Lili
O tej porze ruch na ulicach gęstniał. I chociaż nigdy nie myślała o Gorzowie jak o metropolii, to sznur samochodów, jazgot silników, ciągnące się korki przywodziły na myśl wielkie miasta, w których mnóstwo czasu trawi się na światłach. Lili nie cierpiała wielkich miast. Wszechobecnego pośpiechu, idiotycznego stania na czerwonym, dźwięków i ruchu, które nie kończyły się nawet za zamkniętymi drzwiami. Jedyne, co jej się podobało, to anonimowość. Nie musiała wciąż się uśmiechać i kłaniać na każdym kroku. A kiedy nawet czuła na sobie taksujące spojrzenia, nie robiły na niej żadnego wrażenia. Zupełnie, jak spoglądające ze wszystkich stron tabloidowe oczy. Zimne, obce i obojętne. Nigdy nie było wiadomo, co wyrażają. Inaczej w małych miasteczkach, takich jak Bieżuń, gdzie zza firan, zza żaluzji łypały na nią wredne spojrzenia mieszkańców i skąd, gnana niechęcią, uciekała. Od zawsze czuła, że Bieżuń ją mierzi, i może dlatego wciąż wymyślała, jak się odegrać za tamto stłamszenie. Za małostkowość. Dać powód, by huczało. Głupie baby wysiadujące na ławkach w parku. Jak kwoki. Z upośledzonymi skrzydłami, niezdolne do wzniesienia się ponad banalne sprawy. Szu, szu, szu. Tylko szepty, plotki i wytykanie palcami. Coraz częściej docierała do Lili prosta prawda, że czasu się nie cofnie. Zegary chodzą do przodu, odmierzają kolejne lata.
Skrzyżowanie koło katedry było najbardziej problematyczne. Bez pasów, bez świateł. Istny kociokwik. Jeszcze nie nauczyła się tu jeździć. Czuła, jak zalewa ją pot, pieką napięte do granic mięśnie. Przenosiła niespokojny wzrok z lusterka wstecznego na boczne. Samochody śmigały. Była pewna, że zaraz któryś uderzy w bok jej mercedesa. Już słyszała histeryczny głos Samuela, usiłującego stłumić wściekłość, jak wówczas gdy uderzyła w lampę - jedną ze szpaleru na drodze do garażu. Dopiero jej mroźne, krótkie spojrzenie pozbawiło go głosu. Nie odzywała się do niego przez kilka dni. Nie pozwoli, aby ktokolwiek cokolwiek przedkładał ponad nią. Żadnego mercedesa!
Cieszyła się jednak bardzo, gdy udawało jej się przebrnąć przez krzyżówkę i ustawić za samochodami. Wówczas wrzucała bieg, przyśpieszała, a gdy wyjeżdżała już z tego miejsca, nabierała głęboko powietrza. Oddychała z ulgą, spokojnie czekając na zmianę świateł, by teraz skręcić w lewo i wjechać w niewielką i mało uczęszczaną uliczkę niedaleko restauracji Bella Toscana, pozostawiając za sobą wielką bryłę katedry i poplątany sznur samochodów.
Z daleka wyczaiła wolne miejsca parkingowe. Zerkając w boczne lusterko, czy aby na pewno nikt za nią nie jedzie, zgrabnie ustawiła auto między czerwonymi pasami.
W bramie obskurnej kamienicy popijała piwo grupka podrostków. Jeden z nich gwizdnął, a później odezwały się kolejne gwizdy i nawoływania.
- Ej, lala! Bucik ci się rozpierdala! - Kolebał się któryś i imitując ruchy frykcyjne, cmokał obleśnie.
Przyśpieszyła kroku, aby szybciej minąć towarzystwo. W sklepowej witrynie sprawdziła wizerunek. Lubiła wszystko kontrolować. Każdy ruch, gest, minę. Tylko pełna świadomość wyglądu pozwalała jej trzymać dystans wobec wszystkich. Z zewnętrznej kieszeni torebki wyciągnęła pomadkę i dyskretnie pociągnęła nią po ustach, pocierając wargę o wargę, by wyrównać koloryt. Mężczyzna w nadjeżdżającej vectrze zapatrzył się w nią jak w obrazek. Zapaliło się czerwone. Samochód przystanął, a ona pochwyciła powłóczyste spojrzenie kierowcy znad zsuniętych na czubek nosa okularów. Facet oparł łokieć na opuszczonej szybie. Z głośników dobiegała głośna muzyka. Banał. Lubiła męskie spojrzenia, zgłodniałe, pewne siebie. Natychmiast przybierała pozę. Wypięta pierś, lekko uniesiona głowa, pełne gracji ruchy. Wyobrażają sobie zapewne, że wystarczy wyciągnąć rękę. Że jest w ich zasięgu. Idioci! Pojęcia nie mieli, jak bardzo panuje nad sobą. Jak potrafi pociągać za sznurki, by zrobili wszystko, o czym ona - Lili - zamarzy.
Szła, świadoma wrażenia, jakie robi na kierowcy. Szła powoli, choć światła migały niecierpliwie. Niczym krnąbrna dziewczynka czekała na to, co się wydarzy, by przyklepać udany żart.
Za chwilę klaksony aut tworzących długi wąż rozległy się na całej ulicy.
- A ty, co? Zasnąłeś?
- Palant!
- Baran!
Właściciel opla ruszył z piskiem opon, pozostawiając za sobą ciemny obłok spalin.
Lili kroczyła teraz wzdłuż jezdni, uśmiechając się do siebie.
* * *
Zeszła schodami na bulwar. Było pusto. Od czasu, gdy zlikwidowano targowisko i zagospodarowano teren - wyremontowano nisze i zrobiono w nich restauracje i puby - bulwar stał się miejscem spacerów. Przy dolnym tarasie cumowały stateczki. Wszystko to sprawiało, że latem miejsce zaludniało się i do późnych godzin nocnych nie cichł gwar pomieszany z muzyką, płynącą z lokali wabiących klientów różnorodnością klimatów. Od rzewnych włoskich piosenek Drupiego czy Umberta Tozziego, po ciężkie tony irlandzkiego black metalu. Spacerując po bulwarze w świetle stylowych latarni, można było podziwiać widok na most Staromiejski, który zwłaszcza o zmroku przypominał piękne mosty Rzymu czy Pragi. Za nim majaczyło wielkie centrum handlowe, a tuż przed stał monstrualny dziwoląg, na który gorzowianie mówili "pająk", bo w istocie przypominał wielkiego stwora na ogromnych metalowych odnóżach z wielką złotą kopułą - głową. Chłodna bryza od rzeki orzeźwiała przyjemnie, więc bulwar zaludniał się powoli. Życie toczyło się tutaj do późnych godzin nocnych.
Teraz na dworze było paskudnie. Od Warty szedł zapach wodorostów i ryb. Przy opustoszałym brzegu przycupnęli wędkarze z niezmienną determinacją zarzucający przynętę, liczący na wielką rybę.
W kawiarni panował półmrok. Być może za sprawą zaciągniętych rolet, bo w świetle dziennym wnętrze było raczej jasne i pogodne. Designerskie stoły i krzesła z litego drewna, pomalowane wapiennymi farbami w ziemistych odcieniach bieli, kreowały wyrafinowany klimat wnętrza. Kolorowe obicia na siedziskach krzeseł i kanap, stojących pod niemal wszystkimi ścianami, w zestawieniu z abażurami o różnych kształtach oraz wieloma wycyzelowanymi detalami, w postaci tacek, serwetników, puszek, butelek i Bóg wie czego jeszcze, tworzyły niezwykłą atmosferę miejsca.
W środku było pusto. Lili rozglądała się, zatrzymując wzrok na wielkich obrazach w surowych ramach, podwieszonych pod niszą. Na wszystkich widniały wielkie słoneczniki albo połacie lawendowych pól. Namalowane tandetnie ręką niewprawnego malarza, ale miały swój urok i konweniowały z resztą wystroju.
Przeszła do przylegających do dużej sali kolejnych pomieszczeń, małych i dyskretnych, skąd można było obserwować, co się dzieje na zewnątrz. Minęła stojącą przy kontuarze kelnerkę.
- Mogę w czymś pani pomóc? - zapytała młoda dziewczyna, uśmiechając się służbowo.
Lili cicho wymruczała podziękowania.
- Czy można tam usiąść? - Wskazała miejsce w głębi niewielkiego korytarzyka. Mogło być pomieszczeniem służbowym.
Kelnerka zerwała się usłużnie.
- Ależ oczywiście. To są takie specjalne salki dla gości, którzy potrzebują spokoju.
Lili nie zdążyła zrealizować zamiaru, gdy dziewczyna, podając jej kartę, pośpieszyła z pytaniem:
- Życzy sobie pani czegoś?
Mogła być w wieku Sary.
Myśl o córce wywołała nieprzyjemny ścisk. Sara sobie radziła. I to nieźle. Zaraz po studiach podjęła pracę w liceum na Zawarciu, którego była absolwentką. Wyłącznie mieszkańcy Gorzowa i okolicznych miejscowości wiedzieli, że szkoła była renomowana i dostanie się do niej - czy to w charakterze ucznia, czy nauczyciela - stanowiło nie lada powód do dumy. Lili nie miała o tym pojęcia, bowiem jej rozmowy z córką ograniczały się do lapidarnych dialogów o niczym.
- Za chwilę - powiedziała, wyciągając z torebki szykowne okulary. Podniosła wzrok na kelnerkę, która wycofała się spłoszona.
- Dobrze. Proszę spokojnie się zastanowić. Podejdę za moment.
Z podwieszonych dyskretnie pod sufitem głośników dobiegały dźwięki italo disco, jakieś Felicita i Lasciate mi cantare, zakłócane raz po raz przez przejeżdżający tramwaj.
Lili znalazła stolik charakteryzujący się wysmakowaną elegancją, o której stanowił misternie wydziergany szydełkowy obrus i wysublimowany flakon ze świeżymi gałązkami lawendy. Zwabiona widokiem, przytknęła nos do fioletowego bukiecika, ale odsunęła się szybko, bowiem sztuczny pęk kwiatów w najmniejszym stopniu nie przywodził na myśl zapamiętanych toskańskich widoków i zapachów, które tam rozprzestrzeniały się wszędzie - czaiły się po pokojach, na zewnątrz, wyzierały z szaf i strychów. Chociaż po powrocie Lili po wielokroć przekonywała się, że bardziej wyobrażała je sobie, niż były w istocie. Ale to te zapachy i błękit małych, ukrytych między skałami plaż, na które przedzierała się przez piniowe chaszcze, pomagały przetrwać.
* * *
Włochy. Włochy!
Nie tak wyobrażała sobie ten kraj. Nie jako paskudne miejsce, które do końca życia będzie jej się kojarzyć ze starością i śmiercią. Z niedołęstwem, z trzęsącymi się pomarszczonymi rękami, z charczeniem, które budziło ją strachem, że oto trzeba stanąć oko w oko ze śmiercią. Nie tą z literackich opisów - cichą, spokojną i dostojną - ale odartą z intymności i wstydu, pozbawioną twarzy, o zapachu zgnilizny i waleriany. Od tego uciekała w wolne dni. Zagrzebywałą się w piasku niczym mała jaszczurka, piaskarka hiszpańska, i tak jak ona zapadała się w poczuciu zagrożenia. Jakby się bała, że zarazi się starością, że jej skóra nagle zwiotczeje. Obsypią ją brązowe plamy, ciało się skurczy i Lili będzie jak one - stare kobiety, którymi się zajmowała. Leżała, wpatrując się w niebo, które miało taki sam kolor jak morze. Linia horyzontu nikła i miało się wrażenie bycia w bezkresie. Jakby nie istniało nic poza błękitem. Szum morza przywoływał odległe wspomnienia. Spinała ręce, które z wolna błądziły po nagrzanym słońcem ciele. Czuła się jak kiedyś, w zbożu. Zaciskała uda, by zatrzymać przyjemne fale rozkoszy, błąkające się w podbrzuszu.
Po całym dniu wracała do domu Morettich. Już w autobusie, wiozącym ją z Calambrone do San Miniato, wzdrygała się na myśl, że za chwilę znajdzie się w tym domu z białego wapienia, oplecionym winoroślą, z przyległymi doń poletkami warzyw, sadami oliwkowymi i winnicami. Domu, który wbrew swojemu urokowi budził w Lili niechęć. Tak jak codzienna opieka na starą Caren, sprzątanie jej łóżka, wciąż pofajtanego, bo podopieczna od dawna nie panowała nad odruchami, wysłuchiwanie jej chorego bełkotu, wycieranie ciągle oślinionych warg, z których strugi lepkiej mazi toczyły się na bluzkę, spódnicę. Nienawidziła tej roboty, ale nie miała wyjścia. Wyjechała do Toskanii na ślepo, bez adresu, bez znajomości języka. Ktoś, kto ucieka, nie myśli praktycznie. Uczyła się włoskiego samodzielnie. Na początku wchodził kiepsko, ale uwodził śpiewnością i elegancją. Znalazła ogłoszenie o pracy. Pojechała. Przez kilka miesięcy pracowała w Empoli, u młodego małżeństwa. Ona, Laura, była Polką. Oprowadzała wycieczki po Rzymie i rzadko bywała w domu. On, Luciano, dużo rozumiał po polsku. Lili opiekowała się jego matką, choć tak naprawdę niewiele miała do roboty, bo Luciano nie opuszczał matki na krok. Ale gdy stan się pogorszył, oddali ją do hospicjum w Velletri. Laura znalazła Lili pracę u Morettich, w niedalekim San Miniato. Nie było wyjścia; Lili nieraz głośno złorzeczyła starej Włoszce, wiedząc, że ta i tak słyszy niewiele. I nawet, gdy wydawało się, że patrzy rozumnymi i pełnymi wyrzutu oczami, opiekunki to nie wzruszało. Kiedy któregoś poranka Caren Moretti zmarła, Lili odetchnęła z ulgą. Zadzwoniła do jej syna Vincenza.
- Proszę przyjechać. Pani Caren nie żyje.
* * *
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.