Spis treści
ROZDZIAŁ PIERWSZY PUDDLEBY
ROZDZIAŁ DRUGI JĘZYK ZWIERZĄT
ROZDZIAŁ TRZECI DALSZE KŁOPOTY Z PIENIĘDZMI
ROZDZIAŁ CZWARTY LIST Z AFRYKI
ROZDZIAŁ PIĄTY WIELKA PODRÓŻ
ROZDZIAŁ SZÓSTY POLINEZJA I KRÓL
ROZDZIAŁ SIÓDMY MAŁPI MOST
ROZDZIAŁ ÓSMY PRZYWÓDCA LWÓW
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY NARADA MAŁP
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY NAJRZADSZE ZWIERZĘ NA ŚWIECIE
ROZDZIAŁ JEDENASTY CZARNY KSIĄŻĘ
ROZDZIAŁ DWUNASTY MEDYCYNA I MAGIA
ROZDZIAŁ TRZYNASTY KARMAZYNOWE ŻAGLE I GRANATOWE SKRZYDEŁKA
ROZDZIAŁ CZTERNASTY OSTRZEŻENIE SZCZURÓW
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY SMOK MAGHREBU
ROZDZIAŁ SZESNASTY TU-TU GUMOWE UCHO
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY PLOTKI Z OCEANU
ROZDZIAŁ OSIEMNASTY ZAPACHY
ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY SKAŁA
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY RODZINNE MIASTO RYBAKA
ROZDZIAŁ OSTATNI NARESZCIE W DOMU
Przypisy
Okładka Strona tytułowa Strona redakcyjna Spis treści ROZDZIAŁ PIERWSZY. PUDDLEBY
ROZDZIAŁ PIERWSZY PUDDLEBY
Dawno, dawno temu - kiedy nasi dziadkowie byli jeszcze małymi dziećmi - żył sobie doktor, który nazywał się Dolittle - John Dolittle, doktor nauk medycznych, co oznacza, że był to nie byle kto i znał się na swoim fachu, jak chyba nikt inny. Mieszkał w Puddleby nad rzeką Marsh. Wszyscy mieszkańcy miasteczka, starzy i młodzi, znali go doskonale, choćby tylko z widzenia. A ilekroć szedł w dół ulicy w swym cylindrze na głowie, zewsząd dochodziły głosy: "Patrzcie, patrzcie, doktor idzie! Trudno o mądrzejszego człowieka". I wtedy psy i dzieci ruszały biegiem za nim, tworząc liczny i głośny orszak i nawet kruki krakały z wieży kościelnej, kiwając głowami z uznaniem. Domek na przedmieściu, w którym od zawsze mieszkał, był malusieńki, ale na jego tyłach i froncie znajdował się olbrzymi ogród z szerokim trawnikiem, a pod gałęziami płaczących wierzb stały kamienne ławeczki. Domem zajmowała się jego siostra Sara Dolittle, natomiast ogrodu doglądał doktor osobiście. Uwielbiał on zwierzęta i miał ich u siebie bez liku. Oprócz złotych rybek w stawie na końcu ogrodu, miał również króliki w spiżarni, białe myszki w fortepianie, wiewiórkę w bieliźniarce i jeża w piwnicy. Trzymał także krowę z cielęciem i starego, kulawego konia, który liczył sobie dwadzieścia pięć wiosen, kury i gołębie, dwie owieczki i wiele innych zwierzaków. Ale jego pupilkami były kaczka Dab-Dab, pies Jip, prosiątko Geb-Geb, papuga Polinezja i sowa Tu-Tu.
Siostra doktora stale narzekała na wszystkie te zwierzęta, twierdząc, że strasznie brudzą w domu. Aż pewnego dnia starsza dama cierpiąca na reumatyzm, przyszła na wizytę do doktora i usiadła na jeża, który spał sobie na sofie. Od tamtej pory nigdy już nie umawiała się z doktorem, tylko co sobota jeździła aż do Oxenthorpe, całe dziesięć mil, by w tamtym miasteczku zasięgać porad innego lekarza. Wówczas jego siostra Sara Dolittle przyszła do niego, mówiąc:
- John, jak ty chcesz, żeby chorzy przychodzili do ciebie na wizyty, skoro trzymasz w domu wszystkie te zwierzęta? Ładny mi doktor, u którego w salonie roi się od jeży i myszy! To już czwarty pacjent, którego odstraszyły twoje zwierzęta. Dziedzic Jenkins i pastor twierdzą, że nawet nie podeszliby do naszego domu, choćby od tego zależało ich życie. Z dnia na dzień robimy się biedniejsi. Jeżeli nic tu się nie zmieni, to potracisz najlepszych pacjentów.
- Ale ja zdecydowanie wolę zwierzęta nawet od najlepszych z ludzi - odparł doktor.
- Jesteś żałosny - odparła siostra i wyszła z jego pokoju. I tak, wraz z upływem czasu doktor miał coraz więcej i więcej zwierząt, a pacjentów przybywających na badania było coraz mniej i mniej. Aż w końcu nie został ani jeden - to znaczy ani jeden poza Handlarzem Mięsem dla Kotów, któremu żadne zwierzęta nie robiły różnicy. Ale ten handlarz nie śmierdział groszem, a na dodatek chorował tylko raz do roku - w okolicach Świąt Bożego Narodzenia i wtedy płacił doktorowi sześć pensów za butelkę medykamentu. Sześć pensów na rok to nie było wystarczająco, nawet w tamtych jakże odległych czasach, i nie wiadomo, co mogłoby się wydarzyć, gdyby doktor nie miał w skarbonce nieco pieniędzy odłożonych na czarną godzinę.
No i zwierząt w domu doktora przybywało jak grzybów po deszczu. A wykarmienie takiej czeredy musiało nieźle kosztować. Tak też kupka uskładanych pieniędzy robiła się coraz cieńsza i cieńsza. Gdy była już bardzo mała, doktor sprzedał pianino, a białe myszki zamieszkały w szufladzie od biurka. A gdy pieniądze za instrument były na wyczerpaniu, sprzedał swój niedzielny brązowy garnitur i tak oto stawał się coraz uboższy i uboższy. I teraz, gdy szedł w dół ulicy w swoim cylindrze, ludzie mówili jeden do drugiego: "Patrzcie, patrzcie, doktor idzie! Doktor nauk medycznych! W swoim czasie najbardziej znany lekarz na zachodzie kraju! Przyjrzyjcie mu się teraz uważnie. Jest zupełnie bez grosza, a w pończochach ma same dziury!".
Ale psy, koty i dzieci nadal biegały za nim przez miasteczko w hałaśliwym orszaku zupełnie tak samo jak wtedy, gdy był jeszcze bogaty.