Dokąd zmierza Kościół - Gian Franco Svidercoschi

-
Proszę czekać

Wstęp

Ta książka zrodziła się z niepokoju. Choć należałoby raczej powiedzieć: z wielkiego wzburzenia. Z wielu różnych odczuć - niedowierzania, zakłopotania, niezadowolenia, żalu, głębokiego żalu, a nawet złości, wielkiej złości - jakie budzą się na widok tego, co od jakiegoś czasu dzieje się w Kościele katolickim. Tym bardziej że trudno pojąć przyczyny, rzeczywiste motywy tego stanu rzeczy, jak również przewidzieć, do czego on prowadzi.

Osoba wierząca, rzecz jasna, nie powinna poddawać się rozpaczy, otrzymała bowiem obietnicę, że "bramy piekielne go nie przemogą". Nawiasem mówiąc, jak przypomniał Sobór Watykański II, "Kościół, obejmujący w łonie swoim grzeszników, święty i zarazem ciągle potrzebujący oczyszczenia, podejmuje ustawicznie pokutę i odnowienie swoje". Na przestrzeni wieków dzieje ludu Bożego wielokrotnie zostały splamione występkami, zbrodniami chrześcijan, niestety także papieży i biskupów, którzy dopuścili się zdrady wobec Boga i ducha Ewangelii.

A dzisiaj? Dotąd panowało przekonanie, że te czasy się skończyły. Zresztą dzisiaj jest inaczej. Zmienił się klimat kulturalny. Zmieniła się mentalność społeczeństwa. Zmieniła się ludzka wrażliwość. Chrześcijanie nie są skłonni godzić się, posłusznie i z pokorą, na niemoralne lub co najmniej nielogiczne zachowania osób, które z moralności i spójności poglądów uczyniły podstawę wyboru życiowego, poświęcenia się Chrystusowi.

Co więcej, jeśli chodzi o Kościół, to obserwuje się dziś niespotykaną dotąd zaciekłość mediów, która z jednej strony w przypadku księży-pedofilów przyczyniła się do ujawnienia poważnego problemu, ale z drugiej tak bardzo skupiła się na Kościele katolickim, że arbitralnie uczyniła zeń kozła ofiarnego, głównego podejrzanego w sprawie plagi rozprzestrzeniającej się we wszystkich środowiskach, począwszy od rodziny. Za kampanią mediów kryją się grupy polityczne, kulturalne i ekonomiczne, które mają na celu ograniczenie autorytetu moralnego Kościoła rzymskiego oraz poparcia, jakim nadal cieszy się on w wielu krajach.

To wszystko wywołało dezorientację w społeczeństwie, opinii publicznej oraz wśród olbrzymiej rzeszy wierzących, zwłaszcza u osób obdarzonych wiarą wątłą lub powierzchowną, a więc bardziej podatnych na kampanię medialną. Trauma była poważna, głęboka. Również dlatego że przykre fakty ostatnich lat dotyczyły najwyższych władz Kościoła. Budząc pytania, na które nie zawsze znajdowano właściwą odpowiedź. I, co gorsza, odsłaniając sytuacje konfliktowe, niemoralne, których istnienia nie spodziewano się na tym poziomie, zwłaszcza w takiej liczbie.

Cóż oznacza stwierdzenie papieża Benedykta XVI w liście do Episkopatów w sprawie schizmatyckich lefebrystów, że środowisko kościelne może go "zaatakować z otwartą wrogością"?

Cóż oznacza fakt, że po ujawnieniu sprawy pedofilii w Irlandii Benedykt XVI napisał bezpośrednio do katolików tego kraju, pomijając cały Episkopat, kiedy okazało się, że wielu biskupów zbagatelizowało lub, co gorsza, ukryło haniebne czyny irlandzkich księży?

A przymusowe dymisje biskupów, jak również kilku kardynałów, z powodu afer seksualnych? A to, że założyciel wielkiego zakonu Legionistów Chrystusa przez szereg lat prowadził amoralne, rozwiązłe życie, a dzięki oszustwom oraz szantażom zdołał uniknąć śledztwa ze strony władz kościelnych?

Cóż to oznacza, że wpływowy kardynał (arcybiskup Wiednia) otwarcie zaatakował innego bardzo wpływowego kardynała (dziekana kolegium kardynalskiego i byłego sekretarza stanu) i choć brutalnie ujawnił świętą prawdę, zmuszony był do upokarzającego pokajania się w Watykanie?

Co oznacza tak duża liczba skandali? Karierowiczostwo pleniące się w Kurii Rzymskiej. Przypadki homoseksualizmu w środowisku seminarzystów, i nie tylko. IOR, bank watykański, który - jak można przeczytać w książce z cytatami z licznych dokumentów, dotąd niezdementowanych - przez długi czas odgrywał rolę "pralni" brudnych pieniędzy i wygodnej przechowalni funduszy polityków i kombinatorów. Afery finansowe i handel nieruchomościami kilku dykasterii, z udziałem ludzi niebudzących zaufania.

Zgoda, chodzi o pojedyncze osoby, co najwyżej niewielkie grupy, a nie o "system". Dlatego też nie można z winy nielicznych zapominać o tysiącach kapłanów, zakonników, zakonnic, biskupów, którzy wywiązują się z przyjętych zobowiązań, często dają świadectwo prawdziwej świętości, codziennie pracując w najodleglejszych zakątkach świata i głosząc Ewangelię oraz szacunek dla człowieka.

To powiedziawszy, powracam do wcześniejszych pytań. Jaki obraz Kościoła katolickiego wyłania się z tych niepokojących, nagannych faktów? Czy mają one wpływ na religijność poszczególnych osób, zwłaszcza zdecydowanie krytycznych wobec Kościoła i księży? Jak może się czuć lud Boży, w większości złożony z osób świeckich, któremu przypisuje się odpowiedzialność spoczywającą na niewielkiej mniejszości, przez wielu ludzi uznawanej za prawdziwą "kastę" duchownych?

Rozważmy sprawę pedofilii. To problem niezwykle groźny nie tylko dlatego, że podważa zaufanie do Kościoła oraz jego moralno-wychowawczego posłannictwa, ale też dlatego że istnieje od dawna, przetrwał z powodu lęków, zaniedbań, współudziału biskupów. Można by powiedzieć, że część Kościoła, jego hierarchii nie sprzeciwiła się, a przynajmniej nie starała się wytępić zła i na nie przystała.

Jeśli spojrzeć na tę bulwersującą kwestię przez pryzmat wiary, to nie jest ona pozbawiona "sensu". Bóg, szanując wolność nawet największych grzeszników - ją dopuścił. Ale jak odczytać Jego znaki? Czy Bóg chce, aby Kościół w wyniku tej próby stał się znów pokorny i się oczyścił? A może chce czegoś głębszego, bardziej radykalnego? Może chce wyrazić sąd o stanie Kościoła, dając do zrozumienia, że wszystko, co się wydarzyło, wzięło początek z zatwardziałości serc, ze sprzeciwu wobec Jego woli? I że od tego należy rozpocząć?

Wielu wierzących wyczuło to intuicyjnie. Ich niepokój bierze się z niemożności zrozumienia, w jakim Kościele przemierzają swoją drogę wiary. Czy w Kościele, który potrafi powrócić do roli matki, nauczycielki, ewangelicznego początku dziejów ludzkości, by głosić Ewangelię nadziei, pocieszenia, radości i pokoju? Czy w Kościele uwięzionym w dawnych klerykalnych, autorytarnych strukturach, który bardziej przejmuje się własnym bezpieczeństwem niż obroną godności człowieka, w Kościele czującym lęk przed nowoczesnością, jakby w ciągu dwóch tysięcy lat wiara chrześcijańska nie uległa zmianie, mimo nowej rzeczywistości społeczno-kulturalnej.

Wychodząc z tego założenia, w mej książce porównuję rozczarowania i nadzieje ludu Bożego z odpowiedziami (których nie należy uznawać za ostateczne) pontyfikatu Benedykta XVI. Przejmując spuściznę Jana Pawła II i Soboru Watykańskiego II, obecny papież obrał drogę odnowy Kościoła. Nagłe wypadki opóźniły i jednocześnie utrudniły zadanie, zmuszając Kościół do podążania za nimi zamiast uprzedzania ich i rozwiązywania na czas.

Benedykt XVI głęboko zaangażował się w to, co uznaje za absolutny priorytet w chwili obecnej, czyli w przywrócenie Boga ludzkim sercom. Podjął nowe, odważne decyzje wobec zła i sytuacji konfliktowych. Nie zawsze jednak zdołał uniknąć kryzysów oraz wrażenia, że postępuje z nadmierną ostrożnością i troską. Nie zawsze też przychodziła mu z pomocą Kuria Rzymska oraz szerokie kręgi Episkopatu.

Poważny brak jedności, zauważalny w hierarchii kościelnej, przyczynił się do stworzenia odczucia owej duchowej oschłości, która od dłuższego czasu - podobnie jak to jest z uskokiem powstającym w wyniku długotrwałych ruchów skał - osłabia posłannictwo, a nade wszystko ducha katolicyzmu. Niosąc ryzyko - jak przestrzegał Benedykt XVI w nawiązaniu do świętego Pawła - wzajemnej destrukcji, "pożarcia jednych przez drugich".

Rozdział 2 Dwaj papieże

Z pewnością nie przysłużył się Benedyktowi XVI jeden z wpływowych kardynałów Kurii Rzymskiej, który użył niezbyt stosownego porównania: "O ile Jana Pawła II ludzie przychodzili zobaczyć, o tyle papieża Ratzingera przychodzą wysłuchać". Niestosowne były też słowa innej osoby, tym razem świeckiej z Watykanu, która publicznie oświadczyła, że "Karol Wojtyła był papieżem gestów, podczas gdy Ratzinger jest papieżem słów". Uprzedzając dziennikarzy, niektórzy oficjalni przedstawiciele Stolicy Apostolskiej zwrócili uwagę na zewnętrzną różnicę między dwoma papieżami.

Podobne porównywanie było olbrzymim błędem - zamierzonym lub niezamierzonym - ale także całkowicie dowolną interpretacją. Jana Pawła II i kardynała Ratzingera łączyło wiele na poziomie duchowym i kulturowym, zwłaszcza w sposobie pojmowania posłannictwa Kościoła w służbie Bogu i ludziom. Łączyła ich przyjaźń i wzajemne zaufanie. Kiedy Joseph Ratzinger został papieżem, niezmiennie darzył Karola Wojtyłę szacunkiem i podziwiał go do tego stopnia, że postanowił rozpocząć proces kanonizacyjny i osobiście beatyfikować swojego poprzednika.

Kiedy pewnego dnia wręczyłem mu nową książkę na temat Jana Pawła II, powiedział z uśmiechem: "Wiem, wiem, że napisał pan o papieżu". O papieżu. Jakby papieżem nie był on sam, ale Karol Wojtyła.

Na nic się zatem nie zda porównywanie ich, a tym bardziej przeciwstawianie. Byli to po prostu dwaj ludzie o różnych historiach, doświadczeniach, drogach, zarówno na płaszczyźnie egzystencjalnej, jak i religijnej. Choć ich początki były bardzo podobne. Benedykt XVI przypomniał o tym miesiąc po wyborze, po obejrzeniu filmu o Karolu Wojtyle. W niezwykle sugestywnej, emocjonalnej wypowiedzi stwierdził, że uznaje za "znak boskiej Opatrzności" fakt, iż na tronie Piotrowym miejsce Polaka zajął Niemiec. "W młodości obaj papieże - choć na różnych frontach i w różnych sytuacjach - poznali barbarzyństwo drugiej wojny światowej oraz bezsensownej przemocy ludzi przeciw ludziom, narodów przeciw narodom".

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Różne życiorysy

Były to zatem dwa różne życiorysy. Dwie osobowości, dwa różne charaktery. Pierwszy (Karol Wojtyła) był filozofem, drugi (Joseph Ratzinger) - teologiem. Pierwszy wykształcił się na dziełach mistyków karmelitańskich, świętego Jana od Krzyża i świętej Teresy od Jezusa, drugi na pojęciach łaski i wolności świętego Augustyna. Pierwszy zgłębiał rzeczywistość historyczną, poszukując śladów Boga, drugi analizował tę rzeczywistość przez pryzmat tradycji oraz Ojców Kościoła. Pierwszy wcześnie został biskupem, utrzymując kontakt z młodzieżą i angażując się w konkretne problemy i sytuacje, drugi był uczonym, profesorem uniwersyteckim, autorem tekstów teologicznych, tak więc jego wizja życia pozostawała na poziomie zasad. Pierwszy został papieżem w wieku pięćdziesięciu ośmiu, drugi w wieku siedemdziesięciu ośmiu lat, co również miało znaczenie.

Różnice w życiorysach obydwu papieży zaznaczyły się zwłaszcza w latach soboru i w okresie posoborowym. Nabyte wówczas doświadczenia wpłynęły na charakter ich pontyfikatów. Sobór Watykański II niejako wytyczył przyszłe drogi Karola Wojtyły i Josepha Ratzingera.

Podczas soboru Karol Wojtyła był jednym z biskupów, którzy mieli za zadanie opracować konstytucję duszpasterską Gaudium et spes, poświęconą Kościołowi w świecie współczesnym. Była to jakby zapowiedź papieża-misjonarza, charyzmatycznego mówcy, który jeździł po świecie, głosząc Ewangelię, otwierając drogi do Chrystusa. Joseph Ratzinger natomiast współpracował przy redakcji Lumen gentium, konstytucji doktrynalnej o Kościele. Stanowiła ona zapowiedź papieża, który stawia na pierwszym miejscu kwestię wiary chrześcijańskiej w epoce współczesnej, starając się przywrócić Boga tam, gdzie się o Nim zapomina, czyli do ludzkich sumień.

Jednak decydujący wpływ na odbiór Soboru Watykańskiego II miał dla przyszłych papieży okres posoborowy, przeżywany przez nich w odmiennych warunkach i na różny sposób.

Karol Wojtyła, podobnie jak wielu innych biskupów, powrócił do siebie z entuzjazmem osoby, która dzięki temu doświadczeniu osiągnęła dojrzałość doktrynalną i pastoralną. Joseph Ratzinger natomiast wrócił do Niemiec z przekonaniem, że sobór był jedynie połowicznym sukcesem, ponieważ stracono z pola widzenia - podobnie jak, jego zdaniem, w przypadku reformy liturgicznej - główny cel, gwarantujący prawdziwą odnowę, czyli dyskurs o Bogu, a nie o Kościele czy jego stosunkach ze światem.

W Krakowie, z dala od sporów między zwolennikami postępu a konserwatystami, Karol Wojtyła zwołał synod diecezjalny, angażując dużą liczbę osób świeckich, w celu przeanalizowania sposobu, w jaki należało przełożyć najistotniejsze zdobycze soboru na działalność duszpasterską. W Niemczech, gdzie trwały protesty ruchu wolnościowego, Joseph Ratzinger znalazł się w samym środku długotrwałego, wyczerpującego sporu pomiędzy reformatorami radykalnymi i umiarkowanymi. W roku 1968 Karol Wojtyła bronił studentów, robotników i dysydentów. Joseph Ratzinger, przeciwko któremu wystąpiły najbardziej zideologizowane grupy studentów, postanowił opuścić uniwersytet w Tybindze, zrywając jednocześnie kontakty z Hansem Küngiem.

Można zatem zrozumieć, że tak różny sposób odbioru Soboru Watykańskiego II wywarł wpływ na ducha (animus) obu przyszłych papieży i ewolucję ich myślenia o Kościele. Przyjrzyjmy się, na przykład, soborowemu obrazowi Kościoła jako ludu Bożego: wszyscy chrześcijanie - kapłani, zakonnicy, osoby świeckie - mają jednakową godność, dzięki przyjęciu chrztu oraz wspólnemu powołaniu do apostolstwa i świętości. Karol Wojtyła nie tylko natychmiast uznał za swoją wizję Kościoła jako ludu Bożego, ale też po wyborze na papieża przyjął za punkt wyjścia, kiedy po raz pierwszy wystąpił przeciw temu, co nazywał "staroświecką klerykalną jednostronnością".

Joseph Ratzinger pozostał pod wrażeniem deformacji polityczno-socjologicznej, jakiej poddano, zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej, pojęcie "ludu Bożego", czyniąc zeń podporę marksistowskiej walki klasowej. Później zaproponował, by zastąpiono je terminem "wspólnota". W rezultacie (pomijając fakt, że dla zwykłych ludzi ta różnica terminów była bez znaczenia) następowało stopniowe "blaknięcie" tego, co miało stanowić najmocniejszą podstawę doktrynalną uznania odpowiedzialności osób świeckich i ich charyzmatów w Kościele.

Wielka współpraca

Mimo tej odmienności spojrzenia Karol Wojtyła darzył dużym szacunkiem Josepha Ratzingera. Kiedy został papieżem, namówił kardynała do przeniesienia się do Rzymu i objęcia kierownictwa Kongregacji Doktryny Wiary. Tym samym kardynał Ratzinger stał się jedną z najważniejszych postaci pontyfikatu Jana Pawła II. Był zarazem mocnym punktem odniesienia, "tamą" chroniącą przed wypaczeniami doktrynalnymi oraz, jeśli można tak powiedzieć, rodzajem papieskiego piorunochronu, w chwili gdy należało przywołać do porządku lub, co gorsza, potępić któregoś z teologów.

Pozwolę sobie opowiedzieć pewien epizod. Któregoś dnia razem z innymi dziennikarzami byłem na spotkaniu z kardynałem Ratzingerem w Watykanie. W pewnej chwili, kiedy zostałem z nim sam, wyznałem mu, że z trudem rozpoznaję w prefekcie byłego Świętego Oficjum dawnego teologa reformatora. Ratzinger uśmiechnął się i odwrócił, by popatrzeć na siedzibę Kongregacji. "Powierzono mi to zadanie. Ktoś przecież musi stać na straży wiary w imieniu papieża i Kościoła. Czyż nie?". Chciał przez to powiedzieć - jak sądzę - że nie zmienił się on, tylko jego funkcja.

Ten fakt tłumaczy, dlaczego tak owocna była współpraca między Janem Pawłem II a kardynałem Ratzingerem, który odegrał istotną rolę zarówno w powstaniu Katechizmu Kościoła katolickiego, jak i w opracowaniu papieskich dokumentów o charakterze doktrynalnym. Jego udział jest widoczny w wielu miejscach, jak na przykład w zdaniu z encykliki Fides et ratio: "Kościół nie głosi żadnej własnej filozofii ani nie opowiada się oficjalnie po stronie jakiegoś wybranego kierunku filozoficznego, odrzucając inne"[4].

Kardynał Ratzinger był zawsze lojalny wobec papieża, nawet gdy się z nim nie zgadzał, jak w przypadku Światowego Dnia Modlitwy o Pokój w Asyżu. Nie w odniesieniu do samego wydarzenia (czego dowodem jest fakt, że jako papież powtórzył to spotkanie), ale ze względu na ryzyko synkretyzmu i braku zrozumienia ze strony wiernych. Nie był też do końca przekonany, czy należy publikować trzecią tajemnicę fatimską. Nie chodziło o samo ujawnienie treści tajemnicy, ale o to, jak zostanie to wykorzystane, o to, że będzie można się doszukiwać analogii między zabójstwem "biskupa w białej szacie", wspomnianym przez siostrę Łucję, a zamachem na Jana Pawła II.

Z kolei papież zawsze wspierał kardynała Ratzingera, łagodząc jego zbyt sztywne stanowisko i prowadząc mediacje z innymi urzędami kurii, jak w przypadku deklaracji Dominus Iesus, gdzie został położony zbytni nacisk na chrześcijaństwo jako jedyną drogę zbawienia. Być może, jak niektórzy żartują, tym, czego brakuje dziś Benedyktowi XVI, jest możliwość konfrontacji z papieżem Wojtyłą.

Zmiana scenerii

Ale to nie wszystko. Chcąc dokładnie wyjaśnić, na czym polega różnica między papieżem Wojtyłą a papieżem Ratzingerem, należy wspomnieć o odmiennej scenerii - historycznej i kościelnej - ich pontyfikatów. Tu zapewne należy szukać odpowiedzi na pytanie o powody, dla których posłannictwo Benedykta XVI z trudem podąża drogą wskazaną przez poprzednika.

W czasach Jana Pawła II istniały ideologie, które pomimo degeneracji zachowały - jak marksizm - przynajmniej część pierwotnych ideałów. Istniał ateizm, zwalczający Kościoły i religie, negujący Boga, a jednocześnie, na zasadzie przeciwieństwa, dopuszczający Jego istnienie. Upadek muru berlińskiego, pomimo wielu rozczarowań, jakie potem nastąpiły, dowiódł, że nie należy tracić nadziei nawet wobec (pozornej) niemożności.

Dzisiaj, po upadku wielkich ideologii ubiegłego stulecia, pojawiła się pustka, próżnia. Żadnych wartości, pasji, jedynie druga strona medalu w swojej najgorszej wersji, nihilizm, subiektywny indywidualizm, relatywizm etyczny, zgodnie z którym nie istnieją obiektywne zasady i normy moralne. Dzisiaj dawny ateizm ustąpił miejsca agnostycyzmowi, który kwestionuje możliwość wypowiadania się o istnieniu Boga, gdyż nie podlega On racjonalnemu poznaniu. Czy to lepsze czy gorsze od słów Sartre'a, który twierdził, że Bóg jest "zbyteczną hipotezą"? Dzisiaj, kiedy opadł olbrzymi obłok kurzu unoszącego się po upadku muru, pojawiły się nowe, przerażające konflikty, nacjonalizmy, fundamentalizmy, zwłaszcza islamski, terroryzm, ruchy anarchizujące, laicyzm...

Dawniej społeczeństwo było zeświecczone, ale człowiek zachowywał wewnętrzną autonomię, nie odrzucał a priori ważnych pytań egzystencjalnych. Dzisiaj natomiast ulega zeświecczeniu ludzkie sumienie, narażone na ataki indyferentyzmu, permisywizmu, przesadnego hedonizmu. Dawniej kwestionowano systemy polityczne, władzę ekonomiczną, monopol kulturowy, dzisiaj na pierwszym miejscu stoi kwestia antropologiczna, zagrożony jest sam człowiek, jego natura, los, zbawienie wieczne. Dawniej, po wprowadzeniu prawa do aborcji, mimo wszystko dawano pierwszeństwo prawu do życia, dzisiaj dyskutuje się o zalegalizowaniu eutanazji, o zawieraniu małżeństw homoseksualnych oraz o nowych, nierzadko niepokojących perspektywach odkrytych przez biogenetykę.

Nie oznacza to jednak, że z chwilą gdy Joseph Ratzinger został papieżem, na świecie pojawiła się "tajemnica niegodziwości". Już od trzech stuleci Bóg nie był głównym punktem odniesienia do wyjaśnienia początków wszechświata i panującego w nim porządku. Całe społeczeństwa rozwijały się z dala od chrześcijańskiego stylu życia. Całe pokolenia wzrastały, nie znając elementarnych gestów, takich jak znak krzyża, czy modlitw Zdrowaś Maryjo i Ojcze nasz.

Sygnały zmiany kierunku

W początkach trzeciego tysiąclecia, kiedy Bóg znikał z horyzontu człowieka, dało się zauważyć oznaki zmiany kierunku. Okazało się, że sekularyzacja poniosła klęskę. Wbrew zapowiedziom socjologów nie stanowiła końcowego etapu procesu, który miał doprowadzić do stopniowego usunięcia religii do strefy prywatności, a nawet do zaniku religii. Odkryto, że nowoczesność, chociaż szczelnie zamknięta na transcendencję, zawierała jakby zawory bezpieczeństwa, umożliwiające odrodzenie się różnych doświadczeń religijnych lub dostosowanie ich do nowej rzeczywistości społeczno-kulturalnej. Wszystko przemawiało za tym, że rację miał Paul Ricoeur, kiedy stwierdził, że człowiek nie może żyć bez sacrum.

Z tej przyczyny zaistniała potrzeba, aby wspólnota katolicka nie zamykała się w sobie, w obawie przed trudnościami i zagrożeniami, ale szeroko się otworzyła na nowe tchnienie Ducha Świętego. Należało pozwolić dojrzeć zasiewowi dokonanemu przez Jana Pawła II i dokończyć stworzony przez niego i wprowadzany już w życie projekt Kościoła. Kościoła "bardziej odważnego, wolnego, młodego", idącego drogą wskazaną przez Sobór Watykański II, jak wyraził się Benedykt XVI nazajutrz po wyborze na papieża w przemówieniu do Kolegium Kardynalskiego.

Podczas pierwszego roku pontyfikatu nowy papież wydawał się całkowicie ucieleśniać ów Kościół. Co wyrażał oczywiście na swój sposób, zgodnie z własną wrażliwością, zasadniczym, surowym stylem i wyważonym tonem. Podjął zwyczaj podróżowania oraz brania udziału w Światowych Dniach Młodzieży. Odwiedził synagogę. Do Synodu Biskupów wprowadził bardziej dialektyczną praktykę. Krótko mówiąc, rozczarował osoby, które twierdziły, że będzie przypominał dawnego Josepha Ratzingera, nieprzejednanego, rygorystycznego. Tymczasem wykonał gesty służące odprężeniu, a nawet zaskoczył otoczenie, spotykając się - z różnych powodów - z osobami o radykalnych poglądach, takimi jak Oriana Fallaci, biskup lefebrysta Bernard Fellay czy stary przyjaciel-wróg Hans Küng.

Encyklika poświęcona miłości

Nowy papież stał się przede wszystkim wybitnym kaznodzieją. Stosował język głęboki i klarowny zarazem, poruszając ludzkie serca. Rozwijał swoje ulubione tematy, począwszy od pytania, które było głównym punktem jego rozważań: "Dlaczego wierzymy?". A więc prymat wiary, ale także znaczenie racjonalności dla dialogu chrześcijaństwa z kulturą współczesną. Starannie wyjaśniał przyczyny wiary, jak również potrzebę jej przejrzystości, służącej dostosowaniu nauki Kościoła do nowych kontekstów. Wzywał młodych ludzi do prawdziwej rewolucji, do czerpania radości z faktu, że są chrześcijanami, do odkrycia piękna i aktualności wiary. A także prawdziwego znaczenia chrześcijańskiego humanizmu: człowiek, który oddaje się w ręce Boga, nie staje się marionetką, lecz odnajduje autentyczną prawdę.

Wzorem papieża Wojtyły napisał encyklikę Deus caritas est, nawiązującą do rozważań Jana Pawła II na temat teologii ciała. To odważne dzieło niemal osiemdziesięcioletniego papieża Ratzingera zaskakuje oryginalnością i świeżością spojrzenia na miłość, które to słowo stało się dziś określeniem dwuznacznym, pełnym sprzeczności, najbardziej nadużywanym i bezczeszczonym.

Łącząc pasję i dar, erosagape, Benedykt XVI ostatecznie zlikwidował rozdział tych dwóch wymiarów miłości. Zwalczał zarówno idee Nietzschego, jak i Kartezjusza. Pierwsze za to, że oskarżyły chrześcijaństwo o "zatrucie erosem", drugie za to, że przedkładały ciało nad duszę. Jednocześnie przyznał, że w przeszłości w religii chrześcijańskiej istniały tendencje przeciwne cielesności, erotycznemu wymiarowi miłości.

Dokument ten zawiera wiele nowości i sugestii, także w drugiej części poświęconej roli Kościoła w społeczeństwie. Najważniejsze jest jednak to, że encyklika Benedykta XVI przekreśliła wieki fobii seksualnej (prawdziwej lub domniemanej) Kościoła, eliminując tym samym jeden z najważniejszych powodów sprzeciwu wobec moralności katolickiej rozumianej jako wróg seksualności, erosa. A w konsekwencji postawy nietolerancji i niezrozumienia Kościoła wobec wielu par, która w ostatnich latach spowodowała prawdziwą cichą schizmę, wielu chrześcijan zerwało z praktykami religijnymi.

Encyklika miała zatem stanowić punkt wyjścia do szerokiego dzieła katechezy albo przynajmniej do wyjaśnień w obrębie duszpasterstwa dorosłych. Tymczasem nic z tego! Stracona okazja! Skończyło się na komentarzach na łamach dzienników katolickich i kilku homiliach. Nic więcej! Co dowodzi, że w Kościele istnieje rozłam między "górą" (papież, Stolica Apostolska, Konferencje Biskupów, diecezje) a "bazą" (parafie). "Góra" produkuje dużą liczbę dokumentów, nie przejmując się, w jaki sposób zostaną odebrane, "baza" już od lat nie przekazuje, nie opowiada wiernym o tym, co mówią i czynią papież oraz Kościół.

Jeden z moich rzymskich przyjaciół zaproponował swojemu proboszczowi zorganizowanie wieczoru na temat encykliki Benedykta XVI. Proboszcz odparł:

- Nie ma potrzeby. Niedługo odbędzie się duże spotkanie w kościele Świętego Jana na Lateranie. Zabiorą głos kardynał... oraz profesor...

Mój przyjaciel na to:

- Ależ ojcze, tam będą ludzie już przekonani. Ojciec powinien pozyskać inne osoby...

Proboszcz nie odpowiedział, zapewne nie zrozumiał.

Wiele parafii nadal wzorowo wykonuje swoje zadania, takie jak udzielanie sakramentów, katecheza, jałmużna. Ale proboszczowie zapomnieli chyba, na czym polega ewangelizacja. Albo też nie rozumieją, co oznacza ewangelizacja dzisiaj.

[4] Rozdz. V, p. 49; www.opoka.org.pl.

Rozdział 1 Jedyny możliwy wybór

Nikt inny nie mógł zostać nowym papieżem! Tylko on!

Uroczystości pogrzebowe zamknęły ostatecznie pontyfikat Jana Pawła II. Trumnę z ciałem zmarłego umieszczono pośrodku placu przed Bazyliką Świętego Piotra, niczym w objęciach wzruszonego tłumu. Ogromnego, nieprzebranego tłumu, który wypełniał całą via della Conciliazione, rozgałęziając się z jednej strony w kierunku Tybru, z drugiej - w gęstej sieci ulic.

Po obu stronach ołtarza zgromadził się cały świat, zmuszony do zawarcia na te kilka godzin pokoju. I dwa długie rzędy kardynałów. Starszych, ponad osiemdziesięcioletnich, którzy nie wejdą do Kaplicy Sykstyńskiej, aby głosować, oraz stu piętnastu wielkich elektorów. Czekało nas najbardziej reprezentatywne i zróżnicowane konklawe w historii. Po raz pierwszy tylko połowę jego uczestników mieli stanowić Europejczycy. Jakby na dowód tego, że katolicyzm przesuwał się w stronę półkuli południowej, w kierunku Ameryki Łacińskiej i Afryki.

Próbowałem rozpoznać twarze znanych mi purpuratów. W końcu znalazłem dwóch kardynałów, którym "kibicowałem": arcybiskupa Wiednia Christopha Schönborna oraz arcybiskupa S?o Paulo Claudia Hummesa. Mój wybór wynikał z prostych, a zarazem zróżnicowanych powodów. Austriak intrygował mnie jako autor książki, w której wychwalał zasady moralne i pasje życia chrześcijańskiego, podkreślając znaczenie wolności (oczywiście zgodnej z prawdą) na polu moralnym. Brazylijczyk podobał mi się ze względu na zaangażowanie społeczne. Jako młody biskup, udostępnił kościoły strajkującym robotnikom sektora samochodowego, pozbawionym siedzib związków zawodowych, które zamknęła dyktatura.

Kto ma zostać następcą Jana Pawła II?

Przyjrzałem się bladawej, arystokratycznej twarzy Schönborna i twarzy Hummesa, bardziej przywykłego do słońca i przebywania na wolnym powietrzu, wyobrażając sobie obu kardynałów w białym stroju. Nagle przyszła mi do głowy pewna myśl, oczywista, nawet banalna, ale - jeśli się dobrze zastanowić - zasadnicza. Tym razem kardynałowie będą musieli dokonać podwójnego wyboru: wybrać dwieście sześćdziesiątego piątego biskupa Rzymu, a zarazem znaleźć odpowiedniego następcę papieża Karola Wojtyły, który przez dwadzieścia siedem lat stał na czele Kościoła katolickiego i był obecny na scenie międzynarodowej.

Nikt inny nie mógł zostać nowym papieżem! Tylko on!

To znaczy papieżem zdolnym mówić o Bogu współczesnemu człowiekowi. Musiała to być możliwie jak najbardziej reprezentatywna, znana osobowość Kościoła katolickiego, na wysokim poziomie duchowym, moralnym oraz intelektualnym, a więc bez kompleksów w stosunku do współczesnej kultury i myśli laickiej. Tylko taka osoba mogłaby zostać papieżem, który przejąłby spuściznę Jana Pawła II, ale bez naśladownictwa. Nie popełniając błędu - zgodnie z przestrogą ojca Raniera Cantalamessy, kaznodziei domu papieskiego - wzorowania się na Karolu Wojtyle, na jego niepowtarzalnej charyzmie, bowiem "na bogactwo pontyfikatu składa się sposób wyrażania wielopostaciowości łaski Bożej".

Nikt inny nie mógł zostać nowym papieżem! Tylko on!

Nadeszła chwila wygłoszenia homilii. Kardynał Joseph Ratzinger, który odprawiał Mszę żałobną, zaczął czytać tekst zapisany na kartkach. Był bardzo wzruszony. Przełamując nieśmiałość, rezygnując z powściągliwości w zachowaniu oraz odchodząc od precyzyjnego języka, pasującego do konstrukcji teologicznych, kardynał dziekan szeroko otworzył swoje serce. Przypomniał postać Karola Wojtyły, który w niedzielę stawał w oknie gabinetu, żeby odmówić Anioł Pański: "Możemy być pewni, że nasz ukochany papież stoi teraz w oknie domu Ojca, widzi nas i nam błogosławi".

Nikt inny nie mógł zostać następcą Karola Wojtyły! Tylko on!

Kilka miesięcy wcześniej nazwisko Josepha Ratzingera nie pojawiało się na pierwszych miejscach list kandydatów na papieża. Przez wszystkich szanowany i uważany za człowieka dużej wiedzy, dla najbardziej radykalnych środowisk był obiektem "nienawiści teologicznej". I pomyśleć, że - jak na ironię - w początkach kariery uniwersyteckiej był uczonym otwartym, nowatorskim. Zapewne pod wpływem świętego Augustyna buntował się przeciw sztywnym strukturom neoscholastyki, uznając ją za niesprzyjającą dialogowi wiary ze swoim czasem. Obrał własną drogę, znajdując solidne oparcie w Piśmie Świętym, Ojcach Kościoła oraz liturgii i napisał pracę Wprowadzenie w chrześcijaństwo[1], która przyniosła mu rozgłos. Wziął udział w soborze jako ekspert i doradca kardynała Josepha Fringsa, arcybiskupa Kolonii. Joseph Ratzinger wywarł wpływ na co najmniej dwa ważne przemówienia kardynała: pierwsze, wygłoszone podczas otwarcia zgromadzenia, stanowiło sprzeciw wobec ustalenia składu komisji, drugie było krytyką Świętego Oficjum oraz jego proprefekta kardynała Alfreda Ottavianiego za sposób prowadzenia procesów w trybunale watykańskim. Na tym nie koniec. Podobnie jak inni eksperci, Ratzinger otrzymał upomnienie od kierownictwa za podpisanie i rozprowadzanie wśród biskupów, wbrew regulaminowi, apelu o przywrócenie stałego diakonatu (kiedy po latach zapytano kardynała Ratzingera o tę naganę, odparł z uśmiechem i chytrym spojrzeniem: "Nie pamiętam...").

Burza posoborowa

Podczas soboru, ale też w późniejszym okresie, kardynał Ratzinger wyrażał swoje obawy. Często powtarzał, że odnosi wrażenie, iż w Kościele nie ma nic stabilnego i wszystko może być przedmiotem rewizji. Nie było to wyłącznie osobiste odczucie. Także inne wybitne osobistości, jak Etienne Gilson, Jean Daniélou, Henri de Lubac, Hans Urs von Balthasar oraz Jacques Maritain, autor polemicznej książki Le paysan de la Garonne, przestraszyły się pewnych śmiałych inicjatyw posoborowych i rosnącej opozycji w Rzymie. W obronie Credo i prawa moralnego musiał interweniować Paweł VI. Użył mocnych słów: "Kościół przeżywa okres niepokoju, samokrytyki, a nawet samozniszczenia".

W owym czasie zaostrzył się konflikt między zwolennikami postępu i konserwatystami. Joseph Ratzinger pozostał w szeregach umiarkowanych reformatorów, którzy nabierali coraz większego przekonania, że powrót do źródeł chrześcijaństwa, głoszony przez sobór, nie powinien prowadzić do pożądanego unowocześnienia Kościoła, lecz raczej umożliwić stopniowe dostosowanie się do myśli właściwej kulturze świeckiej. Kardynał Ratzinger znalazł się w samym środku sporu między uczonymi, szkołami teologicznymi, uniwersytetami i pismami, z jednej strony "Concilium" (bardziej ideologicznym, z którym początkowo współpracował razem z ówczesnym przyjacielem i kolegą Hansem Küngiem), z drugiej "Communio" (do założenia którego się przyczynił).

"Zła sława" kardynała wzięła początek właśnie od zajęcia przez niego ostrożnej pozycji, dalekiej od ekstremizmu. Nie opuszczała go, a nawet pogłębiła się, kiedy - po krótkim okresie sprawowania urzędu arcybiskupa Kolonii - objął kierownictwo watykańskiej Kongregacji Doktryny Wiary, dawnego Świętego Oficjum. Tę funkcję powierzył Ratzingerowi Jan Paweł II. Papież pragnął, by cieszący się dużym autorytetem uczony pomagał mu rozwiązywać coraz bardziej złożone problemy doktrynalne i prowadził dialog z najwybitniejszymi teologami, nierzadko o radykalnych poglądach, wśród których było wielu Niemców.

Być może - o ile można wyrazić pewne spostrzeżenie - nie było korzystne, by Joseph Ratzinger, za zgodą papieża, nadal pisywał książki poświęcone teologii i sytuacji Kościoła. Kardynał twierdził, że nie chce zrywać ze swoją przeszłością, historią i czuje obowiązek uczestnictwa w wielkiej dyskusji kulturalnej tego okresu. Mimo to nie był to dobry pomysł. Kiedy na prośbę papieża sprawował kontrolę nad studiami teologicznymi - po części jako gwarant super partes - a jednocześnie publikował własne prace naukowe, zacierała się granica między oficjalną funkcją Ratzingera a jego prywatnymi opiniami. W pewnych sytuacjach ten stan rzeczy prowadził do zamieszania i polemik. Jak w przypadku książki-wywiadu z Vittorio Messorim Raport o stanie wiary[2], w której Ratzinger mówił o ryzyku "protestantyzacji" Kościoła, a wśród wielu uściśleń używał słowa "restauracja", na dźwięk którego drżało całe duchowieństwo.

Krytyki pod adresem Panzerkardinal

Z czasem zaczęły się pojawiać krytyki pod adresem Ratzingera, nazywanego pogardliwie przez niektóre dzienniki angielskie i amerykańskie Panzerkardinal. Powołując się na uprzedzenia, będące źródłem zarzutów, tworzyły one niemal karykaturalny, a nawet fałszywy obraz kardynała. Nie biorąc pod uwagę, że nawet wrogie mu kręgi kurii wyrażały uznanie dla zaangażowania Ratzingera w obronę i propagowanie doktryny chrześcijańskiej, w nadzór nad studiami teologicznymi, jak również - poprzez teksty o teologii wyzwolenia - w ochronę czystości wiary przed wpływami politycznymi i ideologicznymi.

Mówiłem o tym w wywiadzie udzielonym redaktorom telewizji niemieckiej, którzy w początkach 2005 roku przyjechali do Rzymu, aby zapytać o ewentualnych kandydatów na papieża. Próbowałem ich przekonać, że wbrew panującej opinii Joseph Ratzinger nie jest konserwatystą, wręcz przeciwnie, jest niezwykle krytyczny na przykład w stosunku do zbiurokratyzowania Kurii Rzymskiej. Przypomniałem im, że jego niedawny list do biskupów - o współpracy mężczyzn i kobiet w Kościele i na świecie - wywarł korzystne wrażenie na ugrupowaniach feministycznych ze względu na uwypuklenie "kultury wzajemności". Na próżno. Moja wypowiedź nie spodobała się i nie była transmitowana w telewizji. W owym czasie w prasie międzynarodowej, zwłaszcza w Niemczech, kardynał Ratzinger miał bardzo niskie notowania.

Jego postać zaczęła się wyróżniać na tle dobiegającego końca pontyfikatu Jana Pawła II. W Wielki Piątek, kiedy papież po raz pierwszy musiał zrezygnować z ceremonii w Koloseum, słowa napisane przez Josepha Ratzingera na nabożeństwo Drogi Krzyżowej wywołały sensację: "Ile brudu jest w Kościele i to właśnie wśród tych, którzy poprzez kapłaństwo powinni należeć całkowicie do Niego! Ileż pychy i samouwielbienia!"[3]. Przewodniczący Kongregacji Doktryny Wiary, stojącej na straży nowych zasad, wypowiedział te ostre słowa po pojawieniu się, głównie w Stanach Zjednoczonych, dramatycznej kwestii księży-pedofilów. Słowa ostre i smutne zarazem. Jeśli przeczytać je dzisiaj, można wyczuć przygnębienie z powodu trudności i sprzeciwów, z jakimi spotykała się praca Kongregacji w kurii i poza nią.

W stronę konklawe

Dochodzimy do tragicznego wieczoru drugiego kwietnia, kiedy przestało bić serce Karola Wojtyły. Umierał wielki papież, który odmienił dzieje świata. Choć Kościół pogrążył się w żałobie, musiał myśleć o przyszłości, zorganizować się i wybrać nowego przewodnika. Kardynał Ratzinger, jako dziekan Kolegium Kardynalskiego, odprawił Mszę żałobną. Wygłoszona przez niego homilia stanowiła sugestywne wspomnienie o życiu człowieka i chrześcijanina, wypełnionym bolesnymi doświadczeniami i cierpieniem, przede wszystkim zaś miłością do Boga i ludzi. O życiu, które dobiegło końca. Tymczasem wiatr powoli zamykał Ewangelię złożoną na trumnie. Jakby dla przypomnienia, że Karol Wojtyła patrzy już w oblicze Boga.

Słowa Josepha Ratzingera wywarły duże wrażenie na wielu kardynałach. Podobnie jak naturalność, z jaką w późniejszych dniach kierował pracami Kongregacji Generalnych, czyli posiedzeniami przygotowującymi do konklawe. Nie narzucał jednak własnego punktu widzenia. W żaden sposób nie starał się przypodobać elektorom. Kardynałowie zrozumieli, dlaczego Jan Paweł II nie przyjął dymisji dwukrotnie złożonej przez Josepha Ratzingera, zatrzymując go na stanowisku. Nie chciał wskazać swojego ewentualnego następcy - nigdy by tego nie uczynił - ale pragnął zapewnić uczestnikom konklawe udział w nim człowieka wielkiej rozwagi i wiedzy, i jego pomoc.

Czy kardynał Ratzinger przeczuwał, że "gilotyna" - jak stwierdził później z humorem - spadnie na jego głowę? Tak, zapewne to rozumiał. Nie zabiegał jednak o poparcie. Nie starał się, by zapomniano, że w przeszłości był postacią niewygodną, surową, choć wyglądał na człowieka ugodowego i dobrodusznego. Nie uczynił tego, przeciwnie, wypowiadał się tak, jak podczas ostatniego dużego spotkania poprzedzającego konklawe, Mszy pro eligendo Romano Pontifice.

Odparł oskarżenie o fundamentalizm Kościoła. Wskazał wszystkich przeciwników wiary chrześcijańskiej: marksizm, liberalizm, libertynizm, kolektywizm, radykalny indywidualizm, ateizm, bliżej niesprecyzowany mistycyzm religijny. W końcu zadał ostatni cios. "Rodzi się dyktatura relatywizmu moralnego, który nie uznaje nic definitywnego i za ostateczną miarę przyjmuje własne "ja" i jego pragnienia...". Poszedł nieco dalej niż podczas przemówienia w Subiaco, w wieczór przed śmiercią Jana Pawła II. Ale nie można było powiedzieć, że nie wyrażał się jasno. Z właściwą sobie stanowczością. Bez żadnych przemilczeń.

Wybrany w czwartym głosowaniu

Zamknęły się drzwi konklawe i już w pierwszym głosowaniu - według wystarczająco wiarygodnych informacji - prefekt Kongregacji Doktryny Wiary uzyskał pięćdziesiąt głosów. Zaskakujący wynik, który potwierdził wiele rzeczy. Między innymi, że front zwolenników, którzy uważali Josepha Ratzingera za jedynego człowieka zdolnego kierować łodzią Piotrową w tych niespokojnych latach i umocnić prawdę chrześcijańską, był dużo liczniejszy od bojowo nastawionej mniejszości (zdecydowanie konserwatywnej). Pierwsze głosowanie potwierdziło też, że wyzbyto się wątpliwości co do osoby kardynała Ratzingera. Wątpliwości związanych z wiekiem (siedemdziesiąt osiem lat), zdrowiem (problemy z sercem), surowością doktrynalną (według wielu kardynałów usprawiedliwioną sprawowaną funkcją) oraz z faktem, że nie był Włochem (należałoby raczej powiedzieć to, że był Niemcem, co zdaniem niektórych elektorów było wadą). Owych pięćdziesiąt głosów potwierdziło też niezdecydowanie opozycji, reprezentowanej przez kardynała Carla M. Martiniego (lidera) oraz arcybiskupa Mediolanu Dionigiego Tettamanziego (faktycznego kandydata).

Istniało ryzyko, że w pewnej chwili przestanie zwiększać się liczba głosów oddanych na Ratzingera, a w tej sytuacji pojawiłyby się inne kandydatury - o wielu niewiadomych - takie jak arcybiskup Buenos Aires Jorge Mario Bergoglio oraz wikariusz Rzymu Camillo Ruini. Ale następnego dnia, we wtorek dziewiętnastego kwietnia 2005 roku, w drugim głosowaniu Ratzinger uzyskał ponad sześćdziesiąt głosów, a w trzecim - ponad siedemdziesiąt. Głosowanie przebiegało w pogodnej atmosferze, bez napięć, bez sporów, jakby wybór Ratzingera był przesądzony. W czwartym, ostatnim głosowaniu liczba głosów przekroczyła wymagany poziom dwóch trzecich. O godzinie siedemnastej czterdzieści z komina Kaplicy Sykstyńskiej zaczęła wydobywać się smuga białego dymu na znak, że dokonano wyboru.

Nikt inny nie mógł zostać nowym papieżem! Tylko on!

Pierwsze komentarze były raczej nietrafione (a tytuły niektórych gazet bzdurne i obraźliwe, gdyż nawiązywały do krótkiego okresu obowiązkowej przynależności Ratzingera do Hitlerjugend). Wbrew temu, co pisano, nie był to wybór, którego należało dokonać jak najszybciej, aby udowodnić, że Kolegium Kardynalskie jest zwarte, jednomyślne, niepodzielone wewnętrznymi walkami. Nie był to też wybór pontyfikatu przejściowego, którego celem miało być oczyszczenie z antyinstytucjonalnych i charyzmatycznych "nadużyć" okresu papieża Wojtyły.

Mówiąc pozytywnie, wybrano najbliższego, powszechnie szanowanego współpracownika Jana Pawła II, a zarazem ostatniego żyjącego (i działającego) świadka Soboru Watykańskiego II. Był to zatem wybór pod znakiem wyraźnej ciągłości w stosunku do poprzedniego pontyfikatu i soboru. Jej uosobieniem był kardynał o wysokim poziomie kulturalnym i duchowym, który miał pozostać wierny sobie i swoim korzeniom, obdarzony niezależnym sposobem myślenia i charakterem, własną wizją Kościoła i świata. Czego dowodem było imię przyjęte przez nowo wybranego papieża, na znak odcięcia się od bezpośrednich poprzedników i nawiązania do dwóch Benedyktów, którzy w różnych epokach i okolicznościach odegrali istotną rolę w dziejach Europy.

W owej chwili nikt inny nie mógł zostać nowym papieżem! Tylko on - "prosty i skromny pracownik winnicy Pańskiej". W słowach, które skierował do tłumu na placu Świętego Piotra tuż po wyborze na papieża, był cały Joseph Ratzinger. Była jego łagodność, prostota człowieka. A także siła wiary i charakteru mieszkańca Bawarii.

[1] Oryg. niemiecki: Einführung in das Christentum, München 1968. Polskie tłum.: Kraków 1994.

[2] Polskie wyd. Kraków-Warszawa, 1986.

[3] Stacja IX; www.opoka.org.pl.