Doktor Faustus - Thomas Mann

Reflow text when sidebars are open.
(...) Danym mi było spędzić wiele lat życia w bliskiej zażyłości z genialnym człowiekiem, bohaterem tych oto kartek, znać go od dzieciństwa, być świadkiem jego rozwoju, jego losu i uczestniczyć w jego twórczości w skromnej roli pomocnika. Libretto według Szekspirowskiej komedii Stracone zachody miłości[11] do zuchwałego młodzieńczego dzieła Leverkühna jest mego pióra, a wolno mi było również wywrzeć pewien wpływ na przysposobienie tekstu do groteskowej suity operowej Gesta Romanorum[12], jak też i do oratorium Objawienie św. Jana Teologa[13]. To jedno, a raczej już jedno i drugie. Prócz tego jestem przecież w posiadaniu papierów, bezcennych notatek, które zmarły mnie, nie komu innemu, w dniach zdrowia lub, jeśli nie wolno mi tak powiedzieć, w dniach swego względnego i legaliter[14] uznanego zdrowia, ostatnią wolą przekazał i na których w opisie moim opierać się będę, a z których nawet zamyślam po rozważnym wyborze włączyć tutaj wprost pewne fragmenty. Na koniec i po pierwsze jednak - a usprawiedliwienie takie było zawsze dotychczas najważniejsze, jeśli nie przed ludźmi, to przed Bogiem: kochałem go - z przerażeniem i czułością, z litością i głębokim podziwem - i nie pytałem przy tym, czy on w najmniejszej choćby mierze uczucie to odwzajemnia.
Nie czynił tego, o nie. W zapisie przekazującym mi szkice kompozytorskie i kartki dziennika wyraża się przyjazno-rzeczowe, chciałbym niemal rzec: łaskawe i z pewnością zaszczytne dla mnie zaufanie do mej sumienności, pietyzmu i poprawności. Ale kochać? Kogóż ten człowiek kochał? Pewną kobietę niegdyś - być może. Pod koniec życia pewne dziecko - możliwe. Pewnego lekkoducha, franta, który wszystkich sobie umiał pozyskać, był zawsze na wyskoki i którego potem, zapewne dlatego właśnie, że czuł ku niemu skłonność, oddalił od siebie, odesłał - i to na śmierć. Komuż serce otworzył, kiedykolwiek do życia swego przypuścił? To się po Adrianie nie pokazało. Pokorne oddanie przyjmował - gotów jestem przysiąc: często nawet go nie zauważając. Obojętność jego była tak wielka, że niekiedy tylko zdawał sobie sprawę z tego, co się wokół niego dzieje, w jakim towarzystwie się znajduje, a fakt, że nader rzadko nazywał po imieniu swego rozmówcę, pozwala mi przypuszczać, że imienia jego w ogóle nie znał, choć tamten miał przecie prawo sądzić coś wręcz przeciwnego. Samotność jego chciałbym porównać do przepaści, w której uczucia, jakie mu okazywano, ginęły bez dźwięku i śladu. Wokół niego było z i m n o i jakichże uczuć doznaję, używając tego słowa, które i on niegdyś zapisał był w niesamowitym kontekście! Życie i doświadczenie mogą użyczać poszczególnym zgłoskom akcentu, który całkowicie odbiera im codzienny ich sens, przydając zarazem aureoli grozy, jakiej nie pojmie nikt, kto jej nie poznał w najstraszliwszym znaczeniu.
PRZYPISY
WSTĘP
[1] Nie kto inny jak Karl Kraus satyrycznie sponiewierał znane osiemnasto- i dziewiętnastowieczne niemieckie określenie Deutschland, das Land der Dichter und Denker. Następnie uzupełnił je właśnie o człon: Deutschland, das Land der Richter und Henker. Zob. K. Kraus, Die deutsche Schmach (1908), w: idem, Die chinesische Mauer, http://www.textlog.de/39167.html (dostęp: 9 II 2018).
[2] T. Mann, list do M. Rychnera z 26 października 1947, w: idem, Listy, wyd. E. Mann, t. 2: 1937-1947, tłum. W. Jedlicka, T. Jętkiewicz, Warszawa 1970, s. 720.
[3] T. Mann, Ansprache im Goethejahr, w: idem, Politische Schriften und Reden, t. 3, Frankfurt am Main 1968, s. 310. Jeśli nie zaznaczono inaczej, tłumaczenia cytowanych tekstów obcojęzycznych pochodzą od autora Wstępu.
[4] Zob. J. Strobel, Entzauberung der Nation. Die Repräsentation Deutschlands im Werk Thomas Manns, Dresden 2000, s. 334-335.
[5] T. Mann, Doktor Faustus. Żywot niemieckiego kompozytora Adriana Leverku?hna, opowiedziany przez jego przyjaciela, tłum. M. Kurecka, W. Wirpsza. Wszystkie cytaty pochodzą z niniejszego wydania; s. 800, 805.
[6] Ibidem, s. 805 (podkreśl. H. O.).
[11] Stracone zachody miłości - komedia Williama Szekspira (1564-1616), powstała ok. 1595 r., pełniła w dyskusjach oraz w pracy twórczej Leverkühna istotną funkcję. Akcja sztuki rozgrywa się w krainie Nawarry, gdzie król Ferdynand wraz z trzema towarzyszami postanawiają narzucić sobie na trzy lata rygorystyczne zakazy, m.in. przebywania w towarzystwie kobiet. W mieście pojawia się jednak francuska księżniczka z trzema damami dworu, co wywołuje szereg perypetii oraz sprawia, że postanowienie mężczyzn spełza na niczym.
[12] Gesta Romanorum (Dzieje rzymskie) - głośny zbiór łacińskich przypowieści anonimowego autora, powstały prawdopodobnie w Anglii ok. 1330 r.; zawiera ok. 300 opowiastek kończących się każdorazowo komentarzem wyjaśniającym ich sens; przeznaczony dla kaznodziejów i zakonników.
[13] Tytuł dzieła nawiązuje do jedynej księgi prorockiej Nowego Testamentu, biblijnej Księgi Objawienia autorstwa apostoła Jana.
[14] legaliter (łac.) - prawnie, zgodnie z prawem; tu: oficjalnie.
WSTĘP
I. BRZEMIĘ NIEJEDNO MA IMIĘ
Tej powieści wyczekiwano z utęsknieniem. Zasadnym. Wszak przynieść miała ona odpowiedź na pytanie: "Dlaczego?". Dlaczego naród niemiecki dał się "uwieść" Hitlerowi i ideologii nazizmu? Dlaczego naród "poetów i myślicieli" stał się na lat dwanaście ojczyzną "sędziów i katów"[1]?
Na długo przed ukazaniem się Doktora Faustusa, gdy tylko rozeszły się wieści o pracy Thomasa Manna nad kolejnym dziełem, zaczęto je obdarzać wyraziście zróżnicowanymi dookreśleniami: mianem powieści a to o losie i przeznaczeniu Niemiec, a to o kryzysie kultury oraz o tragizmie współczesnego artysty, wreszcie - powieści politycznej czy powieści epoki (Epochenroman). Rozdygotane poznawczo, co do częstotliwości zdumiewająco rozległe oraz zaskakująco rozpięte w sieciach kategorialnych, piśmiennictwo na temat tego dzieła Manna - poczynając od wielorako spolaryzowanej publicystyki, przez błyskotliwe eseje, aż po wypełnione drobiazgową wiedzą pozytywistyczną studia i monografie - stanowi usprawiedliwienie pogoni za odkrywaniem bogactw jego odniesień i ustaleń, jakże niepewnych w swej pewności. Nadto: wszystkie owe dociekania znajdują uzasadnienie zarówno w samej powieści, jak i w niezwyczajnie bogatej refleksji dookolnej samego autora. Właśnie, również autora. Dziś natomiast, współcześnie, te spory tużpowojennych obrońców i oskarżycieli "żywota niemieckiego kompozytora Adriana Leverkühna opowiedzianego przez przyjaciela" wydają się antykwaryczne; zwłaszcza ze względu na postępy badań nad korzeniami nazizmu.
Spojrzenie na Mannowski "kompleks Faustusa" przez pryzmat kategorii brzemienia, i to różnorodnego, jest jak najbardziej zasadne. Sam proces twórczy, formowanie (się) ideologii i przesłania powieści, to brzemię dla Manna niezwyczajne; wszak czuł się on odpowiedzialny przed swoimi rodakami, jako pisarz oraz emigrant polityczny, w sposób szczególny. Dawał temu wyraz niejednokrotnie. Mową Niemcy i naród niemiecki (Deutschland und die Deutschen), wygłoszoną 29 maja 1945 w Library of Congress, mową wyjątkową, o nieprzeciętnym rezonansie, powracał na grunt sobie najbliższy: uzewnętrzniał pragnienie odzyskania prawa do "niemieckości". Skoro przymierzał się do roli reprezentanta epoki mieszczaństwa niemieckiego w XX wieku, nie mógł i nie powinien był obojętnie przyglądać się losom własnego narodu; również po kapitulacji Trzeciej Rzeszy. Jeśli chciał uchodzić za przedstawiciela tegoż narodu, mimo amerykańskiego obywatelstwa, musiał się wyraziściej kreować na niemieckiego, na arcyniemieckiego pisarza. Myśl o ryzyku, iż Niemcy będą uważać go za "dezertera z niemieckości"[2], prześladowała go nieledwie traumatycznie. Jak żaden z ludzi pióra, pragnął Mann budować swą wielkość na glebie narodowej, z jej autentycznych oraz zmistyfikowanych kompleksów. Nieprzypadkowo zatem jesienią 1946 przystał na opublikowanie fragmentów dziennika z lat 1933-1934, zatytułowanych znamiennie: Leiden an Deutschland (Cierpienie na Niemcy).
Brzemieniem był również, i wciąż jeszcze bywa, trud odpowiedzi na pytanie o sedno powieści, o jej kluczowy sens. Zmagali się z tym brzemieniem zarówno badacze akademiccy, jak i liczni komentatorzy przygodni. Lista kłopotów ze standardami "mannologii", nie tyle czy nie tylko wyśrubowanej ponad potrzeby obywatelskiego odczytania, jest długa. Wahania samego twórcy co do konceptu Doktora Faustusa, horyzont przed(?)wczesnych oczekiwań względem powieści, autorskie przyzwolenie na rozmyte rozumienie filozoficznego przesłania dzieła, wreszcie: wybiórcza petryfikacja dominującej wykładni - to niektóre argumenty na rzecz właśnie takiej diagnozy. Niepodobna wreszcie pominąć nierozwiązanej jak dotąd kwestii konkurencyjnych modeli interpretacji: modelu, w którym nad "czystą interpretacją" dominuje intencja autora w procesie twórczym, i tego, w którym całkowicie się ją ignoruje.
Mann, świadek i uczestnik wielkich pęknięć cywilizacyjnych oraz zmierzchu dwu, trzech epok, zwolennik tyluż otwarć na kolejne fazy historii, posiadacz pięciu obywatelstw-paszportów, postać-alibi dla wielu, acz niepozbawiona stygmatu klinczu interpretacyjnego: te aspekty, wszystkie, składają się na postrzeganie wielkiego "czarodzieja" mistrzowskich opowieści. Obcy był mu nomadyzm, a jednak wiódł on życie "mobilne". Choć bronił się przed wszelką jednoznacznością polityczną i ideologiczną, został napiętnowany za mglistą sympatię do NRD. Tak bardzo pragnął reprezentować całe Niemcy i całą kulturę niemiecką, a mimo to bywał odtrącany przez niemieckie środowiska literackie. Był świadom korzeni tych odtrąceń. Pisał z goryczą: "Wiem, że emigrant niewiele w Niemczech znaczy"[3].
Tragizm Manna brał się nie tylko z tego, jakże steatralizowanego, odtrącania. Jako twórca wyczulony na polityczne konwulsje swej ojczyzny oraz naszego kontynentu, nie mógł autor Doktora Faustusa nie mieć świadomości dysonansu granej przez siebie roli twórcy (niemal) narodowego. Jeżeli bowiem komuś miano to miałoby przysługiwać w pierwszej połowie XX wieku, to z całą pewnością przede wszystkim Mannowi. Wspomniany dysonans - jak dowodzi Jochen Strobel - stanowił wypadkową aspiracji bycia reprezentantem tradycji narodowej oraz godzenia się z nieodwracalnością "odczarowywania narodu", czyli procesu jego modernizacji. Utożsamianie się narodowych socjalistów z "niemieckością" z jednej strony stanowiło dla pisarza szok mobilizujący jego aktywność polityczną, z drugiej natomiast osłabiało przekonanie o "niewinności" niemieckiej kondycji narodowej, a wzmacniało - to o problematycznej wyjątkowości narodu niemieckiego. Stąd tylko krok do zrezygnowania z mandatu narodowej reprezentacji. Oto jak "naród" przestaje pełnić funkcję nadrzędnego regulatora twórczej aktywności. Takie momenty, jak piętnastoletnia praca nad tetralogią biblijną czy sięgnięcie po starotestamentowy, a więc ponadnarodowy wątek genezy tablic Mojżeszowych w opowieści Prawo, pozwalają na formułowanie wniosków zaskakujących.
Powieść Doktor Faustus - w tym kierunku zmierza narracja Wstępu - stanowi argument na rzecz dyskursu remityzacji, a nie "odczarowywania" dziejów własnego narodu. Stąd Strobel upatruje, i nie bez słuszności, w ewolucji całej, nie tylko eseistyczno-publicystycznej, twórczości Manna przypadek chwiejnej równowagi między przed- a ponowoczesną ofertą pojmowania narodu (jako wspólnoty wyobrażonej w rozumieniu Benedicta Andersona)[4]. Nie jest więc dziwne, iż Mannowskie widzenie siebie samego w roli (problematycznego) "wieszcza narodowego" poddawane było nieprzerwanej weryfikacji; zdumiewająco często z wynikiem niepomyślnym.
Finalny wydźwięk dzieła Manna - aczkolwiek dla miażdżącej większości jego odbiorców zrealizowany niezauważalnie - zanegowany został w sposób spektakularny i widowiskowy w chwili symbolicznego zjednoczenia Niemiec. W Boże Narodzenie 1989 roku wykonaniem IX Symfonii Ludwiga van Beethovena pokierował w Berlinie sam Leonard Bernstein. To głos człowieka miał w tej dla Niemiec szczególnej chwili dziejowej wyrażać emocje ludzkie. Śpiewano "O radości, iskro bogów..." oraz "Wszyscy ludzie będą braćmi...". Również w ten sposób świętowano zjednoczenie Niemiec. Na płaszczyźnie politycznych zachowań symbolicznych był to niewątpliwie kres podziału tego państwa. Ale nie koniec na tym - miało być jeszcze bardziej groteskowo. 26 października 1996, a więc siedem lat później, po zawieszeniu wieńca na szczycie dwudziestodwupiętrowego wieżowca Renzo Piano na placu Poczdamskim światowej sławy dyrygent Daniel Barenboim polecił na największym placu budowy Europy u schyłku naszego stulecia tańczyć dźwigom, a właściwie ich ramionom, w takt Dziewiątej, w harmonii z Odą do radości. Uważny znawca tradycyjnie dominującej wykładni Doktora Faustusa winien był zadać sobie w tym momencie i w tym kontekście naiwne, acz kluczowe pytanie: czy wspomniany spektakl (polityczno-muzyczny) mógł (a może miał) stanowić symboliczne "anulowanie unieważnienia"?! Przypomnę, że Adriana Leverkühna symfoniczną kantatę Lament Doctoris Fausti, ów "niesamowity cykl wariacyjny skargi - i jako taki w negatywnym sensie spokrewniony z finałem Dziewiątej Symfonii i jej radosnymi wariacjami" - wieńczy przecież finał "czysto orkiestralny"[5]!
Komentarz narratora Zeitbloma nadaje muzycznemu dziełu Leverkühna wymowę szczególną. Miał - oraz ma do dziś - zadziwiający wpływ na recepcję twórczości Manna, a także na same badania nad nią. Sedno owego komentarza brzmi zaś:
symfoniczne adagio, w które po owym piekielnym galopie przechodzi stopniowo potężnie narastająca chóralna skarga - jest to zarazem przeciwieństwo drogi wiodącej do Pieśni do radości, kongenialny negatyw owego przejścia od symfonii do wokalnego uniesienia, jest jego o d e b r a n i e m...[6]
W wersji oryginalnej mowa tu o Zurücknahme. Bardziej trafnego odpowiednika w polszczyźnie poszukiwałbym wśród takich określeń, jak "unieważnienie", "anulowanie", "cofnięcie przyzwolenia", "odwołanie". Termin "odebranie" wydaje się w tym kontekście najmniej adekwatny.
Nie sposób podejrzewać organizatorów symbolicznego spektaklu z 1989 roku o znajomość owej niemal kanonicznej wykładni Doktora Faustusa. Czytelników powieści winna natomiast zastanowić właśnie symboliczna wymowa tego aktu; oczywiście przy założeniu, iż powieść Manna odbierana bywała (i nadal bywa) jako dzieło o wyrazistych ambicjach historiozoficznych. Sądzę również, że szczególna struktura narracji Doktora Faustusa, uprawniająca faktycznie do formułowania opinii o wymownej korespondencji losów Leverkühna i Niemiec, a więc do jedynej w swoim rodzaju wykładni "predestynacji demoniczności", stanowi czynnik utrudniający zrozumienie mentalnego horyzontu możliwości kognitywnych samego Serenusa Zeitbloma, a więc - dodam z naciskiem - wytworu wyobraźni autora.
Zadziwiające "unieważnienie unieważnienia"! Rzec by należało: "Biedny Thomasie Mannie! Dokąd przyjdzie ci teraz, po zjednoczeniu Niemiec, uciekać wespół z twoją zbudowaną na teleologicznych zrębach pesymistyczną opowieścią mistrzowską (Meistererzählung), opowieścią-zaprzeczeniem Ody?".
Aby dopowiedzieć tę przedziwną wykładnię (pozbawioną puenty) do końca, acz bez większej nadziei, iż wstrząśnie ona skamieliną hegemonialnej tradycji egzegetycznej, trzeba by przywołać pomijany dotąd wątek z zapisków wspomagających, sporządzonych przez Theodora W. Adorna na prośbę Manna. Nastąpi to w rozdziale IX Wstępu.