[sobota, 22 listopada 1913]
Długim, źle oświetlonym korytarzem szło czterech ludzi. Kolumnę otwierał wysoki, trzydziestokilkuletni mężczyzna w białym, szpitalnym fartuchu. Za nim, dźwigając drewniane nosze, postępowali dwaj pielęgniarze. Na końcu wlókł się średniego wzrostu czterdziestolatek trzymający pod prawą pachą niewielką skórzaną teczkę. Jego szczupłą sylwetkę opinał nieco znoszony, ciemnobrązowy surdut.
Gdy przy końcu korytarza jeden z sanitariuszy potknął się o próg, ładunek spoczywający na noszach niebezpiecznie się zachwiał. Mężczyzna idący przodem odwrócił się gwałtownie, rzucając niezdarnemu chłopakowi gniewne spojrzenie. Na szczęście, dzięki szybkiej reakcji drugiego sanitariusza, udało się uniknąć katastrofy. Anzelm Schoen, bo tak nazywał się mężczyzna w białym fartuchu, był lekarzem sądowym w poznańskim szpitalu miejskim. Na zakrytych prześcieradłem noszach leżała jego pacjentka. Niestety, w żaden sposób nie można już było jej pomóc. Była martwa, podobnie jak wszyscy inni pacjenci doktora Schoena.
Jeremias miał rację. Jest coś niepokojącego w społeczeństwie, w którym lekarze muszą doglądać chorych nawet po ich śmierci.
Osobliwy kondukt dotarł wreszcie do miejsca przeznaczenia. Schoen otworzył odrapane drzwi opatrzone mosiężną tabliczką z numerem dwieście dwadzieścia jeden. Po chwili wszyscy znaleźli się wewnątrz. Pokój mieścił się w starej części szpitala, pierwotnie wchodzącej w skład zabudowań klasztornych, na drugim piętrze, na końcu korytarza. Anzelm często sobie wyobrażał, że obecne prosektorium znajduje się w byłej celi mnicha. Na samym środku izby tkwiła kamienna bryła w kształcie równoległoboku, pokryta gładką, połyskującą blachą. Trochę jak katafalk, trochę jak ołtarz, a trochę jak zwykły stół. Na całej długości ściany znajdującej się naprzeciwko drzwi wejściowych ciągnęły się drewniane szafy, lewą zabudowano przeszklonymi gablotami, a prawa była goła, nie licząc osadzonego w niej okna wychodzącego na niewielki wewnętrzny dziedziniec. Wyposażenia izby dopełniał drewniany stolik oraz proste krzesło - sprzęty te stały pod ścianą oddzielającą pomieszczenie od korytarza.
- Nie zdejmować ciała z noszy, nie odkrywać - komenderował Schoen. - Połóżcie to na stole i wracajcie do swoich zajęć.
Gdy pielęgniarze zniknęli za drzwiami, mężczyzna w znoszonym surducie wyjął z teczki jakieś papiery. Nie zajrzał do nich jednak, lecz odłożył na stół. Tymczasem Schoen wprawnym ruchem odsłonił ciało.
- Sam pan widzi, doktorze, jakie dziecko nam zaszlachtowali - powiedział komisarz Heinrich Windelband. - Nie miała chyba więcej niż czternaście lat.
Przez dłuższą chwilę Schoen przyglądał się w milczeniu zmasakrowanym zwłokom, wreszcie na powrót przykrył je prześcieradłem. Spojrzał na Windelbanda i ruchem ręki wskazał mu krzesło.
- Nie będzie łatwo, prawda? - zapytał Schoen. - Napije się pan wódki?
Nie czekając na odpowiedź gościa, sięgnął do jednej z szafek i wyjął z niej opróżnioną do połowy butelkę. Napełnił dwie szklaneczki. Wypili, każdy jednym haustem.
Anzelm nie musiał pytać, gdzie i kiedy znaleziono zwłoki. Bestialski mord, ujawniony w piątkowy poranek 21 listopada 1913 roku, zdążył już wstrząsnąć całym miastem. Nie wiedzieć czemu, dziennikarze pojawili się na miejscu zbrodni przed przybyciem policji. Z braku bliższych informacji: tożsamości, narodowości i wieku ofiary oraz okoliczności morderstwa prasa skoncentrowała się na szczegółowym opisie obrażeń. Zresztą, określenie "obrażenia" było w tym wypadku wyjątkowo nieadekwatne. Czaszkę dziewczyny rozłupano ciężkim i tępym narzędziem, którego liczne uderzenia nie oszczędziły również twarzy. Oczy, nos i usta tonęły w krwawej miazdze. Ciało było nagie. Prasa natychmiast ogłosiła mordercę "potworem z Wasserstrasse", jako że ciało ofiary znaleziono na klatce schodowej kamienicy znajdującej się przy tej właśnie ulicy. Efektowny przydomek musiał wystarczyć za całą resztę, bo nic innego na temat sprawcy tej okrutnej zbrodni powiedzieć się nie dało. Jak zwykle bywa w podobnych wypadkach, żaden z mieszkańców kamienicy niczego nie widział ani nie słyszał.
- Od razu panu mówię, że nie zamordowano jej wczoraj - powiedział Schoen. - Nie żyje przynajmniej od kilku dni. Po szczegółowych oględzinach wypowiem się ściślej.
Windelband z rezygnacją pokręcił głową. Sformułowany przez doktora wniosek wcale go nie zaskoczył. Miejsce odnalezienia zwłok z całą pewnością nie było miejscem popełnienia zbrodni.
- Coś jeszcze mi pan powie?
- Ktoś grzebał w jej wnętrznościach.
- Tyle sam zdążyłem zauważyć - westchnął komisarz. - Dobrze, że przynajmniej ten szczegół umknął uwadze pismaków. Bo biedaczka leżała, hm... na brzuchu. A coś bardziej konkretnego, doktorze?
- Za wcześnie na konkrety. Jutro dostanie pan ekspertyzę.
Komisarz wstał z krzesła. Po chwili wahania raz jeszcze zapytał:
- A w ogóle, co pan o tym wszystkim sądzi?
- To bardzo dziwne, że ciało podrzucono na klatkę schodową w kilka dni po morderstwie.
Konstatacja Schoena nie była szczególnie odkrywcza, lecz jej treść pokrywała się z odczuciami Windelbanda.
- Zwłoki leżały nie dalej niż pięć metrów od drzwi mieszkania woźnicy Walczaka - powiedział komisarz.
- Który oczywiście spał snem niedźwiedzia.
- Sęk w tym, że wręcz przeciwnie. Tamtej nocy Walczak spał bardzo źle. Powiedział także, że w ogóle rzadko zasypia, a jeśli już mu się uda, to budzi go nawet najlżejszy szmer.
- Nie jestem pewien, czy kogoś z tak poważnymi zaburzeniami snu można traktować jako osobę wiarygodną. A sprawdzaliście tego Walczaka w ogóle? Skoro pod latarnią bywa najciemniej, to może i w ciszy jest największy hałas?
Windelband nie okazał aprobaty dla słów Schoena.
- Absurdem jest go podejrzewać. Mój policyjny nos i wszystkie ujawnione do tej pory okoliczności wykluczają tego całego Walczaka jako potencjalnego sprawcę. To prosty, stary człowiek. Poza tym mieszka w jednej izbie z całą rodziną. Bezsenności nabawił się podczas wojny siedmiotygodniowej, w której brał udział jako rekrut. Twierdzi, że kiedy próbuje zasnąć, natychmiast dobiega go świst austriackich kul. Jedna z nich utkwiła zresztą w jego udzie. Sprawdziliśmy to. Stary rzeczywiście walczył pod Jičinem.
- Jednakowoż nie na darmo się mówi, że kto śpi, ten nie grzeszy - uśmiechnął się Schoen, który prowadził dialog z komisarzem trochę dla rozrywki, a trochę z wrodzonej przekory, bo on także nie podejrzewał Walczaka.
- Nie wiem, jakie grzeszki ma na sumieniu ten stary - odparł Windelband - ale z pewnością nie ma nic wspólnego z morderstwem. Ani on, ani żaden inny mieszkaniec kamienicy. Wszystko wskazuje na to, że sprawca podrzucił ciało na klatkę schodową przy Wasserstrasse. Trudno jednak wytłumaczyć, dlaczego tak uczynił.
- Właśnie. Z punktu widzenia zabójcy przechadzanie się po mieście ze zwłokami pod pachą jest dość ryzykowne.
- Otóż to - zgodził się komisarz. - Okolice Wasserstrasse wyjątkowo nie sprzyjają takim hecom. Ulica jest dobrze oświetlona, nawet w nocy można tam spotkać przechodniów, a w dodatku całkiem niedaleko stoi budka posterunkowego. W takich okolicznościach żaden opryszek nie mógłby się czuć komfortowo.
- A jednak znalazł się taki, który o to nie dbał.
- Proszę sobie wyobrazić, że tej samej piątkowej nocy na tej samej ulicy miało miejsce włamanie do cukierni Maciejewskiego. Co ciekawe, aż trzy różne osoby zameldowały nam, że około czwartej nad ranem widziały włamywaczy. Mniej więcej w tym samym czasie dwie bramy dalej ktoś podrzucał ciało. I, oczywiście, nikt nie zwrócił na to uwagi.
Cała sprawa miała w sobie coś dziwacznego, nieuchwytnego. Schoen czuł to podskórnie i był przekonany, że Windelband ma podobne wrażenie.
- Niech pan się dobrze przyjrzy tej biedaczce - powiedział komisarz. - Może dzięki temu zyskamy jakiś trop. Bo jak na razie... Zresztą nieważne, za bardzo się rozgadałem i prawie zapomniałem, że za kwadrans mam odprawę. Kiedy spotkamy się ponownie?
- Mam zamiar natychmiast przystąpić do oględzin, lecz w tej chwili nie potrafię jeszcze określić, jak długo to potrwa. Proszę przyjść jutro około dziesiątej, wtedy powinna być już gotowa pisemna ekspertyza. A tak z ciekawości, skoro tę dziewczynę znaleziono wczoraj rano, to dlaczego przywozicie mi ją dopiero dziś wieczorem?
Windelband nie odpowiedział na to pytanie. Przyczyna opóźnienia była bowiem tyleż prozaiczna, co wstydliwa, przede wszystkim zaś niepoważna. W piątek po południu okazało się, że zawieruszył się gdzieś klucz do pomieszczenia, w którym przechowywano zwłoki. Odnaleziono go dopiero w sobotę, około trzeciej po południu.
- Muszę lecieć, mam mnóstwo roboty - powiedział Windelband. - Do widzenia, doktorze, jutro się spotkamy. Mam nadzieję na pomyślny wynik sekcji.
Komisarz opuścił pomieszczenie dwieście dwadzieścia jeden, a Schoen zaczął się zastanawiać nad ostatnim usłyszanym zdaniem:
Pomyślny wynik sekcji? O co mu chodzi? Że niby ma być po jego myśli? To znaczy jak? A może po prostu się przejęzyczył.
Choć Anzelm Schoen pełnił obowiązki lekarza sądowego już od dobrych pięciu lat, nie zetknął się wcześniej z podobnym przypadkiem. W mieście Posen zdarzały się oczywiście morderstwa. Co więcej, z ewidencji sporządzanych przez wydział kryminalny wynikało, że ich liczba znacząco wzrosła w ciągu ostatnich kilku lat. Mimo to poziom przestępczości kryminalnej najwyższego kalibru (takim określeniem nadprezydent policji zwykł określać zabójstwa) nie odbiegał od średniej wartości dla miast o podobnej wielkości, co skrupulatnie wyliczyli berlińscy statystycy. W większych aglomeracjach Rzeszy równie makabryczne morderstwa zdarzały się oczywiście relatywnie częściej. Podobnie zresztą jak w miastach portowych, z Hamburgiem na czele. Ale Poznań? Wydawało się, że sprawa Wasserstrasse nie pasowała do pejzażu kryminalnego miasta nad Wartą.
Ciało dziewczyny znaleziono 21 listopada około wpół do szóstej rano, Schoen rozpoczął oględziny następnego dnia o piątej po południu. Teoretycznie, to znaczy przy założeniu, że moment morderstwa bezpośrednio poprzedzał moment znalezienia zwłok - śmierć mogła nastąpić najwcześniej przed trzydziestoma pięcioma godzinami. W rzeczywistości zgon miał miejsce znacznie wcześniej, z czego Anzelm zdał sobie sprawę, gdy tylko ujrzał ciało po raz pierwszy.
Zaraz po wyjściu komisarza przystąpił do systematycznej pracy. Stężenie pośmiertne ustąpiło, co skłaniało do wniosku, że od chwili śmierci minęły przynajmniej trzy pełne dni. Najprawdopodobniej jednak więcej niż trzy: zielonkawe plamy na skórze brzucha dobitnie świadczyły o rozpoczęciu procesów gnilnych. Ostatecznie Schoen uznał, że od chwili zgonu do chwili oględzin upłynęło co najmniej dziewięćdziesiąt sześć godzin. Wiedząc, że szybkość procesów pośmiertnych jest pochodną wielu czynników, między innymi warunków i temperatury przechowywania zwłok, a także indywidualnych właściwości organizmu, nie wykluczał, że śmierć mogła nastąpić przed pięcioma, a nawet sześcioma dniami.
Kontynuując badanie, ze zdumieniem stwierdził, że rozcięcie brzucha nie było li tylko aktem sadyzmu. Rozpruwając swą ofiarę, morderca działał w konkretnym celu, jakim było wycięcie wątroby. Jeszcze większe zdumienie budził fakt, że narząd usunięto zgodnie z regułami sztuki chirurgicznej, jak gdyby sprawca sam był lekarzem lub przynajmniej dobrze znał się na anatomii i dysponował niemałą wprawą w wykonywaniu podobnych czynności.
Fachowo przeprowadzona resekcja wątroby i twarz zmasakrowana ciężkim narzędziem. Jedno zupełnie nie pasuje do drugiego.
Ostatecznie Schoen doszedł do wniosku, że bezpośrednią przyczyną zgonu było mechaniczne uszkodzenie mózgu lub upływ krwi spowodowany rozcięciem powłok brzusznych i usunięciem wątroby.
Na podstawie oględzin ciała trudno było sformułować jakieś wiarygodne przypuszczenia na temat okoliczności zbrodni. Okolica intymna nie nosiła śladów działań napastliwych. Anzelm nie stwierdził ani przebarwień skóry czy krwawych podbiegnięć w okolicach pachwin, ani żadnych innych uszkodzeń mogących świadczyć o tym, że sprawca przełamywał blokadę mięśniową, która jest typową reakcją defensywną osób napastowanych seksualnie.
Dlaczego się nie broniła? Może stosunek odbył się za jej przyzwoleniem?
Postanowił uwzględnić te wątpliwości w protokole. Przystąpił do oględzin pochwy. Nie wyglądała na często używaną. Dziewczyna nie była jednak dziewicą, jej hymen został rozerwany. Wokół wejścia do pochwy Schoen zobaczył strzępki błony śluzowej, w bezpośredniej zaś okolicy światła waginy odnotował liczne ślady krwawych skrzepów. Co ciekawe, nie znalazł żadnych śladów spermy. Jak opisał w raporcie sekcyjnym:
Fakty te stanowią przesłankę rzeczową pozwalającą wnioskować - z ograniczonym, aczkolwiek niemałym prawdopodobieństwem - iż defloracja błony dziewiczej nastąpiła bezpośrednio przed utratą życia, ewentualnie w niedługim czasie po śmierci. W przeciwnym razie, krwawe wybroczyny, będące następstwem rozerwania hymenu, zostałyby zapewne usunięte z pochwy podczas zabiegu higieny osobistej, ewentualnie po upływie pewnego czasu wskutek naturalnych mechanizmów fizjologicznych.
Na ciele zamordowanej nie było widać innych wyraźnych uszkodzeń.
Czy ona naprawdę nie opierała się swemu prześladowcy?
Charakterystyczną cechą ciał ofiar morderstw są przecież ślady bezpośredniej przemocy fizycznej: sińce, zadrapania, drobne rany lub uszkodzenia podskórnych naczyń krwionośnych zazwyczaj kumulujące się na dłoniach, nadgarstkach i ramionach. Wyjąwszy rozległe uszkodzenia twarzoczaszki oraz rozpruty brzuch, zwłoki nie nosiły typowych znamion wskazujących na napastliwe działania mordercy. Schoen znalazł tylko niewielkie, regularne otarcia skóry na plecach, powstałe najprawdopodobniej podczas przemieszczania.