ja - myślałem, -
wziąwszy na się postać najzdolniejszego między chemiki, pojadę w
wełnianych skarpetkach nad morze, aż do miasta Hull? Czemu nie kogo
innego spotyka takie zaszczytne wyróżnienie, taki los szczęśliwy?
Bo to los! W pracowni Mundsley'a, bez troski, o jutrzejszy obiad i
dzisiejsze przyszczypki od butów, można pracować nie tylko nad
zdobyciem nowych wiadomości, ale i zaspakajać hypotezy, wydłubane
ze swego własnego mózgu.
"Ta chemia ma swoje psie figle... Skoro człowiek raz w to
błoto wlezie, jeżeli jeszcze powącha spraw niezbadanych a wiecznie
nęcących, porywa go taka przecież szewska pasja odnajdywania nowych
"prądzeń" że gotów i o wełnianych skarpetkach mniej dokładnie
pamiętać. A zresztą mój Tatku, zobaczyć Anglię, jej prawdziwie
wielki przemysł, te cuda cywilizacji, te kolosalne skoki ludzkiego
geniuszu! Zabrałem się i wyszedłem. Posiedziałem na Stapferwegu, a
stamtąd, gnany niepokojem, ruszyłem na miasto. Zamiast wszakże
zwołać publikę do Kropfa, gdzie tradycja surowo nakazuje oblewać
wyjątkowe zdarzenia, puściłem się nad jezioro. Nie pamiętam, kiedy
znalazłem się na drodze, prowadzącej do Westmunster. Ciemna mgła
kąpała się we wzburzonych falach; rude, obdarte, poszczerbione
zbocza i upłazy gór wynurzały się z niej kiedy niekiedy, niby
fantastyczne wyspy; żałośnie krakały mewy, szybując nad samą wodą.
"A więc jadę, - myślałem, - do ziemi angielczyków
ziemnowodnych, jadę nad morze, nad dalekie i nieznane morze...
Nadaremnie tak długo łudziłem się nadzieją, że pojadę w inne
strony, że po ośmiu latach inny zobaczę krajobraz. Nadaremnie w
ciągu ostatnich trzech lat wysłałem tyle strzeliście
rekomendowanych afektów do Łodzi, Zgierza i tym podobnych Pabianic,
upraszając o posadę z płacą czterdzieści, trzydzieści, niech tam
zresztą wszyscy diabli! - dwadzieścia pięć rubli miesięcznie.
Napróżno wynosiłem pod niebiosa moje talenty chemiczne, cytowałem
moje patenty, obiecywałem wynaleźć nowe środki drukowania
perkalików. Skompromitowałem się tylko w oczach własnych i świętej
nauki. Tam żydkowie i niemczykowie wszystko już wynaleźli, zatkali
wszystkie miejsca i popychają wielki przemysł. Rozwiały się
marzenia o tym, że cię, mój Staruszku,
mit pompe und parade zabiorę do siebie, że posprawiamy
sobie nowe przyodziewki (samych butów kozłowych z cholewami po dwie
pary na chłopa), że naznosimy tytuniu, cukru, herbaty, kiełbas -
licho wie zresztą czego, - że się będziemy wieczorami, jak ostatnie
szewcy, zgrywać w domino i świętej pamięci Kozików wspominać...
Kozików!... Czy też ojciec pamięta ten wydmuch piaszczysty za
naszym ogrodem, obrośnięty krzywymi sosnami i nizką, szorstką
trawą? Sam nie wiem, czemu tak lubię myśleć o tej dziurze. Pamiętam
raz... Po długich i tęgich mrozach, po ciężkiej zimie, nastał
pierwszy dzień ciepły, prawie upalny. Był to jeden z pierwszych dni
marca. Około południa obnażył się niespodzianie ze śniegu szczyt
owego wzgórza, wylazł ze skorupy i zaczerniał nad białym
widnokręgiem jak garb potworny. Stałem wtedy w oknie i wydawałem
lekcję korepetytorowi, - pamięta go Tatko? Kudłatemu Kawicy. Coś
mię kolnęło. Nie wiem, jakim sposobem wykręciłem się z lekcyj,
wypadłem na dwór, zwołałem psy folwarczne i "co koń skoczy!" przez
zagony, przez pastwisko, bez czapki!... Do dziś dnia mam w sercu tę
chwilę, te uczucia, jakby to było wczoraj. Po igłach, gałęziach, po
korze odziemków sosnowych spływały ogromne, brudne krople, ciężko
kapały na zaspy i dziurawiły je nawskroś; każdy skostniały badyl,
każdy pniak, kamień, każde drzewo, każdy przedmiot wciągał w
siebie, połykał wszystkimi porami promienie słońca i stawał się w
mgnieniu oka ogniskiem ciepła. Dokoła drzew, krzaków, suchych łodyg
chwastu, dookoła kamieni i kołków drążyły się w oczach ogromne jamy
i ukazywał w nich jasny, wiotki piasek. Każde jego ziarenko,
nasycone ciepłem, zdawało się żarzyć i płonąć, szerzyło na
zmarzniętych towarzyszów radosny ogień. Ziarnka piasku parzyły
śnieg ze spodu, drzewa i krzaki chlustały nań ciepłymi kroplami,
przykopy i zagony zdawały się dźwigać zdławione grzbiety. Z
dalekich pól szedł gęsty opar, niby dym ciepły, migał się i
przewalał nad równinami, a trząsł i połyskiwał nad wzgórzem.
Stado wróbli wygrzewało się na gałęziach suchej wierzby i
ćwierkało, jak na trwogę. Rozpuszczone, jak u indyków, ich skrzydła
strzepywały z gałązek lód i osiędzieliznę, dzioby kuły
niecierpliwie w próchno, obwieszone soplami. Zdawało mi się wtedy,
że całe to stadko śpiewa jednę pieśń dziwną i nigdy nie słyszaną,
przejmującą do szpiku kości. I popłynęły nareszcie pierwsze wody
wiosenne, bujne, nagłe, gwałtowne, jak łzy niespodziewanego
szczęścia. Sączyły się bruzdami, żłobiły sobie głębokie łożyska w
posiniałych kolejach wyrżniętych przez sanice, lały się po wierzchu
śniegowej skorupy, z cicha, radośnie szemrząc. W naszych
strumieniach woda wezbrała, powstawały wiry huczące, odsłaniały się
brzegi i spływała po nich, jak ropa, żółta, rzadka, rozmoczona
glina. Pnie brzóz nadwodnych zanurzyły się w rzekę i ssały
korzeniami tę wodę żywą...
"Wpadłem w szał: spuszczałem strumyki, ułatwiałem spadek
wodospadom, stawiałem tamy... cieszyłem się w głębi serca, że
skostniałym badylom ciepło, że już żaden wróbel nie zmarznie i
wyciągałem po raz pierwszy w życiu dziecięce ramiona do tej
wielkiej niewiadomej...
"Czy też to miejsce jest tam jeszcze? Pytanie godne głowy i
pióra doktora Piotra Cedzyny - Nieprawdaż? Ach tak!... Człowiek,
któremu odejmą strzaskaną rękę, czuje ciągły ból w próżni,
równającej się długości ręki. Często budzę się po twardym śnie z
tym nieujętym bólem w próżni. Oto przyjdzie nowa wiosna... Zobaczę
ją we mgłach, przydymionych sadzą fabryczną - a zarówno tam, jak
tutaj, będę niósł w sobie kły upiora, głęboko zapuszczone w
duszę... I tak zawsze, bez końca...
"Zapomniałem, o czym właściwie chciałem ci pisać, mój Stary,
mój Drogi Stary... Jestem sam na świecie i ciebie mam tylko, jak
drugą połowę siebie, jak oddartą i niezmiernie daleko uwięzioną
połowę duszy. Nie gniewaj się, że piszę rzeczy nieciekawe - piszę
jakby do siebie... Gdym tedy stał nad brzegiem jeziora, było mi
strasznie podle. Wielkie, przezroczyste, jasnozielone fale biegły z
jakiegoś nieznanego miejsca, schowanego we mgle, trzepały się u
brzegu, pękały, rozpłatane przez ostrza kamieni, a każda
ześlizgując się wzdychała: "Jesteś, jak mrówka wychowana w lesie,
gdy ją na środek stawu wiatr zaniesie...".
"Pan Dominik odrzuca list ze złością i, podparłszy brodę
pięściami siedzi nasrożony, jak kania. Nie męczą go już teraz
fantastyczne, bezprzedmiotowe rojenia, ale za to skupiają się i
kojarzą logiczne, nie mniej bolesne myśli. Czemu taki koniec wzięło
życie? gdzie przyczyna tych wszystkich wypadków? Dlaczego jedyny
syn nie słucha ani próśb, ani zaklęć, ani przedstawień, ani
rozkazów i, zamiast się uniewinniać, pisze rzeczy sentymentalne i
niezrozumiałe? Dlaczego nie powraca? Gdyby się tylko zjawił, przy
protekcji, podeptawszy nieco, znalazłoby się dla niego doskonałe
miejsce, posażną pannę... Dlaczego? - To rzecz jasna. Człowiek nie
może żyć i pracować, - odpowiada sobie pan Cedzyna, - jeśli ktoś
nie żył przed nim i nie pracował dla niego. Ten ktoś - któż to
jest? - Ojciec. Przez urodzenie ojciec nie daje jeszcze synowi
życia, - daje tylko obietnicę życia, wychowanie poczyna je, a
dziedzictwo dopiero zapewnia i uzupełnia. Tu jest źródło
konieczności dziedziczenia w rodzie ludzkim. Ono jest węzłem, co
spaja pokolenia umierające z rodzącymi się, wypływa z tego, co jest
niezbędne we względzie potrzeby ciała, tworzy i uwiecznia rodzinę.
Rodzina bez dziedzictwa jest stosunkiem niedorzecznym, bolesnym,
jest męczarnią narzuconą człowiekowi przez Opatrzność... Taką
klątwę my na sobie dźwigamy z Piotrusiem! Dziedzictwo dopiero jest
znamieniem człowieczeństwa; przez nie, razem z owocami pracy,
pozostawia synowi ojciec owoce swych wrażeń, pojęć, rozwagi, odkryć
i domysłów, wszystkiego słowem, co mógł nabyć długoletnim
doświadczeniem. Syn od punktu, w którym się ojciec zatrzymał,
postępuje i sięga dalej na drodze bogactwa, oraz inteligencji, - a
tym porządkiem praca przechodzi z rąk do rąk, gromadzi się,
rozwija, opiera jedna na drugiej i formuje piedestał, na którym
wznosi się coraz wyżej... cywilizacja. W rosnącym postępie
społeczeństwa, jeżeli kto raz utraci wątek, już go niepodobna
pochwycić, - i jeżeli ojciec był niedołężnym w pracy, syn cierpi za
winy niepopełnione, a nieszczęście z krwią się przekazuje.
Dziedzictwo trzyma dzieci w obrębie progów domowych i zaspakaja
ostatnią i dlatego może tak wielką i gwałtowną namiętność starości,
namiętność obcowania z potomkami...
- Ja to wszystko straciłem, - szepce pan Dominik, ściskając
sobie skronie, - i straciłem na zawsze! Głos starości woła na mnie
o ducha i krew, a ja jestem jak rzeźbiarz, od którego żądają w
terminie skończonego posągu, podczas gdy on, prócz idealnego w
duszy obrazu, nie ma ani garści gliny. Ośmnastoletniego wyrostka
puściłem bez grosza, samopas za granicę... cóż dziwnego, że wyrósł
na obcego mym wyobrażeniom, na nowożytnego człowieka? Czemże ja go
przyciągnę? Miłością, śmiertelną tęsknotą?... Co nas łączy?
Nazwisko chyba, które on po nowomodnemu lekceważy sobie. To
nowoczesny człowiek: uczyni ze sobą, co chce i jak chce. Za moich
czasów syn był w ręku ojca, słuchał go i czcił, nie miał prawa
opuścić pod groźbą surowego wyroku naszych ludzi, nie zasmucił
ojca, bo wisiało nad nim twarde i mocne, niepisane prawo. Teraz ono
rozwiązane leży, odkąd zniknął nasz obyczaj szlachecki. Synowie
nasi odeszli w świat... Szukają nowej prawdy. Śpieszą po twardym
gościńcu, w skwarze i znużeniu, - zdaje im się bowiem, że na
najbliższym wzgórzu tej drogi leży nie tylko ten skarb, ale i
szczęście ducha. Nas wstrzymywała w biegu mądrość rodzicielska,
pokazując, że ta nadzieja czczym jest mamidłem. Ich nic nie
wstrzyma, to też w duszach ich nie ma "miękkich włókien" czułości.
Słabych i nikczemnych mieli ojców. Ach! Wielka nasza wina!... ale
czyż nasza tylko? My, członkowie szeroko rozpostartej rodziny
szlacheckiej, stanowiliśmy odrębną społeczność, byliśmy cennym
zbożem, rosnącym na pocie tłumu, jak na nawozie. Czy nie
tworzyliśmy postępu, nie piastowali cywilizacji, nie rozwijali
prawidłowo naszej myśli? Duch czasu wsiał nas w gminy, jakby ktoś
ćwierć dorodnego żyta wsiał w pole nędznej wyki. Rozbiliśmy się na
jednostki, zwyrodnieli i zgoła znikli. Cóż z tego, że ja
przystosowałem się, że poszedłem na służbę do pierwszego lepszego
bękarta losu, do syna jakiegoś przekupnia, do parweniusza, który
rozmaitymi protekciami, stypendiami z lewej ręki, pokornym
całowaniem mankietów doszedł do dyplomu inżyniera i możności
zgarniania pieniędzy na torach kolejowych? Co z tego, że wyłamałem
ze stawów moje harde myślenie z takim trudem, jakbym wyłamywał
kości, - że nauczyłem się zginać kark i pracować jak ostatni z
moich niegdyś parobków? Co z tego, że zdławiwszy w sobie
obrzydzenie wsiadłem na karuzelę pojęć nowoczesnych? Nie przestałem
być sobą i nie zostałem mieszczuchem. Co stokroć gorsza, nie
rozumiem mego syna, nigdy nie będę jego przyjacielem, nigdy nie
będę godnym jego współczucia, jego, co jest jedyną na całym
szerokim świecie istotą z mojej krwi. I nic się już nie zdarzy w
tym plugawym życiu, oprócz jednego wypadku godnego uwagi, oprócz
śmierci. Piotruś pojedzie do Anglii. To znaczy, że gdy ja będę
umierał, gdy ktoś litościwy wezwie go telegraficznie, on, przy
największym pośpiechu, może przyjechać nazajutrz po moim pogrzebie.
Po mojej nędznej śmierci... Nigdy już nie pomacam rękami jego
włosów, ani nie usłyszę głosu. Zapomniałem, jak on mówi, i nie mogę
sobie przypomnieć tego dźwięku. Ciągle się w czyjejś mowie odzywa,
krąży mi koło uszu i ciągle zwodzi. Nigdy nie obejmę oczami jego
postaci, jego męskich, szerokich ramion. Taki był wtedy chuderlawy,
mizerny tego wieczora, kiedym go odprowadzał, nie przeczuwając, że
na zawsze. Do końca będę nasłuchiwał, wyczekiwał, jak głupi, do
ostatniej minuty życia - nadaremnie!...
W tej chwili stary szlachcic czuje znowu w sobie mroźne
powiewy obawy.
- On zupełnie o mnie zapomni - szepce zbielałymi wargami. -
Ani razu o mnie nie pomyśli... Ale co... nie pomyśli! On
dobrowolnie, umyślnie zerwie, przestanie pisywać, zaprze się.
Ogarną mu umysł jakieś wyobrażenia. Co to jest ojcostwo? - zada
sobie pytanie jakiś filozof nowoczesny. Nagromadzi dowodów i wykaże
z oczywistością nieodpartą, że ojcostwo to złudzenie uczuć, to
pewien nawyk moralny, który dla takich a takich przyczyn
wytrzebićby z dusz warto. Może nawet... o, rozpaczy!... będzie miał
słuszność! Nie będzie wcale podły ani głupi, tylko wykształcony.
Nikt go za to nie skarze, nikt nawet nie obwini. Jakież jest na to
prawo?
- Trzeba się ratować - mówi starzec załamując ręce.
Zimny pot spływa mu z czoła, serce uderza twardym, głośnym,
powolnym tętnem. Za pomocą siły ducha, mocnej a cienkiej, jakiejś
jaźni nagle skupionej i wyłamanej z głębi istoty moralnej, stara
się zbadać swój rozum, podniecić go, wyćwiczyć i wyostrzyć do walki
z sofizmatami syna.
- Ja cię nauczę, błaźnie, ja ci wytłumaczę, ja cię
przekonam, że łżesz - mówi głuchym i twardym głosem.
Bolesny, natężony, bezowocny paroksyzm poznania podpowiada
mu zdania cudaczne i plugawe. Starzec chwyta je i pomija, szuka
innych i znowu tropi coraz nikczemniejsze myśli synowskie, zupełnie
tak, jak ogar tropi ślady samy podczas zamieci zimowej, gdy wicher
je zwiewa.
- Chemia ma swoje psie figle... Dlatego leci na koniec
świata. Cóż znaczy stary jakiś dziad, któremu los odbierał po kolei
wszystko, aż do ostatniej szmaty odzieży i ostatniego złudzenia!
Wszystkimi potęgami ojcowskiego serca klnie tę naukę. Jakaś
umiejętność, coś, czego nie można ani zniweczyć, ani nawet
nienawidzieć, - porwało chłopca, jak śmierć.
- Oddaj mi go! - skamle, - wypożycz na jeden dzień cały.
Więcej nie chcę.
Gdzieś nieskończenie daleko, w zaspach śniegu rozlega się
świst przelatującego pociągu, nagły, przeszywający, jak wołanie na
pomoc. Potem nastaje znowu cisza głęboka. Blask księżycowego
światła z wolna się przysuwa do łóżka starca, który zwinąwszy się w
kłębek miota się, płacze w tym ciemnym kącie i mruczy monotonną,
żałosną swoją skargę.
Pan Teodor Bijakowski (vel Bijak), ukończył Instytut
Komunikacyi w tym właśnie okresie, kiedy nieuniknione warunki
ekonomiczne roztworzyły pugilares, szepcząc zagrabiaj, o piękny
posągu!... Nie tylko tendencja pisarstwa śpiewała kantatę na cześć
inżyniera i oświetlała jego postać ogniami bengalskimi, ale
jeszcze, na domiar szczęścia, panny mądre, które, jak wiadomo,
najsprytniej umieją zwąchać ducha czasu, zapaliły znienacka lampy
swe, odsłoniły łona łabędzie i, czuwając, oczekiwały na kołatanie
pozytywnego oblubieńca. Pan Teodor zrozumiał jeszcze dokładniej,
niż panny, ducha czasu i postanowił ożenić się odpowiednio. Bywał
tedy w domu bogatego warszawskiego powroźnika, którego urocza córka
pielęgnowała w pamięci swej kilka pierwszych stronic z dzieła
Buckle'a.
Pan Teodor urodził się w mieście Warszawie, bodaj że na
Krochmalnej ulicy, gdzie ojciec jego skromny, ubogi, ale chędogi
szynczek narożny utrzymywał. W latach pacholęcych bawił się mały
Teoś wraz z czeredą młodszego i starszego rodzeństwa, że tak
powiem, w rynsztoku, wybijał szyby sąsiadom starozakonnym i byłby
był został na zawsze w stanie barbarzyństwa, gdyby nie jedna
szczęśliwa okoliczność. Oto właścicielka domostwa, gdzie mieścił
się instytut starego Bijaka, dama draśnięta zębem czasu i
przedziwnie uczuciowa, dostała pewnego pięknego poranku celny
strzał z procy, naciągniętej ręką małego urwipołcia. Kamień utkwił
w samym koku i przyprawił podstarzałą pannę o kilka dni płaczu i
cierpień moralnych.
Rozkazała przywołać do siebie Teosia, patrzała nań długo, a
wreszcie rzekła:
- Pójdź, dziecię, ja cię uczyć każę.
Chłopiec był nadspodziewanie zdolny, w lot naukę w sztubie
pochłonął i w sekrecie nawet przed zapijającym wszelkie sprawy
Bijakiem seniorem, zdał do gminazjum. I tam szedł z nagrodami z
klasy do klasy, cicho a skromnie. Opiekunce na imieniny pisał
laurki, całował kolana i ręce, a po jej śmierci musiał, sierotka,
wiele nacałować mankietów, nim wreszcie zdał do Szkoły Głównej i
kończył wydział matematyczny i przy pomocy tych i tamtych dostał
się do Instytutu.
Wszystko to gładko mu poszło. Nie będę opiewał wszystkich
jego promocji, przygód, zachodów, zmian sposobu myślenia i miejsc
pobytu, - dość będzie, gdy powiem, że budował wiele pięknych
mostów, dużych dworców, wielką ilość dystansów, - i że, nim
upłynęło lat dziesięć od ukończenia studiów, posąg nasz miał już
kilkadziesiąt tysięcy rubli, ulokowanych bezpiecznie i świetnie. Do
posad przy eksploatacji nie kwapił się, wolał zawsze trzymać z
grubymi rybami i asystować przy budowie dróg nowych. Pieniądze
płynęły do jego kieszeni szerokim łożyskiem, drobna niejednokrotnie
usługa, słówko zgrabnie pochlebne, dzielna, niewinna na pozór
operacyjka, co więcej, szczęśliwy dowcip warszawski - napełniały na
nowo pugilares, po jakiejś inżynierskiej bachanalijce chwilowo
opróżniony. Nie mówię o rezultatach głęboko i systematycznie
obmyślanych planów działania...
...Wśród uśmiechów losu, inżynier nasz, wyznać trzeba, nie
zapomniał o ubogiej familii z Krochmalnej ulicy. Prowadzał za sobą
kohortę nie tylko braci, ale bliższych i dalszych kuzynów, z
których każdy już po tygodniu operowania, pod okiem dobroczyńcy,
chadzał przy zegarku i rujnował się na modne haweloki. Na
południowym wybrzeżu Krymu pan Teodor posiadał wytworną willę,
gdzie królowała pięknie rozkwitła małżonka jego, czytelniczka
niegdyś Buckle'ów i Millów. Cudownie tam było: w oddali falowało
morze, dokoła rozścielał się las podzwrotnikowych krzewów. Zdawało
się, że pan Teodor do końca życia będzie sobie w wolnych chwilach
odczytywał to tę, to inną stronicę Dekamerona (mądre bowiem księgi
rozdał na pamiątkę niewyspanym telegrafistom), gdy oto
niespodziewanie zjawił się demon niepokoju...
...Wówczas właśnie poczęto w kraju budować drogę żelazną, -
pan Teodor zjawił się i wziął nowy dystans.
Zaraz po objęciu robót przyplątał się do niego zrujnowany do
szczętu obywatel ziemski Dominik Cedzyna. Początkowo pełnił na
budującym się plancie obowiązki zwyczajnego dozorcy, poganiacza
ludzkiego stada, później zaskarbił sobie względy naszego
przedsiębiorcy i do innych celów użytym został. Dziwnie wyglądał
ten elegancki, wyprostowany starzec, z miną pana, zawsze wytwornie
i czysto ubrany, gładko uczesany i wygolony starannie, kiedy stał w
pobliżu drzwi wobec Bijakowskiego rozwalonego niedbale na krześle.
Inżynier doświadczał demokratycznej rozkoszy, trzymając przy
drzwiach byłego panka, mówiąc do niego: "pójdziesz mi, mój panie
Cedzyna"... albo: "tyle już razy mówiłem panu Cedzynie"... albo:
"trzeba być mazgajem, panie ten... Cedzyna".
Twarz starego szlachcica nie zdradzała nigdy ani śladu
gniewu, ani cienia obrazy, ani pozoru zdziwienia. Czasami tylko po
zaciętych jego wargach przemykał się tęskny, dziecięcy niemal
uśmiech, czasami wypłowiałe oczy zachodziły mgłą jeszcze bardziej i
zdawały się nic nie widzieć. Nigdy wszakże żrące go upokorzenie nie
wynurzało się na zewnątrz w dźwięku mowy, lub treści słów.
- To także honor, to punkt honoru - myślał. - Ja i tak pan,
a tyś i tak cham!...
Miał ten człowiek jedną tylko pociechę i nadzieję. Skoro
nadchodził wieczór, gdy robotnicy, zlani do suchej nitki potem,
rzucali łopaty i, zjadłszy strawę padali w sen kamienny, gdy
panowie inżynierowie zasiadali do winta, - Cedzyna szedł wzdłuż
plantu do sąsiedniego miasteczka.
Głowa jego podnosiła się wtedy dumnie, oczy nabierały
blasku, usta szeptały: "Piotruś... och, Piotruś".
Pukał do okna pocztmistrza i ugrzecznionym, bojaźliwym
głosem pytał, czy nie ma listu do Dominika Cedzyny. Jeżeli ten list
upragniony otrzymał, oddalał się szybko, pieszcząc kopertę palcami
i do warg ją przytulając. Potem w swej nędznej izdebce stawiał
świecę przy łóżku i zaczynał czytać. Czytał powoli, w sposób
dziwaczny: nie przebiegał oczyma od razu całego listu, lecz
wykradał jedno, dwa zdania, kilka słów - i składał pismo. Czasami
koniec listu odczytywał dopiero trzeciego dnia po otrzymaniu. Gdy
mu dokuczono, gdy go obrażono, gdy czuł, że mu klatkę piersiową coś
gnieść zaczyna niby obręcz żelazna, i krew uderza do głowy, - macał
boczną kieszeń surduta, gdzie nosił paczkę listów od syna - i
odzyskiwał spokój. W każdej chwili wytchnienia, podczas obiadu czy
chwilowej przerwy w robocie, wydobywał arkusik i wmyślał się w
jakieś zwyczajne zdanie. Wtedy uśmiech łagodny jak promyk słońca
wypogadzał jego twarz drewnianą i skrzepłą na niej troskę niweczył.
W odległości wiorsty od dźwigającego się nasypu,
stanowiącego część dystansu pana Teodora, sterczało pośród pól
wyniosłe wzgórze porośnięte jałowcem i uwieńczone szarym, zębatym
grzbietem skał wapiennych. Góra należała do folwarku Zapłocie, a
folwark do niejakiego pana Juliusza Polichnowicza. Inżynier zwrócił
uwagę na owo wzgórze zaraz po rozpoczęciu robót, zbadał skały,
znalazł w nich obfitość węglanu wapnia i niewielką ilość obcych
przymieszek, dostrzegł, że zbocza i osypiska wykazują piękne
pokłady wyborowej gliny, - to też w kilka dni po przyjeździe zabrał
ze sobą pana Cedzynę i pojechał do folwarku Polichnowicza. Zmierzch
zapadał, kiedy furmanka zbliżała się do Zapłocia. Folwark stał u
samego podnóża góry. Zabudowania otaczał szeroki czworobok
usychających topól. Budynki były w stanie opłakanym: waliła się w
gruzy stara gorzelnia i wyciągała ku niebu obdarte z poszycia
krokwie, jak kościotrupie piszczele, nachylały się ku ziemi dachy
stodół; tu i owdzie sterczały żerdzie rozwalonych płotów.
Kamienista droga, urozmaicona zatrważającymi wyrwami mijała pewien
rodzaj bramy i prowadziła przez dwór. Ogromny, czarny dach domostwa
zjeżdżał ze ścian w tył i jednym swoim krańcem dosięgał prawie
ziemi.
Kiedy wasąg naszych przedsiębiorców zatrzymał się przed
gankiem, w dwu oknach błyszczało światło. Jakaś figura zjawiła się
we drzwiach.
- Czy to ty, Szulim? - zapytał głośno stojący na progu.
- Nie, to nie Szulim - odpowiedział Bijakowski. - Czy
dziedzic jest w domu?
- Któż tam, u diabła?
- Czy dziedzic tutejszy jest w domu?
- Dziedzic?
- Można się z nim widzieć?
Osoba znikła i jednocześnie prawie światło w oknach zgasło.
Wędrowcy nasi wstąpili na ganek, lecz znaleźli drzwi zamknięte.
Bijakowski zastukał.
Żadnej odpowiedzi.
- Dziwna rzecz! - zauważył pan Dominik.
Inżynier zeszedł z ganku i zajrzał za węgieł dworu, szukając
innego wejścia. Musiały tam być jakieś drzwi, biegano bowiem
tamtędy, białe postacie wsuwały się do dworu i wymykały do ogrodu,
dźwigając jakieś ciężkie przedmioty, coś w rodzaju szaf, luster,
kanap, stołów, łóżek, obrazów.
- Nadzwyczajny dom - mówił do siebie zaciekawiony do żywego
"bourgeois". - Ten obywatel wyprowadza się widocznie, czy co u
licha?... o tej porze... panie Cedzyna...
Pan Dominik pokiwał melancholijnie głową i cicho westchnął.
Z pomiędzy pokrzyw i kęp bzu wysunęła się wreszcie jakaś
babina, podeszła do Bijakowskiego i bezczelnie zaglądała mu w oczy.
- Coście to za jedni, ludzie? Skądeście?
- Jesteśmy z kolei, chcemy rozmówić się z tutejszym panem, -
mówił do niej pan Cedzyna. - Mamy do pana interes. Chcemy od niego
kupić kamień... Słyszysz? Jest ten wasz pan? można go widzieć?
- Pana niby? - namyślała się baba.
- Naturalnie, że nie ciebie...
W tej chwili wynurzył się z mroku cień inny.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.