Komitety i palmy
Ileż ta moja Ojczyzna przejdzie jeszcze marzeń powodzi jak losu kolei
jak dróg i exodusów z cierni kuszeń ku Golgotom prawdy
mijamy tramwaje dociekań stojące, malownicze, wożące kiedyś ponoć myśli wiar
takie jak na Piotrkowskiej w Łodzi, na Floriańskiej w Krakowie, na Bednarskiej w Warszawie
wywożąc z miast marzenia dawne, utknęły w korkach błędów i ran
i ciągle stoją tam od lat, choć linii brak, choć trakcji brak, pantograf to pentagram znów
znów musuje niepamięć w komitetach, w deklaracjach praw nieprzejednanych rad
kanał nasz - powiedziałby kloszard, policmajster, cham
komitet cudotwórców zdominował marzenia wsze
stoi taki gmach nie jeden, nie dwa, nie trzy
prawie pomniki dla Gavroche'a w centrum niezasypiających miast
gdzie zrewoltowana władza maszeruje w pochodach ulicami
z feretronami, chorągwiami łgarstw, powodując korki i zamieszki
domaga się wulgarnie rzezi najsłabszych i najsilniejszych, co najmniej
ludzie przechodzą swoje Styksy moralne pospiesznie ku równinom równości
władza śródmiejska obrzuca gnojem z przedmieść księży sowizdrzałów
księżą milczą zgodnie, mruczą, śnią uczuciem
uczeni tańczą kankana, mruczą, nie uczą snem
wciąż studiują pamięć studenci, mruczą, hajcują w głowach uczuciem niesytym
w gejowskich klubach geje mamroczą mantry, ministrzeją - na szarość naszych nocy
ożywają bazyliszki siedzące na niegrających ławkach, złote kaczki wypływają za tamki
tramwaj nowy zwany popychadłem obcych ruszył znowu w świata naszego stolicy
marzenia przybyszów wiezie do Zachęty przeniesionej do Wojska Muzeum
i słoiki w siatkach do skupu w Polskiej Akademii Nauk
aleja zasłużonych wydłuża się w nieskończoność, sięga kolejnych komitetów
i palmy pierwszeństwa kiczu
marzenia mgliste wzbierają ponownie, poniatoszczak znika w nim
w powiślnych skuszeniach, skruszeniach, skubaniach niewolniczego pierza
tak marzenie jak wezbrana rzeka, jak potop w Eridu schizm
a mostu już tu nie ma do nieba, pochylni świątynnej nie ma
Sensualizm głupoty
Zasadziłem wielkie pole lawendy
doglądając i pielęgnując, doczekałem się jej kwitnienia
brodzę teraz w łanach fioletowych, pachnących - jak w płytkim morzu
zapach niebiański pieści nozdrza, a łodygi szorstkie delikatnie łaskoczą łydki
we mnie i wokół lawendy faluje morze
rozdygotane, uderza bałwanami w poezji rafę
pluskające się na niej natchnienia zmieniają się w szkarłupnie
katalpy zasadzone wśród krzaków lawendy
swymi liśćmi jak uszy słonia wielkimi
naśladują żaglowce pędzące do Hobart na Tasmanii
spinakery zielone unoszą się w powietrzu
jak flotylle na Mikołajskim i Śniardwach w sierpniu
roje motyli, pszczół i innych latających, bajkowych istot
nad fioletowym tsunami unoszą się, naśladując lewitacji idee
modraszkowate, paziowate, rusałkowa - te z Disneya filmów wyrwane
rozgadane brzęczeniem niemym dziecinniejących ludzi
zachwycają, tak jak mnie empatii sentyment
na końcu świata, snu Adama i Ewy, posadziłem te gunery
ogromne gunery o liściach jak tarcza Achillesa
są ścianą snu i jawy, rozdzielając wyobraźnie bohaterów od rozkoszy zmysłów
brodzę w lawendzie z siatką na motyle
łapię jednak w nią nie rusałki, admirały, pazie, żeglarze - istoty
z raf i atoli kwietnych, lecz rusofilskie bomby i rakiety
dolatujące tu czasem z ukraińsko-polskiego frontu
przychodzi do mnie moja królowa, ja paź wybiegam jej na spotkanie
czuły jak owad, jak owad ufny
ona w koronacyjnej sukni i w złotogłowiu bierze mnie za rękę
i unosi do ust, podnosi ją do warg swoich przewrotnie
kobieta - symbol wszechpiękności mojego poetyckiego czasu z poczuciem humoru
tak wszechpięknie, tak nie niewolniczo, tak tu pierwotno ckliwie
zrzucamy ubrania, biegnąc wśród lawendy, otuleni ciepłym wiatrem
przybywającego lata w uśmiechu słońca i kwiatów
depczemy kłosy i trawy uprzedzeń, kwiaty i zalążki nienawiści
biegnąc, skaczemy po wężach buntu i złości, mokrych od strachu
skąd tu węże? węże? węże jakieś? cóż! za kępami guner
wbiegliśmy nieopatrznie na autostradę, tutaj na prawym pasie płonie Tesla,
a obok Musk stoi z rękami założonymi na piersi
o, Adam i Ewa - krzyczy na nasz widok: w naszą stronę, hej
za nim stoi kamper, a w nim Noego dzieci w oknach: Cham, Sem i Jafet
z dala słychać ciężkie buczenie amerykańskich transportowców
wylatujących z lotniska w Rzeszowie na pomoc Ukrainie
a z bliska wycie strażackich syren, wozów bojowych OSP wyzwolonych zastępów,
z mocy rusofila Pawlaka, czekających niecierpliwie na bombowce z Moskwy
poromantyczny motyl: rusałka pawik w sieci sensualizmu głupoty
Każdej rewolucji założycielski mit
Tak to jest z rewolucjonistami październikowymi w lipcu
rzadko pisują do żon - walczą wciąż, bo tak wypada
biją się, zmagają na froncie, o którym nawet pojęcia nie mają,
gdzie tak naprawdę istnieje, nikt im nie powiedział gdzie
marzą po cichu jednak, by uciec do świata mądrości późnojesiennej
wprost z kolebki, ze środka bitwy tysiąclecia wyjść po angielsku
dla kufla piwa, ciepła kominka, porzucić sztandary
i tego łaskami słynącego wodza z wąsami lub bez
który jeszcze pozwala im żyć póki co
lepsza niewiedza, tabula rasa, głupota niż bycie w niepewnym czymś
- mówi im, sam jest daleko w swym zamku w Tyrolu
lub na daczy w Nowo-Ogariowo
jego nabuchodonozorski szyszak kołysze się na sztucznej głowie, a jego
sobowtór ścina te realne, prawdziwe - takie, jakie ma pod ręką
ot, zwykły obywatel wszelkich zjednoczonych unii
oto rewolucjoniści październikowi w lipcu w glorii
zdobyli szaniec wakacji pierwotny
w kwiecie wieku zginęli ich adwersarze styczniowi
ale pokoju sierpniowych władców pierścieni nie utrzymali
w listopadzie październikowi rewolucjoniści uciekali już przed dekabrystami
lecz ci ich nie gonili do końca, nie dorzynali watah -
zmieniali za to kalendarze naukowo
znów śledzą wargi przywódcy: za miesiąc listopad, walczymy już w październiku -
łaskami słynący wódz mówi coś o wolności klas i kast:
rewolucja to fakt już, teraz utrzymania zdobyczy czas -
choćby jacht rezydencję suszi - suszki surki szyki zyski, musimy
pobrać z sieci wirtualnych przestępców mentalnych dla mas
pobrać niedźwiedzie AI z silosów propagandy dla mas
pobrać cielistych dziennikarzy zimnowojennej frazy dla mediów mas - i trwać
ze sztandarem wolności wyzwolonych więźniów fetyszowych idei
wolni, wolni, wreszcie wolni, od adwersarzy, tak
pstrykać palcami i trwać, trwać, trwać -
jak ona wolność sama, z nagą piersią, w bestiariuszach mitów
o czymś październikowym, co wydarzyło się w li... pcu
Quasimodo w Oakland
Po festiwalu w Monterey obudziłem się w porcie Oakland
wsiadłem na rydwan Faetona, bardziej chyba lotną deskorolkę przypominający
by powrócić z kwiatami we włosach do serca Europy
przemierzyłem oceaniczny nieboskłon bez przeszkód
tylko przypaliłem uszy i podeszwy o krawężnik niebieski
ale to nic, to nic, ale
ze snu wyrwany, zrobiłem to na śpiąco prawie
jak mawiają Afrykanie z zebrą polujący na hieny
hieny amerykańskie i europejskie są niegroźne
nie poluje się na nie - tak twierdzi zresztą też MC Hammer -
odbiera się im padlinę i po prostu giną, uznając się za upolowane
z Oakland do miasta Malebrancha miałem rzut kamieniem
on się wyparł tworzenia jak Kierkegaard rozpaczy snu,
dla mnie sen jasny jest ważny, wszystko świetliście robię w półśnie,
nie ja więc tworzę
moja wędrówka albo raczej jazda owa przez wolności nieboskłon
skłoniła mnie do wyznań o niebezpieczeństwie
tym przeżytym jak namiętność, jak uczucie odczutym gorąco
na deskorolce mitu siedział obok mnie pies jakiejś rodziny
bo psy są rodzinne, udomowione ogniem w źródłowej Afryce
pies zapytał znienacka - te twoje rzeczone namiętności,
czy są niezbędne? czy nie prowadzą do upadku? - może odrzuć je
w mieście Malebranche'a możesz być bardziej marmurowy
ale ja wolałem być liściasty jak Sokrates Północy
- nie odpowiedziałem na kartezjańską zaczepkę
przypalony w Kalifornii, doleciałem wreszcie do Francji
akurat wprost w hippisowskim Centrum Pompidou lądując
już z rogatywką krakowską na głowie, jak na Chorwata przystało Białego,
przyziemiłem tak, jak w średniowieczu okazjonalizmu mistrzowie
- psa pozostawiłem w instalacji cynizmu epoki
poszedłem ratować katedrę Notre Dame podpaloną w myślach przeze mnie przypadkiem
gdy byłem jeszcze Quasimodem panteistycznej Sorbony
Szwagier nie czytał Tassa
Gotfryd Tassowy mnie nawiedził we śnie
spadły dęby buki sośnie
pod murami Jerozolimy na transzy, na planszy
wyglądam przez okno - marcowe idy nadchodzą
i pierwiosnek i śnieżyczka i irys (a kirys gdzie)
w miejscu drzew chcą rosnąć w proteście
poszedłem wczoraj na wyprawę krzyżową
na imieninach u szwagra
ciosów odebrałem sporo, namnożyłem falowych szturmów
w świętej Ojczyźnie (w Ojczyzny obronie)
w mojej robotniczej nie masz miejsca na pseudochłopskie stroje
na murach pokoju bezokiennych stoją dzisiaj wraży wojownicy czarta
z moskiewskich pustyń przybyłe maszkary północy
dałem odpór zwolennikom czerwonych i więcej do szwagra nie pójdę,
nawet na urodziny
jego dom dla mnie spalony, a i gołe mury nie ochronią już Tassa
wystawionego w kalesonach na zlodowacenia
dziś w marcowy poranek znowu jest mróz niebywały tej zimy
kaczki ze stawu odleciały na większy zbiornik elektrowni niezamarzający
może nad Martwe Morze, może tylko na Wisłę pod Wawer
jak kormorany Szczepanika Piotra z fają
jak pod murami Jerozolimy tu gromadzą się znów nasi pod Olszynką Grochowską
powoli usypują szańce, gotują coś do szturmu, pośpiechu nie ma
Mahomet Kremla nigdy niezwyciężony - to ściema
wszyscy to wiedzą - sił już nie ma
to kwestia czasu, zajmiemy go czymś, zajmiemy ów szaniec boży, znieważony
zakujem go na wieki i w przepaście zrzucim ich Fenrira
z Giewontu stoczy się podpalona bela słomy (albo dębicka opona w sobótki)
i wpadnie w asfaltu zastoiska posodomskie, zapłonie świat, zgorzeje czart
gorzej ze szwagrem, nie czytał Tassa
nie ma tej wrażliwości i wiedzy co my, ani perspektywy co krzyżowcy
będzie służył w nowych czasach za zielonego ufnego ludzika
sam sobie winien, przechrzta, saracen na stu jeden
niech czyta Tassa wreszcie nie naiwnie
albo choć Ariosta i innych niezbyt szalonych
by nie oszaleć w Polsce pobliskim wschodem
W locie
Lotne kwartały miasta zmiennie powolne
w szkle nocy w witrażach poranka mienią się cekinów mnóstwem
kolorami świata miasta, renesansowego balonu
pędzę ku niemu, wyciągając skrzydła z mojego romantycznego balkonu
nocnym lotem księcia księżycowych bajań zachodu
skazany na smutek wiecznie nieszczęśliwie zakochanego
milcząc, zdobywam ciszę nad dachami łzami
milcząc, odrywam słowa od dźwięków łkań
milcząc, kołyszę skrzydłami najciszej, bez gestu sowy
w bredniach tramwajów zapóźnionych zanurzony, jak one zapóźniony brodzę
wiele kubistycznych tańców siedmiokrotnie ozłoconych za dnia
kojarzy się z tańcem Salome lotnym w noc taką, lotnym jak nietoperz
na dworze tetrarchy, w magistracie cieni odgrywam role Toski i Tesli
po skoku skorka lecę ledowym mitem nad dachami Paryża i Wiednia do Rzymu
ląduję w Tybrze obok Zamku Anioła
to moje miejsce stałe, śpiewne, lądowisko stałe, święte
jak kot na cztery łapy - tak cichy, cichutki
zatrzymuję balon w lotu ostateczności na dnie
post i pan imperialnej rzeki widzącej śmierci wiele
i antycznej, i postmodernistycznej, i naiwnej
całe kwartały lotne snów owego miasta są tu łodziami podwodnymi
muzyki predestynowanej dla serca głębi
a ja z ich miłościami Wertera zagubiony, zatopiony na zawsze w Locie
budzę tam kolory prawdziwsze, pierwsze, w odrealnionej wodzie