Adwokat Utterson był
człowiekiem o niesympatycznej twarzy, której nigdy nie rozjaśniał
uśmiech. Był zimny, małomówny, w rozmowie niezgrabny, a wszelką
uczuciowość najstaranniej ukrywał. Mimoto posiadał w swej istocie
coś nieokreślonego, co przyciągało. Zwłaszcza w gronie przyjaciół i
przy kieliszku dobrego wina w oczach jego błyszczała jakby miłość
bliźniego, która zresztą i w czynach jego najwyraźniej się
objawiała. Wobec siebie samego był niesłychanie surowy, a
aczkolwiek miał szczególne do teatru zamiłowanie, jednak od szeregu
lat do żadnego nie chodził. Przy tem wszystkiem znany był z
tolerancji wobec bliźnich i z gotowości spieszenia im z pomocą,
nawet w wypadkach, gdy inni skłonni byli jedynie do potępiania.
Oświadczał w takich razach dość dziwacznie, iż zdaniem jego "każdy
brat ma prawo iść do djabła w sposób, uznany przez siebie za
najlepszy". W myśl tej zasady nie zmieniał też swego zachowania się
wobec ludzi, którzy znaleźli się na linji pochyłej, lecz
przeciwnie, starał się być im podporą.
Do przyjaciół przywiązywał się serdecznie. Im dłużej
przyjaźń trwała, tem bujniej u niego rozkwitała. Jedna z takich
przyjaźni łączyła go także ze znacznie od niego młodszym, Ryszardem
Enfieldem, człowiekiem znanym w całym Londynie. Łamano sobie głowy
nad tem, co tych dwuch ludzi właściwie tak do siebie zbliżyło,
jakie wspólne ich łączyć mogły interesa. Kto ich spotykał na ich
wspólnych przechadzkach niedzielnych, stwierdził jedynie, że nie
mówili do siebie ani słowa i, że zjawienie się drugiego przyjaciela
widoczną sprawiało im ulgę. Tem dziwniejsze było, że oni sami te
przechadzki uważali za najmilszą rozrywkę całego tygodnia i za nic
w świecie nie daliby się jej pozbawić.
Na jednej z tych przechadzek skręcili w boczną ulicę jednego
z bardzo ożywionych okręgów Londynu. Nie różniła się ona w niczem
od innych podobnych ulic metropolji, ale właśnie dlatego rzucać się
musiała w oczy kamienica o wprost dziwacznym wyglądzie. Była
dwupiętrowa, lecz zupełnie bez okien, tak, że gdyby nie brama,
przypominałaby zupełnie basztę, a to tembardziej, że znajdowała się
w niesłychanie zaniedbanym stanie.
- Znam ja tę dziwną budę aż nadto dobrze, - rzekł Enfield, -
gdyż w pamięci mej ta oto brama skojarzona jest z niezwykle ciekawą
historją.
- Cóż to za historja? - zapytał Utterson, a głos jego zdradzał
pewne zaciekawienie. - Wracałem razu jednego późną nocą do domu i
dla skrócenia drogi zboczyłem w tę ulicę. Mimo doskonałego
oświetlenia czułem się jakoś nieswojo, idąc tak sam jeden zupełnie
pustą ulicą. To też sprawiło mi prawdziwą ulgę, gdym usłyszał obce
kroki. Obejrzawszy się, spostrzegłem dwie postacie naraz: mężczyznę
małego wzrostu, który szybkim krokiem zdążał ku tej budzie, z
przeciwnej zaś strony dziewczynkę ośmio czy dziesięcioletnią,
biegnącą w kierunku do niego. Nagle zderzyli się, i wtedy to stałem
się świadkiem wprost wstrętnej sceny. Oto ten mężczyzna,
przewróciwszy dziewczynkę, ruszył po jej ciele dalej i pozostawił
ją krzyczącą na chodniku. Nie można sobie wyobrazić, jakie ten
widok wywarł na mnie wrażenie. I sposób zachowania się tego
człowieka miał w sobie coś niesamowitego. Cynizm, z którym tratował
dziecko, tak mnie rozwścieczył, że narobiłem krzyku, pobiegłem za
tym potworem, złapałem go za kołnierz i przywlokłem do miejsca, na
którem leżała dziewczynka. Tu tymczasem zgromadziła się już garstka
ludzi, zwabiona krzykiem moim i dziecka. Ów człowiek nie stawiał mi
żadnego oporu, zachowywał się zupełnie chłodno, ale rzucił mi tak
straszliwe spojrzenie, że mnie dreszcz przeszedł od stóp do głowy.
Okazało się, że wśród garstki ludzi znajdowali się także członkowie
rodziny dziewczynki, która wysłana została po lekarza. Gdy ten się
po chwili zjawił i dziecko zbadał, oświadczył, że mu się nic nie
stało. Na tem cała afera mogłaby się była skończyć, gdyby nie
dziwny, dotąd dla mnie tajemniczy moment. Od pierwszej chwili owe
indywiduum napełniło mnie niezwykłym wstrętem, połączonym z
niewytłumaczonem uczuciem strachu. Zauważyłem, że i członkowie
rodziny dziewczynki tegosamego doznawali uczucia. Co mnie jednak
najbardziej zastanowiło, to to, że i lekarz ilekroć spojrzał na
tego człowieka, bladł jak chusta. Wiedziałem dokładnie, co się w
nim działo, a i on wyczytał w mojej twarzy wszystko. Nie ulega dziś
dla mnie kwestji, że zarówno on jak ja, bylibyśmy wtedy najchętniej
to indywiduum unieszkodliwili. Nie mogąc tego jednak uczynić,
zagroziliśmy mu skandalem, który nazwisko jego rozgłosi po całym
Londynie. Przez cały czas naszego wygrażania musieliśmy wszelkiemi
siłami powstrzymywać kobiety, które jak furje chciały się na mego
rzucić. Nigdy w życiu nie widziałem jeszcze grona ludzi o twarzach
tak pełnych nienawiści. Wpośród nich zaś stał ten człowiek z
ponurym, urągliwym spokojem, ale zarazem i widocznym lękiem.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.