Jest zadanie do wykonania!
Rudowłosa miała na sobie długie buty sznurowane aż do kolan, bryczesy do jazdy konnej i męską lnianą koszulę z krótkimi rękawami.
Jej smukłą sylwetkę podkreślały nie tylko wysokie buty, lecz także szeroki pas o trzech sprzączkach, który był obciążony podróżną sakiewką oraz ciężkim czterolufowym pistoletem Lancaster.
Brytyjscy oficerowie w Afryce i w Indiach przekonywali, że kula z tej zadziwiającej broni może powstrzymać atakującego lwa, tygrysa, a nawet hipopotama. Właścicielka tego egzemplarza nie strzelała do lwów ani tygrysów. Wystarczał jej fakt, że sam widok tej niewielkiej armaty pozostającej stale pod ręką kończy wszelkie próby porwania, przemocy lub niestosownych gestów ze strony mężczyzn wszelkich wyznań, ras i narodowości.
Drugi egipski kelner również uznał, że cztery potężne lufy osłabiają jego gniew na kobietę, bezwstydnie rzucającą wyzwanie islamskim tradycjom, i wycofał się w głąb herbaciarni.
- Jednak szłaś przez miasto w czadorze? - zauważył złośliwie Doktor Lektur. - Jessico, czyżby już zmęczyła cię walka o równouprawnienie kobiet?
Jessica LaFemme, podinspektor Policji Literackiej, wzruszyła ramionami i dosiadła się do Lektura, a potem bezceremonialnie zabrała mu filiżankę i upiła spory łyk.
- Szkoda czasu na odganianie się od głupich facetów - prychnęła.
- Cóż, w tym kraju nadal trudno uwierzyć, że żyjemy w nowoczesnym świecie, że mamy końcówkę dziewiętnastego wieku. - Lektur wskazał kciukiem za siebie.
Przez Kanał Sueski sunęła powoli opancerzona kanonierka francuskiej floty eskortowana przez czujnego pilota w holowniku. Stalowe cielsko najeżone lufami działek buchało z komina tłustym węglowym dymem i rozkołysało płynące z przeciwka malutkie arabskie żaglowe łodzie.
- W tych głowach trwa jeszcze siódmy wiek - burknęła Jessica LaFemme. A potem dodała z uśmiechem: - No, doktorku, dopijaj herbatę. Mamy robotę do wykonania.
- Co tym razem? - Doktor Lektur ożywił się i sięgnął do kolby karabinka Winchester opartego o krzesło, a drugą ręką odruchowo musnął skórzaną kaburę z tkwiącym w niej koltem.
- Porwanie dwojga dzieci, prawdopodobnie na polityczne zlecenie tego buntownika Mahdiego - oznajmiła Jessica LaFemme. - Biali dają sporą nagrodę za uwolnienie dzieciaków, ale coś kręcą.
- Co to za jedni?
- Ich ojcowie. Zresztą sam ocenisz. Za godzinę mamy spotkanie.
- Od razu "porwanie"... Założę się o srebrnego egipskiego piastra, że opiekunowie po prostu wypalili pod palmą za dużo opium i śpią teraz jak susły, a przestraszone dzieci siedzą gdzieś pod murem i płaczą za mamą - mruknął Lektur.
- Przyjmuję zakład. - LaFemme wyszczerzyła zęby. - O piastra!
***
Legitymacje w skórzanych okładkach były ozdobione białym polem z napisem "PL". Policja Literacka.
Jessica LaFemme i Doktor Lektur okazali je mężczyznom czekającym na nich w przestronnym domu zbudowanym w europejskim stylu.
Panowie Rawlison i Tarkowski ledwie rzucili okiem na dokumenty. Mężczyźni byli zdesperowani. Mijał siódmy dzień od porwania ich dzieci.
Doktor Lektur notował:
Władysław Tarkowski, ojciec.
Staś Tarkowski, syn. Porwany.
Nel Rawlison, córka. Porwana...
Rawlison...
- A pan ma jakieś imię? - spytał nagle.
Blady i bez tego już załamany Anglik zaczął potrząsać dłońmi w geście kompletnej bezradności.
- Imię? Co ma do tego moje imię? Po prostu jestem Rawlison i tyle! Macie odnaleźć i uratować nasze dzieci!
- Jakiej właściwie jest pan narodowości? - Doktor Lektur spojrzał na ojca porwanego chłopca.
- Jestem Polakiem! - Mężczyzna dumnie uniósł podbródek.
- Dziękuję. Problem w tym, że Polacy istnieją, ale Polska nie. Spytam więc, jakim paszportem się pan posługuje. Rosyjskim? Pruskim? Austriackim? To ważne, abym mógł w pana sprawie prosić o pomoc władze niemieckich kolonii w Afryce lub szukać pomocy w rosyjskich faktoriach handlowych...
- Jako poddany cara rosyjskiego walczyłem o wolność Polski i biłem się przeciw Rosjanom w powstaniu w 1863 roku - odpowiedział Tarkowski nie bez dumy. - Zostałem za to skazany na dożywotnie zesłanie na Syberię, skąd uciekłem. Nie jestem poddanym ani cara, ani cesarza, ani austriackich Habsburgów. Żaden z tych rządów nie kiwnie palcem w mojej sprawie. Jestem inżynierem w Kompanii Kanału Sueskiego, mam tymczasowe dokumenty podróżne wystawione przez władze brytyjskie.
- Rozumiem. - Jessica LaFemme kiwnęła głową. - A Staś, pana syn?
- Staś ma czternaście lat i jeszcze nie ma żadnych dokumentów. Urodził się tutaj, w Port Saidzie. Mieszka tu od urodzenia.
- Jest więc Egipcjaninem? - mruknął Lektur.
- No skądże! Jest Polakiem! - uniósł się pan Tarkowski.
- Z formalnego punktu widzenia będziemy szukać dziewczynki, Angielki, i chłopca, bezpaństwowca urodzonego w Egipcie. Więc jakby Egipcjanina - odpowiedział Doktor Lektur i coś zanotował.
***
- Mnie interesuje coś innego - zmieniła temat rozmowy Jessica LaFemme. - Powstanie Mahdiego objęło cały Sudan, Kordofar, Darfur. Islamscy fanatycy pobili wojska angielskie. Generał Gordon w Chartumie już pewnie zginął albo zabiją go lada dzień. Szaleństwo tej rewolucji rozpala wschód kontynentu. Nawet tu czuć płomienie w teoretycznie bezpiecznym Egipcie.
Panowie Rawlison i Tarkowski smutnie pokiwali głowami.
- Tymczasem przypadkiem tutaj, w waszych rękach, spoczywa los Fatimy. A ona jest bliską kuzynką Mahdiego. Została tu uwięziona i traktowana jak zakładniczka. Zgadza się?
To nie było pytanie. Jessica LaFemme stwierdziła coś zupełnie oczywistego. Jako wzorowa pani detektyw zebrała od rana bogaty materiał dotyczący sprawy.
Fatima, kuzynka Mahdiego była przetrzymywana przez Anglików w Kairze, w areszcie domowym. Pan Rawlison mógłby się wystarać o jej uwolnienie, gdyby chciał. Jednak najwyraźniej nie chciał. I najwyraźniej jacyś złoczyńcy się postarali, żeby szybko zmienił zdanie.
- I oto w takich okolicznościach puszczacie dzieci na wycieczkę po Afryce z kilkoma arabskimi służącymi? Upadliście na głowy? - spytała agentka.
- Czy może specjalnie naraziliście wasze dzieciaki na porwanie, żeby angielskie wojska w sprawiedliwej zemście zaatakowały Mahdiego? - docisnął Lektur.
- Jak pan śmie?! - wrzasnął Tarkowski, nagle poczerwieniały na twarzy.
Nawet zbolały z rozpaczy Rawlison poderwał się z fotela.
- Przepraszam. - Jessica pojednawczo uniosła dłoń. - Być może mój partner źle dobrał słowa. Jednak przyznacie, że to podejrzany zbieg okoliczności.
- Co to byli za ludzie? Ci, z którymi pojechały dzieci? - pytał detektyw i szybko notował odpowiedzi:
Chamis, Gebhr, Idrys...
- Sudańczycy?! - zawołał z niedowierzaniem. - Nawet nie Egipcjanie? Oddaliście dzieci Sudańczykom pod opiekę? Nie do wiary... Dinah, czarna piastunka. Saba, wielki pies rasy mastif. Panowie, czy wam odjęło rozum?
- Zawsze byli lojalnymi sługami - jęknął Rawlison.
- Lojalny sługa to wyłącznie biały sługa - mruknął Lektur. - I wyłącznie przez pierwsze pół roku po podniesieniu pensji.
- Nie przesadzaj z tym rasizmem - upomniała go LaFemme. - Zdrada nie ma koloru skóry.
- Świetnie powiedziane - przytaknął ojciec Nel. - Zdrada miewa wyłącznie motyw. A tu motywem jest zasłużenie się rewolucji islamskiej i najprawdopodobniej zdobycie wysokiej nagrody od Mahdiego.
- Pewnie mają wspólników. Jeśli przedzierają się do Mahdiego, żeby pohandlować dzieciakami za Fatimę, muszą mieć większą bandę, sporo koni, wielbłądów, ustawione postoje, pomocnych przemytników - podsumowała Jessica. - To oznacza wielu ludzi, których można odnaleźć i przesłuchać. No cóż, na razie mają nad nami tydzień przewagi. Jednak ich droga wiedzie przez pustynię, a ona potrafi zastawiać pułapki...
- Zniwelujemy tę przewagę - odparł ponuro Doktor Lektur.
Teatralnym gestem wyjął z kowbojskiej kabury na biodrze rewolwer, otworzył bębenek, sprawdził, czy sześć mosiężnych nabojów znajduje się na swoich miejscach, i zamknął kolta z trzaskiem. Wsunął długą lufę w skórzany pokrowiec.
- Nie lubię porywaczy. Nie toleruję porywaczy dzieci. Nienawidzę sudańskich porywaczy dzieci. Ten zaś sześciostrzałowiec całkowicie podziela moje poglądy - oznajmił, patrząc w oczy pana Rawlisona.
- Doktor Lektur chciał przez to powiedzieć, że przyjmujemy panów zlecenie. - Jessica LaFemme się uśmiechnęła. - A od ciebie, mój drogi, chcę srebrnego piastra. Przegrałeś zakład! - Poklepała Lektura po ramieniu.
Doktor Lektur z kamienną twarzą wyjął z kieszeni srebrną monetę i oddał swojej towarzyszce.
***
Dwa wielbłądy niosły jeźdźców z Policji Literackiej przez półpustynne stepy. Każdy wierzchowiec wiódł za sobą na uwięzi kolejnego wielbłąda objuczonego zapasem wody, bagażem, płótnem namiotów, amunicją i pożywieniem.
Tego poranka Doktor Lektur i Jessica LaFemme wysiedli z plującego parą i dymem pociągu na obskurnej, śmierdzącej stacji w El-Gharak-el-Sultani. Wiedzieli od Rawlisona i Tarkowskiego, że do tego miejsca dzieciaki dojechały koleją. I że właśnie stąd zostały porwane przez sudańskich służących oraz, prawdopodobnie, przez ich pustynnych wspólników.
O widzianą na stacji liczbę koni, wielbłądy, wspólników i bagaże Doktor Lektur wypytał szczegółowo zawiadowcę, tęgiego Egipcjanina w czerwonym fezie na głowie. Oczywiście zawiadowca niczego nie widział, nic nie pamiętał, żaden szczegół nie zwrócił jego uwagi, a przede wszystkim nie wtykał nosa w nie swoje...
Doktor Lektur musiał więc zamknąć się z zawiadowcą w jego biurze, wetknąć jego nos między szufladę a biurko i tak skutecznie dociskać w interesujących go kwestiach, że zawiadowcy przypomniało się wszystko. W dodatku stosunkowo szybko. Choć trzeba było przyznać, że zanim sobie przypomniał, wypełnił okolicę przeraźliwym rykiem.
- Przesadzasz, mój drogi. Omal mu go nie zmiażdżyłeś - zganiła swojego towarzysza LaFemme.
- Bez nosa też może odprawiać pociągi - burknął Lektur.
Ruszyli w nieskończoną otchłań pustyni, trzymając się w bezpiecznej odległości od Nilu, aby nocami uzupełniać zapasy życiodajnej wody.
- Oni też musieli jechać blisko rzeki. Dzieciaki piją częściej niż wielbłądy - powiedziała Jessica LaFemme, opatulając twarz grubą chustą chroniącą przed piaskiem i pyłem.
- Ale którym brzegiem jechali? Przydałyby się jakieś ślady. - Lektur się nachmurzył.
- Popytamy po drodze. Z pewnością napotkamy gadatliwych i chciwych Arabów. Tylko pamiętaj, Doktorze, trzeba będzie rozmawiać! Zapamiętasz? Roz-ma-wiać! A nie strzelać do nich w pierwszej minucie konwersacji!
- Bez strzelania się nie obejdzie, ale zrobię, co w mojej mocy - warknął Lektur.
- Czy znów założymy się o srebrnego piastra?
- Skoro tego chcesz!
- Czyli nie będziesz strzelał bez potrzeby?
- Przecież się założyliśmy! O piastra!
- W takim razie zobaczymy!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki