Patience
Moja poranna niedzielna zmiana zaczyna się od tego, że drzwi windy zamykają się z trzaskiem, a ja czuję się jak w pułapce. Wszystko się trzęsie, a wiktoriańska maszyna niechętnie transportuje mnie na najwyższe piętro, jęcząc przez całą drogę. Spoglądam na swoje odbicie w zmatowiałym lustrze. Patrzy na mnie osiemnastoletnia dziewczyna. Czasami nie wiem, kim jestem. Wiem, jakie noszę imię, jest ono wydrukowane na plakietce: Patience. Wiem, gdzie mieszkam: w Londynie. Wiem, gdzie pracuję: tutaj, niestety. Wiem, co lubię jeść, pić, czytać... ale nie znam siebie. Nie pamiętam, kim naprawdę jestem.
Dziewczyna z lustra nosi okulary zerówki w grubych oprawkach. Nie potrzebuje ich, ale wydaje jej się, że wygląda w nich mniej atrakcyjnie. Inni uważają, że zielone oczy są jej największym atutem. Dlatego stara się je zakryć. Chciałaby, aby łatwiejsze było ukrycie jej najgorszej cechy: wyraźnych piegów na nosie. Długie, nieposkromione, kręcone włosy związała w warkocz, który niczym niekochane zwierzątko spoczywa teraz na ramieniu okrytym czarno-białym materiałem uniformu. Ubiór wciąż na niej wisi, mimo że to najmniejszy rozmiar, jaki mieli.
Dziewczyny, którą byłam, już nie ma.
Dziewczyna z lustra to wszystko, co ze mnie zostało.
Nie dlatego, że chciałam się dopasować, po prostu nie chciałam się wyróżniać. Stara winda dzwoni, sygnalizując moje przybycie na najwyższe piętro. Poprawiam mój plecak w gwiazdki - jest ciężki, ale nie śmiem go odłożyć - i przesuwam na bok metalową bramę, zanim wypchnę wózek do sprzątania na słabo oświetlony korytarz. Naciskam kilka przycisków windy, trzymając drzwi otwarte - to zwykle wystarcza, aby przestała działać - kupuję sobie w ten sposób trochę czasu. Deski podłogowe skrzypią, a koła wózka piszczą, jakby chciały mnie zdradzić, ale na górze nie ma nikogo, kto mógłby mnie zobaczyć. Wszyscy są czymś zajęci, rozproszeni. Odwracam się dwa razy w obu kierunkach, zanim zdecyduję się wejść do pokoju numer trzynaście. Zrobienie czegoś złego to czasem właściwa rzecz. Wszyscy o tym wiedzą, nawet jeśli udają, że wcale tak nie jest.
W sypialni jest ciemno, ale wiem, jak się po niej poruszać. Numer trzynaście to duży dwuosobowy pokój z łazienką. Niedawno przemeblowany, bo trzeba było jakoś ukryć to, co zostawił na ścianach poprzedni lokator. Pierwszą rzeczą, jaką robię - gdy już zamknę za sobą drzwi i odstawię wózek - jest rozpięcie żaluzjowych drzwi po drugiej stronie pokoju. Otwieram je, wpuszczając do środka światło, którego brakowało w tej przestrzeni. Odsłaniam jednocześnie mały balkon. Białe zasłony rozwiewają się jak duchy, a odgłosy miasta wdzierają się do środka jeszcze przed powietrzem. Chaotyczna symfonia ruchu ulicznego i życia wita mnie w mrocznym crescendo, zagłuszając w mojej głowie wszystkie nieprzyjemne myśli.
Wychodzę na maleńki balkon wyłożony kafelkami i spoglądam na ruchliwą londyńską ulicę tuż pod nim. Ludzie gonią w obu kierunkach, rozmawiają przez telefony lub gapią się w ekrany; pędzą, mijając się w tłumie. Zachowują się tak, jakby byli ważnymi ludźmi zmierzającymi do ważnych miejsc, aby tam rozmawiać o ważnych sprawach. Ale stąd wszyscy wydają się tacy maleńcy. Tak nic nieznaczący. Gdyby ktoś wypadł albo skoczył, albo został wypchnięty z tego balkonu, zginąłby, jestem niemal pewna. Ciekawe, czy inni ludzie myślą o śmierci tak często jak ja. W moim przypadku to ryzyko zawodowe.
Tylko na chwilkę przymykam oczy i cieszę się ciepłem słońca na twarzy. Z zamkniętymi powiekami mogę udawać, że jestem gdziekolwiek. I tak jest, udaję. Nie ma lepszej kryjówki niż pośród własnych marzeń. Przez kilka sekund miasto wydaje się nieruchome i ciche, jakby czekało na to, co ma się wydarzyć. Idealna chwila samotności trwa mniej niż minutę i to jedyny moment przypominający przerwę podczas mojej dwunastogodzinnej zmiany.
Wycofuję się do pokoju, dostrzegam niechciany przebłysk samej siebie w lustrze nad toaletką i znów widzę tę dziewczynę. Tę, która podszywa się pode mnie.
Wyglądam jak pokojówka, ale nią nie jestem.
Budynek wygląda jak hotel, ale nim nie jest.
Ludzie przybywają tu, by umierać.
Wciąż mnie dziwi, że ktokolwiek płaci niezłe pieniądze za pobyt w tak złych miejscach.
Pracuję w londyńskim Domu Opieki Windsor od niemal roku. Nazwa brzmi królewsko, ale to miejsce nie nadaje się dla monarchów. Ledwo nadaje się dla kogokolwiek. Personelu jest za mało, a kierowniczka to potwór przebrany za pięćdziesięcioparoletnią kobietę. Ma na imię Joy, radość, i to doprawdy ironiczne, bo nigdy nie spotkałam bardziej nieszczęśliwej osoby.
Opłaty dla seniorów rezydujących w tym pięknym wiktoriańskim budynku są astronomiczne, ale ja zarabiam tu dużo poniżej płacy minimalnej - pracuję na dwunastogodzinnych zmianach, sześć dni w tygodniu, a wypłatę dostaję w gotówce. Dawny "pałac", jak określają go w broszurach, to czteropiętrowa kamienica z osiemnastoma pokojami. Mieszkańcy - lub ich krewni - muszą być zamożni, aby dostać tu pokój. Ale pieniądze nie zniwelują odoru samotności, śmierci i rozpaczy. Poczekalnia Boga może i wygląda luksusowo, ale jest niczym więzienie z tapetami i wzorzystymi dywanami. Zastygam, gdy dostrzegam kształt osoby schowanej pod pościelą w pokoju numer trzynaście.
- To ja - witam się, ostrożnie odkładając na podłogę ciężki plecak.
Starsza kobieta siada na łóżku. Ma na sobie piżamę w różowe flamingi.
- Czemu nie mówisz od razu? - Klaszcze w dłonie. - Och, Biedroneczko, tak się cieszę, że cię widzę!
Jej włosy są jak burza białych loków z paroma fioletowymi wałkami w środku, a twarz naznaczona licznymi zmarszczkami to obraz radości. Jej szkocki akcent zawsze wywołuje u mnie uśmiech, a wymawiane słowa prześcigają się w drodze z jej ust, tak jak to bywa u ludzi, którzy nie mają z kim rozmawiać.
- Gdzieś się podziewała? - pyta. - Kiedy wczoraj się nie pojawiłaś, już się bałam, że odeszłaś. Joy tu do mnie przyszła. Stwierdziła, że muszę zjeść w jadalni z innymi z powodu braków kadrowych. Ta baba to ignorantka biegła jedynie w bredzeniu. Próbowała wykurzyć mnie stąd głodem, ale przetrwałam na herbatnikach z kremem i Werther's Original. Myślałam, że to znowu ona, no to udawałam martwą. Dałaś się nabrać?
- Nie, i przykro mi, ale miałam wczoraj wolne. Nikt tu dziś do ciebie nie zaglądał?
Zaprzecza ruchem głowy, a ja robię to samo, jakby ten gest był zaraźliwy. Niestety nie jestem zaskoczona tym, że nikt z moich kolegów nie zajrzał do osoby, która prawdopodobnie by ich stąd pogoniła.
- Być może będziesz musiała znowu zacząć chodzić na dół, od czasu do czasu - zapowiadam. - Kiedyś przynajmniej tam jadałaś, nawet jeśli odmawiałaś siadania do posiłku z innymi podopiecznymi.
- A chciałabyś jeść pośród zombiaków? To jak czas karmienia w zoo. Poza tym miałam wtedy May za towarzystwo, więc nie było najgorzej.
May była sąsiadką Edith z pokoju dwunastego. Razem jadły i grały w Cluedo w ogrodzie zimowym, z dala od innych. Dobrały się jak w korcu maku i często można było je przyłapać, jak chichotały niczym małe dziewczynki. Lecz pewnego dnia przyszłam do pracy, a pokój May - zupełnie niespodziewanie - był pusty. Z łóżka zdjęto pościel, zniknęły jej rzeczy, a także ona sama.
- Wiem, że wciąż smuci cię śmierć May...
- Co za bzdury. Żadne smuci, jestem wściekła. May nie umarła, tylko ją zamordowali. Czuła, że coś tu śmierdzi, więc się jej pozbyli.
- Już o tym mówiłyśmy...
- Teraz to wszyscy by tylko mówili. Ale słuchać to już nie ma komu.
- Słucham cię, słowo. To piękne, że znalazłaś tu przyjaciółkę, z którą miałyście tyle wspólnych zainteresowań. - Zarówno May, jak i Edith były kiedyś śledczymi i w swoich pokojach godzinami oglądały stare odcinki Napisała: Morderstwo. - To strasznie smutne, że May umarła.
- Została zamordowana - mamrocze Edith, ale decyduję się ją zignorować.
- Może byś spróbowała poznać jakichś innych mieszkańców? Zawrzeć nowe przyjaźnie?
- A po co? Mam ciebie.
- Nie jestem tu codziennie, a ty nie przetrwasz na jedzeniu, które chowasz pod łóżkiem. Chyba dobrze będzie, jak od czasu do czasu wyjdziesz z pokoju, inni nie są tacy źli.
- Wszyscy inni są albo starzy, albo chorzy, albo nie trzymają moczu, albo im odwala. Mnie to nie dotyczy i nic a nic tu nie pasuję. Nie spotkałam tu nikogo, kto byłby w pełni normalny, włączając w to personel, bez urazy. Poza tym umiem sama znaleźć sobie zajęcie, gdy cię nie ma. Jak moje włosy? - pyta.
- Świetnie, ale wydaje mi się, że zdejmuje się wszystkie wałki.
- Czemuż to? Z nimi wyglądam interesująco i przynajmniej z dziesięć lat młodziej.
- Wiem tyle, że tak robią inni ludzie.
- Nie powinnaś się nigdy przejmować tym, co robią lub czego nie robią inni ludzie. Ja się tym nigdy nie przejmowałam.
Edith Elliot ma osiemdziesiąt lat. Jest zdrowa na umyśle, a mimo to rok temu, bez jej wiedzy czy zgody, córka umieściła ją w Domu Opieki Windsor. Wmanewrowano staruszkę w podpisanie jakichś papierów, w wyniku czego straciła dom i niezależność. Któregoś dnia jej córka zostawiła ją tutaj bez choćby słowa pożegnania. Joy - najgorsza kierowniczka na świecie - oprowadziła nowicjuszkę i wyjaśniła, że to teraz będzie jej dom. Od tamtej pory Edith nie opuściła tego budynku, a teraz odmawia wyjścia z pokoju.
- I jak było na wolnym? - pyta. - Robiłaś coś fajnego?
- Nie - odpowiadam, próbując pościelić łóżko z leżącą na nim kobietą.
- Zrobiłaś jakieś nowe wycinanki? - zadaje kolejne pytanie, obracając się, by spojrzeć na niewielki obrazek oprawiony w ramkę i wiszący na ścianie.
To świąteczny prezent ode mnie. Od dziecka robię wycinanki, obecnie przy użyciu nożyka. Bardzo ostrego. Docinam, odkrawam, tnę, aż powstanie coś z niczego. Tworzę z papieru ludzi, zwierzęta, ptaki, drzewa, niebo, morze, całe miasta wypływają prosto z mojej wyobraźni, dzięki temu czuję się mniej samotna. Czerwono-czarna praca na ścianie to biedronki. Odkąd tylko się poznałyśmy, Edith nieustannie nazywa mnie Biedroneczką - jakby myślała, że tak mam na imię. Zrezygnowałam już nawet z poprawiania jej.
- Nie znalazłam wczoraj na nie czasu - mówię.
- Musisz znajdować czas na rzeczy, które najbardziej kochasz. Byłabyś durna, gdybyś tego nie robiła. Jesteś artystką i masz talent.
Nie rozumie, jak bardzo czuję się zmęczona po pracy tutaj. Czasami nie mam już siły na nic.
- Postaram się.
- Zrobisz to lub tego nie zrobisz. Żadnego sięstarania - odpiera Edith. - Wiesz, kto to powiedział?
- Szekspir? - zgaduję, układając jej poduszki.
- Yoda. - Staruszka się uśmiecha. Nie miałam jej za fankę Gwiezdnych wojen. Ta kobieta jest pełna niespodzianek. - Chodź, mam tu coś dla ciebie. - Sięga do szafki nocnej i bierze małe drewniane pudełko. Nie pamiętam, żebym wcześniej je widziała. Otwiera je, ukazując srebrny pierścionek w kształcie biedronki.
- Dziękuję, ale ja nie mogę... - zaczynam oponować.
- Proszę - nalega Edith. Trzyma przede mną pierścionek. Jej ręce wygięły się jak sękate, poskręcane gałązki. - Nie mogę go już nosić. Palce mam za chude, wszystko mi spada. Ale ten znaczył dla mnie wiele i chcę, żebyś go miała.
- Przyjmowanie prezentów od mieszkańców jest zakazane...
- Zakazane to powinny być takie androny. Naprawdę odmówiłabyś ostatniej woli umierającej kobiety?
- Nie jesteś umierająca.
- Wszyscy jesteśmy, od momentu, gdy się rodzimy. To tylko kwestia czasu. Biedronki są symbolem nowego początku, miłości i szczęścia. Mam nadzieję, że ta mała biedroneczka przyniesie ci wszystkie te trzy rzeczy.
Szczęście nigdy mi nie sprzyjało, ale biorę pierścionek i wsuwam go na palec. Pasuje idealnie.
- Dziękuję. Oddam, gdy poczujesz się lepiej - wyrażam wdzięczność. Pierścionek wygląda na stary i zastanawiam się, jak Edith weszła w jego posiadanie i skąd ten bzik na punkcie biedronek. Za każdym razem, gdy wychodzę z jej pokoju, recytuje tę samą rymowankę:
Biedroneczko, leć do nieba,
Twój domek się pali, ratować go trzeba.
Dzieci uciekły, lecz jedno zostało,
Schronienia szukało pod...
Dźwięk z kąta pokoju przerywa wspomnienia. Mój umysł jest przepełniony niedokończonymi myślami.
Obie obracamy się i wgapiamy w plecak w gwiazdki leżący na podłodze. Rusza się.
- Przyniosłaś go dzisiaj? - szepcze Edith.
Kiwam głową. Postąpiłam źle, ale dobrze było to zrobić. Dobro i zło nie są od siebie aż tak różne, jak niektórzy ludzie zwykli myśleć. Dzień Matki jest dla Edith trudny tak jak dla mnie - wątpię, że ktoś przyjdzie ją odwiedzić. Chciałam ją rozweselić.
Pierwszy dzień pobytu Edith w Domu Opieki Windsor był również moim pierwszym dniem pracy tutaj. Mógłby to być przypadek, gdyby przypadki się zdarzały, ale tak nie jest. Poznałyśmy się rok temu w tym pokoju, gdy znalazłam ją łkającą w fotelu. W Domu Opieki Windsor panuje nieskończenie wiele zasad i rozporządzeń. Jedno z nich to zakaz posiadania zwierząt.
Córka Edith nie tylko wmanewrowała staruszkę w pobyt tutaj, ale jeszcze oddała jej ukochanego psa do schroniska. A ja go odnalazłam, wydałam wszystkie oszczędności, by go odzyskać, po czym go adoptowałam. W tajemnicy przyprowadzam go do Edith, kiedy tylko mogę, a na koniec zmiany zabieram z powrotem do siebie. Nikt nie wie, że to robię. Straciłabym pracę, gdyby ktokolwiek to odkrył, ale widok ich razem sprawia, że warto ryzykować.
Dickens to ośmioletni border terrier i mój jedyny przyjaciel. Kocham go niemal tak bardzo, jak pokochałam jego właścicielkę. Rozpinam plecak, a pies wybiega, wskakuje na łóżko i liże Edith po twarzy, machając przy tym ogonem tak szybko, że wraz z nim porusza się całe psie ciało. Dickensowi bardzo dobrze idzie bycie nieruchomym i cichym, gdy jest w plecaku - obecnie większość tego czasu przesypia, co znacznie ułatwia przemycenie go. Jest też trochę głuchy - choć czasami zastanawiam się, czy to przypadkiem nie słuch wybiórczy - ale cała reszta działa sprawnie. Jest coś magicznego w więzi między psem a jego człowiekiem. Widok tych dwojga razem czyni mnie naprawdę szczęśliwą.
- Zobacz, mam dla ciebie nową zabawkę. - Edith rzuca Dickensowi czarno-białego pluszowego misia. - Córka przysłała mi prezent na Dzień Matki. I co ja mam, w moim wieku, zrobić z pluszowym misiem? - Dickens aportuje i oddaje maskotkę. - Ale przynajmniej ty możesz się nim nacieszyć - mówi, rzucając mu zabawkę, by znów ją złapał, co ten robi, chwyta ją w zęby i dla pewności szarpie.
Zabieram Dickensowi misia.
- Może teraz to odłóżmy? Nie chcemy, żeby ktoś na dole usłyszał, jak biega. - Kładę pluszaka na toaletce. - I zanim zapomnę. Załatwiłam wszystko, co chciałaś.
Raz w tygodniu Edith daje mi kartę płatniczą, żebym kupiła jej gazetkę "Radio Times", książkę, paczkę herbatników z kremem, dużą tabliczkę czekolady, trzy puszki jej ulubionego napoju i dwie zdrapki. Każda z nas zawsze sprawdza jedną, ale nigdy nie wygrałyśmy więcej niż funta. Wyjmuję wszystko z torby i kładę na łóżku.
- Powinnaś to schować w bezpiecznym miejscu. - Próbuję oddać Edith jej kartę. - Cenne przedmioty mają tu w zwyczaju ginąć.
Mieszkańcy nie mogą sami opuszczać domu opieki, to wbrew zasadom, ale Edith ma jeszcze trochę pieniędzy, których jej rodzina nie zdołała zabrać, a ja się nie sprzeciwiam, gdy prosi mnie o kupienie rzeczy ze świata zewnętrznego.
- Na razie miej tę kartę, potrzebuję jeszcze paru rzeczy. Zrobiłam listę. - Wyrywa kartkę ze swojego ulubionego notesu. Zawsze trzyma go przy łóżku i nazywa "Listą żalów i dobrych pomysłów". Z przodu zapisuje swoje żale, a z tyłu dobre pomysły. Jedynie pod koniec znajdują się wolne strony. - Na zewnątrz chyba piękny dzień. Chciałabym móc zabrać Dickensa na spacer, zamiast tkwić tu w zamknięciu - mówi.
- Nie tkwisz w zamknięciu. Mogłabyś przynajmniej wyjść ze swojego pokoju. To nie więzienie.
- Jak nie? - pyta. - Więzienia mają różne kształty i rozmiary, a czasami budujemy własne, nie zdając sobie z tego sprawy. Ale ucieszy cię wieść, że planuję ucieczkę!
Siadam na krawędzi łóżka. Całe dnie jestem w ruchu, dlatego nogi ciągle mnie bolą.
- To chyba nie jest dobry pomysł - stwierdzam.
- Nie jest dobry, jest świetny. Załatwiłam sobie prawnika, który mi pomoże.
- Co? Jak?
- List, który prosiłam, byś wysłała parę tygodni temu, był do kancelarii prawnej. Znalazłam ich w "Radio Times", mieli hasło "Brak wygranej, brak opłat", więc muszą być dobrzy. Uważają, że mogą pomóc w odzyskaniu mojego domu. Wydaje mi się, że moja córka musiała go wynająć, a ja nie mogę znieść myśli o pałętających się tam obcych ludziach. Jeśli ci od "Brak wygranej, brak opłat" zdołają cofnąć pełnomocnictwo, to Dickens mógłby znów ze mną zamieszkać, a ty może mogłabyś dla nas pracować? Opiekować się mną w domu?
- Byłoby miło - odpowiadam, niepewna, czy w ogóle wierzyć w to, co opowiada Edith.
Ci prawnicy brzmią podejrzanie, a wspomnienia - jak u wielu seniorów tutaj - mogą się jej mieszać. Jeśli widziałam podopiecznych opuszczających Dom Opieki Windsor, to tylko karawanem.
- Doskonale! No to mamy plan. A oto lista tych paru rzeczy, których bym potrzebowała. Mogłabyś?
- Tak, jasne. - Podnoszę się, bo nie mogę już tu dłużej zostać.
- I może wypłać trochę gotówki dla siebie? Chciałabym ci się chociaż odrobinę odwdzięczyć, jeśli pozwolisz.
- Już ci mówiłam, z chęcią pomagam. Nie chcę za to żadnych pieniędzy, ale muszę już zacząć pracę, bo nie zdążę ogarnąć wszystkich pokoi. Wrócę do was na koniec zmiany. Pamiętaj, żeby być cicho. To wbrew procedurom, nikt nie może zobaczyć ani usłyszeć Dicke...
- Wiem, wiem, o nas się nie martw - przerywa mi Edith i głaszcze psa. - Nic nam nie będzie. Zawsze przestrzegam zasad, no chyba że się z nimi nie zgadzam, wtedy łamię wszystkie. Ale raz jeszcze dziękuję. Za wszystko. Bez ciebie już bym nie żyła.
Coś w sposobie, w jaki to mówi, przyprawia mnie o dreszcze, a i Edith wygląda dziś na smutniejszą niż zwykle, gdy muszę wychodzić.
Opuszczając pokój trzynasty, czuję się nieco zaniepokojona, ale nie do końca wiem dlaczego. Czasami mój umysł knuje przeciwko mnie w tajemnicy, jak wścibska matka, która zawsze myśli, że wie lepiej. Bardzo polubiłam Edith i mam wyrzuty sumienia, że okłamałam ją w tak wielu sprawach. Ale wątpię, by kiedykolwiek się o tym dowiedziała. I jestem pewna, że nigdy nie ucieknie z tego miejsca.
Okłamuję Edith Elliot niemal cały czas od dnia, w którym się poznałyśmy.