Rozdział 1
Typ gliniarza, którym nie chciałem być
Trzy historie o typie gliniarza, którym nie chciałem być.
Historia pierwsza. Jest początek lata 1977 roku, 73. dzielnica na Brooklynie, zwana po prostu Seven-Three. Ścigam dzieciaka po pełnym dziur i nierówności chodniku, wzdłuż którego stoją wraki samochodów oraz zabite deskami i strawione ogniem budynki mieszkalne. Jest ze mną inny glina z Seven-Three i obydwaj krzyczymy:
- Policja! Stop! Policja! Stop!
Ale dzieciak oczywiście się nie zatrzymuje. Biegnie dalej - i, co zabawne, prawie go mamy.
Normalnie nie mielibyśmy z takim szans. Obydwaj mam na sobie pełny rynsztunek NYPD - niebieskie mundury, czapki, paski, broń, dodatkową amunicję, radio, pałki policyjne, kajdanki, latarki, niezgrabne buty marki Knapp - z kolei dzieciak, właściwie nastolatek, ma na sobie biały T-shirt, ciemne spodnie i czarne tenisówki Chuck Taylor Converse. Powinien zostawić nas daleko w tyle. Jego problem polega jednak na tym, że na prawym ramieniu dźwiga duży plastikowy worek na śmieci pełen łupów z włamania i to go spowalnia.
- Stop! Policja! Policja! Stop!
Prawie go dopadamy i młody podejmuje decyzję. Pozbywa się worka, po czym startuje jak rakieta. Bez spowalniającego go ciężaru jest niczym silnik z dopalaczem. Nie ma mowy, żebyśmy mogli go dogonić.
I wtedy ma miejsce pewna niebezpieczna sytuacja - niebezpieczna dla dzieciaka i, jak się okazuje, niebezpieczna dla mojej przyszłości w zawodzie gliniarza.
Oczywiście, niebezpieczne zdarzenia nie są niczym niezwykłym w Seven-Three - w tej dzielnicy niebezpieczne zdarzenia to po prostu kolejny dzień w pracy. Seven-Three, obejmująca brooklińskie Brownsville i Ocean Hill, znana jest jako dzielnica "A", co oznacza, że jest to dzielnica charakteryzująca się wysoką przestępczością - a dla glin jest to również dzielnica pechowa.
W 1977 roku w Seven-Three jest wielu dobrych i oddanych funkcjonariuszy, lecz należy również powiedzieć, że znaczna większość z nich życzyłaby sobie pracować gdzie indziej - niemal gdziekolwiek indziej. Kilku tutejszych gliniarzy lubi ryzyko, ale większość trafiła tu bądź to z powodu pecha (tak jak ja), bądź też dlatego, że zadarli ze swoimi szefami w innej dzielnicy, co skończyło się zesłaniem ich tutaj w ramach nieoficjalnej kary administracyjnej. Dzielnice takie jak Seven-Three mają w sobie coś ostatecznego. Tutejsi gliniarze często myślą: Co z tego, że moje buty nie lśnią dostatecznie podczas apelu? Co z tego, że nie zareaguję na wezwanie radiowe? Co mi niby zrobią, wyślą do Seven-Three?
A jednak nawet jeśli woleliby być gdzie indziej, funkcjonariusze z dzielnic "A", takich jak Seven-Three, często odczuwają perwersyjną dumę z pracy na obszarze z wysoką przestępczością. Patrzą z góry na gliniarzy z dzielnic "B" i "C", czyli tych spokojniejszych, jak gdyby tamci byli nie do końca prawdziwymi glinami, prawie obibokami. Swoim dzielnicom nadają nawet własne nazwy, odzwierciedlające - mogłoby się zdawać - pożądaną i zapomnianą naturę ich istnienia. Południowy Bronx ma 41. dzielnicę, Four-One, zwaną Fort Apache - później rozsławioną przez film z Paulem Newmanem pt. Fort Apache, Bronx. Na zachód od nas, w części Brooklynu zwanej Crown Heights, znajduje się 77. dzielnica, Seven-Seven, znana jako Alamo.
W Seven-Three jesteśmy Fortem Zinderneuf albo w skrócie Fortem Z - na cześć odległego i skazanego na klęskę posterunku francuskiej Legii Cudzoziemskiej w Beau Geste. W filmie legioniści oparli ciała zmarłych towarzyszy o nasyp w okopach, aby członkowie wrogiego plemienia sądzili, że fort jest bardziej chroniony niż w rzeczywistości. I tym właśnie jesteśmy w Seven-Three: ciałami opartymi o nasyp, usiłującymi trzymać przestępczość w ryzach.
A przestępczość - morderstwa, gwałty, napady rabunkowe, handel narkotykami - to jedyna rzecz, której w Bronksie nie brakuje. Niegdyś świetnie prosperująca społeczność imigrancka, z jej sklepami meblowymi, warzywniakami i koszernymi sklepami mięsnymi wzdłuż Pitkin Avenue, w ciągu minionych dekad odnotowała zmniejszenie populacji o połowę, a to, co pozostało, to mierzący milę kwadratową2 obraz miejskiej katastrofy. Połowa budynków mieszkalnych stoi opuszczona, z czego połowę stanowią sczerniałe kadłuby, ofiary podpalaczy bądź pożarów wywoływanych przez gotujących czy palących śmieci dzikich lokatorów, a pozostałe zostały zabite deskami w skazanej na niepowodzenie próbie powstrzymania bezdomnych i ćpunów. Wywóz śmieci jest tu, najdelikatniej rzecz ujmując, przypadkowy, wraki aut stoją miesiącami, zanim zostaną odholowane, a większość hydrantów przeciwpożarowych nie działa. W 1977 roku miasto jest wciąż pogrążone w kryzysie finansowym, a Brownsville - niemal w całości czarne i latynoskie - to ostatnie miejsce, na które miasto dobrowolnie wyda pieniądze. Pozostałe na Pitkin Avenue lokale użytkowe - apteki, pizzerie, sklepy obuwnicze oraz niewielkie sklepiki spożywcze, w większości należące do białych - walczą o przetrwanie, lecz skrywają się za ciężkimi żelaznymi kratami i okiennicami nawet w ciągu dnia, pod koniec którego, najlepiej przed zapadnięciem zmroku, właściciele zamykają je, po czym oddalają się pospiesznie w obawie o własne życie.
To nie tak, że nie ma dobrych ludzi w Brownsville czy w Ocean Hill - następnej dzielnicy, która popadła w ruinę. To biedni ludzie - w 1977 roku, z wyjątkiem większych dilerów narkotyków, każdy mieszkaniec Brownsville jest biedny - ale też ludzie dobrzy. Czasem jednak nawet ci przyzwoici patrzą na nas tak, jakby katastrofa, którą przeżywają, była naszą winą: Jesteście gliniarzami. Dlaczego nie możecie czegoś zrobić? Źli goście natomiast - gracze, dilerzy, członkowie gangów - ci patrzą na nas z czystą, nieskrywaną nienawiścią.
Nienawiść ta nie zawsze jest bierna. Kilka lat temu jakiś gość wyłonił się z alei w pobliżu rogu ulic Saratoga i Blake i praktycznie dekapitował za pomocą noża rzeźniczego funkcjonariusza policji z Seven-Three. Strzelaniny to domena nocy. No i nieustannie musisz uważać na "pocztę powietrzną" - cegły, butelki albo kawałki betonu czy innego gruzu zrzucane z dachów czy okien na twoją głowę. Miejscowe gliny mają nawet swoją przyśpiewkę na ten temat: Cegły i butelki zagrażają mi, ponieważ jestem z Seven-Three!
Czasami pociski kierowane w naszą stronę są bardziej obrzydliwe niż niebezpieczne. Pewnego razu siedzę w wozie patrolowym z weteranem Seven-Three, kiedy to odbieramy wezwanie "ratunkowe" pochodzące z trzypiętrowego budynku mieszkalnego - "ratunek" oznacza w tym przypadku tyle, że ktoś ma problem natury medycznej. Gdy docieramy pod podany adres, zaczynam wysiadać z auta, lecz mój partner chwyta mnie za ramię i mówi, bym chwilę poczekał. Spogląda przez okno samochodu na budynek, ku dachowi i - czy to dzięki doświadczeniu, czy za sprawą jakiegoś szóstego zmysłu - czuje, że coś jest nie tak.
- To torba sików, dzieciaku - mówi mi.
I rzeczywiście kilka sekund później - plask! - woskowana torba papierowa pełna sików uderza w chodnik tuż przy samochodzie, mocz rozpryskuje się dookoła. Ktoś wykonał fałszywy telefon z prośbą o ratunek dla czystej przyjemności zrzucenia na nas torby pełnej ludzkiej uryny. I nie był to bynajmniej odosobniony incydent.
Torby z sikami spadające z dachów. Witamy w Forcie Z.
Jak już mówiłem, w 1977 roku w Seven-Three jest wielu dobrych gliniarzy. Jeśli jednak nie jesteś ostrożny, jeśli traktujesz przestępczość, biedę, nienawiść i torby z sikami osobiście, istnieje spore prawdopodobieństwo, że sam zaczniesz myśleć o rzuceniu w kogoś taką torbą.
Być może to właśnie tłumaczy to, co nieomal przydarzyło się dzieciakowi z czarnym workiem na śmieci.
Nie jestem całkowicie zielony, mam za sobą kilka lat służby, lecz w Seven-Three jestem nowy, dlatego nie mam tutaj swojego "miejsca", stałego przydziału - pojawiam się na odprawie i jadę tam, gdzie mi każą. Tego konkretnego letniego wieczoru zostałem przydzielony do pieszego patrolu na Pitkin Avenue, pomiędzy Rockaway a Stone, oraz na przyległych ulicach - łącznie jakieś sześć przecznic. Jak dotąd był to spokojny obchód. Gdy docieram do granicy mojego rewiru, widzę innego glinę z Seven-Three, który pracuje w przyległym rewirze.
Nie znam zbyt dobrze tego gościa - nazwijmy go funkcjonariuszem Romeo - ale wiem, że ma staż o kilka lat dłuższy ode mnie, dłużej też służy w Seven-Three. Kiedyś słyszałem coś niejasnego o jego podejściu do roboty i że niektórzy gliniarze nie lubią z nim pracować. Tylko tyle, jakieś bliżej nieokreślone gadanie. Przechodzę przez ulicę na jego stronę, żeby zamienić parę słów. Hej, co słychać? Nic specjalnego, a u ciebie? Nic specjalnego.
Wtem, gdy rozmawiamy, jakiś obywatel wychyla się przez okno na drugim piętrze budynku znajdującego się obok nas i krzyczy:
- Panie władzo! Panie władzo! Napad rabunkowy w salonie piękności za rogiem!
Wraz z Romeem ruszamy pędem, a gdy mijamy róg, widzimy dzieciaka z dużym plastikowym workiem wyskakującego z okna na pierwszym piętrze. My widzimy jego - on widzi nas. Zaczyna się pościg.
W tej chwili zauważam kilka rzeczy. Jedną z nich jest to, że choć facet z okna powiedział, że był to napad rabunkowy, polegający na zabraniu siłą bądź przez zastraszenie własności drugiej osoby, w istocie wygląda to bardziej na włamanie, czyli bezprawne wtargnięcie z zamiarem popełnienia przestępstwa, w tym przypadku kradzieży. Na drzwiach salonu wisi tabliczka z napisem "Zamknięte", a dzieciak z workiem wyłonił się z okna, stąd podejrzenie, że w lokalu prawdopodobnie nikogo nie ma, co oznacza, że wcale nie mamy do czynienia z napadem rabunkowym. Zarówno włamanie, jak i napad rabunkowy stanowią przestępstwa, lecz w praktyce to pierwsze uznawane jest za mniej poważne.
Następną rzeczą, którą zauważam, jest to, że gdy dzieciak upuszcza czarny worek i zaczyna się od nas oddalać, funkcjonariusz Romeo wyciąga broń, zatrzymuje się i przyjmuje postawę bojową ze swoim pistoletem kaliber trzydzieści osiem wymierzonym w uciekiniera. Uważnie namierza cel. Myślę wtedy, że zamierza strzelić do młodego.
Nie ma mowy. Również się zatrzymuję, sięgam ręką w stronę kolegi i kieruję jego pistolet ku ziemi, krzycząc:
- Nie strzelaj! NIE STRZELAJ!
Na co ten obrzuca mnie spojrzeniem, które najpierw wyraża zaskoczenie, a później czystą wściekłość.
- Co, do diabła, robisz? - krzyczy.
- Co ty robisz? Nie możemy strzelać! To tylko dzieciak!
- Pierdol się! On ucieka!
Być może w dawnych czasach byłoby inaczej. W czasach, kiedy obowiązywało prawo, zgodnie z którym glina mógł w pewnych okolicznościach legalnie zastrzelić podejrzanego uciekającego z miejsca niebezpiecznej bądź brutalnej zbrodni, takiej jak napad rabunkowy z bronią w ręku. Jednak na początku lat siedemdziesiątych zarówno prawo stanowe, jak i polityka NYPD zaczęły ulegać zmianie. Obecnie Departament pozwala funkcjonariuszom strzelać wyłącznie wtedy, gdy podejrzany bezpośrednio naraża policjanta bądź kogoś innego na utratę życia lub na poważne zranienie. W skrócie: w większości przypadków nie możesz strzelić do uciekającego sprawcy przestępstwa.
A jednak istnieją obszary niedoprecyzowane - zawsze. Gdyby Romeo zastrzelił tego dzieciaka, mógłby na przykład twierdzić, że młody sięgał po broń zatkniętą za paskiem. Gdyby opowiedział dostatecznie dobrą historyjkę, być może strzelanie poszłoby w niepamięć, zwłaszcza gdyby jego partner - w tym wypadku ja - potwierdził jego wersję.
Na szczęście dla dzieciaka, dla Romea i dla mnie sprawy potoczyły się tak a nie inaczej. W trakcie kłótni z Romeem kątem oka widzę, jak dzieciak daje nura do opuszczonego budynku mieszkalnego pół przecznicy dalej. Spór zostaje chwilowo zawieszony. Razem biegniemy w dół ulicy i wpadamy do budynku.
Podobnie jak setki innych opuszczonych budynków w Brownsville, ten jest ruderą. "Nurkowie", jak nazywamy złomiarzy, już tu byli, wynosząc wszystko, za co tylko mogli dostać parę centów - instalacje wodno-kanalizacyjne i elektryczne, zlewy kuchenne, klamki i zawiasy, kaloryfery. Gościli tutaj bezdomni i narkomani, pozostawiając po kątach śmieci, śpiąc lub ćpając w jednym pomieszczeniu, wypróżniając się i sikając w innym. Odór w budynku jest niewyobrażalny - do tego stopnia, że nawet ćpuny i menele go porzuciły.
Z latarkami i bronią w rękach - tak na wszelki wypadek - zaczynamy wraz z Romeem sprawdzać pomieszczenie po pomieszczeniu w poszukiwaniu dzieciaka. W mieszkaniu na drugim piętrze, w stercie śmieci przykrytych pozbawionymi klamki drzwiami, dostrzegam wystającą czarną tenisówkę Chuck Taylor Converse. Noga jej właściciela drży.
- No dobra, stary - wołam - mamy cię. Wyłaź stamtąd i pokaż nam ręce.
Dzieciak wyczołguje się, pokryty śmieciami, z dłońmi nad głową, nadal się trzęsąc. Później dowiaduję się, że ma szesnaście lat. Prawdopodobnie oczekuje jakiejś ulicznej sprawiedliwości za to, że przed nami uciekał - może nie jakiegoś potężnego lania, ale przynajmniej kilku ciosów. I może w innych okolicznościach, z innym gliną, jego oczekiwania byłyby zasadne. Pamiętaj, mamy rok 1977 i jesteśmy w Seven-Three.
- Proszę, nie krzywdźcie mnie - mówi młody.
Nie jest mi go żal. Jest na tyle dorosły, że powinien wiedzieć, co robi, a poza tym istnieje spore prawdopodobieństwo, że nie jest to ani jego pierwsze przestępstwo, ani ostatnie. Ja jednak jego ucieczki nie traktuję osobiście.
- Nie zamierzamy cię skrzywdzić - mówię mu. - Ale jesteś aresztowany.
Przeszukujemy go zatem - zero broni - a następnie zakuwamy w kajdanki i prowadzimy na komisariat. Po drodze zabieramy plastikowy worek, w którym znajdujemy kilka starych suszarek, szczotek i nożyczek oraz w połowie pusty szampon - śmieci. Cały łup prawdopodobnie nie jest wart nawet dziesięciu dolców.
Na komisariacie Romeo dokonuje oficjalnego aresztowania - to był jego rewir, więc to jego zatrzymanie - po czym zaczyna wdrażać wobec dzieciaka procedury wymiaru sprawiedliwości dla nieletnich. Ja wracam do obchodu na swoim terenie.
W zasadzie tak pewnie skończyłaby się cała historia, gdyby nie to, że w ciągu kilku następnych dni zauważam, że niektórzy funkcjonariusze z Fortu Z patrzą na mnie z ukosa. Tak jak mówiłem, jestem tu stosunkowo krótko, a oni przyglądają mi się tak, jakby zastanawiali się, jakiego typu gliną jestem.
Okazuje się, że po aresztowaniu młodego, kiedy wróciłem do swojej roboty, Romeo zaczął obmawiać mnie w obecności innych policjantów. Nie wsparłem go, twierdził. Byłem słaby, opowiadał. Byłem cipą - powiedział - i tchórzem.
Nazwanie gliny tchórzem stanowi drugie najgorsze oskarżenie, jakie możesz wobec niego skierować, zwłaszcza w takiej dzielnicy jak Fort Z. Jeśli inni policjanci uwierzą, że nie masz na tyle odwagi, by walczyć wtedy, gdy jest to konieczne, albo że nie wesprzesz partnera, nie będą chcieli z tobą pracować, a nawet rozmawiać. Będą cię unikać, poddadzą ostracyzmowi. Jedyna sytuacja, w której mógłbyś być bardziej unikany i odizolowany, ma miejsce wtedy, gdy inni gliniarze sądzą, że jesteś obciągającym szczurem, informatorem, facetem, który kabluje na innych gliniarzy.
Cóż jednak mogę zrobić? Nie mogę ogłaszać wszem i wobec: Hej, nie jestem tchórzem! To już samo w sobie zdawałoby się żałosne i słabe. Jedyne, co mogę, to trzymać gębę na kłódkę i wykonywać swoją robotę.
Następnego dnia delegat Seven-Three do PBA, czyli do Patrolmen's Benevolent Association, związku zawodowego gliniarzy - łapie mnie w szatni. Jest weteranem, jest tu od zawsze. Słyszał, co się mówi. Pyta mnie:
- Hej, młody, co tak naprawdę się tam wydarzyło?
Rozmowa ze swoim przedstawicielem w PBA jest niczym rozmowa z księdzem. Nie zamierza powiedzieć szefom, o tym, co od ciebie usłyszy. Na nikogo nie nadajesz. Dlatego opowiadam mu szczerze całą historię, a gdy kończę, klepie mnie po udzie i mówi:
- Cóż, dzieciaku, prawdopodobnie uniknąłeś wycieczki przed ławę przysięgłych - mając na myśli to, że gdyby funkcjonariusz Romeo strzelił tamtemu dzieciakowi w plecy, prawdopodobnie musiałbym zeznawać.
Nie mówię tego facetowi z PBA, ale gdyby tak się stało, wiedziałbym, co zrobić. Powiedziałbym prawdę - że dzieciak uciekał, że nie widziałem broni, że moim zdaniem nie było powodu, by strzelać.
Jak się później okazało, nie miałem zostać w Seven-Three wiele dłużej - podobnie jak Romeo, choć on z zupełnie innych powodów. Kilka lat później dowiedziałem się, że został przymknięty za postrzelenie i zranienie członka rodziny podczas domowej awantury oraz wyrzucony z nowojorskiej policji.
Oczywiście w kontekście dzielnicy Seven-Three jako takiej incydent z uciekającym dzieciakiem nie był niczym wielkim. W istocie Romeo nie zrobił niczego niezgodnego z prawem - nikt nie został postrzelony, dokonaliśmy aresztowania.
Dzięki całemu zdarzeniu dowiedziałem się jednak czegoś na swój własny temat. Wiedziałem już, że niezależnie od tego, ile torebek z sikami spadnie z dachów, ile przestępstw, przemocy i nienawiści zobaczę, nie pozwolę, żeby ta robota zamieniła mnie w typ gliniarza, który strzela od tyłu do uciekającego po drobnym włamaniu nastolatka. I gdybym zobaczył innego policjanta robiącego coś podobnego, to, bez względu na konsekwencje, nie kryłbym go.
Nie takiego typu gliną chciałem być.
***
Historia druga. Jest wiosna 1974 roku, a ja jestem świeżo upieczonym absolwentem Akademii przydzielonym do manhattańskiej strefy ruchu, która obejmuje południową cześć 96th Street, od East River po Hudson. Stoję w kawiarni przy 2nd Avenue, kłócąc się z właścicielem o to, czy powinienem zapłacić za kawę.
To nie tak, jak myślisz. Uważam, że powinienem zapłacić. Właściciel kawiarni natomiast równie stanowczo twierdzi, że nie muszę tego robić. Cała scena zaczęła się zaledwie kilka minut wcześniej. Jest deszczowy dzień, dlatego razem z moim partnerem jesteśmy w RMP - Radio Mobile Patrol - czyli oznaczonym wozie patrolowym, w mundurach, jeździmy po okolicy i odpowiadamy na wezwania radiowe. W pewnym momencie ja i Ed, mój kolega z klasy w akademii, postanawiamy napić się kawy.
Kawa jest dla Eda. Dla mnie gorąca herbata, z mlekiem, bez cukru. Tak, wiem. Gliniarze powinni pić kawę - im czarniejsza i słodsza, tym lepsza. Jeśli łyżeczka nie stoi pionowo, to tak naprawdę nie jest to żadna kawa. Ja jednak lubię herbatę.
Tak czy inaczej, parkujemy wóz przed kawiarnią przy 2nd Avenue. To moja kolej na zakupy, dlatego Ed, który prowadzi, zostaje w aucie, a ja wchodzę do środka. Lokal jest niewielki, sześć krzeseł przy ladzie, kilka boksów przy ścianie, może z dziesięciu klientów. Podchodzę do lady i składam zamówienie:
- Poproszę dużą czarną kawę z dodatkowym cukrem i dużą herbatę z mlekiem, bez cukru na wynos.
Odbierający zamówienie właściciel odwraca się i kieruje w stronę ekspresu. Minutę później wraca z dwoma parującymi, styropianowymi kubkami.
Pamiętaj, jest rok 1974 - kubek kawy kosztuje dziesięć centów, podobnie jak herbata. Nie mam przy sobie monet, dlatego gdy barman przygotowuje kawę, wyciągam z portfela jednodolarowy banknot. Gdy jednak usiłuję mu go wręczyć, unosi ręce i odsuwa się o krok, jakby banknot ten był radioaktywny.
- O nie, oficerze - mówi. - Dla pana na koszt firmy. Za darmo.
- Dziękuję - odpowiadam - jednak zapłacę. Proszę mi tylko wydać.
- Nie, nie, nie. Za darmo. Nic nie policzę.
- Dziękuję, ale naprawdę nie, chciałbym zapłacić.
- Tak jak mówię, na koszt firmy.
Wiem, że właściciel kawiarni nie usiłuje mnie przekupić darmową kawą. Nie usiłuje dać mi darmowego napoju z obawy przed tym, że gdyby tego nie zrobił, zacznę umieszczać mandaty na każdym zaparkowanym przed lokalem samochodzie. Chce dać mi darmową kawę, ponieważ cieszy się, że pojawia się u niego umundurowany gliniarz. To jak polisa ubezpieczeniowa chroniąca przed przestępstwem. Nawet najbardziej pozbawiona mózgu szumowina nie okradnie miejsca, przed którym parkują wozy policyjne, nieustannie odwiedzanego przez mundurowych. Dla większości funkcjonariuszy darmowa kawa albo rabat na posiłek stanowią po prostu element pracy. Zresztą specjalnie się nad tym nie zastanawiają.
Ja jednak wciąż chcę zapłacić. Przegadujemy się zatem nadal, aż barman - niski Grek - zaczyna się tym trochę denerwować, jakby chodziło o jakiś punkt honoru albo coś w tym rodzaju. Macha rękami i mówi głośno:
- Oficerze, dla pana za darmo!
Wreszcie odchodzi na drugi kraniec kontuaru i więcej nawet na mnie nie spogląda.
Jako gliniarz zawsze obserwujesz ludzi, ale gdy jesteś w mundurze, wiesz też, że ludzie jednocześnie obserwują ciebie. Gdy tak stoję przy barze z niechcianym jednodolarowym banknotem w dłoni, czuję spojrzenia wlepione w moje plecy i potrafię sobie wyobrazić, co myślą inni klienci.
Połowa z nich prawdopodobnie myśli: Co jest, u licha? Bierz tę darmową kawę. Druga połowa natomiast zapewne zastanawia się: Gliniarz, który nie weźmie darmowej kawy? Zaraz, zaraz, jaką to znowu grę prowadzi ten facet?
Sytuacja robi się kłopotliwa. Ostatecznie w widoczny sposób unoszę banknot w powietrzu i mówię, prawdopodobnie nieco zbyt głośno:
- Zostawiam dolara na ladzie! - po czym kładę pieniądze, chwytam kawę i herbatę i wychodzę, zanim barman zdoła mnie dopaść.
Gdy opowiadam Edowi o tym, co się stało, o pozostawieniu dolara na ladzie, ten zaczyna się śmiać. Historia zaczyna oczywiście krążyć. Weterani, stare wygi, zaczynają mówić tak:
- Hej, młody! To ty jesteś ten, który zapłacił dolara za kubek kawy za dziesięć centów?
A potem zaśmiewają się do łez. Naturalnie nie mówię im, że nie był to tylko kubek kawy i że wziąłem również herbatę. Tylko jeszcze bardziej bym ich tym rozbawił.
Prawdopodobnie niezły ubaw mieliby także wtedy, gdyby dowiedzieli się, że incydent w kawiarni przy 2nd Avenue - do której zresztą nigdy już nie wróciłem - nie był jedynym, jaki przytrafił mi się w związku z chęcią zapłacenia za gorącą herbatę czy kanapkę, gdy robiłem zakupy w mundurze. To zdarzało się cały czas, choć w większości przypadków, gdy nalegałem na to, by zapłacić, właściciel bądź kasjer w końcu wzruszali ramionami i mówili:
- Dobra, skoro tak pan chce.
Faktem jest, że przez całą moją karierę w zawodzie policjanta, nigdy nie skorzystałem z posiłku czy kawy - ani herbaty - za friko.
Być może zastanawiacie się dlaczego.
Nie dlatego, że Patrol Guide, biblia nowojorskich policjantów, zabrania przyjmowania jakichkolwiek dowodów wdzięczności, w tym także darmowych kaw czy kanapek, a ja boję się, że zostanę złapany. Patrol Guide zabrania mnóstwa rzeczy, począwszy od noszenia białych skarpetek do munduru po posługiwanie się piórem z niebieskim atramentem, zamiast z czarnym, podczas wypisywania mandatów za złe parkowanie. To gruby na kilka cali3 zbiór wytycznych i nawet najbardziej sumienny, wzorowy gliniarz w całym wydziale prawdopodobnie nie jest w stanie dotrwać do końca zmiany, nie łamiąc jakiejś niejasnej wytycznej. Poza tym, kto na ciebie doniesie? Właściciel restauracji, który - bez proszenia - daje ci darmową kawę albo posiłek z rabatem? A może twój partner? Daj spokój. Przyjmowania darmowych posiłków nie odmawiam też wcale ze względu na wiarę w te wszystkie snute ku przestrodze przez wykładowców w Akademii opowieści o tym, jak to przyjęcie choćby jednego kubka kawy nieuchronnie pchnie cię ku równi pochyłej, tak że skończysz, kradnąc denatom portfele bądź łupiąc dilerów narkotyków. Nigdy nie uważałem, że dobry glina zamienia się w złego z powodu kubka kawy za dziesięć centów.
Również nie dlatego, że z natury jestem jakiś szczególnie święty. Gdy idę się wyspowiadać księdzu, nigdy nie brakuje mi tematów.
Nie. Powód, dla którego odmawiam darmowej kawy, jest taki, że już dawno temu doszedłem do wniosku, że - z wyjątkiem okazjonalnej sprzeczki z kasjerem - ułatwia to życie. Jeśli wezmę darmową kanapkę, trudniej mi będzie odmówić, jeśli właściciel kawiarni będzie oczekiwał ode mnie, że dam mu spokój w sprawie źle zaparkowanych samochodów dostawczych albo jeśli będzie chciał, bym natychmiast porzucił aktualne zajęcie, by rozgonić bandę nastolatków wałęsających się przed jego lokalem. Tak czy inaczej mógłbym pogonić nastolatków albo przymknąć oko na samochody dostawcze, ale nie dlatego, że uważam, bym był coś gościowi winien. Zrobię to, ponieważ będzie to dobra policyjna robota - ni mniej, ni więcej.
Gdy w taki sposób podchodzisz do wykonywania swojej roboty, wieści się rozchodzą. O tak, to ty jesteś tym, który zapłacił dolca za kawę. Zdobywasz wśród innych policjantów reputację człowieka godnego zaufania i uczciwego, gościa, który przestrzega zasad i punktualnie opuszcza swoją zmianę, czyli równo po ośmiu godzinach. Inni gliniarze - nawet ci nie do końca uczciwi - tak długo, jak długo nie podejrzewają cię o bycie donosicielem, nie mają ci bycia uczciwym za złe. Myślą sobie: Hej, po prostu taki już jest.
Rzecz w tym, że wbrew temu, co niektórzy sądzą, bycie uczciwym policjantem w NYPD wcale nie konfliktuje cię z innymi gliniarzami. W istocie reputacja gliny godnego zaufania cię chroni.
Dlatego też z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że podczas służby w NYPD ani razu nie byłem świadkiem, by inny policjant - z wyjątkiem gliniarza okazjonalnie przyjmującego darmową kawę czy rabat na posiłek - angażował się w korupcję finansową. Może nie brzmi to prawdopodobnie. Jakby nie było, wstąpiłem do policji tuż po tym, jak Commission to Investigate Alleged Police Corruption - znana jako komisja Knappa - zakończyła przesłuchania i opublikowała raport końcowy. Po wysłuchaniu zeznań uczciwych gliniarzy, takich jak Frank Serpico, który później sportretowany został przez Ala Pacino w popularnym filmie, oraz tych nieuczciwych, którzy zostali ujęci, komisja doszła do wniosku, że korupcja była "zjawiskiem zakrojonym na szeroką skalę, obejmującym cały Departament", dotyczącym wszystkich, począwszy od gliniarzy okradających laweciarzy i prostytutki po tych sprzedających narkotyki. Według komisji korupcja w NYPD była nieokiełznana i miała charakter systemowy.
Jakże zatem mogłem tego nie widzieć? Byłem ślepy? A może po prostu głupi?
Otóż ani jedno, ani drugie. Musicie zrozumieć rzecz następującą: po Knappie, gdy wrzawa antykorupcyjna była szczególnie intensywna, żaden zły glina posiadający choć odrobinę rozumu nie splądrowałby kasy po wezwaniu w sprawie włamania ani nie opędzlowałby dobrze ubranego pijaka na przystanku autobusowym w twojej obecności, jeśli nie miałby absolutnej pewności, że i ty jesteś skorumpowany. Jeśli masz reputację uczciwego gliniarza, nie będzie w twojej obecności kradł pieniędzy, podobnie jak nie uczyniłby tego na oczach samego komisarza policji.
A twoja reputacja podąży za tobą. Nawet w wydziale liczącym trzydzieści czy czterdzieści tysięcy funkcjonariuszy zawsze jest ktoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś, kto zna ciebie. Będą telefony i wieść się rozejdzie - a jeśli jesteś uczciwym gliną, ci źli zostawią cię w spokoju.
Więc tak, to ja byłem tym gliną, który zapłacił dolara za kawę wartą dziesięć centów - i za herbatę. Gdybym nie zapłacił, gdybym przyjął ten darmowy kubek kawy, nie wywołałoby to żadnego trzęsienia ziemi.
Jednak nie tego typu gliną chciałem być.