1917
Kot
Jest piękny, sięgający do nieba dzień, jaskółki przecinają niebieskość,
a ważki rzucają cienie na falującą głębinę. Psy dostały głowy ryb
złowionych w poranne sieci i wylegują się na słońcu z wyciągniętymi
łapami. Panuje miła, spokojna atmosfera, ale wtem wszystko się zmienia.
Mahte siedzi na Skale Wieloryba i widzi łódź płynącą w górę rzeki. Kiedy
osłania ręką oczy i mruży je, serce zaraz zaczyna mu galopować.
Przeczesuje trzęsącymi się palcami włosy i zrzuca rybie łuski z nogawek
spodni.
Właśnie pojawia się przed nim kobieta, i jakiż to widok. Czerwona
spódnica wiruje, przylega jej do nóg. Eeva nie chce już siedzieć na
ławce, staje na dziobie, a Mahte patrzy na nią, jakby pojawiła się sama
władczyni wód. Nieosłonięte chustą włosy zaplotła w warkocz, upięła
wysoko i wcisnęła weń kilka róż. Psy się budzą i zaczyna się szczekanie.
Mahte zauważa, że w łodzi przy wiosłach siedzi Aleksi Leho, którego
ojciec także popłynął do Ameryki. Ale i ten postawny chłopak niknie,
kiedy wzrok Mahtego się wyostrza i skupia na kobiecie. Ta minę ma dumną,
brodę wysoko uniesioną. Wiatr szarpie jej włosami i wyrywa z ułożonego
na czubku głowy warkocza kosmyki, rzuca nimi i zakręca, jakby Grajdoł
chciał w ten sposób powitać przybyłą.
Eeva wysiada na ląd, stopy ma bose, a Aleksi Leho wyciąga z tyłu łodzi
kabzę i pudło z kory brzozowej. Mahte ucisza psy.
- Długo to trwało.
- Droga była ciężka.
Dziewczyna staje na brzegu i przechodzi na pustą polanę, tam, gdzie
między kamieniami pali się ognisko, a zamiast sauny sterczą tylko belki.
Aleksi Leho przywozi, co miał przywieźć: gazety rewolucyjne, a do tego
saboty, które gospodarz na Alkuli czasami naprawia, kiedy ma dobre dni.
Mówi o sianokosach, zastanawia się, jaka będzie pogoda, ale zaraz
zauważa, że pozostałych to nie interesuje. Trochę skwaszony, rusza w stronę domu.
Eeva chce pójść za nim, ale Mahte się waha.
- Nie zaprowadzisz mnie do was, do środka? -?pyta dziewczyna.
Pokazuje na wielki dom, lecz chłopakowi opadają ramiona.
- Poczekajmy z tym jeszcze. -?Zaczyna się jąkać. - Bo widzisz, to taka
sprawa...
Nagle niedawna waleczna królowa się rozpływa i zamiast niej na brzegu
stoi nieśmiała, zupełnie inna dziewczyna. Trzyma w objęciach małego
kota, jakby był całym jej majątkiem.
Szepcze:
- Tylko ty, Mruczku, zostałeś mi za posag. I się nadasz, jeśli ja się
będę nadawała.
- Dużo rzeczy ze sobą nie zabrałaś -?zwraca uwagę Mahte.
- Takie życie. Mam tylko kabzę -?mówi Eeva, a on się pochyla i zaczyna
gładzić zwierzątko po karku. Jego palce dotykają palców przybyłej,
czuje, jak przenika go prąd.
- Nos po kocie, głowa zająca, pazury jak u smoka, a poza tym jesteś
krewniakiem wilka -?przemawia cicho do kota, lecz patrzy na nią.
Skądś wylatuje kundlowaty Piku i zaczyna szczekać. Mahte lubi zwierzęta
i jedyne, co mnie, kota, zastanawia, to fakt, że uważa on swojego psa za
wspaniałego towarzysza. Tak jak ludzie zazwyczaj. A przecież to
nieprawda. Psy ujadają, są włóczęgami. Podniecają się głupio, czym
popadnie, szukają padliny, szczekają na dzikie zwierzęta.
Mahte wydaje sierściuchowi polecenie:
- Za nim nie wolno ci gonić.
Jego ręce nadal gładzą kota i iskrzącą się dłoń Eevy.
- Przypominasz mi Hallipartę, leśnego dziadka. Mieszka w tobie dziki
stwór? -?pyta, lecz nie kota, a dziewczyny. -?Matka twierdzi, że
należysz do tych, którzy znają stare słowa.
- Jakie słowa?
- Słowa väki. Zakazane. No przecież wiesz.
Eeva przyciska do siebie kota z czarnymi łapami.
- Ja je mam we krwi. Ale nie mówię nikomu.
- Mnie możesz powiedzieć. Podobno płynie w tobie krew dawnych
Lapończyków.
Tak, Mahte pamięta, jak Eevę zwyzywano przed plebanią, gdy młodzież
przystępowała do spowiedzi. Laponka, dziewczyna, której słoma wystaje z butów. Żona pastora, laestadianka, plotła, że zmiłuj się Boże, ona wcale
do nas nie pasuje.
- I obiecali cię Hartikce.
- Aha. Naprawdę?
- No, oddałaś mu się już?
Eeva prostuje szyję, trochę zbyt gwałtownie i mówi wzburzona:
- Nie. Tego za nic nie zrobię. -?O lufie pistoletu na swoim karku nie
wspomina. - Czy moje sieroctwo to taka okropna rzecz?
- Dla mnie nie jest. Gorsze rzeczy widziałem.
Mahte opowiada o młodszym bracie, mieszkającym teraz w Michigan, w amerykańskiej Laponii, który wziął sobie dziewczynę z ludów Anishinaabe.
- Czyli Indiankę.
Oboje zastanawiają się nad tym nabożnie i z szacunkiem. Bo co tutaj
wiadomo o rdzennych mieszkańcach Ameryki? Przychodzą im na myśl wielkie
prerie i spokojnie przechadzające się po nich bizony, a potem wojenne
okrzyki i półnadzy mężczyźni w pióropuszach na głowach, pędzący na
uzbrojony w karabiny, ukryty za wzgórzem pułk kawalerii.
- Ale tam tak nie jest.
Patrzą na siebie. Pies krąży wokół nich, psuje niepotrzebnym hałasem
najpiękniejszy wieczór, ignorancją ustępuje tylko burżujowi.
- Tak, dla matki to był duży cios -?oznajmia Mahte z powagą i nagle
zaczyna chichotać. -?Straszny rwetes i krzyki się podniosły w związku z tym. Ty jesteś dla niej mała zadra w porównaniu z tamtą.
- A więc Helmi nie lubi indiańskiej synowej? -?Eeva też zaczyna się
śmiać. -?Na pewno musi być jej ciężko.
Dwie radości się łączą i lodowa przeszkoda między dwojgiem pęka, topi
się w promieniach słońca i paruje tak, że powietrze drży.
- Mężczyźni nie mówią mi zwykle takich rzeczy.
- A młode dziewczyny nie mają mi do powiedzenia... nic.
1917
Kot
Eeva i Mahte idą na łąkę, najpierw siadają w trawie, a potem kładą się
na plecach. Niebo rozciąga się wysoko, niebieskie, że aż w głowie się
kręci, kilka białych strzępków chmury sunie wzdłuż horyzontu po
przeciwnej stronie, wiatr słabnie. Mahte wyrywa źdźbło trawy, nanizuje
na nią poziomki albo, jak tu powiadają, czarowne maliny, i podaje młodej
dziewczynie.
- Teraz nadchodzi czas robotników. Kończy się niewolnictwo i wkrótce
cały świat wywróci się do góry nogami.
Eeva rozgląda się wokół, wącha, nasłuchuje. Tu jest dobrze. Tutaj
powietrze wydaje się rozrzedzone, nie z tego świata.
Czuje, że sercem przyjmuje Wyspę, a Wyspa wsysa jej duszę. Podobnie jak
las, którego oddech sięga do niej, ziemia też ją obwąchuje, wchłania,
akceptuje.
- Matka może się stawiać.
- Przeszkadza ci to?
- Dam sobie z nią radę.
Wydaje się, że Mahte w to powątpiewa. Czy ktokolwiek poradzi sobie z Helmi?
- Razem nam się uda.
- Tak, tutaj moglibyśmy żyć. W tym miejscu mieszka ktoś stary i święty.
Mężczyzna opowiada o Hiidenportti4 na wschodnim wybrzeżu i odkrytych przez siebie ściennych malowidłach. Pod wpływem tych historii
dziewczyna potakuje z zadowoleniem.
- To dobrze, to świadczy, że granica tutaj jest cienka.
Każe mu obiecać, że pokaże jej malowidła, mówi, że od nich bije dziwna
siła. W ten sposób wiążą ją z przeszłością, chociaż ona nie potrafi tego
dokładnie określić.
Jednak prawdziwy problem tkwi we współczesności, i to taki, że Helmi z Alkuli nie chce przyjąć sieroty i wpuścić jej na pokoje.
- Ech. Chyba trzeba się z tym pogodzić. Z ciebie nigdy nie będzie
gospodyni w naszym gospodarstwie.
- To nie szkodzi.
- Postawimy tu swój dom.
- Na tym wzgórzu?
Eeva przygląda się badawczo ziemi, przechyla głowę i dotyka jej palcami.
Wtem budzi się w niej podejrzliwość.
- Dom się stamtąd osunie.
- Nie osunie, trzeba go tylko dobrze zbudować. Ta glina jest twarda.
W końcu Mahte dotyka dziewczyny. Trochę ostrożnie, jakby kładł dłoń na
gorącym polanie albo skórze, na czymś cennym i kruchym.
Przysuwa się do niej, Eeva się nie opiera. Taka sytuacja jest dla nich
obojga nowa, chociaż on wie, co o niej mówią we wsi. Ale się tym nie
przejmuje, tylko całuje ją, a ona mu odpowiada tym samym pod wpływem
chwilowego oszołomienia.
Czuje do niego wdzięczność, że nie jest gwałtownym byczkiem i choć
postępuje ochoczo, daje jej czas na odpowiedź. Przechyla ją ku brzozie i wtem zatrzymuje się, dysząc.
- Co się stało?
- Mój brat powiedział, że teraz muszę na ciebie wejść.
Oboje zastanawiają przez chwilę, zaskoczeni.
A potem wybuchają śmiechem. Eeva obraca się i kładzie na ziemi na
plecach, a ten dziwny mężczyzna całuje ją, gryzie zachłannie. Przywiera
do niej mocno, ona czuje jego twarde podbrzusze. Porusza biodrami, ale
nie dlatego, że musi, tylko chce.
Kiedy ten pierwszy raz jest za nimi, leżą oboje pośrodku ptasiego śpiewu
i letniego dnia, osłonięci wysokimi trawami, uśmiechnięci szeroko.
Wreszcie Eeva zbiera się na odwagę i pyta, dlaczego gryzł ją tak
zawzięcie. Teraz sutki ma całe we krwi. Mahte zastanawia się przez
chwilę i mówi, że doradził mu to brat.
- Dziewki lubią, kiedy ktoś ssie im piersi. Wymię trzeba wyciskać, można
je gryźć, aż pęknie.
- Dlaczego?
- Dziewczyny sobie wyobrażają, że w ten sposób piersi się powiększą. Że
jeszcze będzie z tego dziecko.
Eevie chce się śmiać. Johan z Alkuli na pewno nigdy nie dotknął kobiety.
- Nie bądź taki jak on i nie rób mi tego.
- Nie gryźć cię?
- Możesz gryźć, ale z dobrego powodu. Zamkniemy się w kołysce zrobionej
przez Stwórcę i będziemy żyć razem, nie oglądając się na innych.
Umawiają się, że tak postąpią. Eeva jeszcze się zastanawia:
- Ten twój brat dziewczyny nawet na oczy nie widział, dobrze, że
gospodynię rozpoznaje. To taka wada. Wiedziałeś o tym?
- Pewnie masz rację. Chodź, pokażę ci miejsce na bagnie, skąd będziesz
czerpała wodę, zanim wykopię studnię.
Prolog
Morze, w którym unosimy się my, Sfermentowane Dusze, stanowi pewnego
rodzaju mgłę istnienia. Taką, w której objęciach kołyszemy się z przyjemnością. Tutaj nic nie jest dobre ani złe, ani na górze, ani na
dole, skądś patrzy na wszystko Oko Stwórcy, ale trudno się zorientować,
gdzie się ono znajduje w danej chwili. Stanowię część rozciągającej się
poza mną duszy świata, jakiejś energii, w której tkwię. I właśnie
dlatego to ja istnieje -?musi tak być, ponieważ posiadam pamięć i świadomość i przybyłem tutaj z powierzchni Ziemi. Dokładniej mówiąc,
byłem na niej wiele razy, ale z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu
odsyłają mnie tam wciąż na nowo. Mam pewne Zadanie, które nie zostało
jeszcze wykonane albo się nie ukształtowało. W każdym razie powinienem
doprowadzić do zakończenia jakiejś serii zdarzeń, ponieważ właśnie tym
się zajmujemy, my, którzy mamy wiele imion i ani jednego.
Do potencjalnego ziemskiego czytelnika: nie przerażaj się tym opisem,
nie będziesz miał do czynienia z dziwacznym potokiem słów i wykwitem
ogarniętego ekstazą człowieczego umysłu. Jestem Przewodnikiem Dusz, i to
dobrym; wykształconą, miłą osobą (jednak w moim przypadku termin "osoba"
wydaje się zabawnie nieprecyzyjny, raczej jestem pewnego rodzaju
Badaczem, chociaż nie stosuję przyjętych metod). Wszelka wiedza, którą
zgromadziłem, została umieszczona w archiwum Biura podległemu Jednostce
Badania i Wspomagania Form Życia w Jasności. Nie, nie staram się
wprowadzić was w błąd. Wprost przeciwnie, próbuję przedstawić prawdę. I od razu na początku chcę opowiedzieć, od czego się wszystko zaczęło.
To miejsce, w którym wtedy przebywałem, stanowi połączenie Zaświatów i Krainy Śmierci, ale niekoniecznie Podziemnej Krainy, nie wspominając
nawet o Niebie. Czasami widywałem tam ptaki o skórzanych skrzydłach, ale
latały zawsze brzuchem do góry i mówiono mi, że zimują na dnie
lapońskich jezior albo po drugiej stronie zawiasów nieboskłonu. Raz
widziałem, jak wyłoniła się tu winda, podobna do tych, które zauważałem
czasami w wiedeńskich hotelach, taka ze składanymi w harmonijkę drzwiami
i pięknie rzeźbioną dębową ościeżnicą, otwierająca się bezgłośnie,
chociaż nie było w niej nikogo. Zwykle panuje tam cisza, czasem
słyszałem śpiew albo mruczenie, lecz nic takiego, co można by określić
jako muzykę wymyśloną przez człowieka. Tak poza wszystkim miejsce to
przypominało ogromną szczęśliwą macicę, nie stało w sprzeczności z niczym, a jednak jakakolwiek świadomość nie miała do niego dostępu. To
było morze, ale nic w nim nie wydawało się mokre ani brejowate, i nie
miało początku ani nie można go było zmierzyć. W pewnym oddaleniu od
Jasności rozlegał się cichy szept myśli, jakby stare dusze, które
przeżyły wielokrotnie swoje życie, śniły o tym, czego wcześniej
doświadczyły.
Przez te wszystkie czasy moja rola polegała na lądowaniu na Ziemi,
przybieraniu jakiejś nieoczekiwanej formy i wykonaniu Zadania, które
objawiało się mi dopiero w trakcie podróży i po przekształceniu postaci.
Mogłem być na przykład lianą wspinającą się niczym epifity po pniach
lasów deszczowych na zawrotne wysokości, żeby się tam iskrzyć. Niekiedy
moja praca polegała na wysłuchiwaniu tego, co czują perłoródki rzeczne,
a pewnego razu przebywałem nawet na cierpiącym katusze polu wyciskającym
z macicy kamienie zamiast zboża -?odłamek za odłamkiem. Słuchałem jego
jęków i uspokajałem je. Pomogło. W czymś takim jestem dobry. Ale potem
dostałem pewien awans.
W ostatnich tysiącleciach Biuro skupiło się na ludziach. Słyszałem i czytałem w archiwalnych dokumentach o tym, że jakiemuś innemu Badaczowi
zlecono zajęcie się naprawdę wielkimi ludźmi. Krzyczącymi z radości
"Heureka" brodaczami i mężczyznami z sekstantem mierzącymi niebo,
mylącymi się istotami, wyjętymi spod prawa, wyklętymi przez Kościół, ale
zawsze wielce utalentowanymi i namaszczonymi, wyniesionymi na wyżyny.
Taki los spotykał tych niegdyś odrzuconych, a następnie uznanych za
niezwykle wybitnych. Pisano też dzieła o Badaczach, których prace
zakończyły się całkowitym niepowodzeniem. Jeden z nich, radujący się
wielkością Babilonu, zauważył ze zdziwieniem, że miasto to upadło. Inny
zaś udowadniał wiarygodnie i przedwcześnie, że fale tsunami nigdy nie
dosięgną labiryntów Minosa na Krecie. Kolejny wyobrażał sobie, że między
kamieniami Stonehenge przechadzają się przepowiadający przyszłość
ludzkości druidzi, a drugi dowodził, że odpowiedzią na wszystko jest Lud
Trzech Pożarów -?Anishinaabe. Dopiero teraz okazało się, że te teorie
były nieudanymi eksperymentami, a nieszczęsne kultury zostały
zniszczone. Indianie też zostali zamknięci w rezerwatach i utopieni w wodzie ognistej. Jeżeli wziąć pod uwagę trwanie wszechświata i punkt
widzenia Najwyższego Biura, żadne z tych doświadczeń się nie powiodło, a Badaczy, którzy opisali te mierne osiągnięcia, zdegradowano i kazano im
zająć się kalinami koralowymi i czymś w tym rodzaju.
Ostrzegano mnie. Człowiek stanowi tak trudny przedmiot badań, że
niełatwo nim zarządzać. Jest uparty i nie słucha nikogo. Uważa się za
władcę świata. Jako gatunek nie zadowala się swoim losem, który, jak
podpowiada logika, jest nędzny i powinien doprowadzić do szybkiego
wymarcia ludzkości już miliony lat temu. Człowiek to niezdarne,
pozbawione praktyczności stworzenie, obrzydliwe i gołe, bez
przyzwoitego, chroniącego skórę owłosienia. Jego biodra są źle
przystosowane do rodzenia, a mózg zużywa zbyt wiele tłuszczu i białka.
Człowiek chce sam podejmować decyzje i wydaje mu się, że sobie dobrze
radzi, chociaż pieprzy wszystko, do czego się zabierze. Zobaczcie
chociażby, co dzieje się teraz na Ziemi! Ona cierpi i umiera tylko z powodu jednego gwałtownie rozmnażającego się, głupiego i pełnego
nienawiści gatunku. Człowiek jest śmiesznym stworzeniem, niepasującym do
natury pasożytem, niepotrzebnym wynalazkiem Stwórcy obmyślonym przez
niego w wolnym od pracy dniu, i z jakiejś przyczyny powoduje szkody i dysonans na falach uniwersum.
Jednak mimo wszystko i może właśnie z powodu braku równowagi
współdziałanie z ludźmi zostało przesunięte, przynajmniej chwilowo, na
szczyt agendy Biura, i tylko po wypełnieniu zadań z nim związanych
Badacz może na zawsze osiągnąć stan nirwany. To dano mi do zrozumienia.
Zapala się we mnie świetlny dźwięk. Nadeszła pora, by wyruszyć. Właśnie
odebrałem wiadomość: wybieram się w lata dwudzieste XXI wieku ludzkiego
czasu, do stolicy kraju leżącego na północy, gdzie mam spotkać się z jakimś Pisarzem. Helsinki i elegancka dzielnica Eira nad morzem. Staram
się zapamiętać nazwy tych miejsc i odszukać je w Atlasie Kosmosu. Leżą
one trochę na uboczu, wcale nie w starych kulturalnych MIASTACH Europy i Azji. Nowa, założona dopiero w 1812 roku stolica, dawna gubernia
rosyjska, niepodległa tylko od ponad stu lat. Kilka kamiennych domów,
dość ładna biała katedra zbudowana na skalistym wzgórzu. Pełni pasji
architekci i pisarze, zbyt mało elegancji wynikającej z wyższego stanu.
Niezupełnie to, czego bym się spodziewał, nie ma wysokich, cichych sal
bibliotecznych jak w starych metropoliach uniwersyteckich, dźwięku
dzwonów kościelnych oraz wzroku Gorgon w cieniu gotyckich filarów. Czy
to jakiś okrutny żart spowodowany tym, że nie dokończyłem poprzedniego
zadania?
Ale znów się ożywiam. Najwyraźniej to Zadanie jest ważne, ponieważ
posiada klasę A1 i podkategorię 158B, co wskazuje na powstanie nowego
życia. Może stała samica, czyli żona Pisarza się szczeni i potrzebny jej
jestem jako Przewodnik Dusz? Takie zadania mają większą wartość, są
rzadsze i bardziej cenione, i łatwo podczas nich o niepowodzenie. Jeśli
tym razem mi się uda, na pewno przeniknę do Wiecznego Spokoju lub
przynajmniej dostanę się na Wyższy Poziom. Zdążyłem już mieć na to
nadzieję i przybrać wiele postaci.
Wtem czuję, że ślizgam się po jasnej, zimnej powierzchni Oka Stwórcy.
Wpadam w wir, moja świadomość się kurczy, bezpieczne, śpiewające cicho
morze zostaje poza nią i jednocześnie czuję, że coś mnie ściąga w dół, i spadam albo wytaczam się -?właściwie wszystko jedno, nie znam się na
kierunkach świata, wcześniej nie miały one żadnego znaczenia. Czekam, aż
moja postać zacznie się kształtować. Wiem z doświadczenia, że na pewnym
etapie wytworzą mi się członki i żyły, w których popłynie krew. Moje
serce zacznie bić, kości rozkwitną niczym bolesna śnieżnobiała lilia.
Dotarłem do ciemnego miejsca, pewnie jest to macica ludzkiej samicy.
Tak, to ona. Czuję wokół siebie pulsujące ciepło i wpadam w zachwyt.
Będę dzieckiem! I w tej samej chwili odnoszę wrażenie, że moje bijące
jak u zająca serce zamiera. Co to ma być? Ogarnia mnie strach. Staram
się otworzyć oczy i na moment dostrzegam odznaczające się na tle światła
żyły wypełnione krwią, czuję, że jestem w macicy, w najlepszym miejscu,
jakie wszechświat wymyślił.
Nagle następuje zmiana.
Staram się określić swoje ciało, ale coś jest nie tak, już nie czuję
wokół siebie ciepłego pulsującego gniazda, nie znajduję się w niczym.
Zapalam się na chwilę i gasnę, wylatuję ze swojego jestestwa niczym kruk
z ust Żyda.
Mówiąc prawdę, wszystko poszło nie tak, jak powinno. Na pewnym poziomie
olśnienia i zrozumienia, które mnie ogarnęło, zauważam, że nie
przeniknąłem do rodzącego się płodu, tylko unoszę się wokół w czasie,
początkowo obijam się o białe kafle, robię się coraz mniejszy i zmierzam
w stronę początku bytu. Jest tu zbyt twardo. Pach, pach, pach. Uderzam o jakieś stworzenie, wdzieram się w jego tkankę mózgową i naczynia
krwionośne jak wściekła toksoplazmoza.
W głowie mam mętlik i szum, jakbym unosił się w cudownym mglistym wirze.
Jednocześnie czuję dziwną, nową siłę. Krew płynie szybciej niż w jakimkolwiek innym moim ziemskim wcieleniu.
Niespodziewanie czuję ogromną potrzebę, żeby napić się ciepłego płynu
tryskającego z szyjnej arterii. Co się dzieje?
Otwieram oczy i dostrzegam swoje odbicie w spienionej wodzie rzeki. To
nie tak powinno było pójść! Jestem w zupełnie niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Mam wąskie żółte oczy drapieżnika i nie wierzę w to, co widzę. A jednocześnie wiem, że to prawda.
Stałem się, i głupio mi z tego powodu, jakimś zwierzęciem. Mam czarne
łapy i pazury, które wbijają się na mój rozkaz w stwardniałą męską rękę.
Czuję zapach czeremchy, pianę na swoich wąsach i słyszę grzmot rzeki
Pajakka. Przez moje nowe sprężyste ciało przebiega dreszcz. Ach, i wszystko robi się jasne. Mam teraz nowe kończyny i nowe futro, i jak
widać, zdolność wyczuwania aury i cieplnych prądów.
Powtarzam sobie: jesteś zwierzęciem. I to nie byle jakim.
Bez wątpienia, w nieodwołalny i przerażający sposób stałem się kotem.
Kot
Z jakiegoś powodu domyślam się, że imię ratującej mnie przed utopieniem
młodej kobiety to Eeva, ma ona tyle lat, ile obecny wiek, i że w pewien
sposób wszystko wiąże się z Pisarzem, a raczej z Pisarką.
Chyba powinienem teraz opowiedzieć całą historię jej rodziny, ale
przecież na coś takiego nie wystarczy mi czasu ani miejsca w trakcie
tych badań, mam też ograniczone możliwości. Zwykle takie rzeczy muszę
załatwić prędziutko.
Czy jest w tym coś ważnego? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że
Najwyższe Biuro pogrywa sobie kurewsko z Badaczem. Może tam w oddziale
B145 ktoś się właśnie śmieje w najlepsze. Myśli sobie: bądź kotem i postaraj się coś zrobić. Wysil się.
Nie wiem, co mam powiedzieć.
Czuję szarpnięcie, teraz jestem wyciągany.
Piana rzeki moczy suknię uszytą z wełnianego płótna używanego do
czyszczenia beczek na dziegieć, zabarwioną na żółto krwawnikiem i wrotyczem. Eeva osłania mnie rękawem i przytula do dekoltu ozdobionego
czerwoną grubą nicią pachnącą zasłonakiem.
Bydlak, który wepchnął mnie do więcierza, podchodzi pomostem od tyłu i ją obejmuje. Szepcze:
- Ja cię znam. Jesteś dzika, ale cię obłaskawię.
Wciska kolano między jej uda, ale dostaje mocnego kopniaka i jęczy.
- Potrafię się obronić -?syczy kobieta.
- No pewnie, że potrafisz, ale nie chcesz. Sama się dopraszasz.
- Spadaj, Hartikka, idź męczyć łatwiejsze dziewuchy.
- Nie stawiaj się tak, ty znajdo.
Zbliżamy się do targu, słychać ludzkie krzyki.
- Człowiek słabej woli. Żyje z ochłapów, które mu się rzuca -?szepcze
kobieta i przyciska mnie do siebie. - Ma brzydką duszę. Czemu nikt tego
nie pojmuje?
Idąc ścieżką wzdłuż brzegu, można się przekonać, że wysiadający z łodzi
ludzie zmierzający na targ omijają kobietę z daleka, ponieważ córka
Dzikiej Kaisy zna ponoć pradawne słowa väki1, za które karze się
rózgami albo zakuciem w dyby.
Tymczasem badam własną formę bytu. Kot. I co to takiego jest. Felis
Silvestris Lubica, dziki kot afrykański, zwierzę żyjące na pustyni,
które toleruje uwagę okazywaną mu przez człowieka głównie po to, żeby
łowić szczury w spichlerzu.
Mam wystające szpiczaste uszy. I zanim zdążę się zorientować, łowię tymi
skórzanymi stożkami różne dźwięki, słyszę bicie serca i cudowny rytm
krwi płynącej w żyłach trzymającego mnie człowieka. Nie, nie tylko
słyszę, ale i wyczuwam ten roztaczający woń, pulsujący pod cienką skórą
na szyi płyn. Widzę ciepło i jarzącą się wyraźnie niebieską aurę. Eeva
niesie w koszyku i pojemniku z brzozowej kory paszteciki z borówkami,
żeby je sprzedać na targu. Jej serce łomocze, początkowo z gniewu, a potem z czegoś innego. Uświadamiam sobie, że to oczekiwanie. Tę
dziewczynę przepełnia radość, słowa nabierają dzisiaj koloru i są
szczególnie wesołe, do wytartych strof wkrada się zawoalowana swoboda.
Od dłuższego czasu widzi we śnie dobre proroctwa.
Nie ma na co czekać, trzeba opowiadać.
Na rynku otoczonym drewnianymi domami i kamiennym ratuszem słychać
hałas. Niektórzy stoją pod wiatami chroniącymi od deszczu, ale pozostali
mają tylko kosze.
Atmosfera jest pełna podekscytowania, zabawy, ludzie rzadko mają okazję
przybywać aż pod kościół. I wyczuwam też jakieś budzące się
niezadowolenie. Poza tym wszyscy się irytują, bo wóz z namiotem, w którym pokazują żywe obrazy, stoczył się do rzeki gdzieś w okolicach
Marraskoski. Chęć na powidoki jest wielka, czegoś takiego nie zobaczą
znowu przez długi czas.
Grupki skupione wokół Hartikki stoją osobno, na znak przynależności do
samoobrony noszą na rękawach białe przepaski zrobione z kawałków
żeglarskiego płótna albo obrusów.
Na snopku siana pomarszczoną gębę wystawia do słońca Renne Matoperä,
który podobno przeprawia artystów przez rzeki na górę, pod Morze Białe.
Takich geniuszów z południa jak Akseli Gallen-Kallela, Eero Järnefelt i I.K. Inha. To najwidoczniej wielcy panowie, bo każdy chce im postawić
kolejkę. Słuchacze dziwią się ich nazwiskom, czemu akurat Gallen, i do
tego jeszcze Kallela, i czy naprawdę namalował okolicę jeziora Lentua.
Tego, w którym topi się Aino z Kalevali2. I co to za I. i K., i do tego Inha3, przecież to brzmi obrzydliwie.
Opowieści wystarcza, i wystarcza też niedowierzania, że ktoś mógłby się
interesować tymi peryferiami. Ale tak jest. Naprawdę.
Trochę dalej, za końmi i poidłami przycupnęli czerwoni. Eeva kieruje się
w ich stronę, na budkę Księgarza i na komiwojażera, za którymi podkuwany
jest wałach należący do rosyjskiego dragona. Wśród czerwonych wyróżniają
się dwa młode osobniki. Jeden z nich się awanturuje, głośno opowiada o ustawie nadającej władzę parlamentowi, którą burżuje chcą złośliwie
obalić przy poparciu rosyjskiej Dumy, i pociera czoło czerwoną chustą.
Obok niego stoi inny, ale cichszy element, trzymający dzieło Klucz do
Kalevali, napisane przez Pekkę Ervasta. Błądzi wzrokiem po rosnących
przed korytem z wodą dla koni mleczach, chustach karelskich kobiet,
końskim gównie, które przykleiło się do wykładanych sianem butów
mieszkającego daleko na północy Skolta, sprzedającego mięso z renifera.
Czuję, że oczy tego człowieka czegoś szukają. Ten osobnik ma na imię
Mahte. Skąd wiem coś takiego?
Po prostu wiem.
I chociaż nie mam pojęcia, dlaczego wrzucono mnie w ten czas i czy nie
jest to zwykły przypadek, mogę się jedynie do tego przystosować. A więc
powtarzam sobie te dziwaczne zdarzenia i przysłuchuję się wrzaskom
Johana z wysokim czołem, starszego brata Mahtego.
- Dosyć już mamy tego bałaganu, jaki robią ziemianie i burżuje. Brakuje
jedzenia, robotnicy mdleją z głodu, a Hartikka ukrywa zboże. -?Łysawy
pokazuje palcem na ludzi z samoobrony. -?Takich to trzeba topić w bagnie!
- Nie opowiadaj głupot, Johan -?rzuca Mahte. Głos ma spokojny, widać, że
jest przyzwyczajony do łagodzenia.
Eeva sprzedaje nadziewane borówkami paszteciki w jednej chwili, jak
zawsze, i przepuszcza część zarobionych pieniędzy u Księgarza na
broszury i notatnik w czarnej okładce. I właśnie przy tym straganie oczy
obojga spotykają się po raz pierwszy.
Kot
Tamtego dnia Eeva widzi Mahtego, a Mahte Eevę, która później napisze w swoim dzienniku: Ojej, jakże on na mnie patrzył. Na mnie, prosto na
mnie. Chyba nie ujrzał znajdy ani bidula, tylko kobietę. A jego
spojrzenie było spojrzeniem dobrego człowieka. Nie pamiętam, jaki miał
kolor oczu ani jakie rysy, ale jego twarz wydawała się taka młoda i szczera, i z jakiegoś powodu przyszło mi na myśl, że z tym mężczyzną
chętnie poszłabym na grzyby, posiedziała na trawie i po prostu pogadała.
W tym ułamku sekundy zdążyłam pomyśleć o wielu innych rzeczach, ale one
wiązały się z naturą samicy, witalnością i kroczem, i nie warto o nich
teraz opowiadać.
Oboje trzymają książki. Staram się wyobrazić sobie, co Mahte dostrzegł w Eevie. Dziewczynie, która jedną ręką ściska notatnik w twardej oprawce,
a drugą przytula do piersi małego kota. Nic z tego nie powinno
przyciągać uwagi syna właściciela gospodarstwa. Owszem, Mahte o niej
słyszał. To Eeva. Sierota z Reutuaavy, niespecjalnie krwista dziewucha.
Szczenię Dzikiej Kaisy.
I tak, Eeva też zna Mahtego. Oboje się znają i wyciągają własne wnioski.
Rodzina chłopaka ma dużo ziemi i las w Grajdole. Odziedziczy to
najstarszy syn, Johan, gdy tylko odechce mu się zadawać z czerwonymi i jeżeli nie stanie mu na drodze ta przypadłość. Najmłodszy z braci,
Hermanni, pojechał do Ameryki za dziegciem, natomiast Johan mimo swojego
pochodzenia zrobił się zaciekłym socjalistą. Matka Helmi jest porywczą
kobietą i utrzymuje twardo dyscyplinę, a pan na Alkuli, ojciec Mahtego,
stracił, jak powiadają, poczucie rzeczywistości na tyle, że zapędził
wilki do pilnowania krów, a ponieważ drapieżniki nie rozszarpały bydła,
ludzie stwierdzili, że zawarł pakt z diabłem.
Ale dlaczego Mahte patrzy na Eevę, czego on od niej chce? Staram się
jako Badacz to zrozumieć. On potrzebuje przede wszystkim gospodyni do
swojego domu. Kobiety, z którą spłodzi dzieci i będzie prowadził życie
takie, jakiego pragnie każde stworzenie na kuli ziemskiej, czyli
kontynuacji i przedłużenia istnienia, przecież do tego wszelkie żyjące
istoty dążą. Jednak on potrzebuje też czegoś innego. Może czułości, bo w oczach Mahtego odbijają się ciepło i siła dziewczyny, i ta sama
potrzeba, która siedzi też we mnie. Głód, pociąg do przyjemniejszego
życia. Pragnienie miłości.
Eeva napisze później: "Młynek do kawy. Właśnie tym cudownym urządzeniem
Mahte zwabił mnie na Wyspę i zostałam jego narzeczoną. Jakież to
wspaniałe, wspaniałe urządzenie".
Oczywiście, wtedy na rynku zaczynają się najpierw zalecać do siebie.
Rozmawiają o pogodzie, a potem idą w ustronne miejsce, schodzą z oczu
komiwojażerom i bezwstydnicom, mijają karciarzy i handlarzy końmi.
Następuje cisza i Eeva zerka w bok, chce odejść. Mahte czuje strach.
Teraz musi zarzucić dobrą przynętę.
- Nawet nie zgadniesz, jaki mam skarb.
- Co to takiego, czego innym brakuje?
- Młynek do kawy.
Eeva się waha. Taka rzecz to wielki luksus. Lecz kawy nie znajdzie się
nawet w sklepie z towarami kolonialnymi w Kuusamo.
- A skąd weźmiesz ziarna? No, żeby coś zmielić.
- Mój brat przysyła nam z Ameryki. Podobno palona na Brooklynie.
Brat z Ameryki i starszy brat, który odziedziczy ziemię. Hermanni i Johan. Rodzina. Po śmierci Dzikiej Kaisy Eeva nie ma niczego, tylko
wąskie łóżko w Reutuaavie i piętno znajdy.
Dziewczyna, ubrana we własnoręcznie ufarbowaną, ale ładnie uszytą
sukienkę, waha się przez chwilę.
- A co ty byś mi dała w zamian? -?pyta Mahte.
Eeva odrywa przyciśniętą do piersi dłoń, w której leży kocię. Stamtąd
ogląda ono świat oczami, które właśnie się otworzyły.
- Dostaniesz kota. Łowi zawzięcie myszy.
Mahte patrzy na mizerne stworzenie, które sięga malutkim pyszczkiem do
palca Eevy. Oboje zaczynają się śmiać.
- Mordercę myszy? Gdzieżeś go znalazła?
- Ludzie chcieli utopić małe koty w Pajakce. Wzięłam tego, który ssał mi
najmocniej palec.
Mahte się zastanawia, dziwi. Co to za samica, która nie rozumie, że koty
i psy się szczenią, i niepotrzebnie wyprodukowanych podczas naturalnej
rui zwierząt przeważnie trzeba się pozbyć, przeznaczyć je na przynętę
dla raków.
- Od kogo go wzięłaś?
- Hartikka trzyma więcierz przy brzegu, stamtąd go wyciągnęłam.
Potem następuje chwila, w której rzeczywisty czas nie biegnie, w każdym
razie nie według ludzkiego rozumu. Z punktu widzenia Jasności ma to
bardzo mało znaczenia.
- Odwiedzisz mnie, jeśli o to poproszę?
Eeva się waha, chociaż ja w ciele małego kota czuję przyspieszony puls i radość. Jednak mówi, ociągając się:
- To daleko. Do Grajdoła.
- No tak.
- No i nie jestem żadną tam latawicą.
- Na pewno nie jesteś.
Dziewczyna się zastanawia. Musiałaby popłynąć łodzią w górę rzeki, bo
koń pocztowy wozu tam nie pociągnie. A droga do Sumsy jest pełna dołów
niemal przez cały rok.
- Co dostanę, kiedy cię odwiedzę?
Poza złą opinią i wstydem.
Bólem serca.
Oboje oddychają tak, że słychać świst w nozdrzach i czuć bijące serce
Eevy.
- Może pohandlujemy -?proponuje Mahte. -?Ja ugotuję kawy, a ty
podarujesz mi kota.
Dziewczyna przyciska małe stworzenie, czuje przylegające do niej ufne
ciało, ciepło, życie.
- Nie dam ci go, bo dostałam go w prezencie.
Teraz Mahte ma szansę, żeby się wycofać. Ale znów odwaga bierze w nim
górę.
- W nowym domu morderca myszy się przyda.
A to już jest obietnica. Najprawdziwsza.
Dziennik Eevy
10.08.1917
Minęło wiele tygodni, odkąd widziałam na targu Mahtego, który mieszka w Grajdole. Długo rozmyślałam, czy mam się do niego wybrać. Zostawił w wozie Księgarza wiadomość, że na mnie poczeka. A ja wiem, co to oznacza,
znam tę tęsknotę i widzę ją wyraźnie w swoich snach.
Gospodyni zapowiedziała, że wyrzuci mnie do piwnicy z ziemniakami,
jeśli nie będę chciała iść za Hartikkę. Zagroziła, że w razie potrzeby
gospodarz mnie tam zaprowadzi pod pistoletem. Ale on karczuje las albo
się ugania za dziewuchami, więc się go nie boję. Bardziej boję się, że
jeżeli pójdę do Mahtego, to nie będzie powrotu. Bo jeśli on mnie nie
weźmie? Jeśli całkiem zmieni zdanie?
Mam iść na oślep prosto w paszczę śmierci, kiedy nie wiem, czy on
zechce mnie przyjąć i się mną opiekować? Może byłabym dla niego tylko
zabawką na chwilę? Coś takiego przytrafiło się mojej matce, Dzikiej
Kaisie. Straciła pracę służącej, wypędzili ją ze wsi na wzgórze i jeszcze poszczuli psami. Ale on ma dobre oczy, takie, które widzą chyba
to samo co ja.
Nieprzygotowana, nie ruszę nigdzie. Wzięłam dziewiczą kąpiel w saunie,
wypowiedziałam te słowa. Załatałam spódnicę, jak się tylko dało,
wybłagałam od gospodyni koronkową chustę i zawiązałam włosy na szczycie
głowy tasiemką zamszową przysłaną ze sklepu z towarami kolonialnymi w Viipuri. Zaparzyłam dobry napój, taki, który zwiększa żądzę i ochotę u mężczyzny. Dodałam do niego pokruszoną suchą koniczynę i wiązówkę, żeby
ukryć smak.
Na koniec nasikałam do drewnianego dzbana, z którego gospodyni pije od
czasu do czasu źródlaną wodę. Żebym na pewno nie miała dokąd wracać.
Jakbym chciała się upewnić, że opuszczam ten dom ostatecznie. Ale krowy
poszłam pogłaskać, śpiewały mi i mruczały, nie żeby się smuciły, tylko w dobrym znaczeniu.
Nakładłam do kieszeni nasion tojadu, czyli wilczego ziela. Zasieję je
tam od razu -?niebieskie śliczne kwiatki łatwo wydają się piękne i niewinne, ale przydają się bardzo, kiedy trzeba kogoś szybko wpędzić w wieczny sen. Bo niebo wie, w co ja się pakuję, a nocą mój bliźniaczy
duch pokazał mi, że nie będzie to łatwa droga.
Teraz czekam, aż mnie ktoś zabierze. A to może potrwać. Co jakiś czas
czuję strach: a jeśli Mahtemu się znudzi i weźmie sobie inną? Z pobliskiego domu. Bogatą i uległą.
Czy dam sobie radę? Nikt mnie nie uczył, jak być panią na dużym
gospodarstwie.
Zastanawiałam się i pytałam samą siebie, czy mam jechać, czy nie.
Wiem, że dam radę. A to znaczy, że mam jechać.
Kot
Tamtego lata, w roku 1917, widać, jak młody Mahte wysiaduje na Skale
Wieloryba. Codziennie, godzinami, ukryty przed wzrokiem Helmi, która z podwórka w Alkuli podgląda swojego średniego syna. Co ten chłopak tam
porabia? Czasami twierdzi, że zbiera gałęzie dla krów na zimę, a czasami, że robi pułapki, chociaż nawet nie potrafi ukręcić porządnie
zającowi karku.
Mahte siedzi, spogląda w dół rzeki i czeka, patrzy w przyszłość. Raz
przypływa łódź z pocztą, a innym razem z towarzyszem albo dwoma, którzy
opowiadają, co dzieje się na świecie. Niekiedy spierają się ostro o bunt, kłócą się o idee. Rozmawiają o wojnie światowej i rewolucji
lutowej w Rosji. Carska rodzina wyjechała. Albo została wywieziona.
Teraz, tam nad brzegiem, siedzą przy ognisku Mahte i drugi, podobny do
niego młodzieniec z wysokim czołem, starszy brat Johan. W zębach trzyma
fajkę zrobioną z korzenia i napełnia ją tytoniem, jak przystało na
przyszłego gospodarza. Obaj zastanawiają się nad ważną sprawą, więc do
herbaty ugotowanej w zakopconym imbryku dolewają trochę księżycówki.
Johan zapala fajkę za pomocą krzemienia i hubki i chrząka.
- Ta znajda cię odwiedza, żeby ziemie pooglądać?
- Ona ma na imię Eeva.
- To wiem. Córka Dzikiej Kaisy, akuszerki, podobno wypowiada słowa
väki. Nie poszła do spowiedzi. Ma kiełbie we łbie.
- Co ty pleciesz? Umie przecież czytać. Jest bystra.
Johan kręci głową. Ich matka, Helmi, nigdy się nie zgodzi.
- Taką lebiodę sobie bierzesz?
- Ma na imię Eeva.
- Matka się wścieknie.
Johanowi chodzi o to, że mają dużo lasu i bydła i znajda nie może zostać
gospodynią.
- Ale ona by ci się podobała?
- Podobałaby się. I podoba.
Starszy brat próbuje znaleźć rozwiązanie kłopotu. Jego twarz rozjaśnia
się na chwilę.
- Jeśli już ją musisz posiąść, to weź na służkę, połaskocz latem, każ
pracować przy sianokosach na bagnie. I przestanie cię świerzbić.
Johan ssie machorkę w fajce, kiwa głową, jakby się na tym znał. Mahte
mówi oburzony:
- Bo ty wiesz najlepiej, jak się takie rzeczy robi.
- Oczywiście -?zapewnia brat.
Mahte milczy.
- Coś ci powiem. Najpierw będziesz prawił banialuki, które one lubią.
- Jakie one?
- No, te takie. Sroki złodziejki.
I zaczyna odmalowywać scenę. Obraz, z którego słuchacz nie dowie się nic
prawdziwego na temat spichlerza czy snopków siana, w których ponoć
obmacywał dziewuchy.
- Więc najpierw rozmawiasz z nimi ładnie.
- Jak?
- No, wypytujesz, łaskoczesz słowami. Po dziewczynie będzie widać, czy
jest zainteresowana.
To takich rzeczy gospodarz na Alkuli nauczył swojego syna.
- A kiedy już się rozpali, to przystępujesz do ataku. Chwytasz za
biodra.
- A jak mnie odepchnie?
- One nie odpychają. -?Johan wysysa resztki tytoniu z fajki i stuka nią
o skórzaną cholewkę buta.
- A potem ją całujesz, a jak ci odpowie tym samym, to...
- To co wtedy?
- To wtedy ty... - Johan zaczyna grzebać w ognisku, wzniecając iskry. -
Rozsuwasz jej nogi, jak sama na to nie wpadnie. A tam w środku jest
dziura, do której musisz wejść.
- Tyle to ja wiem. -?Na twarzy Mahtego pojawia się rumieniec.
- I wsadzasz do niej ptaszka.
Starszy brat stuka fajką o kamień.
- Sam też tak właśnie robisz?
- No przecież muszę. Jestem synem bogatego gospodarza.
Wszyscy się za babami uganiają, a najbardziej pan na Alkuli, w każdym
razie zanim jeszcze zaczął rozmawiać z cieniami i wierzyć, że wilki pasą
krowy. Tak zawsze było i będzie, zapewnia Johan, a Mahte potakuje z wahaniem.
Następuje krótka chwila na politykę. Fińscy burżuje paskudnie zdradzili
socjaldemokratów i przeszkodzili we wdrożeniu ustawy dotyczącej władzy,
która praktycznie przyniosłaby Finlandii niepodległość. Mówi się o powszechnym strajku. Albo o tym, co on by tutaj znaczył. Przecież tu nie
ma fabryk, większość ludzi trzyma bydło, ma nieurodzajne, kamieniste
pola, nędzne ziemie rozdane podczas wielkiego podziału. Tylko zagony
ziemniaczane mogłyby za nim głosować.
Tej jednej i jedynej nadal nie widać.
Matka Helmi słyszała o wydarzeniach na targu i pogroziła:
- Ta dziewucha nie zostanie gospodynią na Alkuli!
Najstarszy jest Johan, więc on ma prawo do gospodarstwa.
Mahte nie może wybierać. Jeżeli chce Eevę, to musi wykupić swój udział w spadku, prawo do ziemi na oddalonym terenie i postawić własną chałupę na
stromym wzgórzu. I ludzie z Alkuli mu w tym nie pomogą. Więc najpierw
oboje będą mieszkać w saunie, jeść ryby i karczować własne pole.
Mahte obrabia zagony z ziemniakami, zaprzęga się do pługa, sapie z wysiłku. Naprawia sieci, wyplata więcierz z wierzby i drutu. Wrzuca go z łodzi do wody, w zarośla, i wieczorem sprawdza, czy coś się złapało.
Pułapka pachnie cudownie śluzem, rybią łuską, mułem rzecznym i śmiercią.
Trzeba ją przenieść w trzciny i zatopić w miejscu, w którym podpłyną do
niej zwinne okonie i szczupaki z długimi pyskami. Wyciągnie się je potem
z ich domu, żeby łapały okrutne powietrze Stwórcy. Szczupaka sparzy się,
a potem rozetnie nożem na brzegu. Jego serce będzie jeszcze biło w ludzkiej ręce, a w ciepły wieczór pochwyci je swoim pyszczkiem lis.