Rozdział I
Mimo gorącego żaru lipcowego popołudnia, w
salonie, zabezpieczonym zamkniętemi okienicami, panował chłód
przyjemny. Po przez szpary jedynie dawnych futrowań drewnianych u
trzech okien prześlizgiwały się wązkie smugi światła; i to światło
właśnie, rozpraszające od biedy mrok, oblewało wszelkie przedmioty
jakąś jasnością niewyraźną i przyćmioną. Dzięki temu nie czuło się
tutaj piekielnego skwaru, który siały promienie słoneczne,
rozpalające front domu. Na wprost okien stał przed szafą doktór Pascal, szukając
tamże potrzebnych mu notatek. Ta ogromna szafa dębowa, otwarta na
rozcież, zdobna w rzeźby, tudzież mocne i silne okucia, arcydzieło
rękodzielnictwa wieku zeszłego, dźwigała w głębi na półkach stos
zwikłany, zmięszany, rozrzucony najrozmaitszych papierów,
dokumentów i rękopismów. Od lat już przeszło trzydziestu, wrzucał
tutaj doktór wszystko, co nakreślił, tak dobrze urywane zapiski,
jak i wykończone rozdziały swej pracy potężnej o dziedziczności.
Poszukiwania zatem nie były łatwe. Lecz on, cierpliwy, przerzucał
kartkę za kartką. Wreszcie uśmiechnął się, znalazł bowiem
ostatecznie to, czego poszukiwał. Jeszcze chwilę pozostał przy szafie, czytając notatkę w
świetle promienia złocistego, który strzelał od środkowego okna. On sam, wśród tej jasności świtania, z brodą, oraz włosami
szpakowatemi, silny i rzeźki, choć już sześćdziesiątka była za
pasem, z obliczem świeżem o rysach delikatnych i oczach łagodnych
tkliwością niemal dziecięcą, ubrany nadto w marynarkę obcisłą z
aksamitu barwy kasztanu, przypominał młodzieńca o włosach
upudrowanych. - Patrz! Klotyldo - rzekł, przerwawszy milczenie -
przepiszesz tę kartkę Ramond bowiem nigdy nie przeczytałby mojego
przeklętego pisma. I przeszedłszy kilka kroków, położył ową ćwiartkę papieru
tuż przy owej pannie, która pracowała, stojąc przed pulpitem
wysokim, umieszczonym w framudze okna na prawo. - Dobrze, mistrzu! - odpowiedziała. Lecz wymawiając owe słowa, nie obróciła się ani na chwilę.
Cała jej uwaga skupiła się na pastelu, który kreśliła w tym właśnie
momencie śmiałemi ruchami ołówka. Z boku, niedaleko niej stała
rozkwitająca wielka malwa o liściach rzadkiego fioletu, skropionych
żółtemi prążkami. Widniał atoli wyraźnie profil jej okrągłej
główki, o włosach blond, obciętych krótko, profil szlachetny i
poważny, czoło proste o zmarszczkach, wywolanych uwagą, oko błękitu
nieba, nos delikatny, podbródek, zdradzający stanowczość. Jej
odsłonięty karczek mówił o świeżej młodzieńczości swą rozkoszną
bielą mleka, tak żywo odskakującą od złocistych pukli głowy.
Wysoka, ubrana w bluzę czarną posiadała kibić wielką, pierś drobną,
ciało wątłe; całość przypominała wysmukłe, a boskie postacie
Odrodzenia. Dzięki temu, acz już skończyła lat dwadzieścia pięć,
miała powierzchowność ośmnastoletniego dziecięcia. - Mogłabyś też - podjął po chwili doktór - uporządkować
nieco papiery w szafie. Taki tam nieład, iż nic znaleść niepodobna. - Dobrze, mistrzu - odpowiedziała, nie podnosząc głowy. -
Natychmiast wezmę się do roboty. Pascal z powrotem usiadł przy biurku, na przeciwległym
końcu sali, tuż przy oknie z lewej strony. Był to stół zwyczajny z czarnego drzewa, również, jak i
szafa, zarzucony stosami papierów, tudzież broszur wszelkiego
rodzaju. I znów zapanowało milczenie, spokój niezmącony w
półcieniu, tak sprzeczny z upałem panującym na dworze. Salon to był obszerny. Długości miał metrów z dziesięć,
szerokości sześć, nie więcej. Mebli widniało niewiele: szafa; półki
biblioteczne, obciążone książkami; staroświeckie krzesła, oraz
fotele nieporządnie porozrzucane. Jedyną ozdobę ścian,
wytapetowanych obiciem, upstrzonem różami, w stylu Cesarstwa,
tworzyły pastele, przedstawiające kwiaty o barwach dziwacznych.
Zresztą mrok nie pozwalał im się dokładnie przypatrzeć. Oddrzwia
trojga drzwi podwójnych, prowadzących do sieni na schody, do pokoju
doktora i do pokoju panienki - te ostatnie na przeciwległych
krańcach salonu - a zarazem i gzems zadymionego sufitu, nosiły na
sobie znamię czasów Ludwika XV. Godzina cała minęła cicho, bez jednego szmeru, bez
szelestu najdrobniejszego. Pascal, celem chwilowego odpoczynku w pracy nużącej,
zerwał opaskę z nieczytanego jeszcze numeru
Temps'a i zaczął przebiegać go wzrokiem. Nagle zawołał
zdziwiony: - Patrz no! twojego ojca mianowano redaktorem naczelnym
Epoki, dziennika republikańskiego, mającego szalone powodzenie.
Drukuje on dokumenta Tuileryów, tajemnice dworu cesarskiego. Nie oczekiwał snać takiej nowiny, gdyż w śmiechu jego
mięszały się pospołu dwie nuty: zadowolenia w pewnej mierze i
zarazem smutku. Półgłosem ciągnął dalej: - Słowo honoru... los tylko umie płatać figle... daremnie
z nim rywalizować... Życie kryje tyle niespodzianek. Oto bardzo
zajmujący artykuł. Klotylda milczała wciąż, jak gdyby sto mil przedzielało ją
od tego zacienionego salonu. Wuj milcząc również, przeczytał do
końca artykuł, wziął nożyczki, wyciął go, nakleił na arkusz
papieru, poczem na czystym marginesie porobił jakieś uwagi swem
pismem wielkiem, a niekształtnem. Teraz znowu udał się do szafy, by
złożyć tam ową notatkę najświeższą. Musiał jednak wejść na krzesło;
ostatnia bowiem pólka od góry, leżała tak wysoko, że doktór, choć
słuszny wzrostem, nie zdołał tam dosięgnąć żadną miarą. Na tej
półce cały szereg grubych aktów leżał w wzorowym, metodycznie
obmyślanym porządku. Widniały tam akta wszelkiego rodzaju,
rękopisy, dokumenta stemplowe, powycinane artykuły dziennikarskie,
przechowywane razem w tekach z tektury błękitnej. Na każdej z tych
ostatnich widniało nazwisko, wypisane wielkiemi literami. Te
szczegóły dowodziły, że jakaś ręka z lubością szczególną
pielęgnowała je, uzupełniała i starannie kładła na miejscu
odpowiedniem; w całej szafie bowiem był to jedyny kąt, odznaczający
się ładem wzorowym. Pascal wszedłszy na krzesło, znalazł pożądaną tekę, jedną
z najbardziej wypchanych papierami, a noszących na wierzchu
nazwisko "Saccard", włożył tam świeżą notatkę, poczem znowu wsunął
ją na miejsce poprzednie. Jeszcze chwilę, w roztargnieniu,
poprawiał stos papierów rozrzuconych, a wreszcie zeskoczył. - Uważaj, Klotyldo - zawołał - byś podczas porządkowania
nie czytała owych dokumentów, tam, na górnej półce. - Dobrze, mistrzu! - odparła po raz trzeci z tym samym
odcieniem karności w głosie. Doktór zaczął śmiać się znowu szczerze i otwarcie, jak to
leżało w jego usposobieniu. - Zabraniam ci. - Wiem o tem, mistrzu. Tu zamknął szafę silnym obrotem klucza, a następnie
wrzucił ten ostatni w głąb szuflady swego biurka. Młoda panna znała o tyle dobrze badania doktora, że mogła
od biedy uporządkować jego rękopisy. Używał też jej chętnie jako
swego sekretarza i kazał zawsze przepisywać notatki, ile razy
doktór Ramond prosił o udzielenie mu jakiego dokumentu. Nie była
przecież uczoną, gdyż zabraniał jej poprostu czytać tego, co uważał
za niepotrzebne dla młodej główki. Wreszcie atoli, uwaga głęboka, pochłaniająca całą jej
istotę, zaczęła go dziwić. - Cóż to milczysz tak uporczywie? Czyż malowanie owych
kwiatów zajmuje cię do tego stopnia? Jeszcze i to było jedną z prac, którą często jej
powierzał: rysunki, akwarele, pastele, potrzebne mu następnie jako
ryciny do jego dzieł. Od pięciu lat właśnie przeprowadzał doświadczenia nader
zajmujące z całym zbiorem wielkich malw, z całym szeregiem
zabarwień nowych dzięki sztucznemu zapładnianiu. Klotylda w tego rodzaju podobiznach wykazywała
nadzwyczajną drobiazgowość tudzież staranność rysunku zarazem, jak
i barw; Pascal podziwiał jej uczciwość pod tym względem, mawiając,
iż ma "dobrą, małą łepetynę okrągłą, trzeźwą i dzielną." Lecz tym razem, gdy zbliżył się, by spojrzeć jej przez
ramię na postępy roboty, krzyknął z oburzeniem komicznem: - Ach, idź do licha! Już znowu bujasz po nieznanych
krainach!.. Podrzej mi to natychmiast! Wyprostowała się; rumieniec zabarwił jej lica; oczy
błyszczały ogniem zapału do rozpoczętego dzieła; palce delikatne i
cienkie były powalane pastelami, różowym i błękitnym, które
rozcierała przed chwilą. - Och! mistrzu! I w tym wykrzyknika "mistrzu" tak czułym, tak pełnym
tkliwego poddania się, w tym tytule, wyrażającym zupełne
posłuszeństwo, a używanym celem ominięcia wyrazów "wuju, czy
"ojciec chrzestny", które uważała za zbyt nikłe, po raz pierwszy
błysnął płomień buntu, odpór istoty, czującej swoją siłę i żądnej
samodzielności. Niemal już przed dwoma godzinami odepchnęła podobiznę
dokładną i poprawną wielkich malw, by na innym kartonie nakreślić
całą garść kwiatów fantazyjnych, kwiatów wymarzonych,
nadzwyczajnych a wspaniałych. Trafiało się to już jej nieraz, że odskakiwała nagle od
rzeczywistości, goniła wyobraźnią w krainę szalonych fantazyj
właśnie w trakcie pracy nad podobizną jak najściślejszą. Ową żądzę
zadawalniała ona natychmiast, oddając się z taką namiętnością, z
takiem upodobaniem gorącem malowaniu owego kwiecia nadzwyczajnego,
że nigdy się nie powtarzała. I wówczas tworzyła róże o sercu
skrwawionem, płaczące łzami ze siarki, lilie przypominające urny z
kryształu, a nawet kwiaty o kształtach dotychczas nieznanych dzięki
powiększeniu rozmiarów liści i rozigraniu sztucznem całej chmury
kielichów. Teraz rzuciła na liść, nakreślony energicznym rozmachem
czarnego ołówka, deszcz rzęsisty gwiazdeczek bladych, potop gęsty
listeczków niesłychanie wytwornych, podczas gdy w jednym rogu
widniało jakieś zjawisko trudne do określenia - coś, niby pęczek,
rozchylający właśnie swe delikatne osłonki. - Znowu jeszcze jedno cudactwo więcej zawiesisz mi tutaj
na ścianie! - podjął doktór, pokazując ręką cały szereg podobnie
dziwacznych pasteli. - Pytam się jednak, co to może przedstawiać? Pozostała poważną, odchylając się jeno celem lepszego
obejrzenia swej pracy. - Nie wiem, ale to piękne. W tej chwili weszła Martyna, jedyna służąca, która
przebywając przez lat prawie trzydzieści w obowiązku u doktora,
wyrosła niemal na prawdziwą panią domu. Mimo, że przeszła już
sześćdziesiątkę, zachowała i ona również młodą powierzchowność,
ruchliwa i milcząca, ubrana wiecznie w czarną suknię, tudzież
czepeczek biały, skutkiem czego była podobną do zakonnicy, miała
twarz małą, nieregularną, lecz czerstwą o oczach popielatych, do
niedawna widocznie iskrzących niby dwa płomienie żywe. Weszła w milczeniu i usiadła na ziemi przy jednym z
foteli, którego stare, pęknięte obicie przepuszczało włosie na
zewnątrz; następnie wyciągnąwszy z kieszeni igłę, oraz motek nici,
rozpoczęła łatać ową dziurę. Od trzech dni już wyszukiwała chwilki swobodnej, by
dokonać owej roboty, podyktowanej zamiłowaniem do porządku. - Skoro już tutaj jesteś Martyno - zawołał Pascal wesoło,
ujmując w obie dłonie głowę zbuntowaną Klotyldy - zaszyj z łaski
swojej także i tę łepetynę, gdyż świeci szparami. Martyna podniósłszy oczy wypłowiałe, spojrzała na pana ze
zwykłem uwielbieniem w wzroku. - Dlaczego pan mówi mi takie rzeczy? - Dlatego, dzielna kobieto, że właśnie ciebie podejrzywam
o napakowanie w ową, dobrą, małą łepetynę okrągłą, trzeźwą i tęgą
historyj z innego świata, a wszystko przez twoją pobożność... Tutaj obie kobiety porozumiały się spojrzeniem. - Och! panie, wiara jeszcze nikomu nie zaszkodziła... A
jeżeli ktoś nie wyznaje tych samych przekonań, lepiej o tem nie
rozmawiać. To wiadomem. Nastało milczenie kłopotliwe. Było to jedyne nieporozumienie, które wywoływało niekiedy
starcia wśród tych osób tak zgodnych i żyjących tak umiarkowanie.
Martyna miała lat dwadzieścia dziewięć, była więc o rok starszą od
doktora, gdy wstąpiła do obowiązku u niego, młodego lekarza, świeżo
rozpoczynającego praktykę w Plassans, w małym, wesolutkim domku
nowej dzielnicy. A gdy w trzynaście lat potem Saccard, jeden z
braci Pascala, przysłał mu z Paryża swą siedmioletnią córeczkę
Klotyldę po śmierci żony, w chwili zawierania powtórnych ślubów,
ona to zajęła się wychowaniem dziewczęcia, prowadząc je do kościoła
i wlewając nieco pobożności, którą zawsze się odznaczała. Doktór,
umysł potężny i tolerancyjny, pozwalał im wierzyć wedle upragnionej
modły, gdyż nie czuł prawa wzbraniania komukolwiek szczęścia pod
taką postacią, jaką tenże za najlepszą dla siebie uważał. Dopiero
później objął naczelny kierunek wykształcenia synowicy, wpajając w
nią ideje dokładne i zdrowe o całym porządku wszechświatowym. W
taki więc sposób żyli razem, wszystko troje, od lat szesnastu,
ukryci w zaciszu w Souleiade, małej willi na przedmieściu, oddaleni
o kwandrans drogi od katedry Św. Saturnina. Dni ich płynęły
szczęśliwie, poświęcone pracom wielkim, a poważnym. Czasem tylko
zakłócała im spokój jakaś sprzeczka gorąca, wstrząsająca podstawą
ich wierzeń. Z latami owe sprzeczki stawały się gwałtowniejszemi. Pascal, zasępiony, przechadzał się chwilę po pokoju.
Następnie rzekł szorstko, jak człowiek, nie obwijający swych słów w
bawełnę: - Widzisz, kochanku, ta fantasmagorya tajemnicza popsuła
twój piękny łepek. Twój dobry Bóg nie potrzebuje ciebie; powinienem
był całą zachować cię dla siebie. Wyszłabyś na tem stokrotnie
lepiej. Lecz Klotylda, drżąc na całem ciele, skrzyżowała śmiało
swe jasne spojrzenia z jego wzrokiem i odparła bez wahania: - To właśnie ty, mistrzu, czułbyś się daleko
szczęśliwszym, gdybyś chciał patrzyć wokoło siebie nie tylko oczyma
ciała... Jest jeszcze świat inny, dlaczego rozmyślnie zamykasz
wobec niego oczy? Tu Martyna przyszła jej z pomocą na swój sposób. - To prawda, panie. Taki święty, jak pan, co ja każdemu
powtarzam, powinien też razem z nami chodzić do kościoła... Pan Bóg
bezwątpienia pobłogosławiłby panu. Na myśl, iż mógłbyś pan nie
dostać się do raju, ogarnia mię strach śmiertelny. On zatrzymał się, patrząc na te dwie kobiety, dzisiaj
otwarcie zbuntowane, choć zazwyczaj tak posłuszne, tak korzące się
przed nim, tak czułe i podbite jego wesołością tudzież dobrocią. Już, już otwierał usta, by odpowiedzieć szorstko, gdy w
tejże chwili spostrzegł bezpożyteczność wszelkich rozpraw. - A! do licha, dajcie mi spokój. Pójdę lepiej pracować..
Niech mi nikt nie przeszkadza. Krokiem lekkim zawrócił do swego pokoju, gdzie urządził
przed laty rodzaj pracowni naukowej, i tam się zamknął. Zakaz
wchodzenia dotyczył wszystkich. Tam to właśnie przeprowadzał
doświadczenia rozmaite, o których nikomu nic nie wspominał. Prawie
natychmiast obie kobiety usłyszały cichy, a prawidłowy stuk tłuczka
w moździerzu. - I otóż - rzekła Klotylda z uśmiechem - znowu zabrał się
do swej kuchni djabelskiej, jak mówi babka. Po tych słowach zaczęła z troskliwością niesłychaną
odmalowywać gałązkę wielkiej malwy. Dokończyła rysunku z
dokładnością niemal matematyczną, i kolejno wynajdywała odcień
właściwy listeczków fijołkowych oraz żółtych prążków, nie pomijając
ani jednej zmiany zabarwienia czy załamania. - Och! - zamruczała po chwili Martyna, znowu siedząc na
podłodze i naprawiając gorliwie fotel - co za nieszczęście, że taki
święty człowiek przez własną lekkomyślność chce zatracić duszę.
Niema bowiem co mówić, jak go znam od lat trzydziestu, tak nie
widziałam, by kogokolwiek choć raz skrzywdził. Prawdziwie złote
serce! Sobie samemu odjąłby od gęby, byle tylko bliźniego
poratować... I grzeczny dla każdego, i zawsze zdrów i zawsze
wesoły, prawdziwe błogosławieństwo Boże!.. Zabija siebie samego,
nie chcąc się nawrócić. Nieprawdaż, panienko, trzeba go do tego
zmusić? Klotylda zdziwiła się, słysząc ją tak długo bez przerwy
mówiącą. Nie zaraz więc odezwała się z poważnym wyrazem twarzy. - Bezwątpienia, Martyno, zgadzam się na to. Zmusimy go. I milczenie ponownie zapadło, wtem przerwał je odgłos
dzwonka, przybitego na dole do drzwi wejściowych. Umocowano go tam,
by wiedzieć za każdym razem o przybywaniu jakiegoś gościa do tego
wielkiego domu, który zamieszkiwały jedynie trzy osoby. Służąca była zdziwioną i wybąkała półgłosem: - Kto też to może się włóczyć na taki upał? Wstała, otworzyła drzwi, przechyliła się po przez
balustradę schodów, a wracając, oznajmiła: - Pani Felicyta. Stara pani Rougon żywym krokiem weszła do salonu. Mimo lat
ośmdziesięciu wbiegła po schodach z zręcznością panienki, gdyż
zawsze była jeszcze owym konikiem polnym z lat dawnych, śniada,
chuda i koścista. Bardzo strojna; teraz, ubrana w czarną suknię
jedwabną, śmiało z tyłu uchodzić mogła dzięki gibkości swej kibici
za jakąś zakochaną, za jakąś wietrznicę ambitną, lecącą na
schadzkę. Oczy jej, osadzone w obliczu wyschłem, zachowały dawny
ogień; a kiedy zachodziła potrzeba, umiała jeszcze pani Felicyta
pięknie się uśmiechnąć. - Jakto, to ty, babko! - zawołała Klotylda, podążając na
jej spotkanie. - Przecież można się usmarzyć żywcem w tem strasznem
słońcu. Felicyta, całując ją w czoło, zaczęła śmiać się wesoło. - Och! słońce jest moim przyjacielem. I zaraz potem drepcząc szybko drobnemi krokami, pobiegła
otworzyć połowę jednej okiennicy. - Trzeba choć trochę otworzyć! W takich ciemnościach
smutek musi ogarnąć człowieka... U siebie wpuszczam słońce
wszystkiemi oknami. Dzięki uchyleniu okiennicy wpadł teraz do pokoju potok
iskrzącego się światła, snop promieni świetlnych i migocących. I
można było dojrzeć pod niebem błękitnem, lecz rozognionem zarazem,
szmat ziemi pustej i wypalonej, niby pogrążonej we śnie czy
obumarłej pod nawałem słonecznego żaru; następnie po prawej ręce,
ponad dachy czerwone, strzelała w górę dzwonnica świętego
Saturnina, wieża złocona, o rysach ostrych, połyskujących wśród
oślepiającej powodzi światła. - Tak jest - ciągnęła Felicyta - idę zaraz dalej do
Tulettes, chciałam tedy dowiedzieć się, czy niema u was Karola,
bobym go z sobą zabrała. Lecz widzę, że go niema. No, to wezmę go
kiedyindziej. Podczas gdy w taki sposób upozorować chciała swoje
odwiedziny, oczy jej ustawicznie myszkowały po całym pokoju.
Zresztą urwawszy na tym punkcie, zaraz zaczęła mówić o synu
Pascalu, gdyż i do jej uszów dobiegł prawidłowy stuk tłuczka, ani
na chwilę nie milknący w sąsiednim pokoju. - Ach, jest jeszcze w swej kuchni djabelskiej! Nie
przeszkadzajcie mu, nie potrzebuję się z nim widzieć. Martyna, po raz trzeci zabrawszy się do swego fotelu,
potrząsnęła głową na znak, iż bynajmniej nie żywi zamiaru
odwoływania pana od roboty. Zaległa więc na chwilę cisza w pokoju.
Klotylda wycierała kawałkiem płótna palce, powalane pastelami.
Felicyta natomiast wciąż dreptała po pokoju, węsząc i szukając. Stara pani Rougon owdowiała niemal przed dwoma laty. Mąż
jej, tak chorobliwie otyły, że nie mógł się poruszać, padł rażony
atakiem apoplektycznym, 3 września 1870, w nocy po dniu, gdy
dobiegła do niego wieść o klęsce sedańskiej. Upadek rządu, którego,
jak sobie pochlebiał, był jednym z założycieli, widocznie
spiorunował go na miejscu. To też i Felicyta pozornie zaprzysięgała
się, że polityka nic jej nie obchodzi, i przybierała minę
zdetronizowanej monarchini. Każdy wiedział, iż Rougonowie w 1851 r
ocalili Plassans przed bezrządem i utrwalili tu system zamachu
stanu z 2-go grudnia. Nikomu też nie było obcem, iż w kilka lat
później zdobyli owo miasto po raz wtóry, oddając je, zamiast
kandydatom legitymistycznym i republikańskim, deputowanemu z obozu
bonapartystow. Aż do wojny cesarstwo rozpościerało się tam
wszechwładnie. Było ono tak popularne, że podczas plebiscytu
otrzymało zdumiewającą większość. Od chwili przecież klęsk, miasto
z powrotem zostało republikańskiem; dzielnica Św. Marka knuła
ponownie swe podziemne intrygi rojalistyczne, podczas gdy stara
dzielnica i nowe miasto wysłały do Izby przedstawiciela
liberalnego, ukrytego orleanistę, gotowego jednak za lada
powodzeniem Rzeczypospolitej przyłączyć się do tej ostatniej.
Zważywszy to wszystko Felicyta, kobieta bardzo rozumna, udawała, że
nie chce o niczem wiedzieć i wolała zadawalniać się rolą królowej
bez tronu, rolą wodza rządu upadłego. Bądźcobądź, było to jeszcze stanowisko wybitne, a nadto
opromienione pewną poezyą melancholijną. Przez lat ośmnaście
królowała. Legenda o tych dwu salonach, o salonie żółtym, gdzie
dojrzał zamach stanu, i później o salonie zielonym, terenie rzekomo
neutralnym, gdzie dokonano podboju Plassans, nabierała uroku w
miarę upływu lat. Zebrała ona nadto olbrzymi majątek. Prócz tego, w owym upadku dowiodła wielkiej godności, nie
skarżyła się i nie narzekała. Przez ciąg swoich ośmdziesięciu lat
wykazała tyle żądz szalonych, intryg wstrętnych i powodzeń
niezmierzonych, że sprawiała wrażenie na ludziach. Jedyną jej
rozkoszą obecnie było używanie zebranych milionów, a zarazem
rozpamiętywanie chwil minionej władzy. Jedną też tylko posiadała
teraz namiętność, oto chciała bronić swojej historyi, usuwając
wszystko, co z czasem mogłoby było ją zbrukać niepotrzebnie. Jej
duma, karmiąca się wspomnieniem tych dwóch czynów, o których wciąż
jeszcze mówiono w mieście, z troskliwością żarliwą czuwała,
zdecydowana na wszystko, by potomnym zostawić dokumenta wyłącznie
piękne, zostawić ową legendę promieniejącą, dzięki której jeszcze
teraz, gdy szła przez miasto, witano ją niby majestat upadły. Przystanęła tuż przy drzwiach pokoju Pascala,
przysłuchując się ustawicznemu stukowi tłuczka, który wciąż
rozbrzmiewał w powietrzu. Potem z czołem zasępionem zwróciła się ku
Klotyldzie: - Co też on tam robi na Boga! Czy wiesz o tem, iż szkodzi
sobie niesłychanie swojem nowem lekarstwem? Opowiadano mi któregoś
dnia, że niemal zabił jednego ze swych chorych. - Och, babko! - zawołała panna z pewną, boleścią w głosie. Lecz ta ostatnia chciała się wygadać. - Tak jest, istotnie, baby z miasta prawią jeszcze wiele
innych rzeczy... Idź popytać się tam, na przedmieściach Powiedzą
ci, że tłucze on kości nieboszczyków w krwi noworodków. Tym razem nawet już i Martyna pospieszyła zaprzeczyć. Na
twarzy Klotyldy, zranionej w swych uczuciach, przemknął promień
gniewu. - Ależ, babciu, nie powtarzaj takich okropności... Czyż to
możliwe!.. Przecież mistrz posiada serce tak dobre, tyle myśli o
szczęściu innych! Felicyta widząc oburzenie obu kobiet, pojęła szybko, że
przesadziła zbyt gwałtownie. Zaraz tedy uzbroiła się w słodycz
zdradliwą. - Ależ, mój kotku mały, to przecież nie ja rozpowiadam
takie wstrętne historye. Powtarzam jedynie głupstwa, krążące w
obiegu. Chcę poprostu wyjaśnić ci, że Pascal źle robi, lekceważąc,
opinię publiczną. Jeżeli sądzi, że znalazł nowe lekarstwo, - bardzo
dobrze. Ja z mojej strony nic nie mam przeciwko temu, by wyleczył
cały świat, jeżeli tylko zdoła. W tem atoli sęk, że niepotrzebnie
otacza się jakąś tajemniczością. Dlaczego nie odkryje swego
wynalazku publicznie, dlaczego przedewszystkiem nie stara się
wyleczyć swoją metodą ludzi przyzwoitych z miasta, zdobyć sobie
pacyentów, którzy opromieniliby go sławą, zamiast tam troszczyć się
o ową hołotę z starej dzielnicy i ze wsi?... Nie, widzisz; mój
kotku maleńki, twój stryj nigdy nie postępował tak, jak drudzy. Nadała teraz głosowi swemu jakiś ton zbolały i
przytłumiony zarazem, by wywnętrzyć się z ową troską tajoną w
sercu. - Bogu dzięki, nie brakuje naszej rodzinie ludzi
wybitnych; inni moi synowie przepełniają mię chlubą. Nieprawdaż?
Twój stryj Eugeniusz stanął dosyć wysoko... minister przez lat
dwanaście... niemal cesarz! A twój ojciec, czyż w wir obrotów nie
pchnął sporo milionów, czyż nie doprowadził do skutku dosyć
przedsiębiorstw olbrzymich, o których mówił cały Paryż? Nie
wspominam już ani o twoim bracie, Maksymie, tak bogatym, oraz tak
wytwornym, ani o twoich kuzynach, Oktawiuszu Mouret, jednego z
twórców handlu nowożytnego, ani o naszym drogim księdzu Mouret,
prawdziwym świętym!.. Dobrze więc, dlaczego Pascal, który mógł iść
przecież ich śladami, tak uporczywie zamknął się w swej dziurze,
grając rolę jakiegoś zwarjowanego oryginała? Młoda panienka chciała energicznie temu zaprzeczyć, lecz
babka pieszczotliwym ruchem ręki zamknęła jej usta. - Nie, nie, pozwól roi skończyć... Wiem dobrze, że Pascal
nie jest głupcem. Wiem, że dokonał niepowszednich odkryć, a jego
prace, przesyłane Akademii lekarskiej, wyjednały mu rozgłos
zaszczytny między uczonymi... Lecz cóż to wszystko znaczy wobec
moich marzeń? Tak jest. Pragnęłam, by miał najpiękniejszą w mieście
klientelę, wielki majątek, ordery, zaszczyty, stanowisko godne
rodziny.. Ach! widzisz, mój drogi kotku, to właśnie sprawia mi
przykrość, iż różni się on od całej rodziny, chciał się różnić
koniecznie. Słowo ci daję, że jeszcze, gdy był chłopcem maleńkim,
powtarzałam mu często: "Skąd ty się wziąłeś? Ty nie należysz do
nas!" Ja, widzisz, wszystko poświęciłam dla rodziny; dałabym się
posiekać na kawałeczki drobne, byle tylko rodzina rosła na wieki w
potęgę i sławę. Wyprostowała swą drobną figurkę; jedyna namiętność użycia
i dumy, która towarzyszyła jej przez życie całe, teraz dodała jej
niejako wzrostu. Zacząwszy atoli przechadzać się po pokoju, stanęła
nagle, gdyż spostrzegła rzucony na ziemię numer
Temps'a, z którego doktór wyciął artykuł, by go załączyć
do teki z napisem: "Saccard": widok wyciętego miejsca w samym
środku gazety pozwolił jej bezwątpienia odgadnąć, w jakim celu
doktór tak postąpił. Zatrzymała się, już nie chodziła dalej, lecz
rzuciła na krzesło z miną wyraźnie mówiącą, że dowiedziała się
wreszcie tego, co przyszła wybadać. - Twojego ojca mianowano redaktorem naczelnym
Epoki - ozwała się wreszcie szorstko. - Tak jest, - odparła spokojnie Klotylda - mistrz mi o tem
powiedział; pisał o tem dziennik. Felicyta przyglądała się jej uważnie i niespokojnie
zarazem Ta nominacya Saccarda, to przyłączenie się do rzeczy
pospolitej było dla niej zdarzeniem niesłychanem. Po upadku cesarstwa, Saccard odważył się powrócić do
Francyi, mimo wyroku, ciążącego na nim jako na dyrektorze Banku
Powszechnego, którego olbrzymi upadek poprzedził zawalenie się
monarchii. Nowe stosunki, jakaś nadzwyczajna intryga musiały go
znowu wydźwignąć na wierzch. Nie tylko otrzymał ułaskawienie, lecz
wnet coraz wyżej szedł w górę. Rzucił się w odmęty dziennikarstw a
na wielką, skalę i pośredniczył we wszystkich kolosalnych
interesach, wszędzie zabierając część zwyczajowych napiwków,
udzielanych dziennikarzom. Przypominano sobie nieporozumienia,
jakie dawniej dzieliły go z bratem Eugeniuszem Rougon, którego tak
często kompromitował. Dzisiaj ironicznem losu zrządzeniem on to
mógł popierać brata, byłego ministra cesarskiego, teraz zaś
najzwyczajniejszego deputowanego, który z całem poświęceniem bronił
dawnego pana, z takiem samem poświęceniem, z jakiem jego matka
broniła swojej rodziny. Felicyta słuchała jeszcze ulegle wskazówek starszego syna,
orła, nawet w chwili, gdy piorun potrzaskał mu skrzydła; kochała
jednak i Saccarda z wszystkiemi nawet wadami z powodu jego
nieprzepartej żądzy powodzenia. Dumną też była i z Maksyma, brata
Klotyldy, który po wojnie osiadł z powrotem w swym hoteliku przy
alei Lasku Bulońskiego. Tam przejadał on majątek, pozostawiony mu
przez żonę, rządził się atoli roztropnością mężczyzny, któremu
zagraża choroba mlecza i nieuchronny paraliż. - Naczelny redaktor
Epoki - powtórzyła - ależ to prawdziwie ministeryalne
stanowisko zdobył twój ojciec.. Ale, ale zapomniałam ci powiedzieć,
iż napisałam do twego brata, by przyjechał nas odwiedzić. To
sprawiłoby mu pewną rozmaitość; taka rozrywka dodałaby mu zdrowia.
Wreszcie jest tutaj to dziecko, ten biedny Karol... Urwała, gdyż dotknęła właśnie jednej z ran, jakiemi
krwawiła się jej duma: syn Maksyma, spłodzony przez niego jako
siedemnastoletniego chłopca z służącą, przebywał teraz w Plassans.
Liczył już lat piętnaście, był słaby na umyśle i chował się kolejno
u wszystkich członków rodziny, dla każdego stając się ciężarem. Jeszcze chwilę milczała, sądząc, spodziewając się raczej,
iż Klotylda powie cokolwiek, co pozwoliłoby jej podtrzymać rozmowę
w tym kierunku, w jakim właściwie chciała podążyć. Widząc atoli, że
wnuczka zachowuje się obojętnie i z najspokojniejszą miną w świecie
porządkuje papiery na swym pulpicie, postanowiła mówić. Poprzednio
jednak rzuciła spojrzenie w stronę Martyny, która, niby niema, oraz
głucha, bez przerwy naprawiała fotel. - A więc to stryj wyciął ów artykuł z
Temps'a? Klotylda uśmiechnęła się z całym spokojem. - Tak jest. Mistrz włożył go do akt. Ach! ileż on tam już
nagromadził dokumentów! Narodziny, zgony, najmniejsze wypadki
życiowe, niczego tam nie brakuje. Leży tam również drzewo
genealogiczne, wiesz, babciu, nasze słynne drzewo genealogiczne,
które mistrz wciąż uzupełnia! W oczach starej pani Rougon zamigotał jakiś płomień
niedobry. Z dziwnym uporem spoglądała teraz na młodą panienkę. - Ty, oczywista, znasz owe dokumenta? - Och! nie, babciu! Mistrz nigdy mi o nich nie opowiadał,
a nawet zabronił zaglądać do nich. Ta przecież nie chciała wierzyć. - Eh, także pleciesz! Możesz niemi rozporządzać, powinnaś
zatem przeczytać. Klotylda, dusza bardzo szczera, prawość uosobiona, odparła
ponownie z uśmiechem: - Nie, ile razy mistrz nie pozwala mi czegoś, musi mieć do
tego słuszne powody. Ja zaś nigdy się nie sprzeciwiam. - A więc dobrze moje dziecię - krzyknęła Felicyta, już
dłużej nie hamując swego gniewu - ty tak kochasz Pascala, że ciebie
jednej możeby posłuchał, ty powinnaś go błagać, aby spalił to
wszystko. Jeżeli bowiem po jego śmierci ludzie obcy znajdą te
wszystkie obrzydliwe rzeczy, tam, w tej szafie, wówczas na całą
rodzinę naszą spadnie hańba! Ach! te wstrętne dokumenta, ona je widywała nocą w swych
snach duszących, jak przesuwały przed całym światem wypisane
ognistemi literami historye prawdziwe, zboczenia fizyologiczne
rodziny, ową stronę drugą medalu jej chwały, ową stronę drugą,
którą pragnęłaby zanurzyć w otchłań zapomnienia wraz z już zmarłymi
przodkami! Wiedziała dobrze, w jaki sposób doktór wpadł na myśl
zbierania owych dokumentów od samego początku swych badań głębokich
nad teoryą dziedziczności. Wiedziała też, dlaczego uznał on za
stosowne obrać własną rodzinę za przykład odpowiedni, zbyt dużo
bowiem spostrzegł tutaj wypadków typowych potwierdzających wykryte
przez niego prawa. Czyż nie była to dziedzina zupełnie naturalnie
nadająca się do spostrzeżeń, dziedzina, tak mu blizka i tak mu do
głębi znana? To też z ową szczytną obojętnością uczonego zbierał już od
lat trzydziestu wszystkie wiadomości odnoszące się do najbliższych
krewniaków, wiadomości, jak najbardziej poufne Gromadził te
materyały, porządkował, a następnie prowadził to drzewo
genealogiczne Rougonów-Macquartów, dla którego pękate akta,
zapchane dokumentami, służyły jedynie za komentarz. - Ach, tak! - mówiła pani Rouhon z wielkim zapałem - w
ogień, w ogień z temi wszystkiemi papierzyskami, które tylko nas
plamią! I gdy służąca podniosła się, by wyjść, ze względu na tory,
któremi toczyć się teraz zaczynała rozmowa, Felicyta zatrzymała ją
żywym gestem. - Nie, nie! Martyno, zostańcie! wasza obecność nie
przeszkadza, należycie bowiem teraz niemal do rodziny. Potem głosem syczącym ciągnęła dalej: - Stek fałszów, plotek, wszystko to tylko kłamstwa,
któremi obrzucali nas przez lata długie nieprzyjaciele,
rozwścieczeni naszemi tryumfami!.. Pomyśl o tem wszystkiem, moje
dziecię, choć przez chwilę. Tyle okropnych plotek na nas
wszystkich, na twojego ojca, na twoją matkę, na twojego brata, na
mnie! - Okropnych plotek, babciu, skąd ty jednak wiesz o tem? Felicyta zawahała się chwilę: - Och! domyślam się, to wystarcza!.. Czyż istnieje choć
jedna rodzina, której nie przydarzyłyby się nieszczęścia, na opak
tłomaczone przez wrogów? Czyż matka wspólna nas wszystkich, ta
droga i zasługująca na szacunek ciotka Dyda, twoja prababka, nie
znajduje się już od dwudziestu jeden lat w domy obłąkanych w
Tulettes? Bóg wprawdzie uczynił jej łaskę, że zachował ją na ziemi
do sto czwartego roku życia, lecz równocześnie dotknął ją ciężko,
pozbawiając rozumu. Bezwątpienia, nikogo to nie hańbi; doprowadza
mię przecież do rozpaczy przypuszczenie, że ten i ów w przyszłości
może na podstawie tego faktu wywnioskować, iż wszyscy byliśmy
waryatami... Słuchaj tylko dalej! O twoim dziadku Macquarcie, o nim
również, krążyły swojego czasu najwstrętniejsze baśni! Macquart
robił głupstwa, prawda, nie bronię go zupełnie. Dzisiaj atoli, czyż
nie prowadzi się porządnie, w swym małym folwarczku w Tulettes, o
dwa kroki od naszej matki nieszczęśliwej, którą się, jak prawdziwie
dobry syn, opiekuje z całą troskliwością? Wreszcie posłuchaj jeszcze jednego przykładu! Twój brat
Maksym, dopuścił się ciężkiego przewinienia, uwodząc służącą, z
której urodził się ten biedny, mały Karol. Z drugiej strony trudno
zaprzeczyć, że nieszczęśliwe dziecko nie posiada wszystkich klepek
w głowie. Cóż z tego? Czyżby ci było przyjemnie słyszeć od ludzi,
że twój siostrzeniec - to zwyrodniały potomek naszego rodu,
potomek, który w czwartem pokoleniu odziedziczył chorobę swej
praprababki, tej drogiej istoty, gdzie go prowadzimy od czasu do
czasu i gdzie jest mu tak dobrze?. Nie, żadna rodzina me zdołałaby
istnieć nadal, gdybyśmy zaczęli wybierać wszystko, od tego nerwy, a
od tam tego muskuły. Takie postępowanie obrzydzałoby tylko życie! Klotylda słuchała babki uważnie, wyprostowawszy się w swej
długiej czarnej bluzie. Nabrała jakiejś powagi niebywałej, ręce
opuściła ku ziemi, powiekami przysłoniła oczy. Przez chwilę panowało milczenie, aż wreszcie Klotylda
szepnęła: - To wiedza, babciu. - Wiedza! - krzyknęła Felicyta, ponownie tupiąc nogami -
ładna mi ta wasza wiedza, która obala wszystko, co jest świętem na
ziemi! Dużo oni zrobią, gdy wszystko zburzą!.. Zabijają powagę,
zabijają rodzinę, samego Pana Boga nie oszczędzają... - Och! niech pani nie mówi tego! - przerwała z boleścią w
głosie Martyna, której pobożność ucierpiała w tym razie. - Niech
pani nie mówi, że nasz pan nie oszczędza Pana Boga!.. - Tak, moja biedna kobieto, nie oszczędza Go... I
pamiętajcie, że ze stanowiska religijnego popełniacie grzech
śmiertelny, patrząc obojętnie, iż on samowolnie naraża się na
potępienie wieczne. Słowo wam daję, że go nie kochacie! Nie, nie
kochacie go, wy obie, którym Pan Bóg w swej łaskawości nie poskąpił
wiary, gdyż nic nie przedsięweźmiecie, by doktór powrócił na dobrą
drogę... Ach! ja, moje drogie, na waszem miejscu pocięłabym raczej
na kawałki tę szafę, spaliłabym do szczętu owe bluźnierstwa przeciw
Panu Bogu, jakie leżą w tej szafie przeklętej. I stanęła przed ową szafą olbrzymią, mierząc ją wzrokiem
płomienistym, jak gdyby chciała zdobyć ją szturmem, splądrować,
zniszczyć, mimo braku sił w swem wyschłem,
ośmdziesięcioczteroletniem ciele. Po chwili dodała, przepysznym gestem ironicznym wskazując
na drzwi doktora: - I gdybyż to jeszcze z całą swoją wiedzą zdołał on poznać
wszystko! Klotylda stała nieruchoma, może zmieszana, z oczyma wciąż
spuszczonemi na dół. Jęła wreszcie szeptać półgłosem, jak gdyby
mówiła do siebie samej: - To prawda, wszystkiego poznać, zbadać nie potrafi...
Zawsze tam pozostanie coś tajemniczego... I to mię właśnie gniewa;
o to się właśnie niekiedy sprzeczamy, nie mogę bowiem, idąc jego
śladem, odrzucić tajemnicy na bok: niepokoi mię ona często aż do
męczarni... To wszystko, co tam rozkazuje i działa wewnątrz duszy,
wszystkie te siły nieznane... Głos jej w tem miejscu jeszcze bardziej przycichł, aż
wreszcie zmienił się w szept niezrozumiały. Wówczas Martyna, od chwili już zasępiona, zaczęła prawić
na swój sposób: - Jeżeli to przecież prawda, panienko, że pan gotuje sobie
potępienie wieczne temi obrzydliwemi papierami? Powiedz sama, czy
my na to możemy patrzeć obojętnie?.. Ja pierwsza, jak mię widzisz,
gdyby mi kazał rzucić się na dół z tarasu, zamknęłabym oczy i
rzuciłabym się, ponieważ wiem, iż on zawsze postępuje
sprawiedliwie. Lecz o jego zbawienie, ach! gdybym tylko mogła,
troszczyłabym się nawet wbrew jego woli. Wszelkiemi środkami, tak
jest, wszelkiemi środkami zmusiłabym go do tego, gdyż jest dla mnie
zbyt strasznem przypuszczenie, że nie poszedłby wraz z nami do
nieba. - Oto są dzielne słowa! Macie słuszność, Martyno -
potwierdziła Felicyta. - Wy przynajmniej kochacie swego pana
rozumnie. W pośrodku obu kobiet, Klotylda pozostała niepewną, wahała
się W jej umyśle wiara nie naginała się do ścisłych form dogmatu;
uczucie religijne nie zmateryalizowało się, nie zmieniło w proste
oczekiwanie raju jako miejsca wiecznych radości, gdzie miałaby
oczekiwać na swoich najbliższych Ona odczuwała poprostu potrzebę
patrzenia w dal, potrzebę pewności, że świat nie kończy się na
wrażeniach zmysłowych, jeno istnieje jeszcze inny świat nieznany, z
którym także należy się rachować Lecz jej babka, taka już stara, ta
służąca tak przywiązana do mistrza, oszołomiły ją poprostu,
zaniepokoiły ją, tak gorąco kochającą stryja. Czyż tamte obie nie
kochały go szczerzej, w sposób bardziej jasny i uczciwy, skoro
chciały widzieć go pomiędzy wybranymi? Przychodziły jej na myśl
zdania, powyjmowane z książek pobożnych, walka ustawiczna, wydawana
umysłowi ludzkiemu przez zło, rozgłos nawróceń grzeszników
zatwardziałych. A gdyby tak i ona oddała się z zapałem całym owemu
natchnieniu świętemu, gdyby postanowiła ocalić go, nawet wbrew jego
woli! I jakieś roznamiętnienie zaczęło zwolna ją ogarniać, i tak
już skłonną ku awanturniczym przedsięwzięciom. - Bezwątpienia - odezwała się nareszcie głośno - byłabym
bardzo szczęśliwą, gdyby nie łamał sobie głowy nad zbieraniem owych
skrawków papieru, a raczej poszedł z nami do kościoła. Pani Rougon widząc, iż Klotylda niemal już ustępuje,
natychmiast zaczęła nakłaniać ją do czynu. Wzięła w tem udział i
Martyna, posługując się całym wpływem, który istotnie wywierała na
panienkę. Obie podszedłszy do niej, zaczęły pouczać głosem
stłumionym, niby w spisku tajnym, jakim sposobem należałoby dokonać
owego cudu dobroczynnego, dzięki któremu na cały dom spłynęłaby
łaska boska. Co to byłby za tryumf, jeżeliby zdołała pojednać doktora z
Panem Bogiem! Jakaż to byłaby następnie rozkosz żyć wspólnie pod
jednym dachem, gdyby łączyła ich jedna wiara, tak wzniosła i tak
święta! - Cóż więc ostatecznie powinnam uczynić? - spytała się
Klotylda, przekonana i podbita. W tej właśnie chwili jednak, wśród tego milczenia rozległ
się głośniejszy odgłos tłuczka, rytmicznie poruszanego ręką
doktora. Felicyta, już upojona zwycięztwem, miała się odezwać,
obróciła szybko głowę, wstrząsnął nią bowiem dreszcz trwogi. Przez
chwilę patrzyła na drzwi sąsiedniego pokoju, poczem półgłosem
spytała: - Czy wiesz, gdzie leży klucz od szafy? Klotylda zrazu milczała i tylko wymknął się jej gest,
wyrażający zgrozę oburzenia na myśl o podobnej zdradzie względem
mistrza. - Ach, jakież z ciebie dziecko! Przysięgam ci, że nie
wezmę ani kawałeczka, nie ruszę nawet ani jednego dokumentu...
Ponieważ atoli - nieprawdaż? - jesteśmy same, Pascal zaś nigdy nie
wychodzi ze swego pokoju przed obiadem, mogłybyśmy przeto przekonać
się, co też tam jest w owej szafie... Och, słowo daję, że tylko
popatrzę, tylko popatrzę! Klotylda wciąż jeszcze milczała, jak gdyby na znak, że się
nie zgadza. - A zresztą być może, iż się mylę; zapewne nawet tara
niema takich złych rzeczy, o jakich ci wspominałam. Te ostatnie słowa rozstrzygnęły. Klotylda pobiegła do szuflady, wyjęła klucz i roztworzyła
szafę na rozcież. - Patrz, babuniu, akta są tam, na górze! Martyna nic nie mówiąc, podeszła pod drzwi pokoju, by
stanąć na straży i z głową pochyloną nasłuchiwać odgłosu tłuczka,
podczas kiedy Felicyta, jak gdyby wzruszenie przykuło ją do
miejsca, w milczeniu spoglądała na dokumenta. A więc na koniec
ogląda te straszliwe zwoje aktów, te zmory, zatruwające jej życia!
Może na nie patrzeć, może ich dotknąć, może je zabrać! I z całą
namiętnością wyprostowała się, wspinając na swych krótkich nóżkach. - Za wysoko dla mnie, drogi koteczku - odezwała się po
chwili. - Pomóż mi, podaj mi je! - Och! nie chcę, babciu!.. Wejdź na krzesło! Felicyta przysunęła krzesło i cichutko nań weszła. Lecz i
wtedy jeszcze nie mogła dosięgnąć półki. Wytężywszy wszystkie siły,
zdołała się wreszcie podnieść i dotknąć końcami palcy owych okładek
z tektury niebieskiej; wówczas zaczęła je głaskać, choć chwilami
palce nerwowo się zakrzywiały, niby szpony drapieżnego ptaka. Nagle rozległ się łoskot głośny: oto spadł kawałek
marmuru, okaz geologiczny, leżący na jednej z niższych półek. Zaraz potem odgłos tłuczka ucichł, a Martyna ostrzegła
głosem stłumionym: - Baczność, doktór będzie tutaj za chwilę. Felicyta, mimo to uniesiona żądzą zdobycia aktów, oślepła
i ogłuchła całkowicie. Nie spostrzegła nawet, iż Pascal żywym
krokiem wbiegł do pokoju. Doktór sądził, iż zdarzył się jakiś wypadek, jakieś
nieszczęście, osłupiał atoli, zobaczywszy scenę następującą: matka
jego stała na krześle z ręką, wzniesioną ku górze; Martyna znowu
odsunęła się pod ścianę, podczas gdy Klotylda, acz bardzo blada,
nie ruszyła się ani krokiem z miejsca i patrzyła mu śmiało w oczy.
Niemal odrazu odgadł, o co chodzi i sam z kolei pobladł niby
chusta. Owładnął nim gniew straszliwy. Stara pani Rougon zresztą nie straciła przytomności umysłu
ani na chwilę. Spostrzegłszy, że tym razem dobra okazya minęła,
zeskoczyła z krzesła i ani jednem nawet mrugnięciem powieki nie
zrobiła aluzyi do położenia, w którem ją syn zastał. - A patrzcie, to ty! Nie chciałam ci przeszkadzać...
Przyszłam tylko uściskać Klotyldę. Zasiedziałam się przecież tutaj
zbyt długo, zmarnowałam bowiem najmniej ze dwie godziny. Uciekam
tedy natychmiast. I tak już czekają na mnie w domu. Zapewne nawet
niepokoją się, nie widząc mnie z powrotem... Do zobaczenia w
niedzielę! I wyszła zupełnie swobodna, uśmiechnąwszy się poprzednio
na pożegnanie do syna, który przez cały czas milczał, pragnąc
zachować winny szacunek dla matki. Oddawna już postępował w sposób
podobny, by uniknąć wszelkich wyjaśnień, bezwarunkowo przykrych dla
stron obu. Takiej zaś przykrości nie życzył ani matce ani sobie.
Znał bowiem matkę doskonale i przebaczał jej wszystkie błędy,
powodowany tolerancyą uczonego, który umie rozróżniać wpływ
dziedziczności, otoczenia, wypadków postronnych, a
niespodziewanych. Czyż zresztą nie była jego matką? Ten wzgląd
wystarczył, mimo wszelkie odkrycia bowiem strasznych tajemnic
rodzinnych, zachował zawsze bardzo wiele miłości dla najbliższych. Jak tylko przecież matka wyszła, wybuchnął gniewem,
obwiniając Klotyldę. Odwróciwszy oczy od Martyny, utkwił je w
młodej panience, która bynajmniej nie unikała jego wzroku,
przeciwnie śmiało wytrzymywała te spojrzenia, niejako wyłącznie na
siebie samą przyjmując odpowiedzialność za całe zajście. - To ty! to ty! - wyrzekł nareszcie. Złapał ją za rękę i ścisnął tak silnie, że aż krzyknęła.
Pomimo to przecież nie zaprzestała ani na chwilę patrzyć mu prosto
w oczy, nie ustępując bynajmniej, jeno opierając się całą siłą woli
nieugiętej, całą siłą myśli, całą sobą. Wiotka, szczupła, ubrana w czarną bluzę, była piękną i
podniecającą; cała jej postać - postać młodej, świeżej blondynki -
jej czoło proste, jej nos, delikatnie zakrojony, jej podbródek,
zdradzający wolę silną, nabierały świeżego wdzięku w owem
podnieceniu buntów niczem. - I to ty, którą wychowałem, która jesteś moją uczennicą,
moją przyjaciółką, sobowtórem mej myśli, odbiciem cząsteczki mojego
mózgu i mojego serca: Ach! tak, powinienem był zachować cię
wyłącznie dla siebie; powinienem był nie pozwolić, byś oddała
najlepszą cząstkę siebie samej twemu tam Bogu! - Och! niech pan nie bluźni! - zakrzyczała Martyna, która
właśnie podeszła ku doktorowi, by odciągnąć na siebie część jego
gniewu. Lecz ten ostatni nawet jej nie zauważył. Dla niego w
chwili niniejszej istniała tylko Klotylda. Zmienił się niejako,
uniesiony takim gniewem namiętnym. Piękne jego oblicze, acz okolone
włosami siwemi i brodą siwą, nabrało odblasku młodości, a zarazem
zdradzało nieprzebrane skarby miłości, boleśnie dotkniętej i
kipiącej oburzeniem. Jeszcze przez chwilę spoglądali na siebie w
taki sposób, nie ustępując wzajemnie i patrząc oko w oko. - To ty! to ty! - powtórzył głosem drżącym. - Tak, ja!.. Dlaczegóż, mistrzu, nie miałabym ci miłością
odpłacać za miłość? Dlaczegóż nie powinnam troszczyć się o twoje
ocalenie, jeśli według mojego zdania znajdujesz się w
niebezpieczeństwie? Ty przecież lękasz się, w jaki sposób ja myślę;
ty przecież pragnął byś mię zmusić, abym myślała tak, jak ty! Nigdy do tej pory nie podniosła przeciwko niemu tak
jawnego buntu. - Lecz ty jesteś jeszcze małą, dziewczynką, ty nic nie
wiesz i na niczem się nie znasz! - Nie, mam duszę, a ty wiesz o niej tylko tyle, co i ja! Puścił teraz jej rękę i zatoczył kulisty ruch ku niebu,
poczem zapadło milczenie niezwyczajne, kryjące w zanadrzu starcia
poważne, tudzież sprzeczki bezpożyteczne, których nie chciał teraz
wywoływać. Wolał otworzyć szarpnięciem gwaltownem okiennicę
środkowego okna, gdyż słońce już chyliło się mocno ku zachodowi. To też salon pogrążył się w mroku. Potem doktór podsunął się z powrotem ku Klotyldzie. Lecz ta ostatnia poczuwszy nagle potrzebę odetchnięcia
świeżem powietrzem i popatrzenia w dal, skierowała się ku owemu
otwartemu oknu. Gorący deszcz promieni skwarnych przestał spadać;
pobłyskiwało w górze jedynie niebo rozpalone lecz blednące zwolna;
z ziemi, nasiąkniętej żarami, podnosiły się wyziewy parne,
łagodzone chłodniejszym oddechem wieczoru. Na dole tarasu widniał nasamprzód tor drogi żelaznej,
straż przednia stacyi kolejowej, której budynki wznosiły się
znacznie dalej; potem łańcuch drzew, przerzynający pustą i wyschła
płaszczyznę, wskazywał bieg rzeki Viorne'y, wzdłuż której piętrzyły
się w górę wyżyny Saint Marthe, o ziemi czerwonawej, rodzącej
oliwki, podtrzymywanej niby schody murami z dawnych kamieni
polnych, a uwieńczonej u szczytu ciemnym borem sosnowym; słowem był
to wielki, opuszczony amfiteatr, zniszczony strasznemi upałami,
barwy ceglastej, oddzielony od nieba owem pasmem zieleni
czarniawej, ciągnącej się wzdłuż wierzchołków. Na lewo rozwierały
swą paszczę wąwozy Seille; stek łomów olbrzymich a żółtych zwalił
się przed wiekami na ziemię barwy miedzi przepalonej; po nad tem
wznosiła się wielka ściana zębiasta, podobna do murów niezdobytej
twierdzy. Po prawej ręce znowu, tuż u wejścia do doliny, skrapianej
nurtami Viorne'y, rozsiadło się miasto Plassans, wraz z swemi
czerwonawemi lub różowemi dachami, które piętrzyły się jedne nad
drugimi; ściśnięte, jak wszystkie grody starożytne, a tu i owdzie
upstrzone zieloną plamą kępy drzew; ponad domy wreszcie i dachy
wznosiła się wysoka wieża kościoła św. Saturnina, samotna i
poważna, teraz zaś, w chwili zachodu, oblana roztopionem zlotem
słonecznych promieni. - Ach, mój Boże - szepnęła do siebie Klotylda trzeba być
bardzo zarozumiałym, aby mniemać, że to wszystko będzie można ująć
w rękę i zbadać do głębi. Pascal tymczasem, wskoczywszy na krzesło, oglądał
dokumenta, chcąc się przekonać, czy którego nie brakuje. Wreszcie
podniósł ów kawałek marmuru i położył go na półce, poczem
energicznym ruchem ręki zamknąwszy szafę, schował klucz do kieszeni
marynarki. - Tak - podjął - trzeba się starać, aby poznać wszystko,
przedewszystkiem zaś nie zawracać sobie głowy tem, czego się nie
zna i czego nigdy nie będzie można poznać. Martyna po raz wtóry zbliżyła się do Klotyldy zarówno
celem niesienia jej pomocy, jak też i celem okazania, że obie stoją
tutaj pod wspólnym sztandarem. Teraz doktór już ją zauważył oraz przeczuł, że i ona
również na podobieństwo Klotyldy, z nią razem, płonie żądzą
nawracania go na drogę wiary. A więc po latach usiłowań bezsilnych
nadeszła wreszcie godzina walki otwartej; uczony spostrzegł, że
domownicy są gotowi do boju z jego przekonaniami i usiłują je
przełamać. Czyż to więc nie najgorsza klęska doznać zdrady od swoich,
od własnego otoczenia, być prześladowanym, ściganym, zagrożonym w
swem jestestwie duchowem od tych, których się kocha i którzy
kochają nawzajem? W jednej chwili przypuszczenie podobne wydało się mu
okropnem. - Przecież wy obie mię kochacie! I widział, jak do ich oczów nabiegły łzy. Jakiś smutek
bezbrzeżny go ogarnął u schyłku owego pięknego dzionka. Nie pomogły
mu tym razem ani wesołość wrodzona, ani cała dobroć, płynące z jego
zamiłowania do życia. Ach! moja droga, i ty, biedna Martyno, wy chcecie w ten
sposób zapewnić mi szczęście, nieprawdaż? Otóż widzę jasno, że
właśnie teraz zaczniemy być dopiero nieszczęśliwymi.