Doktor Murek zredukowany - Tadeusz Dołęga-Mostowicz

Reflow text when sidebars are open.
Silna była zima tego roku. Po mroźnym grudniu i styczniu przyszedł luty niebywale śnieżny. Od południa nadciągnęły ciężkie grube chmury i rozwiesiły się na niebie nieruchome, a z nich dniami i nocami bez ustanku sypał śnieg.
Na dachach kamienic powyrastały kopiaste papachy, drzewa w skwerach i w ogródkach przysiadły w śniegu aż po gałęzie. Wzdłuż ulic wznosiły się z każdym dniem wyższe białe piramidy, przez jezdnie rankiem brnęło się niemal po kolana w suchym śniegu. Miasto wyglądało czysto, zacisznie i wesoło. Ale rósł w nim niepokój. Wielki brzuch miasta zaczął odczuwać próżnię. Brzuch, który pochłania dziennie setki tysięcy ton chleba i mięsa, mleka i masła, węgla i drzewa, całe pociągi najrozmaitszych towarów, całe tabory żywności, nie mógł już otrzymywać regularnie swoich porcji. Cały organizm stolicy począł odczuwać brak pokarmu. Z okien sklepów znikały produkty, a na tych, które jeszcze zostały, ceny rosły i rosły.
Terkotały niecierpliwie aparaty telegrafu, po drutach telefonicznych biegły rozkazy za rozkazami, stacja radiowa wysyłała depesze:
- Oczyścić arterie dowozowe.
Ale niewiele to pomagało. Drogi, trakty i szosy zawiało tak, że o przekopaniu się przez potężne zaspy, przez garbate kurhany nie mogły marzyć nawet najsilniejsze ciężarówki. Koleje zasypało tak, że gdyby nie szpalery słupów telegraficznych, nie wiedziałbyś nawet, że pod tą białą falistą przestrzenią jest grunt twardy, a na nim tory i szyny. Grzęzły w zaspach pociągi, potężne lokomotywy na próżno wytężały swe stalowe ścięgna i wpierały się gorącą piersią w nieustępliwy puch, złożony z drobnych kropelek zamarzniętej wody, puch tak nikły, że rozpływał się w palcach, a przecież nie do pokonania. Ze świstem i warkotem pracowały pługi śnieżne, mozolnie zdobywając metr po metrze wolny teren. Wgryzały się w wysokie sypkie pagórki, żłobiąc w nich korytarze, i po kilku minutach swobodnego biegu wbijały się w następny kurhan. Aż ustawały zziajane.
Z okolicznych wiosek, położonych o pięć, dziesięć i więcej kilometrów od toru, werbowano chłopów. Szli gromadnie i chętnie, radzi niespodziewanej okazji zarobku, dzięki któremu będzie na naftę, na sól do strawy, na zapałki, słowem na te zbytki, których od paru lat już nie znali. Stawali rzędami, człowiek przy człowieku, i aż furczały łopaty, a ludzie spoceni, zgrzani i weseli przerzucali się żartobliwymi okrzykami, pokpiwając sobie z zarozumiałych potężnych maszyn, które ugrzęzłyby tu na amen, gdyby nie chłopskie ręce i zwykłe łopaty.
A w żartach tych, w tych pośmieszkach nie było ani złośliwości, ani nienawiści, ani żółci. Ot, zwyczajna chłopska wesołość, jednako rodząca się w gromadzie, czy to przy pracy, czy przy zabawie, pogodna i świeża jak wszystko to, co z ziemi wyrasta i jej sokami żyje.
Na wszystkich liniach kolejowych, promieniście zbiegających się w stolicy, raźno szła robota i szybko, a przecież dla Warszawy za wolno. Niecierpliwiło się miasto, wyglądając z godziny na godzinę dopływu swojej paszy. A tymczasem na odległych o setki kilometrów stacjach wyczekiwały długie czerwone gąsienice pociągów, ciężkie ładunkiem i same grzęznące w śniegu.
Dostępne w wersji pełnej.