Dokręcanie śruby - Henry James

Reflow text when sidebars are open.
Ta historia zastała nas siedzących przy kominku i trzymała w napięciu do samego końca. Poza oczywistą uwagą, iż była makabryczna, jak zresztą przystało na dziwną opowieść snutą w starym domu w wigilijny wieczór - nie przypominam sobie, by padł jakikolwiek komentarz, dopóki ktoś nie zauważył mimochodem, że był to jedyny przypadek, jaki znał, w którym takie widzenie przydarzyło się dziecku. Wspomnę tylko, że sprawa dotyczyła widzenia, które miało miejsce w takim samym starym domu, w jakim zgromadziliśmy się przy tej okazji - przerażającego widzenia, jakie przydarzyło się małemu chłopcu, śpiącemu w pokoju ze swoja matką, którą obudził przerażony, jednak nie po to, by rozwiała jego lęk i ukołysała z powrotem do snu, ale by sama wpierw zobaczyła to, co nim tak wstrząsnęło. To właśnie ta obserwacja wywołała u Douglasa - nie od razu, ale później tego wieczoru - odpowiedź, która miała ciekawe konsekwencje, na jakie chciałbym zwrócić uwagę. Ktoś inny opowiedział historię, która nie była już tak ciekawa i widziałem, że przestał słuchać. Był to dla mnie znak, że sam ma coś do powiedzenia i musimy tylko zaczekać. Czekaliśmy zatem dwie kolejne noce i tego samego wieczoru, kiedy się już rozchodziliśmy, powiedział to, co miał na sercu.
- Częściowo zgadzam się - jeśli chodzi o widzenie Griffina, czy cokolwiek to było - że jego objawienie się najpierw małemu chłopcu, tak wrażliwemu w tym wieku, jest szczególnie poruszające. Ale to nie pierwszy taki urzekający przypadek, jaki znam, z udziałem dziecka. Jeśli dziecko dokręca śrubę, co powiecie o dwójce dzieci?
- Oczywiście powiemy, że dokręcanie jest podwójne! - krzyknął ktoś - i że chcemy usłyszeć tę historię.
Widzę Douglasa stojącego przed kominkiem, z rękami w kieszeniach, odwróconego plecami do ognia i patrzącego na swoich rozmówców.
- Nikt wcześniej, z wyjątkiem mnie, nigdy jej nie słyszał. Jest zbyt straszna.
To, rzecz jasna, zostało uznane przez kilka głosów za wartość dodaną i nasz przyjaciel, z cichym kunsztem, przeniósł na nas swój wzrok i triumfalnym głosem kontynuował:
- To przekracza wszelkie granice. Nic co znam, nie dorównuje tej opowieści.
- Ze względu na grozę? - pamiętam, że zapytałem.
Wydawało się, że powiedział, że to nie takie proste, że naprawdę nie wie, jak to określić. Zasłonił oczy ręką, skrzywił się lekko. - Ze względu na przeraźliwość!
- Och, cudownie! - zawołała jedna z kobiet.
Nie zwrócił na nią uwagi, popatrzył na mnie, ale tak, jakby zobaczył to, o czym mówił.
- Ze względu na ogólną, odrażającą ohydę, grozę i ból.
- Cóż - powiedziałem - zatem po prostu usiądź i opowiadaj.
Odwrócił się w stronę ognia, kopnął kawałek drewna i przez chwilę mu się przyglądał. Potem ponownie odwrócił się do nas:
- Nie mogę. Muszę posłać po nią do miasta.
W odpowiedzi wszyscy jednomyślnie jęknęli z niezadowoleniem, więc w zamyśleniu wyjaśnił:
- Historia jest spisana. Leży od lat zamknięta w szufladzie. Mógłbym napisać do znajomego i przekazać mu klucz, a on mógłby przysłać nam ją tutaj. - Wydawało się, że to właśnie do mnie kierował tę propozycję, niemal apelując o pomoc. Przełamał grubą warstwę lodu, nagromadzoną przez niejedną zimę. Miał swoje powody, by milczeć tak długo. Reszta nie była zadowolona z przełożenia opowieści, ale to właśnie jego skrupuły mnie urzekły. Zaklinałem go, żeby wysłał list zaraz z rana i zgodził się opowiedzieć nam wcześniej tę historię. Potem zapytałem go, czy to były jego własne doświadczenia. Na to odpowiedział natychmiast:
- Och, dzięki Bogu, nie!
- A te zapiski są twoje? Ty je zrobiłeś?
- Jedynie wrażenia. Wszystko mam tutaj - dotknął serca. - Nigdy tego nie zgubiłem.
- A te zapiski...?
- Są stare, wyblakłe i jednocześnie zapisane przepięknym pismem - na moment zawiesił głos. - Kobiecym. A ona nie żyje od dwudziestu lat. Przesłała mi je tuż przed swoją śmiercią.
Teraz już wszyscy słuchali i oczywiście znalazł się ktoś, kto zechciał być dowcipny - lub przynajmniej wysnuć odpowiedni wniosek. Zrobił to jednak bez podśmiewania się i zniecierpliwienia.
- Była osobą niezwykle czarującą, choć starszą ode mnie o dziesięć lat. Była guwernantką mojej siostry - rzekł spokojnie. - Najsympatyczniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek znałem, zasługiwała na każdą pozycję, jaką by jej życie mogło ofiarować. To było dawno, a tamto zdarzenie miało miejsce jeszcze wcześniej. Studiowałem w Trinity, a gdy wróciłem do domu kolejnego lata, zastałem ją tam. Tego roku spędzałem w domu wiele czasu - był to przepiękny rok - i w jej wolnych chwilach odbywaliśmy wspólne spacery i rozmowy w ogrodzie. Rozmowy, w których uderzała mnie swym niezwykłym umysłem i ujmującym sposobem bycia. Och tak, nie śmiejcie się: bardzo ją lubiłem i do dziś cieszę się na myśl, że i ona darzyła mnie sympatią. Gdyby tak nie było, nie zwierzyłaby mi się. Nigdy wcześniej nikomu o tym nie mówiła. Nie tylko dlatego, że tak twierdziła - ja to po prostu wiedziałem. Byłem pewien, widziałem to po niej. Zresztą łatwo sami osądzicie dlaczego, gdy usłyszycie.
- Ze względu na grozę tego wydarzenia?
- Szybko to osądzisz - powtórzył - zobaczysz.
- Rozumiem. Była zakochana.
Pierwszy raz roześmiał się.
- Sprytny jesteś. Tak, była zakochana. To wyszło - nie mogłaby opowiedzieć swojej historii bez obnażenia tego faktu. Widziałem to i ona widziała, że ja to wiem, ale nie rozmawialiśmy o tym. Pamiętam czas i miejsce - narożnik trawnika, cień ogromnej buczyny, długie, ciepłe popołudnie. To nie była sceneria wywołująca dreszcze, ale cóż...!
Odszedł od kominka i opadł na krzesło.
- Czyli przesyłka przyjdzie we wtorek rano? - zapytałem.
- Najprawdopodobniej nie wcześniej niż drugą dostawą.
- Cóż, zatem po obiedzie...
- Spotkamy się tutaj wszyscy? - popatrzył na nas. - Nikt nie wyjeżdża? - W jego głosie słychać było nutkę nadziei.
- Wszyscy zostaną!
- Ja też! - i to "ja też" zawołała kobieta, której wyjazd został przesunięty. Pani Griffin jednak poprosiła o więcej szczegółów.
- W kim ona się zakochała?
- Wszystkiego dowiemy się z historii - poczułem, że to ja powinienem jej odpowiedzieć.
- Och, nie doczekam się!
- Z historii się tego nie dowiecie - powiedział Douglas - nie w sposób dosłowny ani trywialny.
- Tym bardziej szkoda. Tylko tak mogę to rozumieć.
- Powiesz nam, Douglas? - zapytał ktoś inny.
Douglas z powrotem wstał.
- Tak - jutro. Teraz muszę iść spać. Dobranoc. Chwycił świecznik i wyszedł pozostawiając nas w lekkiej dezorientacji. Z końca wielkiego, brązowego korytarza słychać było jego kroki na schodach. Wówczas przemówiła Pani Griffin.
- Cóż, nawet jeśli nie wiem w kim ona była zakochana, to wiem, w kim on był.
- Była od niego starsza o dziesięć lat - powiedział jej mąż.
- Tym bardziej więc - w tym wieku! Ale to całkiem urocze, ta jego długa wstrzemięźliwość.
- Czterdzieści lat! - wtrącił Griffin.
- I wreszcie ten wybuch.
- Ten wybuch - odparłem - uczyni z czwartkowego wieczoru prawdziwe wydarzenie. Wszyscy zgodzili się ze mną tak jednomyślnie, że w świetle tego odkrycia straciliśmy uwagę dla wszystkiego innego. Ostatnia opowieść, choć niepełna i wyglądająca raczej na sam początek jakiegoś cyklu, została opowiedziana. Uścisnęliśmy sobie dłonie i - jak ktoś ujął to żartobliwie - "zagasiliśmy świece", po czym udaliśmy do łóżek.
Następnego dnia wiedziałem, że list zawierający klucz, został dostarczony do jego londyńskiego apartamentu już z pierwszą pocztą, jednak ze względu na - a może właśnie z tego powodu - stopniowego rozgłoszenia tej wiadomości, zostawiliśmy go w spokoju aż do kolacji, do tej części wieczoru, która mogła najlepiej współbrzmieć z rodzajem emocji, na jakie wszyscy po cichu czekaliśmy. Wówczas stał się tak rozmowny, jak tylko mogliśmy sobie życzyć - i prawdę mówiąc, podał nam najdoskonalszy z powodów, by taki właśnie być. Usłyszeliśmy to od niego ponownie przed kominkiem w sali, gdzie poprzedniego wieczoru wyrażaliśmy nasze zachwyty. Okazało się, że opowieść, którą obiecał nam przeczytać, rzeczywiście wymagała kilku słów wstępu, by ją właściwie zrozumieć. Pozwólcie mi tu wyraźnie zaznaczyć, żeby mieć to już za sobą, że tę narrację, sporządzoną przeze mnie znacznie później, podam wkrótce. Biedny Douglas, zanim umarł - tuż przed samą śmiercią - powierzył mi manuskrypt, który dotarł do niego trzeciego dnia i który, w tym samym miejscu, zaczął czytać naszemu małemu gronu czwartego dnia wieczorem, wywołując tym na nas ogromne wrażenie. Damy, które miały wyjechać, a obiecały zostać, ostatecznie dzięki Bogu wyjechały w wyniku poczynionych wcześniej ustaleń, szalenie zaciekawione, jak wyznały, już samym początkiem opowieści. To sprawiło, że ostateczne grono słuchaczy było bardziej zwarte i wyselekcjonowane, skupione wokół opowieści i wspólnego wzruszenia. Pierwsze słowa przekazywały, że zapis podejmuje opowieść w pewnym momencie po jej rozpoczęciu. Wiadomo było zatem, że jego stara przyjaciółka, najmłodsza z kilku córek biednego wiejskiego pastora, w wieku dwudziestu lat, po raz pierwszy podejmując posługę w szkole, przybyła do Londynu pełna obaw, aby osobiście odpowiedzieć na ogłoszenie, w ramach którego prowadziła już krótką korespondencję z ogłoszeniodawcą. Kiedy stawiła się na rozmowę w domu przy Harley Street - domu, który wydał jej się ogromny i onieśmielająco wspaniały - przyszły pracodawca okazał się dżentelmenem, kawalerem w kwiecie wieku, postacią, jaka dotąd mogła stanąć przed roztrzęsioną, nieśmiałą dziewczyną z plebanii w Hampshire jedynie we śnie lub na kartach dawnej powieści. Nietrudno było określić jego typ - ten, który, na szczęście, nigdy nie umiera. Był przystojny, miły i ujmujący, swobodny, wesoły i życzliwy. Wydał jej się - nieuchronnie - pełen rycerskiego blasku i wspaniałości, lecz najbardziej poruszyło ją to, iż przedstawił całą sprawę jako rodzaj przysługi, zobowiązania, które on sam miałby przyjąć z wdzięcznością. Uznała go za człowieka zamożnego, choć zapewne niebezpiecznie rozrzutnego - widziała go w aurze wielkiego świata, urody, kosztownych przyzwyczajeń i czarującego obejścia wobec kobiet. W Londynie posiadał okazały dom, wypełniony zdobyczami z podróży i trofeami z łowów, lecz to do jego wiejskiej posiadłości, starego rodowego domu w Essex, życzył sobie, by udała się natychmiast.
Po śmierci rodziców, którzy zmarli w Indiach, został opiekunem małego bratanka i małej bratanicy - sierot po młodszym bracie, którego stracił dwa lata wcześniej. Dzieci te, w wyniku najdziwniejszego zbiegu okoliczności jak na człowieka w jego położeniu - samotnego mężczyzny, bez doświadczenia i odrobiny cierpliwości - spadły mu na barki wyjątkowo ciężkim brzemieniem. Wszystko to było dla niego wielkim zmartwieniem i niewątpliwie serią błędów, ale niezmiernie współczuł biednym pisklakom i dał z siebie wszystko, przede wszystkim odesłał je do swojego drugiego domu, gdyż właściwym dla nich miejscem była oczywiście wieś. Przebywały tam od samego początku, otoczone najlepszymi ludźmi, jakich mógł znaleźć, by się nimi opiekowali, zostawił nawet własną służbę, aby im usługiwała, a sam, kiedy tylko mógł, przyjeżdżał, by zobaczyć, jak sobie radzą. Najtrudniejsze było to, że praktycznie nie mieli żadnych innych krewnych, a jego własne sprawy zajmowały go zbyt mocno. Oddał im w posiadanie Bly, które było pełne natury i bezpieczne, a na czele ich małego przybytku - ale tylko na dole - postawił wspaniałą kobietę, panią Grose, którą, czego był pewien, polubi jego gość i która dawniej była pokojówką jego matki. Teraz była gospodynią i przez pewien czas sprawowała funkcję opiekunki dziewczynki, do której, nie mając własnych dzieci, na szczęście bardzo się przywiązała. Było tam wielu ludzi do pomocy, ale młoda dama, która przybyła tam jako guwernantka, miała największy autorytet. Przypadał jej także obowiązek, w czasie wakacji, opiekować się małym chłopcem, który odbył już jeden semestr w szkole - za młody, by go tam wysyłać, lecz cóż innego można było uczynić? - a który, wobec zbliżających się ferii miał lada dzień powrócić do domu. Wcześniej dziećmi opiekowała się młoda dama, jednak na wskutek nieszczęścia, dzieci utraciły opiekunkę. Zajmowała się nimi wprost doskonale - była osobą jak najbardziej godną szacunku - aż do swej śmierci, której niezręczna okoliczność pozostawiła jedyne możliwe rozwiązanie: wysłać małego Milesa do szkoły. Od tego czasu pani Grose, w miarę swych możliwości i znajomości manier, troszczyła się o Florę, ponadto w domu znajdowały się jeszcze kucharka, pokojówka, mleczarka, stary kucyk, stary stajenny i stary ogrodnik - wszyscy, rzecz jasna, równie godni szacunku.
Nagle opowieść Douglasa przerwało czyjeś pytanie.
- A jak zmarła poprzednia guwernantka? Będąc tak bardzo szanowaną?
Odpowiedź Douglasa była szybka.
- To się okaże. Nie będę wyprzedzał.
- Przepraszam - myślałem, że to właśnie robisz.
- Na miejscu jej następczyni - zasugerowałem - chciałbym dowiedzieć się, czy to stanowisko wiąże się z...
- Zagrożeniem życia? - uzupełnił moją myśl Douglas. - Chciała się tego dowiedzieć i dowiedziała się. Jutro dowiecie się, co to było. Tymczasem, oczywiście, perspektywa ta wydała jej się nieco ponura. Była młoda, niedoświadczona, impulsywna: przed nią znajdowała się wizja poważnych obowiązków i towarzystwa naprawdę wielkiej samotności. Wahała się - poprosiła o kilka dni na rozważenie i konsultację. Oferowane wynagrodzenie jednak znacznie przekraczało jej skromne oczekiwania, a podczas drugiej rozmowy kwalifikacyjnej stanęła przed faktem dokonanym i podjęła pracę. Douglas zrobił w tym momencie pauzę, która - dla dobra towarzystwa - skłoniła mnie do dodania:
- Wszystko to sprowadza się do uwodzicielskiego uroku wspaniałego młodego mężczyzny, któremu uległa.
Douglas wstał i, tak jak poprzedniego wieczoru, podszedł do kominka, kopnął w kawałek drewna i stanął do nas przez chwilę odwrócony plecami.
- Widziała go dwa razy.
- Tak, ale dowodzi pięknu jej uczucia.
Ku mojemu lekkiemu zdziwieniu, Douglas zwrócił się do mnie.
- To było piękne uczucie. Były także inne kandydatki - kontynuował - które nie uległy. Powiedział jej szczerze o wszystkich swoich zmaganiach - dla kilku chętnych warunki okazały się zbyt trudne. Po prostu bały się. Brzmiało to nieciekawie, dziwnie, tym bardziej ze względu na podstawowy warunek.
- Który brzmiał... ?
- Miała nigdy nie zawracać mu głowy - nigdy, przenigdy. Nie skarżyć się, nie narzekać, nie pisać o niczym, miała radzić sobie sama, pieniądze miała otrzymywać od jego prawnika, miała zająć się wszystkim, a jego zostawić w spokoju. Obiecała, że tak zrobi. Wspomniała mi, że kiedy na chwilę, rozluźniony i wdzięczny, ujął jej dłoń, dziękując jej za poświęcenie, była to dla niej wielka nagroda.
- Ale czy tylko tak została wynagrodzona? - zapytała jedna z kobiet.
- Nigdy później już go nie widziała.
- Ach! - westchnęła kobieta i było to, wobec natychmiastowego odejścia naszego przyjaciela, jedyne jeszcze znaczące słowo, jakie padło na ten temat aż do następnego wieczora, gdy - przy kominku, w najlepszym fotelu - otworzył wyblakłą, czerwoną okładkę cienkiej, staroświeckiej księgi o pozłacanych brzegach kart. Cała opowieść zajęła zresztą więcej niż jeden wieczór, lecz przy pierwszej okazji ta sama kobieta zadała jeszcze jedno pytanie:
- Jaki ma tytuł?
- Nie ma żadnego.
- Och, ja mam! - wtrąciłem. Douglas jednak, nie zważając na mnie, zaczął czytać z taką przejrzystością i barwą głosu, jakby sam odtwarzał dla naszego ucha piękno charakteru pisma autorki.
???
Cały początek jawi mi się niczym seria wzlotów i upadków, mała huśtawka dobrych i złych drgań. Po stawieniu się w mieście na jego wezwanie, miałam kilka bardzo złych dni - ponownie ogarnęły mnie wątpliwości, byłam wręcz przekonana, że popełniłam błąd. W tym stanie ducha spędziłam kilka długich godzin kołysząc się i podskakując w powozie, który wiózł mnie do miejsca przeznaczenia, skąd miał mnie odebrać pojazd posłany z domu. To udogodnienie, jak mi powiedziano, zamówiono specjalnie i tego czerwcowego popołudnia czekała już na mnie wygodna dorożka. Podróżując o tej porze dnia przez okolice, które zdawały się witać mnie przyjaźnie letnią słodyczą, poczułam przypływ odwagi, a kiedy skręciliśmy w aleję, poczułam ulgę, która zapewne była tylko dowodem na to, jak nisko wcześniej upadł mój duch. Przypuszczam, że spodziewałam się - lub obawiałam - czegoś tak melancholijnego, iż to, co mnie przywitało, było miłym zaskoczeniem. Pamiętam owo wrażenie jako niezwykle przyjemne: szerokie, jasne frontowe elewacje, otwarte okna ze świeżymi firankami i dwie pokojówki wyglądające na zewnątrz. Pamiętam trawnik, barwne kwiaty, chrzęst kół po żwirze i kępy drzew, nad którymi krążyły i krakały gawrony na tle złotego nieba. Scena ta miała w sobie pewien majestat, który czynił ją czymś zupełnie innym niż mój skromny dom rodzinny i oto natychmiast w progu ukazała się osoba trzymająca za rękę małą dziewczynkę, kłaniając mi się z takim szacunkiem, jak gdybym była panią domu lub wytwornym gościem. W Harley Street wyobrażałam sobie to miejsce w znacznie skromniejszych rozmiarach - i gdy o tym pomyślałam, przyszło mi na myśl, że właściciel tym bardziej zasługuje na miano prawdziwego dżentelmena, a to, co mnie czeka, może nawet przewyższyć jego własne obietnice.
Niesiona tymi emocjami zapoznałam się z moją młodszą podopieczną i aż do następnego dnia euforia mnie nie opuszczała. Mała dziewczynka, która towarzyszyła pani Grose wydała mi się istotą tak czarującą, że czułam wielkie szczęście, że mogę mieć ją przy sobie. Była najpiękniejszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek poznałam i zastanawiałam się później jak to się stało, że mój pracodawca nie powiedział mi o niej nic więcej. Tej nocy mało spałam - byłam zbyt podekscytowana. Zdumiewało mnie również to, jak pamiętam i pozostawało w pamięci potęgując moje wrażenie, iż obdarzono mnie niezwykłą hojnością. Pokój był przestronny i imponujący, jeden z najlepszych w całym domu. Łoże - niemalże królewskie, jak mi się zdawało, ciężkie, wzorzyste draperie, wielkie zwierciadła, w których po raz pierwszy mogłam zobaczyć siebie od stóp do głów - wszystko to, podobnie jak niezwykły urok mojej małej podopiecznej, zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Miłym dodatkiem wydawał mi się także fakt, że tak dobrze ułożyły się moje stosunki z panią Grose - a była to sprawa, nad którą jeszcze w drodze, w powozie, spędziłam zbyt wiele czasu zamartwiając się. Jedyną rzeczą, która w tym pierwszym wrażeniu mogłaby wzbudzić we mnie niepokój, był prosty fakt, że była tak szczerze uradowana moim przybyciem. Zorientowałam się w ciągu pół godziny, że ta krzepka, prosta, zwykła, zadbana i zdrowa kobieta cieszy się tak bardzo, że aż stara się nie okazywać tego zanadto. Już wtedy, przyznam, nieco mnie to zdziwiło: dlaczego miałaby chcieć to ukryć? - a ta myśl, gdyby połączyła się z refleksją, z podejrzeniem, mogłaby z czasem zasiać we mnie niepokój.
Pokrzepiający był fakt, że żaden niepokój nie mógł wiązać się z czymś tak błogim jak promienny wizerunek mojej małej dziewczynki, której anielska uroda miała prawdopodobnie więcej wspólnego niż cokolwiek innego z niepokojem, który przed świtem kazał mi kilkakrotnie wstawać i krążyć po pokoju, by objąć wzrokiem cały obraz i perspektywę, by obserwować przez otwarte okno słaby letni świt, przyglądać się tym częściom domu, które udało mi się uchwycić i by nasłuchiwać, podczas gdy w panującym mroku pierwsze ptaki zaczynały ćwierkać, czy nie powtórzy się jakiś dźwięk lub dwa, mniej naturalny i nie dochodzący z zewnątrz, jaki z wnętrza, jak mi się zdawało, słyszałam. Przez moment wydawało mi się, że słyszę słaby i daleki płacz dziecka, był też moment, w którym zerwałam się ze snu słysząc lekkie kroki na korytarzu, tuż przed moimi drzwiami. Wrażenia te jednak nie były na tyle wyraziste, by ich nie odrzucić i dopiero w świetle, a raczej w mroku innych, późniejszych wydarzeń, znów do mnie wróciły. Opieka nad małą Florą, uczenie jej i kształtowanie mogłoby dać poczucie szczęśliwego i użytecznego życia. Uzgodniłyśmy, że po pierwszej nocy dziewczynka będzie spała ze mną, a jej małe, białe łóżeczko już zostało wstawione do mojego pokoju. To, czego się podjęłam, obejmowało pełną opiekę nad nią, a fakt, że tym razem pozostała jeszcze przy pani Grose, wynikał jedynie z naszego wspólnego uznania dla mojej nieuchronnej obcości i jej wrodzonej nieśmiałości. Pomimo tej nieśmiałości - o której sama dziewczynka, w sposób najdziwniejszy na świecie, mówiła z całkowitą szczerością i odwagą, przyznając się do niej bez cienia zakłopotania, z tą głęboką, słodką pogodnością, jaka przystoi jednemu z dzieci Rafaela - pozwalając, by o niej rozmawiano, przypisywano ją jej, aby wpływała na nasze decyzje - czułam zupełną pewność, że wkrótce mnie polubi. Panią Grose bardzo polubiłam za promienność, jaka malowała się na jej obliczu, kiedy podczas kolacji z podziwem patrzyła na mnie i moją małą podopieczną, siedzącą na wysokim krzesełku ze śliniaczkiem na szyi, kiedy w blasku czterech dużych świec zajadałyśmy chleb z mlekiem. Oczywiście w obecności Flory mogłyśmy jedynie porozumiewać się za pomocą wymownych spojrzeń i niejasnych, okrężnych aluzji.
- A ten mały chłopczyk - czy jest do niej podobny? Czy też jest tak niezwykły?
Nie można tak pochlebiać dziecku.
- Och, panienko, nadzwyczajny! Jeśli ta mała zyskała panienki uznanie... - stała tam z talerzem w dłoni, uśmiechając się promiennie do mojej małej towarzyszki, która patrzyła niewinnie swoimi niebiańskimi oczami raz na jedną, raz na drugą.
- Tak, jeśli zyskała...?
- Będzie panienka zachwycona naszym małym paniczem!
- Cóż zatem, myślę, że po to tu przybyłam - by być zachwyconą. Obawiam się jednak - pamiętam, że poczułam impuls, by to dodać - że raczej łatwo mnie zachwycić. Już w Londynie byłam zachwycona!
Do dziś widzę szeroką twarz pani Grose, kiedy to usłyszała.
- W Harley Street?
- W Harley Street.
- No cóż panienko, nie jest panienka pierwsza - i z pewnością nie będzie ostatnia.
- Ach, nie roszczę sobie pretensji - zaśmiałam się - do wyjątkowości w tej mierze. Mój drugi uczeń, jak rozumiem, wraca jutro?
- Nie jutro - w piątek, panienko. Przyjedzie, podobnie jak panienka, powozem, pod opieką opiekuna, a następnie tą samą dorożką.
Bezzwłocznie oznajmiłam, że właściwym i zarazem sympatycznym byłoby, gdybym czekała na niego wraz z młodszą siostrzyczką, kiedy przybędzie transportem publicznym, a myśl ta została tak ciepło przyjęta przez panią Grose, że odebrałam jej reakcję za pocieszającą gwarancję - szczerą, o niebiosa! - że będziemy jednomyślne w każdej sprawie. Och, ona tak bardzo cieszyła się z mojej obecności! To, co czułam następnego dnia, nie było, jak przypuszczam, czymś, co można by słusznie nazwać reakcją radości z powodu przyjazdu, było to raczej lekkie przytłoczenie - zapewne wywołane pełniejszym uświadomieniem sobie rozmiaru, gdy przechadzałam się wokół, spoglądając na dom, ogarniając wzrokiem wszystko, co tworzyło moje nowe otoczenie. Miało ono w rzeczy samej rozległość i ciężar, na które nie byłam przygotowana i obecność których sprawiła, że czułam się nieco onieśmielona, ale i trochę dumna. W tych okolicznościach nasze lekcje nieco się opóźniły, a ja zdałam sobie sprawę, że moim pierwszym obowiązkiem jest, przy pomocy wszelkich najłagodniejszych środków jakie potrafię wymyślić, pozyskać to dziecko, by poczuło, że mnie zna. Spędziłam z nią cały dzień na świeżym powietrzu, zaplanowałam, żeby to ona, ku jej wielkiemu zadowoleniu, i tylko ona, pokazała mi okolicę. Pokazała mi wszystko, krok po kroku, pokój za pokojem, sekret za sekretem, uroczo i zabawnie szczebiocząc, w efekcie czego już po pół godziny stałyśmy się bliskimi przyjaciółkami. Mimo młodego wieku, zadziwiała mnie swoją pewnością siebie i odwagą, z jaką podążała pustymi komnatami, nudnymi korytarzami i krętymi schodami, nawet na szczycie starej, kwadratowej wieży z machikułami, która mnie przyprawiła o zawrót głowy. Jej poranne śpiewanie i opowiadania mi rzeczy, o które nawet nie pytałam, rozbrzmiewały dookoła i pociągały mnie za sobą. Nie widziałam Bly od momentu kiedy je opuściłam i śmiem przypuszczać, że dla moich starszych i bardziej doświadczonych oczu, wydałoby mi się dziś miejscem raczej ciasnym. Kiedy jednak moja mała przewodniczka - o włosach jak złoto i w błękitnej sukience - tańczyła przede mną, kręcąc się i przebiegając lekkim krokiem korytarze, jawił mi się widok zamku z baśni, zamieszkanego przez różanego duszka - miejsca, które dla uciechy młodej wyobraźni, potrafiłoby odebrać wszelki blask opowieściom i bajkom. Czy nie nad takimi powieściami zasypiałam i śniłam? Nie, to był duży, brzydki, stary, aczkolwiek wygodny dom, który uosabiał cechy starej zabudowy, na wpół zamkniętej, na wpół użytkowanej, wyobrażałam sobie, że my, jego mieszkańcy, jesteśmy niczym garstka pasażerów na wielkim dryfującym statku. A ja stałam za jego sterem!
Dalsza część w wersji pełnej