Tęsknię do mamy
Krzyś stał w przedpokoju i patrzył, jak mama wkłada buty. Przytulił się do niej mocno, jakby chciał zatrzymać ją na zawsze. Mama pocałowała go w czoło, szepnęła coś czułego do ucha. Potem chłopiec usłyszał ciche trzaśnięcie zamka w drzwiach. Mama wyszła. Krzyś zacisnął dłonie w pięści, a potem wybuchnął płaczem. Łzy spływały mu po policzkach jak strumyczki po deszczu. Nie chciał się bawić. Nie chciał iść na spacer. Chciał tylko do mamy!
Dziadek, który siedział w fotelu, przyglądał się chłopcu z troską. Wstał powoli, podszedł do wnuka i przykucnął przy nim.
- Krzysiu, wiem, że bardzo tęsknisz za mamą - powiedział. - Zdziwiłbym się, gdyby tak nie było. Tęsknota to takie uczucie w sercu, które pojawia się, gdy kogoś bardzo kochamy, a nie możemy być z nim w tej chwili. Ale wiesz co? Mama wkrótce wróci. Poszła do pracy, gdzie pomaga innym ludziom. Ale mama zawsze potem wraca prosto do ciebie.
Krzyś pociągnął nosem i spojrzał na dziadka spod zmarszczonych brwi.
- Ale ja chcę, żeby mama była tu teraz!
Dziadek pogładził chłopca po głowie.
- Wiem, wnusiu. Może pomogę ci trochę w tym oczekiwaniu? - Uśmiechnął się tajemniczo. - Co powiesz na to, żeby dziś wyruszyć na kosmiczną przygodę? Polecimy razem na Księżyc!
Krzyś otarł łzy rękawem i spojrzał na dziadka z zaciekawieniem.
- Naprawdę?
- Oczywiście! - zapewnił starszy pan.
Obaj ruszyli do łazienki, która tego dnia zamieniła się w wielką halę montażową. Z ręczników przypiętych klamerkami do uchwytów szafki i grzejnika zbudowali kadłub rakiety. Sufit pojazdu podparli kijem od mopa, dzięki czemu czubek rakiety uzyskał charakterystyczny szpic. Potem otworzyli szeroko drzwiczki pralki - wyglądały jak prawdziwe okno na statku kosmicznym!
Usiedli we wnętrzu rakiety. Dziadek zrobił poważną minę i zaczął naśladować odgłos odpalania silników:
- Brrrrr... Wuuuu... Bzzzz! Trzy, dwa, jeden... Startujemy!
Chłopiec poczuł, jakby rakieta oderwała się od ziemi i wzbiła w niebo. Dziadek opowiadał, jak mijają złociste gwiazdy i kolorowe planety. Krzyś uśmiechnął się pierwszy raz tego dnia, choć jeszcze od czasu do czasu ocierał łzy, kiedy przypominał sobie o pożegnaniu z mamą.
Podróżowali w przestrzeni kosmicznej, a dziadek opowiadał tak barwnie, że aż trudno było uwierzyć w to, że obaj wciąż siedzą w łazience.
- Uwaga, uwaga, kapitanie Krzysiu! - wołał dziadek i podskakiwał na pupie, aż trzęsła się cała konstrukcja. - Przed nami roje miodowych asteroid! Trzeba uważać, bo mogą przykleić się do szyby!
Krzyś zaśmiał się, kiedy dziadek wyciągnął zza pleców drewnianą łyżkę i udawał, że to specjalne kosmiczne ramiona do odpychania asteroid.
- O nie! Wielka Planeta Zgniłego Brokuła nadciąga! - Dziadek chwycił się za głowę i udawał przerażenie. - Szybko, musimy zmienić kurs, inaczej będziemy jeść zgniłe brokuły na śniadanie, obiad i kolację!
Krzyś śmiał się już na całego. Chwycił szczotkę do włosów i udawał, że to ster rakiety.
- Lądowanie na Księżycu za pięć... cztery... trzy... - odliczał dziadek, przy czym robił śmieszne miny przy każdej liczbie. - Dwa... jeden... Bum!
W końcu ich rakieta wylądowała. Dziadek wstał i ruszył, dziwnie skacząc, w stronę wyjścia.
- Proszę uważać, kapitanie Krzysiu! Grawitacja tutaj działa inaczej! - wyjaśnił.
Krzyś się roześmiał i też zaczął podskakiwać. Udawał, że każdy krok jest jak wielki skok w dal. Nagle kątem oka zauważył coś małego i srebrzystego, co przemknęło po podłodze.
- Dziadku! Co to było?! - zawołał z przejęciem.
- Może... ufoludek? - odszepnął dziadek, rozglądając się ostrożnie.
Obaj zamarli w bezruchu, kiedy tajemnicze stworzenie wyskoczyło zza drzwiczek pralki i rzuciło się w stronę rakiety. Krzyś przyjrzał się uważnie... i wybuchnął śmiechem.
- To Luna! - zakrzyknął radośnie. - To mój kotek!
Rzeczywiście, przed nimi fikała Luna, która próbowała złapać kulkę ze srebrnej folii. Teraz toczyła ją po płytkach, jakby sama bawiła się w księżycową przygodę.
Dziadek roześmiał się razem z Krzysiem i powiedział:
- No widzisz, nawet na Księżycu można spotkać kogoś bliskiego!
Usiedli razem przy swojej rakiecie, a dziadek wyciągnął coś spod ręczników.
- Spójrz, kapitanie - powiedział i rozwinął przed Krzysiem mapę. - To nasza kosmiczna mapa Ziemi! A tutaj - dziadek wskazał palcem - jest nasz dom. Widzisz?
Krzyś pochylił się z zaciekawieniem.
- Tu jest twoje przedszkole, tu dom mój i babci, a tutaj - dziadek przesunął palec kawałeczek dalej - jest miejsce, gdzie teraz przebywa mama. To budynek, w którym pracuje.
Krzyś zmarszczył czoło, a potem szeroko otworzył oczy.
- To tak blisko? - zapytał zdziwiony.
- Bardzo blisko - potwierdził dziadek. - Mama nie poleciała na inną planetę ani nie zniknęła w kosmosie. Ona jest tuż obok.
Chłopiec posmutniał. Dobrze się bawił z dziadkiem, ale teraz pomyślał o mamie. I zatęsknił.
- Wiesz, Krzysiu, kiedy tęsknimy za kimś, możemy robić różne rzeczy, żeby nasze serduszko poczuło się lepiej.
- Jakie? - zapytał Krzyś.
- Na przykład możemy stworzyć coś pięknego. Albo przypomnieć sobie, że osoba, za którą tęsknimy, wcale nie zniknęła. Ona też myśli o nas w tym miejscu, w którym się teraz znajduje.
Krzyś się zamyślił, a potem energicznie pokiwał głową.
- Chcę coś zrobić dla mamy! - zawołał i pobiegł po kartkę, kredki i nożyczki.
Najpierw narysował swój blok - wysoki, z niebieskimi oknami i małym ogródkiem pełnym kolorowych kwiatów przy wejściu. Obok bloku narysował ich łazienkową rakietę, dokładnie taką, jaką zbudowali: z ręcznikowym kadłubem i drzwiczkami z pralki jako oknem.
Potem dorysował pobliski plac zabaw, otoczony trzema wielkimi drzewami, park i fontannę. Po drugiej stronie kartki znalazło się miejsce pracy mamy - wieżowiec z dużymi szybami, przez które widać było maleńkie biurka i lampy. Krzyś połączył wszystko długą, wijącą się drogą.
- Coś jeszcze! - powiedział nagle i sięgnął po papier kolorowy. Ostrożnie wyciął mały czerwony samochodzik, dorysował na nim gwiazdki, przykleił do niego patyczek i zrobił z niego kosmiczny pojazd dla mamy. - Teraz mama zawsze znajdzie drogę do domu! - ogłosił z dumą.
Przez kilka minut jeździł samochodzikiem po narysowanej mapie: z domu do pracy i z powrotem i mruczał przy tym: "Brrruuum... Brrruuum...".
W pewnej chwili dobiegło ich wołanie babci:
- Uwaga, kosmonauci! Kosmiczna pomidorowa wylądowała na stole!
- Babciu, lecimy do kuchni! - odkrzyknął radośnie Krzyś.
Zabrali mapę oraz księżycową Lunę i susami dotarli na miejsce. Na stole czekały na nich miski pełne gorącej zupy, w której pływały makaronowe gwiazdki.
- Paliwo dla naszej rakiety! - ucieszył się dziadek.
Krzyś zjadł cały talerz, aż gwiazdki zniknęły z dna miski. Gdy tylko skończyli, dziadek zaproponował:
- Gotowy na powrót na Ziemię?
- Tak! - zawołał chłopiec z energią.
Znów wsiedli do swojej rakiety, Krzyś przytulił Lunę i wraz z dziadkiem odpalił silniki.
- Odliczanie! Dziesięć, dziewięć, osiem... - liczyli razem, coraz głośniej, aż wreszcie dotarli do jednego i krzyknęli: - Start!
Rakieta podskoczyła, a Krzyś wyobrażał sobie, że przelatują przez pył i chmury, a potem wracają na ukochaną Ziemię, dokładnie tam, gdzie ich dom.
Pojazd wylądował na podłodze łazienki. Krzyś wyjrzał przez okno, czyli szybkę w drzwiczkach pralki.
I wtedy zobaczył coś, co sprawiło, że jego serce wywinęło fikołka ze szczęścia.
Przed nim stała uśmiechnięta mama i machała do niego ręką!
- Mamo! - krzyknął chłopiec, wyskoczył z rakiety, jakby był najszybszym kosmonautą świata, i rzucił się jej na szyję.
Mama ścisnęła go mocno, mocniej niż najmocniejsze pasy bezpieczeństwa w kosmicznej rakiecie.
- Tak bardzo za tobą tęskniłem! - szepnął Krzyś i wtulił się w jej ramiona.
Mama pogładziła go po głowie.
- Ja też tęskniłam, kochanie. Cały dzień myślałam o tobie. I odliczałam czas do powrotu.
- Opowiem ci wszystko o naszej podróży na Księżyc! - zawołał Krzyś z przejęciem. - I o brokułowej planecie, i o Lunie, która zamieniła się w księżycowego kotka, i o mapie, którą narysowałem, żebyś zawsze mogła znaleźć drogę do domu!
Mama zaśmiała się wesoło i razem poszli do kuchni, gdzie czekała na nich babcia z porcją kosmicznego obiadu.
Krzyś poczuł, że choć tęsknota nie zniknęła, to osłabła i nie jest już taka straszna. Teraz wiedział, że przygody pomagają przegonić smutek, że można znaleźć sposób na to, by wytrzymać czekanie. I najważniejsze - mama zawsze wraca.
Dalsza część w wersji pełnej