Dobry doktor z Warszawy - Elizabeth Gifford

Kup ebooka

34.90 zł
29.39 zł (24,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

War­szawa, 17 stycz­nia 1945 roku

Dwie godziny przed świ­tem Misza stał na brzegu Wisły, patrząc przez zamar­z­niętą rzekę w kie­runku War­szawy. Trzy­mał foto­gra­fię Zofii - w sam raz wiel­ko­ści jego dłoni. Przed kil­koma laty wyciął ze zdję­cia jej syl­wetkę, żeby wyda­wała się praw­dziw­sza. Z dwiema dziur­kami na wyso­ko­ści ramion, pozo­sta­łymi po tym, jak przy­pi­nał ją nad łóż­kiem w roz­ma­itych kosza­rach, była dla niego tym, czym święta ikona dla wyznawcy. Poważne, zalęk­nione oczy Zofii spo­glą­dały na niego w przy­tłu­mio­nym świe­tle. Znał na pamięć całą foto­gra­fię: jasne włosy zacze­sane do tyłu, wyostrzone, piękne rysy. Minęły ponad dwa lata, odkąd ostatni raz trzy­mał w dło­niach cie­płą twarz Zofii, cało­wał jej usta albo wdy­chał lekki zapach mig­da­łów spo­wi­ja­jący jej skórę. W sma­ga­ją­cych go zim­nych, nie­ustę­pli­wych pory­wach wia­tru czuł fizyczny ból spo­wo­do­wany jej nie­obec­no­ścią. Pod­niósł koł­nierz i wsu­nął zdję­cie z powro­tem do płó­cien­nego port­fela. Zaczął zabi­jać ręce, żeby odzy­skać czu­cie.

- Masz, Misza, napij się.

Parę metrów dalej, na brzegu, widział syl­wetki rosyj­skich straż­ni­ków w gru­bych zimo­wych szy­ne­lach. Jedli z meta­lo­wych puszek, a gdy roz­ma­wiali i śmiali się gło­śno, w powie­trze wzbi­jały się kłęby pary. Jeden z nich podał mu butelkę. Misza pod­szedł i gol­nął łyk. Odgłosy strza­łów umil­kły, ale zza rzeki wciąż napły­wał swąd dymu. Rosja­nom dopi­sy­wały humory. Śmie­jąc się swo­bod­nie, zga­dy­wali, kto zatań­czy wie­czo­rem z grubą Iriną.

Puco­ło­wata Irina wypeł­niała mun­dur masyw­nym cia­łem oraz obfi­tym biu­stem. Uśmiech­nęła się do nich w gęst­nie­ją­cym mroku i nabrała na łyżkę duszo­nej fasoli.

- Nawet się nie faty­guj­cie, żeby mnie pro­sić - par­sk­nęła i zarzu­ciła płaszcz na ramię. - Na śnia­da­nie bym was zja­dła. Ale gdyby który się odwa­żył, to może Miszy bym nie odmó­wiła.

Popa­trzyła na niego z łap­czy­wym bły­skiem w oku. Misza przy­wykł do tego, że kobiety zacho­wy­wały się przy nim oso­bli­wie. Miał ciemne, bursz­ty­nowe oczy z zie­lo­nymi plam­kami, śliczne jak u dziew­czyny - przy­naj­mniej tak kie­dyś powie­działa mu Zofia. Był wysoki, miał sub­telne rysy, a pol­ski mun­dur i cha­rak­te­ry­styczne dla niego wyso­kie buty oraz bry­czesy nada­wały Miszy sta­ro­świecki, nie­mal ary­sto­kra­tyczny sznyt. Jed­no­cze­śnie bez­po­średni i wesoły Misza potra­fił zjed­nać sobie pra­wie wszyst­kich. Mimo że był Pola­kiem - a do tego Żydem - Rosja­nie łatwo uznali go za swo­jego.

Misza pochy­lił głowę, a Irina zanio­sła się grom­kim śmie­chem. Spo­ty­kać się z Iriną to jak igrać z ogniem. Krą­żyła plotka, że jej ostatni zalot­nik zgi­nął, i to nie od nie­miec­kiej kuli, ale pod­czas kłótni od strzału z pisto­letu zazdro­snej kobiety.

- Jeśli znaj­dzie­cie tam jesz­cze jakichś kole­gów Hitlera, pozdrów­cie ich ode mnie tym. - Irina ude­rzyła w kaburę z bro­nią.

Wszy­scy kle­pali Miszę po ple­cach wiel­ko­dusz­nie i ser­decz­nie. Wyzwo­li­ciele War­szawy.

Misza nale­żał do grupy zwia­dow­czej Pierw­szej Armii Woj­ska Pol­skiego pod sowiec­kim dowódz­twem, więc zawsze wyprze­dzał woj­sko prze­miesz­cza­jące się na wro­gim tery­to­rium. Szu­kał bez­piecz­nych tras dla czoł­gów, z napię­ciem wypa­tru­jąc nie­miec­kich maru­de­rów. Dzi­siaj jego nie­wielka jed­nostka jako pierw­sza wkro­czy do War­szawy. Ponad dwa lata od chwili, kiedy ostat­nio był w mie­ście.

Na skraju ośnie­żo­nej rzeki cze­kały w sze­regu cztery jeepy. Spo­mię­dzy rzed­ną­cych chmur wyglą­dały czerń i frag­ment opa­li­zu­ją­cego księ­życa. Fra­nek, kie­rowca i samo­zwań­czy prze­wod­nik oraz doradca Miszy, sie­dział za kie­row­nicą pierw­szego samo­chodu. Klapki bara­niej uszanki miał opusz­czone na uszy.

- Pospiesz się, chło­pie, bo zamar­z­niemy na śmierć! - ryk­nął. - Chcemy prze­pra­wić się przez rzekę, nim zrobi się jasno.

War­szawę wciąż spo­wi­jała noc, ale za ich ple­cami jaśniała już bla­do­czer­wona smuga świa­tła. Zgod­nie z roz­ka­zem mieli nadać przez radio komu­ni­kat o sytu­acji, zanim pol­ska pie­chota zacznie o świ­cie for­so­wać rzekę.

Misza wgra­mo­lił się obok Franka i zatrza­snął drzwi, ale zimny wiatr i tak wdzie­rał się przez szpary, a jeep aż się trząsł od podmu­chów. Misza wyjął pisto­let z kabury. Rzeka przed nimi lśniła bielą niczym długa, kręta wstęga śniegu, znacz­nie jaśniej­sza niż wyściółka z chmur nad ich gło­wami.

Powie­trze wydy­chane przez Franka wzbi­jało się kłę­bami pary. Męż­czy­zna gwał­tow­nie pole­ciał naprzód, gdy koła grzmot­nęły o pokrytą śnie­giem taflę lodu na rzece. Misza poczuł ner­wowe naprę­że­nie mię­śni, ale gruby, kil­ku­ty­go­dniowy lód wytrzy­mał. Cztery czarne pojazdy śli­zgały się i pod­ska­ki­wały na wybo­istej powierzchni, jadąc pomału, bez świa­teł, z cicho pra­cu­ją­cymi sil­ni­kami. Kon­tury spa­lo­nych woj­sko­wych cię­ża­ró­wek, zamar­z­nię­tych tru­cheł koni oraz innych pozo­sta­ło­ści zła­god­niały w śniegu i w wid­mo­wym świe­tle rzu­cały dłu­gie cie­nie. Na prawo od nich znisz­czone filary mostu Ponia­tow­skiego wyła­niały się z lodu niczym pijane postaci.

- Wie­rzyć się nie chce - rzekł Misza. - Oto my jako pierwsi wyzwa­lamy War­szawę. Wra­camy do domu.

- Wyzwa­lamy na ruską modłę? Sie­dzimy przez pół roku na prze­ciw­le­głym brzegu rzeki i opo­wia­damy, że cze­kamy na posiłki, aż Wehr­macht zmie­cie pol­ski ruch oporu. A potem, gdy Niemcy się zwiną, wkra­czamy do mia­sta, otwie­ra­jąc wolne pole do radziec­kiej oku­pa­cji.

- Bra­cia się nie odzy­wali?

Fra­nek pokrę­cił głową.

- Przy­kro mi, Fra­nek - powie­dział Misza.

Kie­rowca usły­szał od wywia­dow­ców, że jeden z jego braci poległ pod­czas powsta­nia war­szaw­skiego. Drugi ponoć zgi­nął w samo­wol­nej akcji pol­skich żoł­nie­rzy, któ­rzy kilka tygo­dni po przy­by­ciu nad Wisłę pró­bo­wali sfor­so­wać rzekę i udzie­lić pomocy oblę­żo­nej War­sza­wie. Zostali odparci i ponie­śli ogromne straty. Pod lodem kryły się setki ciał żoł­nie­rzy Pierw­szej Armii Woj­ska Pol­skiego. Wście­kli Rosja­nie odpra­wili pol­skiego gene­rała i zastą­pili go kimś bar­dziej posłusz­nym.

Jeep z łomo­tem wpadł w głę­boką kole­inę w lodzie i Misza wolną ręką zła­pał się deski roz­dziel­czej. Ciemne pojazdy za nimi przy­ha­mo­wały. Fra­nek zakrę­cił kie­row­nicą, odzy­skał pano­wa­nie nad samo­cho­dem i ostroż­nie obje­chał wybo­isty odci­nek. Misza obej­rzał się za sie­bie. Pozo­stali jechali ich śla­dem. Odkleił dłoń od zim­nego metalu i potarł prze­mar­z­nięte policzki. Odsło­nięta skóra pierz­chła. Misza nad­sta­wiał uszu na wystrzał z dru­giego brzegu.

Poko­nali już ponad połowę trasy po lodzie. Gdy Misza przez wiele lat prze­kra­czał Wisłę, wra­ca­jąc do domu w War­sza­wie, wydłu­żona syl­wetka mia­sta roz­cią­ga­jąca się mię­dzy nie­bem a roz­le­głą rzeką, z ele­ganc­kimi wie­życz­kami, wie­żami kościo­łów i masyw­nym gma­chem zamku, wyda­wała mu się oczy­wi­stym ele­men­tem pej­zażu.

To wszystko znik­nęło. Usta­wiw­szy lor­netkę na zbli­ża­jący się brzeg oraz usy­tu­owany po pra­wej przy­czó­łek, prze­cze­sy­wał teraz wzro­kiem pustą prze­strzeń z widocz­nymi w bla­dym świe­tle wyszczer­bio­nymi kiku­tami. Ku brud­nemu niebu wzno­sił się powoli dym. Misza prze­su­nął lor­netkę w stronę czoła strza­ska­nego mostu.

- Fra­nek, stój! Stój! Tam widzę war­tow­nika.

Fra­nek zaha­mo­wał ostro. Misza usły­szał, jak jadący za nimi jeep zatrzy­muje się z chrzę­stem opon.

Misza podał Fran­kowi lor­netkę i poka­zał nie­miecką czer­wono-białą budkę war­tow­ni­czą maja­czącą na brzegu.

- Jeśli wystrzeli, nie ma się gdzie scho­wać.

- Nie rusza się. Pew­nie nas nie zauwa­żył. - Fra­nek otwo­rzył klapę okienną, odbez­pie­czył broń, wymie­rzył i strze­lił. Odgłos strzału roz­niósł się po rów­ni­nie.

- Psia­krew. Chy­bi­łem. - Fra­nek prze­ła­do­wał pospiesz­nie, cze­ka­jąc, aż war­tow­nik odpo­wie ogniem. Szybko strze­lił jesz­cze raz. Straż­nik drgnął, z miej­sca, gdzie tra­fił pocisk, bry­znęła tkanka, ale męż­czy­zna na­dal sztywno opie­rał się o drew­nianą skrzynkę.

Misza ponow­nie pod­niósł lor­netkę do oczu.

- Ma śnieg na ramio­nach.

- Boże drogi, zamarzł na sta­no­wi­sku.

Fra­nek ostroż­nie pod­je­chał do brzegu i zatrzy­mał się przy war­towni. Na nie­bie wzbie­rała jasność, a śnieg odbi­jał nie­sa­mo­wite świa­tło na posza­rzałą twarz zmar­łego. Jego hełm oraz weł­niany płaszcz pokry­wał szron. W budce drugi żan­darm z kara­bi­nem prze­wie­szo­nym z przodu opie­rał się o ścianę jak prze­wró­cony krę­giel.

- War­szawy strzegą nie­bosz­czyki - stwier­dził Fra­nek.

Nie­wielka kolumna jeepów jechała dalej po nasy­pie wzdłuż roz­trza­ska­nego filaru. Na górze Fra­nek zga­sił sil­nik.

Przed nimi w zim­nym świe­tle roz­cią­gał się kra­jo­braz, któ­rego nie spo­sób opi­sać sło­wami. Jak okiem się­gnąć pod sinym nie­bem cią­gnęły się kilo­me­try ośnie­żo­nych ruin i gruzu. Ani jeden budy­nek nie ostał się bez szwanku. Kominy ster­czały jak poła­mane drzewa. Tu i ówdzie na tle błysz­czą­cego śniegu czer­niły się postrzę­pione resztki murów z wyrwami w miej­scu okien. Nasłu­chi­wali z napię­ciem trza­sku broni obser­wu­ją­cego ich samot­nego strzelca, ale nic takiego nie nastą­piło. Pano­wała głę­boka cisza. Nawet powie­trze zda­wało się zasty­głe i zamarłe.

- Któ­rędy? - zapy­tał Fra­nek.

Misza pokrę­cił głową.

- Przed nami jest to, co zostało z Alei Jero­zo­lim­skich.

Ruszyli pomału wąskim szla­kiem mię­dzy zwa­łami cegieł i gruzu. Jedno z kół szarp­nęło na rumo­wi­sku. Oka­załe sklepy i biura dziel­nicy han­dlo­wej znik­nęły, a ich miej­sce zajęły zglisz­cza i lawiny cegieł i pyłu. Gru­zo­wi­sko roz­ja­śniały zaspy śniegu, poczer­niałe szczątki murów ster­czały wśród nich jak mogiły na zimo­wym cmen­ta­rzu. Ni­gdzie żywego ducha. Jakby tysiąc lat minęło, odkąd wśród czer­wo­nych tram­wa­jów i lśnią­cych samo­cho­dów aleję prze­mie­rzała ele­gancka klien­tela skle­pów oraz przed­się­biorcy.

Na rogu Alei Jero­zo­lim­skich przy­sta­nęli i spoj­rzeli w głąb głów­nej arte­rii. Ulica Mar­szał­kow­ska pre­zen­to­wała rów­nie nie­koń­czącą się per­spek­tywę budyn­ków roz­trza­ska­nych w sterty gruzu. Resztki zabu­do­wań były czarne i uszko­dzone przez ogień. Fra­nek znów wyłą­czył sil­nik auta. Misza stę­żał, lecz nie padł żaden strzał. Snaj­pe­rzy nie cza­ili się w ukry­ciu. W nie­sa­mo­wi­tej ciszy męż­czy­zna czuł, że cierp­nie mu skóra na ple­cach. W powie­trzu wez­brał ata­wi­styczny lęk. W przed­świ­cie zimo­wego poranka nad mia­stem wisiało widmo. Jedy­nie zmarli powinni prze­by­wać w zaświa­tach.

- Ktoś tu musi prze­cież być - ode­zwał się Misza. Jego słowa zabrzmiały jak bła­ga­nie. Koce i medy­ka­menty, które wieźli na pace dla cywi­lów, zaczy­nały zakra­wać na ponury żart.

Chwila napię­cia, gdy samo­chód nie odpa­lił na mro­zie. Fra­nek dwa lub trzy razy pocią­gnął dźwi­gnię ssa­nia i sil­nik zawył i zazgrzy­tał.

- Nie za mocno, bo go zale­jesz - ostrzegł Misza. Sam się zdzi­wił, jak nie­spo­koj­nie brzmi ton jego głosu. Sil­nik naresz­cie zasko­czył i ruszyli przed sie­bie po wybo­istej ulicy Mar­szał­kow­skiej.

Tra­fili na odci­nek oczysz­czony z gruzu, gdzie kamie­nice doznały mniej­szych znisz­czeń. W oddali widzieli pra­wie nie­na­ru­szone zabu­do­wa­nia. Dobiegł ich cha­rak­te­ry­styczny war­kot odjeż­dża­ją­cej cię­ża­rówki.

- W tych budyn­kach przed nami Niemcy pew­nie mają koszary - stwier­dził Fra­nek.

- Chyba się wyco­fują. Lepiej dalej idźmy pie­szo.

Misza ostroż­nie otwo­rzył drzwi jeepa i wysiadł na prze­ni­kliwy ziąb, dając znak Fran­kowi oraz trzem innym żoł­nie­rzom, by poszli w jego ślady. Prze­śli­zgnęli się sku­leni wzdłuż ściany budynku miesz­kal­nego i prze­mknęli kolejno przez skrzy­żo­wa­nie. Kiedy ostatni dobiegł na drugą stronę, roz­legł się świst kuli, a męż­czy­zna zgiął się wpół. Kuś­ty­kał dalej, trzy­ma­jąc się za udo, na któ­rym rosła ciemna plama. Misza prze­biegł wzro­kiem prze­ciw­le­gły dom. Snaj­per na dachu. Kolejna wymiana ognia i strze­lec spadł. Z ulicy przed nimi dobie­gły ich krzyki Niem­ców i ryk odjeż­dża­ją­cej cię­ża­rówki. War­kot sil­nika odda­lił się i znów zapa­no­wała cisza.

- Inte­re­suje ich tylko odwrót - stwier­dził Fra­nek.

Gdy Misza łączył się przez radio z kwa­terą główną, pozo­stali gasili pra­gnie­nie, a ranny został opa­trzony.

- Pie­chota pokona rzekę za dwie godziny - rzu­cił Misza do cze­ka­ją­cych. - Mamy kon­ty­nu­ować pełne roze­zna­nie, ale nie podej­mo­wać walki, chyba że nie uda się tego unik­nąć. Podzie­limy się na dwie grupy.

Nie było spo­sobu, by spraw­dzić, czy wyco­fu­jący się żoł­nie­rze zami­no­wali roz­cią­ga­jące się przed nimi ulice, mimo to Misza, Fra­nek i dwóch radio­te­le­gra­fi­stów ruszyli na pół­noc. Czer­wo­nawy świt roz­le­wał się na skraju bia­łego nieba jak krew prze­sią­ka­jąca opa­tru­nek, uka­zu­jąc coraz wyraź­niej szcze­góły zde­wa­sto­wa­nego kra­jo­brazu: zagon drew­nia­nych krzyży posta­wio­nych wśród ruin kościoła bez dachu, żela­zną ramę łóżka wyła­nia­jącą się spod śniegu, prze­wró­cony dzie­cięcy wózek.

Szli dalej Sena­tor­ską w stronę placu Teatral­nego, licząc, że zoba­czą War­szawę, jaką znali. Ale ota­czały ich tylko gruzy. Opera znik­nęła, po ratu­szu nie został nawet ślad. Mio­dowa, plac Zam­kowy - kolejne ruiny. Kolumna Zyg­munta roz­bita na kawałki, a król, sym­bo­liczny obrońca War­szawy, leżał z twa­rzą w bło­cie i śniegu. Rynek Sta­rego Mia­sta zamie­nił się w zglisz­cza. W mato­wym świe­tle kikuty budyn­ków ster­czały jak nagrobki.

Skie­ro­wali się Długą na zachód, mija­jąc spu­sto­szony Ogród Kra­siń­skich. Nie ucho­wało się ani jedno drzewo. Kiedy zbli­żali się do terenu wygro­dzo­nego na getto, serce Miszy zabiło szyb­ciej. Nie­spo­dzie­wa­nie ciąg uszko­dzo­nych przez bomby kamie­nic się urwał. Mur getta znik­nął, podob­nie jak zabu­do­wa­nia, które nie­gdyś opa­sy­wał. Onie­miały Misza wysiadł z auta. Przed nim cią­gnęły się kilo­me­try pustej prze­strzeni, pła­ski obszar pokryty śnie­giem i szro­nem. Roze­brano wszystko do ostat­niej cegły i deski, a teren zrów­nano. Po get­cie nie zostało nic oprócz kościoła, który kil­ka­set metrów dalej wyła­niał się samot­nie z morza bieli i mrozu. Trzy lata temu Misza miesz­kał tu wraz z pół milio­nem innych Żydów, tło­cząc się w nie­usta­ją­cym zgiełku tak wielu gło­sów. Teraz sły­szał jedy­nie wiatr hula­jący bez prze­szkód po pła­skim tere­nie. Misza wyszedł nieco naprzód. Sta­nął samot­nie w świe­tli­stej pustce, czu­jąc, jak ziąb prze­nika jego buty i ręka­wice. Na śniegu widać było tylko jego ślady.

Wró­cił do samo­chodu, prze­mar­z­nięty do szpiku kości.

- Myślisz, że zdą­żymy pod­je­chać na Kroch­malną? - zapy­tał kie­rowcę, gdy wsiadł do auta. - Jeśli nie chcesz ryzy­ko­wać...

Fra­nek ski­nął głową i jeep ruszył. Nie­gdy­siej­sza ulica Leszno przy­po­mi­nała teraz upiorny szlak wio­dący przez pust­ko­wie.

Wjazd na Kroch­malną blo­ko­wały masywne odłamy znisz­czo­nych murów. Misza wysiadł z jeepa i zaczął wdra­py­wać się po gru­zach w kie­runku miej­sca, gdzie led­wie trzy lata temu miesz­kał i pra­co­wał jako nauczy­ciel. Jakimś cudem przy Kroch­mal­nej ostało się kilka budyn­ków. A oto i on. Sie­ro­ci­niec. Na­dal tam stał. Sypial­nie stra­ciły w wybu­chu okna, dach runął, na ele­wa­cji od frontu widać było ślady szrap­nela, ale gmach oca­lał. Pano­wała cisza, a Misza poczuł ucisk w sercu. Nie sły­chać było pokrzy­ki­wań ani śmie­chu dzieci bawią­cych się na podwórku przed domem.

Dobiegł go chrzęst czy­ichś kro­ków na gru­zach. Fra­nek sta­nął przy nim i pod­niósł wzrok na oka­le­czony gmach.

- Ponoć dok­to­rowi Kor­cza­kowi i dzie­ciom udało się uciec. Podobno miesz­kają gdzieś na Wscho­dzie.

- Tak - powie­dział Misza. - Też tak sły­sza­łem.

Wpa­try­wał się w puste fra­mugi okienne. Z bólem w piersi wró­cił myślami do chwili, gdy ostatni raz widział dok­tora i dzieci oraz Dom przy Sien­nej w obrę­bie murów getta. Cały dzień spę­dził w pracy poza gra­ni­cami dziel­nicy - na roz­kaz Niem­ców sprzą­tał roz­bite szkło w kosza­rach na Pra­dze pod okiem znu­dzo­nego straż­nika nie­dbale trzy­ma­ją­cego kara­bin.

Kiedy tam­tego dnia póź­nym popo­łu­dniem wró­cił do sie­ro­cińca, dzieci już nie było. Na sto­łach stały kubki z nie­do­pi­tym zim­nym mle­kiem i leżał nie­do­je­dzony chleb, krze­sła były pood­su­wane albo poprzew­ra­cane. Sza­brow­nicy prze­trzą­snęli już budy­nek - poroz­ry­wali poduszki i wyrzu­cili oso­bi­ste pamiątki dzieci z sza­fek w nie­wiel­kiej sali balo­wej w gma­chu Towa­rzy­stwa Wza­jem­nej Pomocy Pra­cow­ni­ków Han­dlo­wych i Prze­my­sło­wych, który przez ostat­nie pół­tora roku peł­nił funk­cję zatło­czo­nej sypialni, sali lek­cyj­nej i jadalni dla dwu­stu dzieci.

Przed wojną cha­dzał z Zofią przez War­szawę w stronę placu Grzy­bow­skiego, roz­śmie­sza­jąc ją opo­wie­ściami o wycho­wan­kach Domu, dzie­ciach nie­sfor­nych, mądrych, peł­nych życia.

Teraz łzy pły­nęły mu ciur­kiem po twa­rzy, bo je zabrali, bo nie było go przy nich i nie mógł ich ura­to­wać. Stał w zim­nym wie­trze dącym wśród zwa­łów cegieł ulicy Kroch­mal­nej. Ból wytra­wił jego twarz niczym woda mor­ska dry­fu­jący kawa­łek drewna, odarł ją do kości.

Roz­dział 2

War­szawa, maj 1937 roku

Kor­czak wciąż nie może odża­ło­wać swo­jej audy­cji radio­wej. W całej Pol­sce miliony ludzi co tydzień włą­czały radio­od­bior­niki, by posłu­chać, jak mówi o zro­zu­mie­niu i sza­cunku wobec dzieci. Obec­nie wygląda jed­nak na to, że Żyd nie może się wypo­wia­dać na ante­nie pol­skiego radia. Umowę zerwano. Kimże jest, jeśli nie Pola­kiem? Myśli i marzy po pol­sku, a ulice War­szawy zna jak wła­sną kie­szeń. Zaiste, tru­ci­zna nazi­stow­skiego obłędu roz­prze­strze­nia się po Euro­pie.

Przy­naj­mniej na­dal wolno mu pro­wa­dzić wykłady. Dzięki nim może wpły­nąć na nowe poko­le­nie nauczy­cieli, któ­rzy pew­nego dnia będą się opie­ko­wać pol­skimi dziećmi.

Kor­czak ma na sobie twe­edowy gar­ni­tur z zegar­kiem w kie­szeni kami­zelki oraz muszkę. Zwal­nia, żeby chłop­czyk, który mu towa­rzy­szy, mógł dotrzy­mać mu kroku przy wcho­dze­niu po scho­dach. Gład­kie powierzch­nie szpi­talne odbi­jają echem kroki oraz odle­gły odgłos zamy­ka­nych drzwi.

- Dzień dobry, panie dok­to­rze - rzuca prze­cho­dząca obok nich pie­lę­gniarka, zer­ka­jąc na chu­dego urwisa, który trzyma Kor­czaka za rękę. Widać, że ma ochotę zapy­tać, co on tu dziś robi - odszedł prze­cież lata temu, żeby zająć się domem peł­nym sie­rot. Ojciec-kawa­ler, który ma pod opieką setkę dzie­ciarni.

Przed drzwiami gabi­netu rent­ge­now­skiego Kor­czak przy­klęka, by pomó­wić z Szy­mon­kiem.

- Wej­dziemy do środka, będzie tam dużo ludzi, a wtedy popro­szę cię, żebyś sta­nął za taką spe­cjalną maszyną. Gotów?

Szy­mo­nek kiwa głową. Jego wiel­kie oczy spo­glą­dają z powagą.

- Bo dzięki temu doro­śli lepiej zro­zu­mieją dzieci.

- Masz mnó­stwo odwagi, przy­ja­cielu.

Kor­czak wstaje i otwiera drzwi. Na­dal jest roz­gnie­wany i wstrzą­śnięty, bo wczo­raj się dowie­dział, że jedna z jego nauczy­cie­lek z sie­ro­cińca na Kroch­mal­nej zacią­gnęła chłopca na dół do piw­nicy i zosta­wiła go tam po ciemku.

- A co mia­łam robić, panie dok­to­rze? - zapy­tała nauczy­cielka, być może licząc na zro­zu­mie­nie. - Jaku­bek mnie nie słu­chał. Tak się zde­ner­wo­wa­łam, że aż się na niego zamach­nę­łam, ale on tylko krzyk­nął: "Uderz mnie, a pan dok­tor każe cię wyrzu­cić". Nie jestem z tego dumna, ale krew mnie zalała i zacią­gnę­łam go do piw­nicy. Potem sie­dział już cicho.

- Zosta­wiła pani dziecko samo w ciem­no­ściach? - Kor­czak przy­mknął oczy i ści­szył głos nie­mal do szeptu. - A skąd pani wie, czy nie cier­piał i dla­tego źle się zacho­wy­wał? Pani jest doro­sła. Miała pani szansę dowie­dzieć się, o co cho­dziło, i pouczyć go, że nie musi wyła­do­wy­wać zło­ści na innych. Ale nie, co pani posta­no­wiła zro­bić? Do piw­nicy, w ciem­ność!

Kor­czak musiał wów­czas odda­lić się w pośpie­chu, bo był bli­ski łez.

Kilka dni póź­niej dowie­dział się, dla­czego Jaku­bek spra­wiał pro­blemy. W sobotę poszedł odwie­dzić uko­chaną bab­cię i oka­zało się, że bab­cia zmarła.

Pomiesz­cze­nie wypeł­niają roz­ga­dani stu­denci. Wszy­scy są zdzi­wieni, że kazano im opu­ścić dotych­cza­sową salę wykła­dową w Insty­tu­cie Peda­go­giki i przejść do szpi­tal­nego labo­ra­to­rium. Kiedy dok­tor Kor­czak wcho­dzi do środka, zapada pełne wycze­ki­wa­nia mil­cze­nie. Na wykła­dach Kor­czaka nikt nie drze­mie.

On jed­nak całą uwagę sku­pia na dziecku. Roz­ma­wia z Szy­mon­kiem przy­ci­szo­nym gło­sem, pro­wa­dząc go za kwa­dra­tową szybę. Okna są zasło­nięte, a chuda klatka pier­siowa chłop­czyka jaśnieje w przy­ćmio­nym świe­tle. Szy­mo­nek nie spusz­cza oczu z dok­tora, który roz­po­czyna wykład.

- Spę­dza­cie więc z dziećmi calutki dzień. Rozu­miem. Nie­kiedy nie jest łatwo. W nie­które dni czu­je­cie się wyczer­pani. Nie dacie rady wię­cej wytrzy­mać. Macie ochotę je skrzy­czeć, może nawet czu­je­cie pokusę, by pod­nieść na nie rękę.

Dok­tor Kor­czak włą­cza znaj­du­jącą się za dziec­kiem lampę rent­ge­now­ską. Szklany ekran roz­ja­śnia nie­ziem­ska poświata uka­zu­jąca por­tret nakre­ślony ciemną kre­ską - żebra małego dziecka. W środku widać zarys serca, które bije szybko i pod­ska­kuje jak prze­stra­szony pta­szek.

- Popa­trz­cie uważ­nie. Tak zacho­wuje się serce dziecka, kiedy się na nie krzy­czy albo pod­nosi rękę. Tak reaguje serce, kiedy dziecko się boi. Przyj­rzyj­cie się uważ­nie i zapa­mię­taj­cie.

Kor­czak gasi lampę, otula chłopca mary­narką i bie­rze go na ręce.

- To wszystko.

Kor­czak wycho­dzi z dziec­kiem, a osłu­piała sala wybu­cha nagle gwa­rem gło­sów.

Naj­wyż­szy spo­śród zgro­ma­dzo­nych, chło­pak o smu­kłej, wyspor­to­wa­nej syl­wetce i z rzed­ną­cymi wło­sami nad sze­ro­kim, rozum­nym czo­łem, pakuje zeszyty w pośpie­chu. Misza myśli sobie, że wie­czo­rem napi­sze list do ojca i wytłu­ma­czy mu, dla­czego nie będzie szu­kać pracy jako inży­nier, mimo że zdo­był tytuł. Zamiast tego podej­mie wie­czo­rowe stu­dia nauczy­ciel­skie i na­dal będzie pra­co­wać w sie­ro­cińcu Kor­czaka jako led­wie opła­cany bur­si­sta. Ojciec się wściek­nie. Sam jest nauczy­cie­lem, więc wie, że na edu­ka­cji nie spo­sób się doro­bić, trudno nawet zna­leźć pracę. Odpo­wie­dzial­no­ścią za tę kata­strofę obar­czy Kor­czaka, i słusz­nie.

Jeśli kto chce zmie­nić świat, musi zmie­nić metody wycho­waw­cze.

Kiedy Misza prze­cho­dzi przez salę, z płó­cien­nej torby wypada mu pióro. Przy­klęka po nie, a pod­no­sząc oczy, dostrzega dziew­czynę, która wciąż sie­dzi na krze­śle i zato­piona w myślach roz­waża wykład. Widzi zacze­sane do tyłu blond włosy, owalną twarz, jasne, błę­kitne oczy, wydatne usta i białą bluzkę z zaokrą­glo­nym koł­nie­rzy­kiem. Ot, zwy­kła dziew­czyna.

Ale on nie może ruszyć się z miej­sca ani odwró­cić wzroku. W głębi piersi Miszy roz­brzmiewa cha­rak­te­ry­styczny brzęk kamer­tonu, nie­od­party, czy­sty dźwięk, do któ­rego będą się odtąd stroić wszyst­kie inne. Ta dziew­czyna. Ogrom­nie chciałby z nią poroz­ma­wiać, usiąść przy niej, wziąć ją za rękę.

Ale co też cho­dzi mu po gło­wie? Nie­ba­wem zaczyna dyżur w Domu. Poza tym trzeba spoj­rzeć praw­dzie w oczy: jesz­cze bar­dzo długo będzie za biedny na miłość. Powi­nien być silny. Musi napi­sać ten list.

Zarzuca torbę na ramię i wycho­dzi.

Ale dziew­czyna nie daje mu spo­koju. W ciągu kolej­nych kilku dni Misza wraca myślami do tej chwili, gdy spo­glą­dał na jasną, otwartą twarz i czuł prze­możną chęć, by poroz­ma­wiać z nie­zna­jomą.

Posta­na­wia więc, że zrobi to na następ­nym wykła­dzie. Znaj­dzie jakiś spo­sób, by zamie­nić z nią słowo.

Ota­cza ją jed­nak wia­nu­szek przy­ja­ciół. Chło­pak w gar­ni­tu­rze w prą­żek i z napo­ma­do­wa­nymi wło­sami woła:

- Zosia!

A więc tak się nazywa. Misza chwyta jej imię niczym skarb.

Obser­wuje przy­mi­la­ją­cego się chło­paka, zauważa, jak ten śmieje się spe­szony czymś, co powie­działa. Czy ona uśmie­cha się do niego, bo też go lubi? Czy po pro­stu z grzecz­no­ści? Misza czuje, że ser­decz­nie typka nie znosi.

Następ­nym razem. Podej­dzie do niej i zagai roz­mowę. Z Zosią.

Następ­nego razu jed­nak nie ma. Wykłady Kor­czaka odwo­łano. Powodu nie podano, ale wszy­scy go znają. Tylko praw­dzi­wym Pola­kom można powie­rzać kształ­ce­nie pol­skich umy­słów.

Misza nie ma już po co cho­dzić na uni­wer­sy­tet. Uczy się w szkole wie­czo­ro­wej, by zdo­być upraw­nie­nia nauczy­ciela. Przy­szedł na wykład w insty­tu­cie tylko dla­tego, że Kor­czak go zapro­sił.

Tak będzie lepiej, prze­ko­nuje sam sie­bie. Toż to nie­do­rzeczne - zako­chać się w nie­zna­jo­mej. I z całą pew­no­ścią nie pozwoli sobie na to, by wró­cić do insty­tutu i ster­czeć pod bramą, na wypa­dek gdyby aku­rat się stam­tąd wyło­niła.

Czeka, aż zauro­cze­nie znik­nie - jak u dziecka zdarte kolano, które z cza­sem samo się goi. Ona jed­nak ata­kuje go znie­nacka, gdy w chłodny wie­czór Misza prze­cho­dzi przez Ogród Saski. Ata­kuje, gdy on stoi przy oknie i spo­gląda na podwórko, gdzie jeden z chłop­ców gra na har­mo­nijce Mia­steczko Bełz. Obraz jej twa­rzy powraca do niego niczym tęsk­nota za domem.

Misza liczy, że gdzieś na nią wpad­nie. Ma wra­że­nie, jakby było im to pisane, więc się wyda­rzy. Mie­siące jed­nak mijają, lato przy­cho­dzi i prze­mija. W powie­trzu czuć nie­ocze­ki­wany ziąb.

Już pra­wie jesień, a on wciąż jej nie zoba­czył.

Roz­dział 3

War­szawa, wrze­sień 1937 roku

Zofia odbiera legi­ty­ma­cję od uni­wer­sy­tec­kiego pra­cow­nika. Nad jej foto­gra­fią wid­nieje pro­sto­kątna pie­czątka.

- Co to jest?

Urzęd­nik wzru­sza ramio­nami.

- W tym seme­strze Żydzi sie­dzą tylko w wyzna­czo­nych ław­kach. Na kory­ta­rzu wisi infor­ma­cja.

Stu­denci, tło­cząc się wokół gabloty, czy­tają ogło­sze­nia. Sto­jąca wśród nich Róża marsz­czy nos z nie­sma­kiem. Odwraca się, kiedy pod­cho­dzi do niej Zofia.

- Rzecz jasna będą twier­dzić, że to dla naszego bez­pie­czeń­stwa - aby zapo­biec takim sytu­acjom jak ta z tym bied­nym medy­kiem, któ­remu w zeszłym seme­strze poka­le­czyli twarz.

Róża bie­rze Zofię pod ramię i idą na wykład.

- Nie poznaję już Pol­ski. Samo dosta­nie się tutaj było trudne, a teraz jesz­cze to. Cza­sem sobie myślę, że nasza Tosia ma rację. Trzeba się zapi­sać do któ­rejś z orga­ni­za­cji mło­dzie­żo­wych i po cichu szy­ko­wać do wyjazdu do Pale­styny.

Zofia patrzy na nią ze zgrozą.

- Jak możesz tak mówić? W życiu. Jeste­śmy Polkami. Pol­ska to nasz dom. Im bar­dziej nam wszystko utrud­niają, tym więk­szą deter­mi­na­cją musimy się wyka­zać. A gada­nie o segre­ga­cji pod­czas wykła­dów to same bzdury. W Pol­sce ni­gdy nie myślano w kate­go­riach getta i moim zda­niem ni­gdy do tego nie doj­dzie.

Palący gniew nie opusz­cza Zofii, lecz mimo to gdy wcho­dzą na salę, dziew­czyna czuje lekki nie­po­kój. Część amfi­te­atral­nie uło­żo­nych ław po lewej jest pustych - poroz­kła­dano tam jedy­nie kartki papieru. Dziew­częta dołą­czają do stu­den­tów sto­ją­cych z tyłu, któ­rzy roz­pra­wiają z obu­rze­niem.

Gdy do audy­to­rium wcho­dzi pro­fe­sor Kotar­biń­ski, zapada cisza. Pro­fe­sor prze­cho­dzi wzdłuż ław i zaj­muje miej­sce na kate­drze. Ma pra­wie metr osiem­dzie­siąt wzro­stu i woj­skowy wąs nawo­sko­wany w dwa szpice. Uwaga zgro­ma­dzo­nych sku­pia się na nim, pod­czas gdy on sam w mil­cze­niu mie­rzy wzro­kiem puste ławki. Kotar­biń­ski zde­cy­do­wa­nym ruchem pod­nosi krze­sło i z drew­nia­nym łosko­tem odsta­wia je na bok.

- Dopóki uni­wer­sy­tet nie zdo­bę­dzie się na sto­sow­niej­szą orga­ni­za­cję miejsc sie­dzą­cych, dopóty ja rezy­gnuję z prawa do sie­dze­nia.

Kil­koro nie­ży­dow­skich stu­den­tów z szu­ra­niem ławek powta­rza gest pro­wa­dzą­cego. Zofia czuje ucisk w gar­dle. Nie są pozba­wione przy­ja­ciół.

Kiedy po wykła­dzie scho­dzi w kie­runku kate­dry, by podzię­ko­wać Kotar­biń­skiemu, na­dal czuje pie­kące policzki. Doprawdy, cała ta sprawa jest wprost żenu­jąca.

- Źle się dzieje, ale nie możesz pozwo­lić, by cię zastra­szyli i stąd prze­gnali. Obie­caj mi, że ukoń­czysz stu­dia.

- Nic mnie nie powstrzyma, panie pro­fe­so­rze.

* * *

Naprze­ciwko głów­nej bramy wisi trans­pa­rent zro­biony byle jak przez stu­den­tów w bia­łych czap­kach i z zie­lo­nymi wstą­żecz­kami w kla­pach mary­na­rek. Przez mate­riał trans­pa­rentu prze­siąka czarny atra­ment, więc treść jest czy­telna nawet na rewer­sie: żądają usu­nię­cia Żydów z uni­wer­sy­tetu.

Dziew­czyny spo­glą­dają po sobie. Nie mają wyboru - muszą przejść pod obraź­li­wym hasłem. Róża popra­wia tyrol­ski kape­lu­sik na świeżo ondu­lo­wa­nych czar­nych wło­sach i znów chwy­tają się pod ramię.

- No to idziemy - mówi Zofia.

- Słowo daję, ojciec bez trudu mógłby wyku­pić połowę tego kramu - mru­czy Róża pod nosem, kiedy prze­cho­dzą pod trans­pa­ren­tem.

Gdy cze­kają na tram­waj, Zofia czuje się bez­silna. Doskwiera jej zwy­kły brak sym­pa­tii - to, że stała się nie­lu­bianą kole­żanką, któ­rej wszy­scy w kla­sie uni­kają. Jest to dzie­cinne i bar­dzo bole­sne.

- Nie myślmy o tym wszyst­kim - pro­po­nuje Róża, gdy wsia­dają do czer­wo­nego tram­waju. - Wpad­nij do mnie wie­czo­rem. Zro­bimy sobie małą zabawę. Puścimy płyty. Potań­czymy. A może by tak uśmiech? Ktoś tak śliczny jak ty, Zosiu, ni­gdy nie ma powodu spusz­czać nosa na kwintę.

Tram­wa­jem jadą na plac Grzy­bow­ski, gdzie ści­skają się na poże­gna­nie. Zofia całe życie mieszka w tej oko­licy. Czuje, jak się odpręża, prze­dzie­ra­jąc się przez zna­jomy gwar piąt­ko­wego targu. Na Twar­dej skręca w podwó­rze swo­jej kamie­nicy. Kobiety ścią­gają pra­nie z drew­nia­nych susza­rek i plot­kują. Uliczny gra­jek gra na har­mo­nii Mia­steczko Bełz i wodzi wzro­kiem po oknach w nadziei, że ktoś syp­nie mu gro­szem. Dzieci grają w klasy - tak samo jak kie­dyś i jak zawsze grać będą w przy­szło­ści.

Zofia otwiera drzwi do miesz­ka­nia i wdy­cha kojący zapach ksią­żek ojca oraz kwia­tów matki na bal­ko­nie. Coś się jed­nak święci. W kuchni mama już ubrana w far­tuch mie­sza w sto­ją­cym na piecu garnku. W kącie na desz­czułce, która przy­krywa ema­lio­waną mied­nicę, pię­trzą się naczy­nia oraz miski z warzy­wami. Kry­styna z filu­terną miną obiera gro­szek do dursz­laka.

- Co to jest? Co się stało?

- Pyta, co się stało - mówi mama. - A niby czemu coś się miało stać?

- Sabina - wypala Kry­styna. Czter­na­sto­let­nia sio­stra nie potrafi docho­wać tajem­nicy.

- Naprawdę? Lutek coś mówił?

- Dowiemy się od Sabiny - odpo­wiada mama. - Tak czy owak, oboje będą u nas na kola­cji, więc nie­ba­wem też się dowiesz. I patrz, która już godzina. Ani się obej­rzymy, a zapad­nie zmrok. Kry­siu, ty nakry­jesz do stołu, tylko weź naj­lep­szy obrus. A ty, Zosiu, zajdź do Judel, kup butelkę dobrego wina i inne rze­czy. Zro­bi­łam ci listę.

Zofia bie­rze listę i idzie na targ. Sześć brzo­skwiń i pęczek pie­truszki. Kobiety w dłu­gich spód­ni­cach i z chu­s­tami na gło­wach stoją za koszami baj­gli i becz­kami śle­dzi. Dziew­czyna w ele­ganc­kiej sukience z wiskozy sie­dzi przy kra­mie, na któ­rym pię­trzą się zwoje mate­ria­łów. Zofia z zamknię­tymi oczyma mogłaby się zorien­to­wać, gdzie się znaj­duje, po samej mie­szance woni sma­żo­nej cebuli i cytryn, świe­żego chleba i kapu­sty, smol­nych sosno­wych desek pra­żą­cych się w słońcu.

Mija nasto­lat­ków z dziew­czę­cymi lokami, ubra­nych w krót­kie palta z gabar­dyny, któ­rzy wysy­pują się z jesziwy; mija ludzi wbie­ga­ją­cych po stop­niach kościoła z dwiema kwa­dra­to­wymi wie­żami, któ­rzy spie­szą przy­jąć wie­czorną komu­nię. Potem do sklepu Sosno­wi­czów, który pro­wa­dzi matka jej kole­żanki ze szkoły. Goście sie­dzą przy sto­łach i jedzą jej słynną kieł­basę z kapu­stą. Widząc Zofię, pani Sosno­wi­czowa woła ją na przód kolejki i dorzuca jej do koszyka w pre­zen­cie dodat­kową por­cję woło­wej kieł­basy.

- Ponoć Sabina ma dobre wie­ści - rzuca szep­tem i wraca do klien­tów.

W winiarni Horo­wi­czów Judel z otwar­tymi ramio­nami wycho­dzi jej na spo­tka­nie aż do drzwi.

- Ślub w rodzi­nie - chwała Temu, któ­rego Imie­nia nie wypo­wiemy. Na wyjąt­kową oka­zję ludzie zawsze chcą cze­goś wyjąt­ko­wego - i po wyjąt­ko­wej cenie. - Judel poka­zuje Zofii butelkę, którą już wybrała, i bie­rze w zamian kilka monet.

- Obym dożyła takiego szczę­ścia dla moich córek - dodaje z wes­tchnie­niem.

W pie­karni Zofia kupuje war­kocz słod­kiej chałki. Roz­gląda się po zatło­czo­nym zakła­dzie, peł­nym okry­tych sza­lami kobiet, które przy­nio­sły gary z czu­len­tem, by upiekł się przez noc w piecu chle­bo­wym, i zasta­na­wia się, co zoba­czy­liby jej kole­dzy ze stu­diów. W dzie­ciń­stwie, kiedy dora­stała, mówiąc po pol­sku i cho­dząc do pol­skiej szkoły, żydo­stwo jawiło jej się jako coś w rodzaju rodzin­nej oso­bli­wo­ści, jak na przy­kład rude włosy albo eks­cen­tryczna ciotka. Teraz jed­nak, kiedy tak trudno zna­leźć pracę, kiedy skrajna pra­wica zyskuje na zna­cze­niu, czę­sto ranią i złosz­czą ją pewne arty­kuły pra­sowe czy zdaw­kowe komen­ta­rze z ust ludzi, któ­rych uważa za przy­ja­ciół. Naprawdę sądzą, że pra­wie połowa War­szawy powinna się spa­ko­wać i wyje­chać na Mada­ga­skar czy gdzieś indziej? Jej dom jest i zawsze będzie w War­sza­wie.

Gdy Zofia wraca do domu, na stole stoi już ser­wis na wyjąt­kowe oka­zje, przy­go­to­wano też świece, które oświe­tlą sza­ba­sowy posi­łek. Kry­styna wło­żyła naj­lep­szą sukienkę.

- Pani Sosno­wi­czowa z deli­ka­te­sów mówi, że Sabina jest zarę­czona. - Zofia uważ­nie wykłada owoce na talerz. - Mamo, dla­czego ona się dowie­działa przede mną?

- Wie, to wie. Ludzie lubią wie­dzieć. A Judel dobrze ci poli­czyła za wino? Ach tak. Zna­la­zła dla Sabiny coś dobrego.

- Wie­rzyć się nie chce. Sabina wycho­dzi za mąż.

- Cóż, Zosiu, w wieku dwu­dzie­stu trzech lat można już myśleć o zarę­czy­nach. Albo nawet dwu­dzie­stu. - Mama robi zna­czącą pauzę.

- Nie, mamo, nikogo nie ukry­wam. Zresztą nawet gdy­bym ukry­wała, i tak Judel czy tam ktoś inny dowie­działby się o tym przede mną. Poza tym, mamo, nie zamie­rzam wyjść za mąż. Nie mam na to czasu.

Mama kiwa głową wyro­zu­miale.

Drzwi się otwie­rają i do środka wcho­dzą Sabina i Lutek. Zaraz za nimi kro­czy ojciec w dłu­gim pal­cie z kara­ku­ło­wym koł­nie­rzem.

- Patrz, matko, kogo spo­tka­łem na ulicy! - woła ojciec. - Wyglą­dają, jakby przy­dał im się porządny posi­łek, więc przy­pro­wa­dzi­łem ich ze sobą. Nie ugo­to­wa­łaś czego przy­pad­kiem?

Mama się śmieje i wska­zuje kre­dens zasta­wiony zim­nym mię­si­wem, pła­tami dor­sza i piklami. Sabina wszyst­kich całuje. Przez ramię dopa­so­wa­nej gar­sonki prze­rzu­ciła lśnią­cego lisa. Odpina maleńki bere­cik z nie­ska­zi­tel­nej, pola­kie­ro­wa­nej fry­zury.

Kry­styna bie­rze do rąk etolę z lisa i gła­dzi z cichym wes­tchnie­niem.

- Ty to masz szczę­ście, Sabina, że możesz sobie kupo­wać takie śliczne ubra­nia, w dodatku ze zniżką.

- Jeśli się pra­cuje jako modelka w naj­lep­szym domu mody, trzeba wyglą­dać, jakby się wła­śnie wysia­dło z pociągu pro­sto z Paryża - mówi mama z dumą. W powszech­nej opi­nii Sabina to rodzinna pięk­ność. Ma deli­katną jasną cerę, ogromne ciemne oczy i jedwa­bi­ste czarne włosy. Kry­styna i Zofia to blon­dynki po mat­czy­nej stro­nie rodziny, a w dzie­ciń­stwie doka­zy­wały razem hała­śli­wie niczym dwa krzep­kie szcze­niaczki. Tym­cza­sem Sabina obser­wo­wała ich harce sze­roko otwar­tymi oczyma w czy­stej sukience i z nie­na­ru­szoną wielką kokardą we wło­sach.

Mama odbiera etolę od Kry­styny i odwie­sza ją sta­ran­nie w kory­ta­rzu.

- Jeśli chcesz, możesz ją sobie kie­dyś poży­czyć - pro­po­nuje Sabina, widząc posmut­niałą minę Kry­styny.

- Naprawdę? Jesteś taka kochana. Ale to chyba dro­gie?

Sabina wzru­sza ramio­nami.

- Nie dbam o to.

- Skoro już wszyst­kie moje dziew­częta są na miej­scu, możemy zapa­lić świece - oznaj­mia mama gło­sem czu­łym i peł­nym szczę­ścia.

Wszy­scy zbie­rają się wokół niej, a ona odpala zapałkę i ostroż­nie przy­kłada pło­mień do każ­dego z kno­tów. Rękoma zata­cza kółeczka nad świe­cami, roz­nie­ca­jąc zapach wosku i pło­mie­nia, a potem zakrywa oczy, by się pomo­dlić. Kiedy je odsła­nia, widać w nich łzy.

- Moje dziew­częta - odzywa się. - Dora­stają.

Gdy zapada zmrok, w oknach od podwó­rza zapa­lają się świa­tła piąt­ko­wej kola­cji. Z zewnątrz napływa ury­wek pie­śni śpie­wa­nej głę­bo­kim męskim gło­sem, do któ­rego przy­łą­czają się głosy dzieci. Sza­lom alej­chem, pokój z wami. Zofia także zaczyna nucić, a pozo­stali zgro­ma­dzeni przy stole dołą­czają i wspól­nie śpie­wają kilka tra­dy­cyj­nych wer­sów.

Nie są zbyt reli­gijną rodziną, ale dla mamy piąt­kowy posi­łek to świę­tość. Gdy patrzy na swoje dziew­częta zgro­ma­dzone wokół niej, jej twarz pro­mie­nieje. Prze­ni­kliwy zapach licz­nych ksią­żek usta­wio­nych wzdłuż ścian i cytry­nowa woń mat­czy­nych kwia­tów na bal­ko­nie mie­szają się z droż­dżo­wym aro­ma­tem chałki oraz głę­boką nutą wina.

Czy to czło­wieka zmie­nia, kiedy jest się tak kocha­nym, kiedy się kocha? - zasta­na­wia się Zofia. Przy­gląda się twa­rzy sio­stry, szuka wska­zó­wek i w świe­tle świec odkrywa w jej oczach żal. Sabina czę­sto wpraw­dzie bywa nie­śmiała i nieco ner­wowa, ale tym razem cho­dzi o coś wię­cej. Zofia już ma się pochy­lić i zapy­tać Sabinę szep­tem, co się dzieje, ale Kry­styna koniecz­nie musi zadać pyta­nie.

- A jaką będziesz miała sukienkę, Sabino? Ależ będzie wspa­niale, madame Four­nier pomoże ci wybrać coś z salonu. Wyobraź to sobie.

- Och. Cóż, bo widzi­cie... - Sabina urywa. Spusz­cza głowę. Na jej policz­kach poja­wiają się rumieńce.

Lutek ją obej­muje.

- Nie chcie­li­śmy dziś o tym mówić, ale... - odzywa się przy­ci­szo­nym gło­sem.

Sabina pod­nosi nie­śmiałe oczy z wyra­zem zasko­cze­nia i wstydu.

- Madame Four­nier mnie zwol­niła.

- Zwol­niła cię, Sabinko? A niby czemu? Prze­cież nie mogła się cie­bie nachwa­lić. Jesteś jej naj­lep­szą modelką.

- Wygląda na to, że moja apa­ry­cja nie pasuje jed­nak do Maison Française. Mówili, że wyglą­dam jak Fran­cuzka, ale teraz oka­zuje się, że jestem zbyt żydow­ska.

- Toż to nie­do­rzeczne - rzuca zapal­czy­wie mama. - Co też oni opo­wia­dają?

- Sabina i tak miała wkrótce odejść z pracy - zauważa Lutek. - Ojciec będzie zachwy­cony, jeśli zacznie z nami pra­co­wać w biu­rze dru­karni.

Sabina uśmie­cha się do niego z wdzięcz­no­ścią, ale przez cały wie­czór na jej twa­rzy maluje się łagodny smu­tek.

Po kola­cji rodzina wyj­muje karty i zaczyna długą grę w bezika, a Zofia wymyka się do miesz­ka­nia Róży po prze­ciw­nej stro­nie ulicy.

- W końcu przy­szłaś - mówi Róża i wyzwala Zofię z rąk swo­jej matki, która wita wszyst­kich w przed­po­koju, nad­sta­wia­jąc ucha na rodzinne nowiny i rado­śnie bły­ska­jąc licz­nymi pier­ścion­kami z bry­lan­tami. Ni­gdy ich nie zdej­muje, nawet gdy waży mięso w rodzin­nej masarni.

- Wejdź. Chcia­ła­bym, żebyś kogoś poznała. Wyobraź sobie, że pra­cuje z twoim ulu­bio­nym wykła­dowcą, dok­to­rem Kor­cza­kiem.

Zofia jęczy. Odkąd Róża się zarę­czyła, zabrała się za szu­ka­nie ide­al­nego kan­dy­data na męża rów­nież dla niej.

- Pro­szę cię, Różo, prze­stań już. Z poprzed­nim chło­pa­kiem kaza­łaś mi roz­ma­wiać godzi­nami.

Obszerny salon wypeł­niają wystawne meble w stylu bie­der­me­ier, a w wol­nych prze­strze­niach mię­dzy nimi tło­czą się zapro­szeni przy­ja­ciele. Otwarte drzwi bal­ko­nowe wpusz­czają cie­płe nocne powie­trze. Z gra­mo­fonu pły­nie tango Za rok, prze­bój tego lata.

- Oto i on - mówi Róża.

Przy oknie, góru­jąc wzro­stem nad zgro­ma­dzo­nymi, stoi młody męż­czy­zna o wyjąt­kowo ujmu­ją­cym uśmie­chu. Zofia widzi kształtną głowę, lekko sko­śne wschod­nie oczy. I jaki wysoki. Doprawdy, pan Żyrafa, myśli sobie i ma oso­bliwe wra­że­nie, że wszystko jest tak, jak być powinno.

Misza zbiera się do wyj­ścia, kiedy widzi, że Róża zmie­rza ku niemu przez pokój. Za nią idzie dziew­czyna w let­niej sukience.

Odrywa się od fra­mugi okna z zasko­cze­niem. Blond włosy odsła­nia­jące sze­ro­kie czoło, te same pełne usta i opa­lona skóra kon­tra­stu­jąca z bielą sukienki. To ona.

I na pewno się zasta­na­wia, dla­czego on szcze­rzy się jak cym­bał, gdy podaje mu rękę.

- Róża mówiła, że pra­cu­jesz z Kor­cza­kiem - zagaja dziew­czyna.

- Tak, to prawda. Stu­diuję i poma­gam w sie­ro­cińcu. Ow­szem.

Ple­cie trzy po trzy, bo nie może się sku­pić, czu­jąc w dłoni jej miękki dotyk. Ale ona patrzy na niego pyta­jąco, otwar­cie. Zasłu­guje na sen­sowną roz­mowę.

- Więc ty także szko­lisz się na nauczy­cielkę? - Misza zdo­bywa się na pyta­nie.

- Ojej. Róża ci mówiła czy aż tak to po mnie widać?

- Nie, nie. Widzia­łem cię wcze­śniej - na wykła­dzie Kor­czaka w gabi­ne­cie rent­ge­now­skim.

- Mały chło­piec i jego bijące serce! To było nie­zwy­kłe, prawda? Wię­cej niż wykład, bo cał­ko­wita zmiana per­spek­tywy. Ale gdy­byś tam był, na pewno bym cię zapa­mię­tała.

Podoba mu się to.

- Nie mia­ła­byś powodu mnie pamię­tać. Nie roz­ma­wia­li­śmy. A wykłady odwo­łano tak nagle.

Zofia marsz­czy czoło.

- Okropne, prawda? Dok­tor musiał się bar­dzo zde­ner­wo­wać.

- Tak, ale naj­bar­dziej zasmu­ciło go to, że utra­cił pol­ski sie­ro­ci­niec, który zało­żył. Zarząd go zwol­nił. Nie wolno mu już widy­wać dzieci, któ­rymi opie­ko­wał się przez lata. A to prze­cież połowa jego rodziny.

- Szo­ku­jące.

Oczy Zofii jaśnieją. Sięga mu ledwo do ramie­nia, ale on czuje, że jest mu równa, pełna ener­gii, ema­nuje siłą, z którą trzeba się liczyć. Jed­no­cze­śnie dziew­czyna ma w sobie coś z tan­cerki - posturę, swo­bodę, wdzięk i świa­do­mość wła­snego ciała. I te oczy. Czy taki odcień błę­kitu, przej­rzy­sty i kla­rowny, ma swoją nazwę? Zofia mie­rzy go tymi oczyma.

- Zazdrosz­czę ci, że pra­cu­jesz u boku Kor­czaka i uczysz się jego metod pracy z dziećmi z pierw­szej ręki. Na pewno wspa­niale jest z nim współ­pra­co­wać.

- Szcze­rze powiem, że na początku można się w tym nieco pogu­bić.

- W jakim sen­sie?

- Wiesz, on nie naucza kon­kret­nej metody. Uważa, że każde dziecko należy poznać indy­wi­du­al­nie. A potem na tej pod­sta­wie domy­ślić się, czego ono potrze­buje.

- Ale prze­cież wszyst­kie dzieci potrze­bują jasnych zasad, prawda? I skąd nauczy­ciel ma wie­dzieć, czy postę­puje słusz­nie? Dla­czego się uśmie­chasz?

- Podoba mi się twój zapał. Naprawdę.

Zofia zżyma się lekko.

- Mówi­łeś o Kor­czaku. Nie daje żad­nych wska­zó­wek?

- Na swój spo­sób daje. Co wie­czór spo­ty­kamy się albo z nim, albo z panią Stefą, naczelną wycho­waw­czy­nią, i roz­ma­wiamy o dzie­ciach. Poza tym co tydzień wygła­sza coś w rodzaju poga­danki dla wszyst­kich nauczy­cieli, cho­ciaż jeśli się nie jest przy­zwy­cza­jo­nym, można pomy­śleć, że za bar­dzo się roz­wo­dzi, dow­cip­kuje.

- Dow­cip­kuje?

- Czę­sto kiedy zgrywa wariata, ma do prze­ka­za­nia naj­po­waż­niej­sze sprawy. Lubi zmu­szać do myśle­nia. Wyznaje zasadę, że nie spo­sób dowie­dzieć się cze­goś o dziecku, czy­ta­jąc książkę albo słu­cha­jąc jakie­goś pro­fe­sora. Jeśli cho­dzi o opiekę, trzeba zna­leźć wła­sny spo­sób, pozna­jąc każde dziecko z osobna. W pla­cówce Kor­czaka na początku bywa trudno, ale dzieci z jego Domu należą do naj­szczę­śliw­szych, jakie znam, nawet te naj­trud­niej­sze, które zabiera z ulicy.

- Czyli Kor­czak to znany pisarz, który nie każe swoim uczniom czy­tać ksią­żek? A co myślisz o nowej książce Pia­geta?

- Jesz­cze nie czy­ta­łem.

- Jesz­cze nie czy­tał. Ależ musisz. Może ci poży­czę? Miesz­kam nie­da­leko. Mogę pod­sko­czyć po nią póź­niej.

- Chęt­nie.

W któ­rymś momen­cie muzyka cich­nie. Pod­no­szą wzrok i uświa­da­miają sobie, że pokój opu­sto­szał, a oni na­dal stoją tak bli­sko sie­bie jak wcze­śniej.

- Przejść się po tę książkę?

Idą ramię w ramię w świe­tle latarni, w mil­cze­niu, jak dwoje ludzi, któ­rzy doszli do jakie­goś poro­zu­mie­nia. On czeka w bra­mie wio­dą­cej na jej podwó­rze, pod­czas gdy ona wbiega na górę. Pod jej nie­obec­ność w noc­nym powie­trzu sły­chać owady. W ciem­nej klatce scho­do­wej miga jej biała sukienka i dziew­czyna już jest z powro­tem, nieco zady­szana. Podaje mu książkę. Jest nowa, pach­nie farbą dru­kar­ską. Misza przej­muje ciężki tom i przy­ci­ska do piersi. Ale nie, ona musi wziąć ją z powro­tem i poka­zać mu frag­menty, które on koniecz­nie powi­nien prze­czy­tać.

Nie spie­szy się jej. On spo­gląda na wąski pase­czek jasnej skóry w jej prze­działku, bez­bronny i odsło­nięty, i chciałby chro­nić ją przed chłod­nym powie­trzem, przed całym świa­tem. Latar­nia oświe­tla deli­katny puszek na jej policzku. Czy gdyby przy­ło­żył do niego wargi, przy­po­mi­nałby w dotyku meszek brzo­skwini na chłod­nej skórce?

Ale prze­cież by ją obra­ził, ona led­wie go zna.

- Zasta­na­wiam się - zagaja. - Może mia­ła­byś ochotę ponow­nie się spo­tkać? - Wstrzy­muje oddech.

- Chęt­nie.

Misza czuje, że uśmie­cha się pro­mien­nie. Ni­gdy wcze­śniej nie był taki szczę­śliwy.

- Może we wto­rek? Powiedzmy o dzie­wią­tej trzy­dzie­ści?

- Dobrze. Mogę we wto­rek. - Ona też się uśmie­cha.

Spo­tkają się we wto­rek o dzie­wią­tej trzy­dzie­ści na placu Zam­ko­wym pod kolumną Zyg­munta. W miej­scu spo­tkań zako­cha­nych.

Roz­dział 4

War­szawa, wrze­sień 1937 roku

Misza sie­dzi przy biurku w nie­wiel­kim kan­torku mię­dzy sypial­niami chłop­ców i dziew­czy­nek. Przez otwarte drzwi i okno może mieć na wszystko oko. Lubi sie­dzieć przy świe­tle lampy w tym kok­pi­cie, pilo­tu­jąc dzieci przez spo­kojny sen. Zazwy­czaj spę­dza godziny nocne na nauce, ale dzi­siaj słowa umy­kają mu z głowy.

Jutro rano na placu Zam­ko­wym.

Wcho­dzi Kor­czak. Wciąż ma na sobie palto i kape­lusz z sze­ro­kim ron­dem, pach­nie chłod­nym powie­trzem i dymem z pociągu oraz papie­ro­sami, które uwiel­bia.

- Chcia­łem zoba­czyć, czy się poło­żyli. - Sze­lest papieru. Po dro­dze wstą­pił do turec­kiej pie­karni, by kupić swoje ulu­bione cia­steczka z rodzyn­kami. Czę­stuje nimi Miszę. Dwóch chłop­ców się pod­nosi i z zain­te­re­so­wa­niem patrzy na nich przez szybę. Kor­czak przy­wo­łuje ich gestem i dzieli się z nimi zdo­by­czą, a potem odsyła do sypialni - wyróż­nio­nych i uszczę­śli­wio­nych ciast­kami.

- Miał pan poga­dankę z któ­rąś z grup mło­dzie­żo­wych? - pyta Misza.

- W żydow­skiej świe­tlicy w nie­wiel­kim mie­ście Oświę­cim. Bar­dzo wielu mło­dych ludzi pra­gnie wyje­chać wkrótce do Pale­styny, ale to draż­liwa kwe­stia.

Dok­tor siada i zdej­muje kape­lusz, ściąga muchę i polu­zo­wuje koł­nie­rzyk.

Przez chwilę mie­rzy Miszę kpią­cym spoj­rze­niem.

- A ty, przy­ja­cielu? Rozu­miem, że jest bar­dzo piękna.

- Ktoś powie­dział panu o Zofii?

Kor­czak śmieje się pod nosem.

- Drogi Miszo, twoją twarz da się czy­tać jak nagłó­wek w gaze­cie. "Męż­czy­zna nie­bez­piecz­nie zako­chany".

- To pań­ska wiel­bi­cielka, dok­to­rze. Chce być nauczy­cielką.

- Jest też bar­dzo ładna.

Misza się rumieni.

- Tak, rozu­miem. Moja dia­gnoza - przy­pa­dek bez­na­dziejny.

- Nie­stety sta­dium zaawan­so­wane. Ma pan dla mnie jakąś radę?

- Ja? Stary kawa­ler? Ni­gdy nie udzie­lam rad. Mogę ci tylko powie­dzieć, że piękne życie to zawsze życie trudne. Wszy­scy musimy zna­leźć wła­sną drogę. Odra­dzam kro­cze­nie moją ścieżką. Ona była pisana tylko mnie.

Kor­czak wstaje i współ­czu­jąco kle­pie Miszę po ramie­niu.

Misza patrzy, jak zamy­kają się za nim drzwi. Dok­tor pój­dzie teraz do swo­jego nie­wiel­kiego poko­iku na stry­chu, obok aro­ma­tycz­nego składu z jabł­kami. Wąskie łóżko przy­kryte woj­sko­wym kocem, stare biurko po ojcu pełne nota­tek do następ­nej książki. Okno wyku­szowe wycho­dzące na podwó­rze, gdzie rano powi­tają go jaskółki, gdy będzie im sypał okruszki. Misza zaczął już myśleć, że pój­dzie w ślady Kor­czaka i poświęci życie dzie­ciom.

Teraz patrzy, jak stop­niowo wstaje świt. W końcu przy­szła pora zga­sić lampkę nocną. Naresz­cie.

Misza przy­cho­dzi przed cza­sem. Siada u stóp kolumny Zyg­munta i pod­piera się na łok­ciach. War­szawa ni­gdy nie wyglą­dała pięk­niej. Zamek Kró­lew­ski z czer­wo­nej cegły, zwień­czony pokry­tym patyną dachem, czy­ste, błę­kitne niebo, potężny gmach kościoła św. Anny strze­gący drogi do mostu. Misza sie­dzi zwró­cony przo­dem ku roz­le­głemu Kra­kow­skiemu Przed­mie­ściu. Przy­pusz­cza, że ona przyj­dzie stam­tąd. Tram­waje i ele­ganc­kie austiny okrą­żają plac, a konie i dorożki prze­ci­nają go niczym na para­dzie.

Wyj­muje z kie­szeni zega­rek. Zofia spóź­nia się troszkę, ale nie szko­dzi. Ojciec dał mu ten zega­rek w dniu, gdy Misza wyjeż­dżał z Piń­ska, by poko­naw­szy pra­wie czte­ry­sta kilo­me­trów z Pole­sia, pod­jąć eks­cy­tu­jące stu­dia w War­sza­wie. Prze­su­wa­jąc mię­dzy pal­cami dewizkę, Misza ma wra­że­nie, że znów czuje zapach piń­skich bagnisk. Pew­nego dnia zabie­rze tam Zofię, popłyną razem łódką po nie­koń­czą­cych się jezio­rach, w któ­rych odbija się niebo, gdzie biało-czarne bociany wzbi­jają się do lotu z szu­wa­rów, a kościelne wieże Piń­ska wzno­szą się jak statki na morzu.

Ponow­nie otwiera zega­rek. Zofia zde­cy­do­wa­nie się spóź­nia. Na pewno ma dobry powód, zaraz wbie­gnie po scho­dach. Nie masz poję­cia, co się stało.

Co dwa­dzie­ścia minut zerka na zega­rek, wypa­truje Zofii wśród tłu­mów od strony bul­wa­rów, kilka razy się myli. Mija godzina, pół­to­rej, a on wciąż czeka. Chwila, gdy Zofia będzie szła do niego przez plac, odmieni jego życie.

Kiedy war­szaw­skie dzwony zaczy­nają wybi­jać jede­na­stą, pod­nosi się otę­piały. Nogi mu zdrę­twiały od dłu­go­trwa­łego sie­dze­nia. Mruga, by przy­zwy­czaić się do tego nie­spo­dzie­wa­nego faktu. Nie ma jej. Naprawdę nie przyj­dzie.

Na pewno w Domu będzie wia­do­mość z wyja­śnie­niem. Spie­szy z powro­tem na Kroch­malną.

Nie ma wia­do­mo­ści.

W ciągu kolej­nych kilku dni korci go, by do niej zadzwo­nić, ale dżen­tel­men musi się pogo­dzić z mil­czącą odmową. Nie będzie się jej naprzy­krzał.

Mimo to codzien­nie pyta w stró­żówce o wia­do­mość, aż w końcu Zalew­ski mówi:

- Niech pan posłu­cha, panie Miszo, jeśli coś będzie, to pana powia­do­mię. Poza tym widzę, jak wszyst­kie dziew­częta tutaj robią do pana maślane oczy. Niech­że się pan nad nimi zli­tuje i zaprosi któ­rąś na randkę.

Ale dla niego ist­nieje tylko Zofia. Ten tydzień potwier­dza dia­gnozę. Zofia albo nikt.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki