Dobrzy sąsiedzi. Kiedy zło mieszka tuż obok ciebie - Sarah Langan

-
Proszę czekać

Maple Street 118

Maple Street 118

9 lipca, pią­tek

Dzisiaj jest wie­czór szczot­ko­wa­nia wło­sów - zawo­łała Rhea Schro­eder w górę scho­dów do swo­jej córki Shelly. - Nie zapo­mnij nało­żyć wię­cej odżywki. Nie cier­pię tej two­jej miny, gdy tra­fiam na koł­tun.

Cze­kała na pół­pię­trze. Sły­szała sze­lest na górze. Miała czworo dzieci. Troje z nich na­dal z nią miesz­kało. Był też mąż, jego jed­nak widy­wała rzadko. To wbrew natu­rze być przez ponad dwa­dzie­ścia lat jedy­nym doro­słym domow­ni­kiem. Czło­wiek mówi sam do sie­bie. Kręci się w kółko.

- Sły­szysz?

- Ta! - odkrzyk­nęła Shelly. - SŁY­SZĘ!

Rhea wró­ciła do stołu w jadalni. Spró­bo­wała sku­pić uwagę na pra­cach z zajęć wyrów­naw­czych z angiel­skiego, które miała oce­nić. Pierw­sza z wierz­chu przed­sta­wiała erup­cje popio­łów wul­ka­nicz­nych jako naj­tań­sze i naj­spryt­niej­sze roz­wią­za­nie kwe­stii glo­bal­nego ocie­ple­nia. Na doda­tek, zachody słońca byłyby już tylko bajeczne! Uczyła w szkole poli­ce­al­nej i zda­niem więk­szo­ści Maple Street miała świetną pracę. Ci ludzie się mylili. Nie pro­sto­wała tego, ale abso­lut­nie, w stu pro­cen­tach, byli w błę­dzie.

Odsu­nęła stertę papie­rów. Upiła łyk z pierw­szego tego wie­czoru kie­liszka wina mal­bec, pod­nio­sła się i popa­trzyła na chaos za oknem.

Samego zapa­dli­ska nie widziała. Znaj­do­wało się prze­cież w środku parku, nie­spełna sie­dem­set pięć­dzie­siąt metrów od niej. Widziała za to ota­cza­jące je pachołki i wywrotki pełne pia­chu, goto­wego do wysy­pa­nia. Cho­ciaż dro­go­wcy zakryli sklejką tę dziurę, liczącą pra­wie dwa metry kwa­dra­towe, wypły­nął z niej kle­isty szlam, oble­pia­jący sko­rupą kra­wę­dzie. Był to bitum, paliwo kopalne, zale­ga­jące w głę­bo­kich kie­sze­niach pod całą Long Island. Prze­ci­skał się na zewnątrz wąskimi pokła­dami i w obrę­bie parku raczej nie dawał o sobie znać, za to miej­scami się­gał pod chod­niki, wpy­cha­jąc się z impe­tem do sąsiedz­kich ogród­ków. Ma to swoje naukowe wytłu­ma­cze­nie, podobno cho­dzi o bie­gu­no­wość i zawar­tość metali. O glo­balne ocie­ple­nie i spie­czoną glebę. Nie pamię­tała dokład­nie w czym rzecz, ale czyn­niki, które spo­wo­do­wały zapa­dli­sko, pobu­dziły rów­nież bitum z Long Island do połą­cze­nia się w tym aku­rat punk­cie.

Wła­śnie dla­tego Park Ster­linga przy­po­mi­nał teraz ropie­jącą ranę.

Owczarka nie­miec­kiego nie udało się odna­leźć. Powstała teo­ria, że porwał go silny prąd w war­stwie wodo­no­śnej. Przy­rów­nano to do wpad­nię­cia do prze­rę­bla i próby dopły­nię­cia do niego pod lodem.

Mógł być teraz gdzie­kol­wiek. Nawet pod jej sto­pami. Dzi­waczna myśl.

Tego wie­czoru na łuku przy parku pano­wał szcze­gólny spo­kój. Kilka rodzin wyje­chało z mia­sta na waka­cje albo żeby uciec przed wonią let­niego przy­smaku, kan­dy­zo­wa­nych jabłek na patyku. Te, które pozo­stały w mie­ście, o ile już były w domu, raczej go nie opusz­czały.

I oto, pod sto szes­na­stym, z garażu wła­śnie wyszła śliczna Ger­tie Wilde. Nio­sła szlauch ogro­dowy zwi­nięty tak nie­dbale, że jego luźny koniec zwi­sał niczym jelita wypchnięte prze­pu­kliną. Bujne włosy Ger­tie były ufry­zo­wane, a meta­licz­nie srebrny cień do powiek tak lśniący, że Rhea widziała go z trzy­dzie­stu metrów. Po doj­ściu do ogrodu przed domem sąsiadka zatrzy­mała się, wciąż z wężem w ręce.

Puls Rhei pod­sko­czył.

Ger­tie wpa­try­wała się w jej okno, dokład­nie tam, gdzie stała Rhea. Wyda­wała się tam zalęk­niona i malutka, jak dziecko z zepsutą zabawką, a Rhea nagle pojęła dla­czego - u Ger­tie nie było zewnętrz­nego kranu, na któ­rym mogłaby zamo­co­wać szlauch. Musiała popro­sić kogoś o udo­stęp­nie­nie kranu, mając jed­nak w pamięci zacho­wa­nie Rhei Czwar­tego Lipca, bała się zwró­cić z tą prośbą do niej.

Rhea poczuła dreszcz emo­cji.

Wszystko schrza­niła Mar­gie Walsh. Wyszła z domu po prze­ciw­nej stro­nie i szybko ruszyła w kie­runku Ger­tie. Wśród macha­nia i uśmie­chów. Wymiany zdań Rhea nie sły­szała, za to widziała, jak się śmieją. Z początku było to grzecz­no­ściowe, potem pełen luz. Przy­krę­ciły szlauch i roz­wi­nęły zwój żół­tego pla­stiku, roz­cią­ga­jąc go przez ogródki Wal­shów i Wilde'ów. Lunęła struga, bry­znęło kro­plami. Śli­zgawka wodna. Przy tem­pe­ra­tu­rze prze­kra­cza­ją­cej 42 stop­nie Cel­sju­sza ten mokry szlak wyda­wał się oazą na pustyni.

Nie­mal w mgnie­niu oka z domów wyszły też dzieci Mar­gie oraz Ger­tie. Nie­ustra­szona Julia Wilde wzięła trzy­me­trowy roz­bieg, po czym rzu­ciła się na pla­stik i prze­je­chała całą jego dłu­gość, lądu­jąc na tra­wie. Char­lie Walsh poszedł w jej ślady. Zanim prze­ko­nali opor­nego Larry'ego, każde z nich zali­czyło po kilka śli­zgów. W końcu i on się na to zdo­był. Tyle że Larry, przez brak koor­dy­na­cji rucho­wej i robot­boya, nie nabrał odpo­wied­niego impetu. Skoń­czył ślizg w poło­wie.

Roz­ryli traw­niki. Dzieci, uty­tłane w bło­cie, spłu­kały się wodą ze szlau­cha i zaczęły od nowa. Bitum, jak ten z zapa­dli­ska, przy­warł do ich ubrań i skóry, przy­po­mi­na­jąc łaty na dal­ma­tyń­czy­kach.

Jakby pękła jakaś bariera, cała Maple Street się otwarła i wyrwała na wol­ność. Z domów wysy­py­wała się reszta Ekipy i nie­któ­rzy rodzice. Gdy w zabawę włą­czyli się doro­śli, śmie­chy prze­szły w okrzyki zachwytu.

Rhea obser­wo­wała to przez okno. Roz­ba­wie­nie i wrza­ski były na tyle dono­śne, że w stłu­mio­nej wer­sji prze­bi­jały się przez szybę.

Ger­tie nie wie­działa, co robi. Ponie­waż kli­ma­ty­za­cja była u niej popsuta, zapewne przy­wy­kła do tej z lekka słod­ka­wej, che­micz­nej woni. Reszta z nich powa­rio­wała. Uznali, że skoro cię­żarna jest gotowa pod­jąć ryzyko, to i oni, żeby nie wyjść na mię­cza­ków, opusz­czą domy.

Tyle że - o czym wie­dział każdy obe­znany z porządną fan­ta­styką naukową - Agen­cja Ochrony Śro­do­wi­ska nie była nie­omylna. Breja, w któ­rej tarzają się dziś sąsie­dzi, może za dwa­dzie­ścia lat zaklaj­stro­wać im płuca, dopro­wa­dza­jąc do roze­dmy. Nawet jej mąż, Fritz, ni­gdy nie­za­bie­ra­jący głosu w lokal­nych spra­wach, oświad­czył, że jeśli tej dziury nale­ży­cie się nie wypełni, powinni na jakiś czas wyna­jąć coś gdzie indziej. Już tam­tego wie­czoru, kiedy się to stało, zmarsz­czył nos i z prze­stra­chem w oczach stwier­dził: "Kiedy w labo­ra­to­rium tak śmier­dzi, włą­czamy wen­ty­la­cję i wycho­dzimy".

Rhea powinna ostrzec tych ludzi. Czuła się do tego zobo­wią­zana, przez wzgląd na ich bez­pie­czeń­stwo. Jed­nak, gdyby to zro­biła, uzna­liby, że psuje im zabawę. I że ma to coś wspól­nego z Ger­tie.

Zoba­czyła tę roz­mowę oczyma wyobraźni. Poszłaby pod sto szes­na­sty, na pose­sję Ger­tie, ape­lu­jąc, żeby roze­szli się do domów. Żeby wzięli gorący prysz­nic i użyli dobrego mydła. A oni odsta­wi­liby piwo, pospiesz­nie przy­ta­ku­jąc, i zacze­ka­liby, aż sobie pój­dzie, po czym wró­ci­liby do zabawy. Praw­do­po­dob­nie też oszczę­dzi­liby jej potem nie­mi­łych komen­ta­rzy. Tych wprost. Znała bowiem miesz­kań­ców Maple Street. Mie­liby ubaw. Ode­szła od okna.

Wró­ciła do wypra­co­wań. Łyk­nąw­szy jesz­cze tro­chę mal­becu, przej­rzała kolejny esej ze sterty, napi­sany sied­mio­punk­tową czcionką Old English. Według niego sfał­szo­wa­nie wyniku ostat­nich wybo­rów dowio­dło, że demo­kra­cja nie działa. Trzeba nam przej­ścia na faszyzm, ale taki bez nazi­stów, dowo­dził stu­dent. Się­gnęła po dłu­go­pis z czer­wo­nym wkła­dem. Dopi­sała: Cooo??? Nie ma faszy­zmu bez nazi­stów, tak jak nie ma masła orze­cho­wego bez orzesz­ków ziem­nych!

Mimo tych wszyst­kich prac, mimo ludzi na zewnątrz i faktu, że miała męża, który wróci z pracy, a także dzieci pię­tro wyżej, Rhea czuła się bar­dzo osa­mot­niona. Nie­ro­zu­miana i za mądra na ten świat. Przez cały ten czas jej dom oble­gały śmie­chy z wod­nej śli­zgawki. Napie­rały na kamień, drewno i szyby. Żało­wała, że nie może ich wpu­ścić.

Podob­nie jak mnó­stwo osób u schyłku wieku śred­niego, Rhea Schro­eder dzi­wiła się temu, że jej życie uło­żyło się ina­czej, niż kie­dyś ocze­ki­wała. Dora­stała zale­d­wie kilka kilo­me­trów dalej, w hrab­stwie Suf­folk, jako córka urzęd­nika sądo­wego. Jej mama zmarła młodo, na raka piersi, a tata nale­żał do tych sil­nych i mil­kli­wych. Kochał córkę za oboje rodzi­ców. Łączyła ich też szajba na punk­cie fil­mów fan­ta­stycz­no­nau­ko­wych i naj­bar­dziej zapa­mię­tała go z tych godzin, które spę­dzali na kana­pie, oglą­da­jąc wszystko jak leci, od Dnia try­fi­dów po Ody­seję kosmiczną dla ubo­gich, czyli Czarną dziurę.

Gdy była dziec­kiem, przy­jaź­nie nie przy­cho­dziły jej łatwo, za to suk­cesy szkolne wprost prze­ciw­nie. Pierw­sza w rodzi­nie ukoń­czyła szkolę poli­ce­alną - SUNY w Old West­bury. Pierw­szą pracę dostała jak wszy­scy, przy sprze­daży w gale­rii han­dlo­wej. Tata, dzięki swoim powią­za­niom, umie­ścił ją w szkole poli­cyj­nej. Za wiele róż­nych oso­bo­wo­ści. Za dużo WF-u. Nie widziała sie­bie wśród glin. Rzu­ciła szkołę, tro­chę nie mogła się pozbie­rać, potem pew­nego wie­czoru przy­trzy­mała tatę, gdy scho­dził do swo­jego warsz­tatu, by pomaj­ster­ko­wać. Opo­wie­działa mu o pew­nym kie­runku stu­diów w Seat­tle. O tym, że ludzie wyra­żają sie­bie poprzez nie­do­strze­galne sygnały. O tym, że chcia­łaby je tłu­ma­czyć. Że chcia­łaby roz­wią­zać zagadkę tego, co na kogo działa. Tata oka­zał zro­zu­mie­nie. Uści­skał ją i wyznał, że postą­pił ego­istycz­nie, suge­ru­jąc pracę w pio­nie śled­czym na Long Island; chciał, żeby córka była bli­sko niego. Żeby nie musieli się roz­sta­wać.

Czuła smu­tek, że zosta­wia go samego. Ale i pod­nie­ce­nie. Jej życie zaczy­nało nale­żeć do niej. Pięć lat póź­niej Uni­wer­sy­tet Waszyng­toń­ski nagro­dził ją dyplo­mem w dzie­dzi­nie lite­ra­tury, ze spe­cja­li­za­cją z semio­tyki. Potem zatrud­nił ją na sta­no­wi­sku adiunkta. Praca była świetna. Stu­denci oka­zali się wspa­niali. Pro­fe­so­ro­wie rewe­la­cyjni. Ni­gdy nie czuła się szczę­śliw­sza.

Do tam­tego tele­fonu. Jej tata zmarł nagle, na sku­tek cho­roby, któ­rej sobie nawet nie wyobra­żała. O któ­rej ni­gdy by nie pomy­ślała. Przez ten wstrząs opu­ściła się w pracy. Smu­tek przy­tło­czył ją nie­po­ję­tym bala­stem, wręcz fizycz­nym cię­ża­rem, od któ­rego nie potra­fiła się uwol­nić. Bole­snym, tkwią­cym w niej brze­mie­niem, które zwy­kła nazy­wać mro­kiem.

Dopóki tata żył, nie cią­gnęło jej do innych ludzi. Ni­gdy nie widziała sensu w popu­lar­nym wśród kole­ża­nek z trze­ciej klasy pisa­niu do sie­bie ani w lice­al­nej odmia­nie tego zwy­czaju: wymie­nia­niu się ciusz­kami. Kogo miało wpro­wa­dzić w błąd to roz­pacz­liwe pozer­stwo? Takie przy­jaź­nie nie miały w sobie nic praw­dzi­wego. Kiedy doro­sła, rówie­śniczki, z ich mar­nymi posad­kami i bra­kiem poczu­cia bez­pie­czeń­stwa, wyda­wały jej się cał­kiem obce. Trzy­mała się od nich z daleka, w oba­wie, że niska samo­ocena może być zaraź­liwa.

Po śmierci taty nie miała do kogo dzwo­nić w nie­dziele ani z kim oglą­dać wspól­nie, choćby na odle­głość, Sola­ris. Skoń­czyło się odwie­dza­nie go w święta i wspólne zestrze­li­wa­nie gli­nia­nych gołąb­ków na strzel­nicy w Calver­ton. A łączyło ich kie­dyś coś nie­wy­mu­szo­nego i dosko­na­łego. Spo­kój, nie­wy­ma­ga­jący żad­nych słów.

Szu­ka­jąc ucieczki z bez­lud­nego miesz­ka­nia i od pustych stro­nic, które miały stać się książką opartą na jej pracy dyplo­mo­wej, zaczęła zabie­rać swo­ich stu­den­tów po zaję­ciach na kawę bądź piwo. Ich zapał i pasja dawały jej uko­je­nie. Spra­wiały, że czas pły­nął odro­binę zno­śniej.

W następ­nym seme­strze zaczęła odnaj­dy­wać dawną sie­bie. Prze­bu­dze­nia nie były już tak straszne, gdyż świa­do­mość nie­obec­no­ści ojca pośród żywych prze­stała ją pory­wać z impe­tem oce­anicz­nych prą­dów. W stu­den­tach, a także w kadrze z wydziału, zaczy­nała widzieć przy­ja­ciół. Mrok ustą­pił.

I wła­śnie wtedy wyda­rzył się wypa­dek. Zrzą­dze­nie losu, abso­lut­nie nie do prze­wi­dze­nia. Nie z jej winy, ale wyszła z niego ze skrę­co­nym kola­nem. Do dzi­siaj jej doku­czało, gdy psuła się pogoda. Drugi uczest­nik ucier­piał bar­dziej. Wnie­siono prze­ciw niej pozew. Bez­za­sadny, ale mimo to dys­kre­dy­tu­jący. Rhea została prze­nie­siona na niż­sze sta­no­wi­sko, co na uczelni rów­nało się wil­czemu bile­towi. Skoń­czyło się. Świe­tlana kariera legła w gru­zach.

W jej życie wkra­dła się jesz­cze więk­sza pustka. Koniec z kawami. Koniec z piwem. Ze szkoły do domu, z domu do szkoły. Drę­czył ją ten wypa­dek. Sta­no­wił okropny błąd, z któ­rym jej umysł usil­nie pra­gnął się upo­rać.

I wła­śnie wtedy wtrą­cił się los. Do jej apar­ta­men­towca wpro­wa­dził się Fritz Schro­eder, star­szy od niej o dzie­sięć lat dok­tor che­mii z Nie­miec. Zapu­kał z pyta­niem, czy wie, jak obsłu­gi­wać tani pie­kar­nik z ter­mo­obie­giem, sta­no­wiący wypo­sa­że­nie kuchni. W różo­wej koszulce polo z posta­wio­nym koł­nie­rzem i spodniach khaki, z brą­zo­wymi pla­mami na kola­nach po jakichś labo­ra­to­ryj­nych che­mi­ka­liach, spra­wiał wra­że­nie osa­mot­nio­nego. Bez­rad­nego. Roz­bi­tego.

- Sprawdźmy - powie­działa, bo wtedy też jesz­cze nie umiała korzy­stać z takiego pie­kar­nika.

Wią­za­nia się z kimś nie miała w pla­nach. Swoją przy­szłość widziała zawsze jako pusty pokój, czy­sty i jasny, wypeł­niony jedy­nie ide­ami i uwiel­bie­nia na odle­głość ze strony współ­pra­cow­ni­ków. Nie wyobra­żała sobie, że po tym, jak zabra­kło taty, mogłaby jesz­cze z kimś dzie­lić swój czas. Nie teraz, kiedy miała przed sobą tak wiele waż­nej pracy.

Tyle że plany ule­gają zmia­nie. Kariery walą się i dru­zgo­czą. Cał­kiem się pogu­biła. I wtedy poja­wił się Fritz: mózgo­wiec, spo­ra­dycz­nie pod­da­jący się ludz­kim popę­dom. Nie­uciąż­liwy, jed­nak z krwi i kości. Ide­alny wybór.

Miał swoje małe dzi­wac­twa. Jego buty musiały być usta­wiane w okre­ślony spo­sób, nie zno­sił metek przy koszu­lach i miał pro­blemy z nad­mia­rem wosko­winy, a że nie zno­sił dotyku patycz­ków higie­nicz­nych, uży­wał wygo­to­wa­nych ręcz­nicz­ków. Jadł wszystko, cokol­wiek zna­lazł w spi­żarce, także tuń­czyka, wybie­ra­jąc go z puszki pal­cami. Budziło to w niej taką odrazę, że nauczyła się goto­wać. Ile­kroć kupo­wała sobie ubra­nia, to jemu też: kolejne spodnie khaki i koszule bez metek. Miło jest robić coś dla innych, zwłasz­cza wtedy, gdy reagują na to widoczną w sze­roko otwar­tych oczach wdzięcz­no­ścią. Poza tym sama też miała mnó­stwo wła­snych dzi­wactw. Po pro­stu lepiej je ukry­wała.

Mniej wię­cej w rok po tym, jak zaczęli się spo­ty­kać, Fritz przy­jął wysoko płatną pracę przy for­mu­la­cji per­fum w BeachCo Labo­ra­to­ries w hrab­stwie Suf­folk, przy słodko pach­ną­cych wyro­bach o takich nazwach jak Mali­nowy powab czy Fran­cu­ski jedwab, pro­du­ko­wa­nych dla taniej sieci Duane Reade. Zasu­ge­ro­wała mu mał­żeń­stwo, cho­ciaż wie­działa, że nie było mię­dzy nimi aż tak dobrze. Pod wzglę­dem uczu­cio­wym nawet nie byli sobie bli­scy. Nie zwie­rzali się sobie ani nie roz­ma­wiali o tym, co ich ukształ­to­wało. On na przy­kład nie miał poję­cia ani o Czar­nej dziu­rze, ani o mroku, ani też o wypadku, który pogrze­bał jej karierę.

A jed­nak pew­nego wie­czoru zabrał ją na samą górę wieży Space Needle; zapro­wa­dził ją na sam jej skraj.

- Nawet wśród ludzi zawsze jestem wyob­co­wany - wyja­śnił, nie patrząc jej w oczy. - Przy tobie też czuję się samotny.

Tar­gnął nią odruch wymiotny. Czyżby z nią zry­wał? Nie wie­dział, że bez niego nie będzie miała już nic? Widziała, jak stoi tam z prze­stra­szoną miną, i musiała nad sobą mocno zapa­no­wać, żeby nie zepchnąć go z gzymsu.

Wyjął z kie­szeni mały pier­ścio­nek o szli­fie typu prin­cess.

- Ale ty się o mnie trosz­czysz. Nikt dotąd tego nie robił. Znam swoje ogra­ni­cze­nia. Myślę, że to naj­lep­sze, co mogło mi się tra­fić - powie­dział. - Poza tym kocham cię.

- Wiesz co? - odparła kom­plet­nie zasko­czona. - Sądzę, że ja cie­bie też. - Tury­ści wokół nich, widząc to, bili brawo. A więc się poca­ło­wali.

Ślubu udzie­lił im sędzia pokoju. Nie było mio­do­wego mie­siąca. Jedy­nie prze­pro­wadzka na Long Island. Do kar­tonu zawie­ra­ją­cego par­tie jej nie­do­koń­czo­nej książki nie zdą­żyła się dobrać, bo wtedy już była w ciąży z Gret­chen.

Za życia przed-Frit­zo­wego roz­trzą­sała z uczel­nia­nymi geniu­szami roz­ma­ite zawi­ło­ści. Teraz całe dnie spę­dzała na Maple Street, sama z dziećmi. Malu­chy czę­sto pła­kały. Cza­sem nie wie­działa dla­czego. Nie znała prze­cież nie­mow­lę­cego języka. Było jej ciężko. Oglą­da­jąc Ter­mi­na­tora, Gwiezd­nego przy­by­sza czy Otchłań, przy­ła­py­wała się na żalu, że wszystko, co zawsze uwa­żała za durne i destruk­tywne kobiece fan­ta­zje - roje­nia o przy­ja­ciół­kach, przy­tu­la­niu się i namięt­nym sek­sie - cał­ko­wi­cie ją omi­nęło. Gło­wiła się, co było z nią nie tak, że do tego dopro­wa­dziła.

Fritz poświę­cał czas budo­wa­niu kariery. Poka­zy­wał się tylko w week­endy i wtedy, gdy odwie­dzała ich jego rodzina z Mona­chium. Kiedy on i Rhea byli razem, dopin­go­wali dzieci na meczach piłki noż­nej, zabie­rali je do gale­rii han­dlo­wej i w ide­al­nej zgo­dzie opła­cali rachunki; part­ne­rzy wza­jem­nie zna­jący sie­bie na wylot. Tyle że było to powierz­chowne. Zero wybu­chów śmie­chu, zero zwie­rza­nia się, zero ser­decz­no­ści.

Doskwie­rała jej samot­ność.

W ciągu pierw­szych dzie­się­ciu lat sporo pła­kała. Trzy­mała to jed­nak w tajem­nicy, jak uta­jony wstyd, ponie­waż była pewna, że nija­ko­ści ich mał­żeń­stwa winne jest jej nie­przy­sto­so­wa­nie. Przy­zna­jąc się Frit­zowi do poczu­cia osa­mot­nie­nia, uświa­do­mi­łaby mu prawdę: że jest popa­prana. On by się z nią roz­wiódł. Jego adwo­kat wycią­gnąłby sprawę wypadku. Wszy­scy dowie­dzie­liby się, dla­czego wyle­ciała z uni­werku. Cała Maple Street. Jeden rzut oka i by ją przej­rzeli. Poję­liby wszystko. Za nic w świe­cie.

Dla­tego ocie­rała oczy. Samot­ność pogrze­bała tak głę­boko, że zatra­ciła jej świa­do­mość. Prze­stała ją zauwa­żać.

Przez następną dekadę prze­kształ­cała się w żonę i matkę z pod­miej­skiego osie­dla. Orga­ni­zo­wała wszel­kie lokalne imprezy i oka­zy­wała serce nowym miesz­kań­com Maple Street koszy­kiem cze­ko­la­do­wych pysz­no­ści i naj­śwież­szych per­fum od Fritza. Udzie­lała się w szko­łach dzieci i urzą­dzała zbiórki na iPady oraz na nauczy­cieli pla­styki. Roz­strzy­gała spory i dema­sko­wała drę­czy­cieli. Co roku wysy­łała bożo­na­ro­dze­niowe kartki z rodziną Schro­ede­rów w odpo­wied­nio dobra­nych swe­trach, adop­to­wała raka ze szkol­nej hodowli, a więk­szość wie­czo­rów do późna spę­dzała z cór­kami, gdyż nie­odmien­nie któ­raś z nich miała jakiś kry­zys.

Przej­mo­wała się per­fek­cjo­ni­zmem Gret­chen i nie­śmia­ło­ścią Fritza juniora, którą ten naj­pierw leczył obja­da­niem się, a teraz innymi spo­so­bami. Chwiej­no­ścią Shelly oraz jąka­niem się Elly, z któ­rym od tam­tej pory udało się upo­rać. Czwórka dzieci to dużo. Ale dobrze sobie z nimi radziła. Wycho­wy­wała je na lubiane, zdrowe i bystre. Nauczy­ciele ją chwa­lili. Sąsie­dzi rów­nież. Ubie­rała się jak nale­żało, u Eileen Fisher, goto­wała pożyw­nie i dbała o to, by mieć odpo­wied­nio szczu­płą syl­wetkę. Odgry­wała tę rolę, aż zaczęła się w nią wczu­wać. Aż się z nią utoż­sa­miła.

Zaraz po tym, jak jej naj­młod­sza lato­rośl poszła do pod­sta­wówki, zatrud­niła się jako wykła­dowca kon­trak­towy, pro­wa­dzący zaję­cia z pisa­nia w języku angiel­skim w lokal­nej szkole poma­tu­ral­nej, Nassau Com­mu­nity Col­lege - na jedy­nej posa­dzie, jaką mogła objąć z taką plamą na życio­ry­sie. Przez więk­szość czasu to wystar­czało. Spo­ra­dycz­nie jed­nak dawał o sobie znać mrok. Będąc sama, nie­uf­nie śle­dziła swoje odbi­cie w lustrze, spie­ra­jąc się z wyobra­żo­nym wro­giem (a świ­rów, na któ­rych się wku­rzała, ni­gdy nie bra­ko­wało) albo tylko roz­cze­sy­wała Shelly włosy, i pytała w myślach: Kim jest ta wście­kła baba?

Prze­ra­żało ją to.

Kiedy w zeszłym roku jej pier­wo­rodna wyje­chała na stu­dia na Uni­wer­sy­tet Cor­nella, Rhea ciężko to znio­sła. Cie­szyła się ze względu na Gret­chen, ale świe­tlana przy­szłość córki zda­wała się potę­go­wać ciem­ność wokół niej samej. Co ją czeka, gdy wszyst­kie dzieci się roz­jadą, a jej zosta­nie nie­na­pi­sana od trzy­dzie­stu lat roz­prawa i Fritz senior, Nad­zwy­czajny Kapi­tan Wosko­wina? Chęt­nie zerwa­łaby ze swoim życiem, po pro­stu ucie­kła. Wje­cha­łaby samo­cho­dem do Oce­anu Atlan­tyc­kiego. Wal­nę­łaby w biurko szefa wypo­wie­dze­niem. Sia­dłaby okra­kiem na swoim mężu tępaku, który ni­gdy nie zabrał jej na tańce, i wrza­snęła: "Kto dłu­bie w uszach ręcz­nicz­kiem? To obrzy­dliwe!". Chęt­nie spra­wi­łaby sobie procę, a z Maple Street zro­biła strzel­nicę, jedy­nie po to, żeby uwol­nić się od tych małych, głu­pich ludzi­ków i ich cia­snych, dur­nych świa­tów.

Mogło się tak stać. Mało bra­ko­wało, żeby coś w niej pękło, żeby utra­ciła wszystko. I znów, jak wtedy, gdy do jej apar­ta­men­towca wpro­wa­dził się Fritz, doszło do inge­ren­cji losu. W domu obok zamiesz­kali Wilde'owie. Tego, co wyda­rzyło się tam­tego dnia, gdy pierw­szy raz zoba­czyła Ger­tie, Rhea nie potra­fiła wytłu­ma­czyć ina­czej niż magią. Jesz­cze jedna out­si­derka. Nie­pa­su­jąca do tego życia pięk­ność. Na Ger­tie Rhea zro­biła ogromne wra­że­nie. "Pani jest taka mądra i cie­pła - powie­działa tamta w dniu, w któ­rym się poznały. - Praw­dziwa kobieta suk­cesu". Rhea pojęła wtedy, że jeśli na Maple Street miesz­kał ktoś, przed kim mogłaby odsło­nić swoje praw­dziwe uczu­cia, była nim ta pro­sto­duszna ślicz­notka. Ger­tie Wilde, tak czy ina­czej, miała oka­zać się dla niej wyba­wie­niem.

Rhea zabie­gała więc o uwagę Ger­tie, zapra­szała ją na kola­cje i wspólne grille w parku. Przed­sta­wiała ją sąsia­dom. Zadbała, by ich dzieci bawiły się razem, i dzięki temu Ekipa zaak­cep­to­wała nowych kum­pli. Wzbu­dze­nie w ludziach sym­pa­tii do Ger­tie nie było łatwą sprawą. Dom tej kobiety nie nale­żał do czy­stych i schlud­nych. To, że ich prze­pro­wadzka zbie­gła się z epi­de­mią owsicy, nie mogło być przy­pad­kiem. Cała ulica dra­pała się tygo­dniami.

Co gor­sza, dzieci Ger­tie, z ich nie­wy­pa­rzo­nymi języ­kami, ganiały samo­pas. Larry oka­zał się stuk­nię­tym nad­wraż­liw­cem, który nie roz­sta­wał się z lalką i cho­dził w kółko. Do tego ta Julia. Jak tylko się wpro­wa­dzili, ukra­dła tacie paczkę par­lia­men­tów i nauczyła resztę dzieci palić. Gdy rodzice ją przy­ła­pali, kazali jej cho­dzić z nimi od drzwi do drzwi, wyja­śnia­jąc wszyst­kim rodzi­com dzieci z Ekipy, co zro­biła. Rhei było żal zapła­ka­nej, zawsty­dzo­nej Julii. Jak można było zmu­sić dziecko do cze­goś takiego? Wystar­czyłby pro­sty, roze­słany przez Ger­tie mejl z wytłu­ma­cze­niem wszyst­kich oko­licz­no­ści zda­rze­nia - i tyle!

Na przed­mie­ściach przy­zna­wa­nie się do winy ni­gdy nie wycho­dzi na dobre. Jest zbyt kon­kretne. Powiesz "Prze­pra­szam", a ludzie się tego ucze­pią i ci nie odpusz­czą. O wiele lepiej jest pomi­nąć wybryki mil­cze­niem. Zatu­szo­wać winę, gdy już się zawini.

Poja­wie­nie się w drzwiach wszyst­kich Wilde'ów dodało całej sytu­acji nie­po­trzeb­nego dra­ma­ty­zmu. Sąsie­dzi, w poczu­ciu, że powinni zare­ago­wać, wyka­zu­jąc swoje kom­pe­ten­cje rodzi­ciel­skie, wpa­so­wali się w ten dra­ma­tyzm. Durna Linda zabrała swoje bliź­nięta do leka­rza, żeby zba­dał im płuca. Hestio­wie zasta­na­wiali się, czy nie zgło­sić Wilde'ów do służby ochrony praw dziecka. Mar­gie i Sal­lie Walsh zapi­sały Char­liego na kurs pro­fi­lak­tyki zdro­wot­nej o nazwie Nasze orga­ni­zmy - nasza odpo­wie­dzial­ność. Cat Hestia, sto­jąc w progu, skrzy­czała Julię, tłu­ma­cząc, że nie jest na nią zła, tylko roz­cza­ro­wana. Nie spo­dzie­wała się bowiem, że taki dzień kie­dyś nadej­dzie. Papie­rosy są tok­syczne! Jest w nich arsze­nik!

Nikt z nich chyba nie rozu­miał, że nie cho­dziło tu o pale­nie. Julia zwę­dziła papie­rosy, żeby zdo­być uzna­nie Ekipy. Żeby zapra­co­wać na przy­jaźń. Błęd­nie oce­niła to towa­rzy­stwo. To nie były zaułki Bro­oklynu. Dla tych dzieci super były pro­gramy dla osób uzdol­nio­nych i lek­cje gry na instru­men­tach metodą Suzuki. Par­lia­menty palili tylko ludzie po wyro­kach, pro­sty­tutki i, jak się oka­zało, nowi sąsie­dzi spod sto szes­nastki. Nie zorien­to­wała się, a i doro­śli Wilde'owie to prze­oczyli, że miesz­kańcy Maple Street prze­jęli się czymś innym niż zagro­że­nie zdro­wotne. Gdyby o nie cho­dziło, nie urzą­dza­liby sobie teraz śli­zgawki. Cho­dziło o fakt, że pale­nie papie­ro­sów świad­czy o total­nym braku klasy.

Mimo tego wszyst­kiego Rhea trzy­mała stronę Ger­tie Wilde, dopóki reszta Maple Street, jedna rodzina po dru­giej, nie ska­pi­tu­lo­wała. Miło było robić coś dla kogoś innego, a zwłasz­cza dla osoby tak pięk­nej jak Ger­tie. Blask roz­ta­czany przez taką przy­ja­ciółkę jakby się udziela. Sta­jąc bli­sko, można zoba­czyć sie­bie w jej per­fek­cyj­nie zro­bio­nych oczach.

Przy­naj­mniej raz w mie­siącu piły wino na obu­do­wa­nej weran­dzie u Rhei, sypiąc dow­ci­pami o robie­niu kupy i "innymi głu­po­tami, jakie wyga­dują dzieci!" oraz o bez­na­dziej­nych mężach, któ­rzy robią się marudni bez zro­bie­nia im laski raz w tygo­dniu. Ta część, w przy­padku Rhei, była stwa­rza­niem pozo­rów. Przy­sta­wała na nie­czę­ste nale­ga­nie Fritza na seks w pozy­cji misjo­nar­skiej, ale nawet w daw­nych cza­sach rand­ko­wa­nia usta nie odgry­wały znacz­niej­szej roli, bo i cało­wa­nia nie było.

Sta­ra­nia Rhei docze­kały się nagrody. Ger­tie w końcu opu­ściła gardę. Ze łzami w oczach, zni­ża­jąc głos, wyznała, co ją naj­bar­dziej drę­czyło:

- Za pierw­szym razem dopiero co skoń­czy­łam trzy­na­ście lat. On pro­wa­dził kon­kurs pięk­no­ści, a moja maco­cha powie­działa, że muszę, żeby zdo­być pie­nią­dze na czynsz. Po wszyst­kim usły­sza­łam od niego, że mnie kocha, ale wie­dzia­łam, że to nie­prawda. Póź­niej ni­gdy nie odma­wia­łam. Za każ­dym razem widzia­łam w tym nową szansę na to, żeby w końcu było jak trzeba. Że zmie­nię wszystko na lep­sze, spra­wia­jąc, że któ­ryś mnie poko­cha. Że będzie dla mnie dobry i o mnie zadba. Żebym już nie musiała miesz­kać z maco­chą. Ale ni­gdy do niczego takiego nie doszło. Dopóki nie poja­wił się Arlo. Jestem mu za to ogrom­nie wdzięczna.

Zwie­rzyw­szy się, Ger­tie zauwa­żal­nie okla­pła; jej brze­mię zelżało. Rhea rozu­miała, dla­czego ludzie potrze­bują przy­ja­ciół. Chcą, żeby ich widziano, znano i bez­wa­run­kowo akcep­to­wano. Och, jakże pra­gnęła takiego odcią­że­nia. Ale i bar­dzo się go bała.

Tam­tego jed­nego wie­czoru, z jazgo­tem sza­le­ją­cych dzieci w tle, wytwo­rzyły mię­dzy sobą ogrom zaufa­nia. Rhea zary­zy­ko­wała i wyja­wiła prawdę o sobie:

- Fritz mnie grzmoci. To boli i ni­gdy mi się nie podo­bało... Ty to lubisz? Ni­gdy bym nie przy­pusz­czała, że takie będzie moje życie. A ty, Ger­tie, tego się spo­dzie­wa­łaś? Lubisz to? Widzę, że nie. Chcia­łam, żeby­śmy się zaprzy­jaź­niły, jak tylko cię zoba­czy­łam. Nie jestem taka piękna jak ty, ale mam w sobie coś szcze­gól­nego. Znam się na czar­nych dziu­rach. Widzę, że chcesz gdzieś uciec. Ja tak samo. Możemy dodać sobie wza­jem­nie odwagi... Shelly nie potrafi zadbać o włosy. Wner­wia mnie to. Chcia­ła­bym z tobą o tym pomó­wić, bo wiem, że lubisz Shelly. Wiem, że mnie lubisz. I że nie będziesz mnie osą­dzała. Cza­sem wyobra­żam sobie, że jestem olbrzymką. Roz­gnia­tam całą moją rodzinę na mia­zgę. Życzę im śmierci po to, żeby się uwol­nić. Odejść od nich nie mogę. Jestem prze­cież matką. Nie wolno mi ich opu­ścić. Za to ich nie­na­wi­dzę. Czy to nie okropne? Boże, czy nie jestem potwo­rem?

Umil­kła, led­wie zoba­czyła zgrozę w załza­wio­nych oczach Ger­tie.

- Nie mów tak. Roz­bi­jesz sobie dom.

Potem padło jesz­cze wię­cej słów. Uprzej­mo­ści i zmiana tematu. Rhea niczego nie zapa­mię­tała. Tamto wyda­rze­nie wto­piło się w mrok i zapa­dło w nią roz­mytą nie­pa­mię­cią o gnie­wie.

Nie­długo po tam­tym wie­czo­rze Ger­tie oznaj­miła, że jest w ciąży. Lekarz zale­cił jej rezy­gna­cję z popi­ja­nia mal­becu na weran­dzie, spo­ty­kały się więc znacz­nie rza­dziej. Bar­dziej zajęta była pracą oraz dziećmi i dawała do zro­zu­mie­nia, że tak się po pro­stu zło­żyło, ale Rhea wie­działa swoje: poka­zała jej praw­dziwą sie­bie, a Ger­tie z taką nią nie chciała mieć do czy­nie­nia.

Za coś takiego nale­żał się odwet. Rhea prze­stała więc machać do Ger­tie na powi­ta­nie i nie odpo­wia­dała już na ese­mesy. Kiedy mimo to nie poczuła się lepiej i po tym, jak nie­pa­mię­tliwa Ger­tie nawet nie zauwa­żyła jej chłodu na grillu z oka­zji Dnia Pamięci Naro­do­wej, ude­rzyła moc­niej. Powie­działa ludziom, że Arlo ma pro­blem z hero­iną. Że stąd te tatu­aże na obu jego ramio­nach. Miały ukryć bli­zny po wkłu­ciach. Opo­wie­działa o Ger­tie i wszyst­kich tam­tych face­tach. Że to prak­tycz­nie dziwka. Wyja­wiała wszystko, każ­demu, kto nad­sta­wił uszu.

Im wię­cej snuła tych opo­wie­ści, tym bar­dziej prze­kształ­cała prze­szłość. Na nowo inter­pre­to­wała każde swoje wcze­śniej­sze spo­tka­nie z Ger­tie i jej rodziną, każdy osąd, któ­rego doko­nała.

Arlo, na przy­kład, był wrza­skliwy. Głos miał grzmiący. Widać było, jak Larry, wraż­liwy na dźwięki, kuli się, ile­kroć to sły­szy. Mimo to Arlo wcale się nie kon­tro­lo­wał. Wrzesz­czał dalej, jakby go nie obcho­dziło, że spra­wia ból wła­snemu synowi. Jesz­cze bar­dziej nie­po­ko­jące było to, że Ger­tie wpro­wa­dzała masę zaka­zów. Jeśli żar nie lał się z nieba, Julii nie było wolno nosić jed­no­cze­śnie koszu­lek z krót­kimi ręka­wami i szor­tów, bo za wiele by odsła­niała. I nie było mowy o bikini, w żad­nym wypadku. Jeśli dzie­cięce zabawy wyma­gały prze­bie­ra­nek, musiała zmie­niać ubra­nie w łazience. Nie wolno jej było samej, czy nawet z Shelly, cho­dzić na auto­bus. Jedy­nie pod opieką kogoś doro­słego. Dla­czego Ger­tie pod­cho­dziła do tego tak ner­wowo? Co takiego, nie­zna­nego nikomu innemu, wie­działa o zagro­że­niach sek­su­al­nych, czy­ha­ją­cych na Maple Street?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Widzieć to uwie­rzyć. Zagadka mor­derstw na Maple Street

Za: Ellis Have­rick, Widzieć to uwie­rzyć. Zagadka mor­derstw na Maple Street, Hofstra Uni­ver­sity Press ? 2043

Po pięt­na­stu latach od zaist­nie­nia tam­tych fak­tów nasze zaab­sor­bo­wa­nie sprawą Maple Street wydaje się oso­bliwe. Nie nale­żała do szcze­gól­nie dra­stycz­nych. Pod wzglę­dem liczby ofiar daleko jej było do krwa­wej łaźni na Wall Street czy zama­chu bom­bo­wego na Ama­zon w Seat­tle. To, co się wyda­rzyło, było straszne, ale nie bar­dziej zatrwa­ża­jące od okro­pieństw, o jakich sły­szy się teraz nie­mal codzien­nie.

Skąd zatem ta ogól­no­na­ro­dowa obse­sja? Dla­czego ludzie prze­bie­rają się na Hal­lo­ween za klu­czo­wych uczest­ni­ków tego zda­rze­nia? Spek­takl Wilde'owie kon­tra Maple Street nie scho­dzi z desek Broad­wayu od ponad dekady. Widzo­wie uczest­ni­czą w przed­sta­wie­niu, a pro­szeni o wybór strony w rekon­struk­cji tam­tych wyda­rzeń1, anga­żują się do upa­dłego w spór o to, kto ponosi winę i kogo należy oczy­ścić z zarzu­tów. Rok w rok coraz to inne media odsła­niają na nowo fakty doty­czące tego, co się stało tam­tego skwar­nego sierp­nio­wego dnia; owej gorączki mordu, która zawład­nęła tą ame­ry­kań­ską uliczką. Jedni obwi­niają falę upa­łów, pierw­szą o tej skali. Zda­niem innych winne było zapa­dli­sko, które obró­ciło w ruinę pobli­ski park. Jesz­cze inni winą obar­czają samo przed­mie­ście.

Oto moja teo­ria: Maple Street wryła się w nas, gdyż nikomu nie udało się w nale­żyty spo­sób roz­wi­kłać jej tajem­nicy. Pozo­staje ona kosz­ma­rem na jawie. Zada­jemy sobie pyta­nie, jak to moż­liwe, że porządna spo­łecz­ność mogła uknuć wymor­do­wa­nie całej rodziny, i nie mie­ści się nam to w gło­wach.

Może jed­nak prze­oczy­li­śmy naj­prost­sze wytłu­ma­cze­nie? A jeśli zarzuty wyta­czane pod adre­sem Wilde'ów były zasadne? Innymi słowy: a jeżeli sami to na sie­bie ścią­gnęli?

* Cho­dzi tu o dramę, któ­rej finał jest zależny od tego, jak roze­grane zostaną role. [wróć]

Maple Street 116

Maple Street 116

4 lipca, nie­dziela

To impreza? Zapro­sili nas? - zapy­tał Larry Wilde.

Nie byli zapro­szeni. Ger­tie Wilde wie­działa, że nie, ale za nic by się do tego nie przy­znała. Przyj­rzała się za to tłum­kowi przez okno , licząc, ile osób przy­szło.

Ger­tie i jej rodzina wpro­wa­dzili się na Maple Street 116 mniej wię­cej przed rokiem. Kupili tanio dom do remontu. Zamie­rzali go odno­wić. Wymie­nić dach i zamon­to­wać nowe rynny, zerwać wykła­dzinę z dłu­gim wło­siem, a w jej miej­sce przy­bić bam­bu­sowe maty. W naj­gor­szym razie obsiać plac­ko­waty traw­nik. Róż­nie się jed­nak w życiu układa. Tak albo siak.

Wnę­trze domu numer sto szes­na­ście też było mocno przy­pad­kowe. Moż­liwe, że gdy w dzie­ciń­stwie bywa­łeś w takich domo­stwach, odwie­dza­jąc kole­gów, odbie­ra­łeś nie­ład jako coś faj­nego, ale też jako pewien chaos. Noco­wa­nie tam spra­wiało ci frajdę. Nie musia­łeś się przej­mo­wać tym wszyst­kim, czego wyma­gano u cie­bie w domu: ście­le­niem łóżka, roz­wie­sza­niem wil­got­nego ręcz­nika, odno­sze­niem brud­nych naczyń do zlewu. Ale też szybko chcia­łeś wra­cać do sie­bie, bo nawet pośród wybu­chów śmie­chu cały ten bała­gan jakoś zaczy­nał cię draż­nić. Nabie­ra­łeś poczu­cia, że nikt tu nad niczym nie panuje.

Maple Street sta­no­wiła zwarty ciąg domów, przy­le­ga­jący łukiem do dwóch i pół hek­tara parku. Ludzie stam­tąd w dni robo­cze pre­fe­ro­wali swo­bod­niej­szy styl biz­ne­sowy. Prak­tycz­nymi samo­cho­dami jeź­dzili speł­niać się w prak­tycz­nych pro­fe­sjach. Zawsze w pośpie­chu, nawet jeśli cho­dziło o zakupy w mar­ke­cie spo­żyw­czym czy o wyj­ście do kościoła. Raczej nie nękały ich nato­miast kre­dyty hipo­teczne. Jeśli mieli cho­rych rodzi­ców bądź nie ukła­dało im się w mał­żeń­stwie, nie wspo­mi­nali o tym nawet sło­wem. Nie­po­koje te, jak wszel­kie inne, prze­no­sili na swoje dzieci.

Roz­ma­wiali o zaję­ciach pozasz­kol­nych i spor­to­wych; o tym, któ­rzy nauczy­ciele z miej­sco­wej eli­tar­nej szkoły publicz­nej doko­nują ist­nych cudów, a któ­rym brak umie­jęt­no­ści kształ­ce­nia poprzez budo­wa­nie więzi spo­łeczno-emo­cjo­nal­nej. Mieli obse­sję na punk­cie stu­diów, zwłasz­cza na Harvar­dzie.

Wilde'owie byli inni. Nie mając wiel­kich pie­nię­dzy, Ger­tie i Arlo nie byli w sta­nie obse­syj­nie przej­mo­wać się swo­imi dziećmi, a gdyby nawet zna­leźli na to czas i prze­strzeń men­talną, to prze­cież nikt nie wpoił im wie­dzy o kre­atyw­nym ucze­niu się, inte­li­gen­cji emo­cjo­nal­nej, pozy­tyw­nej dys­cy­plinie i kon­se­kwent­nych ogra­ni­cze­niach. Nie wie­dzie­liby, od czego zacząć.

Ich dzieci, Julia i Larry, publicz­nie uda­wały, że pusz­czają bąki, a cza­sem rze­czy­wi­ście je pusz­czały. Julia była szybka. Już w nie­spełna mie­siąc po prze­pro­wadzce zwi­nęła ojcu papie­rosy i nauczyła miej­scową Ekipę wypusz­cza­nia dymu nosem. Larry zali­czał się do tych dziw­nych. Uni­kał kon­taktu wzro­ko­wego i miał zdia­gno­zo­wane spły­ce­nie afektu. Kiedy wyda­wało mu się, że inne dzieci nie patrzą, pako­wał ręce w spodnie.

Wilde'owie wie­dzieli, że od chwili wpro­wa­dze­nia się na Maple Street łamią nie­pi­sane reguły. Nie mieli jed­nak poję­cia jakie. Arlo, były rock­man, zwykł na póź­no­wie­czorne wypa­le­nie par­lia­menta wycho­dzić na ganek. Nie wie­dział, że na przed­mie­ściach palisz wyłącz­nie za domem, tym bar­dziej gdy masz tatu­aże i zero przy­ja­ciół z dzie­ciń­stwa, goto­wych się za tobą wsta­wić. Ina­czej, pusz­cza­jąc dymka samot­nie i na widoku, wycho­dzisz na bun­tow­nika. Ema­nu­jesz agre­sją.

Była też Ger­tie. Gdy w Atlan­tic City Conven­tion Cen­ter poznała Arla, gita­rzy­stę pro­wa­dzą­cego w tam­tej­szej kapeli, miała za sobą zwy­cię­stwa w trzy­dzie­stu dwóch regio­nal­nych kon­kur­sach pięk­no­ści. Niczym oży­wiona lalka Bar­bie wciąż jesz­cze robiła to, co na nich wyćwi­czyła: uśmie­chała się sztucz­nie, robiła wiel­kie oczy i udzie­lała banal­nych odpo­wie­dzi na pyta­nia zasłu­gu­jące na szcze­rość. Sąsiadki, które pró­bo­wały poznać ją bli­żej, prze­waż­nie dawały za wygraną, myl­nie uzna­jąc, że pod blond fry­zurą roz­ciąga się pustka. Co gor­sza, nikt ni­gdy nie powie­dział Ger­tie, że głę­boki dekolt jest nie­fajny. Nie wie­działa, że skoro nosi topy bez ramią­czek, a mię­dzy jej pier­siami dynda naszyj­nik z malo­wa­nych na złoto ogni­wek, to tak, jakby pod­su­wała innym żonom pod nos trans­pa­rent: NIE­STA­BILNA ZDZIRA, GOTOWA ODBIĆ CI MĘŻA, A W OCZACH TWO­ICH DZIECI ZAWSTY­DZIĆ CIĘ TYM, ŻE NIE JESTEŚ BLON­D­WŁOSĄ WAL­KI­RIĄ METR SIE­DEM­DZIE­SIĄT OSIEM O IDE­AL­NEJ CERZE.

Letni skwar w roku zapa­dli­ska nie miał sobie rów­nych. Ponie­waż śro­dek Long Island był wklę­sły jak czer­wona krwinka, upału nie łago­dził żaden wiatr. Do tego komary, świersz­cze i różne śpie­wa­jące stwo­rze­nia. Pach­niało wodą mor­ską, prze­fil­tro­waną przez prze­kwi­tłe bego­nie.

Wilde'owie wła­śnie skoń­czyli kola­cję (tosty z serem popi­jane wodą gazo­waną, a na deser mro­żone wiśnie z Tra­der Joe's). Sły­szeli, że na zewnątrz są ludzie, ale nie zwra­cali na to uwagi, dopóki zza okna nie dole­ciały dźwięki pio­senki Nirvany.

Nie jestem jak oni, lecz mogę uda­wać.

- To impreza? Zapro­sili nas? - zapy­tał Larry Wilde, lat osiem. Pod­niósł leżą­cego na jego kola­nach robot­boya. Nikomu nie wolno było nazy­wać go lalką, żeby nie zawsty­dzać chłopca.

Ger­tie pode­szła do okna i roz­su­nęła cien­kie zasłony. Była w dwu­dzie­stym czwar­tym tygo­dniu ciąży, toteż wszystko, co robiła, zabie­rało jej kilka sekund wię­cej niż zwy­kle, zwłasz­cza w tym upale.

Była dokład­nie siódma, a wszy­scy na zewnątrz dostali zapewne to samo powia­do­mie­nie, bo nie­śli popa­ko­waną w pojem­niki sałatkę z komosą ryżową, chipsy z salsą lub sze­ścio­paki rze­mieśl­ni­czego piwa. Ger­tie szybko odli­czyła: Calie­ro­wie, Lom­bar­do­wie, Simp­so­no­wie, Grady, Glu­ski­no­wie, Mul­le­ro­wie, Che­ono­wie, Har­ri­so­no­wie, Sin­gho­wie i Kau­ro­wie, Pul­ley­no­wie, Wal­sho­wie, Hestio­wie, Schro­ede­ro­wie, Ben­chley­owie, Otto­ma­nelli, Atla­so­wie i Ponti. Ścią­gnięto wszyst­kie rodziny z Maple Street, poza tą spod sto szes­na­stego. Poza Wilde'ami.

- Gdyby miała się odbyć impreza, Rhea Schro­eder powie­dzia­łaby mi o tym - mruk­nęła Ger­tie.

Julia Wilde, lat dwa­na­ście, unio­sła jedną, jasną brew. Nie była tak ładna jak mama, wcze­śnie więc posta­no­wiła pod­kre­ślać ten kon­trast byciem zabawną.

- To wyy­y­gląda na festyn. Jeeedzie festy­nem...

Arlo też wpa­ko­wał głowę w okno i teraz oboje z Ger­tie wyglą­dali na zewnątrz. On miał na sobie T-shirt Hanes i kurtkę dżin­sową Levi's, po obcię­ciu ręka­wów odsła­nia­jącą dziary na ramio­nach. Na lewym: Mon­strum Fran­ken­ste­ina i jego Narze­czoną. Na pra­wym: Wil­ko­łaka i Mumię.

Ger­tie zwra­ca­nie się do innych wycho­dziło słabo. Pro­sze­nie też. On jed­nak zawsze wyczu­wał, kiedy potrze­bo­wała wspar­cia. Poca­ło­wał ją w czu­bek głowy.

- Faj­nie - stwier­dził. - Idziemy?

- Mam ochotę na drugą kola­cję - przy­znała. - Zdaje się, że Gupi­kowi rosną kości.

- Nie rozu­miem. Jak to nie impreza? - zawo­łał za ich ple­cami Larry.

- Sły­y­y­y­chać, że impreza - dorzu­ciła Julia.

Bo to jest impreza, powie­działa sobie wresz­cie Ger­tie. Tylko dla­czego nikt o nim nie napi­sał na gru­pie Maple Street? Czyżby czymś pod­pa­dła Rhei Schro­eder? To prawda, że ostat­nio kon­takt mię­dzy nimi się urwał, ale to dla­tego, że Ger­tie wie­czo­rami zwy­kle leciała z nóg. To trze­cie dziecko dawało jej orga­ni­zmowi do wiwatu. Rhea zresztą miała na gło­wie let­nie kursy i na doda­tek czwórkę wła­snych dzieci. To na pewno przy­pa­dek, że jej nie zapro­siła! Rhea nie zro­bi­łaby cze­goś takiego celowo.

Ona sama powinna się spo­dzie­wać, że Czwar­tego Lipca będzie impreza! Nale­żało popy­tać. O ile wie­działa, sąsie­dzi wyszli z tym pomy­słem dopiero tego ranka. Nie mieli czasu wsta­wić info. Zresztą na święto ulicy nie trzeba pisem­nych zapro­szeń...

A może?

Pod ich domem wła­śnie prze­cho­dziła Rhea Schro­eder, kró­lowa tutej­szej spo­łecz­no­ści we wła­snej oso­bie. Wystro­iła się w szy­kowny płó­cienny gar­ni­tur od Eileen Fisher, biały i nie­ska­zi­telny.

- Rhea! - zawo­łała Ger­tie przez otwarte okno, a jej sce­niczny głos odbił się echem na całej ulicy, idąc w głąb roz­le­głego parku. - Cześć, kochana! Jak tam? - I poma­chała. Sze­ro­kim gestem zwy­cięż­czyni kon­kur­sów pięk­no­ści.

Rhea patrzyła pro­sto w okno Ger­tie - w jej oczy. Mię­dzy nimi dwiema coś było jed­nak nie tak. Jakby wtyczka tra­fiła w nie­wła­ściwe gniazdko i pole­ciały iskry. Przez krótką chwilę Ger­tie czuła prze­ra­że­nie.

Rhea się odwró­ciła.

- Dom? Steve? Ktoś zadbał o kur­czaki, czy czeka mnie kurs do Whole Foods? - W miarę jak zanu­rzała się w park, jej głos cichł.

- To było dziwne - zauwa­żył Arlo.

- Za dużo na gło­wie. Mądrzy ludzie tak mają. Praw­do­po­dob­nie mnie nie widziała - odparła Ger­tie.

- Powinna zba­dać sobie oczy - zażar­to­wał.

- Leci w kulki. Cała jej rodzina tak ma. W kulki lecą - rzu­ciła Julia.

Ger­tie odwró­ciła się, opie­ra­jąc ręce na cią­żo­wym brzuszku jak na półce.

- Okrop­nie tak mówić, Julia. Mamy szczę­ście, że tacy ludzie jak Schro­ede­ro­wie w ogóle z nami roz­ma­wiają. Rhea uczy w szkole poma­tu­ral­nej! Chyba nie doku­czasz małej Shelly, co? Jest na to za wraż­liwa.

- Wraż­liwa? To pie­przona świ­ru­ska! - obu­rzyła się Julia.

- Nawet tak nie mów! - skon­tro­wała Ger­tie. - Okno jest otwarte. Usły­szą!

Julia zwie­siła głowę, eks­po­nu­jąc silne ramiona, nazna­czone mło­dzień­czym trą­dzi­kiem.

- Prze­pra­szam.

- Tak lepiej - stwier­dził Arlo. - Nie możemy wojo­wać z wcie­le­niami ame­ry­kań­sko­ści. Masz być miła dla tych ludzi. Posta­raj się. Dla wła­snego dobra.

- No wła­śnie - poparła go Ger­tie. - Powiesz nam, o co ci cho­dzi?

- Nie. Jest za gorąco. Już prę­dzej posie­dzimy z Lar­rym w piw­nicy, zże­ra­jąc farbę ze ścian, jak smętne, zanie­dby­wane dzieci - odpo­wie­działa Julia.

- Farba z oło­wiem sma­kuje słodko! Dla­tego dzieci ją jedzą! - oznaj­mił Larry.

- Tu nie ma takiej opcji jak farba - odrzekł Arlo, gdy Ger­tie, z myślą o zebra­nych w parku, ruszyła do kuchni po do połowy zje­dzoną paczkę chip­sów ziem­nia­cza­nych. Potem nachy­lił się nad sto­łem, zni­ża­jąc głos do szeptu. Nie brzmiało to groź­nie, ale i nie cał­kiem niegroź­nie. - Nie ma żad­nej innej opcji. Rusz­cie więc dupy i uśmiech na twarz.

- Czyli mamy iść? - upew­niła się Ger­tie.

- Wia­domka! - potwier­dził Arlo, gło­sem już łagod­nym i miłym, skoro wró­ciła Ger­tie. Otwo­rzył drzwi wej­ściowe. Wilde'owie rodzice poszli przo­dem, a za nimi, bar­dzo bli­sko, dzieci. Może to był przy­pa­dek, a może nie. W każ­dym razie, gdy odda­lili się o parę metrów od domu, ktoś prze­łą­czył muzykę na pio­senkę w tona­cji molo­wej. Leciało Ken­ne­dys in the River, sin­giel Arla z 2012 roku, osiem­na­ste miej­sce na liście prze­bo­jów "Bil­l­bo­ardu".

Ja tam nie wiem, czym jest miłość, Lecz mnie jakoś to nie ciśnie, Bo mam jesz­cze całe sześć dych I marze­nie, co nie pry­śnie.

Arlo aż się zaczer­wie­nił. Słu­cha­nie wła­snej muzy to skom­pli­ko­wana sprawa. Jego rodzina wie­działa o tym. To dla­tego Larry i Julia szli wol­niej, jakby ich nogom cią­żyły kaj­dany na krót­kich łań­cu­chach. Zaci­śnięte w uśmie­chu usta Ger­tie przy­wo­dziły na myśl zamek bły­ska­wiczny. Krok za kro­kiem dowle­kli się do Parku Ster­linga.

Sai Singh i Nikita Kaur ode­rwali wzrok od pale­ni­ska. Przy­mu­lony oksy­ko­do­nem wete­ran wojny w Iraku, Peter Ben­chley, prze­su­nął pal­cami po wraż­li­wych kra­wę­dziach kiku­tów swo­ich koń­czyn. Banda dzie­cia­ków, nazy­wa­jąca sie­bie Ekipą, prze­rwała pod­ska­ki­wa­nie na wiel­kiej tram­po­li­nie, którą ktoś przy­ho­lo­wał na śro­dek parku. Shelly Schro­eder, krzy­cząc coś nie­sły­szal­nego z racji odle­gło­ści, wyce­lo­wała palec w Julię.

Nastroje nie były wro­gie. Po latach przy­go­to­wań do kon­kur­sów pięk­no­ści Ger­tie dobrze wyczu­wała widow­nię i to odbie­rała. Od poprzed­niego grilla, w Dzień Pamięci Naro­do­wej, coś jed­nak się zmie­niło, bo przy­chylne też nie były.

Spró­bo­wała nawią­zać kon­takt wzro­kowy z Rheą, ale ta była zajęta roz­mowa z Lindą Otto­ma­nelli. Wszę­dzie byli ludzie i Ger­tie do każ­dego mogłaby podejść, ale odkąd zamiesz­kała przy Maple Street, swo­bod­nie czuła się tylko w towa­rzy­stwie Rhei.

Ty mi jed­nak jakoś cią­żysz, Dziw­nie tak się poro­biło. Pła­kać się chce na cmen­ta­rzach, Chyba więc to miłość.

Pio­senka Arlo leciała i leciała. Wilde'owie, ze zwie­szo­nymi ramio­nami, stali się nie­wol­ni­kami tej kiep­skiej opo­wiastki, od któ­rej nie było ucieczki:

Jak­bym widział swego ojca, Cały jego pot i znój. Mała, dajmy razem w długą. Zostawmy ten gnój.

Wresz­cie Fred Atlas i jego chora żona Bethany zdo­byli się na powolną prze­prawę przez tłu­mek, żeby ich powi­tać.

- Stary! Dotar­li­ście! - zawo­łał Fred, waląc Arla w plecy. Potem zro­bili kum­pel­skiego misia. Bethany, wątłe chu­cherko, posłała Ger­tie ujmu­jący uśmiech. Ralph, wzięty ze schro­ni­ska owcza­rek nie­miecki Atla­sów, obiegł całą gro­madkę, dla bez­pie­czeń­stwa zaga­nia­jąc ich w jedno miej­sce.

- Fred, jesteś prze­me­ga­śny. Ty też, Bethany - odparł Arlo. Potem ode­brali z Fre­dem zamó­wie­nia i prze­szli do stołu z napo­jami. Od Ekipy odłą­czył się Dave Har­ri­son. Zje­chał z tram­po­liny i pod­biegł do Julii oraz Larry'ego, żeby wrę­czyć im zimne ognie. Gdy je zapa­lili, Julia swoim wypi­sała w powie­trzu słowo pierd, a jej brat kre­ślił kółka.

- Dostanę ham­bur­gera? - zapy­tała Ger­tie Lindę Otto­ma­nelli. Na stole wyło­żono wyka­łaczki z minia­tur­kami flagi ame­ry­kań­skiej, żeby ludzie wbi­jali je sobie w bułki z seza­mem.

Linda, wpa­trzona w bur­gery, chwilę zwle­kała z odpo­wie­dzią, cho­ciaż bez wąt­pie­nia sły­szała pyta­nie. Ger­tie cze­kała, nie­wzru­sze­nie i dum­nie. Zasta­na­wiała się, czy nie nale­żało przy­kryć dekoltu sza­lem. Tyle że jedy­nie w ciąży mogła nosić miseczkę D. Faj­nie było się pochwa­lić dużymi cyc­kami.

- Z serem czy zwy­czaj­nie? - spy­tała wresz­cie Linda.

- Zwy­czaj­nie? Zwy­czaj­nie to ci powiem, że dzielna jesteś, sma­żąc w takim skwa­rze.

- Nic na to nie pora­dzę. Uwiel­biam uszczę­śli­wiać ludzi. Już taka jestem. Mogłoby być ponad sześć­dzie­siąt stopni, a ja i tak bym to robiła. Taka moja natura. Jestem za miła.

- Zauwa­ży­łam - zapew­niła ją Ger­tie, nie­zgod­nie z prawdą. U Lindy Otto­ma­nelli zauwa­żyła jedy­nie to, że nale­żała ona do tych kobiet, które na zakupy cho­dzą z saszetką na pasku, a poglądy poli­tyczne czer­pią z mediów spo­łecz­no­ścio­wych. Resztę opi­nii o Lin­dzie zawdzię­czała Rhei Schro­eder, któ­rej słowa przyj­mo­wała niczym obja­wione.

Linda wydała z sie­bie wes­tchnie­nie męczen­nicy.

- Pew­nie jesteś głodna. Mnie w ciąży non stop chciało się jeść. W końcu nosi­łam bliź­niaki! Cho­ciaż ty może nie czu­jesz głodu, taka jesteś szczu­pła. Aż cię za to nie­na­wi­dzę! Jak ty to robisz, że nie tyjesz? Chyba jesteś kosmitką!

Ger­tie wgry­zła się w bur­gera. Sok pociekł jej po bro­dzie i spły­nął na dekolt.

- Jeśli nie liczyć dziecka, jestem śred­nio szczu­pła. Kie­dyś byłam mega­zgrabna, ale to za trudne. Trzeba zapo­mnieć o chle­bie.

Po twa­rzy Lindy prze­mknął uśmiech.

- Raz wyeli­mi­no­wa­łam i węglo­wo­dany, i nabiał, do tego mocny tre­ning inter­wa­łowy. Też mogła­byś popró­bo­wać, jeśli chcesz. Mam jesz­cze parę ksią­żek na ten temat.

- Dzięki - odparła Linda.

Na tram­po­li­nie Julia i Larry zaczy­nali już ska­kać z resztą Ekipy, a przy stole z napo­jami Arlo bawił męskie towa­rzy­stwo opo­wie­ścią. Histo­rią kasjera z mar­ketu 7-Ele­ven, który tak sobie nie radził z wyda­wa­niem reszty, że przez niego wszy­scy spóź­niali się na pociąg.

- Zwy­czaj­nie odpu­ści­łem. Powie­dzia­łem: "A weź ją sobie, dziany dra­niu!" - zakoń­czył, prze­cią­ga­jąc samo­gło­ski, po czym wsa­dził w kącik ust par­lia­menta light i wyko­nał dobitny wymach pię­ścią. Jego głos prze­bi­jał się przez pozo­stałe, a wszy­scy, nawet Fred, cof­nęli się poza zasięg chmury dymu.

Nie­długo potem całe towa­rzy­stwo, roze­śmiane po pierw­szym piwie lub kubku wina, pokle­py­wało się nawza­jem i przy­wo­ły­wało histo­rie z pracy lub o tym, jakimi to pomy­słami ich lato­ro­śle wpra­wiły w zdu­mie­nie nauczy­cieli z zerówki. Grady, Mul­le­ro­wie, Pul­ley­no­wie i Glu­ski­no­wie pla­no­wali wypad do Mon­tauk. Mar­gie i Sally Walsh tłu­ma­czyły, że sub­aru to nie ulu­biona marka les­bi­jek, a po pro­stu prak­tyczne samo­chody. Męż­czyźni z rodziny Ponti porów­ny­wali roz­miary bicep­sów. Przy­szli pro­sto z piw­nego zamknię­cia sezonu lokal­nej ligi bejs­bo­lo­wej. W prze­bo­jo­wych nastro­jach.

W ruch poszło jedze­nie i następna kolejka napo­jów. Skwar nie ustę­po­wał. Ger­tie w końcu zdo­była się na odwagę. Zna­la­zła Rheę Schro­eder przy jej sław­nej nie­miec­kiej sałatce ziem­nia­cza­nej, któ­rej sekre­tem, nawia­sem mówiąc, był przy­sy­łany przez teściową z Mona­chium majo­nez Miracle Whip.

- Cześć - zaga­iła Ger­tie. - Widzia­łam cię wcze­śniej, ale ty mnie chyba nie. Dla­tego jesz­cze raz cześć.

Rhea się skrzy­wiła. Ostat­nio czę­sto jej się to zda­rzało. Spra­wiała wra­że­nie zestre­so­wa­nej. Któż by nie był, mając czworo dzieci i pracę na peł­nym eta­cie?

- Od wio­sny minęło już tyle czasu... Bra­kuje mi naszych roz­mów. - Ger­tie zmu­siła się do spoj­rze­nia w oczy Rhei. - Może wpa­dła­byś w przy­szłym tygo­dniu? Arlo zrobi kur­czaka w pesto. Pamię­tam, jak ci sma­ko­wał.

Wyglą­dało na to, że Rhea się zasta­na­wia, ale powie­działa:

- Za bar­dzo jestem zajęta pracą. Beze mnie sobie nie radzą. Prak­tycz­nie sama mam na gło­wie cały wydział angli­styki. Do tego pla­no­wa­nie imprez takich jak ta. Gril­lów. Nie mam ani chwili wol­nego.

Ger­tie pode­szła bli­żej, choć było to wbrew jej natu­rze - wolała mieć sporo prze­strzeni wokół sie­bie. A jed­nak, ze względu na to nowe życie, w które oboje z Arlem usil­nie sta­rali się wejść, a także mając na uwa­dze przy­jaźń z tą mądrą i wesołą kobietą, wyszła poza swoją strefę kom­fortu. Głos jej zadrżał.

- Zro­bi­łam coś nie tak? Wiem, że bez planu u cie­bie ani rusz. To na pewno przy­pa­dek, że nas nie zapro­si­łaś, prawda?

Rhea udała zdu­mie­nie.

- Przy­pa­dek? Żaden przy­pa­dek! - Potem ode­szła, sze­lesz­cząc bia­łymi nogaw­kami, falu­ją­cymi nad obca­sami na tyle wysoko, by nie pobru­dziła ich trawa.

Ger­tie, zesztyw­niała i z zasty­głym na twa­rzy uśmie­chem, obser­wo­wała, jak Rhea wta­pia się w tłum. Impreza trwała. A to było głu­pie. Hor­mony cią­żowe. Ale i tak musiała prze­je­chać pal­cami wska­zu­ją­cymi pod oczami, żeby zapo­biec spły­wa­niu tuszu. Wła­śnie wtedy się to stało.

Muzyka prze­szła w trza­ski. Zako­ły­sała się zie­mia. Przy­kryty obru­sem w biało-czer­woną kratkę sto­lik pik­ni­kowy Lindy, z ham­bur­ge­rami na bla­cie, zaczął się trząść. Ger­tie czuła wibra­cje, prze­ni­ka­jące od jej stóp aż po zęby.

Przed­wcze­śnie odpa­lone fajer­werki?... Trzę­sie­nie ziemi?... Strze­lają?

Nie było czasu, by to spraw­dzać. Ger­tie pospiesz­nie rozej­rzała się po parku; wychwy­ciła wzrok Arla. Szybko ruszyli, z prze­ciw­nych stron, po dzieci. Zbie­gli się wszy­scy czworo w jed­nym punk­cie jak przy­cią­ga­jące się magnesy.

- Ulica? - zapy­tała Ger­tie.

- Dom! - krzyk­nął Arlo.

Tra­tu­jąc gęstą koni­czynę i mniszki, prze­ga­lo­po­wali za tram­po­linę i murek ze zle­pień­ców oka­la­jący park. Ger­tie, z uwagi na ciążę i pewne pro­blemy z nogami, bie­gła ostat­nia.

Nie widziała otwie­ra­ją­cego się zapa­dli­ska. Zoba­czyła je póź­niej, na fil­mach nagra­nych tele­fo­nami. Wtedy naj­bar­dziej rzu­ciło jej się w oczy to, jak bar­dzo było wygłod­niałe. Wle­ciał w nie stół pik­ni­kowy ze wszyst­kimi ham­bur­ge­rami. Po nim grill. Owcza­rek nie­miecki Ralph, oddzie­lony od Bethany i Freda, prze­chy­lił się w stronę coraz bar­dziej roz­dzia­wio­nej gęby zapa­dli­ska.

Jęk zdu­mie­nia i było po Ral­phie.

Kiedy Ger­tie się obej­rzała, Maple Street zawarła już nie­ła­twą ugodę z tym lejem. Prze­stał się roz­ra­stać, zosta­wia­jąc ludzi w spo­koju. Część ucie­kła, inni stali jak spa­ra­li­żo­wani. Nie­któ­rzy, cał­kiem zdez­o­rien­to­wani, szli nawet w stronę tego roz­sze­rza­ją­cego się wiru.

Była tam też Rhea Schro­eder. Znie­ru­cho­miała, stała tyłem do swo­jej rodziny, którą wcze­śniej spraw­nie uchro­niła i zebrała po dru­giej stro­nie zapa­dli­ska. Nie gła­dziła dzieci po gło­wach ani nie poro­zu­mie­wała się wzro­kiem ze współ­mał­żon­kiem, jak robiło to teraz wiele innych osób. Nie zano­siła się pła­czem, nie wytrzesz­czała oczu w zdu­mie­niu ani nie się­gała po tele­fon. Nie.

Wpa­try­wała się pro­sto w Ger­tie, z wyszcze­rzo­nymi zębami.

Kąśliwy dym roz­dzie­lił je zasłoną. Niósł ze sobą obcą che­miczną woń, jakby coś wła­śnie wycho­dziło na jaw.