Warszawa, studio programu śniadaniowego
Trzy dni po przekazaniu przez lekarza złych wieści, dotyczących zdrowia ukochanej, Maciek siedział w poczekalni studia programu śniadaniowego. Oczekiwał na znak, dokładnie tak samo jak w grudniu zeszłego roku, kiedy zaproszono go tutaj wraz z profesorem Kellerem, Domi i Julkiem. Dziś nikogo z tej trójki z nim nie było, za to miał inne wsparcie.
Operator wskazała dłonią, że pora na niego. Na początku miał sam porozmawiać z Agatą Bednarską i Mateuszem Rygielem, by przedstawić sytuację i podziękować ludziom.
Obaj z Julkiem uważali, że jest to nie tylko konieczne, ale da kopa Dominice, która od trzech dni nie miała ochoty z nikim rozmawiać. Zamknęła się w sobie, co nawet ich nie dziwiło, bo wymagane dwieście tysięcy euro na operację w Niemczech naprawdę było kolosalną sumą. Przynajmniej taką się zdawało jeszcze trzy dni temu.
- Po prognozie pogody nadszedł czas na temat dnia. W naszym studiu gościmy kogoś, kogo powinni państwo kojarzyć, ale przypomnijmy: Maciej Turecki, jeden z trzech założycieli Fundacji Spełniacze - zakomunikowała Agata, zakładając tradycyjnie nogę na nogę.
- Witaj Maćku, czy możesz pokrótce opowiedzieć, co cię do nas sprowadza? - Mateusz wiedział, czego będzie dotyczyło wyznanie, ale chciał, aby to chłopak się nim podzielił.
Maciek otarł pot z czoła, zerkając bacznie na przygotowanych do wejścia kolejnych gości. Zebranie ich w Warszawie wydawało się trudne, ale z pomocą Julka udało mu się wszystko ogarnąć. Wierzył, że dzięki temu, co powie, dotrze do Dominiki, która bezapelacyjnie się poddała. Nie wiedziała, co działo się przez ostatnie siedemdziesiąt dwie godziny, nawet nie chciała nikogo słuchać. Wciąż wpatrywała się w sufit w jednej ze szpitalnych sal, prosząc jedynie pielęgniarki o zsunięcie rolet. Jej światem dominowała ciemność. W ciemni rodziły się makabryczne scenariusze, w których zastanawiała się, ile jej jeszcze zostało. Rok, miesiąc, a może nawet i to zbyt wiele.
- Trzy dni temu u mojej dziewczyny Dominiki zdiagnozowano nowotwór jelita grubego. Na pewno ją kojarzycie, jest jedną z założycielek naszej fundacji. - Maciek zdawał sobie sprawę, że składnia zdań daleko odbiega od tej, jaką prezentował potencjalnym sponsorom podczas prezentacji Marzycieli.
Tym razem także się przygotował, lecz emocje wzięły górę. Kolejne krople potu spływały po jego czole, a on wiedział, że najtrudniejsze było dopiero przed nim.
- Przykro nam, Dominika to cudowna dziewczyna - wtrąciła Agata, aby go uspokoić.
- Lekarz powiedział, że potrzebna jest operacja, jednak w Polsce mogłaby jej nie dożyć, bo sami wiecie, jak to wszystko działa. Gdyby była politykiem, to pewnie w mig znalazłoby się miejsce, ale jest tylko zwykłym śmiertelnikiem, więc jedyną szansą jest operacja w zachodnich klinikach, gdzie koszty sięgają dwustu tysięcy euro - wypowiedział z należytym spokojem przygotowaną frazę, dodając do niej fragment o politykach, których uważał za "nadludzi".
Zawsze daleki był od oceniania tego, co działo się w Polsce, ale gdy system jawnie krzywdził kogoś, kogo kocha, musiał głośno o tym powiedzieć. Pragnął, aby każdy, kto ogląda program, wiedział, że w kraju nie dzieje się dobrze, choć wygłaszane w mediach przemowy i kolejne obietnice świadczą o czymś innym.
- Z tego, co zrozumiałem, operacja miałaby uratować ludzkie życie. Chcesz nam powiedzieć, że nawet w takich przypadkach nie bierze się pod uwagę czegoś takiego, jak priorytetowe załatwienie sprawy? - Mateusz Rygiel zdawał się nie dowierzać słowom Maćka.
Ten jednak skinął tylko głową, rezygnując z dalszej polemiki na ten temat.
- Dwieście tysięcy euro to naprawdę spora suma. - Wzrok Agaty ukazywał, że nawet dla niej, która zarabiała na pewno więcej niż przeciętny obywatel, kwota okazała się kolosalna.
- Nigdy nie widziałem takich pieniędzy, nawet nie myślałem o nich. W końcu jestem tylko studentem, a spełniane przez nas marzenia mieszczą się w dużo niższych sumach. Za takie środki moglibyśmy spełnić setki, a nawet tysiące marzeń.
Mateusza i Agata spojrzeli po sobie, wymieniając się dyskretnymi uśmiechami.
- Ale tu chodziło o życie, więc zaczęliście od razu działać. - Agata wyraźnie nawiązała do przeprowadzonej zbiórki.
- To Julek wpadł na pomysł, aby na naszej stronie zorganizować zbiórkę. Wspólnie opisaliśmy sytuację, otworzyliśmy konto na ten cel i posłaliśmy wieść w świat - wyznał i także pozwolił, aby uśmiech zagościł na jego twarzy.
Na monitorze pokazano zrzut ze strony zbiórki, gdzie można było odczytać, że zebrana kwota przewyższa już tę potrzebną na operację.
- Ludzie okazali się wspaniałomyślni i już po dwóch dniach zebraliśmy całą sumą, a dziś, jak widać, jest ona prawie dwukrotnie większa od wpisanej jako cel. - Maciek usiadł bokiem, aby wygodnie spojrzeć wprost w oko kamery skierowanej na jego twarz. - Właśnie dlatego chciałbym z tego miejsca podziękować ludziom za to, że pomogli nam w walce o życie ukochanej i przyjaciółki. Wraz z Julkiem ustaliliśmy, że pozostałą kwotę przeznaczymy na pomoc w ratowaniu życia innych, bo nawet nie zdajecie sobie sprawy, ile takich zbiórek jest teraz aktywnych. - Ponownie odwrócił się w kierunku prowadzących.
Dwoje gospodarzy programu wydawało się zdziwionych tym faktem. Sam Maciek pewnie też zrobiłby podobną minę, bo nigdy nie wchodził na zbiórki prowadzone na zrzutce czy pomagam, sądząc, że dotyczą one błahych spraw. Liczył, że jeśli chodzi o ludzkie życie, to właśnie państwo i NFZ powinni zrobić wszystko, aby ratować pacjenta bez względu na cenę. Życia nie powinno się nigdy przeliczać na pieniądze, a właśnie to miało teraz miejsce.
- Z tego, co mówiłeś, Dominika jeszcze nie wie, że udało się zebrać całą kwotę. - Zainteresowała się Agata, bacznie trzymając się czasu antenowego. - Chcecie jej dzisiaj o tym powiedzieć, prawda?
Ten akurat łatwo przeliczyć na pieniądze i choć nie były tak ogromne, jak te wspomniane na operację ratującą życie, to również nie należały do małych.
- Dzięki waszej pomocy chcemy pokazać Domi, że nie jest sama - uśmiechnął się i kiwnął dłonią, aby goście przyszli do niego.
Do studia zaczęły kolejno wchodzić dzieciaki, które w tym roku zostały obdarowane przez Spełniaczy. Jedynie siedmioletnia Lilka, która pojawiła się z nową mamą, nie należała do obdarowanych, ale ten program miał na celu pomóc także jej. Matylda, kobieta, która wraz z mężem prowadziła rodzinę zastępczą, do której trafiła Lila, uznała, że pomysł Maćka z telewizyjnym anonsem może wiele wnieść do sprawy. Tym bardziej że sam także miał w tym interes, o którym jeszcze nikomu nie powiedział.
Widok dzieciaków w różnym przedziale wiekowym wywołał uśmiech na twarzach prowadzących. Obydwoje podziwiali, jak grzecznie zajmują miejsca na kanapie obok Maćka oraz na dostawionych do stołu fotelach. Rzadko w studiu gościli więcej niż trzy osoby, dla których dostosowana była niebieska kanapa.
- Są z nami Eryk, Agnieszka, Remek, Milena, Karolina, Lilka - Agata przeczytała zapisane na kartce imiona - podopieczni fundacji, których marzenia w tym roku zostały spełnione.
- Witamy również panią Matyldę Nawrocką, opiekunkę z rodziny zastępczej obecnej z nami Lilki - dopowiedział Mateusz, za co współprowadząca podziękowała mu uśmiechem.
Dzieciaki zgodnie skinęły głowami na znak przywitania. Według scenarzysty, który poświęcił im chwilę, kiedy siedzieli w poczekalni, takie przywitanie gromadki dzieci nie wprowadzało chaosu. Gdyby każdy z nich zaczął nagle odpowiadać: "witam" lub "dzień dobry", faktycznie mogłoby to dziwnie wyglądać po drugiej stronie ekranu.
- Wszyscy pamiętacie Dominikę? Bo to dla niej przyjechaliście, żeby dodać jej otuchy. - Agata starała się zachęcić dzieciaki do rozmowy.
- Dominika oddała mi swoje włosy - wyznała Karolina, dotykając dłonią peruki - a mało kto zrobiłby coś takiego. I choć do stworzenia tej peruki potrzebnych było więcej włosów, to czuję, które są tymi od niej.
Prowadzącą najwyraźniej poruszyło wyznanie dziewczynki, bo odwróciła na chwilę wzrok, aby nie uchwyciła tego kamera.
W tym samym czasie Toruń - szpital Bielany
Planowali z Maćkiem, że Dominika dowie się o wszystkim, kiedy połączą się ze studiem. Julek nie mógł jednak patrzeć, jak Domi wciąż wgapia się w sufit w ciemnej sali. Odsłonił rolety, na chwilę skupiając na sobie pozbawiony emocji wzrok przyjaciółki. Dopiero o dziesiątej włączył telewizor, ustawiając stację, na której za pięć minut miał pojawić się jego kolega.
Dominika nawet na chwilę nie spojrzała w ekran. Wciąż widziała jedynie lekko poplamiony sufit. Gdy jakimś cudem do jej uszu dotarł znajomy wydźwięk nazwiska, spojrzała niepewnie w stronę telewizora. Widok siedzącego na niebieskiej kanapie Maćka nie wywołał w niej żadnej reakcji. Przeniosła jedynie wzrok i tym samym pustym spojrzeniem, jakie chwilę wcześniej zarezerwowane było dla sufitu, wpatrywała się w ekran na ścianie.
Wypowiadane przez chłopaka i prowadzących słowa nie docierały do niej. Z wypowiedzi zanotowała jedynie hasło nowotwór jelita grubego, które teraz niczym echo odbijało się w głowie. Nie czuła żalu, że Maciej poszedł do telewizji, bo on i Julek, w przeciwieństwie do niej, wciąż mieli nadzieję. Dominika czuła, że poruszą niebo i ziemię, aby jej pomóc, ale uzbieranie dwustu tysięcy euro wydawało się jej czymś tak niewiarygodnym i nierealnym, jak to, że za chwilę do jej sali wejdzie lekarz i oznajmi, że pomylił się z diagnozą.
Kiedy na ekranie pojawił się zrzut strony, na którym widniała siedmiocyfrowa kwota, Julek spojrzał na przyjaciółkę. Miał nadzieję, że to wystarczy, aby znów uwierzyła, że wszystko będzie dobrze.
- Nie wierzę - szepnęła cicho, lecz Julek doskonale ją usłyszał.
- Dobro wraca, sama nam tak zawsze mówiłaś. - Ścisnął dłoń Domi.
Po jej policzku zaczęły spływać łzy. Słone krople, których, jak sądziła, już w sobie nie miała, ponieważ wylała je wszystkie chwilę po usłyszeniu wyroku.
Otarcie łez z policzka przyjaciółki wiele go kosztowało. Kiedy dowiedział się od Maćka, co powiedział lekarz, poczuł, że nie potrafi dłużej okłamywać siebie. Chciał traktować Dominikę jak przyjaciółkę, ale prawda była taka, że kochał ją już od dawna, o czym nie mógł nikomu powiedzieć. Przyjaźnili się przecież z Maćkiem, a ten był jej chłopakiem. Tak samo, jak on martwił się o zdrowie i życie dziewczyny i miał nad nim przewagę. Ona także go kochała.
Julek cierpliwie czekał, aż na kanapie pojawią się dzieciaki. Wiedział, jak będzie przebiegał program, bo sam czuwał nad scenariuszem. Teraz zbliżał się czas na jego rolę - według niego najważniejszą - dlatego tak chętnie zgodził się zostać z Dominiką w szpitalu, kiedy Maciek będzie opowiadał.
Kiwnięcie dłonią siedzącego na kanapie w telewizyjnym studiu przyjaciela uświadomiło Julkowi, że za chwilę nastąpi kulminacyjny moment. Apogeum całego programu, jak nazwał je w myślach, bo doskonale wiedział, że w ten sposób jakoś trafią do Dominiki. Zachęcą ją do walki o siebie, choćby dla kolejnych Marzycieli, których w kolejce do ich fundacji nie brakowało.
Znajome twarze powoli zapełniały kanapę i dostawione fotele. Oczy Dominiki na nowo zaszkliły się łzami, lecz żadna z nich tym razem nie spłynęła po policzkach. Odszukała ręką dłoń Julka, aby uścisnąć ją mocniej. Zamiast podziękowania. Choć to Maciek siedział na kanapie, ona wiedziała, że to Julek wpadł na pomysł zaproszenia do studia dzieciaków, którym pomogli w tym roku.
Uniosła się na szpitalnianym łóżku, aby lepiej widzieć ekran. Pozycja półsiedząca zdawała się to niebywale ułatwiać.
Prowadząca zapytała dzieciaki o Dominikę. Karolina jako pierwsza lekko uniosła rękę, aby pokazać, że chce zabrać głos, na co prowadzący skinęli zgodnie głowami.
- Dominika oddała mi swoje włosy. - Dziewczynka dotknęła blond włosów, które nie wyglądały jak peruka, choć nią były. - A mało kto zrobiłby coś takiego. I choć do stworzenia tej peruki potrzebnych było więcej włosów, to czuję, które są tymi od niej.
Na to wyznanie wypłynęła lawina łez trzymanych pod powiekami. Julek tym razem nie wstał, aby je otrzeć. Patrzył, jak każda z nich znika w ustach, które nagle ozdobił lekki uśmiech. Niby niewielki, ale w tym momencie dla niego był najpiękniejszą rzeczą, jaką widział w życiu. Nowym początkiem. Chęcią walki o siebie wypowiedzianą bezsłownie przez Dominikę.
Obydwoje wiedzieli, że gest, jaki wykonała Dominika w styczniu, poruszył nie tylko dziewczynkę, lecz także profesora Kellera, który zgodził się użyć swoich znajomości i przyłączyć się do pomocy. Przeszczep włosów gwarantował normalne życie po pożarze, na co Karolina bez dwóch zdań zasługiwała.
Po Karolinie głos zabrali inni Marzyciele, aby powiedzieć ciepłe słowa związane ze spotkaniem na swojej drodze Dominiki. Nie kryli radości, jaką dała im dziewczyna, i zapewniali, że są z nią w tej trudnej chwili. Do swoich wypowiedzi kolejno dodawali hasło powtarzane regularnie przez dziewczynę o tym, że dobro wraca. Julek był niemal pewien, że to Maciek wpadł na pomysł użycia lubianej przez jego dziewczynę frazy, bo dzieciaki nie mogły mieć o tym pojęcia.
- To co, dzieciaki, może połączymy się z Dominiką, żebyście mogli jej to wszystko osobiście powiedzieć? - Pytanie Mateusza nie wymagało odpowiedzi.
Julek sięgnął po telefon, czekając na sygnał. Operatorzy zadbali, aby widok z kamery telefonu chłopaka widoczny był na ekranie, gdzie niedawno pokazywano zrzut ekranu ze zbiórki.
Ściszył jeszcze telewizor, na którym oglądali program, aby nie zakłócać głośności.
- Dzień dobry, panie Szewczuk, dopiero widząc ciebie, czuję się, jakbym miała déja vu - przywitała się Agata. - Czy jest z tobą Dominika?
- Cieszę się, że tak mnie odbierasz, ale Julek wystarczy. - Zaśmiał się. - Tak, bohaterka jest ze mną i już podaję jej telefon.
Zrobił tak, jak powiedział. Sam stanął obok, bo wiedział, że to nie koniec jego zadań na dziś. Telewizja pewnie nie tak chętnie zainteresowałaby się ich zbiórką, gdyby nie ludzie, którzy od dwóch dni stali pod szpitalem z wielkimi transparentami w dłoniach.
- Witaj, Dominiko, może na początek zapytam, jak się czujesz? - Agata przywitała rozmówczynię, grzecznie pytając o jej stan zdrowia, który przecież interesował wszystkich oglądających program.
- Lepiej, teraz lepiej - wyznała, prawą ręką machając do kamery telefonu.
Nie miała sił na rozmowę, bo łzy znów wypełniły jej oczy. Najpiękniejsze łzy wzruszenia, jakich dane jej było doświadczyć. Chciała, aby lekki ruch ręką wystarczył na przywitanie wszystkich, którzy zebrali się w studio.
Dzieciaki, Matylda Nawrocka oraz prowadzący odmachali dziewczynie, czego nie zauważył ani Julek, ani Dominika. Jedynie ludzie w telewizji mogli widzieć ten gest oraz nadzieję, jaka malowała się ponownie na twarzy Macieja. Dominika widziała to, na co pozwolił jej operator ustawiający kąt kamery, lecz to jej wystarczyło. Sama myśl, że ci ludzie byli tam dla niej dawała jej ogromnego kopa mobilizacji, aby znów założyć różowe okulary, które porzuciła trzy dni temu.
Trzydniowa zbiórka pokazała, że ludzie są chętni, by pomagać, a jej życie nie jest im obojętne. Skoro oni chcieli walczyć, to ona musiała stanąć w szeregu razem z nimi. Założyć rękawice i udowodnić rakowi, że wygra walkę.
- Nie chcemy cię męczyć i powtarzać tego, co było już mówione, bo mamy nadzieję, że oglądasz nas od samego początku i...
- Dominika miała nie oglądać programu - wszedł mu w słowo Maciek.
- Oglądała od początku - krzyknął gwoli wyjaśnienia Julek, którego nie było widać na ekranie.
Maciek skinął głową, dając znak prowadzącemu, że może kontynuować. Nie wściekał się na przyjaciela, że nie trzymał się planu, bo sam, gdyby był na jego miejscu, pewnie postąpiłby identycznie. Chęć rozruszania Dominiki wydawała się najważniejsza, więc trzymanie się ustalonego wcześniej planu niekoniecznie było priorytetem.
- Skoro mamy już pewność, to chcemy, abyś wiedziała, że nie tylko my w Warszawie - zamaszyście wskazał dłonią na zebranych w studiu, co Dominika dzięki dobroci operatora mogła zobaczyć na ekranie - ale i inni są z tobą w tej trudnej sytuacji. Jeśli to nie problem, to wstań z łóżka i podejdź do okna - poprosił Rygiel.
Dominika niepewnie spojrzała na Julka, który podał jej ramię. Na ekranie już pojawił się widok spod toruńskiego szpitala, w którym przebywała dziewczyna, czego żadne z dwójki obecnych w sali nie zauważyło.
Z trudem podniosła się z łóżka, wykonując kilka kroków, jakie dzieliły ją od okien. Szewczuk wspierał ją, czując, że i on zaraz nie powstrzyma łez.
Stojący pod szpitalem ludzie patrzyli w okna na trzecim piętrze. Wysoko unosili transparenty z hasłami w stylu: "Kochamy Cię, Domi" czy "Bądź dzielna - jesteśmy z Tobą". Myśl, że ci ludzie są tu z własnej nieprzymuszonej woli, dodawała realizmu całej sprawie. Choć jeszcze niedawno myśleli, że ich fundacja jest malutka i nikomu nieznana, dziś mieli pewność, że społeczeństwo docenia to, co robią dla swoich Marzycieli. Bezinteresowna pomoc wracała teraz do nich ze zdwojoną mocą.
Dominika ledwie trzymała się na nogach. Oparta dłońmi o szybę patrzyła z niedowierzaniem na to, co dzieje się przed szpitalem. W jej głowie nie mieściło się to, że ci ludzie są tu dla niej. I nie chodziło o to, że nie wierzyła w dobro ludzi. Wierzyła w nie od zawsze. Nie wierzyła jednak, że jej zdrowie, a nawet życie, może być dla kogoś ważne. A chyba było...
Osunęła się, lecz silne dłonie Julka złapały ją w talii. Pomógł jej dojść z powrotem do łóżka, by mogła odpocząć. Ostatnie dni sprawiły, że wyglądała jak wrak człowieka i ani Julek, ani Maciek nie wiedzieli, w jakim stopniu jest to spowodowane postępem choroby, a jak bardzo załamaniem dziewczyny i zamknięciem się w sobie.
Julek rozłączył kamerę, aby przypadkiem nikt nie ujrzał, w jakim stanie jest Dominika. W programach na żywo ciężko byłoby to wyciąć, a nadmiar emocji, jakie dziś ją spotkały, dał o sobie znać. Chłopak był przekonany, że najchętniej zamknęłaby teraz powieki, aby po raz pierwszy od trzech dni spokojnie zasnąć, lecz wiedział też, że nie zrobi tego, nim Maciek nie zejdzie z niebieskiej kanapy w warszawskim studio.
Warszawa, studio programu śniadaniowego
Podczas zapowiedzianej przerwy reklamowej większość Marzycieli opuściła studio. Na kanapie zostali już tylko Maciek, Matylda Nawrocka oraz Lilka, których dotyczył drugi punkt programu. Prowadzący wspólnie z reżyserem uznali, że lepiej, aby podczas apelu obecni byli tylko ci, których dotyczy sprawa. Według nich widok innych dzieci mógłby jedynie niepotrzebnie rozpraszać uwagę widzów, a tego przecież nie chcieli. Liczyło się, by trafić do jak największej liczby osób, co umożliwiał program Agaty i Mateusza. Każdego ranka ich rozmowy z zaproszonymi gośćmi towarzyszyły kilku milionom Polaków podczas śniadania, pracy czy odpoczynku.
- Po przerwie wracamy do państwa w nieco okrojonym składzie. - Rygiel zerkał wprost w oko jednej z kamer. - Jest z nami Maciej Turecki, Matylda Nawrocka i mała Lilka.
Operator pokazał siedzących na kanapie gości, aby widzowie nie mieli wątpliwości, że słyszeli już wcześniej te nazwiska.
- Lilka przez pewien czas mieszkała w domu dziecka. Jak to się stało, że trafiła do państwa domu? - Agata bez zbędnego przedstawiania zadała pytanie opiekunce dziewczynki.
- Wraz z Januszem, moim mężem, prowadzimy rodzinę zastępczą. Obecnie pod swoim skrzydłami mamy sześcioro dzieci; jednym z nich jest Lileczka. - Kobieta pieszczotliwie pogładziła dziewczynkę po ciemnych włosach. - Zawsze jest lepiej, gdy dzieci dorastają w normalnej rodzinie, jaką z mężem staramy się im stworzyć.
Prowadząca zdawała się poruszona słowami kobiety. Nie od dziś było wiadomo, że Bednarska ceni sobie ckliwe historie, a ta do takich należała. To właśnie ona i Mateusz dostawiali zazwyczaj tematy, w których należało wykazać się niesamowitą empatią. Rozmawiali z niepełnosprawnymi, ludźmi z depresją oraz rodzinami po stracie dziecka. Opowieść o dziewczynce z domu dziecka również należała do delikatnych, dlatego Maciek wiedział, że tylko oni mogą wesprzeć ich apel.
- Wiemy, że nie jesteście tutaj bez powodu. Fundacja Spełniacze chce zrealizować kolejne marzenie. Maćku, czy mógłbyś przybliżyć nam, czego ono dotyczy? - Agata grała w tej rozmowie pierwsze skrzypce, na co kolega po fachu wyraźnie jej zezwolił.
Dwa głębokie wdechy nie pomogły. Chłopak pobladł, ale przyczynę tego rozumiał tylko on sam. Dla obecnych z nim w studio było to zaskoczenie. Chyba nikt nie przypuszczał, że historia Lilki tak bardzo przypomina mu jego historię.
- Dostaliśmy list od Matyldy, w którym opisała sytuację Lilki. Napisała o tym, że są rodziną zastępczą dla dziewczynki, że mała ma siostrę, z którą ją rozdzielono, i że bardzo za nią tęskni - opowiadał pokrótce. - Choć marzenie nie było wypowiedziane stricte przez Lilę, Dominika wiedziała, że musimy im pomóc. Wiedziała, że dzięki tej historii jest szansa również dla mnie.
Prowadzący spojrzeli pytająco na chłopaka, nie do końca rozumiejąc, co ma na myśli. Z jego słów trudno było wywnioskować, czego dotyczyła owa szansa, dlatego postanowili w ciszy czekać na kontynuację wypowiedzi gościa.
- Ja także pochodzę z domu dziecka - wyznał łamiącym się głosem. - Też miałem siostrę, której nie widziałem od dziesięciu lat. Dziś Monika jest już pełnoletnia, a ja liczę, że kiedyś nasze drogi się zejdą.
Agata otarła łzę spływającą po policzku. Tym razem nie odwracała głowy, aby ukryć emocje. Opowieść Maćka była przepełniona autentycznością, a to ona i widzowie kochali w gościach najbardziej. Dzięki temu łatwiej było postawić się na miejscu osoby, okazać jej współczucie, podać pomocną dłoń.
- Dlatego z tego miejsca chciałbym prosić, aby każdy, kto może nam pomóc odnaleźć Tosię, siostrę Lilki, odezwał się do kogoś z naszej fundacji. Dziewczynka ma dziś sześć lat i przez jakiś czas przebywała w domu dziecka w Olsztynie przy ulicy Korczaka. - Na ekranie pokazało się jedyne zdjęcie, jakie udało się zdobyć Nawrockim, na którym dziewczynki były razem. - Z tego też miejsca proszę, aby pomogli państwo również mnie. Chcę odnaleźć Monikę i zakończyć zmowę milczenia okraszoną tłumaczeniem typu ochrona danych. - Z kieszeni wyjął zdjęcie, na którym stał obok siostry.
Operator przybliżył fotografię, aby każdy widz mógł ją dokładnie zobaczyć.
- Monika w tym roku skończy dziewiętnaście lat. Urodziła się jedenastego października w Krakowie i przez niespełna rok mieszkała w domu dziecka w Szamotułach. Stamtąd ją adoptowano, kiedy miała niespełna dziewięć lat. - Maciek zwracał się z prośbą o pomoc bezpośrednio do kamery.
Toruń, szpital Bielany
Dominika nie przypuszczała, że Maciek odważy się wspomnieć o siostrze na wizji programu śniadaniowego. Do tej pory ciężko było go nakłonić do jakiejkolwiek rozmowy na temat przeszłości, a teraz znalazł w sobie odwagę, aby powiedzieć światu o swojej krzywdzie. I jeszcze prosić o pomoc.
Bez wątpienia ten apel przejdzie do historii programu. Dramatyczne opowieści najlepiej się sprzedawały, a połączenie poszukiwań Tosi, siostry Lilki, z marzeniem jednego z założycieli fundacji pokazywało, że każdy ma jakąś przeszłość.
Jeszcze pół roku temu, kiedy na kanapie siedziało troje studentów i ich profesor, widzowie odbierali ich jak wygranych. Wielu pewnie tworzyło opowieści o bogatych rodzicach, którzy umożliwili im rozwój fundacji, co nie było prawdą, lecz tak wyglądały polskie realia. Czyjś sukces tłumaczono znajomościami lub bogactwem, które ułatwiało wejście w dorosłe życie.
- Wiedziałaś? - Julek nie potrafił ukryć zaskoczenia.
Domi mrugnęła w odpowiedzi, co wystarczyło koledze. Rozumiał, że jest zmęczona i przejęta tym, co się wydarzyło, dlatego nie chciał zadręczać jej pytaniami, choć miał ich całkiem sporo.
Maciek rzadko opowiadał o przeszłości, a gdy już to robił, raczej dotyczyło to pasji, jaką były komputery. Czasem nawet zastanawiali się, dlaczego chłopak wybrał pedagogikę specjalną, skoro, jak sam powtarzał, to technologia kręciła go bardziej.
Nie zauważył, kiedy zasnęła. Musiało to nadejść w chwili, gdy on wspominał szczątkowe wypowiedzi Maćka o domu. Okrył ją kołdrą, cmoknął w policzek na pożegnanie i wyszedł z sali, aby mogła odpocząć.
Obudziła się po kilku godzinach. Spokój, jaki towarzyszył jej podczas snu, miał przydać się podczas walki z chorobą, którą postanowiła podjąć. Nawet nie dla siebie, nie dla Maćka czy Julka, ale dla dzieciaków wymagających ich pomocy, dla Marzycieli. To myśl o fundacji dodawała jej wiary, że pokona tkwiące w niej cholerstwo. Nie pozwoli mu zadomowić się na tyle, by wspólnie odeszli z tego świata. Za dużo miała tu jeszcze do zrobienia.
- Mama? - Jak przez mgłę widziała postać, która pasowała do rodzicielki.
Kobieta o długich blond włosach uśmiechała się nieśmiało, nie wiedząc, co powinna powiedzieć. Myśl, że dowiedziała się o chorobie córki z telewizji, a nie od niej samej, cholernie bolała. Raniła serce, wbijając w nie ostrze.
- Cichutko, kochanie, już nic nie mów. - Przytuliła swoją twarz do czoła Dominiki.
Trwała tak dostatecznie długo, żeby zrozumieć, że zawiodła. Na całej linii zawiodła nie tylko siebie, ale przede wszystkim córkę. Swoje jedyne dziecko, od którego wymagała, by spełniało jej wizję idealnego życia.
Nigdy nie były przyjaciółkami. Dominika nie zwierzała się z pierwszych miłości czy kłótni z koleżankami. Na bieżąco informowała o uzyskanych ocenach, bo tylko to interesowało matkę. Interesowało tak bardzo, że nie pytała o miniony dzień, ewentualnie o wynik kolejnego sprawdzianu. Widziała w córce potencjał, nieoszlifowany diament, jakim sama była w jej wieku.
- Wszystko będzie dobrze, przejdziemy przez to razem - wymawiane, jak mantra słowa kobiety, sprawiły, że Dominika znów miała ochotę płakać.
Nie pamiętała, kiedy matka okazała jej tyle czułości. Kiedy z jej ust padło słowo razem. Zawsze dzieliła je umiejętnie na ty i ja, gdzie sobie zawdzięczała wszystko, co córka osiągnęła, a jej zaś wypominała, ile jeszcze ma do zrobienia. Nigdy nie były w niczym razem! Nawet podczas jednego ze szkolnych festynów, na który zgłosiły się, by upiec babeczki. Było "ja zrobiłam" wypowiedziane stukrotnie przez matkę i "ty się nie postarałaś" powtórzone jeszcze częściej, gdy część babeczek się nie sprzedała.
Sytuacja sprawiła, że Dominika z trudem łapała powietrze. Obecność matki i jej jakże inne podejście spowodowały, że podstawowe funkcje życiowe wykonywane bezwarunkowo przez organizm okazały się czymś niezwykle trudnym. A najgorsza w tym wszystkim była świadomość, że to zasługa ciążącego nad dziewczyną wyroku. Balansu, jaki wykonuje nad otchłanią śmierci, której bała się spojrzeć w oczy.
- Dlaczego nam nie powiedziałaś? Przeszlibyśmy przez to razem. I pomyśleć, że gdyby nie... - Kobieta zaczęła łkać.
Po chwili próbowała dokończyć zdanie, jednak wyjaśnienie, że jedynie przypadek, iż tego dnia jedna z ciotek oglądała telewizję, gdzie ujrzała Dominikę, okazało się zbyt trudne. Może to wina emocji, jakie wypełniły po brzegi szpitalną salę, a może starsza z pań Kocoń najzwyczajniej w świecie bała się, co by było, gdyby nie dostała telefonu z pytaniem o stan zdrowia Domi. Sama rzadko, a nawet rzadziej niż rzadko kontaktowała się z córką. Głównie po to, żeby wypytać, czy zmądrzała, wyszła z młodzieńczego buntu, by w końcu wybrać odpowiednią dla siebie drogę na przyszłość.
Młodzieńczy bunt. Tak matka określała jej samodzielne wybory. Kiedy dowiedziała się, że córka zamiast na medycynę, prawo czy architekturę, o której rozmawiali podczas niedzielnych obiadów, dostała się na pedagogikę specjalną, nie kryła rozczarowania. Praca pedagoga według niej nie była ważna, a pedagogika specjalna to już dziwactwo. W specjalności wybranej przez Dominikę doszukiwała się jedynie buntu. I na nic były tłumaczenia, że to pedagodzy pozwolili jej dojść w miejsce, w którym była. Na nic opowieści o pasji do pracy z ludźmi i spełnianiu się w pomocy najsłabszym jednostkom.
Cisza panująca w pomieszczeniu zwiastowała spokój. Coś, na czym obu paniom Kocoń zależało. Choć dzieliło je wciąż wiele, to teraz zdawały się przekroczyć niewidzianą dotąd barierę.
Przyjście Maćka sprawiło, że Dominika się rozpromieniła. Nie chodziło nawet o tęsknotę, bo kilka godzin rozłąki to drobnostka w porównaniu z tym, czym byłaby utrata życia. Dziewczyna mimo odczuwanej słabości uniosła się delikatnie na łokciach, dając tym samym znak chłopakowi, żeby ją pocałował. Widok jej mamy krępował go na tyle, że gdyby nie choroba i chęć sprawienia przyjemności ukochanej na pewno zrezygnowałby z czułego z powitania.
- Jestem z ciebie taka dumna - wypowiedziała słabo.
Oczy Maćka błyszczały. Pełne dotąd smutku i tajemnicy źrenice nabrały nowego życia, jakim widocznie było zmierzenie się z historią. Ukrywane dotąd emocje, wydarzenia z przeszłości już nie były tak wielkim problemem, jak jeszcze kilka dni temu. Czuł, że nie jest z tym sam, i to było najpiękniejsze.
- Dzwonił do mnie Keller.
Już po tonie głosu rozpoznała, że chłopak chce przekazać dobre wieści.
- Znaleźliście Tosię?
Nieznane od trzech dni pokłady euforii pozwoliły Dominice unieść się jeszcze wyżej. W głowie tworzyła już plan, jak, kiedy i gdzie dziewczynki spotkają się ze sobą po długiej rozłące. Żałowała jedynie, że z racji problemów zdrowotnych ominie ją ten wyjątkowy dzień. Po raz pierwszy od czasu, gdy utworzyli Spełniaczy. Pierwszy raz spełnienie marzenia miało odbyć się bez niej, ale musiała to zrozumieć, bo działo się tak z ważnego powodu. Ten jeden raz bez niej, aby w kolejnych mogła znów uczestniczyć.
Twarz Maćka lekko posmutniała, kiedy zorientował się, że będzie musiał poniekąd zawieść Dominikę. Dla niego, rzecz jasna, rozmowa z Kellerem na temat ulubionej studentki profesora dotyczyła priorytetowej sprawy, ale Domi wciąż na pierwszym miejscu stawiała dobro dzieciaków i dbanie o spełnienie ich marzeń.
- Jeszcze nie, ale na pewno będzie odzew - wyznał, ściskając jej dłoń. - Rozmawialiśmy o tobie.
- O mnie?
Szczere zdziwienie dziewczyny zaskoczyło jedynie jej matkę. Dla Maćka taka reakcja była typowa i chyba nawet zawiódłby się, gdyby Dominika uznała rozmowę o niej za konieczność.
Bacznie zerkał na straszą z pań Kocoń, domyślając się, że skromności Domi raczej nie odziedziczyła po matce. Już na pierwszy rzut oka widać było, że wygląd kobiety miał krzyczeć bogactwem i pieniędzmi, których, jak mawiała jej córka, wcale nie mieli tak wiele. Ale matka chciała, aby każdy odbierał ich za "wyższą ligę", co najwyraźniej się udawało.
- Keller obiecał pogadać z wykładowcami, abyś przez chorobę nie straciła semestru. Powiedział też, że uruchomił swoje znajomości i już jutro możesz jechać do Berlina, gdzie czeka na ciebie miejsce. - Maciek nie był w stanie ukryć radości w swoim głosie.
Profesor Keller wielokrotnie pomagał studentom w sprawach ich fundacji. Poniekąd to on ją zapoczątkował, więc nikogo na wydziale pedagogicznym nie dziwiła zażyłość z trójką studentów i zainteresowaniem ich problemami. Nawet oni sami bez trudu zwracali się w sprawach niecierpiących zwłoki lub dla nich niemożliwych do załatwienia o pomoc do wykładowcy. Nikt z nich nie wpadł jednak na to, że profesor z dziedziny pedagogiki specjalnej ma aż takie znajomości, by przyspieszyć operację. Owszem, Maciek liczył, że dzięki zebranej kwocie czas oczekiwania będzie krótszy niż w przypadku polskiego NFZ, ale nie sądził, że nastąpi to niemal natychmiastowo.
- Jutro? A co z Tosią? Co z Moniką?
- Kochanie wszystko może poczekać, teraz najważniejsza jesteś ty i twoje zdrowie. Nie możesz być tam sama, nie ma takiej opcji.
- Tak nie można! - W oczach Dominiki pojawiły się łzy.
Maciek nie chciał, aby to się stało, ale tym razem nie planował odpuszczać. Dominika nie mogła zostać sama ani przed, ani po operacji, nawet jeśli mieli inne ważne rzeczy na głowie. Nic i nikt nie był dla niego tak ważny jak ona.
- Ja pojadę z Dominisią. - Matka dziewczyny sama była zaskoczona propozycją, jaka padła z jej ust. - Będę tam z nią do czasu, aż wróci do zdrowia.
Nagła zmiana frontu kobiety i chęć jakiejkolwiek pomocy córce nikogo nie zdziwiły. Tak powinien zachować się rodzic, lecz dla Maćka oznaczało to tylko jedno. Wiedział, że dziewczyna choćby groźbą wymusi na nim pozostanie w kraju i czuwanie nad dalszym poszukiwaniem siostry ich Marzycielki Lilki.
- Widzisz? - W oczach Dominiki pojawiła się wdzięczność. - Mama dotrzyma mi towarzystwa, a ty zostaniesz tu i będziesz pracował.
- Ale...
- Nie ma żadnego ale - przerwała mu. - Proszę, byś poszedł po lekarza. Chciałabym wrócić do domu, żeby się spakować.
- Domi, to nie jest dobry pomysł. - Maciek sądził, że najlepszy dla dziewczyny będzie wyjazd bezpośrednio do kliniki.
- Dominiczko, Maciek ma rację.
Chłopaka ucieszyło, że kobieta wstawiła się za nim. Doskonale zdawał sobie sprawę, że nie jest to oznaka sympatii, bo tej absolutnie się nie spodziewał. Dla matki Dominiki zawsze był zbyt biedny i zbyt słabo wykształcony, aby móc zapewnić jej córce życie, jakie dla niej zaplanowała.
- Ale pójdę do lekarza i powiem mu, że załatwiliśmy operację.
Wyszedł z sali, zostawiając kobiety same. Poszedł odszukać lekarza, który mignął mu wcześniej na korytarzu.
27 maja 2017 roku
Maciek nawet nie przypuszczał, że zebranie pieniędzy na operację to nie wszystko, co będą musieli zrobić. Liczył, że Dominika pojedzie do kliniki specjalnym transportem, a nie samochodem mamy Julka.
I pomyśleć, że Domi zabroniła mu zawieźć siebie do Berlina, wymawiając się oczekiwaniem i sprawdzaniem wieści dotyczących Marzycielki, jakie miał jej przekazywać na bieżąco. Dogadała się z Julkiem, który zgodził się być kierowcą, użyczając do tego samochodu matki. Według Dominiki sprawę marzenia Lilki mógł załatwić tylko sam Maciek, co musiał jej przysiąc przed podróżą i nie docierało do niego, że zostawia ją, by sam zająć się pracą. Jego zdaniem sprawa odszukania Tosi mogła poczekać, o czym dziewczyna nie chciała nawet słuchać. Próby wytłumaczenia jej czegokolwiek kończyły się obrażoną miną, co potwornie bolało chłopaka. Wolał być przy niej, lecz wiedział, że gdyby postawił na swoim, ta obraziłaby się na amen, a tego przecież nie chciał.
Z trudem uszanował decyzję Dominiki i żegnając ją czule, obiecał zdawać codzienne relacje z poszukiwań, pod warunkiem, że będzie informowała go na bieżąco o stanie zdrowia. Smutnym spojrzeniem żegnał odjeżdżający spod szpitala samochód, nie do końca wiedząc, co ma ze sobą począć. Brakowało mu pomysłu na poszukiwania Tosi, bo Julek i Domi wypytali już obecnych wychowawców o wszystko, co chcieli wiedzieć, choć to niewiele dało. Jedynym ratunkiem był apel telewizyjny, lecz ten chwilowo nie przynosił efektów. Owszem nie sprawdzał jeszcze skrzynki mailowej fundacji, ale wiedział, że powaga sprawy raczej wskazywała na dzwonienie pod podane na stronie numery telefonów niż pisanie listów elektronicznych.
Wrócił do mieszkania, w którym panowała cisza. Współlokatorów musiało nie być w domu albo specjalnie udawali, że ich nie ma, czekając na jego ruch. Oni także dowiedzieli się o wszystkim z telewizji, co bez wątpienia nie było normalne. Pewnie spodziewali się, że Maciek usiądzie z nimi i powie osobiście o problemach, ale tak się nie stało. Musiały im wystarczyć wieści usłyszane w programie śniadaniowym, do których i tak każdy dodawał swoje trzy grosze.
Odpalił laptopa, by zająć myśli pracą. Urządzony przez Dominikę skromny pokoik nie ułatwiał odejścia w chwilowy stan zapomnienia. Wszystko przypominało mu dziewczynę. Pachniało nią, wręcz kazało pamiętać.
Okazywanie słabości zawsze tłumaczono chłopakowi w sposób, jakiego Dominika nie rozumiała. Dla niej była to niemal oznaka człowieczeństwa, dla niego pozbawienie męskości. To właśnie wbijano mu przed laty do głowy, gdy w jego oczach pojawiały się łzy.
Tym razem nie wstydził się łez. Pozwolił im płynąć, licząc, że poczuje się lepiej. Że wraz z nimi uleci ból, jaki dusił w sobie, i ta cholerna niepewność. Coś, na co wpływ miał już tylko los, bo nawet doświadczenie lekarzy nie mogło dać pewności, że operacja się uda.
Przez ostatnie dni, oprócz czuwania przy Dominice i prowadzenia zbiórki, Maciek przeczytał wiele na temat raka jelita grubego i rekonwalescencji po operacji, jaka była jedyną możliwością pozbycia się choroby. Zgłębiał informacje wraz ze statystykami, którym wierzył najbardziej. Wiedział, że nigdy nie było stuprocentowej pewności, ale w tym wypadku pragnął, aby dane właśnie to wykazały. Niestety, tak się nie stało, bo Maciek z każdym kolejnym artykułem miał więcej wątpliwości. Niby chciał, żeby Dominika wyzdrowiała i zaczęła żyć jak dawniej, lecz widok hasła "komplikacje" przyprawiał go o dreszcze.
Zajął się przeglądaniem poczty, w której, ku jego zaskoczeniu, pojawiło się sporo wiadomości. Widać ludzie w przeciwieństwie do niego woleli ten środek komunikacji, bo on sam wybrałby zdecydowanie telefon. Rozmowę, podczas której od razu mógł dopytywać i poznać odpowiedzi, a nie oczekiwać na kolejnego maila.
Konsekwentnie zaczął od dołu. W kwestii elektroniki był perfekcjonistą i nie działał przypadkowo. Skoro mail przyszedł szybciej, powinien szybciej uzyskać odpowiedź. I choć nadawca o tym nie wiedział, to Maciek zawsze właśnie tak podchodził do sprawy. "Pierwszy, niekoniecznie lepszy" mawiała mu regularnie Dominika, która radziłaby, żeby patrzył na tematy. Według niej to one zdradzały intencję i na nich powinno się skupić, wybierając kolejność. Jeszcze inaczej do spraw sprawdzania służbowej poczty podchodził Julek. On wybrał metodę "zostawiam to Dominice i Maćkowi", w ogóle nie korzystając z maila Spełniaczy.
Zaskakująca większość wiadomości okazała się gratulacjami dotyczącymi występu w telewizji oraz życzeniem powodzenia w poszukiwaniach. Niemal każdy mail zawierał w sobie oczywiście adnotację o modlitwie za życie Domi. Zaskakujące, jak wielu ludzi w chwilach zwątpienia szukało pomocy u Boga. Nie dziękowali za to, co mają, lecz uciekali się do niego podczas kłopotów.
Cierpliwie klikał w klawiaturę laptopa, aby sklecić krótkie podziękowania za dobre słowa, za modlitwę, za wszystko. W jego mniemaniu każdy z nadawców mógł w przyszłości stać się ich sponsorem, dlatego już dziś należało o niego walczyć. Okoliczności zdawały się mało sprzyjające, ale zabicie czasu w tej chwili pozwalało mu przetrwać.
Dopiero kiedy pośród maili dostrzegł krótką, lecz rzeczową wiadomość od kobiety podpisującej się tajemniczo Nana, jego serce zabiło szybciej. Podpis dawał sygnał, że wieść może okazać się fejkiem, ale trzy zapisane słowa od teraz zajęły jego myśli. "Znam Monikę. Nana". Czytał to po raz tysięczny, próbując doszukać się czegoś między wierszami wiadomości. Odpisał nadawcy, prosząc jedynie o numer telefonu. Nie mógł czekać na przyjście kolejnych i jeszcze kolejnych maili, gdy w czasie minutowej rozmowy mógł dowiedzieć się wszystkiego.
Kliknął wyślij, a potem zamknął klapę laptopa. Padł na kolorową poduszkę, kupioną przez Dominikę podczas zakupów w bydgoskiej Ikei, i wpatrywał się w sufit. Czuł się jak zaklęty, zahipnotyzowany i jedynie dudniące w piersiach serce było oznaką tego, że wciąż żyje.
Berlin
Julek przyciskał regularnie pedał gazu, mając gdzieś fotoradary. Każda minuta była cenna, kiedy chodziło o życie Dominiki. Mimo iż ta zdawała się wyglądać lepiej, on wolał nagiąć przepisy i dowieźć ją na miejsce szybciej, niż wskazywała nawigacja.
Planował zostać z nią w mieście. Wynająć pokój w pobliskim hotelu, który upatrzył sobie dzień wcześniej na stronie internetowej. I pewnie powiedziałby jej o tym zaraz po wyjeździe z Torunia, lecz nie miał odwagi. Dziewczyna niemal całą drogę powtarzała, że bez niej mamy działać ze zdwojoną mocą i nie tylko odnaleźć siostrę Lilki, lecz także pomóc innym z listy. Miał nadzieję, że gdy jej noga przekroczy próg szpitala, sama poprosi przyjaciela, aby z nią został. Był jej na pewno bliższy niż matka, która dopiero dowiadując się o chorobie córki, wykrzesała z siebie coś, co ludzie nazywają instynktem macierzyńskim. Dotąd zaginionym, głęboko ukrytym, a może nawet nieobecnym w ogóle.
W nowoczesnym budynku, w który mieściła się klinika, już czekało na Domi łóżko. Lekarz na wstępie wyjaśnił, że muszą zrobić kilka badań, choć szpital z Torunia przesłał im całą dokumentację krótkiej, aczkolwiek intensywnie postępującej choroby dziewczyny. Jedna z pielęgniarek wskazała salę, gdzie Domi miała odświeżyć się po długiej i męczącej podróży, nim zabiorą ją na zalecone badania.
- Jedź już. - Nie pozwoliła mu wejść do sali, zabierając z jego dłoni torbę. - Maciek cię potrzebuje.
- Ty mnie potrzebujesz - wyznał, bo naprawdę tak myślał.
Nie mógł przyznać się do uczuć, jakie tłumił w sobie, ale nie wiedział też, czy potrafi je ukryć. Żyć, jak wcześniej, udając, że łączy ich jedynie przyjaźń.
- Nie chcę, byś patrzył na mnie, kiedy...
Przytulił ją mocno, rozumiejąc, że wybór matki jako towarzyszki był zamierzony. Nie chodziło tylko o fundację. Ona nie chciała, aby pozostała dwójka widziała ją pewnie w najgorszym z możliwych życiowym momencie. Wolała, by mieli przed oczyma uśmiechniętą Dominikę, a nie cień człowieka, jakim według siebie miała się stać.
- Już nic nie mów. Zatrzymam się w hotelu obok, a kiedy zmienisz zdanie, przyjdę, by być przy tobie.
Uniosła wzrok, chcąc spojrzeć mu prosto w oczy. Pełne lęku tęczówki Julka uświadamiały jej, że postępuje odpowiednio. Tak, jak to sobie zaplanowała, choć wcześniej miała zostać zupełnie sama.
- Nie zmienię zdania. - Stanowczość w jej głosie sprawiła, że Julka przeszedł dreszcz. - Jedyne, co możesz dla mnie teraz zrobić, to wrócić do niego. Pomóż mu! Pomóż mu z Tosią i z Moniką - dopowiedziała tym samym, kategorycznym tonem. Taki miała plan dla przyjaciela. - Proszę... - dodała spokojniej.
Nie miał wyboru. Ruszył w głąb długiego korytarza wprost do wyjścia z kliniki. Słowo Dominiki było dla niego najważniejsze, nawet jeśli oznaczało to, że nie będzie go przy niej w najtrudniejszym momencie.
28 maja 2017 roku
Twarz Maćka zdradzała zmęczenie. Przespana noc niewiele dała, bo troski, jakie ogarniały jego myśli, nie malały, a wręcz przeciwnie, każdego dnia rosły. Dominika była coraz bliżej operacji, która miała zostać przeprowadzona po otrzymaniu ostatnich badań, a tajemnicza Nana nie odpisała na wiadomość.
Ponownie planował zasiąść do przeglądania firmowej poczty. Dokończyć odpisywanie na wieści od obcych mu ludzi. Tak też było z nadawcą wiadomości, która nim wstrząsnęła. Sprawiła, że zatrzymał się na chwilę, by nabrać tchu i uspokoić dudniące niczym bęben serce.
Pojawienie się w mieszkaniu Julka przerwało mu pracę. Otworzył drzwi i wpuścił przyjaciela do środka.
- A co tu tak cicho? - zagadnął Julek na wstępie, zaskoczony panującą w mieszkaniu ciszą.
- Chyba czekają, aż pójdę wypłakać im się w rękaw.
Choć nie miał pojęcia, co spowodowało, że w gwarnym zawsze mieszkaniu nagle zaległa cisza, to trafił w sedno. Program śniadaniowy, a właściwie wieści przekazane przez Maćka, dla współlokatorów okazały się przeklętym combo. Choroba Dominiki, wieść, że kumpel wychowywał się w domu dziecka i od dziesięciu lat nie miał kontaktu z siostrą. Mało kto był w stanie wykrzesać w takich sytuacjach coś więcej niż "przykro mi, stary", co przecież było najgorszą z możliwych reakcji na przekazane informacje.
- Dziwnie wyszło w tym TV, sam byłem w szoku, ciężko jest mi cokolwiek powiedzieć - tłumaczył Julek swoje myśli dotyczące wyznania Maćka.
Mógł być zły, że dzięki rozpoznawalności fundacji i nawiązanym znajomościom Maciek zdecydował się pomóc sam sobie, ale nie należał do takich osób. Przyjaźń stała znacznie wyżej w jego hierarchii niż cokolwiek innego. Wyżej nawet niż miłość do Dominiki. Dziewczyny idealnej, z którą nawet nie śmiał pragnąć być. Przez Maćka, właśnie przez niego.
- A jak Domi? Mnie gadała o jakichś badaniach i wydawała się nawet w formie. Cieszyła się czasem spędzonym sam na sam z matką, choć ja nie jestem przekonany, czy to dobry pomysł. Ale uparła się, a sam wiesz, jaka ona jest...
- Oj, wiem - przyznał Julek, zamykając drzwi pokoju. - Wczoraj zaproponowałem, że zostanę, lecz wyrzuciła mnie, nawet nie słuchając tego, co chcę powiedzieć. Tłumaczyła, że mam ci pomóc z Tosią, z Moniką i zająć się innymi marzeniami.
Umilkł, żałując, że wspomniał o siostrze przyjaciela. Samo opowiedzenie światu o problemie nie znaczyło, że się z nim pogodził. Że nagle się otworzy i zacznie sklejać wspomnienia w historię, jaką Julek chętnie by poznał. Lecz to czas decydował o rzeczach, które dziś go ciekawiły, a już niedługo miały się stać zamkniętym rozdziałem w życiu kolegi. Ułożonymi puzzlami z pięknym, aczkolwiek bolesnym wspomnieniem.
- Cała Domi, tylko inni, a gdzie w tym wszystkim czas dla niej. Teraz ona powinna być najważniejsza. - W głosie Maćka słychać było nutę smutku.
- I jest najważniejsza! Wiesz, że ona robi to właśnie dla siebie. - Kolega postanowił podzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat zachowania przyjaciółki. - Nie chce, abyśmy widzieli ją w stanie, który dla niej jest czymś nieznanym i pewnie przerażającym. Dlatego powinniśmy zrobić to, o co prosi, mając cały czas na uwadze jej zdrowie.
Maciek otworzył maila, który dzień wcześniej wywołał w nim lawinę emocji. Poznanie zdania kolegi mogło zabrać mu marzenia, ale wolał chyba zejść na ziemię dostatecznie prędko, niż się łudzić, że tak szybko udało się odnaleźć po latach jego siostrę.
Dziesięć lat to jednak szmat czasu. Z małej dziewczynki Monika stała się kobietą i wcale nie musiała przypominać postaci ze zdjęcia. Mało kto poznaje siebie, a co dopiero innych na starej, w dodatku lekko zniszczonej fotografii. Zapisanym na kartonie wspomnieniu, którym Maciek wciąż żył.
- Muszę ci coś pokazać, chcę poznać twoje zdanie.
Treść maila zaskoczyła Julka tak samo, jak Maćka. Na zmianę spoglądali na siebie i na tę krótką, aczkolwiek niosącą jasny przekaz wiadomość od niejakiej Nany.
- Odpisz jej - zachęcił Szewczuk.
- Odpisałem i cisza - wyznał spokojnie Maciek. - Sądzisz, że to może być fejk?
W głowie Julka faktycznie powstało takie domniemanie, lecz nie chciał się nim dzielić z przyjacielem. Nadzieja w życiu pozwala lepiej odbierać świat. Bez niej giną nie tylko marzenia. Bez nadziei serce jest tylko zwykłym organem, bo to ona daje początek innym uczuciom, jakie w nim się skrywają. I to właśnie nadziei potrzebował teraz Maciek, Julek nie miał co do tego wątpliwości.
- Myślę, że trzeba poczekać na odpowiedź. Nikt tak z czapy nie pisze takich rzeczy, stary. - Przez chwilę się zastanawiał, czy brzmi wiarygodnie. - W każdym działaniu jest sens. Dominika zawsze mi tak powtarza, a jak wiesz, jej IQ na pewno jest wyższe niż suma naszych.
- Nie przesadzaj - zaśmiał się Maciek, choć także uważał, że wiedza jego dziewczyny daleko przewyższa podstawową.
- A co mamy w sprawie Lilki i Tosi? Ktoś coś napisał? - Zaciekawił się Julek.
Zmiana tematu miała na celu odgonienie niepokojących myśli, jakie chodziły im po głowach. Żaden z nich nie powiedział tego głośno, ale temat choroby dziewczyny przyprawiał ich niemal o mdłości.
- Niewiele, znaczy, nie przeczytałem wszystkiego, ale większość maili, na które odpisałem, związanych było z gratulacjami i... - Nie wiedział, jak powiedzieć o chorobie Domi, tak by nie bolało. - Zresztą sam zobacz, a ja skoczę do kuchni i zrobię coś do jedzenia. Przysmak świętokrzyski?
Niecodzienna propozycja, jaka padła z ust wysportowanego i dbającego o zdrowie Maćka, została miło przyjęta przez towarzysza. Od rana aż dotąd nie myślał o jedzeniu. I nawet to, że wspomnianemu smażonemu przysmakowi bliżej do przekąski niż treściwego śniadania, nie miało żadnego znaczenia. Zawsze lepiej zjeść coś niezdrowego niż nic nie zjeść. Z pustym żołądkiem nie dało się pracować, a przed nimi zadania się piętrzyły.
- To skoczę zrobić michę żarcia, a ty przejrzyj te maile i odpisz, jak już odczytasz, a nie jak zawsze.
Perfekcyjność to chyba główna cecha, jaka łączyła Maćka i Dominikę, choć dotyczyła zupełnie innych dziedzin. On wymagał perfekcji w tabelkach, słupkach, prezentacjach czy odpisywaniu na otrzymane wiadomości, u niej perfekcja zawsze dotyczyła kontaktów międzyludzkich. Często trudnych do zrozumienia, ale zawsze związanych z człowiekiem. Bo to właśnie druga osoba była dla Dominiki najważniejszym punktem zaczepienia.
Woń podgrzewanego oleju unosiła się w całym mieszkaniu. Pozostali współlokatorzy musieli ją czuć, lecz żaden z nich nie raczył wynurzyć się ze swojego pokoju.
Julek zaczął jeździć strzałkami w górę i w dół, nie wiedząc, od którego maila zacząć. Skupiał uwagę na nazwiskach, choć te nie zawsze widniały w polu, gdzie zazwyczaj ukazywały się dane nadawcy. Bez logicznych wytłumaczeń postanowił zacząć przeglądanie maili od najświeższych, tych z dzisiejszą datą.
Pierwszy z nich dotyczył tego, o czym już wspomniał Maciek. Julek kliknął odpowiedz, po czym grzecznie podziękował za zainteresowanie zdrowiem przyjaciółki, dodając, że na stronie fundacji postarają się na bieżąco informować, co dzieje się z Dominiką. Dumny z siebie kliknął przycisk wyślij, najpierw kopiując treść, by móc wykorzystać ją w kolejnych odpowiedziach na wiadomości, których na poczcie pozostało jeszcze kilkadziesiąt.
Zaciągnął się powietrzem pachnącym jedzeniem, reagując na głośny dźwięk burczenia w brzuchu, jakby chciał w ten sposób oszukać organizm, dając mu się najeść samym zapachem. Ku zaskoczeniu chłopaka burczenie tylko się nasiliło, a jedyne, co sprawiało, że na chwilę zapominał o głodzie, było kliknięcie kolejnej wiadomości.
Czytał zapisane nieskładnie słowa, otwierając coraz szerzej usta ze zdumienia. Sam nie wiedział, czy widok treści bardziej potwierdził obraz fejkowej wizji, jaką snuł Maciek, czy ją obalał.
- Maciek, chodź tutaj!
W rondlu z rozżarzonym olejem rosły ostatnie okienka. Kilka wcześniejszych porcji leżało w misce, wyłożonej na spodzie papierowym ręcznikiem mającym wchłonąć nadmiar tłuszczu.
- Jeszcze jedna partia i idę - odkrzyknął chłopak z kuchni.
- Teraz!
Maciek wybiegł, by czym prędzej dowiedzieć się, co było tak ważne, że nie mogło poczekać raptem dwóch minut.
Julek odwrócił ekran, tak by chłopak od razu zobaczył treść wiadomości. Dał mu czas na zapoznanie się z jednym dość złożonym zdaniem, które dalekie było od odpowiedzi na prośbę Maćka.
- Co to ma, kurwa, znaczyć? - Chłopak zdawał się nie rozumieć intencji nadawcy. - To brzmi jak bełkot dziecka, w dodatku takiego, które ma problem z pisaniem, bo caps lock wołał o pomstę za używanie go w środku słowa.
- Dobrze zaczęła. - Julek odniósł się do początku zdania, które faktycznie rozpoczynała wielka litera. - Ale potem coś ewidentnie nie pykło. Gdyby nie widok dwóch poprzednich wiadomości w konwersacji, w życiu bym nie pomyślał, że to odpowiedź na cokolwiek. Raczej...
- Średnio miłe podsumowanie mojego wczorajszego coming outu - zauważył Maciek.
Nie potrafił ukryć zawodu, jaki przyniosła mu wiadomość od Nany. Liczył na informacje o siostrze, jakie najprawdopodobniej miała kobieta, a dostał pstryczek w nos. W dodatku napisany niestarannie, bez logiki, bo jak można używać caps locka w środku słowa. To domena typowa dla dzieci i to niezbyt ogarniętych komputerowo, według niego.
- Czekaj, a może... - Kiedy pomyślał o dzieciach, zrozumiał, że to wcale nie one są na bakier z technologią.
One znały ją jak mało kto, więc może to ktoś, kto nie ma do czynienia z komputerem i mailem na co dzień. Starsze osoby przecież nie znają się na tym.
Spojrzał na Julka, który chciał się uśmiechnąć, lecz zamiast tego na jego twarzy pojawił się grymas.
- Powiedz, że wcale nie czuję, że coś się przypala, bo wyłączyłeś gaz?
- Kurwa mać! - Maciek wybiegł z pokoju i wpadł do kuchni.
Z ostatniej partii przysmaku świętokrzyskiego zostały czarne resztki, idealnie wkomponowane w spalone brzegi garnka. Wylał wszystko do zlewu i zalał saganek wodą wymieszaną z płynem do naczyń. Nie wiedział, czy taka mieszanka pomoże uratować rondel, ale uznał, że nie zaszkodzi spróbować.
Otworzył okno, aby wywietrzyć kuchnię. Lekki, przyjemny wiatr przewietrzył pomieszczenie, zabierając ze sobą smród spalenizny. Maciek przesypał wcześniej usmażone okienka do kolejnej miski, dodając do nich trochę soli do smaku, tak jak przyrządzali je czasem w domu dziecka, bo na chipsy rzadko było ich stać. Z opakowania tak zwanych okienek, dużo tańszego niż przysmak, na jaki nie mógł sobie wtedy pozwolić, wychodziło całkiem sporo porcji, co radowało wychowanków placówki.
Gdy wrócił do pokoju, Julek po raz kolejny wpatrywał się w ekran laptopa. Dołączył do niego, stawiając między nimi miskę, z której powoli wyjadali przekąskę, która musiała na dziś wystarczyć jako śniadanie.
- Zobacz, tu nawet interpunkcja leży, a ja nie jestem orłem w te klocki. - Julek wskazał palcem źle postawiony przecinek. - Wątpię, aby ktoś dojrzały wiekiem zrobił tak kardynalny błąd, nawet jeśli nie potrafi korzystać z komputera.
Trudny do obalenia argument wydawał się Maćkowi potwierdzeniem tego, że Nana, która widniała jako nadawca, robiła sobie jawne żarty jego kosztem.
Jeszcze raz odczytał powoli wiadomość, starając się wyszukać w niej coś, co obali tezę kolegi. Niestety napisany niepoprawnie mail o kpiącej treści: "Ckliwy apEl Ale, dzIała nAwet prowadząCy Byli w szoku żE Dałeś raDę poDbić soBą ich słupki. Nana", nie przynosił odpowiedzi, która świadczyłaby, że Nana wie coś na temat Moniki, jak wcześniej sugerowała.
- Pieprzeni hejterzy. - Uderzenie w niewielki stół na pewno słyszeli wszyscy obecni w mieszkaniu lokatorzy. - Żerują na innych, a potem jawnie kpią z ich uczuć. Wiedziałem, że tak się może stać, ale liczyłem na to, że ludzie okażą się jednak ludźmi, zważywszy na to, co robimy.
Wszechobecny ból, który mieszał się ze złością, wręcz krzyczał w słowach Maćka, co dla Julka było zrozumiałe. Sam miał ochotę napisać Nanie kilka dobitnych słów, lecz wiedział, że Maciek się na to nie zgodzi. Może gdyby nie chodziło o pocztę fundacji, lecz prywatną, może wtedy mógłby wylać z siebie to, co teraz trzymał w sobie, aby nie urazić kumpla.
- Nie mówmy o tym Domi, okej? - poprosił cicho Maciek, zabierając się jakby nigdy nic do przeglądania kolejnych wiadomości.
Czym prędzej chciał zapomnieć o okrutnym żarcie, jaki mu zafundowano. Sądził, że padł ofiarą modnych wśród młodzieży pranków, które nie liczyły się z uczuciami odbiorców. Skoro można było udawać przed matką, że zabiło się siostrę, to, czym było udawanie, że zna się poszukiwaną siostrę nieznanego gościa widzianego w programie śniadaniowym. "Jakie czasy, takie żarty", stwierdził z przykrością, nie wypowiadając tego na głos i aby zająć myśli, wgłębił się w kolejne maile zalegające w skrzynce.
30 maja 2017 roku
Niespodziewany przełom w sprawie Lilki w dniu operacji Dominiki nie mógł być przypadkiem. Julek tłumaczył to zrządzeniem losu, lecz dla Maćka informacja podana przez ponoć byłego pracownika olsztyńskiego domu dziecka powinna czym prędzej zostać poddana weryfikacji. Nie wierzył, że nagle po kilku dniach od emisji programu, w którym wygłosił apel dotyczący poszukiwania małej Tosi, ktoś z byłych pracowników zacznie szukać z nimi kontaktu. Pamiętał, że Dominika i Julek już badali ten trop i każdy z rozmówców tłumaczył się ochroną danych i przepisami. Dlaczego nagle niejaki Jacek Zalewski chciał się wyłamać?
Choć obaj zadawali sobie dziesiątki pytań dotyczących sprawy Marzycielki, to żaden z nich nie chciał ruszać tej sprawy przed końcem operacji, która właśnie trwała w Berlinie.
Siedzieli niespokojnie w pokoju Julka, wciąż wpatrując się w ekrany swoich telefonów. Nie mieli pewności, do kogo zadzwoni mama Dominiki, komu będzie chciała zdać relację, kiedy operacja dobiegnie końca. Gdyby nie oschły stosunek do Maćka, który według pani Kocoń nie nadawał się na męża dla jej córki, byłoby pewne, że to on jako pierwszy dostanie wiadomość. Wolał jednak się ubezpieczyć i mieć przy sobie Julka, bo w dniu wyjazdu do Berlina zauważył, że w stosunku do niego mama dziewczyny jest bardziej życzliwa, co właściwie go nie ruszało. Dla niego to Dominika była ważna. Ona i jej zdanie, które zazwyczaj, a nawet w większości nie pokrywało się z tym, co sądziła jej mama.
Nie liczył na wielkie pojednanie spowodowane chorobą córki. Uważał, że Dominika do odnowionego kontaktu z matką podejdzie z ostrożnością, o jakiej będzie wiedziała tylko ona. Zdobycie zaufania na nowo w przypadku dziewczyny należało do trudniejszych, niż zyskanie go na początku znajomości, o czym nie raz się przekonał. I choć Domi dla wszystkich była miła, to doskonale wiedziała, komu i w jakim stopniu może zaufać.
Głośna melodia wypełniła spory pokój. Przyjaciele spojrzeli po sobie i w jednej chwili na dźwięk telefonu znaleźli się obok.
- Już po? - zapytał Maciek, gdy tylko na wyświetlaczu przesunął zieloną słuchawkę. - Jak ona się czuje? Kiedy dojdzie do siebie? Śpi? Jest przytomna? - wyrzucał z siebie pytania.
Piorunujący wzrok Julka sprowadził go na ziemię. Nie zauważył w spojrzeniu kolegi nic złego, bo chyba tylko w ten sposób mógł na niego wpłynąć, aby pozwolił mówić pani Kocoń.
- Stan Dominiki jest stabilny. Lekarze są dobrej myśli, tłumaczą, że najbliższe godziny będą w jej przypadku miały ogromne znaczenie, co podobno jest typową formą zabezpieczenia w przypadku tak trudnej operacji - wyznała z wyraźną ulgą. - Lekarze usunęli fragment jelita, gdzie znajdował się guz. Mówili, że przy okazji wycięli kilka centymetrów zdrowej tkanki, aby ten nie powrócił, ale nigdy nie ma pewności.
Dwa głośne wydechy Maćka zdawały się odpowiedzieć na wszystko, co powiedziała mama dziewczyny. Nie tylko jej ulżyło, kiedy operacja dobiegła końca. To samo tyczyło się przyjaciół będących daleko od Dominiki, którzy martwili się o nią równie mocno, jak matka, a może nawet bardziej.
- Niech pani zadzwoni, jak tylko Domi się obudzi - poprosił Maciek, nim się rozłączył.
Kontynuowanie rozmowy z kobietą dalekie było od tego, co chciał zrobić. By dać upust emocjom, wpadł w ramiona Julka i w mocnym uścisku pozwolił sobie na łzy. Zresztą nie tylko on.
Dobre wieści z berlińskiej kliniki dały motywację przyjaciołom do działania w sprawie Lilki. I choć wstydzili się głośno do tego przyznać, to w tym momencie żaden z nich nie myślał, żeby odnaleźć Tosię ze względu na Marzycielkę. Ona teraz zeszła na dalszy plan. Pragnęli zrobić to dla Dominiki, by odwdzięczyć się jej za podjęcie walki z najgroźniejszym z rywali, jakich spotkała w swoim krótkim życiu. Walki z rakiem, którą zdawała się powoli wygrywać, o czym świadczył optymistyczny ton wypowiedzi pani Kocoń.
31 maja 2017 roku
Spokojni o zdrowie Dominiki, która dochodziła do siebie po ciężkiej operacji, postanowili odezwać się do człowieka mającego wieści na temat siostry ich Marzycielki Lilki. Mężczyźnie zależało na spotkaniu w ustronnym miejscu, najlepiej poza granicami Olsztyna. Tłumaczenie, że mógłby wiele stracić, gdyby ktoś dowiedział się, że to on jest informatorem, właścicieli fundacji nie obchodziło. Mogli spotkać się z nim gdziekolwiek. Liczyło się jedynie to, aby wieści, które Zalewski chce przekazać, okazały się na tyle ważne i wiarygodne, by móc ruszyć coś w sprawie Tosi.
Z samego rana wyruszyli do Dorotowa, gdzie w Hotelu Jabłoński, który wskazał Zalewski, mieli się z nim spotkać. W drodze zadzwonili jeszcze do Dominiki, aby zapytać, jak się czuje, specjalnie omijając temat fundacji. Chcieli zrobić jej niespodziankę. Co prawda nie mieli pewności, że informacje przekazane przez Jacka Zalewskiego pomogą w spełnieniu chyba najtrudniejszego marzenia, z jakim zmierzyła się dotąd ich fundacja. Według studentów zdecydowanie łatwiej szło załatwić nawet sporą pulę pieniędzy, niż odnaleźć kogoś, kto w zasadzie zdawał się przepaść jak kamień w wodę.
Wymienienie kilku zdawkowych zdań wystarczyło przyjaciołom, aby stwierdzić, że w słowach mamy Dominiki było wiele racji. Dziewczyna powoli dochodziła do siebie, a co najważniejsze odzyskała wiarę, której jeszcze niedawno jej brakowało. Mimo zmęczenia z radością mówiła o prognozach lekarzy. Według nich za dwa, trzy miesiące w ogóle zapomni, że miała raka. Owszem pamiątką po nim zostanie niewielka blizna i dieta, której będzie musiała przestrzegać, ale to w zasadzie żadne poświęcenie, jeśli mówiło się o ludzkim życiu. O jednej z niewielu rzeczy niemożliwych do kupienia nawet przez najbogatszych, bez względu na to, ile pieniędzy by za nie oferowali.
- Cieszę się, że tak szybko zebraliśmy środki. Kto wie, co by było, gdyby...
- Nawet nie kończ. - Maciek odwrócił wzrok od jezdni, aby spojrzeć na przyjaciela. - Nie zdążyłem ci jeszcze podziękować za to, że w porę mnie otrzeźwiłeś, planując całą zbiórkę, spotkanie w telewizji i w ogóle...
- Za to, że dałem ci w mordę też?
Maciek przypomniał sobie sytuację, do której doszło przed domem Szewczuków, kiedy szukał schronienia, bo wściekły na Domi za wieści, które mu przekazała, nie był w stanie na nią spojrzeć. Jeszcze wtedy sądzili, że za pogarszający się stan zdrowia odpowiedzialna jest ciąża, bo właśnie to podejrzewała dziewczyna. Dla Maćka perspektywa zostania ojcem w tak młodym wieku była przekreśleniem nie tylko marzeń, planów, lecz także całego życia.
- Od tego w sumie się zaczęło, więc dzięki, stary. Byłem głupcem i byłbym jeszcze większym, gdyby mnie przy niej wtedy nie było - wyznał.
Nie musiał dodawać, że także podczas postawienia diagnozy przez lekarza, dał się poznać jako głupiec. Na wieść o kosztownej operacji niemal wybiegł ze szpitala, zostawiając Dominikę samą. Znaczy z Julkiem, ale to on, jako jej chłopak, powinien trzymać jej dłoń i powtarzać jak mantrę, że wszystko się ułoży.
- Mam nadzieję, że nie będę musiał tego nigdy powtarzać. - Julek zacisnął dłoń i spojrzał na nią uważnie. - Do dziś mnie pobolewa od tego zamachnięcia. Twardy masz zgryz, stary. - Zażartował.
Śmiali się razem. Typowi faceci. Kiedy następowały wśród nich zgrzyty, po prostu dawali sobie po mordzie, a potem przechodzili do porządku dziennego, zapominając o zdarzeniu. Inaczej niż kobiety, które knuły przeciw sobie, mściły się i za żadne skarby nie pozwoliły zamieść sprawy pod dywan.
- To chyba ten, co? - Maciek wskazał spory żółty budynek, w którym według jego szacunków znajdował się hotel.
- Na pewno ten, kojarzę z Google'a. - Julek pokręcił głową, skupiając na sobie baczne spojrzenie kolegi. - No co? Przyzwyczaiłem się oglądać miejsca, do których jeździmy, wiesz, czasem chciałem błysnąć przed Domi... bez efektów oczywiście, bo ona też to zawsze robiła.
Maciek nie zadawał więcej pytań, rozumiał kolegę. To on przeważnie podróżował z Dominiką, kiedy Maciek zajmował się załatwianiem formalności ze sponsorami. Znał perfekcjonizm ukochanej i nawet nie dziwiła go wieść o tym, że ta zawsze sprawdzała uważnie miejsca, które musieli odwiedzić, żeby spotkać się z Marzycielami.
- Wysiadka, stary, mamy jeszcze trochę czasu, ale chyba czas coś wszamać - zakomunikował kierowca.
Na wspomnienie jedzenia Julek także zgłodniał. Nacisnął posłusznie klamkę i wysiadł z samochodu.
- Dziś nie było przysmaku na śniadanie? - Żartobliwe pytanie rozśmieszyło towarzysza, który zrównał się z Julkiem. - Myślałem, że ostatnimi czasy to standard w twoim wykonaniu, bo siłka to już chyba zapomniała, że na nią chodziłeś.
- I kto to mówi? - Maciek ścisnął dłonią nienaprężony biceps kolegi, aby poczuć się lepiej. - Ja przynajmniej robię sto pompek dziennie, a ty chyba tylko piszesz sto znaków do swojego licencjatu.
Julek zmierzył przyjaciela morderczym spojrzeniem.
- Nawet przy mnie, kurwa, nie wymawiaj hasła licencjat. - Mimo poważnej miny nie zabrzmiał poważnie. - Jestem pewien, że przełożę obronę na wrzesień, tylko nie wiem, jak powiedzieć o tym matce. Chciała, żebym poszedł dalej na APS1, a tam wyniki naboru na magisterkę w sierpniu. Nijak to nie pasuje do moich planów, ale teraz nie mam głowy, aby się bronić.
Milczenie ze strony Maćka dawało koledze jasny znak, że mimo sytuacji, jaka nastąpiła, ten wciąż ma w planie zaliczyć wszystko w pierwszym terminie i bronić się na początku lipca, jak zapowiadał Keller. Nie bez przyczyny to właśnie jego cała trójka wybrała na swojego promotora. Żadne z nich nie wyobrażało sobie pisać pracy u innego wykładowcy.
Weszli do hotelu, gdzie otoczyły ich odcienie turkusu. Wyrazista ściana, recepcyjna lada w podobnej tonacji, welurowe fotele w kącie i zdobiona poręcz dopasowana kolorystycznie, nad którą widać było ścianę wyłożoną geometryczną tapetą w podobnych odcieniach. Trudno było stwierdzić, czy owo wnętrze to dzieło dekoratora, czy raczej właściciela lubującego się w kolorach morza. Na pewno ocena, że wystrój hotelu należy do nudnych, byłaby krzywdząca i nieszczera. Tego obaj byli pewni.
- W czym mogę pomóc?
Rozglądali się po wnętrzu w poszukiwaniu drogi do restauracji, gdy zaczepił ich mężczyzna stojący za biało-turkusową ladą, nad którą widniał szyld hotelu.
- Szukamy restauracji, chcielibyśmy coś zjeść. Może małe śniadanie? - wyjaśnił Julek.
- Albo i niemałe - poprawił go Maciek.
Pracownika rozbawiło to drobne przekomarzanie się gości. Uśmiech na jego twarzy pojawił się jednak ledwie na sekundę, by po niej powróciła powaga, która nie wróżyła nic dobrego.
- Przykro mi, ale restaurację otwieramy dopiero o czternastej.
Nie potrzebowali więcej, aby poczuć, że ich żołądki zareagowały na słowa recepcjonisty równie gwałtownie jak oni. Wycofali się, aby poczekać na zewnątrz. Nie do końca rozumieli, po co Jacek Zalewski wybrał na miejsce spotkania przestrzeń, gdzie nawet nie można w spokoju usiąść, ale postanowili cierpliwie poczekać, co on powie.
Barczysty mężczyzna, na którego wpadli w drzwiach, od razu ich poznał. Dokładnie Maćka, bo to on był w telewizyjnym programie, ale Julka zdołał także prześledzić na portalach społecznościowych po regularnie dodawanych zdjęciach.
- Przepraszam, może się przejdziemy nad jezioro? - zaproponował, na co obaj studenci zareagowali zdziwieniem. - Jacek Zalewski - przedstawił się, jakby nie zauważając ich niezadowolonych min.
- Maciej Turecki i Julian Szewczuk - dokończył Maciek, podając dłoń mężczyźnie.
- Wystarczy Julek. - Drugi ze studentów także wyciągnął rękę w kierunku Zalewskiego. - I tak, przejdźmy w kierunku jeziora, bo niestety restaurację otwierają tutaj dopiero o drugiej.
Przez chwilę mierzyli wzrokiem barczystego mężczyznę, ubranego w elegancki garnitur. Przypominał pracownika SOP-u2. Sylwetka typowa dla ochrony i ten nienaganny wygląd przywoływały na myśl widziane w telewizji wydarzenia, podczas których tuż obok głowy państwa szli podobni do Zalewskiego funkcjonariusze.
Jezioro znajdowało się jakieś trzysta metrów od hotelu. Pokonali drogę w milczeniu, aż dotarli do niewielkiego skupiska stolików z dostawionymi do nich ławkami. Zajęli jeden z nich i postanowili bez ogródek przejść do sprawy, jaka sprowadzała ich na Mazury.
- Co za wiadomości wymagały aż takiej scenerii, żeby móc je nam przekazać? - Julek uśmiechnął się, aby mężczyzna nie odebrał jego pytania, jako czegoś niegrzecznego.
Maciek z wdzięcznością spojrzał na przyjaciela, który wziął na siebie ciężar rozpoczęcia rozmowy. Sam się zastanawiał, czy wypada od razu pytać o wiadomości, jakie mężczyzna miał dla nich w sprawie Tosi, czy może zacząć od grzecznościowych uwag o pogodzie. Rzadko brał udział w podobnych spotkaniach, bo to Julek i Domi zajmowali się tą częścią działalności fundacji. Jego zadaniem było pozyskiwanie sponsorów, w czym uznawał siebie niemal za specjalistę. Wiedział, do kogo i w jaki sposób uderzyć, aby uzyskać to, co chciał, ale nie zdawał sobie sprawy, jak poprowadzić rozmowę z człowiekiem, na którego temat zrobienie researchu wydawało mu się rzeczą zbędną. Jacek Zalewski miał być jedynie informatorem, a ta rola nie wymagała sprawdzenia, póki nie wiedział, czego w zasadzie miałby szukać.
- Dwa lata temu to ja byłem odpowiedzialny za adopcję Antoniny Lewandowskiej - wyznał spokojnym tonem. - Dziś dziewczynka nazywa się Krzyżanowska.
- Jest pan pewien? - Julek nauczył się, że informatorzy nie zawsze mówią prawdę.
Istniała szansa, że pomylił dziewczynkę. Małych Antoś, w dodatku Lewandowskich, mogło być naprawdę sporo, nawet w samym Olsztynie. Lewandowski to w Polsce dość popularne nazwisko, o czym świadczyła liczba polskich sportowców o takim właśnie nazwisku, których nie łączyły żadne więzy krwi.
Na dowód wypowiedzianych słów mężczyzna podał studentom telefon, by pokazać im zdjęcie dziewczynki. Nie było żadnej wątpliwości, że Antonina, o której mówi Zalewski, jest poszukiwaną siostrą Lilki. Były do siebie podobne, a Tosia wyglądała wręcz identycznie jak jej siostra na zdjęciu, które pokazano w telewizji. Ostatniego i chyba nawet jedynego zdjęcia sióstr Lewandowskich, jakie udało się zrobić w olsztyńskim domu dziecka przy Korczaka.
- Wie pan, gdzie mieszka rodzina Krzyżanowskich? - Julek najchętniej już teraz pojechałby do domu adopcyjnych rodziców Tosi.
- Tak, kiedyś byliśmy sąsiadami. Marek i Kamila nie mogli mieć dzieci, więc poprosili mnie o pomoc, a że pracowałem w ośrodku adopcyjnym, pomogłem im.
- Tosia mieszka w Olsztynie?
Wniosek, do jakiego doszedł Maciek, nie wydawał się niczym odkrywczym, jednak Julek słusznie zauważył, że informator użył w opowieści czasu przeszłego.
- Już nie. Jakieś trzy miesiące po adopcji Krzyżanowscy sprzedali dom i wyprowadzili się do Gdańska-Oliwy, czasem z żoną jeździmy do nich na weekend - wyjaśnił. - Na początku chcieli tu zostać, ale męczyły ich wyrzuty sumienia, dlatego postanowiłem się z wami skontaktować.
- Wyrzuty sumienia?
Choć zdziwiło to obu studentów, to Julek znalazł w sobie odwagę, aby dowiedzieć się więcej na temat nowych rodziców Tosi.
Czarnowidztwo opanowało głowy studentów, kiedy czekali na odpowiedź Zalewskiego. Nie mieli wątpliwości, że używając zwrotu "wyrzuty sumienia", nie można mieć na myśli niczego dobrego.
- Marek i Kamila od samego początku mówili o jednym dziecku. Nie chcieli rozdzielać sióstr, ale bali się, że nie poradzą sobie z dwójką dzieci z problemami, tym bardziej że Lilka sporo widziała i szansa, że zapomni, była mniejsza niż u niespełna trzyletniej Tosi. - Opanowany ton głosu sprawiał, że chętnie słuchało się opowieści Jacka. - Kiedy jednak Antosia trafiła do ich domu, okazała się innym dzieckiem niż podczas spotkań. Siedziała w kącie, tuląc do siebie misia, którego dostała od siostry, gdy widziały się ostatni raz. Nawet nie wiecie, jak wiele trudu Krzyżanowscy włożyli w to, żeby dziewczynka poradziła sobie z mglistą traumą dzieciństwa.
- Chce pan powiedzieć, że pańscy sąsiedzi mieli wyrzuty, że nie adoptowali obu sióstr? - zapytał Maciek, aby mieć jasność.
- Tak sądzę, bo wiecie, ich wizja rodziny zakładała dom z ogrodem, jedno dziecko i psa, ale gdyby Lilka była młodsza, to jestem pewien, że wzięliby obie dziewczynki. Bali się, że nie sprostają obowiązkom.
Studenci nie planowali oceniać zachowania adopcyjnych rodziców Tosi. To był ich wybór i mieli do niego prawo. Jeśli w grę wchodzi uszczęśliwienie jednej osoby lub żadnej, to wybór jest prosty. Nie tylko dla Maćka, Julka czy Krzyżanowskich, ale dla każdego rozsądnie myślącego człowieka. Szczęście, szczególnie dziecka, warte jest każdego poświęcenia. Nawet jeśli w tym przypadku ucierpiało inne dziecko, czego adopcyjni rodzice Tosi na pewno nie brali pod uwagę. Liczyli, że mała tak jak Tosia spotka na swojej drodze kogoś, kto zdoła odnaleźć w sobie więcej odwagi niż oni.
- Dam wam adres Marka i Kamili, oni wiedzą o naszym spotkaniu. Długo rozmawialiśmy na Skypie i wspólnie ustaliliśmy, że skoro poszukujecie Tosi, to znaczy, że sprawa jest pilna.
- Lilka jest teraz w rodzinie zastępczej, ale wciąż tęskni za siostrą. Często budzi się z krzykiem, wciąż się moczy i ciężko sprawić, aby choć na chwilę się uśmiechnęła, zapomniała o przeszłości - wyjaśnił Maciek zgodnie z prawdą.
Przygotowania do programu śniadaniowego Agaty Bednarskiej i Mateusza Rygiela, gdzie gościł kilka dni temu, nie poszły na marne. Dzięki nim mógł choć raz zabrać głos bez pomocy kolegi.
- Ale, dlaczego ta konspiracja? To całe spotkanie w ustronnym miejscu z dala od Olsztyna, skoro Krzyżanowscy o tym wiedzą? - dociekał Julek.
Niespecjalnie znajdował sens w potajemnym spotkaniu, skoro wszyscy zainteresowani byli wtajemniczeni. No może prócz Tosi, ale to nie dziwiło. Od takich rzeczy byli przecież psychologowie dziecięcy, z którymi pewnie Krzyżanowscy współpracują od dawna, zważywszy na opisywane problemy dziewczynki.
- Wiecie, jak to jest na małych, zamkniętych osiedlach. Ktoś z sąsiadów zauważyłby was w moim towarzystwie, skojarzył z telewizją i doszukiwał się powiązań, aż w końcu doszliby do Marka i Kamili - wyjaśnił. - Zaczęłoby się niepotrzebne gadanie i młodzi dostaliby wilczy bilet za rozdzielenie sióstr, a oni przecież chcieli dobrze. Nie każdemu da się pomóc, prawda?
Zgodnie kiwnęli głowami. Fundacja Spełniacze wydawała się potwierdzać tezę Zalewskiego. Tysiące listów, które dostali w tym roku od Marzycieli przerosło ich wyobrażenia, i już sama myśl, że chcą spełnić o wiele więcej dziecięcych marzeń niż rok wcześniej, nie wywoływała pełnej radości. Najchętniej spełniliby wszystkie prośby, ale niestety czas, fundusze i zaledwie trzyosobowy zespół uniemożliwiały wykonanie takiego zadania.
Tłumaczenie Zalewskiego wystarczyło im, aby zrozumieć jego decyzję. Sami pewnie nie pomyśleliby w ten sposób, ale on wykazał się troską i na wszelki wypadek zadbał o byłych sąsiadów. I choć nie zanosiło się na to, żeby Krzyżanowscy wrócili do Olsztyna, to on wolał zapewnić im czystą kartę.
- Kiedy dziewczynki mogłyby się spotkać? Jak sądzę, o tym pan też porozmawiał z byłymi sąsiadami?
Julek nie miał wątpliwości, że tak właśnie się stało. Spójność wypowiedzi Zalewskiego, spokojny ton oraz mowa ciała dawały jasny znak, że mężczyzna się nie stresuje. Przygotował odpowiedź na każde zadane przez nich pytanie i pewnie jeszcze wiele innych pytań, jakie według niego mogli zadać.
- Wiem, że nie ma dużo czasu, ale jutro wypada dzień dziecka. Marek i Kamila zawsze w ten dzień organizują grilla.
Spojrzeli po sobie i bez pytania Nawrockich wiedzieli, że ci zrobią wszystko, aby Lilka była szczęśliwa. Jeśli nawet mieli jakieś plany, to i Julek, i Maciek byli pewni, że któryś z opiekunów znajdzie czas i ochotę, aby być tego dnia z Lilką.
- To bardzo dobry pomysł - przyznał Julek, podając rękę mężczyźnie.
Ustalili jeszcze szczegóły, które studenci czym prędzej chcieli przekazać Nawrockim. Prosto z Dorotowa wybrali się do Olsztyna, chcąc zobaczyć reakcję Matyldy, dla której znalezienie Tosi od jakiegoś czasu było priorytetem.
1 czerwca 2017 roku
Siedzieli we czwórkę w samochodzie Maćka, kierując się zgodnie ze wskazaniem nawigacji. Matylda Nawrocka wpatrywała się w ciszy w pogrążoną we śnie twarz Lilki. W swojej wyobraźni widziała scenę, jaka nastąpi, gdy tylko dziewczynki się spotkają. Mimo upływu dwóch lat, które w przypadku dzieci często są wiecznością, ona czuła, że intuicyjnie dziewczynki zrozumieją, że są sobie bliskie. Czytała wiele pozycji dotyczących właśnie tego tematu, gdzie wyjaśniano, że takie spotkania wywołują bodziec, jaki są w stanie odczuć jedynie bliscy sobie ludzie. Między innymi siostry. Małe dziewczynki, które rozdzielono.
Dzień wcześniej z dystansem podchodziła do tłumaczeń, jakie przedstawili jej studenci. Brała to za wymówkę, lecz im dłużej myślała na temat postępowania Krzyżanowskich, tym bardziej ich rozumiała, odrzucając na bok żal. Dla nich celem było uszczęśliwienie dziecka, a nie unieszczęśliwienie Lilki, która nie miała tyle szczęścia, co siostra.
- Powinniśmy dotrzeć za piętnaście minut - poinformował Maciek, odczytując dane z nawigacji. - Czas chyba obudzić Lilkę.
Julek odwrócił się, aby spojrzeć po raz ostatni na śpiącą Marzycielkę. Żałował, że Dominika nie będzie mogła ujrzeć momentu, jaki w działaniu fundacji lubiła najbardziej. Oczu Marzyciela, kiedy okazywało się, że jego marzenie się spełnia. Tego samego, co wzruszało jego, choć nie chciał się do tego przyznać. Uważał, że wypełnione radością dziecięce oczy warte są więcej niż cokolwiek innego. I choćby miał zrezygnować z wielu dóbr, jakie dawało mu życie, to nie mógłby zrezygnować z widoku pełnych szczęścia różnokolorowych tęczówek ich Marzycieli.
- Liluś, Lileczko. - Matylda gładziła twarz dziewczynki, cicho wypowiadając pieszczotliwe wersje jej imienia. - Obudź się. Zaraz będziemy na miejscu.
- Niespodzianka? - zapytała śpiącym głosem mała, przypominając sobie słowa Matyldy, które ta wypowiedziała, kiedy wsiadali do samochodu.
Zaparkowali na podjeździe pod adresem podanym przez Zalewskiego. Widok mężczyzny, z którym studenci rozmawiali wczoraj, utwierdził ich, że nawigacja tym razem nie wyprowadziła ich w pole, co często miało miejsce.
Matylda niepewnym krokiem wyszła z samochodu, mocno trzymając rękę Lilki. Serce waliło jej jak oszalałe i pragnęła, aby dziewczynki czym prędzej się spotkały. By po dwóch latach na nowo poczuły coś, czego nie da się wyprzeć.
- Zapraszam, wszyscy są w ogrodzie. - Studentów lekko zdziwiło to, że Zalewski przyjął tak łatwo rolę gospodarza, ale rozumieli, że okoliczności, w jakich przyszło im brać udział, należały do nadzwyczajnych.
Nie co dzień ktoś chce wejść z butami w życie, które ktoś starał się układać na nowo. Wkładał całe serce, aby teraz znów ktoś roztrzaskał je w drobny mak. I nawet jeśli obrany cel był czymś, co już dawno powinno się stać lub w ogóle nie powinno nastąpić, to wciąż nie należało do najłatwiejszych.
Julek wyjął telefon, chcąc nagrać dyskretnie moment, w którym Lilka i Tosia ponownie się spotkają. Chciał, aby Dominika mogła poczuć, że była tu z nimi. By zobaczyła to, co według nich było cudowną nagrodą za każdą włożoną chwilę i cały trud w prowadzeniu fundacji.
- My będziemy się trzymać z boku. - Nim wcisnął przycisk nagrywania, jasno zaznaczył, że nie są tutaj, aby wprowadzić dodatkowe zamieszanie.
Dzisiejszy dzień należał do dziewczynek i tylko do nich. Dwóch do niedawna zagubionych dusz, które za chwilę miały spotkać się na nowo.
Julek uruchomił nagrywanie, ustawiając się w bezpiecznej odległości. Jacek Zalewski prowadził Matyldę i Lilkę w kierunku dziewczynki, obok której znajdowała się trójka dorosłych. Zapewne nowi rodzice Tosi oraz psycholog dziecięcej, o której obecności dzień wcześniej wspomniał mężczyzna.
Lilka w ogóle podchodziła do obcych z dystansem, ale bez obaw przytuliła dziewczynkę. Jedna z kobiet coś do niej mówiła, lecz mała zaczęła jeszcze mocniej tulić siostrę, która była bliska płaczu. Zebrani w ogrodzie dorośli przypuszczali, że przed nimi jeszcze długa droga, nim wszystko wróci do normy, ale widok spokojnej twarzy siedmiolatki kazał im być dobrej myśli.
Patrzyli kilka minut, jak młodsza z dziewczynek chwyta za rękę starszą, by zaprowadzić ją na niewielką zjeżdżalnię, na której siedział niewielki pluszowy miś.
W oczach Julka pojawiły się łzy. Otarł ręką twarz, znów czując dumę. Tym razem Spełniacze zrobili coś naprawdę ważnego, a może nawet najważniejszego od początków swojego istnienia. Pomogli odnaleźć się tym, których miłość przetrwa każdą trudność. Tak właśnie ocenił to, co łączyło z sobą rodzeństwa. Kogoś, kogo on w swoim życiu nie miał. On nie, ale jego przyjaciel tak i dlatego postanowił, że zrobi wszystko, by pomóc Maćkowi w odnalezieniu Moniki. Może nie dziś, nie jutro, ale wierzył, że ją znajdą.
Skuszeni obietnicą państwa Krzyżanowskich, którzy załatwili, że Zalewscy odwiozą Matyldę i Lilkę do Olsztyna, postanowili wrócić do Torunia. Odhaczyć kolejne zadanie z listy, lecz wcześniej Julek chciał wysłać film do Dominiki, aby mogła poczuć się jak oni. Łapać świat za nogi, nabrać swobodnie tchu, przed kolejnym zadaniem.
Kilka wysłanych emotek w kształcie serca na WhatsAppie, gdzie Julek udostępnił film, wystarczyło, aby się poczuł, jakby przyjaciółka była z nimi w tym ważnym dniu. Liczył, że już niedługo wspólnie pojadą poznawać kolejnych Marzycieli, jak kiedyś. Jednak zanim miało to nastąpić, nadszedł czas, aby zabrać się za realizację zadania wyznaczonego na czerwiec.
1 Akademia Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie.
2 Służba Ochrony Państwa.