II
Tego wieczoru Utterson wrócił w ponurym nastroju do swojego kawalerskiego mieszkania i bez apetytu zasiadł do stołu. Zwykle w niedziele? po kolacji zajmował miejsce blisko kominka, brał ksia?z?ke? do re?ki i rozkoszował sie? lektura?, az? dzwon na pobliskim kos?ciele wybijał godzinę dwunasta?. O tej porze kładł sie? spokojny i zadowolony do ło?z?ka.
Lecz tego wieczoru bezpos?rednio po jedzeniu wzia?ł s?wiece? i poszedł do swojego biura. Tu otworzył kase? i wyja?ł ze skrytki koperte?, na kto?rej widniał napis: "Testament dr. Jekylla". Usiadł przy biurku i zacza?ł studiować tres?c? aktu. Był to własnore?cznie spisany testament. Utterson miał go przechowywac?, ale nie znał jego tres?ci, gdyż nie brał udziału w jego sporządzaniu.
Zawierał on dwa postanowienia.
Po pierwsze: na wypadek zgonu Henry'ego Jekylla, doktora medycyny, dr. jur. utr.[1] , członka królewskiego towarzystwa itd., cały jego majątek miał przejs?c? w posiadanie "przyjaciela i dobrodzieja Edwarda Hyde'a". Po drugie: na wypadek, gdyby dr Jekyll "znikł lub w niewyjas?niony sposo?b był nieobecny przez czas dłuz?szy niz? trzy miesia?ce kalendarzowe", wymieniony Edward Hyde miał zostac? spadkobierca? Henry'ego Jekylla - i to bezzwłocznie, bez z?adnych innych zobowia?zan? pro?cz wypłaty niewielkich kwot słuz?bie.
Dokument ten bardzo sie? nie podobał Uttersonowi - zarówno jako adwokatowi, jak i jako człowiekowi. Lubił on wszystko, co było rozsa?dne i logiczne, natomiast rzeczy fantastyczne i niestosowne uwaz?ał za jedno i to samo. Dotychczas nieznajomos?c? tego pana Hyde'a budziła jego nieche?c?; teraz dowiedział sie? o nim tyle, że...
- Mys?lałem - szepna?ł do siebie, wkładaja?c z powrotem dokument do kasy - z?e to wariactwo, a teraz zaczynam sie? obawiac?, z?e to cos? han?bia?cego...
Zgasił s?wiece?, włoz?ył płaszcz i ruszył w kierunku Cavendish Square, gdzie jego przyjaciel, doktor Lanyon, miał dom, w którym przyjmował swych licznych pacjento?w. "Jes?li ktos? wie cos? więcej na ten temat, to musi to być Lanyon" - pomys?lał Utterson.
Słuz?a?cy znał go dobrze, dlatego nie kazał mu długo czekac?. Od razu wprowadził go do jadalni, w kto?rej doktor Lanyon siedział samotnie przy butelce wina. Był to człowiek miły, zdrowy, o rumianych policzkach i bujnych puklach włoso?w, kto?re przedwczes?nie posiwiały. Gdy ujrzał Uttersona, podskoczył z krzesła i powitał go z życzliwością, ściskając jego obie re?ce. Serdecznos?c? ta, jak w ogo?le całe jego zachowanie sie?, sprawiały wrażenie nieco teatralne, lecz pochodziły ze szczeros?ci jego uczuć. Obaj byli bowiem starymi przyjacio?łmi, kolegami z ławy szkolnej, obaj szanowali się nawzajem i - co nie zawsze sie? zdarza - zgadzali sie? ze soba?, za każdym razem, gdy przyszło im się spotkać.
Po kro?tkiej rozmowie na oboje?tne tematy Utterson poruszył sprawe?, która w nieprzyjemny sposób zaprza?tała jego umysł.
- Mam wraz?enie, mo?j drogi Lanyonie - rzekł - z?e my dwaj jestes?my najstarszymi z przyjacio?ł, jakich ma Henry Jekyll.
- Wolałbym, żeby ci przyjaciele byli mniej starzy - z?artował doktor Lanyon. - Ale i ja odnoszę to samo wraz?enie. Ale co dokładnie masz na myśli? Słysze? teraz niewiele na temat Jekylla.
- Tak? - rzekł Utterson. - Sądziłem, z?e ła?czy was jakis? wspo?lny interes.
- To było kiedys? w przeszłości - zabrzmiała odpowiedz?. - Lecz juz? od przeszło dziesie?ciu lat Henry Jekyll stał sie? dla mnie zbyt ekscentryczny. Jego idee coraz bardziej uległy wypaczeniu. Oczywis?cie, wcia?z? jeszcze interesuje? sie? nim, by sie? tak wyrazic?: ze starej miłos?ci, ale od dawna go nie widziałem. Takie nienaukowe gle?dzenia, jak to, co mówi Jekyll, oddaliłyby od siebie nawet najwie?kszych przyjacio?ł...
Twarz doktora nagle pokryła sie? silnym rumien?cem. Z pewna? ulga? Utterson pomys?lał: "A wie?c podzieliły ich tylko jakies? odmienne poglądy naukowe...".
Nie mo?wił chwile?, poczekał, az? sie? doktor uspokoi, i zapytał wreszcie:
- Czy znasz człowieka, kto?rym Jekyll sie? opiekuje, niejakiego Hyde'a?
- Hyde? - powto?rzył Lanyon. - Nie, nigdy o kimś takim nie słyszałem...
To była jedyna informacja, jaką adwokat otrzymał.
Utterson spe?dził noc bezsennie. Jego umysł pracował niezwykle intensywnie. Lez?ał w wielkim ło?z?ku, w ciemnos?ci, osaczony wieloma pytaniami i rodzącymi się pod wpływem emocji różnymi wizjami.
Wybiła godzina szo?sta na zegarze kos?cioła znajduja?cego sie? w pobliz?u jego mieszkania, a Utterson wcia?z? jeszcze rozpatrywał ten sam problem. Dotychczas zajmował on tylko jego mo?zg, obecnie owładna?ł też jego wyobraz?nię. Gdy tak lez?ał i rzucał sie? na ło?z?ku w ciemnos?ci nocy, relacja Enfielda przewijała się przed jego oczyma niczym pasmo obrazo?w. Widział os?wietlone miasto, potem postac? człowieka pos?piesznie ida?cego przed siebie, potem dziecko biegna?ce od lekarza do domu, potem jaka?s? poczware? rzucaja?ca? sie? na tego malucha i pe?dza?ca? naprzo?d bez zwro?cenia uwagi na krzyk dziecie?cy... To zno?w oglądał poko?j w bogatym domu, w kto?rym leżał przyjaciel i w trakcie snu us?miechał sie?, a później otwierały sie? drzwi tego pokoju, ktos? wstrza?sał s?pia?cym - i oto obok niego stała jakas? postac?... Biedny Utterson czasem na moment zasypiał, lecz niebawem sie? budził i wydawało mu sie?, z?e coraz szybciej wiruje dookoła jasno os?wietlonych domo?w, z?e na kaz?dym skre?cie ulicy pada z wrzaskiem przewracane dziecko, a jakas? postac? pe?dzi, goni, ucieka... I za każdym razem ta istota nie ma twarzy, po kto?rej by ja? moz?na było poznac?. Ro?wniez? i w swych licznych wcieleniach postac? pozbawiona jest twarzy, a włas?ciwie ma tylko jedna? zamglona?, rozpływaja?ca? sie?... W duszy adwokata rosła nieposkromiona z?a?dza zobaczenia oblicza prawdziwego pana Hyde'a... "Gdybym - mys?lał - raz tylko mo?gł mu spojrzec? w twarz, cała tajemnica z pewnos?cia? wyjas?niłaby sie? tak, jak to zawsze dzieje sie? z zagadkowymi rzeczami, jes?li sie? je dokładnie obejrzy pod lupa?...". Wtedy znalazłby zapewne także wytłumaczenie dziwnego testamentu swego przyjaciela Jekylla. Chciał zobaczyć tę enigmatyczną twarz. Twarz człowieka pozbawionego litos?ci. Twarz, na kto?rej widok w duszy tak spokojnego i opanowanego człowieka jak Enfield zrodziło się trwałe uczucie nienawis?ci...
Od tego czasu Utterson zacza?ł bacznie obserwować drzwi w małej uliczce, wrota prowadza?ce do tajemniczego, pozbawionego okien domu.
Rano przed biurem, w południe podczas przerwy obiadowej, wieczorem przy s?wietle ksie?z?yca, w kaz?dej wolnej chwili, w samotnos?ci i w najwie?kszym zgiełku ulicznym moz?na było zastać adwokata na posterunku, na przeszpiegach...
Wreszcie jego cierpliwos?c? została nagrodzona. Było to pewnej pie?knej, suchej nocy. Powietrze było mroz?ne, ulice puste, pokryte gołoledzia?, latarnie rzucały mgliste s?wiatło na mrokami zasnute miasto. Około godziny dziesia?tej, gdy wszystkie sklepy były zamknie?te, a ulice wyludnione, zapanowała woko?ł taka cisza, iz? krok przechodnia dudnił po bruku i z dala moz?na go było usłyszec?. Utterson stał juz? jakiś czas na swoim posterunku, kiedy jego uwage? zwro?ciły jakieś dziwne kroki. Włas?ciwie niczym nie ro?z?niły sie? od sposobu chodzenia zwykłych przechodnio?w, samotnie ska?ds? ida?cych noca? ulicami - ale jakies? przeczucie, jakis? instynkt podszeptywał mu, z?e oto zbliz?a sie? ktos?, kto odgrywa w trapia?cej go aferze doniosłą role?. Wycofał sie? wtedy do wne?ki i obserwował w wielkim napie?ciu.
Wkro?tce adwokat dostrzegł zbliz?aja?cego sie? człowieka. Był bardzo skromnie ubrany, niski. Juz? z odległos?ci budził jakies? nieprzyjemne wraz?enie. W całej jego postaci tkwiło cos? niesamowitego. Osobnik ten szedł s?rodkiem ulicy, jakby sobie chciał zaoszcze?dzic? drogi; kroczył wprost w strone? domu bez okien, a doszedłszy do niego, wyja?ł z kieszeni klucz.
Utterson zbliz?ył sie? i, dotkna?wszy re?ka? ramienia przechodza?cego człowieka, zapytał:
- Pan Hyde, jes?li sie? nie myle??
Pan Hyde zatrząsł sie? ze strachu, po czym głe?boko odetchna?ł. Z jego piersi wydobył sie? sycza?cy dz?wie?k. Lecz jego strach trwał tylko chwilke?. Nie spojrzał wprawdzie w oczy adwokata, ale odparł zupełnie spokojnie:
- Tak, to moje nazwisko. Czego pan sobie z?yczy?
- Wydaje mi sie?, z?e pan chce wejs?c? do tego domu - powiedział adwokat. - Jestem starym przyjacielem doktora Jekylla. Nazywam sie? Utterson i mam kancelarie? adwokacka? przy Gaunt Street. Przypuszczam, z?e zna pan moje nazwisko. A z?e tak sie? złożyło, z?e spotykam tutaj pana, to prosze?, aby mnie pan wpus?cił do tego domu...
- Nie spotka pan tu doktora Jekylla - odpowiedział Hyde i wsuna?ł klucz w zamek; potem nagle zapytał. - A ska?d mnie pan zna?
Utterson nie odpowiedział na to pytanie. Zapytał natomiast po chwili:
- Czy nie chciałby mi pan wys?wiadczyc? pewnej przysługi?
- Z przyjemnos?cia? - odrzekł Hyde - o co chodzi?
- Chciałbym zobaczyc? pańską twarz...
Hyde przez moment zwlekał, potem jednak podjął decyzję i wyprostował sie?, a twarz jego przybrała hardy wyraz i spojrzał wprost w oczy adwokata.
- Tak, teraz już pana poznam - stwierdził Utterson. - Przyda mi sie? to moz?e kiedys?.
- Dobrze sie? składa - rzekł Hyde - z?e sie? spotkaliśmy; a? propos, moge? panu dac? ro?wniez? mo?j adres.
I wymienił numer domu w pewnej ulicy w dzielnicy Soho.
- Teraz - zapytał - prosze? mi powiedziec?: ska?d mnie pan zna?
- Ktos? mi pana opisał - odpowiedział Utterson.
- Kto?
- Mamy wspo?lnych przyjacio?ł.
- Wspo?lnych przyjacio?ł? - Hyde wyraził wątpliwość, mówiąc ochrypłym głosem. - O kim pan mówi?
- Na przykład, Jekyll...
- On panu nigdy o mnie nie opowiadał! - zawołał gniewnie Hyde. - Nie przypuszczałem, z?e pan be?dzie mnie okłamywał!
- Uwaz?aj pan - rzekł Utterson - niech się pan liczy ze słowami!
Hyde parskna?ł s?miechem. Z niezwykła? zre?cznos?cia? otworzył błyskawicznie drzwi i znikna?ł we wne?trzu domu.
Adwokat stał przez chwile?, po czym odszedł powoli, przystaja?c co kilka kroko?w i pocieraja?c re?ka? czoło. Nie wiedział, co o tym wszystkim mys?lec?. Problem, kto?ry rozwaz?ał podczas spaceru, nalez?ał do tych, kto?re rzadko moz?na rozwia?zac?. Hyde był blady i skarłowaciały, a na jego twarzy widniał nieprzyjemny us?miech. Miał wobec adwokata mine? wyrażającą naprzemiennie le?k i bezczelnos?c?. Mo?wił głosem ochrypłym. Wszystko to przemawiało przeciw niemu, ale nie usprawiedliwiało odrazy i pogardy, kto?ra? Utterson odczuwał wobec tej kreatury. "Musi byc? cos? jeszcze innego - mys?lał, ida?c miarowym krokiem - gdybym tylko wiedział co... Do licha, ten człowiek nie ma w sobie nic ludzkiego! Jakby po?ł zwierz, osobnik z epoki jaskiniowej... A moz?e to tak promieniuje marnos?c? jego duszy i zniekształca powłoke? cielesna?? Chyba tak. Oj, biedny Henry Jekyll!"
Utterson skre?cił w naste?pna? ulice?, mina?ł ja? i dotarł na plac otoczony starymi budynkami, kto?re przewaz?nie przedstawiały obraz zaniedbania. W domach tych mieszkali przero?z?ni lokatorzy: litografowie, budowniczy, poka?tni adwokaci i agenci obskurnych przedsie?biorstw. Tylko jeden dom, drugi z brzegu, pozostał w re?ku posiadacza i nie miał najemco?w. Juz? z zewna?trz widac? było, z?e jego włas?ciciel jest zamoz?nym i wytwornym człowiekiem. Przed drzwiami tej posiadłości Utterson zatrzymał sie? i zapukał. Starszy wiekiem słuz?a?cy, w nienagannym służbowym uniformie, otworzył brame?.
- Czy pan doktor Jekyll jest w domu, Poole? - zapytał adwokat.
- Zobacze?, panie Utterson - odpowiedział Poole i zaprowadził gos?cia do przestronnej poczekalni, w kto?rej, jak w willi wiejskiej, płona?ł ogien? na jasnym, otwartym kominku. Drogocenne szafy de?bowe znajdowały sie? w holu, kto?rego podłoga była kamienna, a sufit ozdobnie rzez?biony.
- Pan doktor raczy poczekac? tu przy kominku. A moz?e mam zapalic? s?wiatło w jadalni?
- Nie, dzie?kuje?. Zostane? tutaj.
Utterson zbliz?ył sie? do kominka i ogrzewał sobie re?ce. Izba, w kto?rej obecnie przebywał, była ulubionym ka?tem jego przyjaciela, doktora Jekylla. Utterson mo?wił o niej zwykle jako o najprzyjemniejszym ka?ciku w całym Londynie. Lecz w tej chwili Utterson był w ponurym nastroju. Twarz Hyde'a cała? swa? ohyda? wbiła sie? w jego pamie?c?, odczuwał - co mu sie? rzadko zdarzało - wstre?t do z?ycia. Miał wraz?enie, z?e z każdego zakamarka wyłaniają się groz?ne zmory; widział je w odblaskach ognia na politurowanych szafach i w niespokojnym drganiu cieni padaja?cych na kamienna? posadzke?. Wstydził sie? tez? ulgi, jaka? odczuł, gdy niebawem wro?cił Poole, kto?ry zameldował, z?e doktora Jekylla nie ma w domu.
- Widziałem pana Hyde'a wchodza?cego do budynku, w kto?rym kiedyś była trupiarnia - rzekł Utterson - czy to dopuszczalne, jes?li doktora Jekylla nie ma?
- Owszem, panie Utterson - odparł słuz?a?cy. - Pan Hyde ma klucz.
- Pan?ski chlebodawca ma widocznie wiele zaufania do tego człowieka...
- Tak jest, to prawda. Mo?j pan ufa mu bezgranicznie. My wszyscy mamy rozkaz byc? mu posłuszni.
- Nigdy tu nie zastałem tego pana Hyde'a...
- To zrozumiałe, ponieważ on sie? tutaj nie stołuje - odpowiedział Poole. - A zreszta? widzimy go bardzo rzadko z tej strony domu. On przychodzi i wychodzi przewaz?nie przez laboratorium.
- Ooo, to bardzo ciekawe. Dobranoc, Poole.
- Dobranoc, panie Utterson.
Adwokat wracał do domu z cie?z?kim sercem. "Biedny Henry Jekyll - mys?lał - przeczucie podpowiada mi, z?e zapla?tał sie? w jaka?s? fatalna? aferę! Ma za soba? burzliwa? młodos?c?, ale to było tak dawno. A jednak u Pana Boga nie ma przedawnienia... Tak, to zapewne naste?pstwa starego grzechu, trucizna jakiejś ukrywanej han?by - i teraz nadeszła kara, po wielu, wielu latach, kiedy zatarło się juz? w pamie?ci wspomnienie starego błe?du...".
Przerażony tymi mys?lami, adwokat zatopił sie? we wspomnieniach z własnej przeszłos?ci. Wnikał we wszystkie zakamarki swoich przez?yc? i badał skrupulatnie, czy nie ma tam przypadkiem jakiegos? mrocznego epizodu, jakiegoś ciemnego punktu... Lecz jego przeszłos?c? była nienaganna. Niewielu ludzi mogłoby z takim spokojem odczytywac? rejestr swojego z?ycia, co on... Kiedy to sobie uświadomił, wcale nie przyniosło mu to ulgi. Z jeszcze wie?kszym niepokojem mys?lał o swoim przyjacielu, doktorze Jekyllu. "Ten Hyde - snuł rozmyślania - jest bardzo podejrzanym indywiduum, osobnikiem o jakichś tajemniczych planach... Tak dłuz?ej byc? nie powinno... Strach pomys?lec?, z?e takie stworzenie może się zakras?c? do łóżka niewinnie śpiącego Henry'ego. Cóż to za niebezpieczen?stwo! Jes?li ten Hyde wie o istnieniu testamentu, to mo?głby nabrac? ochoty, aby jak najpre?dzej zostac? spadkobierca?. Musze? stanowczo temu przeciwdziałac?, zdecydowanie musze? cos? zrobic?! O ile tylko Jekyll zechce...".
I poczciwy adwokat Utterson ujrzał przed oczyma dziwne klauzule testamentu.
__________________________
[1]
Dr. jur. utr. (łac. Iuris Utriusque Doctor) - doktor obojga praw - osoba posiadająca stopień naukowy doktora w zakresie prawa kościelnego (kanonicznego) i świeckiego (cywilnego).
I
Adwokat Utterson był osobą o niezbyt uprzejmym wyrazie twarzy. Nigdy nie gościł na niej uśmiech. Odnosiło się wrażenie, że jest człowiekiem zimnym, małomównym, skrytym i niechętnym do podejmowania rozmów z nieznajomymi. Nic nie było w stanie go sprowokować do uzewnętrznienia swoich uczuć. Był chudy, wysoki, oschły i mrukliwy - a jednak z jakiegoś? powodu wzbudzał sympatię. Ludzie go lubili. W towarzystwie przyjaciół, przy winie, z jego oczu dało się wyczytać łagodne i pełne miłości podejście do ludzi, czyli cos?, czego nigdy nie można było usłyszeć w jego słowach, a co dawało się zauważyć w jego czynach. Był niezwykle surowy wobec samego siebie. Gdy przebywał w samotności, pił gin, żeby sobie zepsuć? smak wina. Chociaż? zaliczał się do grona miłośników teatru, to od dwudziestu lat nie pojawił się na żadnym przedstawieniu. Powszechnie znana była tolerancja i szacunek, z jakimi odnosił sie? do innych ludzi. Dziwił się? - a czasem i zazdrościł - namiętności, jaka cze?sto uwidacznia sie? w poste?pkach ludzkich. Gdy ktoś znalazł sie? w biedzie, był goto?w raczej pomagac? niz? ganic?. - "Grzech Kaina jest ro?wniez? i moim grzechem" - mawiał w takich sytuacjach. - "Niech moi bracia grzesza?, kaz?dy na swo?j sposo?b". - Stawał sie? tez? cze?sto ostatnim przyzwoitym znajomym i ostatnim opiekunem ludzi, kto?rzy stoczyli sie? na dno ne?dzy i weszli na drogę wyste?pku. Wobec takich osób nigdy nie zmieniał swojego sposobu poste?powania, po?ki do niego przychodzili.
W gruncie rzeczy nie było to dla niego rzecza? trudna?. Utterson bowiem nie miał kompletnie daru strofowania ludzi. Jego relacje z innymi opierały sie? włas?nie na tej jego absolutnej dobrodusznos?ci. Jest rzecza? charakterystyczna? dla jednostek skromnych, z?e przyjacio?ł swych zdobywaja? przypadkowo i tak tez? było u naszego adwokata. Przyjaciele jego byli albo bliskimi krewnymi, albo tez? ludz?mi, kto?rych znał od dawnych czasów. Jego życzliwos?c? była jak powo?j; rosła z biegiem czasu i nie przejmowała sie? cechami tej osoby, kto?ra? oplatała.
W ten sposób wytłumaczyc? moz?na wie?zy przyjaz?ni ła?cza?ce Uttersona z Richardem Enfieldem, człowiekiem znanym w całym mies?cie. Wiele oso?b zastanawiało sie?, co tez? obu tych ludzi moz?e ła?czyc?. Każdy, kto ich spotykał podczas niedzielnych przechadzek, zauważał, z?e nie mo?wia? do siebie ani słowa, z czego można było przypuszczać, że zapewne nudza? sie? i pojawienie sie? znajomego traktują z widoczna? ulga?. Mimo tych pozorów, dla obu panów te wycieczki stanowiły wielka? przyjemnos?c?, uwaz?ali je za najrozkoszniejszy epizod w trakcie całego tygodnia. Wyrzekali sie? innych rozrywek, odkładali na bok wszelkie sprawy zawodowe, aby tylko bez przeszkód rozkoszowac? sie? swymi spacerami.
Podczas jednej z takich przechadzek zdarzyło sie?, z?e szli boczna? uliczka? w którejś z dzielnic Londynu. Była to wa?ska i zazwyczaj spokojna przecznica; lecz w zwykły dzien?, a nie, jak dzisiaj, w niedzielny, kiedy stawała się terenem oz?ywionego handlu detalicznego. Dało się zauważyc?, że jej mieszkańcami byli zamoz?ni ludzie, którzy da?z?yli do tego, aby stac? sie? jeszcze bogatsi. Wystawy sklepo?w były pełne przepychu i przyciągały wzrok przechodnio?w. Nawet w niedziele?, kiedy to ruch uliczny zamierał, błyskały w tej brudnej uliczce witryny sklepowe jak płomien? w lesie. Pstrokato wymalowane szyldy, polerowane okna, mosie?z?ne ramy skupiały na sobie uwage? spacerowiczo?w.
W pewnym punkcie tej uliczki rza?d kamienic był przerwany. Znajdowała się tutaj brama wjazdowa na podwo?rze, w kto?rym tkwił ponury blok, niepodobny zupełnie do sa?siednich domo?w. Wysoki na dwa pie?tra, na parterze miał tylko jedne drzwi; nie widac? było ani jednego okna. Nad brama? wjazdowa? wznosił sie? s?lepy mur o wyblakłej barwie. Domostwo to na każdym kroku wykazywało s?lady zupełnego zaniedbania. Drzwi nie były zaopatrzone w dzwonek; drewno było porysowane i pope?kane. Ulicznicy siadali zwykle na progu i pocierali zapałki o chropawe, zwietrzałe deski bramy; uczniacy scyzorykami wycinali tu ro?z?ne figury; od niepamie?tnych czaso?w nikt sie? nie zjawiał, żeby tych chuligano?w przepe?dzic?.
Enfield i adwokat szli druga? strona? uliczki, a gdy znalez?li sie? naprzeciwko bramy tego osobliwego domostwa, Enfield podniósł laske? i wskazał na opuszczony budynek.
- Czy zauwaz?ył pan te drzwi? - zapytał, a gdy towarzysz jego skina?ł przytakuja?co głowa?, rzekł. - Drzwi te przywołują w mojej pamie?ci bardzo dziwna? historię...
- Co tu się stało? - zapytał Utterson, a głos jego nieco się zmienił.
- Zdarzyło się to właśnie w tej uliczce - zaczął opowieść Enfield. - Szedłem skądś do domu, po?z?no w nocy, około trzeciej po po?łnocy, w zimie. Moja droga prowadziła przez dzielnice?, w kto?rej nie było dosłownie nic widac? opro?cz latarni. Ulica za ulica?, wszyscy ludzie s?pia?... ulica za ulica?, wszystkie tak os?wietlone jak podczas procesji i wszystkie puste... Zacza?łem te?sknic? za widokiem policjanta... i nagle ujrzałem dwie postaci: jedna? był mały człowieczek, kto?ry poda?z?ał gdzieś szybkim krokiem, a druga? - dziewczynka os?mio- czy dziesie?cioletnia, wybiegaja?ca włas?nie z jednej z przecznic. Na zakre?cie obie te postaci wpadły na siebie - i wtedy stała sie? rzecz ohydna. Człowieczek ten spokojnie szedł dalej, nie martwiąc sie? w ogóle o dziewczynke?, kto?ra lez?ała na ziemi i wołała, żeby jej pomóc. Pus?ciłem sie? w pogon? za tym nieludzkim osobnikiem. Chwyciłem go za kołnierz i sprowadziłem na miejsce wypadku, gdzie wokół krzyczącego dziecka zgromadziła sie? juz? grupa przechodniów. Uje?ty drab zachowywał sie? zupełnie spokojnie. W ogóle się nie bronił. Rzucił na mnie tylko tak złowrogie spojrzenie, z?e cały zadrz?ałem. Okazało sie?, z?e garstka ludzi, kto?ra sie? zbiegła, to byli krewni owej poszkodowanej dziewczynki. Wkro?tce pojawił sie? tez? wezwany na miejsce lekarz. Ostatecznie dziecku nic powaz?nego sie? nie stało: tylko się wystraszyło. Cała afera mogłaby sie? na tym skon?czyc?, gdyby nie zdarzył się dziwny incydent. Drab od pierwszej chwili budził we mnie wstre?t. To samo odczuwali krewni dziewczynki, co było rzecza? zupełnie zrozumiała?. Zdumiewaja?ce było jednak, z?e tego samego doświadczał lekarz. Za każdym razem, gdy spogla?dał na mojego jen?ca, bladł; miałem wraz?enie, z?e najche?tniej by go zabił. Poniewaz? jednak nie moglis?my tego zrobić, staralis?my sie? ulz?yc? sobie i wyładować negatywne emocje, po prostu besztaja?c go. Powiedzielis?my temu zbirowi, z?e sprawa pachnie skandalem, z?e nazwisko jego be?dzie zniesławione w całym Londynie, wreszcie: z?e jest bydle?ciem w ludzkiej postaci. Kiedy tak mu wymys?laliśmy, musielis?my ro?wnoczes?nie siła? powstrzymywac? zebrane dookoła kobiety, żeby sie? na niego nie rzuciły. Nigdy nie widziałem takiej ws?ciekłos?ci, jaka sie? malowała na ich twarzach. W centrum tych wydarzeń stał ten dziwny człowiek. Miał ponury wyraz twarzy, chwilami nawet nieco ironiczny. Widziałem jednak, z?e sie? panicznie boi. "Jez?eli pan?stwo macie zamiar z?a?dac? odszkodowania za ten wypadek - powiedział - to rozumiem. Szlachectwo zobowiązuje do szlachetnego postępowania - dodał - po prostu chce? unikna?c? dalszych nieprzyjemnych scen. Prosze? wymienic? sume?". Powiedzielis?my, aby wypłacił 100 funto?w rodzinie dziewczynki. Z naszych twarzy mo?gł wyczytac?, z?e mo?wimy serio, z?e nie damy sie? zbyc? byle czym - wie?c ostatecznie się zgodził. Teraz chodziło o to, żeby dostac? od niego te pienia?dze. Jak pan mys?li, dokąd nas zaprowadził? Otóż właśnie do tych tam drzwi... Wyja?ł klucz z kieszeni, wszedł i po chwili pojawił sie? z dziewie?ciu funtami w złocie i z czekiem na dom bankowy Coutts, płatny na okaziciela i podpisany nazwiskiem, kto?rego nie chciałbym wymienic?... Nazwisko to jest bardzo znane i cze?sto spotyka sie? je w druku... Zwro?ciłem uwage? temu jegomos?ciowi, z?e wydaje mi sie? to bardzo podejrzane: w normalnych warunkach nie zdarza sie? przeciez?, by o czwartej nad ranem ktos? wszedł do pustego domu i po chwili wyszedł z czekiem na sto funto?w podpisanym przez inna?, i to powszechnie znana? osobistos?c?... Lecz on na moje słowa zareagował zupełnie bez emocji i rzekł kpia?cym tonem: "Niech sie? pan uspokoi, che?tnie zostane? z panem, az? otworza? bank i wtedy sam zrealizuję czek". Zgodzilis?my sie? na jego propozycję. Lekarz, ojciec dziewczynki, ten dziwny osobnik i ja spe?dzilis?my reszte? nocy w moim mieszkaniu, a po s?niadaniu poszlis?my razem do banku. Osobis?cie wre?czyłem czek, os?wiadczaja?c, z?e podejrzewam, iz? jest fałszywy. Jednak okazało się, że myliłem się, a czek był autentyczny...
- Co? Prawdziwy? - przerwał Utterson.
- Tak jest - mo?wił dalej Enfield - zaskakująca historia! Człeczek ten sprawiał wraz?enie wyrzutka społecznego, a osobistos?c?, kto?ra czek wystawiła, była najprzyzwoitsza, jaka? sobie tylko można wyobrazic?, powszechnie znana i szanowana... Przypuszczam, z?e wchodzi tu w gre? jakieś wymuszenie, jakiś szantaż. Może to uczciwy obywatel, kto?ry teraz płaci za jaka?s? młodzieńczą przygode?... A jednak i to nie wyjas?nia mi wszystkiego... - zakon?czył Enfield i wpadł w zamys?lenie.
Utterson przerwał je po pewnym czasie pytaniem:
- A czy ten, kto?ry czek wystawił, mieszka w tym domu bez okien?
- Nie - zaprzeczył Enfield - przypadkowo dowiedziałem sie? o jego adresie, mieszka tu w okolicy, w domu znajduja?cym sie? przy jednym z wielkich placo?w.
- A nie pytał sie? pan po?z?niej o ten ponury dom bez okien?
- Nie, nie mam w zwyczaju tak postępowac? - odparł Enfield - nie lubie? sie? wypytywac? i kogoś s?ledzic?. Stawia sie? pytanie i odnosi sie? wraz?enie, jakby sie? rzuciło kamien?; siedzi sie? spokojnie na pago?rku, kamien? stacza sie?, porywa inne za soba? i taka lawina trafia wreszcie jakiegos? niewinnego człowieka, o kto?rym wcale nie mys?lano i kto?remu ma?ci sie? spoko?j ... Nie, ja mam taką zasadę, że wcale nie zbliz?am sie? do zawiłych afer...
- Bardzo dobra reguła, doprawdy - rzekł adwokat.
- Jednak sprawdziłem miejsce, ot tak, dla zaspokojenia własnej ciekawości - mo?wił dalej Enfield - mam wraz?enie, że to nie jest zwyczajny dom. Sa? tylko jedne drzwi wejs?ciowe - i tylko czasami, i to bardzo rzadko, wchodzi i wychodzi nimi wspomniany człowieczek z nocnej przygody. Od strony podwo?rza sa? trzy okna na pierwszym pie?trze; na parterze nie ma z?adnego. Okna sa? stale zamknie?te. Z komina unosi sie? przewaz?nie dym, zatem dom jest zamieszkały...
Obaj przyjaciele spacerowali czas jakis? w milczeniu, po czym Utterson odezwał sie?:
- Jedno chciałbym wiedziec?. A mianowicie jak brzmiało nazwisko człowieka, kto?ry przewro?cił dziecko.
- Powiem panu - rzekł Enfield i dodał - dlaczego miałbym to ukrywać? Był to człowiek nazwiskiem Hyde.
- Hm... - odpowiedział Utterson, po czym zapytał - a jak on wygla?da?
- Nie jest łatwo go opisac?. W jego postaci jest cos? niechlujnego, nieprzyjemnego. Nigdy nie spotkałem człowieka, kto?ry wydawałby mi się tak niesympatyczny, a nie zdaje? sobie przy tym sprawy, dlaczego... Prawdopodobnie dlatego, że jego ciało jest pokraczne. Widac? wyraz?nie, z?e nie jest to człowiek normalnie zbudowany, ale na czym ta anomalia polega, nie mogłem sobie us?wiadomic?. Wygla?da jakos? "inaczej", a przeciez? nie mo?głbym wymienic? nic niezwykłego. Nie, nie potrafię go opisac?. A jednak, prosze? mi wierzyc?, widze? go w tej chwili dokładnie...
Utterson szedł w milczeniu. Widać było, że jest pogra?z?ony w głe?bokich rozmys?laniach.
- Ale pan jest pewien, z?e on miał klucz? - dopytywał jeszcze.
- Alez?, prosze? pana... - przerwał Enfield bardzo zdziwiony.
- Tak - rzekł Utterson - wiem, z?e to sie? panu wydaje dziwne, że tak dopytuję. O nazwisko tej drugiej osoby tylko dlatego nie pytam, poniewaz? juz? się go domyślam. Widzi pan, mo?j Richardzie, pan?ska historia trafiła pod włas?ciwy adres. Prosze? pana: jes?li pan jakiegos? szczego?łu nie podał całkiem s?cis?le, niech pan, prosze?, od razu sprostuje.
- Alez? - odparł Enfield z pewna? cierpkos?cia? - byłem zupełnie s?cisły, by uz?yc? pan?skiego wyraz?enia. Drab miał klucz i wciąż go ma. Niedawno, mniej niż tydzień temu, widziałem, z?e otwierał...
Utterson głe?boko westchnął, nie rzekł jednak ani słowa. Natomiast Enfield się jeszcze odezwał:
- To była znowu dla mnie dobra nauczka: nie gadac?! Wstydze? sie?, z?e jestem takim gaduła?. Proponuje?, nie poruszajmy wie?cej tej sprawy, dobrze?
- Ma pan rację - odpowiedział adwokat. - Daje? panu słowo, Richardzie, że nie będziemy do tego wracać.
III
Czternas?cie dni potem doktor Jekyll zaprosił swoich znajomych na jedno z przemiłych przyje?c?, kto?re od czasu do czasu urza?dzał w swoim domu. Zaproszonych zostało szes?ciu starych druhów. Były to powaz?ne i wpływowe osobistos?ci, kto?re potrafiły docenic? kielich dobrego wina serwowanego przez gospodarza.
Uttersonowi udało się tak pokierowac? biegiem zdarzeń, z?e został w mieszkaniu przyjaciela, gdy inni juz? się poz?egnali. Nie było w tym nic osobliwego, takie sytuacje zdarzały sie? wcześniej cze?sto i to nie tylko w domu Jekylla. Powaz?nego adwokata che?tnie zatrzymywano, gdy rozochoceni i rozmowniejsi gos?cie opus?cili juz? przyjęcie. Po biesiadzie che?tnie odpoczywa sie? przez jakiś czas i uspokaja umysł wymownym milczeniem po wesołej i zazwyczaj głośnej popijawie.
Siedzieli wie?c obaj przyjaciele przy kominku i widać było, z?e doktor Jekyll, rosły, przystojny, pie?c?dziesie?cioletni me?z?czyzna, kto?rego rysy twarzy wyraz?ały wiele mądrości i dobroci - szczerze i głe?boko jest przywia?zany do swojego przyjaciela Uttersona.
- Chciałem juz? dawno z toba? porozmawiać, Henry - rozpocza?ł Utterson. - Wiesz, w sprawie testamentu...
Dociekliwy obserwator mo?głby od razu zauwaz?yc?, z?e ten temat był niewygodny dla doktora Jekylla, kto?ry jednak na wypowiedź dobrego kolegi zareagował w sposo?b z?artobliwy.
- Biedny Uttersonie - rzekł - wiem, z?e masz kłopoty z takim klientem jak ja. Jeszcze wie?cej moz?e miał zmartwień ze mna? ten mo?j były przyjaciel Lanyon, ten zatwardziały pedant, oburzaja?cy sie? na moje śmiałe poglądy, które on nazywał kacerstwem, czyli w jego mniemaniu sekciarstwem. O, wiem dobrze, z?e to szlachetny człowiek. Nie patrz na mnie tak gniewnym wzrokiem. To bardzo zacny człowiek. Che?tnie bym sie? z nim cze?s?ciej widywał, chociaż uwaz?am go za zatwardziałego pedanta, ograniczonego, zawzie?tego pedanta. Żaden człowiek mnie tak nie rozczarował jak ten Lanyon...
- Wiesz przeciez?, z?e ja się nigdy nie zgadzałem... - przerwał Utterson, lekceważąc nowy temat poruszony przez przyjaciela.
- Z moim testamentem? Tak, tak, wiem o tym - rzekł doktor nieco ostrzej - mo?wiłes? mi o tym wcześniej. Pamiętam.
- Włas?nie. I dzisiaj chce? ci to samo powtórzyć - kontynuował adwokat. - Słyszałem cos? niecos? o tym Hydzie...
Szeroka, pie?kna twarz doktora Jekylla zbladła. Oczy jego zasnuła ciemna mgła.
- Nie chce? nic wie?cej o tym słyszec? - rzekł stanowczo. - Nie be?dziemy rozmawiać na ten temat.
- To, czego się dowiedziałem, brzmi wprost fatalnie...
- Nie zmienia to postaci rzeczy. Nie rozumiesz w ogóle mojej sytuacji - odparł doktor - jestem w nieznos?nym połoz?eniu, Uttersonie. Jest ono bardzo, bardzo dziwne... Jest to jedna z tych historii, kto?re wcale nie staja? sie? lepsze, gdy się o nich opowiada...
- Henry - rzekł Utterson - znasz mnie: moz?esz sie? przede mna? otworzyć. Zrzuc? z serca szczerze cały ten cie?z?ar. Jestem pewny, z?e mo?głbym ci pomo?c.
- Mo?j drogi Uttersonie, to bardzo pie?knie z twojej strony, wprost wzruszaja?co. Brak mi sło?w, aby ci podzie?kowac?. Mam do ciebie pełne zaufanie, wierze? ci bardziej niz? komukolwiek innemu, ba, wie?cej niz? sobie samemu. Ale doprawdy jest w tej sprawie coś zupełnie innego, niz? przypuszczasz. Zatrzegam od razu, że nie ma w tym nic zdroz?nego, nieprzyzwoitego i abys? był zupełnie spokojny, moge? ci powiedziec?, że w kaz?dej chwili moge? pozbyc? się pana Hyde'a. Daje? ci na to słowo. Dzie?kuje? raz jeszcze za twoje zainteresowanie, ale powiem ci, Uttersonie, dwa słowa, kto?rych nie bierz mi za złe: to jest moja sprawa prywatna. Ba?dz? łaskaw nie wtra?cac? sie? do niej...
Utterson spogla?dał przez chwile? w zamys?leniu w ogien? płona?cy w kominku.
- Bezsprzecznie... masz zupełna? racje? - rzekł wreszcie i wstał.
- Poniewaz? jednak poruszylis?my te? sprawe? i to przypuszczalnie po raz ostatni - rzekł Jekyll - chciałbym ci coś jeszcze wyjas?nić. Interesuje? sie?, rzeczywis?cie, bardzo owym biednym panem Hyde'm. Wiem, z?e go poznałes?, mo?wił mi o tym. Obawiam sie?, z?e był wówczas nieuprzejmy. Ale weź pod uwagę: ten młody człowiek budzi moje ogromne zainteresowanie i przejmuję się jego losem. Gdyby mnie juz? nie było na tym świecie, obiecaj mi, prosze?, Uttersonie, z?e okaz?esz sie? wobec niego cierpliwy i dopomoz?esz mu w sprawach spadkowych. Jestem przekonany, z?e zrobiłbys? to, gdybys? mo?gł wszystko na ten temat wiedziec?... Przyniesie mi wielka? ulge?, jes?li mi to obiecasz...
- Nie moge? ci obiecac?, z?e zdołam go polubic? - powiedział adwokat.
- Tego od ciebie nie wymagam - zaprotestował Jekyll i połoz?ył re?ke? na jego ramieniu - prosze? tylko o uczciwe potraktowanie tego człowieka. Prosze?, bys? mu pomo?gł, gdy mnie juz? nie be?dzie...
Utterson nie mo?gł powstrzymac? westchnienia.
- Dobrze - rzekł - obiecuje?.