Doczekali - Teresa Jadwiga Papi

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

Ludem najbardziej oświeconym, najwięcej zasługującym na poznanie ze wszystkich Słowian południowych, są bez zaprzeczenia Serbowie: w dziejach średnich stanowili oni, między pobratymcami z południa, jedno z najpotężniejszych państw, oni stworzyli najpiękniejsze pieśni, w których zamknęli całą sławę i niedolę przodków, oni wydali najsławniejszych bohaterów. Górzysta, pełna przepaści, dolin i równin, bronionych przez wąwozy, oraz skał, dostępnych tylko dla miejscowych, kraina serbska leży na półwyspie bałkańskim, graniczy z Austria, Rumunią, Bułgarią i Bośnią; urodzajna jej ziemia wydaje obok kukurydzy najrozmaitsze zboża, na stokach gór dojrzewają winogrona, piękne łąki dostarczają najlepszych ziół bydłu rogatemu, góry obfitują w kruszce, a wspaniałe, liściaste lasy w niezmierne skarby.

W tej krainie, hojnie przez naturę obdarowanej, lecz uciskanej długo przez ludzi, przed laty już wielu żył sobie człowiek bardzo szczęśliwy, zwał się Miłosz Stefanowicz. Jeśli ów wyraz szczęście zechcecie rozumieć tak, jak go rozumieją pospolici ludzie, to przymiotnik "bardzo" należałoby odjąć. Miłosz Stefanowicz nie posiadał bowiem ani znacznego majątku, ani tytułów: miał tuż za miastem Belgradem włókę gruntu, na niej dom skromny, drewniany, stodołę, obórkę, ogródek, łąki i zagony szumiące żytem, strojne kukurydzą, w domu pracowitą, kochającą żonę, dwoje zdrowych dzieci, w oborze dwa woły i krówkę, w ogródku jarzyn trochę i drzew owocowych, tytuł zaś jedyny, jaki posiadał, był dobry Miłosz. Bardzo szczęśliwym nazywali go przeto ludzie, nie dlatego, iżby był zamożnym, lub dostojnym, ale dlatego, że był zadowolonym z tego, co posiadał, że twarz jego była zawsze pogodną, serce pełne otuchy, wiary i ciepła, że zdrowie mu sprzyjało, że był cnotliwym. I jemu los nie szczędził trosk, kłopotów, zmartwień nawet cięższych; lecz Miłosz przyjmował zawsze spokojnie, z rezygnacją pociski losu, nie łamały go one, ani gorszym nie czyniły... Kiedy jednego roku grad wybił mu zboże do szczętu, a ludzie go żałowali, on westchnął tylko i rzekł:

- Ha, co robić. Bóg dał, Bóg wziął, taka Jego wola; oszczędnością trzeba wynagrodzić straty.

I tak oszczędzał, tak pilnie pracował, tak się starał, że już w pierwszym roku pokrył połowę strat niefortunnego lata, a w następnym zupełnie je zatarł...

Kiedy znowu innym razem umarł mu syn starszy, żona ręce łamała i włosy rwała z rozpaczy; on smutny, ale spokojny, położył dłoń na jej ramieniu.

- Luba - powiedział poważnie - a czy ty wiesz, na co by on nam wyrósł, jaka byłaby jego dola? Tam on czysty i szczęśliwy u Boga.

I Luba przestała rozpaczać, uklękła i szepnęła:

- Wola twoja, Panie, niechaj będzie.

Kiedy Turek prześladował, męczył, więził, katował, a ludzie płacząc narzekali, on mawiał zawsze:

- Cierpliwości, przyjdą lepsze dnie, błyśnie sionko, pierzchną chmury i będzie dobrze...

- W co ty ufasz? - pytali go sąsiedzi - w czym nadzieję pokładasz?...

Miłosz ruszał ramionami.

- W co ja ufam - odpowiedział - w czym nadzieję pokładam, no, nie wiem, ale to wiem, że Bóg miłosierny, że po zimie daje wiosnę, po deszczu i słocie pogodę, po łzach uśmiech, po śmierci zmartwychwstanie... Nie doczekam ja, doczeka syn; nie doczeka syn, doczeka wnuk lub prawnuk...

Tą wiarą żył, ta wiara sprawiała, iż był zawsze pogodny, cierpliwy i silny.

Było to w dzień Przemienienia pańskiego, dzień ów w Działoszynie, taką nazwę nosiła miejscowość, w której żył Miłosz z rodziną, bywał zawsze uroczyście obchodzony. Miłosz Stefanowicz wracał z żoną i dziećmi z cerkwi, szli piechotą, z tyłu postępowała Luba z córką Zuzulą, dziesięcioletnią dziewczynką, obie w strojach wieśniaczych, przed nimi Miłosz, ten dźwigał na ręku chłopca trzyletniego. Stefanek zmęczył się idąc do cerkwi, spory mieli kawał z chaty, więc ojciec wziął go na ręce; chłopak niczym nie był podobny do siostry, ona jasnowłosa, on krucze miał kędziory, jej oczy aksamit czarny przypominały, jego wody morskie, a takie były ciekawe, mówiące, takie mądre, iż każdy, kto koło nich przeszedł, spojrzał w nie zawsze i uśmiechnął się do chłopięcia. Przytulony cicho do piersi ojcowskiej, wystawił główkę, niby pisklę z gniazda zza ramienia ojca i przypatrywał się wszystkiemu z zajęciem; naraz poruszył się niespokojnie, wysunął się więcej z za ramienia ojca i wyciągnąwszy rączkę przed siebie, mlasnął językiem, jakby coś pięknego zobaczył.

- O, o, tatku, patrz tam - rzekł, wskazując coś palcem i znowu mlasnął językiem.

Miłosz przystanął, obrócił głowę i ujrzał naprzeciw siebie kilku jeźdźców, byli to Turcy: białe turbany, kaftany jaskrawe świadczyły o tym. Czy ich znał, nie wiedział jeszcze, bo słońce i pył, który obłokiem szarym ich zasłaniał, nie dozwoliły przypatrzeć się im lepiej; po niejakiej chwili wyłonili się wszakże z tych szarych obłoków, teraz można się im było przypatrzeć dobrze: przodem jechał mężczyzna lat średnich, z długą szpakowatą brodą, gadającą mu na piersi, o twarzy, na której duma i srogość się malowały, w bogatym stroju, lśniącym od złota i drogich kamieni, za nim pięciu także w tureckich kaftanach i turbanach, lecz na ich kaftanach nie było złotego haftu, w turbanach brylant nie świecił; na twarzach ich, w miejsce dumy i srogości, czytałeś bezmyślność, tchórzostwo lub chytrość, byli to widocznie służalcy.

Miłosz i ten, co jechał przodem, spojrzeli sobie w oczy; pogodna twarz Serba naraz spochmurniała, odwrócił żywo głowę i przyśpieszył kroku, jakby chciał uniknąć spotkania. Turek pogładził brodę, srebrną ostrogą konia przycisnął i koń szybszym kłusem podążył, słudzy toż samo uczynili, niebawem zrównali się Miłosz i Turek, ten ostatni trzymał się prawej strony Serba, gdzie spoza jego ramienia wystawała czarna główka chłopca, dziecko przypatrywało mu się ciekawie.