ROZDZIAŁ 2
Nadzieja
Kiedy leniwie rozchylała powieki, światło wpadające przez zasłonięte tylko firankami okno oświetlało już cały pokój. Niechętnie wysunęła głowę spod nieobleczonej poduszki.
Leżała w łóżku na wznak. Musiała zasnąć pomiędzy utykaniem rogów prześcieradła pod materac a zakładaniem poszwy na kołdrę.
Zerknęła na nadgarstek, ale nie znalazła tam zegarka. Nie nosiła go od co najmniej roku, od kiedy stłukła szybkę grając w piłkę, niemniej ciągle o tym zapominała. Sięgnęła do kieszeni po telefon komórkowy.
Jeden procent baterii. Godzina siódma dwadzieścia dziewięć.
- Cholera! - mruknęła Pati sama do siebie i momentalnie otworzyła szeroko oczy.
Pobiegła do łazienki. Jednocześnie odkręciła prysznic i sięgnęła po szczoteczkę do zębów, i wtedy przypomniała sobie, że nie rozpakowała pudła z kosmetykami. Miała nadzieję, że nikomu nie będzie musiała udowadniać świeżości swojego oddechu, ale na wszelki wypadek przepłukała usta wodą z mydłem. "Kiepski pomysł!" - stwierdziła natychmiast i przez dłuższą chwilę stała pod prysznicem, płucząc buzię czystą wodą. Do pierwszej lekcji w nowej szkole pozostało niewiele czasu, więc wytarła się czym prędzej i przeczesała swoje gęste, jasnobrązowe, falowane włosy palcami. "Będą musiały wyschnąć po drodze" - postanowiła. Po raz ostatni spojrzała na swoje odbicie w lustrze i wybiegła z łazienki.
Na dole minęła mamę, która stała przy wyspie kuchennej w szlafroku zarzuconym na wyjściowe ubranie. Właśnie kończyła przygotowywać kanapki. Patrycja porwała największą i złożyła ją wpół. Krzywo powieszony dzień wcześniej zegar ścienny wskazywał siódmą czterdzieści trzy.
- Powodzenia w pracy! - zawołała spod frontowych drzwi. Jeśli padła jakakolwiek odpowiedź, ona jej nie usłyszała.
Lekcje zaczynały się za kwadrans i dokładnie tyle, szybkim krokiem, powinna jej zająć droga do szkoły. Zanim jednak Pati rozpoczęła ten szybki krok, zdała sobie sprawę, że zapomniała wziąć plecaka, który tak starannie przygotowała wczoraj. Dom nie zdążył jeszcze zniknąć z zasięgu jej wzroku, więc zawróciła biegiem. Na schodach natknęła się na mamę, która trzymała jej plecak w wyciągniętej ręce. Skorzystała z chwili nieuwagi córki i cmoknęła ją w czoło.
- Powodzenia, kochanie - powiedziała spokojnie.
Jej spokój nie udzielił się Patrycji. Trzymając kanapkę między zębami, zaczęła niezdarnie zakładać plecak.
- Dzięki! - wymamrotała, nie wyjmując chleba z buzi i zatrzasnęła za sobą drzwi.
Biegnąc w stronę ulicy prowadzącej do centrum, odwróciła na moment głowę, żeby poprawić pasek plecaka przekręcony na lewym ramieniu, i natychmiast zdała sobie sprawę, że zaraz będzie musiała skręcić w prawo. Szybko popatrzyła przed siebie, lecz jeszcze zanim obraz przed jej oczami całkiem się wyostrzył, bardziej poczuła, niż zobaczyła, że nie zdąży wyhamować i zaraz z impetem wypadnie na środek ruchliwej jezdni. Na szczęście coś ją zatrzymało.
Wyższy od niej prawie o głowę chłopak, od którego się odbiła, zachwiał się, ale utrzymał równowagę. Jednocześnie wykazał się refleksem i złapał Pati w talii, zanim upadła na chodnik.
- Musisz przestać na mnie wpadać - powiedział, uśmiechając się szeroko. - A w każdym razie tak bez zapowiedzi - dodał, wpatrując się w jej ciemnozielone oczy.
Patrycja nie była w stanie jakkolwiek zareagować. Podczas zderzenia kanapka wyleciała jej z ust, ale kawałek, który w międzyczasie odgryzła, utknął jej w tchawicy. Zaczęła się krztusić. Chłopak odruchowo mocno klepnął ją w plecy. Raz, potem ponownie. Fragment chleba wylądował na trawniku, niemal idealnie obok kanapki.
Pati zamrugała, otarła łzy z kącików oczu i niechętnie spojrzała w górę. Na swoją ofiarę, a zarazem wybawcę.
- Już myślałem, że będę musiał odświeżyć wiedzę z kursu pierwszej pomocy - roześmiał się chłopak. - Wszystko w porządku?
- Tak. Dzięki.
Dopiero teraz Patrycja zdała sobie sprawę, że to ten sam osobnik, na którego wpadła przed stadionem Malinówki. Westchnęła cicho. Zanim zdążyła wymyślić inteligentną ripostę, przypomniała sobie, że śpieszy się do szkoły. Wyjęła z kieszeni spodni telefon, żeby sprawdzić godzinę, ale ten już całkiem wyzionął ducha. Zaklęła pod nosem.
- Śpieszysz się gdzieś?
- Pierwszy dzień w nowej szkole - wyjaśniła, nie odrywając oczu od komórki, jak gdyby to gapienie się mogło naładować baterię. Jednak po chwili zawieszenia schowała ją z powrotem do kieszeni i podniosła z ziemi kanapkę. Nie zamierzała iść na lekcje bez śniadania.
- Nowa szkoła w październiku?
- Tak wyszło. - Wzruszyła ramionami i westchnęła ponownie. - I efektownie spóźnię się już pierwszego dnia.
Chłopak powoli zmierzył ją spojrzeniem, od lekko rozczochranych włosów, przez zieloną bluzę z kapturem i spodenki do kolan, po stare trampki z podniszczonymi czubkami.
- Idziemy w tym samym kierunku - powiedział po chwili. - Zawiąż sznurówkę, bo znowu na kogoś, albo na coś, wpadniesz. Obiecuję się postarać, ale nie wiem, ile jeszcze razy zdołam cię uratować.
- Bardzo zabawne. - Pati naburmuszyła się dla zasady, chociaż uważała, że był to całkiem trafiony i zabawny komentarz. Włożyła kanapkę z powrotem między zęby i pochyliła się, żeby zawiązać sznurówkę. - Do dzwonka zostało jakieś dziesięć minut. Pobiegniemy?
- Nie mów z jedzeniem w buzi, bo znowu się zadławisz. - Chłopak się uśmiechnął, bardziej oczami niż ustami. Ledwie widoczne kurze łapki w kącikach oczu wskazywały na to, że robi to w ten sposób często. - I... Tak, jest to jakiś pomysł. Ale mam lepszy. Chodź!
Chwycił Patrycję za rękę, pomógł jej wrócić do pionu i pociągnął za sobą. Uwolniła dłoń z jego uścisku, gdy tylko zdała sobie sprawę, że podążają w kierunku znanej jej już leśnej ścieżki.
- Mama nie byłaby zadowolona, gdyby dowiedziała się, że dałam się zaciągnąć do lasu nieznajomemu facetowi - oznajmiła, przeżuwając kolejny kęs kanapki.
Chłopak przystanął gwałtownie.
- Marek jestem - przedstawił się.
Zawahała się przez moment, zanim uścisnęła wyciągniętą dłoń.
- Pati.
- Wystarczy? - Spojrzał pytająco.
W jego oczach nieprzerwanie migały radosne iskierki.
Wzruszyła ramionami. Ale kiedy ruszył przed siebie, bez słowa poszła za nim.
Przez całą drogę nie odzywali się, lecz mimo to Patrycja nie czuła się niezręcznie. Pilnowała, żeby nie stracić Marka z oczu i podążała za nim, podziwiając oświetloną porannym słońcem naturę. Drzewa, krzewy, mech, kolorowe liście na zielonej, wilgotnej od rosy trawie, szum wiatru, śpiew ptaków, szelest wywołany przebiegnięciem wiewiórki lub innego stworzenia - była tym wszystkim zafascynowana. Głęboko wciągała w płuca świeże leśne powietrze, jakby chciała zrobić jego zapas na cały dzień.
Kiedy jakieś dziesięć minut później zatrzymali się za metalową bramą prowadzącą na teren szkoły, mijali ich ostatni spóźnialscy. Lekcje jeszcze się nie zaczęły. Pati przyjrzała się trzypiętrowemu, masywnemu, otoczonemu drzewami szaremu budynkowi z szerokimi kamiennymi schodami, które prowadziły do głównego wejścia. Był mniejszy od tego, do którego uczęszczała jeszcze w zeszłym tygodniu, ale mimo to poczuła, że ją przytłacza. Tak samo, jak dobywający się z niego hałas. Niby nic nowego, ot gwar uczniowskich głosów pełnych energii po weekendzie spędzonym z dala od szkoły. Ale przez dobrych kilka sekund wszystko to wydawało się Patrycji przerażające. Stała jak wryta, wodząc wzrokiem po oknach i każdym piętrze po kolei.
- Za pół minuty dzwonek - wyszeptał Marek wprost do jej ucha.
Był tak blisko, że czuła ciepło jego oddechu na swoim policzku. Jego słowa zabrzmiały zarazem motywująco, jak i złowrogo.
- Sala dwieście cztery? - zapytała, odsuwając się o pół kroku.
Nie odrywała oczu od wejścia do budynku. A gdy padła odpowiedź, bardziej wyczuła, niż zobaczyła uśmiech chłopaka.
- Schody są na lewo od wejścia. Jak już będziesz na drugim piętrze, skręć w prawo. Chyba trzecie drzwi po lewej stronie.
- Dzięki. - Odwróciła się do Marka i skinęła głową. Uśmiechał się. Pomyślała, że on chyba nigdy nie przestaje się uśmiechać. Jego pogoda ducha w końcu udzieliła się także jej.
- Powodzenia - powiedział i nachylił się, jak gdyby chciał pocałować ją w policzek na do widzenia. Ale zamiast tego delikatnie popchnął ją ku wejściu. Sam pozostał na miejscu, chociaż właśnie rozbrzmiał dzwonek.
- - -
Pati przystanęła zdyszana w drzwiach klasy.
Zaaferowana wydarzeniami poranka zapamiętała tylko, że ma wejść na drugie piętro, więc przez dobrych parę minut nie mogła znaleźć sali numer dwieście cztery. Gdy wreszcie do niej dotarła, szybki przegląd stanu rzeczy ją uspokoił. Wszyscy uczniowie siedzieli w ławkach, ale nauczyciela jeszcze nie było. Odetchnęła z ulgą. Jednocześnie uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia co dalej. W tej samej chwili usłyszała za plecami chrząknięcie.
W stronę klasy szła starsza, lekko przygarbiona kobieta, prowadząc przed sobą dwóch o wiele wyższych od siebie chłopaków, którzy wyglądali tak, jakby właśnie zeszli z boiska. Obaj mieli na sobie krótkie spodenki i przydługie podkoszulki, obaj wyglądali też na zziajanych, ale zadowolonych. Jeden miał lekko przydługie włosy w kolorze mlecznej czekolady; kosmyki wysunęły się spod kucyka i bezładnie opadały na oczy. Drugi był brunetem ostrzyżonym na jeża.
Patrycja odsunęła się od drzwi i pozwoliła im przejść.
- I żebym nie musiała was eskortować na wszystkie lekcje dzisiaj - skarciła chłopaków kobieta, wpychając ich przez próg.
Prowadzeni wymienili uśmiechy. Jeden z nich szturchnął drugiego i szybkim krokiem przeszli po dwóch stronach środkowego rzędu ławek, żeby usiąść w ostatniej, tuż pod ścianą, na której wisiała starannie przygotowana szkolna gazetka.
- Patrycja, prawda? - usłyszała Pati. Skinęła głową i spuściła oczy, onieśmielona przenikliwym wzrokiem nauczycielki. - Zapraszam. - Uśmiechnęła się ciepło kobieta, wskazując miejsce przed biurkiem.
Gdy nowa uczennica stanęła pośrodku sali, kobieta zamknęła drzwi i odchrząknęła ponownie, żeby zwrócić na siebie uwagę obecnych.
- Za chwilę przyjdzie do was profesor Tytek - rozpoczęła zaskakująco doniosłym głosem - ale pozwoliłam sobie zarezerwować pierwszych kilka minut lekcji na przedstawienie wam nowej koleżanki. Albo... Właściwie niech przedstawi się wam sama. - Spojrzała na Patrycję, która powoli odzyskiwała rezon. A nawet przypomniała sobie swoją niechęć do publicznych wystąpień. - Ale może zacznę ja. Nazywam się Zofia Kokosicka i jestem wychowawczynią tej klasy. - Wskazała na siedzących w ławkach uczniów. - Pierwsza B. Na pewno się z nimi polubisz, to dobre dzieciaki. Na mnie też zawsze możesz liczyć, oczywiście - zakończyła i gestem dała do zrozumienia, że teraz kolej Pati.
- Eee... Miło mi poznać? - bardziej zapytała, niż stwierdziła dziewczyna. Czuła na sobie spojrzenia dwudziestu kilku osób. Odetchnęła głęboko i z udawaną nonszalancją popatrzyła na każdy z trzech rzędów ławek po kolei. - Jestem Patrycja. Cześć.
Przygryzła wargę, niepewna co dalej.
- Może nam powiesz coś o sobie? - Pośpieszyła z pomocą pani Kokosicka.
- Na przykład co? - zapytała Pati, by zyskać na czasie, w którym miała nadzieję wymyślić sensowną odpowiedź.
Ktoś na końcu sali roześmiał się, a po chwili dołączyło do niego kilka osób. Patrycja nie miała pewności, ale coś jej mówiło, że te śmiechy nie dotyczą jej, tylko bezsensownej sytuacji, w jakiej wszyscy się znaleźli. Rozluźniła się i wypowiedziała na głos pierwszą rzecz, jaka jej przyszła do głowy.
- Jeśli ktoś będzie chciał się czegoś o mnie dowiedzieć, to chyba mnie zapyta, prawda?
Tym razem z końca sali dał się słyszeć gwizd, a przez klasę przebiegł szmer kolejnych śmiechów i stłumionych rozmów. Pati odwróciła się do wychowawczyni i rozłożyła ręce w przepraszającym geście. Pani Kokosicka westchnęła ciężko.
- Idź do ławki - powiedziała. Na sekundę położyła dłoń na ramieniu nowej uczennicy, po czym ruszyła do wyjścia.
- Ale... - Patrycja rozglądała się w poszukiwaniu wolnego miejsca. I niemal od razu zauważyła, że z przedostatniej ławki w środkowym rzędzie macha do niej jakaś dziewczyna. Tak zamaszyście, że niemal unosi się nad krzesłem.
- Tutaj! - zawołała, żeby upewnić się, że Pati ją widzi, choć trudno było jej nie zauważyć.
Zwracała uwagę nie tylko gestykulacją, ale i smukłą figurą oraz niesamowicie długimi, prostymi, lśniącymi kasztanową czerwienią włosami. Miała na sobie biały podkoszulek zebrany w efektowny supeł na wysokości wyraźnie zaznaczonej talii. Jasnoszary sweterek, luźno zarzucony na jej ramiona, zaczął się z nich zsuwać, ale zanim spadł na ziemię, złapał go jeden z chłopaków siedzących w ostatniej ławce.
Dokładnie w tym samym momencie podeszła do nich Patrycja.
- Zgaduję, że miejscówka jest wolna?
- I najlepsza. - Długowłosa dziewczyna uśmiechnęła się, poklepując puste krzesło dłonią. - Siadaj!
Pati zdjęła plecak, odwiesiła go na haczyk pod blatem i posłusznie usiadła.
- Maryśka. Marycha. - Dziewczyna wyciągnęła dłoń.
- Marycha?
- Sweter - rzucił brunet siedzący za nimi. - Znaczy się Marcin - dodał szybko, widząc pytające spojrzenie Patrycji. - Ale... Sweter. - Wskazał na ubranie, które trzymał w ręce.
- Piotrek - przedstawił się drugi chłopak, pokazując śnieżnobiałe zęby w szerokim uśmiechu.
- Mówcie mi Pati. - Odwzajemniła uśmiech. Obaj wydawali się sympatyczni. - Gracie w piłkę? - zapytała. Miała w głowie to pytanie od chwili, gdy nauczycielka wprowadzała ich do sali.
Popatrzyli po sobie.
- To pierwsze, o co pytasz nowych kolegów? - zaśmiał się Piotrek.
Wzruszyła ramionami, udając obojętność.
- Koszykówka - powiedział w końcu Marcin. - Szkolna drużyna.
- Aha... A jest też szkolna drużyna piłki nożnej? - bąknęła, niby od niechcenia.
- A co, chciałabyś zagrać? - zażartował Piotrek.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, do sali wparował na oko trzydziestokilkuletni, acz łysiejący już mężczyzna w dżinsach, białej koszuli i sztruksowej marynarce.
- Lista obecności! - zakrzyknął od wejścia.
W jednej ręce trzymał dziennik, w drugiej stertę zapisanych kartek, prawdopodobnie zeszłotygodniową kartkówkę. Pati ucieszyła się, że sprawdzian ją ominął. Miała nadzieję, że kolejny odbędzie się dopiero za kilka tygodni.
- Pogadamy na przerwie - szepnęła jej do ucha Maryśka, nie odrywając oczu od nauczyciela. - Tytek lubi wywoływać do tablicy osoby, które jego zdaniem za dużo gadają, a ja i tak mam już z nim na pieńku.
- - -
Następną lekcję mieli w tej samej sali, co oznaczało, że całych dziesięć minut dziewczyny mogły spędzić na rozmowie. Przynajmniej w teorii, bo do ich ławki co chwilę podchodziły kolejne osoby, żeby się przedstawić. Wiele imion było łatwych do zapamiętania, ale Patrycja wiedziała, że i tak przynajmniej połowę z nich zapomni do jutra.
- Nie przejmuj się, przypomnę ci - skomentowała jej skołowaną minę Marycha. - Zresztą większości i tak nie warto pamiętać.
Pati spojrzała pytająco, a koleżanka rozłożyła ręce.
- Kujony, Gwiazdy, nic ciekawego. - Wskazywała kolejne grupki.
Patrycja uśmiechnęła się niepewnie.
- A ty?
- Ja? - Maryśka udała głębokie zastanowienie. - Ja jestem jedyna w swoim rodzaju. A ci dwaj za nami to panowie sportowcy. Oni są spoko.
- Zauważyłam.
- Ej, Marycha! - Jak na zawołanie przy dziewczynach zmaterializował się Piotrek.
- Co?
Chłopak usiadł na swoim miejscu.
- Słyszałaś, że Kaput szuka nowego bramkarza?
- No i? - Marycha skrzyżowała ramiona na piersi, patrząc przed siebie.
Pati nadstawiła uszu. Ostrożnie zerknęła na koleżankę, a ta odwzajemniła spojrzenie z cyklu "nie jestem zainteresowana tematem". Zauważyła jednak, że Patrycja ledwie może usiedzieć na miejscu z ciekawości. Westchnęła i odwróciła się na krześle.
- No dobra, powiedz, co masz do powiedzenia - zachęciła Piotrka.
- Wywalili tego twojego kochasia - oznajmił. - Był tak kiepski, że woleli zostać bez bramkarza, niż pozwolić mu dalej grać.
Maryśka przewróciła oczami i popatrzyła porozumiewawczo na koleżankę. "Właśnie dlatego nie chciałam z nim o tym gadać" - mówiło jej spojrzenie. Pati zrobiła przepraszającą minę.
Tymczasem do ławki wrócił Marcin.
- Dałbyś w końcu spokój - zagadał do kumpla. - Marycha też go zostawiła. Widocznie nie tylko w bramce był kiepski. - Wyszczerzył zęby.
- Na bramce - poprawiła go Patrycja, zanim Maryśka zdążyła zareagować. Spojrzenia całej trójki zwróciły się w jej stronę. - Mógł być kiepski na bramce, nie w bramce - dodała cicho, czując jak czerwienieją jej policzki. - Nieważne.
- Purystka się znalazła! - zachichotał Piotrek.
- Daj spokój! - skarciła go Marycha. - I co z tym bramkarzem?
- No, szukają - powtórzył. - Ale wątpię, żeby znaleźli.
- Nie mają rezerwowego? - zdziwiła się Pati.
Piotrek zerknął na Marcina i obaj zaczęli się śmiać.
- Co w tym śmiesznego?
- Wszyscy dobrzy piłkarze grają w Malinówce - odparł Marcin. - To ten klub ze stadionem. - Pośpieszył z wyjaśnieniem.
- A ten... Kaput? Kim on jest?
- Trenerem Torpedy.
- Torpedy?
- KS Torpeda - rzucił drwiąco Piotrek. - Aspirują, żeby, hm, nie wypaść z okręgówki. Ale szanse mają marne, zwłaszcza bez bramkarza. To będzie koniec. - Uśmiechnął się do siebie. - Koniec. Kaput!
Zadowolony z dowcipu klepnął Marcina w udo. Ten także zaczął się śmiać, chociaż jego mina sugerowała, że słyszał w życiu lepsze żarty. Maryśka pokręciła głową z zażenowaniem. Patrycji też nie było do śmiechu.
- Serio nie ma żadnych chętnych? Albo ktoś z pola nie może zostać bramkarzem? - zaczęła dopytywać, kiedy tylko chłopakom przeszło nieco rozweselenie.
- Ledwie nauczyli się kopać. Nie sądzę, żeby którykolwiek się nadawał. Ale pewnie tak się to skończy - stwierdził Marcin. - Z tego, co słyszałem, Kaput chętnie przyjmie byle kogo, byleby tylko bramka nie stała pusta.
Pati zacisnęła wargi i poczuła, że jej serce zaczyna bić szybciej. Wprawdzie grywała jeszcze czasem w ataku, ale najlepiej czuła się właśnie na bramce. Prawie bezbłędnie była w stanie przewidzieć, w którą stronę poleci piłka, a każdy obroniony strzał dawał jej niesamowitą satysfakcję. Przypomniała sobie uczucie dogłębnego szczęścia po ostatnim meczu wygranym przez jej drużynę między innymi dzięki jej bramkarskiej sprawności. I ten moment, gdy na trybunach matka wykrzykiwała jej imię po obronie karnego. Naprawdę była z niej wtedy dumna.
- Nawet dziewczynę? - wypaliła.
Marcin spojrzał pytająco.
- Myślę, że aż tak zdesperowany to nie jest - roześmiał się Piotrek.
- A co, chciałabyś się zgłosić? - zawtórował mu Marcin.
- Nie. Ja tak tylko...
Uratował ją dzwonek. I Marycha, która gwałtownie odwróciła się na krześle we właściwą stronę.
- Pogadamy później - rzuciła do chłopaków, lekkim szturchnięciem wyrywając koleżankę z zamyślenia.
Za biurkiem siedziała już nauczycielka matematyki. Maryśka przysunęła się bliżej Patrycji.
- Serio chciałabyś spróbować? - wyszeptała konspiracyjnie.
Pati postawiła na absolutną szczerość.
- Chciałabym - odszepnęła. - Ale sama słyszałaś. Nie dadzą szansy dziewczynie.
- Długo grasz?
- W drużynie od siedmiu lat, ale... Nie przypominam sobie, żebym kiedyś nie grała.
Bo rzeczywiście nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy zaczęła grać w piłkę. Robiła to od najmłodszych lat i gra zawsze sprawiała jej frajdę. Westchnęła, wsparła łokcie o ławkę, położyła brodę na dłoniach i zapatrzyła się w tablicę, na której nauczycielka rozpisywała wzory.
Marycha gwizdnęła z podziwem.
- Piękne równanie! - wykrzyknęła, by zmylić matematyczkę. - W takim razie coś wymyślimy - zniżyła głos.
Zanim Patrycja zdążyła dopytać o co chodzi, wyrwała kartkę z zeszytu, coś napisała i dyskretnie przekazała chłopakom. Wkrótce kartka wróciła.
"Do kiedy Kaput czeka na ochotników?"
"Pewnie do dzisiejszego popołudnia, do treningu. Ale jutro chyba też. Do skutku".
Za chwilę Piotrek przekazał kolejną kartkę.
"A co, chcesz się zgłosić? :)"
Pati ledwo odczytała niewyraźne pismo. Maryśka odpisała natychmiast.
"Znam takiego jednego, może uda mi się go namówić".
"Nowy chłopak?"
To pytanie zostało zignorowane, a zmięte kartki wylądowały w plecaku.
- Co ty kombinujesz? - zapytała zaintrygowana tą pisemną konwersacją Patrycja.
- Wpadnę do ciebie po szkole. - Marycha uśmiechnęła się pod nosem, udając, że robi notatki z lekcji.
- Jeszcze nie zdążyłam się rozpakować!
- Nie szkodzi. Moja kreatywność rozkwita w chaosie.
Pati zamilkła. W jej głowie kotłowało się tyle pytań, że i tak nie wiedziała, które zadać najpierw. Postanowiła - chwilowo - skupić się na tym, co mówi nauczycielka.
- - -
Ledwo zdążyła włożyć książki do plecaka, zniecierpliwiona Maryśka pociągnęła ją za sobą. Przeciskając się przez zatłoczone korytarze, wybiegły do parku otaczającego szkolny budynek.
- Wyjaśnisz mi, o co chodzi? - Nie wytrzymała Patrycja.
- Nie tutaj. - Koleżanka rozejrzała się, jakby sprawdzała, czy nikt ich nie śledzi.
- Gadaj!
- Ciii, nikt nie może się o tym dowiedzieć...! Zwłaszcza jeśli się uda. Zwłaszcza jeśli naprawdę jesteś tak dobra, jak mówisz.
- Dobra w czym?
- Doskonale wiesz, o co chodzi. - Marycha uniosła brew, po czym szybkim krokiem ruszyła w stronę bramy.
- Rozumiem, że idziemy do mnie? - Zdumiona Pati próbowała przynajmniej częściowo zrozumieć sytuację.
Maryśka przewróciła oczami, jakby odpowiedź była oczywista. Ale na wszelki wypadek skinęła głową.
- Możemy dołączyć? - Podbiegł do nich Piotrek, a zaraz za nim Marcin.
- Nie - odparła stanowczo Marycha.
- Dlaczego?
- Babskie sprawy.
- Babskie sprawy? - zdziwił się Marcin. - Dajcie spokój. My też chcielibyśmy lepiej poznać nową koleżankę. Babskimi sprawami możecie się zająć kiedy indziej.
- Nie możemy!
- Dlaczego?
Patrycja przepraszająco rozłożyła ręce, robiąc minę, która miała wskazywać na to, że to nie jej pomysł i nie jej wina.
- Babskie sprawy nie mogą czekać. - Maryśka była nieprzejednana. Ale na widok zawiedzionych min chłopaków nieco spuściła z tonu. - Możemy umówić się na wieczór. - Szturchnęła Pati. - Co ty na to?
- Jasne!
- Jasne... - powtórzył zrezygnowany Piotrek. - Niech wam będzie. W takim razie my zajmiemy się męskimi sprawami. - Spojrzał porozumiewawczo na Marcina. - To widzimy się o ósmej przy fontannie na rynku.
- Ósma? Kiedy ja zdążę się wyspać? - westchnęła Patrycja.
- Jutro mamy na dziewiątą. - Marcin uśmiechnął się szeroko. - No dobra, na ósmą pięćdziesiąt pięć, ale to nadal mnóstwo czasu na spanie.
- I nie martw się, odprowadzimy cię do domu przed północą - dodał Piotrek, puszczając oko.
- Jak Kopciuszka - dorzucił Marcin.
Pati uniosła brwi w rozbawionym zdumieniu.
- Dobra, pogadam z mamą. Może się zgodzi.
- Ja z nią pogadam - rzuciła Marycha i po raz kolejny pociągnęła koleżankę za sobą. - To do później! - pożegnała chłopaków.
- Do później! - powtórzyła Patrycja.
- Na razie! - odpowiedzieli jednocześnie.
- - -
Pati przemknęło przez głowę, żeby pochwalić się znajomością leśnego skrótu, szybko jednak uświadomiła sobie, że nie do końca zwracała uwagę na drogę przez chaszcze, kiedy rano podążała za Markiem. Uznała, że łatwiej jej będzie zorientować się w terenie, jeśli pójdą zwykłą trasą.
Do domu dotarły chwilę po szesnastej, miały więc trochę czasu do powrotu Bożeny z pracy. Marycha oznajmiła, że od razu zabiera się do roboty, cokolwiek miało to oznaczać, bo przez całą drogę unikała odpowiedzi na pytanie o to, co kombinuje. Ale Patrycji burczało w brzuchu i stanowczo odparła, że najpierw musi coś zjeść. Otworzyła lodówkę, w której nie było nic poza butelką mleka, masłem i kilkoma plastrami szynki. W jednym z pudeł, sprytnie oznaczonych napisem "KUCHNIA", udało się jej znaleźć jeszcze płatki śniadaniowe. Zalała je mlekiem, chwyciła z kosza na kuchennym blacie banana, a drugiego podała koleżance. W międzyczasie podłączyła telefon do ładowarki pozostawionej rano przez mamę.
Maryśka nie oponowała. Najwyraźniej zdążyła już zorientować się, że jej nowa koleżanka ma kiepski humor, kiedy jest głodna. Zanim skończyła jeść banana, Pati chowała już pustą miskę do zmywarki.
- Szybko poszło. - Marycha uśmiechnęła się kącikiem ust.
- Nie wiem, czy zauważyłaś, ale byłam potwornie głodna.
Obydwie zaczęły się śmiać.
- Owszem, zauważyłam. No dobra, to do roboty! Gdzie jest twój pokój?
- Na górze, ale...
Odpowiedź dogoniła koleżankę, przeskakującą po dwa schody naraz, w połowie drogi na piętro.
- Nieźle! - Maryśka pokiwała głową z uznaniem na widok pokoju: ciężkie niebieskie zasłony i delikatne kremowe firanki osłaniające duże okno wychodzące na balkon z widokiem na zielony ogród, szerokie łóżko z wysokim materacem i porozrzucaną na wszystkie strony pościelą, proste białe biurko. Po lewej od wejścia były drzwi do łazienki, a obok drugie, do małej garderoby. Na podłodze leżało całe mnóstwo nierozpakowanych i częściowo rozpakowanych pudeł, a pomiędzy łóżkiem i biurkiem sterta maskotek.
- Mówiłam, że jeszcze... - zaczęła usprawiedliwiać się Pati.
- Nie gadaj, siadaj. - Marycha przysunęła krzesło na kółkach i tak energicznie posadziła na nim koleżankę, że ta odturlała się aż pod biurko. - Gdzie masz jakieś kosmetyki?
- Eee... Chyba w tym pudle pod biurkiem.
Maryśka bezceremonialnie przesunęła krzesło razem z siedzącą na nim Patrycją.
- Mam! No dobra, a jakieś luźniejsze ciuchy? Takie do gry w piłkę? Takie bardziej, hm, męskie.
Oczy Pati zrobiły się okrągłe z niedowierzania. I nagle pojęła.
- Chcesz ze mnie zrobić chłopaka?
- Nie byle jakiego. Najlepszego bramkarza w mieście. - Koleżanka wyszczerzyła zęby w uśmiechu tak szerokim, iż Patrycja miała wrażenie, że zaraz rozerwie jej twarz.
- W małym mieście - zauważyła Pati. - Nawet jeśli przyjmą mnie do zespołu, nie ma szans, żeby ktoś mnie nie rozpoznał. Może nie od razu, bo jeszcze niewiele osób znam, ale... Zakładam, że przynajmniej część drużyny to uczniowie naszej szkoły?
- Większość - potwierdziła Marycha.
Nie wyglądała na przejętą. Bez pytania zaczęła otwierać kolejne pudła.
- Sprawdź na samym spodzie w garderobie - westchnęła Patrycja.
Maryśka z zaskakującą łatwością zestawiła dwa ciężkie kartony na podłogę i dobrała się do właściwego. Wyjęła z niego ramkę ze zdjęciem i przeanalizowała je z zaciekawieniem: Pati towarzyszył na nim wyższy o pół głowy i trochę starszy od niej chłopak. Miał nieco ciemniejsze włosy niż ona i wesołe, duże brązowe oczy. Obydwoje wyglądali, jakby śmiali się z dowcipu opowiedzianego przez fotografa. Chłopak obejmował Patrycję ramieniem.
- Twój facet? - zapytała. I nie czekając na odpowiedź dodała: - Gdybym miała takiego chłopaka, nie wyjeżdżałabym od niego do jakiejś podupadającej mieściny.
- On wyjechał dalej - odparła rozbawiona Pati. - To mój brat - wyjaśniła. - Jest w Stanach, razem z tatą.
Marycha przez chwilę wyglądała tak, jak gdyby nie do końca zarejestrowała sens wypowiedzi. Najwyraźniej w jej głowie zachodziły skomplikowane procesy myślowe.
- Ma dziewczynę? - zapytała w końcu.
- Mieszka tysiące kilometrów stąd.
- Nieważne!
- I tak, z tego, co mi wiadomo, od jakiegoś czasu ma dziewczynę. Niewiele o niej wiem. Chyba razem studiują.
- Szkoda - westchnęła Maryśka, choć ta ostatnia informacja najwyraźniej pomogła jej otrząsnąć się z myśli niezwiązanych z tu i teraz. Odłożyła zdjęcie. - No nic. Zabierajmy się do roboty.
- W tym pudle powinny być jakieś sportowe ubrania mojego brata. Trochę na mnie za duże, ale przynajmniej zdecydowanie nie babskie.
- Luźne ciuchy będą idealne!
Marycha wygrzebała szare przydługie spodenki dresowe, luźny granatowy podkoszulek, którego rękaw sięgał Patrycji do łokcia, i niebieską czapkę z daszkiem.
- No i świetnie. - Pokiwała głową z aprobatą. - Teraz szczegóły.
W łazience znalazła prostownicę. Podłączyła ją do gniazdka, później związała włosy Pati i schowała je pod czapką. Wyciągnęła kilka kosmyków, żeby utworzyły grzywkę, po czym potraktowała je prostownicą. Następnie, zanim Patrycja zdążyła zaprotestować, przycięła je tak, żeby w planowanym nieładzie opadały na czoło, ale nie właziły do oczu.
- Twoją babską fryzurę naprawimy potem - oznajmiła ze stoickim spokojem w głosie.
Użyła kilku wsuwek, żeby czapka lepiej się trzymała, odłożyła nożyczki i przyjrzała się efektom swojej pracy.
- Jestem genialna! - skwitowała. - Nie obiecuję, że uda mi się to powtórzyć następnym razem, ale jeśli dostaniesz się do drużyny, pomyślimy o peruce. Nie możesz cały czas chodzić w czapce.
Pati odetchnęła z ulgą.
- Już myślałam, że całkiem obetniesz mi włosy...
- Nie no, co ty? W szkole musisz wyglądać jak rasowa laska. Żadnego spinania włosów w kucyk ani chodzenia w sportowych ciuchach. Od tej pory wyłącznie sukienki i spódnice. I delikatny makijaż. Musisz jak najbardziej odróżniać się od swojego męskiego alter ego.
Patrycja westchnęła głośno. Nigdy nie lubiła ubierać się na pokaz, a tym bardziej marnować czasu na poranny make-up. Ale jeśli miało jej to pomóc w realizacji piłkarskiego marzenia, była gotowa się poświęcić.
- No dobra, wstawaj - zarządziła koleżanka.
Pati posłusznie stanęła przed nią i pozwoliła obrócić się wokół osi. Oddaliwszy się o kilka kroków, Maryśka wyciągnęła ręce przed siebie, układając dłonie tak, jakby kadrowała zdjęcie.
- Czegoś jeszcze brakuje... - Wsparła podbródek na dłoni w geście zastanowienia. - A właściwie to czegoś jest za dużo. Masz stanik sportowy, prawda? Taki maksymalnie spłaszczający cycki?
Patrycja poczerwieniała.
- No jasne, że mam...
- Zakładaj! Albo i dwa. Tak, żeby nie było widać, że masz pod koszulką cokolwiek poza umięśnioną męską klatą.
- Z tą męską klatą to chyba przesada...
- Może i tak, ale skoro już o męskich atrybutach mowa... - Marycha zawróciła do garderoby i wygrzebała z pudła zwiniętą parę skarpetek. - Wsadzaj to w spodenki! - zarządziła.
Pati omal nie spaliła się ze wstydu. Ale wiedziała, że jeśli ma grać faceta, musi traktować tę rolę poważnie.
- W takim razie wezmę jeszcze bokserki Jacka, żeby mieć to czym przytrzymać w miejscu - stwierdziła. - A skarpetki przydadzą się też na nogi. I to takie, które zasłonią ogolone łydki.
Zadowolona Maryśka aż klasnęła w dłonie.
- Świetny pomysł! Cieszę się, że główka pracuje.
Kiedy Patrycja wyszła z łazienki w dwóch najciaśniejszych biustonoszach sportowych, jakie znalazła, i ustrojona w dwie pary skarpet, koleżanka już czekała na nią z doniczką.
- Wsadzaj łapy! - rozkazała.
- Ale po co?
- Masz za ładne paznokcie jak na kogoś, kto przewraca się po boisku i łapie brudną piłkę gołymi dłońmi.
- Od tego są rękawice - zaprotestowała Pati. - Zresztą, zaraz je znajdę.
- Nie gadaj, tylko działaj!
Patrycja westchnęła, ale posłusznie wykonała polecenie. Nie zaprotestowała nawet wtedy, gdy Marycha roztarła w dłoniach trochę ziemi i delikatnie rozprowadziła ją po jej policzkach.
- To się nazywa ziemista cera - oznajmiła bez ceregieli. Po krótkim zastanowieniu zmierzwiła jeszcze gęste brwi koleżanki. Ponownie spojrzała na Pati z dystansu, wyjęła z plecaka brązową kredkę do oczu i narysowała pieprzyk pod lewym okiem - Znak rozpoznawczy - powiedziała. - Coś, co przyciągnie uwagę i ostatecznie odróżni cię od Patrycji. Nie zapominaj o tym! - Wskazała na kredkę, którą odłożyła na biurko. - Jeszcze tylko fotka, żeby łatwiej było przebrać cię tak samo następnym razem. - Wyciągnęła telefon. - A teraz zakładaj buty i zgarniaj rękawice. Po drodze kupimy ci jakiś męski dezodorant, żeby zamaskować babskie feromony. I... moje dzieło jest gotowe!
Pati popatrzyła w lustro. Z jednej strony miała wrażenie, że wygląda jak ona, z drugiej, że jednak zupełnie inaczej.
- Serio myślisz, że dadzą się nabrać? - zapytała własnego odbicia.
- Krok pierwszy - odparła Marycha, wspierając się nonszalancko na ramieniu koleżanki - to przekonać ich, że jesteś facetem. Drugi to pokazać im, że umiesz grać. Dasz radę?
- Miejmy nadzieję.
Maryśka zmarszczyła brwi.
- Mówiłaś, że się na tym znasz.
- Znam się i uwielbiam grać, ale... Co, jeśli zeżre mnie trema? Co, jeśli skupię się na udawaniu, a nie na graniu?
- Na boisku nie musisz udawać. Po prostu łap piłkę, kiedy będzie lecieć w twoją stronę. Chyba na tym to wszystko polega, prawda?
- W sumie ma to jakiś pokrętny sens.
- No widzisz! W takim razie pójdzie jak z płatka!
- Załóżmy, że pójdzie. I co dalej?
- Krok trzeci: przekonać wszystkich, że ty i on to dwie różne osoby. - Marycha powiedziała to tak, jakby było oczywistą oczywistością. I natychmiast zamilkła, chyba nie do końca pewna czy ta logika aby na pewno trzyma się kupy. W końcu wzruszyła ramionami. - Co najgorszego może się stać?
- Wywalą mnie z drużyny? Oskarżą o kłamstwo? Znienawidzą?
- Widzę, że od razu idziesz w katastrofalne scenariusze! - roześmiała się, klepiąc Patrycję po plecach. - A teraz pomyśl, co najlepszego może się stać.
- Będę mogła grać w piłkę. Z chłopakami. - Pati uśmiechnęła się do tej myśli. Na początku nieśmiało, ale zaraz się rozpromieniła. Czuła wewnętrzne ciepło i motywację. - Chrzanić negatywne konsekwencje! - stwierdziła z zaskakującą dla samej siebie stanowczością.
Maryśka aż podskoczyła z radości.
Patrycja wygrzebała z pudła swoje podniszczone, niegdyś ulubione, czerwone piłkarskie buty. Dostała je kilka lat temu od brata i nie wyrzuciła z sentymentu. Zapakowała je razem z rękawicami i luźną rozpinaną bluzą do torby, którą przewiesiła przez ramię.
Zanim wybiegły z domu, zauważyła na półeczce w przedpokoju kartkę i zawinięte w nią banknoty.
"Prawdopodobnie wrócę z pracy później. Chciałabym lepiej poznać nowych znajomych. Zjedz obiad u Zenka i kup coś na rano", napisała mama, a pod notatką narysowała serduszko.
- Znasz już Zenka? - zdziwiła się Marycha.
- Wczoraj byłyśmy w jego restauracji. Niesamowite żarcie.
- Niesamowity to jest jego syn - rozmarzyła się dziewczyna.
Pati spojrzała na nią podejrzliwie.
- Czy mi się wydawało, czy przed chwilą wzdychałaś do zdjęcia mojego brata?
- Cóż ja poradzę? Jestem koneserką męskiej urody. - Przez twarz Maryśki przemknął kokieteryjny uśmieszek. - Swoją drogą, z ciebie też wyszło niezłe ciacho - zaśmiała się i wypchnęła Patrycję za drzwi. - A teraz pora pokazać innym ciachom, na co cię stać!