Rozdział 1
Warszawa, 17 stycznia 1945 roku
Dwie godziny przed świtem Misza stał na brzegu Wisły, patrząc przez
zamarzniętą rzekę w kierunku Warszawy. Trzymał fotografię Zofii - w sam
raz wielkości jego dłoni. Przed kilkoma laty wyciął ze zdjęcia jej
sylwetkę, żeby wydawała się prawdziwsza. Z dwiema dziurkami na wysokości
ramion, pozostałymi po tym, jak przypinał ją nad łóżkiem w rozmaitych
koszarach, była dla niego tym, czym święta ikona dla wyznawcy. Poważne,
zalęknione oczy Zofii spoglądały na niego w przytłumionym świetle. Znał
na pamięć całą fotografię: jasne włosy zaczesane do tyłu, wyostrzone,
piękne rysy. Minęły ponad dwa lata, odkąd ostatni raz trzymał w dłoniach
ciepłą twarz Zofii, całował jej usta albo wdychał lekki zapach migdałów
spowijający jej skórę. W smagających go zimnych, nieustępliwych porywach
wiatru czuł fizyczny ból spowodowany jej nieobecnością. Podniósł
kołnierz i wsunął zdjęcie z powrotem do płóciennego portfela. Zaczął
zabijać ręce, żeby odzyskać czucie.
- Masz, Misza, napij się.
Parę metrów dalej, na brzegu, widział sylwetki rosyjskich strażników w grubych zimowych szynelach. Jedli z metalowych puszek, a gdy rozmawiali
i śmiali się głośno, w powietrze wzbijały się kłęby pary. Jeden z nich
podał mu butelkę. Misza podszedł i golnął łyk. Odgłosy strzałów umilkły,
ale zza rzeki wciąż napływał swąd dymu. Rosjanom dopisywały humory.
Śmiejąc się swobodnie, zgadywali, kto zatańczy wieczorem z grubą Iriną.
Pucołowata Irina wypełniała mundur masywnym ciałem oraz obfitym biustem.
Uśmiechnęła się do nich w gęstniejącym mroku i nabrała na łyżkę duszonej
fasoli.
- Nawet się nie fatygujcie, żeby mnie prosić - parsknęła i zarzuciła
płaszcz na ramię. - Na śniadanie bym was zjadła. Ale gdyby który się
odważył, to może Miszy bym nie odmówiła.
Popatrzyła na niego z łapczywym błyskiem w oku. Misza przywykł do tego,
że kobiety zachowywały się przy nim osobliwie. Miał ciemne, bursztynowe
oczy z zielonymi plamkami, śliczne jak u dziewczyny - przynajmniej tak
kiedyś powiedziała mu Zofia. Był wysoki, miał subtelne rysy, a polski
mundur i charakterystyczne dla niego wysokie buty oraz bryczesy nadawały
Miszy staroświecki, niemal arystokratyczny sznyt. Jednocześnie
bezpośredni i wesoły Misza potrafił zjednać sobie prawie wszystkich.
Mimo że był Polakiem - a do tego Żydem - Rosjanie łatwo uznali go za
swojego.
Misza pochylił głowę, a Irina zaniosła się gromkim śmiechem. Spotykać
się z Iriną to jak igrać z ogniem. Krążyła plotka, że jej ostatni
zalotnik zginął, i to nie od niemieckiej kuli, ale podczas kłótni od
strzału z pistoletu zazdrosnej kobiety.
- Jeśli znajdziecie tam jeszcze jakichś kolegów Hitlera, pozdrówcie ich
ode mnie tym. - Irina uderzyła w kaburę z bronią.
Wszyscy klepali Miszę po plecach wielkodusznie i serdecznie.
Wyzwoliciele Warszawy.
Misza należał do grupy zwiadowczej Pierwszej Armii Wojska Polskiego pod
sowieckim dowództwem, więc zawsze wyprzedzał wojsko przemieszczające się
na wrogim terytorium. Szukał bezpiecznych tras dla czołgów, z napięciem
wypatrując niemieckich maruderów. Dzisiaj jego niewielka jednostka jako
pierwsza wkroczy do Warszawy. Ponad dwa lata od chwili, kiedy ostatnio
był w mieście.
Na skraju ośnieżonej rzeki czekały w szeregu cztery jeepy. Spomiędzy
rzednących chmur wyglądały czerń i fragment opalizującego księżyca.
Franek, kierowca i samozwańczy przewodnik oraz doradca Miszy, siedział
za kierownicą pierwszego samochodu. Klapki baraniej uszanki miał
opuszczone na uszy.
- Pospiesz się, chłopie, bo zamarzniemy na śmierć! - ryknął. - Chcemy
przeprawić się przez rzekę, nim zrobi się jasno.
Warszawę wciąż spowijała noc, ale za ich plecami jaśniała już
bladoczerwona smuga światła. Zgodnie z rozkazem mieli nadać przez radio
komunikat o sytuacji, zanim polska piechota zacznie o świcie forsować
rzekę.
Misza wgramolił się obok Franka i zatrzasnął drzwi, ale zimny wiatr i tak wdzierał się przez szpary, a jeep aż się trząsł od podmuchów. Misza
wyjął pistolet z kabury. Rzeka przed nimi lśniła bielą niczym długa,
kręta wstęga śniegu, znacznie jaśniejsza niż wyściółka z chmur nad ich
głowami.
Powietrze wydychane przez Franka wzbijało się kłębami pary. Mężczyzna
gwałtownie poleciał naprzód, gdy koła grzmotnęły o pokrytą śniegiem
taflę lodu na rzece. Misza poczuł nerwowe naprężenie mięśni, ale gruby,
kilkutygodniowy lód wytrzymał. Cztery czarne pojazdy ślizgały się i podskakiwały na wyboistej powierzchni, jadąc pomału, bez świateł, z cicho pracującymi silnikami. Kontury spalonych wojskowych ciężarówek,
zamarzniętych trucheł koni oraz innych pozostałości złagodniały w śniegu
i w widmowym świetle rzucały długie cienie. Na prawo od nich zniszczone
filary mostu Poniatowskiego wyłaniały się z lodu niczym pijane postaci.
- Wierzyć się nie chce - rzekł Misza. - Oto my jako pierwsi wyzwalamy
Warszawę. Wracamy do domu.
- Wyzwalamy na ruską modłę? Siedzimy przez pół roku na przeciwległym
brzegu rzeki i opowiadamy, że czekamy na posiłki, aż Wehrmacht zmiecie
polski ruch oporu. A potem, gdy Niemcy się zwiną, wkraczamy do miasta,
otwierając wolne pole do radzieckiej okupacji.
- Bracia się nie odzywali?
Franek pokręcił głową.
- Przykro mi, Franek - powiedział Misza.
Kierowca usłyszał od wywiadowców, że jeden z jego braci poległ podczas
powstania warszawskiego. Drugi ponoć zginął w samowolnej akcji polskich
żołnierzy, którzy kilka tygodni po przybyciu nad Wisłę próbowali
sforsować rzekę i udzielić pomocy oblężonej Warszawie. Zostali odparci i ponieśli ogromne straty. Pod lodem kryły się setki ciał żołnierzy
Pierwszej Armii Wojska Polskiego. Wściekli Rosjanie odprawili polskiego
generała i zastąpili go kimś bardziej posłusznym.
Jeep z łomotem wpadł w głęboką koleinę w lodzie i Misza wolną ręką
złapał się deski rozdzielczej. Ciemne pojazdy za nimi przyhamowały.
Franek zakręcił kierownicą, odzyskał panowanie nad samochodem i ostrożnie objechał wyboisty odcinek. Misza obejrzał się za siebie.
Pozostali jechali ich śladem. Odkleił dłoń od zimnego metalu i potarł
przemarznięte policzki. Odsłonięta skóra pierzchła. Misza nadstawiał
uszu na wystrzał z drugiego brzegu.
Pokonali już ponad połowę trasy po lodzie. Gdy Misza przez wiele lat
przekraczał Wisłę, wracając do domu w Warszawie, wydłużona sylwetka
miasta rozciągająca się między niebem a rozległą rzeką, z eleganckimi
wieżyczkami, wieżami kościołów i masywnym gmachem zamku, wydawała mu się
oczywistym elementem pejzażu.
To wszystko zniknęło. Ustawiwszy lornetkę na zbliżający się brzeg oraz
usytuowany po prawej przyczółek, przeczesywał teraz wzrokiem pustą
przestrzeń z widocznymi w bladym świetle wyszczerbionymi kikutami. Ku
brudnemu niebu wznosił się powoli dym. Misza przesunął lornetkę w stronę
czoła strzaskanego mostu.
- Franek, stój! Stój! Tam widzę wartownika.
Franek zahamował ostro. Misza usłyszał, jak jadący za nimi jeep
zatrzymuje się z chrzęstem opon.
Misza podał Frankowi lornetkę i pokazał niemiecką czerwono-białą budkę
wartowniczą majaczącą na brzegu.
- Jeśli wystrzeli, nie ma się gdzie schować.
- Nie rusza się. Pewnie nas nie zauważył. - Franek otworzył klapę
okienną, odbezpieczył broń, wymierzył i strzelił. Odgłos strzału
rozniósł się po równinie.
- Psiakrew. Chybiłem. - Franek przeładował pospiesznie, czekając, aż
wartownik odpowie ogniem. Szybko strzelił jeszcze raz. Strażnik drgnął,
z miejsca, gdzie trafił pocisk, bryznęła tkanka, ale mężczyzna nadal
sztywno opierał się o drewnianą skrzynkę.
Misza ponownie podniósł lornetkę do oczu.
- Ma śnieg na ramionach.
- Boże drogi, zamarzł na stanowisku.
Franek ostrożnie podjechał do brzegu i zatrzymał się przy wartowni. Na
niebie wzbierała jasność, a śnieg odbijał niesamowite światło na
poszarzałą twarz zmarłego. Jego hełm oraz wełniany płaszcz pokrywał
szron. W budce drugi żandarm z karabinem przewieszonym z przodu opierał
się o ścianę jak przewrócony kręgiel.
- Warszawy strzegą nieboszczyki - stwierdził Franek.
Niewielka kolumna jeepów jechała dalej po nasypie wzdłuż roztrzaskanego
filaru. Na górze Franek zgasił silnik.
Przed nimi w zimnym świetle rozciągał się krajobraz, którego nie sposób
opisać słowami. Jak okiem sięgnąć pod sinym niebem ciągnęły się
kilometry ośnieżonych ruin i gruzu. Ani jeden budynek nie ostał się bez
szwanku. Kominy sterczały jak połamane drzewa. Tu i ówdzie na tle
błyszczącego śniegu czerniły się postrzępione resztki murów z wyrwami w miejscu okien. Nasłuchiwali z napięciem trzasku broni obserwującego ich
samotnego strzelca, ale nic takiego nie nastąpiło. Panowała głęboka
cisza. Nawet powietrze zdawało się zastygłe i zamarłe.
- Którędy? - zapytał Franek.
Misza pokręcił głową.
- Przed nami jest to, co zostało z Alei Jerozolimskich.
Ruszyli pomału wąskim szlakiem między zwałami cegieł i gruzu. Jedno z kół szarpnęło na rumowisku. Okazałe sklepy i biura dzielnicy handlowej
zniknęły, a ich miejsce zajęły zgliszcza i lawiny cegieł i pyłu.
Gruzowisko rozjaśniały zaspy śniegu, poczerniałe szczątki murów
sterczały wśród nich jak mogiły na zimowym cmentarzu. Nigdzie żywego
ducha. Jakby tysiąc lat minęło, odkąd wśród czerwonych tramwajów i lśniących samochodów aleję przemierzała elegancka klientela sklepów oraz
przedsiębiorcy.
Na rogu Alei Jerozolimskich przystanęli i spojrzeli w głąb głównej
arterii. Ulica Marszałkowska prezentowała równie niekończącą się
perspektywę budynków roztrzaskanych w sterty gruzu. Resztki zabudowań
były czarne i uszkodzone przez ogień. Franek znów wyłączył silnik auta.
Misza stężał, lecz nie padł żaden strzał. Snajperzy nie czaili się w ukryciu. W niesamowitej ciszy mężczyzna czuł, że cierpnie mu skóra na
plecach. W powietrzu wezbrał atawistyczny lęk. W przedświcie zimowego
poranka nad miastem wisiało widmo. Jedynie zmarli powinni przebywać w zaświatach.
- Ktoś tu musi przecież być - odezwał się Misza. Jego słowa zabrzmiały
jak błaganie. Koce i medykamenty, które wieźli na pace dla cywilów,
zaczynały zakrawać na ponury żart.
Chwila napięcia, gdy samochód nie odpalił na mrozie. Franek dwa lub trzy
razy pociągnął dźwignię ssania i silnik zawył i zazgrzytał.
- Nie za mocno, bo go zalejesz - ostrzegł Misza. Sam się zdziwił, jak
niespokojnie brzmi ton jego głosu. Silnik nareszcie zaskoczył i ruszyli
przed siebie po wyboistej ulicy Marszałkowskiej.
Trafili na odcinek oczyszczony z gruzu, gdzie kamienice doznały
mniejszych zniszczeń. W oddali widzieli prawie nienaruszone zabudowania.
Dobiegł ich charakterystyczny warkot odjeżdżającej ciężarówki.
- W tych budynkach przed nami Niemcy pewnie mają koszary - stwierdził
Franek.
- Chyba się wycofują. Lepiej dalej idźmy pieszo.
Misza ostrożnie otworzył drzwi jeepa i wysiadł na przenikliwy ziąb,
dając znak Frankowi oraz trzem innym żołnierzom, by poszli w jego ślady.
Prześlizgnęli się skuleni wzdłuż ściany budynku mieszkalnego i przemknęli kolejno przez skrzyżowanie. Kiedy ostatni dobiegł na drugą
stronę, rozległ się świst kuli, a mężczyzna zgiął się wpół. Kuśtykał
dalej, trzymając się za udo, na którym rosła ciemna plama. Misza
przebiegł wzrokiem przeciwległy dom. Snajper na dachu. Kolejna wymiana
ognia i strzelec spadł. Z ulicy przed nimi dobiegły ich krzyki Niemców i ryk odjeżdżającej ciężarówki. Warkot silnika oddalił się i znów
zapanowała cisza.
- Interesuje ich tylko odwrót - stwierdził Franek.
Gdy Misza łączył się przez radio z kwaterą główną, pozostali gasili
pragnienie, a ranny został opatrzony.
- Piechota pokona rzekę za dwie godziny - rzucił Misza do czekających. -
Mamy kontynuować pełne rozeznanie, ale nie podejmować walki, chyba że
nie uda się tego uniknąć. Podzielimy się na dwie grupy.
Nie było sposobu, by sprawdzić, czy wycofujący się żołnierze zaminowali
rozciągające się przed nimi ulice, mimo to Misza, Franek i dwóch
radiotelegrafistów ruszyli na północ. Czerwonawy świt rozlewał się na
skraju białego nieba jak krew przesiąkająca opatrunek, ukazując coraz
wyraźniej szczegóły zdewastowanego krajobrazu: zagon drewnianych krzyży
postawionych wśród ruin kościoła bez dachu, żelazną ramę łóżka
wyłaniającą się spod śniegu, przewrócony dziecięcy wózek.
Szli dalej Senatorską w stronę placu Teatralnego, licząc, że zobaczą
Warszawę, jaką znali. Ale otaczały ich tylko gruzy. Opera zniknęła, po
ratuszu nie został nawet ślad. Miodowa, plac Zamkowy - kolejne ruiny.
Kolumna Zygmunta rozbita na kawałki, a król, symboliczny obrońca
Warszawy, leżał z twarzą w błocie i śniegu. Rynek Starego Miasta
zamienił się w zgliszcza. W matowym świetle kikuty budynków sterczały
jak nagrobki.
Skierowali się Długą na zachód, mijając spustoszony Ogród Krasińskich.
Nie uchowało się ani jedno drzewo. Kiedy zbliżali się do terenu
wygrodzonego na getto, serce Miszy zabiło szybciej. Niespodziewanie ciąg
uszkodzonych przez bomby kamienic się urwał. Mur getta zniknął, podobnie
jak zabudowania, które niegdyś opasywał. Oniemiały Misza wysiadł z auta.
Przed nim ciągnęły się kilometry pustej przestrzeni, płaski obszar
pokryty śniegiem i szronem. Rozebrano wszystko do ostatniej cegły i deski, a teren zrównano. Po getcie nie zostało nic oprócz kościoła,
który kilkaset metrów dalej wyłaniał się samotnie z morza bieli i mrozu.
Trzy lata temu Misza mieszkał tu wraz z pół milionem innych Żydów,
tłocząc się w nieustającym zgiełku tak wielu głosów. Teraz słyszał
jedynie wiatr hulający bez przeszkód po płaskim terenie. Misza wyszedł
nieco naprzód. Stanął samotnie w świetlistej pustce, czując, jak ziąb
przenika jego buty i rękawice. Na śniegu widać było tylko jego ślady.
Wrócił do samochodu, przemarznięty do szpiku kości.
- Myślisz, że zdążymy podjechać na Krochmalną? - zapytał kierowcę, gdy
wsiadł do auta. - Jeśli nie chcesz ryzykować...
Franek skinął głową i jeep ruszył. Niegdysiejsza ulica Leszno
przypominała teraz upiorny szlak wiodący przez pustkowie.
Wjazd na Krochmalną blokowały masywne odłamy zniszczonych murów. Misza
wysiadł z jeepa i zaczął wdrapywać się po gruzach w kierunku miejsca,
gdzie ledwie trzy lata temu mieszkał i pracował jako nauczyciel. Jakimś
cudem przy Krochmalnej ostało się kilka budynków. A oto i on.
Sierociniec. Nadal tam stał. Sypialnie straciły w wybuchu okna, dach
runął, na elewacji od frontu widać było ślady szrapnela, ale gmach
ocalał. Panowała cisza, a Misza poczuł ucisk w sercu. Nie słychać było
pokrzykiwań ani śmiechu dzieci bawiących się na podwórku przed domem.
Dobiegł go chrzęst czyichś kroków na gruzach. Franek stanął przy nim i podniósł wzrok na okaleczony gmach.
- Ponoć doktorowi Korczakowi i dzieciom udało się uciec. Podobno
mieszkają gdzieś na Wschodzie.
- Tak - powiedział Misza. - Też tak słyszałem.
Wpatrywał się w puste framugi okienne. Z bólem w piersi wrócił myślami
do chwili, gdy ostatni raz widział doktora i dzieci oraz Dom przy
Siennej w obrębie murów getta. Cały dzień spędził w pracy poza granicami
dzielnicy - na rozkaz Niemców sprzątał rozbite szkło w koszarach na
Pradze pod okiem znudzonego strażnika niedbale trzymającego karabin.
Kiedy tamtego dnia późnym popołudniem wrócił do sierocińca, dzieci już
nie było. Na stołach stały kubki z niedopitym zimnym mlekiem i leżał
niedojedzony chleb, krzesła były poodsuwane albo poprzewracane.
Szabrownicy przetrząsnęli już budynek - porozrywali poduszki i wyrzucili
osobiste pamiątki dzieci z szafek w niewielkiej sali balowej w gmachu
Towarzystwa Wzajemnej Pomocy Pracowników Handlowych i Przemysłowych,
który przez ostatnie półtora roku pełnił funkcję zatłoczonej sypialni,
sali lekcyjnej i jadalni dla dwustu dzieci.
Przed wojną chadzał z Zofią przez Warszawę w stronę placu Grzybowskiego,
rozśmieszając ją opowieściami o wychowankach Domu, dzieciach
niesfornych, mądrych, pełnych życia.
Teraz łzy płynęły mu ciurkiem po twarzy, bo je zabrali, bo nie było go
przy nich i nie mógł ich uratować. Stał w zimnym wietrze dącym wśród
zwałów cegieł ulicy Krochmalnej. Ból wytrawił jego twarz niczym woda
morska dryfujący kawałek drewna, odarł ją do kości.
Rozdział 2
Warszawa, maj 1937 roku
Korczak wciąż nie może odżałować swojej audycji radiowej. W całej Polsce
miliony ludzi co tydzień włączały radioodbiorniki, by posłuchać, jak
mówi o zrozumieniu i szacunku wobec dzieci. Obecnie wygląda jednak na
to, że Żyd nie może się wypowiadać na antenie polskiego radia. Umowę
zerwano. Kimże jest, jeśli nie Polakiem? Myśli i marzy po polsku, a ulice Warszawy zna jak własną kieszeń. Zaiste, trucizna nazistowskiego
obłędu rozprzestrzenia się po Europie.
Przynajmniej nadal wolno mu prowadzić wykłady. Dzięki nim może wpłynąć
na nowe pokolenie nauczycieli, którzy pewnego dnia będą się opiekować
polskimi dziećmi.
Korczak ma na sobie tweedowy garnitur z zegarkiem w kieszeni kamizelki
oraz muszkę. Zwalnia, żeby chłopczyk, który mu towarzyszy, mógł
dotrzymać mu kroku przy wchodzeniu po schodach. Gładkie powierzchnie
szpitalne odbijają echem kroki oraz odległy odgłos zamykanych drzwi.
- Dzień dobry, panie doktorze - rzuca przechodząca obok nich
pielęgniarka, zerkając na chudego urwisa, który trzyma Korczaka za rękę.
Widać, że ma ochotę zapytać, co on tu dziś robi - odszedł przecież lata
temu, żeby zająć się domem pełnym sierot. Ojciec-kawaler, który ma pod
opieką setkę dzieciarni.
Przed drzwiami gabinetu rentgenowskiego Korczak przyklęka, by pomówić z Szymonkiem.
- Wejdziemy do środka, będzie tam dużo ludzi, a wtedy poproszę cię,
żebyś stanął za taką specjalną maszyną. Gotów?
Szymonek kiwa głową. Jego wielkie oczy spoglądają z powagą.
- Bo dzięki temu dorośli lepiej zrozumieją dzieci.
- Masz mnóstwo odwagi, przyjacielu.
Korczak wstaje i otwiera drzwi. Nadal jest rozgniewany i wstrząśnięty,
bo wczoraj się dowiedział, że jedna z jego nauczycielek z sierocińca na
Krochmalnej zaciągnęła chłopca na dół do piwnicy i zostawiła go tam po
ciemku.
- A co miałam robić, panie doktorze? - zapytała nauczycielka, być może
licząc na zrozumienie. - Jakubek mnie nie słuchał. Tak się
zdenerwowałam, że aż się na niego zamachnęłam, ale on tylko krzyknął:
"Uderz mnie, a pan doktor każe cię wyrzucić". Nie jestem z tego dumna,
ale krew mnie zalała i zaciągnęłam go do piwnicy. Potem siedział już
cicho.
- Zostawiła pani dziecko samo w ciemnościach? - Korczak przymknął oczy i ściszył głos niemal do szeptu. - A skąd pani wie, czy nie cierpiał i dlatego źle się zachowywał? Pani jest dorosła. Miała pani szansę
dowiedzieć się, o co chodziło, i pouczyć go, że nie musi wyładowywać
złości na innych. Ale nie, co pani postanowiła zrobić? Do piwnicy, w ciemność!
Korczak musiał wówczas oddalić się w pośpiechu, bo był bliski łez.
Kilka dni później dowiedział się, dlaczego Jakubek sprawiał problemy. W sobotę poszedł odwiedzić ukochaną babcię i okazało się, że babcia
zmarła.
Pomieszczenie wypełniają rozgadani studenci. Wszyscy są zdziwieni, że
kazano im opuścić dotychczasową salę wykładową w Instytucie Pedagogiki i przejść do szpitalnego laboratorium. Kiedy doktor Korczak wchodzi do
środka, zapada pełne wyczekiwania milczenie. Na wykładach Korczaka nikt
nie drzemie.
On jednak całą uwagę skupia na dziecku. Rozmawia z Szymonkiem
przyciszonym głosem, prowadząc go za kwadratową szybę. Okna są
zasłonięte, a chuda klatka piersiowa chłopczyka jaśnieje w przyćmionym
świetle. Szymonek nie spuszcza oczu z doktora, który rozpoczyna wykład.
- Spędzacie więc z dziećmi calutki dzień. Rozumiem. Niekiedy nie jest
łatwo. W niektóre dni czujecie się wyczerpani. Nie dacie rady więcej
wytrzymać. Macie ochotę je skrzyczeć, może nawet czujecie pokusę, by
podnieść na nie rękę.
Doktor Korczak włącza znajdującą się za dzieckiem lampę rentgenowską.
Szklany ekran rozjaśnia nieziemska poświata ukazująca portret nakreślony
ciemną kreską - żebra małego dziecka. W środku widać zarys serca, które
bije szybko i podskakuje jak przestraszony ptaszek.
- Popatrzcie uważnie. Tak zachowuje się serce dziecka, kiedy się na nie
krzyczy albo podnosi rękę. Tak reaguje serce, kiedy dziecko się boi.
Przyjrzyjcie się uważnie i zapamiętajcie.
Korczak gasi lampę, otula chłopca marynarką i bierze go na ręce.
- To wszystko.
Korczak wychodzi z dzieckiem, a osłupiała sala wybucha nagle gwarem
głosów.
Najwyższy spośród zgromadzonych, chłopak o smukłej, wysportowanej
sylwetce i z rzednącymi włosami nad szerokim, rozumnym czołem, pakuje
zeszyty w pośpiechu. Misza myśli sobie, że wieczorem napisze list do
ojca i wytłumaczy mu, dlaczego nie będzie szukać pracy jako inżynier,
mimo że zdobył tytuł. Zamiast tego podejmie wieczorowe studia
nauczycielskie i nadal będzie pracować w sierocińcu Korczaka jako ledwie
opłacany bursista. Ojciec się wścieknie. Sam jest nauczycielem, więc
wie, że na edukacji nie sposób się dorobić, trudno nawet znaleźć pracę.
Odpowiedzialnością za tę katastrofę obarczy Korczaka, i słusznie.
Jeśli kto chce zmienić świat, musi zmienić metody wychowawcze.
Kiedy Misza przechodzi przez salę, z płóciennej torby wypada mu pióro.
Przyklęka po nie, a podnosząc oczy, dostrzega dziewczynę, która wciąż
siedzi na krześle i zatopiona w myślach rozważa wykład. Widzi zaczesane
do tyłu blond włosy, owalną twarz, jasne, błękitne oczy, wydatne usta i białą bluzkę z zaokrąglonym kołnierzykiem. Ot, zwykła dziewczyna.
Ale on nie może ruszyć się z miejsca ani odwrócić wzroku. W głębi piersi
Miszy rozbrzmiewa charakterystyczny brzęk kamertonu, nieodparty, czysty
dźwięk, do którego będą się odtąd stroić wszystkie inne. Ta dziewczyna.
Ogromnie chciałby z nią porozmawiać, usiąść przy niej, wziąć ją za rękę.
Ale co też chodzi mu po głowie? Niebawem zaczyna dyżur w Domu. Poza tym
trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: jeszcze bardzo długo będzie za biedny
na miłość. Powinien być silny. Musi napisać ten list.
Zarzuca torbę na ramię i wychodzi.
Ale dziewczyna nie daje mu spokoju. W ciągu kolejnych kilku dni Misza
wraca myślami do tej chwili, gdy spoglądał na jasną, otwartą twarz i czuł przemożną chęć, by porozmawiać z nieznajomą.
Postanawia więc, że zrobi to na następnym wykładzie. Znajdzie jakiś
sposób, by zamienić z nią słowo.
Otacza ją jednak wianuszek przyjaciół. Chłopak w garniturze w prążek i z napomadowanymi włosami woła:
- Zosia!
A więc tak się nazywa. Misza chwyta jej imię niczym skarb.
Obserwuje przymilającego się chłopaka, zauważa, jak ten śmieje się
speszony czymś, co powiedziała. Czy ona uśmiecha się do niego, bo też go
lubi? Czy po prostu z grzeczności? Misza czuje, że serdecznie typka nie
znosi.
Następnym razem. Podejdzie do niej i zagai rozmowę. Z Zosią.
Następnego razu jednak nie ma. Wykłady Korczaka odwołano. Powodu nie
podano, ale wszyscy go znają. Tylko prawdziwym Polakom można powierzać
kształcenie polskich umysłów.
Misza nie ma już po co chodzić na uniwersytet. Uczy się w szkole
wieczorowej, by zdobyć uprawnienia nauczyciela. Przyszedł na wykład w instytucie tylko dlatego, że Korczak go zaprosił.
Tak będzie lepiej, przekonuje sam siebie. Toż to niedorzeczne - zakochać
się w nieznajomej. I z całą pewnością nie pozwoli sobie na to, by wrócić
do instytutu i sterczeć pod bramą, na wypadek gdyby akurat się stamtąd
wyłoniła.
Czeka, aż zauroczenie zniknie - jak u dziecka zdarte kolano, które z czasem samo się goi. Ona jednak atakuje go znienacka, gdy w chłodny
wieczór Misza przechodzi przez Ogród Saski. Atakuje, gdy on stoi przy
oknie i spogląda na podwórko, gdzie jeden z chłopców gra na harmonijce
Miasteczko Bełz. Obraz jej twarzy powraca do niego niczym tęsknota za
domem.
Misza liczy, że gdzieś na nią wpadnie. Ma wrażenie, jakby było im to
pisane, więc się wydarzy. Miesiące jednak mijają, lato przychodzi i przemija. W powietrzu czuć nieoczekiwany ziąb.
Już prawie jesień, a on wciąż jej nie zobaczył.
Rozdział 3
Warszawa, wrzesień 1937 roku
Zofia odbiera legitymację od uniwersyteckiego pracownika. Nad jej
fotografią widnieje prostokątna pieczątka.
- Co to jest?
Urzędnik wzrusza ramionami.
- W tym semestrze Żydzi siedzą tylko w wyznaczonych ławkach. Na
korytarzu wisi informacja.
Studenci, tłocząc się wokół gabloty, czytają ogłoszenia. Stojąca wśród
nich Róża marszczy nos z niesmakiem. Odwraca się, kiedy podchodzi do
niej Zofia.
- Rzecz jasna będą twierdzić, że to dla naszego bezpieczeństwa - aby
zapobiec takim sytuacjom jak ta z tym biednym medykiem, któremu w zeszłym semestrze pokaleczyli twarz.
Róża bierze Zofię pod ramię i idą na wykład.
- Nie poznaję już Polski. Samo dostanie się tutaj było trudne, a teraz
jeszcze to. Czasem sobie myślę, że nasza Tosia ma rację. Trzeba się
zapisać do którejś z organizacji młodzieżowych i po cichu szykować do
wyjazdu do Palestyny.
Zofia patrzy na nią ze zgrozą.
- Jak możesz tak mówić? W życiu. Jesteśmy Polkami. Polska to nasz dom.
Im bardziej nam wszystko utrudniają, tym większą determinacją musimy się
wykazać. A gadanie o segregacji podczas wykładów to same bzdury. W Polsce nigdy nie myślano w kategoriach getta i moim zdaniem nigdy do
tego nie dojdzie.
Palący gniew nie opuszcza Zofii, lecz mimo to gdy wchodzą na salę,
dziewczyna czuje lekki niepokój. Część amfiteatralnie ułożonych ław po
lewej jest pustych - porozkładano tam jedynie kartki papieru. Dziewczęta
dołączają do studentów stojących z tyłu, którzy rozprawiają z oburzeniem.
Gdy do audytorium wchodzi profesor Kotarbiński, zapada cisza. Profesor
przechodzi wzdłuż ław i zajmuje miejsce na katedrze. Ma prawie metr
osiemdziesiąt wzrostu i wojskowy wąs nawoskowany w dwa szpice. Uwaga
zgromadzonych skupia się na nim, podczas gdy on sam w milczeniu mierzy
wzrokiem puste ławki. Kotarbiński zdecydowanym ruchem podnosi krzesło i z drewnianym łoskotem odstawia je na bok.
- Dopóki uniwersytet nie zdobędzie się na stosowniejszą organizację
miejsc siedzących, dopóty ja rezygnuję z prawa do siedzenia.
Kilkoro nieżydowskich studentów z szuraniem ławek powtarza gest
prowadzącego. Zofia czuje ucisk w gardle. Nie są pozbawione przyjaciół.
Kiedy po wykładzie schodzi w kierunku katedry, by podziękować
Kotarbińskiemu, nadal czuje piekące policzki. Doprawdy, cała ta sprawa
jest wprost żenująca.
- Źle się dzieje, ale nie możesz pozwolić, by cię zastraszyli i stąd
przegnali. Obiecaj mi, że ukończysz studia.
- Nic mnie nie powstrzyma, panie profesorze.
* * *
Naprzeciwko głównej bramy wisi transparent zrobiony byle jak przez
studentów w białych czapkach i z zielonymi wstążeczkami w klapach
marynarek. Przez materiał transparentu przesiąka czarny atrament, więc
treść jest czytelna nawet na rewersie: żądają usunięcia Żydów z uniwersytetu.
Dziewczyny spoglądają po sobie. Nie mają wyboru - muszą przejść pod
obraźliwym hasłem. Róża poprawia tyrolski kapelusik na świeżo
ondulowanych czarnych włosach i znów chwytają się pod ramię.
- No to idziemy - mówi Zofia.
- Słowo daję, ojciec bez trudu mógłby wykupić połowę tego kramu - mruczy
Róża pod nosem, kiedy przechodzą pod transparentem.
Gdy czekają na tramwaj, Zofia czuje się bezsilna. Doskwiera jej zwykły
brak sympatii - to, że stała się nielubianą koleżanką, której wszyscy w klasie unikają. Jest to dziecinne i bardzo bolesne.
- Nie myślmy o tym wszystkim - proponuje Róża, gdy wsiadają do
czerwonego tramwaju. - Wpadnij do mnie wieczorem. Zrobimy sobie małą
zabawę. Puścimy płyty. Potańczymy. A może by tak uśmiech? Ktoś tak
śliczny jak ty, Zosiu, nigdy nie ma powodu spuszczać nosa na kwintę.
Tramwajem jadą na plac Grzybowski, gdzie ściskają się na pożegnanie.
Zofia całe życie mieszka w tej okolicy. Czuje, jak się odpręża,
przedzierając się przez znajomy gwar piątkowego targu. Na Twardej skręca
w podwórze swojej kamienicy. Kobiety ściągają pranie z drewnianych
suszarek i plotkują. Uliczny grajek gra na harmonii Miasteczko Bełz i wodzi wzrokiem po oknach w nadziei, że ktoś sypnie mu groszem. Dzieci
grają w klasy - tak samo jak kiedyś i jak zawsze grać będą w przyszłości.
Zofia otwiera drzwi do mieszkania i wdycha kojący zapach książek ojca
oraz kwiatów matki na balkonie. Coś się jednak święci. W kuchni mama już
ubrana w fartuch miesza w stojącym na piecu garnku. W kącie na
deszczułce, która przykrywa emaliowaną miednicę, piętrzą się naczynia
oraz miski z warzywami. Krystyna z filuterną miną obiera groszek do
durszlaka.
- Co to jest? Co się stało?
- Pyta, co się stało - mówi mama. - A niby czemu coś się miało stać?
- Sabina - wypala Krystyna. Czternastoletnia siostra nie potrafi
dochować tajemnicy.
- Naprawdę? Lutek coś mówił?
- Dowiemy się od Sabiny - odpowiada mama. - Tak czy owak, oboje będą u nas na kolacji, więc niebawem też się dowiesz. I patrz, która już
godzina. Ani się obejrzymy, a zapadnie zmrok. Krysiu, ty nakryjesz do
stołu, tylko weź najlepszy obrus. A ty, Zosiu, zajdź do Judel, kup
butelkę dobrego wina i inne rzeczy. Zrobiłam ci listę.
Zofia bierze listę i idzie na targ. Sześć brzoskwiń i pęczek pietruszki.
Kobiety w długich spódnicach i z chustami na głowach stoją za koszami
bajgli i beczkami śledzi. Dziewczyna w eleganckiej sukience z wiskozy
siedzi przy kramie, na którym piętrzą się zwoje materiałów. Zofia z zamkniętymi oczyma mogłaby się zorientować, gdzie się znajduje, po samej
mieszance woni smażonej cebuli i cytryn, świeżego chleba i kapusty,
smolnych sosnowych desek prażących się w słońcu.
Mija nastolatków z dziewczęcymi lokami, ubranych w krótkie palta z gabardyny, którzy wysypują się z jesziwy; mija ludzi wbiegających po
stopniach kościoła z dwiema kwadratowymi wieżami, którzy spieszą przyjąć
wieczorną komunię. Potem do sklepu Sosnowiczów, który prowadzi matka jej
koleżanki ze szkoły. Goście siedzą przy stołach i jedzą jej słynną
kiełbasę z kapustą. Widząc Zofię, pani Sosnowiczowa woła ją na przód
kolejki i dorzuca jej do koszyka w prezencie dodatkową porcję wołowej
kiełbasy.
- Ponoć Sabina ma dobre wieści - rzuca szeptem i wraca do klientów.
W winiarni Horowiczów Judel z otwartymi ramionami wychodzi jej na
spotkanie aż do drzwi.
- Ślub w rodzinie - chwała Temu, którego Imienia nie wypowiemy. Na
wyjątkową okazję ludzie zawsze chcą czegoś wyjątkowego - i po wyjątkowej
cenie. - Judel pokazuje Zofii butelkę, którą już wybrała, i bierze w zamian kilka monet.
- Obym dożyła takiego szczęścia dla moich córek - dodaje z westchnieniem.
W piekarni Zofia kupuje warkocz słodkiej chałki. Rozgląda się po
zatłoczonym zakładzie, pełnym okrytych szalami kobiet, które przyniosły
gary z czulentem, by upiekł się przez noc w piecu chlebowym, i zastanawia się, co zobaczyliby jej koledzy ze studiów. W dzieciństwie,
kiedy dorastała, mówiąc po polsku i chodząc do polskiej szkoły, żydostwo
jawiło jej się jako coś w rodzaju rodzinnej osobliwości, jak na przykład
rude włosy albo ekscentryczna ciotka. Teraz jednak, kiedy tak trudno
znaleźć pracę, kiedy skrajna prawica zyskuje na znaczeniu, często ranią
i złoszczą ją pewne artykuły prasowe czy zdawkowe komentarze z ust
ludzi, których uważa za przyjaciół. Naprawdę sądzą, że prawie połowa
Warszawy powinna się spakować i wyjechać na Madagaskar czy gdzieś
indziej? Jej dom jest i zawsze będzie w Warszawie.
Gdy Zofia wraca do domu, na stole stoi już serwis na wyjątkowe okazje,
przygotowano też świece, które oświetlą szabasowy posiłek. Krystyna
włożyła najlepszą sukienkę.
- Pani Sosnowiczowa z delikatesów mówi, że Sabina jest zaręczona. -
Zofia uważnie wykłada owoce na talerz. - Mamo, dlaczego ona się
dowiedziała przede mną?
- Wie, to wie. Ludzie lubią wiedzieć. A Judel dobrze ci policzyła za
wino? Ach tak. Znalazła dla Sabiny coś dobrego.
- Wierzyć się nie chce. Sabina wychodzi za mąż.
- Cóż, Zosiu, w wieku dwudziestu trzech lat można już myśleć o zaręczynach. Albo nawet dwudziestu. - Mama robi znaczącą pauzę.
- Nie, mamo, nikogo nie ukrywam. Zresztą nawet gdybym ukrywała, i tak
Judel czy tam ktoś inny dowiedziałby się o tym przede mną. Poza tym,
mamo, nie zamierzam wyjść za mąż. Nie mam na to czasu.
Mama kiwa głową wyrozumiale.
Drzwi się otwierają i do środka wchodzą Sabina i Lutek. Zaraz za nimi
kroczy ojciec w długim palcie z karakułowym kołnierzem.
- Patrz, matko, kogo spotkałem na ulicy! - woła ojciec. - Wyglądają,
jakby przydał im się porządny posiłek, więc przyprowadziłem ich ze sobą.
Nie ugotowałaś czego przypadkiem?
Mama się śmieje i wskazuje kredens zastawiony zimnym mięsiwem, płatami
dorsza i piklami. Sabina wszystkich całuje. Przez ramię dopasowanej
garsonki przerzuciła lśniącego lisa. Odpina maleńki berecik z nieskazitelnej, polakierowanej fryzury.
Krystyna bierze do rąk etolę z lisa i gładzi z cichym westchnieniem.
- Ty to masz szczęście, Sabina, że możesz sobie kupować takie śliczne
ubrania, w dodatku ze zniżką.
- Jeśli się pracuje jako modelka w najlepszym domu mody, trzeba
wyglądać, jakby się właśnie wysiadło z pociągu prosto z Paryża - mówi
mama z dumą. W powszechnej opinii Sabina to rodzinna piękność. Ma
delikatną jasną cerę, ogromne ciemne oczy i jedwabiste czarne włosy.
Krystyna i Zofia to blondynki po matczynej stronie rodziny, a w dzieciństwie dokazywały razem hałaśliwie niczym dwa krzepkie
szczeniaczki. Tymczasem Sabina obserwowała ich harce szeroko otwartymi
oczyma w czystej sukience i z nienaruszoną wielką kokardą we włosach.
Mama odbiera etolę od Krystyny i odwiesza ją starannie w korytarzu.
- Jeśli chcesz, możesz ją sobie kiedyś pożyczyć - proponuje Sabina,
widząc posmutniałą minę Krystyny.
- Naprawdę? Jesteś taka kochana. Ale to chyba drogie?
Sabina wzrusza ramionami.
- Nie dbam o to.
- Skoro już wszystkie moje dziewczęta są na miejscu, możemy zapalić
świece - oznajmia mama głosem czułym i pełnym szczęścia.
Wszyscy zbierają się wokół niej, a ona odpala zapałkę i ostrożnie
przykłada płomień do każdego z knotów. Rękoma zatacza kółeczka nad
świecami, rozniecając zapach wosku i płomienia, a potem zakrywa oczy, by
się pomodlić. Kiedy je odsłania, widać w nich łzy.
- Moje dziewczęta - odzywa się. - Dorastają.
Gdy zapada zmrok, w oknach od podwórza zapalają się światła piątkowej
kolacji. Z zewnątrz napływa urywek pieśni śpiewanej głębokim męskim
głosem, do którego przyłączają się głosy dzieci. Szalom alejchem,
pokój z wami. Zofia także zaczyna nucić, a pozostali zgromadzeni przy
stole dołączają i wspólnie śpiewają kilka tradycyjnych wersów.
Nie są zbyt religijną rodziną, ale dla mamy piątkowy posiłek to
świętość. Gdy patrzy na swoje dziewczęta zgromadzone wokół niej, jej
twarz promienieje. Przenikliwy zapach licznych książek ustawionych
wzdłuż ścian i cytrynowa woń matczynych kwiatów na balkonie mieszają się
z drożdżowym aromatem chałki oraz głęboką nutą wina.
Czy to człowieka zmienia, kiedy jest się tak kochanym, kiedy się kocha?
- zastanawia się Zofia. Przygląda się twarzy siostry, szuka wskazówek i w świetle świec odkrywa w jej oczach żal. Sabina często wprawdzie bywa
nieśmiała i nieco nerwowa, ale tym razem chodzi o coś więcej. Zofia już
ma się pochylić i zapytać Sabinę szeptem, co się dzieje, ale Krystyna
koniecznie musi zadać pytanie.
- A jaką będziesz miała sukienkę, Sabino? Ależ będzie wspaniale, madame
Fournier pomoże ci wybrać coś z salonu. Wyobraź to sobie.
- Och. Cóż, bo widzicie... - Sabina urywa. Spuszcza głowę. Na jej
policzkach pojawiają się rumieńce.
Lutek ją obejmuje.
- Nie chcieliśmy dziś o tym mówić, ale... - odzywa się przyciszonym
głosem.
Sabina podnosi nieśmiałe oczy z wyrazem zaskoczenia i wstydu.
- Madame Fournier mnie zwolniła.
- Zwolniła cię, Sabinko? A niby czemu? Przecież nie mogła się ciebie
nachwalić. Jesteś jej najlepszą modelką.
- Wygląda na to, że moja aparycja nie pasuje jednak do Maison Française.
Mówili, że wyglądam jak Francuzka, ale teraz okazuje się, że jestem zbyt
żydowska.
- Toż to niedorzeczne - rzuca zapalczywie mama. - Co też oni opowiadają?
- Sabina i tak miała wkrótce odejść z pracy - zauważa Lutek. - Ojciec
będzie zachwycony, jeśli zacznie z nami pracować w biurze drukarni.
Sabina uśmiecha się do niego z wdzięcznością, ale przez cały wieczór na
jej twarzy maluje się łagodny smutek.
Po kolacji rodzina wyjmuje karty i zaczyna długą grę w bezika, a Zofia
wymyka się do mieszkania Róży po przeciwnej stronie ulicy.
- W końcu przyszłaś - mówi Róża i wyzwala Zofię z rąk swojej matki,
która wita wszystkich w przedpokoju, nadstawiając ucha na rodzinne
nowiny i radośnie błyskając licznymi pierścionkami z brylantami. Nigdy
ich nie zdejmuje, nawet gdy waży mięso w rodzinnej masarni.
- Wejdź. Chciałabym, żebyś kogoś poznała. Wyobraź sobie, że pracuje z twoim ulubionym wykładowcą, doktorem Korczakiem.
Zofia jęczy. Odkąd Róża się zaręczyła, zabrała się za szukanie idealnego
kandydata na męża również dla niej.
- Proszę cię, Różo, przestań już. Z poprzednim chłopakiem kazałaś mi
rozmawiać godzinami.
Obszerny salon wypełniają wystawne meble w stylu biedermeier, a w wolnych przestrzeniach między nimi tłoczą się zaproszeni przyjaciele.
Otwarte drzwi balkonowe wpuszczają ciepłe nocne powietrze. Z gramofonu
płynie tango Za rok, przebój tego lata.
- Oto i on - mówi Róża.
Przy oknie, górując wzrostem nad zgromadzonymi, stoi młody mężczyzna o wyjątkowo ujmującym uśmiechu. Zofia widzi kształtną głowę, lekko skośne
wschodnie oczy. I jaki wysoki. Doprawdy, pan Żyrafa, myśli sobie i ma
osobliwe wrażenie, że wszystko jest tak, jak być powinno.
Misza zbiera się do wyjścia, kiedy widzi, że Róża zmierza ku niemu przez
pokój. Za nią idzie dziewczyna w letniej sukience.
Odrywa się od framugi okna z zaskoczeniem. Blond włosy odsłaniające
szerokie czoło, te same pełne usta i opalona skóra kontrastująca z bielą
sukienki. To ona.
I na pewno się zastanawia, dlaczego on szczerzy się jak cymbał, gdy
podaje mu rękę.
- Róża mówiła, że pracujesz z Korczakiem - zagaja dziewczyna.
- Tak, to prawda. Studiuję i pomagam w sierocińcu. Owszem.
Plecie trzy po trzy, bo nie może się skupić, czując w dłoni jej miękki
dotyk. Ale ona patrzy na niego pytająco, otwarcie. Zasługuje na sensowną
rozmowę.
- Więc ty także szkolisz się na nauczycielkę? - Misza zdobywa się na
pytanie.
- Ojej. Róża ci mówiła czy aż tak to po mnie widać?
- Nie, nie. Widziałem cię wcześniej - na wykładzie Korczaka w gabinecie
rentgenowskim.
- Mały chłopiec i jego bijące serce! To było niezwykłe, prawda? Więcej
niż wykład, bo całkowita zmiana perspektywy. Ale gdybyś tam był, na
pewno bym cię zapamiętała.
Podoba mu się to.
- Nie miałabyś powodu mnie pamiętać. Nie rozmawialiśmy. A wykłady
odwołano tak nagle.
Zofia marszczy czoło.
- Okropne, prawda? Doktor musiał się bardzo zdenerwować.
- Tak, ale najbardziej zasmuciło go to, że utracił polski sierociniec,
który założył. Zarząd go zwolnił. Nie wolno mu już widywać dzieci,
którymi opiekował się przez lata. A to przecież połowa jego rodziny.
- Szokujące.
Oczy Zofii jaśnieją. Sięga mu ledwo do ramienia, ale on czuje, że jest
mu równa, pełna energii, emanuje siłą, z którą trzeba się liczyć.
Jednocześnie dziewczyna ma w sobie coś z tancerki - posturę, swobodę,
wdzięk i świadomość własnego ciała. I te oczy. Czy taki odcień błękitu,
przejrzysty i klarowny, ma swoją nazwę? Zofia mierzy go tymi oczyma.
- Zazdroszczę ci, że pracujesz u boku Korczaka i uczysz się jego metod
pracy z dziećmi z pierwszej ręki. Na pewno wspaniale jest z nim
współpracować.
- Szczerze powiem, że na początku można się w tym nieco pogubić.
- W jakim sensie?
- Wiesz, on nie naucza konkretnej metody. Uważa, że każde dziecko należy
poznać indywidualnie. A potem na tej podstawie domyślić się, czego ono
potrzebuje.
- Ale przecież wszystkie dzieci potrzebują jasnych zasad, prawda? I skąd
nauczyciel ma wiedzieć, czy postępuje słusznie? Dlaczego się uśmiechasz?
- Podoba mi się twój zapał. Naprawdę.
Zofia zżyma się lekko.
- Mówiłeś o Korczaku. Nie daje żadnych wskazówek?
- Na swój sposób daje. Co wieczór spotykamy się albo z nim, albo z panią
Stefą, naczelną wychowawczynią, i rozmawiamy o dzieciach. Poza tym co
tydzień wygłasza coś w rodzaju pogadanki dla wszystkich nauczycieli,
chociaż jeśli się nie jest przyzwyczajonym, można pomyśleć, że za bardzo
się rozwodzi, dowcipkuje.
- Dowcipkuje?
- Często kiedy zgrywa wariata, ma do przekazania najpoważniejsze sprawy.
Lubi zmuszać do myślenia. Wyznaje zasadę, że nie sposób dowiedzieć się
czegoś o dziecku, czytając książkę albo słuchając jakiegoś profesora.
Jeśli chodzi o opiekę, trzeba znaleźć własny sposób, poznając każde
dziecko z osobna. W placówce Korczaka na początku bywa trudno, ale
dzieci z jego Domu należą do najszczęśliwszych, jakie znam, nawet te
najtrudniejsze, które zabiera z ulicy.
- Czyli Korczak to znany pisarz, który nie każe swoim uczniom czytać
książek? A co myślisz o nowej książce Piageta?
- Jeszcze nie czytałem.
- Jeszcze nie czytał. Ależ musisz. Może ci pożyczę? Mieszkam niedaleko.
Mogę podskoczyć po nią później.
- Chętnie.
W którymś momencie muzyka cichnie. Podnoszą wzrok i uświadamiają sobie,
że pokój opustoszał, a oni nadal stoją tak blisko siebie jak wcześniej.
- Przejść się po tę książkę?
Idą ramię w ramię w świetle latarni, w milczeniu, jak dwoje ludzi,
którzy doszli do jakiegoś porozumienia. On czeka w bramie wiodącej na
jej podwórze, podczas gdy ona wbiega na górę. Pod jej nieobecność w nocnym powietrzu słychać owady. W ciemnej klatce schodowej miga jej
biała sukienka i dziewczyna już jest z powrotem, nieco zadyszana. Podaje
mu książkę. Jest nowa, pachnie farbą drukarską. Misza przejmuje ciężki
tom i przyciska do piersi. Ale nie, ona musi wziąć ją z powrotem i pokazać mu fragmenty, które on koniecznie powinien przeczytać.
Nie spieszy się jej. On spogląda na wąski paseczek jasnej skóry w jej
przedziałku, bezbronny i odsłonięty, i chciałby chronić ją przed
chłodnym powietrzem, przed całym światem. Latarnia oświetla delikatny
puszek na jej policzku. Czy gdyby przyłożył do niego wargi,
przypominałby w dotyku meszek brzoskwini na chłodnej skórce?
Ale przecież by ją obraził, ona ledwie go zna.
- Zastanawiam się - zagaja. - Może miałabyś ochotę ponownie się spotkać?
- Wstrzymuje oddech.
- Chętnie.
Misza czuje, że uśmiecha się promiennie. Nigdy wcześniej nie był taki
szczęśliwy.
- Może we wtorek? Powiedzmy o dziewiątej trzydzieści?
- Dobrze. Mogę we wtorek. - Ona też się uśmiecha.
Spotkają się we wtorek o dziewiątej trzydzieści na placu Zamkowym pod
kolumną Zygmunta. W miejscu spotkań zakochanych.
Rozdział 4
Warszawa, wrzesień 1937 roku
Misza siedzi przy biurku w niewielkim kantorku między sypialniami
chłopców i dziewczynek. Przez otwarte drzwi i okno może mieć na wszystko
oko. Lubi siedzieć przy świetle lampy w tym kokpicie, pilotując dzieci
przez spokojny sen. Zazwyczaj spędza godziny nocne na nauce, ale dzisiaj
słowa umykają mu z głowy.
Jutro rano na placu Zamkowym.
Wchodzi Korczak. Wciąż ma na sobie palto i kapelusz z szerokim rondem,
pachnie chłodnym powietrzem i dymem z pociągu oraz papierosami, które
uwielbia.
- Chciałem zobaczyć, czy się położyli. - Szelest papieru. Po drodze
wstąpił do tureckiej piekarni, by kupić swoje ulubione ciasteczka z rodzynkami. Częstuje nimi Miszę. Dwóch chłopców się podnosi i z zainteresowaniem patrzy na nich przez szybę. Korczak przywołuje ich
gestem i dzieli się z nimi zdobyczą, a potem odsyła do sypialni -
wyróżnionych i uszczęśliwionych ciastkami.
- Miał pan pogadankę z którąś z grup młodzieżowych? - pyta Misza.
- W żydowskiej świetlicy w niewielkim mieście Oświęcim. Bardzo wielu
młodych ludzi pragnie wyjechać wkrótce do Palestyny, ale to drażliwa
kwestia.
Doktor siada i zdejmuje kapelusz, ściąga muchę i poluzowuje kołnierzyk.
Przez chwilę mierzy Miszę kpiącym spojrzeniem.
- A ty, przyjacielu? Rozumiem, że jest bardzo piękna.
- Ktoś powiedział panu o Zofii?
Korczak śmieje się pod nosem.
- Drogi Miszo, twoją twarz da się czytać jak nagłówek w gazecie.
"Mężczyzna niebezpiecznie zakochany".
- To pańska wielbicielka, doktorze. Chce być nauczycielką.
- Jest też bardzo ładna.
Misza się rumieni.
- Tak, rozumiem. Moja diagnoza - przypadek beznadziejny.
- Niestety stadium zaawansowane. Ma pan dla mnie jakąś radę?
- Ja? Stary kawaler? Nigdy nie udzielam rad. Mogę ci tylko powiedzieć,
że piękne życie to zawsze życie trudne. Wszyscy musimy znaleźć własną
drogę. Odradzam kroczenie moją ścieżką. Ona była pisana tylko mnie.
Korczak wstaje i współczująco klepie Miszę po ramieniu.
Misza patrzy, jak zamykają się za nim drzwi. Doktor pójdzie teraz do
swojego niewielkiego pokoiku na strychu, obok aromatycznego składu z jabłkami. Wąskie łóżko przykryte wojskowym kocem, stare biurko po ojcu
pełne notatek do następnej książki. Okno wykuszowe wychodzące na
podwórze, gdzie rano powitają go jaskółki, gdy będzie im sypał okruszki.
Misza zaczął już myśleć, że pójdzie w ślady Korczaka i poświęci życie
dzieciom.
Teraz patrzy, jak stopniowo wstaje świt. W końcu przyszła pora zgasić
lampkę nocną. Nareszcie.
Misza przychodzi przed czasem. Siada u stóp kolumny Zygmunta i podpiera
się na łokciach. Warszawa nigdy nie wyglądała piękniej. Zamek Królewski
z czerwonej cegły, zwieńczony pokrytym patyną dachem, czyste, błękitne
niebo, potężny gmach kościoła św. Anny strzegący drogi do mostu. Misza
siedzi zwrócony przodem ku rozległemu Krakowskiemu Przedmieściu.
Przypuszcza, że ona przyjdzie stamtąd. Tramwaje i eleganckie austiny
okrążają plac, a konie i dorożki przecinają go niczym na paradzie.
Wyjmuje z kieszeni zegarek. Zofia spóźnia się troszkę, ale nie szkodzi.
Ojciec dał mu ten zegarek w dniu, gdy Misza wyjeżdżał z Pińska, by
pokonawszy prawie czterysta kilometrów z Polesia, podjąć ekscytujące
studia w Warszawie. Przesuwając między palcami dewizkę, Misza ma
wrażenie, że znów czuje zapach pińskich bagnisk. Pewnego dnia zabierze
tam Zofię, popłyną razem łódką po niekończących się jeziorach, w których
odbija się niebo, gdzie biało-czarne bociany wzbijają się do lotu z szuwarów, a kościelne wieże Pińska wznoszą się jak statki na morzu.
Ponownie otwiera zegarek. Zofia zdecydowanie się spóźnia. Na pewno ma
dobry powód, zaraz wbiegnie po schodach. Nie masz pojęcia, co się stało.
Co dwadzieścia minut zerka na zegarek, wypatruje Zofii wśród tłumów od
strony bulwarów, kilka razy się myli. Mija godzina, półtorej, a on wciąż
czeka. Chwila, gdy Zofia będzie szła do niego przez plac, odmieni jego
życie.
Kiedy warszawskie dzwony zaczynają wybijać jedenastą, podnosi się
otępiały. Nogi mu zdrętwiały od długotrwałego siedzenia. Mruga, by
przyzwyczaić się do tego niespodziewanego faktu. Nie ma jej. Naprawdę
nie przyjdzie.
Na pewno w Domu będzie wiadomość z wyjaśnieniem. Spieszy z powrotem na
Krochmalną.
Nie ma wiadomości.
W ciągu kolejnych kilku dni korci go, by do niej zadzwonić, ale
dżentelmen musi się pogodzić z milczącą odmową. Nie będzie się jej
naprzykrzał.
Mimo to codziennie pyta w stróżówce o wiadomość, aż w końcu Zalewski
mówi:
- Niech pan posłucha, panie Miszo, jeśli coś będzie, to pana powiadomię.
Poza tym widzę, jak wszystkie dziewczęta tutaj robią do pana maślane
oczy. Niechże się pan nad nimi zlituje i zaprosi którąś na randkę.
Ale dla niego istnieje tylko Zofia. Ten tydzień potwierdza diagnozę.
Zofia albo nikt.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki