Rozdział 3 Jacek
Jaworzyna Śląska, maj 2023. Kilka miesięcy wcześniej.
Jacek Wróbel miał trzydzieści trzy lata, metr siedemdziesiąt dwa wzrostu i coraz rzadsze mysie włosy, które co rano próbował ułożyć w coś przypominającego fryzurę -bezskutecznie, bo włosy te dawno podjęły własną decyzję i trzymały się czaszki niechętnie, jakby rozważając emigrację. Twarz okrągła, policzki blade, a oczy -oczy człowieka, który budzi się zmęczony i kładzie się zmęczony, i pomiędzy tymi dwoma stanami nie zachodzi żadna istotna zmiana.
Budzik o siódmej. Kawa rozpuszczalna, dwie łyżki, za mało wody. Pociąg o 7:42 do Świdnicy -zawsze ten sam wagon, zawsze te same twarze pochylone nad telefonami, nikt na nikogo nie patrzy, nikt z nikim nie rozmawia. Kancelaria komornicza. Osiem godzin przy biurku, przy ekranie, przy papierach, które cuchnęły cudzym nieszczęściem -zaległe alimenty, niespłacone raty, egzekucje z kont, licytacje mieszkań. I powrót. Pociąg. Jaworzyna. Poddasze w domu dziadka Andrzeja.
Jaworzyna Śląska była miasteczkiem, w którym nic się nie działo. Plac z fontanną nieczynną od dekady. Sklep spożywczy "U Bartka", gdzie asortyment nie zmienił się od dwudziestu lat -te same słoiki, te same parówki, ta sama ekspedientka o imieniu Bożena, która znała każdego klienta po nazwisku i każdemu klientowi potrafiła wygarnąć, co o nim myśli. Ludzie się tu rodzili, starzeli i umierali, a pomiędzy tymi wydarzeniami plotkowali w kolejkach i czekali na wtorkowy targ.
Poddasze. Niski skos sufitu, o który Jacek uderzał głową przy wstawaniu -nie codziennie, ale wystarczająco często, żeby na czole miał stały siniak w różnych stadiach gojenia. Biurko pod oknem, na nim laptop z 2020 roku, wolny jak Jacek. Parapet zastawiony butelkami po Porterze Bałtyckim -ciemnym, gęstym piwie, jedynym, które uznawał za warte picia. Kupował je w Lidlu pod marką Argus, produkowane w łódzkim browarze. Tanie i dobre. Nie był alkoholikiem. Po prostu co wieczór otwierał jedno piwo, które stawało się dwoma, a potem trzema, czasem czterema, i gdzieś przy czwartym zasypiał w ubraniu na kanapie albo na łóżku -zależnie od tego, dokąd dotarł.
Dziadek Andrzej mieszkał na parterze. Osiemdziesiąt dwa lata, cukrzyca, kolano operowane dwukrotnie, słuch coraz gorszy. Był jedyną rodziną, jaka Jackowi została.
Matka -Ewa -wyjechała do Niemiec, gdy Jacek miał trzynaście lat. Na chwilę. Pomóc finansowo. Na rok, najwyżej dwa. Pierwszy miesiąc dzwoniła co tydzień. Drugi -co dwa. Trzeci -przysłała pięćset marek i krótki SMS: "Wszystko dobrze, tęsknię". Potem cisza. Trzy miesiące ciszy. Pieniądze też się skończyły. Na piętnaste urodziny Jacka przyszła kartka -różowa, z balonami, jakby miał pięć lat. *Kochany synku, ciepło się ubieraj. U mnie ciężko, ale daję radę. Całuję, Mama.*
Od tamtej pory kartki przychodziły regularnie. Na urodziny i na Boże Narodzenie. Schemat był niezmienny: jedno zdanie o Jacku -*mam nadzieję, że się dobrze uczysz*, *pamiętaj o ciepłym szaliku*, *bądź grzeczny dla dziadka* -a potem dwie strony o niej. O kręgosłupie, o pogodzie w Hanowerze, o nieuczciwym szefie, o sąsiadce Jensenowej, która się na nią uwzięła. Nigdy nie zapytała, jak mu w szkole. Czy ma kolegów. Czy jest mu smutno. Jacek był dla niej jak podpaska - przedmiot, który wchłonie każdy żal, każdą skargę, każde narzekanie, i nic nie odpowie.
Ostatni raz rozmawiał z matką przez telefon, gdy miał dziewiętnaście lat. Właśnie zdał na studia.
- Mamo, dostałem się! Na administrację publiczną!
- O, to dobrze, synku. -Westchnienie. Długie, ciężkie, przygotowujące grunt pod to, co naprawdę chciała powiedzieć. -A u mnie wiesz, znowu te stawy. Lekarz mówi, że muszę jeść mniej soli, ale wiesz, jak to jest. I jeszcze ta sąsiadka, ta Jensenowa, wyobraź sobie, że...
Słuchał dwadzieścia minut. Powiedział "dobranoc" i się rozłączył. Nie zadzwonił już nigdy. Ona też nie.
***
Kobiet w życiu Jacka nie było. Ostatnia -Magda, kasjerka w Biedronce -odeszła dwa lata wcześniej. Powiedziała mu wtedy kilka zdań, które zapamiętał słowo w słowo, bo nie rozumiał żadnego z nich: *Potrzebuję kogoś z ambicjami. Kogoś, kto ma to coś. Przy tobie się duszę. Czuję pustkę, gdy jestem z tobą.* Stał wtedy w korytarzu jej mieszkania, w kurtce, którą właśnie założył, i patrzył, jak zamyka za nim drzwi. Pustka. Czuła pustkę. On też ją czuł -tyle że nie wiedział, czy to jest ta sama pustka, czy jakaś inna, czy pustka w ogóle ma odmiany.
Po Magdzie założył konto na portalu randkowym. Wypełnił formularz. Zawód: urzędnik. Zainteresowania: filmy, książki. Dodał zdjęcie z wycieczki nad morze -zdjęcie, na którym wyglądał jak każdy inny mężczyzna zbliżający się do progu średniego wieku: niegroźny, niewyraźny, wymienialny. Siedemnaście kobiet obejrzało jego profil w ciągu pierwszego miesiąca. Żadna nie napisała. Algorytm portalu randkowego działał tak samo jak każdy algorytm rynkowy -eliminował produkty, na które nie było popytu.
Jacek nie nienawidził kobiet. Nienawiść wymagałaby wysiłku, którego nie posiadał. Po prostu im nie ufał. Każda, która pojawiła się w jego życiu, okazywała się wariantem matki. Magda nigdy nie zapytała, czego potrzebuje. Nie interesowało jej to. Oceniła go -niedostatecznie atrakcyjny, niedostatecznie dochodowy -i poszła szukać lepszej oferty.
***
Wszystko zmieniło się w maju 2023 roku, kiedy do kancelarii przyjechał informatyk z firmy zewnętrznej.
Bartek. Dwadzieścia sześć lat, broda przystrzyżona według aktualnych standardów estetycznych, koszulka z pingwinem w kapeluszu. Przyjechał spiąć system PESEL-Źródło z programem Curenda, którego kancelaria używała do obsługi spraw komorniczych.
Po jego wyjeździe przed Jackiem otworzył się świat, o którego istnieniu nie miał pojęcia.
Wpisywał nazwisko i imię. System odpowiadał natychmiast. PESEL. Adres zameldowania. Historyczne adresy -gdzie mieszkał pięć lat temu, dziesięć, piętnaście. Miejsce urodzenia. Z kim i kiedy zawarł związek małżeński. Dane pełne, precyzyjne, uporządkowane -cyfrowy szkielet człowieka, pozbawiony mięsa i skóry, ale zawierający wszystko, co potrzebne, żeby tego człowieka znaleźć.
Formalnie Jacek mógł wpisywać tylko dane dłużników. Tylko w sprawach, które prowadził. Komornik widział każde zapytanie -kto pytał, o kogo, kiedy, po co.
A potem Bartek przyjechał ponownie. Awaria serwera, dwa dni naprawy, znowu kawa z automatu, znowu rozmowy na korytarzu. Usunął usterkę. Ale łącznie z usterką zniknęło coś jeszcze -w Curendzie przestał się zapisywać dziennik zapytań wykonywanych z konta Jacka Wróbla.
Jacek odkrył to przypadkiem. Sprawdził raz, sprawdził drugi. Wpisał nazwisko, które nie miało związku z żadną sprawą komorniczą. Żadnego śladu w rejestrze. Wpisał kolejne. Nic. System przyjmował zapytania, odpowiadał na nie posłusznie i natychmiast o nich zapominał.
A może by na tym zarobić? Myśl pojawiła się szybko i szybko zniknęła.
Rozdział 5: Trzy stówki
Jaworzyna Śląska -Świdnica, lipiec 2023.
Poniedziałek rozpoczął się jak każdy inny poniedziałek. Jacek obudził się o siódmej, napił się wody, wsiadł do pociągu o 7:42 i dotarł do kancelarii o ósmej piętnaście. Szare ściany, wilgotne korytarze, zapach biura. Grażyna i Bożena siedziały już przy swoich biurkach, przeglądając poranną pocztę. Pani Natalia zamknęła się w gabinecie i rozmawiała przez telefon -jej głos przebijał się przez ścianę jak syrena alarmowa. Jacek usiadł przy komputerze, zalogował się do systemu i zaczął przeglądać listę wniosków. Sześć odpisów aktu urodzenia, pięć aktów małżeństwa, jeden zgonu. Zwykły dzień.
Pani Natalia -Natalia Dudek, kierowniczka sekretariatu -miała kredyt we frankach. Wzięła go w 2008 roku, gdy frank kosztował dwa złote, a banki reklamowały niską ratę bez wspominania o ryzyku walutowym. W 2015 roku, gdy frank poszybował do czterech złotych, jej rata wzrosła o siedemdziesiąt procent. Natalia przestała spać. Przychodziła do pracy z podkrążonymi oczami, sprawdzając kurs franka co godzinę na telefonie. Każdy wzrost o grosz oznaczał kilkadziesiąt złotych więcej do spłaty. W te dni krzyczała na wszystkich, szukała pretekstów do nagan, trzaskała drzwiami.
Bożena i Grażyna też miały kredyty frankowe, ale ich sytuacja była inna. Bożena wzięła kredyt w 2006 roku i prawie go spłaciła, gdy frank zaczął rosnąć. W 2022 roku, po wyrokach TSUE, wygrała sprawę z bankiem -sąd unieważnił umowę, bank musiał zwrócić nadpłacone odsetki. Wyszła na plus. Grażyna miała podobną historię -jej brat pracował w kancelarii prawnej i pomógł przygotować pozew. Też wygrała.
Natalia nie wygrała. W 2019 roku, przestraszona rosnącymi ratami i perspektywą lat sądowych batalii, podpisała ugodę z bankiem. Przewalutowała kredyt na złotówki -po niekorzystnym kursie, z wysokimi opłatami. Myślała, że robi mądrze. Potem przyszły wyroki TSUE, a Bożena i Grażyna zaczęły chwalić się swoimi wygranymi. Natalia zrozumiała, że gdyby poczekała, też by wygrała. Że straciła dziesiątki tysięcy złotych przez własny strach.
Od tamtej pory nienawidziła Bożeny i Grażyny. Ale nie mogła im nic zrobić. Grażyna miała brata, który był kolegą Komornika. Natalia bała się Grażyny. Bożena stosowała inną taktykę -gdy Natalia zaczynała ją dręczyć, szła na zwolnienie lekarskie. Tydzień, dwa, czasem miesiąc. A jej pracę musiała wykonywać Natalia. Bo tak działał system.
Jacek nie miał żadnej ochrony. Żadnych powiązań. Nie miał nigdzie ważnego brata, a na zwolnienia lekarskie był za młody. Natalia wyładowywała na nim wszystko, czego nie mogła wyładować na Bożenie i Grażynie. Każdą frustrację, każdy żal, każdą złość na własne porażki.
Przez prawie dziesięć lat Jacek był jej workiem treningowym. Ale Jacek też miał swoje worki. Petentów.
Ludzie, którzy przychodzili do kancelarii, byli jedynymi osobami, nad którymi miał jakąkolwiek władzę. I używał jej. Nie w sposób dramatyczny, nie w sposób, który można by nazwać przestępstwem. Drobne złośliwości. Drobiazgi.
- Wniosek egzekucyjny jest źle wypełniony -mówił, oddając formularz przez okienko. -Proszę przepisać na nowy druk.
Wniosek nie był źle wypełniony. Może brakowało kropki przy inicjale. Może data była napisana "3.05" zamiast "03.05". Rzeczy, które można było poprawić długopisem w trzy sekundy. Ale Jacek kazał przepisywać. Patrzył, jak petent idzie do stolika, siada, przepisuje wszystko od nowa, drżącą ręką, bo przecież urząd jest stresujący, bo przecież urzędnik to autorytet, bo przecież on wie lepiej.
Później petent wracał do okienka i Jacek mówił:
- Dziękuję. Teraz jest dobrze.
***
Myśl o systemie Źródło, o danych, o wujku Zbyszku i Mateuszu Borkowskim -wszystko to wydawało się teraz odległe, jak sen po przebudzeniu. W trzeźwym świetle dnia, w szarości urzędowej rutyny, cały pomysł wydawał się absurdalny.
Sto euro za zdjęcie? Może wujek przesadził. Może to była jednorazowa sytuacja. A nawet jeśli nie -ryzyko jest za duże. Dwieście euro to nawet nie tysiąc trzysta złotych. Za ile mógłby pójść siedzieć? Na ile lat? Nieuprawniony dostęp do danych osobowych, naruszenie tajemnicy zawodowej, sprzedaż informacji prawnie chronionych -to był w najlepszym razie wyrok w zawiasach i utrata pracy. A co Jacek potrafił poza tym, co robił? Gdzie by znalazł pracę?
***
Wieczorem, gdy dopijał trzecie piwo, otworzył laptopa i wszedł na Instagrama. Wpisał w wyszukiwarkę: lukasz_transport_24. Profil prywatny, ale publiczne zdjęcia pokazywały to samo co tydzień temu -ciężarówki, magazyny, selfie w okularach. Facet w okularach przeciwsłonecznych pozujący przed BMW, które prawdopodobnie nie było jego. Jacek kliknął "Wyślij wiadomość". Przez dziesięć minut siedział, gapiąc się w pusty ekran. W końcu wystukał:
*Dzień dobry. Jestem bratankiem Zbyszka -kierowcy, któremu Pan zlecił zdjęcia magazynów rok temu. Wujek wspominał, że szukał Pan kogoś, kto podał fałszywe dane. Może mógłbym Panu pomóc w odnalezieniu tej osoby. Pracuję w urzędzie i mam dostęp do baz danych. Proszę o kontakt, jeśli sprawa jest jeszcze aktualna.*
Wysłał wiadomość i zamknął laptopa. Przez resztę wieczoru pił portera.
Odpowiedź przyszła dwa dni później. Jacek wrócił do domu po pracy, otworzył Instagrama.