Doktor Omega. Fantastyczne przygody trzech Francuzów na Marsie - Arnould Galopin

Kup ebooka

15.60 zł
12.95 zł (13,26 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

Tajemniczy człowiek

 

 

Mojemu przyjacielowi, Henry'emu de la Vaulx

 

W jaki sposób poznałem doktora Omegę? To cała historia... historia dziwna... fantastyczna... niepojęta, i może lepiej byłoby sobie życzyć, bym nigdy nie spotkał tego człowieka...!

Moje życie nie zostałoby wywrócone do góry nogami przez owe nadzwyczajne wydarzenia, i czasami zadaję sobie pytanie, czy mi się nie śni ta przedziwna przygoda, która mi się przydarzyła i uczyniła ze mnie bohatera, pomimo że pewnie jestem najmniej odważnym ze śmiertelników.

Jednak porozcinane gazety, magazyny i przeglądy, które leżą porozrzucane na stole, przywołują mnie do rzeczywistości.

Nie! To nie było senne marzenie... Nie stałem się zabawką jakiejś chorobliwej halucynacji...

Faktycznie na blisko szesnaście miesięcy opuściłem ten znany nam świat.

Jaką dziwaczną istotą jest człowiek...!

Prawie zawsze w chwili, kiedy czuje się najspokojniejszy, kiedy wreszcie cieszy się tak gorąco wyczekiwanym szczęściem, zaczyna poszukiwać najgłupszych komplikacji i sprowadza, jakby dla przyjemności, serię zupełnie niepotrzebnych kłopotów.

Po długim ściganiu fortuny, kiedy to nie dawałem rady chwycić jej w przelocie, dostałem niespodziewaną szansę odziedziczenia miliona franków po starym stryju, którego zawsze uważałem za biednego jak Hiob1, gdyż żył w straszliwej nędzy i nosił brudne łachmany, zaledwie cudem się na nim trzymające.

Tymczasem po śmierci stryja znaleziono w jego sienniku tysiąc biletów bankowych po tysiąc franków.

Co prawda były już dobrze wymięte, ale proszę mi wierzyć, że nie robiłem żadnych trudności, by je skwapliwie przyjąć.

Kiedy tylko stałem się posiadaczem tej fortuny, natychmiast wycofałem się na prowincję. Nabyłem w Marbeuf2, moim rodzinnym mieście, ładny domek otoczony pięciohektarowym parkiem i bez najmniejszego żalu opuściłem ten paryski wir, w którym traci się energię i tak często toną nadzieje.

Ja, który byłem wołem roboczym... niestrudzonym fanatykiem pisania, gdy tylko stałem się bogaty, wyrzekłem się w jednej chwili wszelkiej pracy piórem, a nawet wszelkiej lektury.

Zamknięty w moim rodzinnym gnieździe, żyłem sobie spokojnie, nie nudząc się. Podobno są natury, które nie potrzebują ruchliwego świata, aby się zajmować lub bawić, i to, co dla jednych jest monotonne, dla drugich jest źródłem niewyczerpanych rozkoszy.

Każdy niesforny hałas raził moje uszy dysharmonią i sprawiał mi nawet wrażenie bolesnego bólu. Pragnąłem, żeby wokół mnie nie rozbrzmiewały żadne inne odgłosy, jak tylko głos moich skrzypiec, gdyż zapomniałem powiedzieć, że tylko jedna rzecz... jedyna... wiązała mnie jeszcze z cywilizowanym światem: namiętność do muzyki.

Kupiłem skrzypce Stradivariego po jednym zmarłym wirtuozie, który umarł nagle w czasie wykonywania koncertu Spohra3, a szczęśliwie udało mi się nabyć ten instrument prawie za darmo, czyli za czterdzieści pięć tysięcy franków.

Wiem o tym, że to, co zrobiłem, wywoła uśmiech wszystkich tych, dla których muzyka jest czymś strasznym. Wyłożyć czterdzieści pięć tysięcy franków na skrzypce, toż to czyste szaleństwo!

Możliwe, ale każdy ma swoje gusta.

Wolę wykonywać na stradivariusie dzieła naszych starych mistrzów, niż pędzić po drogach z prędkością stu kilometrów na godzinę.

Spędzałem więc czas, prowadząc na strunach mego instrumentu wspaniały smyczek wykonany z drzewa z Pernambuco, którego samo zakończenie było samo w sobie małym arcydziełem.

Jak tylko wstawałem, natychmiast ustawiałem się przed pulpitem i gorliwie pracowałem nad najtrudniejszymi koncertami Paganiniego4, Alarda5, Vieuxtempsa6 i innych.

Nie można jednak powiedzieć, że grałem w celu zdumiewania współczesnych mi ludzi.

Nie, byłem po prostu samotnym skrzypkiem, zatopionym w swej sztuce, zapalonym, niestrudzonym, lecz skromnym wykonawcą.

Od czasu do czasu odwiedzał mnie stary przyjaciel, członek Akademii Inskrypcji i Literatury Pięknej7, który niegdyś był moim współpracownikiem i z którym odniosłem kilka sukcesów księgarskich.

No cóż! Muszę się do tego przyznać, że kiedy ten przyjaciel dzwonił do bramy i kiedy widziałem w alejce jego wysoką sylwetkę czapli, nie mogłem się powstrzymać przed odruchem złego humoru.

Jednakże starałem się dobrze go przyjmować (z dnia na dzień nikt nie staje się dzikim człowiekiem), ale kiedy cały dzień musiałem znosić jego obecność, zaczynałem okazywać zniecierpliwienie... Na drugi dzień już go nie słuchałem i podczas gdy on zagłębiał się w długie dysertacje na temat niedawnego odkrycia jakiegoś średniowiecznego palimpsestu8, z roztargnieniem cicho grałem pewne adadżio9 Beethovena.

Ów przyjaciel niewątpliwie stwierdził, że ze swoimi skrzypcami byłem tak nudny jak monsieur10 Ingres11, ponieważ nigdy już się nie pojawił.

Jednakże, wysilając się nieustannym odczytywaniem podwójnych i potrójnych ósemek, oczy bardzo się męczyły, a palce traciły elastyczność wskutek zbyt długich ćwiczeń.

Wtedy starannie chowałem skrzypce do palisandrowego futerału, prawdziwego arcydzieła z końca siedemnastego wieku i szedłem usiąść na małym tarasie położonym na skraju mego parku, przy samej drodze.

Tam, cały czas rozmyślając o sonatach i kantylenach12, pozwalałem wzrokowi błąkać się po krajobrazie, który się przede mną rozciągał.

Jak okiem sięgnąć widziałem bujne lasy, między którymi tu i ówdzie przeświecały łupkowe dachy jednakowych dzwonnic. U moich stóp, to znaczy poniżej tarasu, wzdłuż zaledwie przejezdnej uliczki ciągnęło się w szeregu kilka domków, w większości o łamiącej serce architekturze. Zbudowane z czerwonych i czarnych cegieł ułożonych z taką symetrią, że były podobne do dość rozległych szachownic.

Na samym skraju wsi drzemała wielka i monotonna równina, w środku której wznosiły się dwa straszliwe hangary, które zawsze brałem za fabryki albo lotnicze remizy.

Te ponure zabudowania trochę mi psuły harmonię horyzontu, jednak nadmiernie się tym nie martwiłem...

Zresztą w kwestiach estetyki byłem nieporównanie obojętny.

Pewnego wieczora siedziałem na tarasie zatopiony myślami w jakichś melodyjnych marzeniach i nie spostrzegłem się, jak nadeszła noc.

Miałem właśnie wstać, aby wejść z powrotem do domku, kiedy nagle przede mną złowróżbny błysk rozświetlił niebo, rozwijając się jak ogromny ogniowy wąż... Na chwilę wielkie iskrzenie oświetliło nagle uśpione pola i straszny trzask, głośny huk jak odgłos tysięcy wodospadów napełnił powietrze i potoczył się echami... Ziemia zatrzęsła się potężnym dreszczem.

Uczułem, że zostałem zrzucony z mego rocking-chair13, a szkło z okien mego kiosku spadło mi deszczem na głowę... Głośno krzyknąłem...

Natychmiast przybiegli ogrodnik oraz kamerdyner i podnieśli mnie, mając zapłakane twarze. Może obawiali się, że zostałem niebezpiecznie ranny, może niespokojnie wypatrywali, czy nie zostałem zabity, co pozbawiłoby ich idealnego pana, mało wymagającego względem służby, żyjącego w spokojnym miejscu, co było dla nich prawdziwą synekurą14. Kiedy się przekonali, że wcale nie byłem ranny, ich twarze się rozjaśniły.

- Co to było...? Co się stało...?! - krzyknąłem.

Jakiś człowiek, który akurat przechodził wzdłuż parkowego muru, usłyszał moje pytanie i spiesznie rzucił mi te słowa:

- To jeden z hangarów doktora Omegi wyleciał w powietrze...

Potem pospiesznie skierował się na miejsce nieszczęśliwego wypadku.

- Doktor Omega...? Doktor Omega...? - szeptałem, spoglądając na służących. - Kim jest ten osobnik...? Wy go znacie...?

- To jakiś stary oryginał - odpowiedział mi ogrodnik - który z nikim nie rozmawia... To zadziwiające, że go pan jeszcze nie zauważył, ponieważ każdego poranka, około dziewiątej, przechodzi tą drogą. Doktor Omega jest malutkim człowieczkiem ubranym na czarno. Ma straszną twarz i mówi się w okolicy, że rzuca uroki... Wieśniacy uciekają od niego jak od dżumy... starają się nawet nie spotkać z jego wzrokiem, bo mówią, że jego oczy sprowadzają nieszczęście...

- Och! - rzuciłem z roztargnieniem.

Otrzepano mnie moją chustką do nosa i po chwili opuściłem taras.

Cały wieczór pozostawałem zamyślony... Nawet nie mogłem grać na skrzypcach. Ten nerwowy stan złożyłem na karb silnych emocji, jakich doznałem, i w końcu poszedłem spać.

Przebywając w moim pokoju, zobaczyłem, że lustro z mojej szafy było strzaskane, a pastelowy portret przedstawiający mnie jako dwudziestoletniego młodzieńca spadł koło mojego łóżka.

- Jak na eksplozję - zauważył mój kamerdyner - to można powiedzieć, że była jedyna i piękna! Pewnie musiała spowodować ofiary... Cóż za siła! Pewne jest, że ten doktor powinien zapłacić panu odszkodowanie... Trzeba będzie wymienić lustro i ramę portretu...

- Doskonale... - powiedziałem. - Zobaczymy... zasuń firany.

Służący posłuchał, a ponieważ nie potrzebowałem już jego pomocy, wyszedł.

Przez jakiś kwadrans chodziłem po pokoju, paląc papierosa, a następnie położyłem się i zgasiłem lampę.

Dziwna rzecz: ja, który zawsze zasypiałem jak człowiek szczęśliwy, tego wieczora nie potrafiłem zmrużyć oka... Bez przerwy rozmyślałem o hangarze, o eksplozji i o doktorze Omedze, i wbrew własnej woli starałem się wyobrazić sobie wyraz twarzy tego człowieka, napełniającego trwogą całą wieś.

"Kto wie - myślałem - czy nie leży połamany pod gruzami swojej budowli?".

Nawet zacząłem go już żałować.

Powoli te myśli stawały się obsesyjne.

Wreszcie udało mi się zasnąć. Lecz wkrótce obudził mnie nagle lekki trzask... jakby ślizganie się czegoś... Słuchałem przez parę sekund, wstrzymując oddech, potem uniosłem się delikatnie na łóżku... Nic więcej nie usłyszałem.

"Przyśniło mi się" - pomyślałem.

Ponieważ głowa mi ciążyła, wstałem i otworzyłem okno.

Na zewnątrz przeleciał nietoperz i zanurzył się w zagajniku. W oddali drzewa, które przez chwilę oświetlił księżyc, otulała niebieskawa mgła.

Nad równiną unosił się słaby blask podobny do dogasającego ogniska... Były to resztki kończącego się tlić hangaru.

Obszedłem naokoło mój pokój, potrącając nogą przedmioty, które przy panującej ciemności wydawały mi się podejrzane. W końcu, zupełnie uspokojony, zamknąłem okno i powróciłem do łóżka.

Jak długo drzemałem...? Nie potrafię tego powiedzieć... Nagle poczułem się jakoś dziwnie słaby... Wydawało mi się, że się duszę, że na piersiach mam jakiś ogromny ciężar.

Podskoczyłem na łóżku i wtedy bardzo wyraźnie usłyszałem łoskot ciała padającego na parkiet...

Cały zdrętwiałem, a jakieś dziwne uczucie błyskawicznie przeniknęło całe moje jestestwo. Serce moje dzwoniło nierówno jak na alarm... drżały mi wszystkie kończyny... Czułem jakiś przejmujący wewnętrzny chłód i lekkie ukłucia niemal tuż pod skórą.

Teraz już absolutnie nie mogłem wątpić...

Ktoś był w moim pokoju...! Byłem tego pewny...

Długo leżałem nieruchomo, głęboko ukryty pod przykryciem... Wreszcie, stopniowo, odważyłem się wychylić głowę spod kołdry...

Wokół mnie było zupełnie cicho. Już zaczynałem nabierać otuchy i przedstawiałem sobie tysiące przyczyn, by tłumić uczucie trwogi, gdy straszny obraz zmroził mi krew w żyłach.

Przy moim łóżku... w ciemnościach... wpatrywało się we mnie dwoje oczu - dwoje fosforyzujących oczu, które wydawały mi się ogromne. Opanował mnie szalony strach... zęby mi szczękały. Straciłem zupełnie głowę... wyobraźnia się rozbujała i zobaczyłem straszliwe rzeczy...

Wydało mi się, że meble w pokoju ożywiły się i wkrótce rodzaj jakiegoś świecącego obłoku oświetlił przerażającą figurę.

Jakaś piekielna istota - potwór o drapieżnej twarzy - znajdowała się kilka kroków ode mnie. Stworzenie, wpatrując się we mnie, uśmiechało się szyderczo, a kosmyk białych włosów podobny do piór czapli białej sterczał i poruszał się na jego błyszczącej czaszce. Jego dziwne lśniące oczy kręciły się w orbitach, otwierały się powoli albo kryły pod czerwonymi, wielkimi powiekami, prawie regularnie podnoszącymi się i opadającymi. Jednocześnie usłyszałem groźny odgłos kłapiących szczęk, a na rozbitym lustrze przeczytałem napisane ognistymi literami to prorocze słowo: Omega!

 

Zupełnie nic nie pamiętam, co się działo dalej, bo zemdlałem. Gdy ponownie odzyskałem zmysły, mój kamerdyner opuszczał story, aby mnie zasłonić od promieni słońca, które padały wprost na łóżko. Przetarłem oczy, rozejrzałem się naokoło osłupiałym spojrzeniem, potem spojrzałem na sufit, ściany i meble. Oprócz pękniętego lustra, nie znalazłem niczego podejrzanego.

Jednak jeszcze się nie uspokoiłem, a kiedy mój służący miał wyjść, zatrzymałem go pod byle jakim pretekstem... Nie chciałem zostać sam.

W chwili, gdy miałem się zabierać do wstawania, zobaczyłem, że w nogach łóżka śpi duży czarny kot, którego nigdy w domu u siebie nie widziałem. Prawdopodobnie, wystraszony hukiem eksplozji, schronił się do mego pokoju... i ponieważ było mu tu dobrze, to w nim pozostał...

W jednej chwili mój umysł doznał olśnienia... Wszystko zrozumiałem. Ten dziwny ciężar, który poczułem na piersiach... ten łoskot ciała spadającego na parkiet... te błyszczące oczy... tak, teraz wszystko się wyjaśniło.

Zwierzę położyło się na mnie... Stąd wziął się ucisk, jakiego doznałem. Następnie usadowiło się na moim łóżku, a te dwie fosforyzujące kule, które tak mocno mnie nastraszyły... to były jego oczy.

Wszystko to działo się w półśnie i mój biedny mózg, silnie wzburzony wydarzeniami minionego dnia, na dobre się rozhulał...

Zasnąłem, rozmyślając o doktorze Omedze, i moja wyobraźnia wykuwała fantastyczne idee, jak to się często zdarza, kiedy pogrążycie się w niezwykle niespokojnym śnie.

Wreszcie wstałem z łóżka, wziąłem kąpiel i poczułem się prawie uspokojony. Tymczasem po godzinie lub dwóch znowu stałem się nerwowy i rozdrażniony. Ponownie zaczęły mnie nawiedzać wspomnienia o doktorze.

Spróbowałem zagrać na skrzypcach, ale zupełnie nie potrafiłem złapać harmonii, a smyczek, jakby całkiem niewyważony w mojej ręce, żałośnie skrzypiał po strunach.

Przyprowadziło mnie to do rozpaczy. Ze złością tupnąłem nogą i wyszedłem z domu.

Udałem się na taras i oparłem się łokciem o mur odgradzający ogród od ulicy. Byłem po prostu wściekły... wściekły, że źle spałem, że miałem takie przeklęte koszmary... wściekły także na to, że ciągle myślałem o doktorze Omedze, który powinien mi być całkowicie obojętny.

Jaka zatem fatalność popychała mnie do tego, bym ciągle zajmował się tym człowiekiem?

Nie brakowałoby ekspertów w nauce psychologii, którzy ten osobliwy stan mego umysłu wyjaśnialiby zjawiskiem telepatii, czyli transmisji myśli, ale między doktorem a mną nic nie mogło dawać powodu do takich przypuszczeń. Jak dwie istoty, które nigdy się nie widziały, które wzajemnie się nie znały, mogłyby mieć taką łączność duchową...?

Właśnie o tym rozmyślałem, gdy usłyszałem pode mną, na drodze, jakiś cichy, drżący, nosowy głos, przejmujący dreszczem zgrozy. Przechyliłem się przez ogrodzenie i nie mogłem powstrzymać okrzyku zdziwienia.

Ten głos...! Był to głos doktora Omegi... Tak... to był on, on sam, którego miałem przed oczami. To na pewno był człowiek, którego opisała mi moja służba. I to on śpiewał...! śpiewał...! On śpiewał...! Kilka godzin po straszliwej katastrofie, która z pewnością nie obeszła się bez ofiar. Ależ było to niesłychane... niezrozumiałe!

Chciałem go zaczepić, kiedy nagle skręcił i ruszył wąską ścieżką wijącą się między ogrodzeniami.

Przez chwilę miałem ochotę krzyknąć do niego, by się zatrzymał... Już nawet zamierzałem to zrobić, kiedy wstrzymało mnie poczucie konwenansów.

Nie byłoby przyzwoite wołać głośno do człowieka, którego się nie znało.

Nareszcie miałem sposobność przyjrzeć się dokładnie temu ekstrawaganckiemu osobnikowi, gdyż było go widać prawie całego, kiedy szedł ścieżką.

Był to bardzo malutki człowieczek, bardzo podobny do zmarłego pana Renana15. Miał dużą głowę, długie siwe włosy i trupio bladą, nalaną twarz. Pomimo ciepła - mieliśmy pełnię lata - na głowie nosił jedwabny kapelusz, a ubrany był w czarny surdut z długimi połami wyposażonymi w kieszenie, w których można było dojrzeć rulony białego papieru.

Szedł, lekko podskakując, a jego skrzypiące buciki wydawały delikatny dźwięk, dość podobny do śpiewu świerszcza.

W ręku trzymał laseczkę, którą od czasu do czasu kreślił na ziemi jakieś figury, absolutnie nie przerywając swej drażniącej śpiewnej deklamacji.

Stopniowo się oddalał i głos stawał się coraz cichszy... Wkrótce był to już tylko słaby szmer, zaledwie dosłyszalny... jakieś śmieszne gruchanie.

To jego nagłe pojawienie się absolutnie nie zaspokoiło mojej ciekawości, a wręcz przeciwnie, tylko ją pobudziło.

Ów poczciwiec, który w każdych innych okolicznościach nawet nie zwróciłby mojej uwagi, teraz rzeczywiście wydał mi się istotą dziwną... diaboliczną...

Jawił mi się jako jeden z tych potępieńców śpiewających pośród ognia, o których mówi Dante16... Jak jakiś zły duch, złośliwy gnom17 pełen piekielnej przewrotności.

Bo czyż można śpiewać, gdy wokół siebie sieje się śmierć...?

Cały dzień chodziłem zły jak pies, a moi służący, którzy nie byli przyzwyczajeni do wysłuchiwania wymówek, byli trochę zdziwieni tym, że przy każdej okazji im wymyślałem.

Nie myślałem już nawet o biednym stradivariusie. Przedmiotem wszystkich moich myśli był jedynie doktor Omega. Jego postać, którą teraz już znałem, po kolei przyjmowała w mojej głowie dziwaczne formy. Doszedłem nawet do tego, że zrobiłem następujące spostrzeżenie: potwór, którego widziałem w mojej zmorze, oraz doktor Omega dziwnie byli do siebie podobni.

Można było uwierzyć, że ta postać w moim śnie przybierała pozory prawdy i że moja przerażona wyobraźnia nie tak całkiem wymyśliła sobie nocne sceny.

Coraz bardziej pożerała mnie paląca ciekawość... Za jaką bądź cenę musiałem poznać tego zagadkowego starca... Chciałem z nim porozmawiać, bodaj tylko chwilę... zapytać go, w końcu się dowiedzieć, jaką to tajemniczą robotą się zajmował. Prędko podjąłem decyzję.

Nazajutrz w godzinie spaceru doktora znajdę się na jego drodze!

Ponieważ bałem się, aby znowu nie nawiedziły mnie podczas snu jakieś straszne wizje, tego wieczora nie położyłem się wcale spać.

Wyciągnąłem się w fotelu i pozostawiłem zapaloną lampę.

Jakże długa wydawała mi się ta noc!

Nareszcie bladawe światło prześlizgnęło się przez podwójne okienne zasłony.

Ubrałem się bez pomocy kamerdynera i wyszedłem z parku przez barierę, która wychodziła na pola.

Był to obłęd, żeby tak wcześnie wychodzić z domu, skoro ten, z którym chciałem się spotkać, zazwyczaj przechodził obok tarasu dopiero o dziewiątej. Ale zżerała mnie gorączkowa niecierpliwość. Nie mógłbym usiedzieć w domu. Potrzebowałem ruchu, aby w ten sposób oszukać oczekiwanie.

Zaledwie minąłem łąki, które otaczały mój domek, uczułem, że coś mnie przyciąga w stronę, w którą wcale nie chciałem iść.

Daremnie zatrzymywałem się, skręciłem w bok, szedłem całkiem nieznanymi mi ścieżkami - nieprzezwyciężona siła ciągle pchała mnie ku drodze wiodącej pod górę, na równinę zamieszkiwaną przez doktora Omegę. W końcu doszedłem do miejsca, gdzie kończyło się wzgórze.

Przede mną rozścielała się dolina. W promieniach wschodzącego słońca drogi wiodące gdzieś w dal, które perspektywa czyniła bardziej urwistymi, przybrały barwy stopionego złota. Rzuciłem wzrokiem po równinie i zobaczyłem zwartą masę dymiących szczątków, złożoną z mnóstwa grubych belek, desek i dziwnie pomieszanych żelaznych okuć.

Powyżej tych ruin unosiły się jakieś opary zielonkawego światła, niewątpliwie spowodowane rozkładem kwasów i substancji chemicznych. Wydało mi się nawet, że pośród tych gruzów dostrzegam zwęglone ciała, wyciągające ku niebu czarne, poskręcane ramiona.

Gdy podszedłem bliżej, przekonałem się, że to, co brałem za zwęglone ciała, były to po prostu walcowate zbiorniki, przy których trzymały się jeszcze opalone resztki drewnianych podpór. Pośród całego tego rumowiska ujrzałem nietknięty globus, trochę osmalony i pochylony, podobny do wielkiej głowy Murzyna, co miało w sobie coś groteskowego i przygnębiającego. Dalej leżały rozrzucone książki... stary wysoki kapelusz i czerwony szlafrok wiszący na złamanym wieszaku. Dokoła miejsca wybuchu ziemia była zryta, jakby zaorana... na niej zaś leżało kilka drzew ściętych przy samym gruncie.

Byłem zajęty wpatrywaniem się w ten smutny widok, kiedy z tyłu doszedł mnie nagle jakiś cienki, wesoły głos. Odwróciłem się błyskawicznie i w tejże chwili znalazłem się naprzeciwko doktora Omegi.

Pozdrowił mnie z uśmiechem, ale wydawało mi się, że w tej jego uprzejmości kryło się coś ironicznego i okrutnego.

- No i co...? - rzekł z ostrym, szyderczym uśmieszkiem. - Jak to się cudownie usmażyło!

- Tak... rzeczywiście - wyjąkałem - ale tak się szczęśliwie złożyło, że nie było żadnych ofiar...

Doktor zdawał się nie słyszeć tego ostatniego spostrzeżenia. Po trochu się ośmielałem:

- Pan jest zapewne wynalazcą? - zapytałem.

Kiwnął potakująco głową.

Chciałem go zapytać, na czym polegają jego wynalazki, ale nie miałem odwagi. Nie mogłem jednak pozwolić, aby tak odszedł. Koniecznie musiał się wytłumaczyć. Na szczęście błysnęła mi genialna myśl.

- Ja także... jestem... wynalazcą! - wykrzyknąłem.

Przez kilka chwil starzec patrzył na mnie uważnie i można było wierzyć, że był chyba zadowolony z egzaminu, bo lekki uśmiech przemknął po jego nalanej twarzy pozbawionej zarostu. Nagle położył mi rękę na ramieniu i nieoczekiwanie zadał mi dziwaczne pytanie:

- Czy pan jesteś odważnym człowiekiem?

- O co chodzi...? - zapytałem, dość zaniepokojony.

- Później się pan dowie... Pytam tylko, czy jest pan odważnym człowiekiem.

- Bez wątpienia! - odpowiedziałem, wypinając pierś i marszcząc brwi.

- Czy bał się pan kiedyś w swoim życiu...?

- Nigdy...! - skłamałem bezczelnie.

- To dobrze... - powiedział doktor. - Jest pan tym, którego szukam... Jak się pan nazywa?

- Denis Borel.

- Proszę przyjść do mnie wieczorem... o dziewiątej.

- Tam...? - zapytałem, wskazując palcem na ocalały z katastrofy hangar.

- Tam... tam... Zadzwoni pan do tych małych drzwiczek... ale uprzedzam pana: dzwoń głośno, bo jestem trochę głuchy... A zatem, do widzenia... do dzisiejszego wieczora, mój przyjacielu...!

I doktor uścisnął mi dłoń. Dotknięcie wywarło na mnie nieprzyjemne wrażenie. Miałem uczucie, jakbym dotknął skóry węża...

"Mój przyjacielu...! Nazwał mnie swoim przyjacielem...! - myślałem, wracając do domu. - Niech mnie diabli, jeśli przyjmę jego zaproszenie! Ten człowiek jest po prostu wariatem... Gdyby chciał ze mną mówić... to mógł to zrobić w tamtej chwili. Ach, jeśli on sobie wyobraża, że pójdę w nocy do jego baraku, to się myli...! Nie mam wcale ochoty spędzać wieczora z obłąkanym...".

Wróciłem do domu, z wielkim apetytem zjadłem śniadanie, a po południu dwie godziny grałem na skrzypcach.

Wykonałem zachwycająco Taniec chochlików Bazziniego18... i wydawało mi się nawet, że moje pizzicata19 prawie mogły rywalizować z tymi wykonywanymi przez Jana Kubelíka20. Jednakże wraz z nadejściem wieczora ponownie ogarnęła mnie wcześniejsza obsesja.

Znowu zacząłem myśleć o porannej rozmowie i po wielu etapach dedukcji doszedłem do tego, że pytałem się, czy doktor Omega rzeczywiście jest chory psychicznie.

"W końcu - mówiłem do siebie - w jego oczach nie ma nic niepokojącego... Wzrok ma trochę twardy, to prawda, ale to niewątpliwie pochodzi stąd, że jego oczy mają jasnoniebieski kolor. Jego gesty nie przypominają gestów wariatów, którzy mają ruchy niekontrolowane, nagłe, nerwowe. A doktor Omega, dalibóg!, był raczej umiarkowany w gestach. Z pewnością jest to oryginał... ale kto nim nie jest? Ci, których istnienie schodzi na ciągłych poszukiwaniach, mimo wszystko mają prawo wyróżniać się osobliwym sposobem chodzenia... Nic bardziej nie odrywa człowieka od rzeczy zewnętrznych jak gorączka wynalazków".

Summa summarum: myśliciele są innym gatunkiem ludzi o cudownym, potężnym, mocno skomplikowanym mózgu, by być zrozumianymi przez mało wyrazistych osobników, którzy traktują mrzonki jak wszystko to, co przekracza ich sposób myślenia.

Miałem więc prawo uważać doktora Omegę za wariata, nie obejrzawszy uprzednio jego dzieła? A jeśli ten człowiek był geniuszem...?

Nadeszła pora obiadu. Nie dotknąłem nawet podanych potraw. Zadowoliłem się jedynie bulionem, do którego wbiłem sobie dwa jajka i wypiłem pół szklaneczki wina. Gdy wstałem od stołu, byłem jeszcze bardziej niespokojny i bardziej podniecony, jak nigdy wcześniej.

Usadowiłem się w salonie i od nowa zacząłem rozmyślać. Jeśli nie pójdę na umówione spotkanie naznaczone przez doktora, wyjdę w jego oczach na tchórza, a kiedy spotka mnie w najbliższym czasie, roześmieje mi się prosto w nos.

Z drugiej strony zbyt mocno interesował mnie ten człowiek, abym miał nie skorzystać ze sprzyjających okoliczności, dających mi nareszcie możność poznania go.

Jednak niepokoiła mnie pewna rzecz. Dlaczego pytał, czy się bałem kiedy w swoim życiu...?

"Ba! - pomyślałem sobie - wkrótce zobaczymy!".

Wybiło wpół do ósmej. Wstałem i szykowałem się do wyjścia, kiedy zatrzymała mnie nowa refleksja...

A jeśli doktor podda mnie jakiejś ciężkiej próbie...? Jeśli to naprawdę jest niebezpieczny wariat...? Ach, doprawdy! tym gorzej! Będę się bronił... Zresztą będę posiadał broń... zabiorę swego smitha & wessona21.

Przybywszy, od razu przecież zobaczę, jaka będzie jego postawa... Jeśli mi się wyda dwuznaczna, to szybko postaram się opuścić towarzystwo tego tajemniczego wynalazcy. W przypadku, gdyby mnie chciał zatrzymać siłą, to, do diabła, potrafię mu się wymknąć...! Jestem młody, silny... a on to starzec. Łatwo dam sobie z nim radę...

Już byłem w przedsionku. Kazałem sobie podać mój kauczukowy płaszcz, pogoda była bowiem burzowa, i wsunąłem mego smitha do bocznej kieszeni marynarki.

Służący, który zauważył ten ruch, nie mógł pohamować odruchu trwogi.

- Pan wychodzi? - zapytał mnie z osłupiałą miną.

- Tak... co w tym nadzwyczajnego?

- To, że od czasu, jak jestem tutaj na służbie, ani razu nie wychodził pan z domu.

- Mam umówione spotkanie - odparłem i dodałem przez czystą fanfaronadę, oczywiście z dużym naciskiem, następujące słowa: - mam umówione spotkanie z doktorem Omegą...

Lokaj wytrzeszczył przerażone oczy.

- Pan idzie do tego... starego czarownika...? Och, panie! niech pan się strzeże... Ten człowiek jest do wszystkiego zdolny... Jeszcze dzisiaj po południu opowiadano mi o nim straszliwe rzeczy... żeby pan wiedział...

Wzruszyłem ramionami i wyszedłem ze spokojnym wyrazem twarzy, chociaż wewnątrz byłem silnie wzburzony.

Jak tylko znalazłem się na drodze, zacząłem iść bardzo szybko, stukając obcasami...

Po niebie przewijały się czarne, skłębione chmury. Nie było nic widać na dziesięć kroków. Jednakże gdy mijałem pierwsze domy wsi, na małą chwilkę ukazał się księżyc. Wtedy na ziemi zarysował się mój cień... cień niewspółmiernie ogromny, który tworzył przede mną chyboczącą się plamę.

Przechodziłem właśnie koło farmy położonej przy wejściu na równinę, kiedy gdzieś zaczął wyć pies, i ogarnęło mnie nerwowe dygotanie.

Czyżby odwaga miała mnie opuścić? Zebrałem się w sobie, silniej nacisnąłem czapkę i stanowczym krokiem skierowałem się ku hangarowi, w którym świeciło się tylko w jednym oknie.

Przybywszy przed ciemny budynek, zawahałem się na kilka sekund; w końcu jednak schwyciłem za łańcuszek zwieszający się z prawej strony drzwi i nagle mocno go pociągnąłem.

Nie potrafię opisać wrażenia, jakie wywarł na mnie dźwięk małego dzwonka, który poruszyłem. Nieboszczyk, któremu Opatrzność pozwoliłaby usłyszeć dźwięk pogrzebowego dzwonu, nie byłby bardziej rozemocjonowany niż ja w tej chwili.

Wkrótce w zakratowanym okienku błysnęło światło, drzwi się otworzyły i znalazłem się naprzeciw doktora Omegi.

Głowę miał odkrytą, a na jego czaszce o barwie kości słoniowej z trwogą spostrzegłem mały pęk białych włosów, sterczący pionowo jak kitka.

Momentalnie przypomniałem sobie mój wczorajszy sen i uczułem, że nogi uginają się pode mną. Zrobiłem nawet ruch, jakbym chciał się cofnąć, lecz w tej chwili doktor, który zamknął już drzwi, odezwał się z dziwnym śmiechem przypominającym gdakanie kuraka:

- Tak... doskonale... teraz już się nie otworzą. Niech pan spojrzy na moje urządzenie zamykające... Jest dość przemyślne? A przecież jest nieskomplikowane.

Poczciwina pociągnął za małą zapadkę, a następnie dodał:

- To prawdziwy rygiel bezpieczeństwa... rygiel, jakiego nie ma na świecie... Ale proszę wchodzić.

I staruszek poszedł przodem, trzymając w ręku miedzianą lampę, która obrzucała ściany drżącym światłem.

Szybko się upewniłem, czy ciągle mam swój rewolwer w kieszeni... Uczułem pod palcami kolbę i znów odzyskałem pewność siebie.

Doktor tak szybko wchodził po schodach, że miałem kłopot, by za nim nadążyć. Ten człowiek miał stalowe łydki.

Dotarłszy na bardzo wąski podest, otworzył drzwi, odsunął się na bok i powiedział:

- Wejdź, mój przyjacielu...

Nie wiem dlaczego... ale kiedy ten człowiek nazywał mnie przyjacielem, doznawałem czegoś w rodzaju tortury... jakiegoś niedomagania.

Wydawało mi się, że słyszę w tym słowie okrutny żart... jakby ironiczną groźbę.

Wszedłem do pokoju o kształcie pięciokąta, dość dużych rozmiarów.

Na prawo od wejścia znajdowało się jedyne okno, wąskie i długie, podobne raczej do otworu strzelniczego.

Zupełnie w głębi sali, w pewnym rodzaju korytarzyka tworzącego wąskie przejście, opancerzonym jak bunkier22 pancernika, dostrzegłem rozżarzone do białości palenisko, nad którym zwieszał się cylindryczny żelazny garnek przykryty blaszaną pokrywą.

- Proszę usiąść, mój przyjacielu! - powiedział do mnie doktor, wskazując niezgrabny, ciężki stołek.

A ponieważ mimo zaproszenia nadal stałem, rzekł z naciskiem:

- Ależ niechże pan siądzie... bardzo proszę.

Machinalnie usłuchałem. Staruszek usadowił się naprzeciw mnie.

Połowa jego twarzy tonęła w cieniu, a oświetlona reszta robiła na mnie wrażenie woskowej białej maski...

Zauważyłem, że jedno jego oko błyszczało osobliwym blaskiem, a ilekroć to oko było skierowane na mnie, mimowolnie dygotałem.

Na zewnątrz z wściekłością szalał wiatr. Słychać było trzaskanie drzew, a umieszczona na dachu hangaru chorągiewka obracała się z szaloną prędkością, hałaśliwie grzechocząc.

W końcu staruszek strzelił palcami i prędko przysunął swój stołek do mojego.

- Niewątpliwie chce pan wiedzieć - odezwał się z uśmiechem - po co tu pana sprowadziłem...?

- Doprawdy... - odparłem - przyznaję, że...

Doktor zatarł ręce i spojrzawszy na mnie z ukosa, mówił dalej:

- Szukam człowieka odważnego, który towarzyszyłby mi w fantastycznej podróży - tak, dobrze powiedziałem - w nadzwyczajnej podróży, której nie miałem już nadziei nigdy odbyć, ale którą umożliwiło ostatnie odkrycie. Zdołałem odkryć ciało, które odpycha przyciąganie ziemskie i posługuje się nim jako punktem oparcia, aby się wznosić w przestworza.

Kiwałem głową na znak podziwu, a im bardziej doktor zapuszczał się w zagmatwane wyjaśnienia, tym bardziej w moim umyśle ustalała się taka myśl: "Ten człowiek jest stanowczo wariatem... jednakże... jest to łagodny obłęd. Jeśli nie będę mu się przeciwstawiał, to nie mam się czego obawiać".

Czułbym się nawet zupełnie uspokojony, gdyby doktor od czasu do czasu nie odwracał się raptownie na swoim siedzeniu, aby spojrzeć za siebie...

Parę razy nawet wstawał i widziałem, jak podchodził do żeliwnego kociołka, który był ogrzewany w głębi pokoju.

Te manewry mocno mnie intrygowały, a staruszek bez wątpienia wyczytał w moich oczach to pytanie, którego nie odważyłem się zadać, bo powiedział:

- Zapewne chce pan zapytać, dlaczego tak często idę rzucić okiem na naczynie, które się tam znajduje... Zaraz to panu objaśnię. Gotuje się tam substancja, którą poddaję mocnemu ciśnieniu i wystarczyłaby jedna chwila niedbalstwa, aby i ten hangar wyleciał w powietrze jak poprzedni.

Uczułem, jak lekki chłód przeleciał wzdłuż mego ciała.

- Tak... - ciągnął doktor - naczynie, które widzi pan w głębi tego korytarza, jest tym samym, które przedwczoraj spowodowało katastrofę... Jeden z moich robotników, wychodząc, zaniedbał obowiązki i nie zmniejszył ognia...

Tu mój rozmówca znowu wstał, aby rzucić okiem na aparat.

- Możemy - powiedział, ponownie siadając - osiągnąć piętnaście atmosfer... i to jest ekstremalna granica, lecz do czternastu i trzech czwartych atmosfery... należy bacznie zwracać uwagę.

- A ile mamy w tej chwili? - zapytałem z niepokojem.

- Och, zaledwie czternaście... możemy być spokojni... Przed chwilą mówiłem więc panu, że znalazłem ciało, które usuwa zwykłe działanie przyciągania ziemskiego... Wydaje się to niemożliwe, a jednak to prawda...

Doktor zauważył widocznie w moich oczach jakiś błysk niedowierzania, ponieważ dodał, podnosząc trochę głos:

- Pan mi nie wierzy...?

- Ależ tak...

- Nie... pan wątpi, widzę to... No cóż! Zaraz pana przekonam... Proszę, niech pan otworzy ten kufer, który tam widać, i niech pan weźmie do ręki pierwszy przedmiot, jaki wpadnie panu w rękę...

Bardzo wystrzegałem się sprzeciwiania się staremu uczonemu. Podniosłem więc wieko ogromnej skrzyni, którą mi wskazał i chwyciłem dużą metalową płytkę.

- Nigdy czegoś podobnego nie podniosę! - wykrzyknąłem.

- Spróbuj pan... - rzekł doktor, lekko się uśmiechając.

Zebrałem wszystkie siły i wziąłem w rękę ogromny blok.

O dziwie! O cudzie! Podniosłem go bez najmniejszych trudności... ważył mniej niż piórko... Co więcej... zauważyłem, że się sam wznosił i że miałem niemały kłopot, by go przytrzymać...

- No i cóż? Co pan o tym myśli...? - zapytał mnie doktor, wyjmując mi z ręki metalowy blok, który włożył na dawne miejsce do kufra.

- Ależ to cudowne...! niesłychane...! fenomenalne...! nadzwyczajne...! - krzyknąłem gorąco.

Moje nagłe przejście od wątpliwości do entuzjazmu sprowadziło na usta Omegi uśmiech satysfakcji.

Patrzyłem na tego człowieka z zachwytem. Wydawało mi się teraz, że widzę w tym starcu coś nadludzkiego i widziałem nawet nad jego czołem oświetlającą je aureolę.

Ten staruszek, który mi się wydawał prawie wstrętny i śmieszny, przeobraził się w moich oczach w półboga.

- Widzi więc pan - powiedział do mnie - że rzeczywiście rozstrzygnąłem najcudowniejszy z problemów naukowych... Czy teraz zgadza się pan towarzyszyć mi w wielkiej podróży, którą mam zamiar przedsięwziąć?

Jakże mógłbym się wahać po tym, co zobaczyłem... Byłem oczarowany... zdumiony... dosłownie porażony...

- Och, doktorze...! - odparłem. - Jestem gotowy iść za panem wszędzie, gdzie by pan tylko chciał... choćby na koniec świata!

- Pojedziemy dalej niż tam... - rzekł starzec poważnym tonem.

Ale nagle zadrżałem wbrew własnej woli... Usłyszałem jakieś dziwne mruczenie... ruu... ruu... ruu... osobliwe... coraz bardziej dźwięczne... Instynktownie zwróciłem wzrok ku kociołkowi.

- Och, niech się pan niczego nie obawia! - rzekł doktor z uśmiechem. - To metal, który podlega ostatniemu stopniowi ogrzania... mamy obecnie czternaście i pół atmosfery... Za parę minut zmniejszę temperaturę ogrzewania...

- A zatem...? Nie ma żadnego niebezpieczeństwa?

- Na razie... nie - odpowiedział uczony i ciągnął dalej zupełnie spokojnie: - Mógłbym zabrać z sobą któregoś z mych robotników, aby mi towarzyszył... Jednak ja potrzebuję koniecznie śmiałego człowieka... odważnego... zwłaszcza potrzebuję towarzysza inteligentnego, który mógłby mi pomagać z pożytkiem... robić notatki... opisywać moje wrażenia...

- Sekretarz...

- Tak... coś w tym rodzaju...

- Tak, tak... rozumiem - potwierdziłem z roztargnieniem, ponownie spoglądając na naczynie, którego ruu, ruu stawały się coraz groźniejsze...

Wydawało mi się nawet, że słyszę lekkie trzaski, jakby kuliste ścianki żeliwnego naczynia rozciągały się pod wpływem topniejącego metalu...

Mimo wszystko starałem się nie okazywać mego przestrachu... Pod ubraniem serce biło mi przyspieszonym rytmem... ale twarz moja pozostawała dość spokojna, chociaż po skroniach spływały mi kropelki zimnego potu.

- Sądzę, że byłby już najwyższy czas... - odezwałem się wreszcie nieśmiałym głosem - by zmniejszyć ciśnienie...

Uczony wzruszył lekko ramionami i nic nie odpowiedział.

Nagle z parteru dobiegł przeraźliwy huk. To gwałtownie trzasnęły jakieś drzwi.

- Co to jest? - zdziwił się staruszek, wstając prędko. - Czyżby moje rygle bezpieczeństwa wyślizgnęły się z zapadek...? Nie... to niemożliwe... Niech pan chwilę na mnie poczeka... pójdę zobaczyć... Tylko tyle czasu, by zejść i wejść na schody...

- Czekam na pana... czekam! - zawołałem.

Ale doktor już wyszedł i drzwi, przez które zniknął, zamknęły się natychmiast dzięki niewidocznemu systemowi, który był jeszcze jednym wynalazkiem tego zadziwiającego człowieka. Słyszałem, jak zbiegał ze schodów, przeskakując po cztery stopnie... Potem nastąpił łoskot rozpadających się desek i rozległ się cienki głosik uczonego... piszczący... pełen wściekłości.

Co tam się stało?

Stałem jak przygwożdżony w miejscu, niespokojny, drżący.

Chrząkania kociołka się wzmagały... Teraz był to ryk podobny do tego, jaki wydaje rozwścieczony potwór...

Rzuciłem się do drzwi... próbowałem je otworzyć... ale rygiel bezpieczeństwa trzymał mocno. Chciałem je wyłamać... ale opierały się moim rozpaczliwym pchnięciom.

Na dole uczony wciąż krzyczał... Przyłożyłem ucho do parkietu i usłyszałem wyraźnie te słowa:

- Kociołek! kociołek!

Chyba było już po mnie! To, czego się obawiałem... stało się...! Doktor nie mógł wejść z powrotem na górę.

Zebrawszy całą swoją energię, rzuciłem się ku naczyniu i bez namysłu obróciłem gwałtownie miedzianą rączką umieszczoną na blaszanej pokrywie. Być może to przyniesie ocalenie...!

Przekleństwo! Tylko przyspieszyłem własną zgubę!

Topiąca się substancja natychmiast zaczęła szumieć z większą mocą... Igła manometru wykonała mały skok i wahała się na tarczy... Oślepiający blask napełnił pokój... ogarnęło mnie duszące ciepło... Chciałem krzyczeć, ale krew napełniła mi gardło, a język przylgnął do podniebienia... Wtedy zrozumiałem, że nadszedł mój koniec...

 

Cofnąłem się w sam kąt pokoju, obserwując przerażonym wzrokiem złowrogi błysk, który coraz bardziej promieniował na boki... Ukrywszy twarz w dłoniach, upadłem na podłogę jak bezwładna masa.

Dusił mnie niepokój, który unicestwił w moim mózgu ostatnie resztki przytomności.

 

 

 

 

1 Hiob (Job) - bohater biblijnej Księgi Hioba; bogaty i szczęśliwy, zostaje pozbawiony całego mienia przez Boga, chcącego wypróbować jego pobożność; ciężko doświadczony, ponownie odzyskuje majątek i zdrowie.

2 Marbeuf - miejscowość i gmina we Francji, w regionie Górna Normandia, w departamencie Eure.

3 Louis Spohr (1784-1859) - niemiecki kompozytor, skrzypek i dyrygent; studiował grę na skrzypcach oraz teorię w Brunszwiku, występował także z koncertami; w 1799 roku został muzykiem kameralnym na dworze księcia Karola Wilhelma Ferdynanda w Brunszwiku; koncertował jako skrzypek w miastach niemieckich, pełnił funkcję koncertmistrza w Gotha (1805-1812), występował wraz z żoną, harfistką, na koncertach w Wiedniu, Londynie, Paryżu i Rzymie (1807-1821); kierował orkiestrą Theater an der Wien (1813-1815), był dyrektorem opery we Frankfurcie nad Menem (1817-1819), a w 1822 objął stanowisko kapelmistrza w Kassel; stylistycznie związany z muzyką klasycyzmu i wczesnego romantyzmu, ważne miejsce w jego twórczości zajmują koncerty skrzypcowe, opery oraz kwartety smyczkowe, z wirtuozowsko potraktowaną partią skrzypiec.

4 Niccol? Paganini (1782-1840) - włoski skrzypek i kompozytor; gry skrzypcowej uczył się u G. Costy, kapelmistrza katedry w Genui, następnie u A. Rollego w Parmie; kompozycji u G. Ghirettiego; występował publicznie od dwunastego roku życia; w 1818 roku w Piacenzie stanął do turnieju ze słynnym polskim skrzypkiem Karolem Lipińskim; występował w Wiedniu, Pradze, Warszawie (1829), Paryżu (1831).

5 Jean-Delphin Alard (1815-1888) - francuski skrzypek i kompozytor; od 1827 roku był uczniem F.A. Habenecka w Konserwatorium Paryskim, gdzie w 1843 roku zastąpił Pierre'a Baillota na stanowisku profesora, zachowując to stanowisko do roku 1875; jednym z jego uczniów był Pablo Sarasate.

6 Henri Vieuxtemps (1820-1881) - belgijski skrzypek i kompozytor; studiował grę na skrzypcach u M. Lecloux-Dejonca i Ch. A. de Bériota, kontrapunkt u S. Sechtera w Wiedniu, kompozycję u A. Reichy w Paryżu (1835-1836); występował z licznymi koncertami w Europie i Ameryce, odnosząc wielkie sukcesy; od 1855 roku mieszkał we Frankfurcie nad Menem, od 1866 w Paryżu; od 1871 profesor konserwatorium w Brukseli.

7 Akademia Inskrypcji i Literatury Pięknej (fr. Académie des inscriptions et belles-lettres) - francuskie towarzystwo naukowe założone w roku 1663 jako jeden z pięciu członków Instytutu Francji.

8 Palimpsest - starożytny lub średniowieczny rękopis pisany na pergaminie, z którego wytarto tekst pierwotny.

9 Adadżio (adagio) - tu: utwór lub jego część wykonane w powolnym tempie, szybszym niż largo.

10 Monsieur (fr.) - pan.

11 Jean-Auguste-Dominique Ingres (1780-1867) - francuski malarz historyczny i portrecista, jeden z najwybitniejszych artystów francuskich XIX wieku, powszechnie uznawany za malarza klasycystycznego i stawiany w opozycji do romantycznego Delacroix.

12 Kantylena - tu: śpiewna melodia charakterystyczna dla arii, pieśni lub lirycznego utworu instrumentalnego, np. nokturnu, przeciwstawna melodii typowo instrumentalnej, figuracyjnej.

13 Rocking-chair (ang.) - krzesło na biegunach, popularne w Stanach Zjednoczonych.

14 Synekura - dobrze płatne stanowisko niewymagające wielkiego wysiłku ani umiejętności.

15 Ernest Renan (1823-1892) - francuski pisarz, historyk, filolog i filozof, orientalista, znany semitolog i badacz historii religii, zwłaszcza chrześcijaństwa.

16 Dante Alighieri (1265-1321) - najwybitniejszy włoski poeta, autor Boskiej komedii.

17 Gnom - w wierzeniach ludowych duch podziemia, opiekun kopalni i skarbów, o postaci karła.

18 Antonio Bazzini (1818-1897) - włoski kompozytor i skrzypek; po zakończeniu kariery skrzypka wirtuoza został dyrektorem konserwatorium w Mediolanie; jego uczniem był między innymi Giacomo Puccini; komponował głównie utwory na skrzypce oraz wokalne, kameralne i na orkiestrę; jego najbardziej znane kompozycje: koncert skrzypcowy Concert militaire opus 42, scherzo La Ronde des Lutins (Taniec chochlików) opus 25, poemat symfoniczny Francesca da Rimini, opera Turanda, Calabrese.

19 Pizzicato - rodzaj artykulacji muzycznej, polegający na wydobywaniu dźwięku z instrumentów smyczkowych (w muzyce XX wieku czasem też z fortepianu) przez szarpnięcie struny palcem (palcami) prawej ręki, jak w instrumentach strunowych szarpanych, w odróżnieniu od gry arco.

20 Jan Kubelík (1880-1940) - czeski skrzypek i kompozytor, ojciec Rafaela, dyrygenta i kompozytora, wybitny wykonawca utworów N. Paganiniego; grał na skrzypcach Guarneriego i Stradivariego; F. Drdla napisał dla niego znaną Kubelík-Serenade; pozostawił Symfonię amerykańską (1937), 6 koncertów i miniatury skrzypcowe.

21 Smith & Wesson - największe w Stanach Zjednoczonych i jedno z największych na świecie przedsiębiorstw produkujących broń palną, a także wyposażenie dla służb mundurowych (m.in. noże taktyczne) z siedzibą w Springfield, w stanie Massachusetts, założone przez konstruktorów Horace'a Smitha i Daniela Wessona w 1852 roku; marka ta jest popularna i rozpoznawana na całym świecie, często używana w filmach, jak np. rewolwer model 29 w serii o Brudnym Harrym z Clintem Eastwoodem.

22 Bunkier (zasobnia węglowa) - pomieszczenie na statku parowym, położone możliwe blisko kotłowni, służące do przechowywania opału.

Rozdział II

"Repulsit"23

 

 

Gdy wróciłem do przytomności, ujrzałem w świetle lampki ogromnego człowieka stojącego koło mnie i patrzącego na mnie z uśmiechem. Przyglądałem mu się uważnie i właśnie miałem do niego przemówić, gdy się odezwał:

- Cóż, panie? Akurat w porę się zjawiłem... inaczej wylecielibyśmy wszyscy w powietrze, a pan pierwszy. Ale gdzie jest doktor?

- Jest na dole... - odrzekłem, zdumiony pomimo wszystko zimną krwią tego nieznajomego mi człowieka.

- Jak to...? Zostawił tu pana samego i nie wyjaśnił, jak się obchodzić z kociołkiem...?

- Sądził, że zaraz wróci... ale należy przypuszczać, że padł ofiarą jakiegoś nieprzewidzianego wypadku.

- Trzeba pójść zobaczyć, co tam się stało - powiedział osobnik, który wydawał się ogarnięty ogromnym niepokojem.

Wstałem z trudem, bo bolały mnie okropnie wszystkie kości, i poszedłem za nim... Gdy zeszliśmy na dół ze schodów, zobaczyliśmy, że drzwi wiodące do korytarza są zamknięte.

- Ach...! Teraz rozumiem! - stwierdził mój towarzysz. - Doktor się zamknął... musiało mu się to prędzej czy później przytrafić z tym tajemniczym systemem rygli... Ale jak to się stało, że my go wcale nie słyszeliśmy...?

- Krzyczał długo... - odrzekłem. - Może na koniec powaliły go emocje... Nic w tym dziwnego, bo i on też spodziewał się wybuchu...

Nieznajomy nic mi nie odpowiedział. Przyłożył usta do drzwi i krzyknął stentorowym24 głosem:

- Doktorze! doktorze!

Usłyszeliśmy coś w rodzaju chrząkania. Olbrzym oparł się ramieniem o drzwi i bez zbytniego wysiłku wysadził je z zawiasów.

Znaleźliśmy doktora przykucniętego w przedsionku... Wydawał się wściekły... Ręce miał zbroczone krwią... ubranie poplamione gipsem... Musiał czynić nadludzkie wysiłki, by wyjść z tego więzienia.

Chciałem do niego przemówić, ale brutalnie mnie odepchnął. Wówczas olbrzym, z którym przyszedłem, zaryzykował nieśmiałe pytanie.

- Dość... Fred...! - krzyknął doktor. - Dosyć... nie chcę o niczym słyszeć.

Już się trochę uspokoił.

- A kociołek...? - spytał.

- Proszę się uspokoić, doktorze, nie ma już niebezpieczeństwa... zdążyłem w porę - odparł Fred.

Uczony łagodnie się roześmiał. Następnie zwrócił się do mnie i powiedział:

- Ach, mój drogi panie Borel...! Musiał pan przeżywać straszliwe emocje!

Chcąc dowieść przed starcem swej odwagi, która mnie tak łatwo opuściła, odrzekłem bardzo spokojnie:

- Ja? Och, nie...! Próbowałem zażegnać niebezpieczeństwo, ale kiedy zrozumiałem, że tego nie potrafię, położyłem się na ziemi, i doprawdy... czekałem na śmierć...

Doktor uwierzył mi na słowo. Ale na twarzy Freda zauważyłem złośliwy uśmiech. On jeden najlepiej wiedział, co sądzić o moim bohaterskim zachowaniu...

Tymczasem doktor oglądał uważnie swoje rygle.

- Niech pan spojrzy... - powiedział do mnie. - Kiedy zszedłem na dół, by zamknąć te przeklęte drzwi, które otworzyły się na skutek gwałtownego porywu wiatru, to jeszcze wścieklejsze uderzenie pchnęło je w drugą stronę i znalazłem się w potrzasku... Moje rygle nie wślizgnęły się w zapadki, a ten żelazny pręt, który je łączy, nagle się wykrzywił... Trzeba będzie temu jakoś zaradzić.

Zaczynał wstawać dzień

- Sądzę - dodał doktor - że po takiej nocy obaj, jeden i drugi, potrzebujemy odpoczynku... Czy zechce pan przyjąć moją gościnę?

Perspektywa przejścia pieszo trzech kilometrów, by wrócić do mego domku, bynajmniej mi się nie uśmiechała... Przyjąłem więc skwapliwie propozycję uczonego. Zaprowadził mnie do ubogo umeblowanego pokoju, w którym stało małe łóżko na rzemieniach, pokryte kapą z Adrianopola25.

- Niech pan dobrze odpocznie! - rzekł mi. - Obudzę pana koło południa. Teraz jest czwarta rano, więc będzie pan spał około ośmiu godzin... to niezbyt dużo. Pańskie nerwy, podobnie jak moje, potrzebują odpoczynku...

Emocje, które były moim udziałem, bardzo mnie osłabiły... złamały... Rzuciłem się w ubraniu na łóżko i prawie natychmiast zasnąłem.

Spałem mocno i niewątpliwie dość długo, kiedy nagle obudziły mnie głośne krzyki dochodzące z podwórza. Usiłowałem wychwycić bodaj parę słów z tej pomieszanej wrzawy, ale niczego nie rozumiałem. Słyszałem jedynie dzikie ryki i groźne gwizdy wielu osób.

Drzwi otworzyły się z impetem i ukazał się doktor w towarzystwie Freda, który trzymał w ręku ogromny kij...

- Czy pan słyszy...?! Czy pan słyszy?! - wykrzyknął staruszek. - Oni chcą wyważyć drzwi, grożą mi nawet śmiercią... a żandarmi na to pozwalają... bo są tam z nimi i żandarmi... Mój Boże...! Mój Boże...! Co to wszystko znaczy?

Ja także, bardzo zaniepokojony, spiesznie otworzyłem okno wychodzące na równinę. Na mój widok rozległy się okrzyki:

- Ach, to on! Oto on...!

W pierwszym szeregu tłumu dostrzegłem mego kamerdynera i ogrodnika. Roześmiałem się więc głośno i odwróciwszy się do doktora, powiedziałem:

- Pan ma złą reputację w okolicy... Biorą pana za czarnoksiężnika... Moja służba wiedziała, że jestem u pana, a ponieważ zobaczyła, że nie powróciłem, nabrała przekonania, że mnie pan zabił.

Z wysokości okna przemówiłem do tłumu. Donośnym głosem wyjaśniłem, że doktor Omega nie był tym, o kim ludzie myślą...

- To jest wielki człowiek - krzyczałem - zadziwiający człowiek... Wkrótce usłyszycie o jego zdumiewających odkryciach... Pozdrówcie go, moi przyjaciele...! Zróbcie mu owacje...! gdyż jest on chlubą tego kraju... Co mówię...? chlubą Francji i całego świata!

Wybuchły szalone oklaski. Można by powiedzieć, że to ulewny deszcze walił o cynkowy dach.

Doktor, bardzo wzruszony, podszedł do okna i niezgrabnie się ukłonił. Okrzyki uznania się podwoiły... Po raz pierwszy za swego życia ten skromny człowiek cieszył się takim honorem.

Chciał powiedzieć parę słów, ale wzruszenie sparaliżowało mu głos i wydawał tylko jakieś dziwaczne dźwięki... kolejno ostre i łagodne, twarde i nosowe. Brzmiało to, jakby śpiewał tyrolską piosenkę... Tłum, który nie usłyszał ani słowa z jego krótkiej przemowy, mimo to okazywał nie mniej entuzjazmu.

Wystarczyło parę chwil, by wzbudzić sympatię do człowieka, którego jeszcze rano traktowano jak wroga... Taka prędka zmiana opinii jest właśnie największą wadą, a zarazem i największą zaletą tłumu.

Gdy skończyły się wiwaty, zawołałem mego kamerdynera, który ciągle stał przed hangarem, i dałem mu parę szybkich instrukcji. Potem zwróciłem się do doktora, którego twarz promieniowała radością i powiedziałem:

- Proszę do mnie, mój kochany uczony, zapraszam na śniadanie...

Po kilku chwilach razem z doktorem i Fredem szliśmy do mojego domku. Tłum rozstąpił się z szacunkiem, by nas przepuścić, i szedł za nami aż do domku.

Kazałem wydobyć z piwnicy cztery baryłki doskonałego wina i urządziłem poczęstunek dla wszystkich mieszkańców Marbeuf. To wspaniałomyślne zachowanie jeszcze bardziej przyczyniło się do popularności doktora, a wieśniacy darzyli mnie teraz większym szacunkiem.

Przy deserze uczony, rozweselony paru szklankami hiszpańskiego wina, stał się nader rozmowny.

- Musiałem - powiedział do mnie - zrobić na panu wrażenie śmiesznego osobnika, kiedy mnie pan po raz pierwszy ujrzał?

- Doprawdy...

- Tak, tak... bądź pan szczery... wziął mnie pan za wariata... ale doskonale wiedziałem, że nikt nie ucierpiał w czasie wypadku... Nie jestem przecież ani Kafrem26, ani Patagończykiem... Gdyby któryś z moich współpracowników padł ofiarą eksplozji, nie zobaczyłby mnie pan takim wesołym...

- Istotnie... śpiewał pan...

- Śpiewałem...? To bardzo możliwe, ale byłem taki szczęśliwy!

- Czy można przyczynę tej nagłej radości?

- Za chwilę, drogi przyjacielu, zaspokoję pańską ciekawość. Już panu powiedziałem, że od dawna zajmowałem się nieustannym poszukiwaniem rozmaitych metali, ale te poszukiwania więcej odnosiły się do radu, tego nowego ciała, które zrewolucjonizowało nowoczesną naukę. Zapewne pan wie, że jeszcze parę lat temu wszyscy uczeni podawali jako pewnik, że materia przyciąga materię i że siła tego przyciągania jest proporcjonalna do mas i odwrotnie proporcjonalna do kwadratu odległości między nimi. Otóż rad wydaje się urągać prawu tak zwanego powszechnego przyciągania. Jego cząsteczki nie tylko że się nie przyciągają, to jeszcze przeciwnie: odpychają się, i to z taką energią, że się od siebie oddalają, promieniując we wszystkich kierunkach z szybkością szacowaną na trzysta kilometrów na sekundę, co jest równe szybkości promieni słonecznych.

- Tak... tak... - odrzekłem z przekonaniem, pomimo że wiadomości te były dla mnie zupełną nowością.

- Otóż więc, jak każdy szanujący się chemik, miałem w swoim laboratorium wagę analityczną do dokładnego ważenia, i ilekroć sporządzałem mieszaninę wielu składników, z ogromną dokładnością określałem wagę każdego z nich. Już od czasów Lavoisiera było oczywiste, a przynajmniej wydawało się oczywiste, że waga złożonego ciała musi się równać sumie wagi ciał składowych. Była to tak bezsporna prawda, że żaden uczony nie odważyłby się jej kwestionować. Niech więc pan sobie wyobrazi moje zdumienie, kiedy pewnego dnia, po jak najdokładniejszym zważeniu różnych minerałów, które miały się wymieszać w moim żeliwnym kociołku, spostrzegłem przy określeniu wyniku, że waga wskazywała ciężar znacznie mniejszy od tego, który logicznie... niewątpliwie... powinienem otrzymać. Sądziłem, że popełniłem jakiś błąd... że musiałem źle wykonać początkowe ważenie... Ponownie zrobiłem doświadczenie... skutek był ten sam. Niewątpliwie, powiedziałem sobie, waga była źle wyregulowana... Sprawdziłem ją, umieszczając na szalkach dwa takie same ciężary: tacki się zrównoważyły. Wtedy spróbowałem dobrze znanego sposobu: użyłem jednocześnie dwóch jednakowych wag. Moja waga działała nienagannie. Za trzecim razem, sumiennie pilnując wszelkich procedur, ponowiłem ważenie wszystkich metali i we wszystkich punktach otrzymałem wynik podobny do pierwszego... Zacząłem wierzyć, że dostałem bzika... Jednakże... stopniowo... błysnęła mi w głowie pewna myśl... Było to najpierw nieokreślone przypuszczenie... coś niejasnego... pogmatwanego... ale co powoli zaczęło się rozświetlać... precyzować. Z połączenia moich składników musiało się wytworzyć jakieś nowe ciało o własnościach fenomenalnych, niewyobrażalnych, zdumiewających. Po długich rozmyślaniach intuicyjnie doszedłem do przekonania, że zwykły przypadek naprowadzał mnie na drogę odkrycia. To tajemnicze ciało, którego istnienie odgadywałem, musiało być tak nadzwyczajne, że nawet mogło się wydawać, iż jestem odporne na ciążenie...! Ono istniało... nie było wątpliwości... jego masa była oczywista... a przecież prawie nic nie ważyło...! Od tej chwili pochłaniała mnie jedna tylko myśl: wyodrębnić to ciało, to znaczy oddzielić od wszystkich domieszek. Och, ile nocy zeszło mi na ciągłym obmyślaniu rozmaitych mieszanin! Ileż zrobiłem niepotrzebnych doświadczeń...! Inni dawno by się zniechęcili na moim miejscu, ale ja byłem wytrwały... Coś mi mówiło, że musi się udać... Cztery dni temu dorzuciłem dwa nowe składniki do mego żeliwnego kociołka i liczyłem bardzo na ich skuteczność w oswobodzeniu tajemniczego metalu od niepotrzebnych substancji... Wszystko sprowadzało się do określenia właściwego czasu gotowania tej mieszaniny... Stara formuła odnaleziona w alchemicznej pracy z szesnastego wieku pobudziła mnie do kontynuowania doświadczeń. Nie można sobie nawet wyobrazić tych "nowych" myśli, które niekiedy czerpie się ze starych ksiąg. Moja nowa mieszanina wrzała w żeliwnym kociołku, takim samym, jak pan widział, gdy na szczęście, zawdzięczałem to niedbalstwu jednego z robotników, nastąpił wybuch... błogosławię teraz jednak to jego niedbalstwo, zaraz powiem z jakiej racji. W pierwszej chwili katastrofa ta doprowadziła mnie do rozpaczy... Byłem okropnie wściekły... chciałem wszystko potłuc. Następnego dnia o świcie wyszedłem, aby się przejść, gdyż głowę miałem jak w ogniu, i... machinalnie skierowałem się ku ruinom mego hangaru. Pośrodku rumowiska wznosił się drewniany sufit, podtrzymywany przez cztery belki. Nie myśląc wcale o niebezpieczeństwie, na jakie się narażałem - bo nie miałem świadomości, co robię - wszedłem pod ten chwiejący się baldachim, który lada chwila mógł się zawalić. Nagle, podnosząc głowę, zobaczyłem trzy metalowe kulki przylegające do sufitu. Z początku nie przywiązywałem do tego zbyt wielkiej wagi... Te kawałki metalu utworzyły się zapewne z metalu, który gotowałem, i na skutek wybuchu przyczepiły się do desek, jakie napotkały po drodze... Nic bardziej naturalnego. Jednakże po chwili dostrzegłem, że kulki te nie pozostawały nieruchome, tylko lekko podskakiwały. Przetarłem oczy i popatrzyłem z większą uwagą. Istotnie, poruszały się... Blisko mnie znajdował się jakiś na wpół złamany stół. Ustawiłem go mocniej za pomocą paru kamieni i wdrapałem się, jak potrafiłem, na to zaimprowizowane rusztowanie. Wyciągnąłem rękę i zdołałem złapać jedną z kulek. Oderwałem ją bez trudności, jednakże przyciągając ją do siebie, poczułem pewien opór, dający się porównać do oporu kawałka żelaza, przyciąganego magnesem. Raptem moje rusztowanie runęło i stoczyłem się na ziemię. Upadając, wypuściłem kulkę, którą trzymałem w ręce! Natychmiast zacząłem jej szukać w szczątkach między chybotliwymi deskami i gipsowym gruzem, ale nie mogłem jej znaleźć... Byłem jednak pewny, że upadła gdzieś blisko. Postanowiłem wówczas wziąć inną... Ponownie zacząłem moje ćwiczenia gimnastyczne, ale w chwili, gdy machnąłem ręką, by chwycić jeden z małych metalowych bloczków, zatrzymałem się osłupiały... Na suficie znowu były trzy kulki, a przecież byłem pewny, że jedną zabrałem i właśnie upuściłem na ziemię...! Pospiesznie złapałem tę, która była najbliżej i zeskoczyłem z rusztowania. Obejrzałem dokładnie kulkę. Nie przedstawiała sobą nic nadzwyczajnego... By lepiej ją obejrzeć, położyłem w skulonej dłoni... ale w tej chwili... to co panu powiem, wyda się panu niesłychane... nieporównane! - kulka wzniosła się łagodnie i znowu przywarła do sufitu... Wydałem okrzyk triumfu... który usłyszał Fred przebywający w sąsiednim hangarze i... zacząłem tańczyć... skakać jak wariat... Gdy nadszedł Fred, powiedziałem mu natychmiast:

- Szybko! szybko...! Zdejmij mi te kulki, które widzisz nad głową... ale przede wszystkim nie rzucaj ich... nie rzucaj, słyszysz?! Tylko trzymaj i podaj... Jeśli je rzucisz, to polecą do góry...

Fred spojrzał na mnie z osłupiałym wyrazem twarzy, jednak usłuchał mnie, nie mówiąc ani słowa podał mi, jedna po drugiej, wszystkie trzy małe kulki. Włożyłem dwie do kieszeni, trzecią trzymałem w ręce, a następnie wyszedłem na drogę. Schylałem się, kładłem kulkę na ziemi, a położywszy ją, szybko się prostowałem. Kulka natychmiast zaczynała się podnosić i kiedy była na wysokości mojej piersi, szybko ją chwytałem. Potem znowu kładłem ją na ziemi i puszczałem ją wolno... ale tym już jej nie zatrzymywałem. Wzniosła mi się do twarzy, następnie znalazła się nad głową, potem wyżej, coraz szybciej... Wreszcie straciłem ją z oczu... Zniknęła w przestrzeni...! O, cudzie...! o, szczęśliwości...! Znalazłem nie tylko ciało odporne na siłę przyciągania, ale w dodatku metal, który wywracając wszelkie prawa natury, wydawał się odpychany przez tę siłę, która przyciąga ciała ku ziemi... Doszedłem zatem do tego, że zneutralizowałem przyciąganie ziemskie, tak, dobrze mnie pan słyszy... przyciąganie ziemskie... Mogłem więc nadać teraz jakiemu bądź ciału okrytemu tą cudowną substancją siłę impulsu jednakowego... nieskończonego... to znaczy stałą prędkość, której w eterze27 nic nie mogło przeszkodzić...!

- Czy jest pan pewny - odważyłem się zapytać - że kiedy tylko pan zechce, to może odtworzyć ten cudowny metal?

- Nie tylko jestem pewny, ale już mam kilka kawałków tego metalu, który teraz stopiłem bez żadnego trudu... Miał pan nawet w ręku jeden z nich...

- Ach, tak! Ten blok ważący mniej niż piórko.

- Właśnie... Zapewne pan się domyśla, że dokładnie zbadałem składowe części kulek, które mi pozostały... i w obecnej chwili posiadam już dokładną formułę tego nowego ciała, które nazwałem "repulsitem", bo zamiast być przyciągane przez przyciąganie ziemskie, jest odpychane, i może się podnosić, wykorzystując to przyciąganie jak punkt oparcia. Och, potrzebuję koniecznie dużo tego repulsitu... aby spróbować podróży, o której spełnieniu marzę, gdyż odkrycie to uczyniło możliwą taką wielką podróż powietrzną, która panu wyda się zapewne urojeniem: Chcę polecieć na Marsa...

- Rzeczywiście, jest to wyprawa wcale niebanalna - odparłem - ale nie bardzo rozumiem, jakim sposobem za pomocą tego repulsitu będzie pan mógł odbyć tak daleką podróż.

- Wszystko już jest przewidziane, drogi przyjacielu, i jeśli pan zechce przyjść do mego laboratorium, to pokażę panu bardzo ciekawe plany, które już opracowałem. Musi pan je poznać, skoro weźmie pan udział w tej podróży... Ciągle jest pan zdecydowany mi towarzyszyć, czyż nie tak...?

- Ależ tak! Bardziej niż kiedykolwiek...!

- No to chodźmy...!

Pół godziny później ponownie znalazłem się w laboratorium doktora Omegi.

- Dzisiaj mamy dwudziesty czwarty sierpnia... - rzekł mi doktor - a trzeba, abyśmy osiemnastego kwietnia przyszłego roku opuścili Ziemię.

- Dlaczego właśnie osiemnastego kwietnia? - zapytałem zdziwiony.

- Ponieważ wyliczyłem, że jeśli wyruszymy tego dnia, to dosięgniemy planetę Mars dokładnie w chwili, gdy będzie odległa od Ziemi jedynie o pięćdziesiąt sześć milionów kilometrów.

- To całkiem piękna odległość!

- Tak... ale jest stosunkowo mała, jeśli się pomyśli, że gdy ta planeta znajdzie się w punkcie najbardziej oddalonym od Słońca, jest odległa od naszego globu o czterysta milionów kilometrów. Zatem, aby dolecieć na Marsa, będziemy potrzebowali siedemnastu dni i dwóch godzin.

- Ale jak pan doszedł do tego, że zdołał określić ten czas?

- To bardzo proste... Zna pan prawo spadania ciał, nieprawda? Wie pan, że każde ciało zostawione samo sobie przyciągane jest przez stałą siłę, zwaną przyciąganiem ziemskim, i spada ku niej, przybierając ruch jednostajnie przyspieszony.

- Dokładnie tak...

- W pierwszej sekundzie spadania ciało opadnie o cztery metry dziewięćdziesiąt centymetrów, po dwóch sekundach o 19,60 metra; po trzech sekundach o 44,10 metra; po czterech sekundach o 78,40 metra i tak dalej. Repulsit, jak to jego nazwa wskazuje, nie tylko nie jest przyciągany ku ziemi, ale przeciwnie, odpychany przez siłę równą sile przyciągania. Przybiera więc coraz szybszy lot, ale w odwrotnym kierunku. Wznosi się, zamiast opadać, i szybkość jego podnoszenia się jest dokładnie taka sama, jak szybkość ciał ulegających prawu powszechnego ciążenia. Zatem repulsit wzniesie się przez pierwszą sekundę o 4,90 metra, o 19,60 metra przez drugą, 44,10 metra po trzeciej, 78,40 metra po czwartej i tak dalej, stosownie do dobrze znanej formuły: S = ? at2, naturalnie aż do chwili, gdy znajdziemy się w strefie przyciągania Marsa, co nastąpi po mniej więcej ośmiu dniach i trzynastu godzinach podróży. Wtedy będziemy pędzili z prędkością ośmiuset kilometrów na sekundę.

- Ale... - przerwałem - zanim przybędziemy do tej sfery przyciągania Marsa, jeśli nasza prędkość powiększy się w fantastycznych proporcjach, czy nie ryzykujemy, że zostaniemy spaleni, zamienieni w parę?

- Nie... gdy bowiem rzeczywiście osiągniemy niebezpieczne z tego punktu widzenia prędkości, już dawno przekroczymy najdalsze granice atmosfery, której grubość zupełnie nie przekracza stu kilometrów...

- Ach, doskonale...! - stwierdziłem. - Jednak nie powiedział mi pan jeszcze, jakiego rodzaju pojazdu pan użyje, by odbyć tę podróż.

- Zaraz do tego dojdę - odpowiedział doktor. - Polecimy w pocisku...

- Jak bohaterowie Juliusza Verne'a28?

Doktor Omega wzruszył ramionami.

- Mówię z panem poważnie - obruszył się. - Mam nadzieję, że nie będzie pan porównywał naszej wyprawy do urojonych podróży...? Koncepcja Juliusza Verne'a była czysto hipotetyczna, podczas gdy moja...

- Proszę mówić dalej, doktorze...

- Powiedziałem, że polecimy w pocisku... To prawda, i może pan wierzyć, że ten pocisk będzie cudownie zbudowany. Oto kilka planów, które sam nakreśliłem, i jeśli pan chce, to rzucimy na nie okiem.

Doktor Omega położył przede mną kilka małych arkusików papieru, na których w rozmaitych cięciach przedstawiony był nasz przyszły wehikuł, wydłużony i zaopatrzony w nader skomplikowane dodatki.

- Niech się pan przyjrzy - powiedział uczony. - Oto nasz wehikuł: będzie miał trzynaście metrów długości i trzy średnicy... ale będzie nie tylko pociskiem... będzie następnie łodzią podwodną i samochodem.

Moje oczy stały się wielkie jak spodki.

- Tak, dobrze mówię... samochodem i łodzią podwodną. Zanim dotrzemy do skał Marsa, będziemy musieli przepłynąć przez ogromne morza zalewające tę planetę. Następnie trzeba będzie zapewne prędko przebyć nieznaną krainę, aby jak najprędzej przenieść się do zamieszkanych ośrodków...

- Wierzy pan, że Mars jest zamieszkany?

- Wkrótce będziemy to wiedzieli... Wróćmy jednak do opisu pocisku. Będzie on pokryty warstwą repulsitu o grubości pięciu centymetrów, pod którą zostanie umieszczony jakby drugi pocisk, wykonany z lekkiej stali, zupełnie niezależny, a kiedy tego zechcemy, będziemy mogli się pozbyć zewnętrznej powłoki... ale to później panu wyjaśnię. Wewnątrz naszego pojazdu będą urządzone cztery pokoiki... - kontynuował doktor - oświetlone lampami elektrycznymi, zasilanymi przez jedno dynamo i ośmiocylindrowy motor o mocy dwustu koni mechanicznych. W każdym z tych pokoi podłogi będą się opierać na zawieszeniu kardanowym... Wie pan, że każdy przedmiot podtrzymywany przez ten system zawsze pozostaje pozycji normalnej, jakiekolwiek by było nachylenie nadane pojazdowi, dzięki zachowaniu się kół koncentrycznych wahających się jedne w drugich wokół prostopadłych osi. Nasze bulaje, czyli okna, zamiast szyb, które zmniejszałyby siłę wznoszenia się, będą z przezroczystego repulsitu... Czy pan widzi tę podwójną śrubę okrętową...?

- Tak...

- Wystarczy dotknąć jednej dźwigni, by ją błyskawicznie wysunąć z pocisku. Jest ona połączona z silnikiem za pomocą stalowego wału...

- A te koła, które tam dostrzegam? - zapytałem.

- Są to koła samochodu... Kiedy zechcemy zrobić z naszego pocisku pojazd lądowy, wystarczy użyć małego włącznika, by natychmiast ta rama, którą widzi pan lekko pomalowaną na czerwono, opadła o jeden metr i umocowała się w rowkach i wpustach znajdujących się na dnie pocisku. Kiedy rama będzie się opuszczała, w tym samym czasie otworzą się cztery klapy usytuowane w bokach pocisku i przez nie wysuną się koła, które dotkną lądu. Wtedy zamiast kierować pojazdem za pomocą steru, jak to będzie się działo pod wodą, będziemy się kierować za pomocą tej kierownicy. Wreszcie dwa potężne hamulce nadadzą naszemu planetarnemu pojazdowi wszelkie cechy samochodu.

- Wszystko to jest cudownie obmyślone! - wykrzyknąłem. - Ach, doktorze, pan jest geniuszem! Nowatorem, na którego za parę miesięcy wszyscy będą patrzeć jak na naszą narodową sławę!

Uczony nic nie odpowiedział, ale w jego oczach dojrzałem błysk dumy.

- Proszę być pewnym - ciągnął dalej - że w tym naszym metalowym wagonie będziemy mieć każdą rzecz na swoim miejscu... Niczego nie będzie tu brakowało.

- A jak będziemy oddychali? Przecież nie będzie można otwierać bulajów, by odświeżyć powietrze.

- Czyżby pan przypuszczał, że zapomniałem o najgłówniejszej rzeczy...? Weźmiemy z sobą tlen w rurach - ilość wystarczającą na drogę i... na powrót.

Uczony zatrzymał się na kilka sekund przed wypowiedzeniem ostatniego słowa. Być może, pomimo całego zaufania w szczęśliwego zakończenie podróży, nie bez pewnego niepokoju spoglądał w przyszłość.

W końcu wyjął z szuflady ogromny arkusz papieru, na którym był narysowany nasz przyszły wehikuł.

Do tej pory widziałem jedynie wielkie części tego wszystkiego, które miały się złożyć na cały powietrzny pocisk.

Tym razem zamiast rysunku w rzucie poziomym, arkusz przedstawiał pocisk w lekko nachylonej pozycji... to znaczy takiej, jaką miał zajmować w przestrzeni. Zauważyłem wówczas, że na swej długości, poniżej części ostrołukowej aż do spodu podzielony był metalowym przepierzeniem, na którym piętrzyły się trzy jednakowe pokoje, połączone z sobą wąskimi drzwiczkami.

Wyobraźcie sobie budowlę nieco przypominającą formą meczet, po którego lewej stronie wiły się żelazne schodki.

Dolna kabina była przeznaczona na zaopatrzenie, gdyż doktor, który o wszystkim myślał, nie zapomniał o żywności. Mieliśmy zabrać z sobą pewną liczbę szynek, zapas solonego mięsa, konserw i sucharów, pokaźną liczbę butelek jasnego piwa angielskiego, szampanów, wina i wód mineralnych.

Pokój na pierwszym piętrze, otoczony małymi czworobocznymi szafeczkami, był wyposażony w dwa łóżka i ruchomy, osadzony na czopie stolik.

Trzeci, najwyższy, to znaczy ten z przodu, miał służyć jako posterunek obserwacyjny. Tam właśnie zamierzał przebywać doktor, aby śledzić lot swego pocisku.

Druga strona, bo jak uprzednio zostało powiedziane, pocisk był rozdzielony wzdłuż, zawierała także trzy pokoiki, i nie wiem za pomocą jakiego systemu, ale wystarczało nacisnąć dźwignię, by schody i podłogi skrywały się natychmiast w ścianach wehikułu.

Podczas gdy z uwagą oglądałem ten plan, doktor Omega zerkał na mnie spod okularów. Wreszcie wykrzyknąłem:

- Ależ to jest coś czarodziejskiego...! Oby tylko mógł pan zrealizować swój imponujący projekt...!

- Nic mi nie stoi na przeszkodzie - odpowiedział uczony. - Poświęciłem cały mój majątek, aby wprowadzić w czyn to przedsięwzięcie. Porozumiałem się już telegraficznie z zakładami w Creusot29; niebawem poślę im kopie tych planów, a oni natychmiast rozpoczną roboty.

 

***

 

Przez trzy miesiące pracowaliśmy bez ustanku. Uczony dokonywał wszystkich obliczeń, przeprojektował część swoich planów, a ja musiałem kopiować wskazówki, które pośpiesznie nagryzmolił.

Nareszcie dwudziestego siódmego listopada pojechałem do Creusot razem z doktorem i Fredem.

Gdy przybyliśmy do fabryki, olbrzymi pocisk był już odlany w formach, ale było oczywiste, że nie dało się go wytopić w jednym bloku, więc został podzielony na trzy części, które później trzeba było połączyć, używając śrub i żelaznych opasek.

Doktor przyjrzał się pierwszym pracom, i wydał się z nich zadowolony. Następnie odbył długą konferencję z fabrycznymi inżynierami.

Miałem wrażenie, że inżynierowie ci biorą mego biednego przyjaciela za wariata. Ponieważ jednak płacił, dokładnie wypełniano jego instrukcje.

Na sześć miesięcy trzydziestu robotników zostało oddanych na usługi doktorowi i około połowy marca nasz pojazd był prawie ukończony. Nie pozostawało nic innego jak wytopić repulsitową powłokę. Tu właśnie zaczęły się prawdziwe trudności.

Należało przetransportować pojazd pod bardzo niski hangar, którego dach musiał być silnie umocowany, gdyż kawałki repulsitu, które wychodziły z formy, natychmiast wznosiły się w powietrze jak zwykłe arkusze papieru i przylegały do górnych belek.

Drugiego kwietnia cały pocisk został pokryty pancerzem antygrawitacyjnym. Nie należy jednak sądzić, że powłoka z repulsitu była przylutowana do pocisku. Przeciwnie, pozostała ona ruchoma i dzięki prostym zabiegom mogła szybko się ześlizgnąć po pojeździe.

Było to tak ważne, że należy o tym pamiętać.

 

 

 

 

23 Repulsit (z fr. repulsif) - odpychający.

24 Stentorowy - potężny, donośny.

25 Adrianopol - dawna nazwa obecnego miasta Edirne, położonego w europejskiej, północno-zachodniej części Turcji, na Nizinie Trackiej, przy ujściu rzeki Tundża do Maricy, w pobliżu granicy z Grecją.

26 Kafrowie - nazwa ludów Bantu, zamieszkujących południową i wschodnią część Afryki; nadana przez Arabów, rozpowszechniona w zachodniej literaturze i historiografii od czasów wojen kolonialnych prowadzonych przez Burów i Anglików z ludami Zulu-Kosa (XVIII-XIX wiek) na obecnym terytorium RPA.

27 Eter (łac. z gr.) - tu: hipotetyczny ośrodek wypełniający Wszechświat, w którym według poglądów przyjętych w XIX wieku rozchodziły się wszelkiego rodzaju fale elektromagnetyczne.

28 Nawiązanie do powieści tego pisarza Z Ziemi na Księżyc i Wokół Księżyca.

29 Creusot - miejscowość i gmina we Francji, w regionie Burgundia, w departamencie Saona i Loara, słynne z wielkiego kompleksu zakładów przemysłowych Schneidera, w których wytwarzano lokomotywy, parowozy, statki, karabiny maszynowe, tory, mosty, windy, urządzenia elektryczne itp.