Dobra pustynia - Dorota Kozińska

-
Proszę czekać

2

Wy­je­cha­li­śmy na­za­jutrz.

Zo­sta­wi­li­śmy w tyle Mu­zeum Ka­bul­skie i na­dzie­ję na zwie­dza­nie mia­sta z cze­skim le­ka­rzem, nie do­wie­dzie­li­śmy się nic o na­szej mi­sji w Far­ja­bie, prze­ży­li­śmy ko­la­cję w ulu­bio­nym lo­ka­lu opie­ku­na, gdzie ura­czo­no nas por­cją pa­skud­nych man­tu - go­to­wa­nych na pa­rze pie­ro­gów z tłu­stą ba­ra­ni­ną. Pierw­sze ze­tknię­cie z kuch­nią afgań­ską nie wy­pa­dło naj­le­piej. O uro­ku wie­czo­ru mia­ła jed­nak sta­no­wić obec­ność wir­tu­oza ru­ba­bu, czter­na­sto­strun­nej lut­ni o krót­kim gry­fie.

Tra­dy­cyj­ne lut­nie, skrzyp­ce i bęb­ny uci­chły, gdy wy­bu­chła woj­na do­mo­wa. Nie tyl­ko muł­ło­wie, ale i przy­wód­cy ru­chu opo­ru na­wo­ły­wa­li do uczcze­nia pa­mię­ci mę­czen­ni­ków mil­cze­niem, prze­ry­wa­nym tyl­ko mo­dli­twą i ko­ły­san­ka­mi dla na­stęp­ców. Si­le­bant Mu­sae in­ter arma So­vie­ti­ca. Mil­cza­ły też póź­niej, po wy­co­fa­niu wojsk ra­dziec­kich. Po na­sta­niu ta­li­bów rzu­ci­ły się do uciecz­ki. Mu­zy­ków ści­ga­no i osa­dza­no w aresz­cie, bez­cen­ne in­stru­men­ty nisz­czo­no, na roz­sta­jach dróg wy­sta­wia­no upior­ne zna­ki ostrze­gaw­cze z po­trza­ska­nych ka­set i po­wie­wa­ją­cych na wie­trze strzę­pów ta­śmy. Po 2001 roku mi­strzo­wie lut­ni i skrzy­piec sa­rin­da za­czę­li ścią­gać z po­wro­tem do Ka­bu­lu. Nie wszę­dzie wi­ta­no ich z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi. Do­no­śny dźwięk syn­te­za­to­rów i key­bo­ar­dów sku­tecz­niej mą­cił znie­na­wi­dzo­ną ci­szę. Żeby po­słu­chać praw­dzi­wych usta­dów, trze­ba za­ufać miej­sco­wym prze­wod­ni­kom, roz­siąść się w lep­kim mro­ku któ­rejś z ka­bul­skich spe­lu­nek i odło­żyć na­dzie­ję do­bre­go po­sił­ku na lep­sze cza­sy.

Kła­dąc się spać, wciąż mia­łam w ustach mdły po­smak pie­ro­gów ob­la­nych so­sem, w któ­rym li­chy olej i jo­gurt wal­czy­ły o lep­sze z czosn­kiem, ko­len­drą i so­kiem z cy­try­ny. Obu­dzi­łam się z krót­kie­go snu prze­ra­żo­na: że nie po­do­łam, za­po­mnę ję­zy­ka w gę­bie, nie znio­sę na­rzu­co­nej mi z dnia na dzień roli stwo­rze­nia bez płci i toż­sa­mo­ści. Isto­ty ob­cej kul­tu­ro­wo, z tru­dem to­le­ro­wa­nej przez męż­czyzn, do­pusz­cza­nej do świa­ta ko­biet pod wa­run­kiem prze­strze­ga­nia obo­wią­zu­ją­cych w nim re­guł. Z za­zdro­ścią ob­ser­wo­wa­łam mo­je­go to­wa­rzy­sza, któ­ry bez więk­szych kło­po­tów wszedł w ko­mi­ty­wę z Afgań­czy­kiem. Wpraw­dzie i jemu przy­tra­fi­ła się gafa, kie­dy zbyt ob­ce­so­wo spy­tał go o na­rze­czo­ną. Mło­dzie­niec nie­chęt­nie się że­gnał ze sta­nem ka­wa­ler­skim. Za­gad­nię­ty, po­dą­sał się chwi­lę, zmie­rzył nas po­nu­rym wzro­kiem, coś tam bąk­nął o ko­niecz­no­ści pod­po­rząd­ko­wa­nia się woli ro­dzi­ców, po czym wró­cił do ra­do­snej kon­wer­sa­cji, co rusz prze­ry­wa­nej wy­bu­cha­mi śmie­chu.

1

A kto po­wie­dział, że się nie ba­li­śmy? Ba­li­śmy się oby­dwo­je, każ­de na swo­im koń­cu Pol­ski, każ­de po swo­je­mu, mniej lub bar­dziej or­ga­nicz­nie. Lę­ka­li­śmy się o sie­bie sa­mych i sie­bie na­wza­jem. Mie­li­śmy spę­dzić wie­le ty­go­dni jak sku­ci ra­zem ska­zań­cy, któ­rzy ucie­kli z kon­wo­ju i zna­leź­li się na zu­peł­nie ob­cym te­re­nie.

Nikt nas ze sobą nie po­znał. Jed­no miesz­ka­ło we Wro­cła­wiu, dru­gie w War­sza­wie. On prze­czy­tał ogło­sze­nie w in­ter­ne­cie, mnie do­szły wie­ści od jed­ne­go z po­my­sło­daw­ców przed­się­wzię­cia. Po­szu­ku­je­my wo­lon­ta­riu­szy. And­choj, pro­win­cja Far­jab, pół­noc­no-za­chod­ni Afga­ni­stan, tuż pod gra­ni­cą turk­meń­ską. Względ­nie bez­piecz­nie. Oko­ło set­ki mło­dzie­ży w wie­ku li­ce­al­nym. Na­uka an­giel­skie­go na po­zio­mie in­ter­me­dia­te i ob­słu­gi pa­kie­tu Win­dows. W ści­słej współ­pra­cy z jed­ną z nie­miec­kich or­ga­ni­za­cji po­za­rzą­do­wych. Nie ma się cze­go oba­wiać, Niem­cy mają do­świad­cze­nie.

Ale my nie.

Spra­wy po­to­czy­ły się jak la­wi­na. Pro­po­zy­cję do­sta­łam w mar­cu 2006 roku, kurs w And­choj miał ru­szyć na po­cząt­ku sierp­nia. W lip­cu za­dzwo­nił mój part­ner z Wro­cła­wia. Oby­dwo­je miesz­ka­li­śmy przy uli­cy o tej sa­mej na­zwie, tyl­ko w in­nych mia­stach. Oby­dwo­je ufa­li­śmy, że to zbieg oko­licz­no­ści, a nie żart któ­re­goś z or­ga­ni­za­to­rów. Resz­ty o so­bie mie­li­śmy się do­wie­dzieć na miej­scu.

Kie­dy 27 grud­nia 1979 roku roz­po­czę­ła się ope­ra­cja Sztorm-333, mia­łam nie­speł­na szes­na­ście lat. Wciąż by­łam na tyle dzie­cin­na, że aneg­do­ta o bu­fe­to­wej z baru mlecz­ne­go, któ­ra w od­po­wie­dzi na upo­rczy­we py­ta­nia "czy są Ru­skie w Ka­bu­lu?", wy­sta­wi­ła w okien­ku ta­blicz­kę z na­pi­sem "ru­skich w ka­bu­lu nie ma", śmie­szy­ła mnie do łez. Ale by­łam już na tyle do­ro­sła, żeby pa­mię­tać wcze­śniej­szą o pół­to­ra roku re­wo­lu­cję kwiet­nio­wą, w któ­rej zgi­nął pre­zy­dent Mo­ham­mad Daud. Wła­dzę prze­ję­ła wów­czas Lu­do­wo-De­mo­kra­tycz­na Par­tia Afga­ni­sta­nu. Re­la­cje z póź­niej­szych wy­da­rzeń do­cie­ra­ły do Pol­ski w strzę­pach, od­po­wied­nio zresz­tą spre­pa­ro­wa­ne przez pro­pa­gan­dę ra­dziec­ką. Mało kto wie­dział o ist­nie­niu w LDPA co naj­mniej dwóch frak­cji: umiar­ko­wa­nych par­cza­mi­stów, zwa­nych szy­der­czo "Kró­lew­ską Par­tią Ko­mu­ni­stycz­ną", oraz chal­ki­stów, zwo­len­ni­ków ra­dy­kal­nej re­wo­lu­cji lu­do­wej. Pra­wie nikt nie wie­dział, że w skład Par­cza­mu wcho­dzi­ła przede wszyst­kim in­te­li­gen­cja: Pasz­tu­no­wie z ple­mie­nia Dur­ra­nii przed­sta­wi­cie­le mniej­szo­ści ta­dżyc­kiej. Dzia­ła­cze Chal­ku z ko­lei re­kru­to­wa­li się spo­śród pasz­tuń­skich Ghil­za­jów, soli zie­mi afgań­skiej, sy­nów pa­ste­rzy i wie­śnia­ków. Par­cza­mi­ści mó­wi­li w dari, ję­zy­ku per­skiej dy­na­stii Sa­sa­ni­dów. Chal­ki­ści po­słu­gi­wa­li się pasz­to, mową ko­czow­ni­ków z po­łu­dnia.

Na­wet w Mo­skwie nie prze­wi­dzia­no, że afgań­scy ko­mu­ni­ści aż tak się za­pa­lą do mark­si­stow­skich re­form. Rów­no­cze­śnie z od­dłu­że­niem hi­po­tek i wpro­wa­dze­niem po­wszech­ne­go obo­wiąz­ku szkol­ne­go za­czę­ły się czyst­ki mniej­szo­ści szy­ic­kiej, prze­śla­do­wa­nia du­chow­nych mu­zuł­mań­skich, eks­ter­mi­na­cja he­rac­kich i ka­bul­skich Ży­dów. W mar­cu 1979 roku, po ma­sa­krze w wio­sce Ke­ra­la, re­be­lię wsz­czął Isma­el Chan, były ofi­cer ar­mii afgań­skiej. W nie­dłu­gim cza­sie za­jął He­rat. Zgi­nę­li wte­dy Ro­sja­nie. Ra­dziec­kie migi zbom­bar­do­wa­ły mia­sto. Zgi­nę­ły dzie­siąt­ki ty­się­cy cy­wi­lów. Ko­mu­ni­ści afgań­scy po­na­wia­li proś­by o wspar­cie woj­sko­we. Mo­skwa dała im wszyst­ko - z wy­jąt­kiem bro­ni che­micz­nej i śmi­głow­ców.

Ter­ror na­ra­stał. Nie­mal całą eli­tę in­te­lek­tu­al­ną wy­mor­do­wa­no lub zmu­szo­no do emi­gra­cji. W sierp­niu afgań­scy taj­nia­cy do­ko­na­li ma­sa­kry trzy­stu Ha­za­rów po­dej­rza­nych o współ­pra­cę z po­wstań­ca­mi. Po­ło­wę żyw­cem po­grze­ba­no, po­ło­wę żyw­cem spa­lo­no. Za­czę­ła się woj­na do­mo­wa.

Nikt w Pol­sce nie wie­dział, jak da­le­ko za­szedł kon­flikt w ło­nie sa­mej LDPA. Pre­mier Mu­ham­mad Nur Ta­ra­ki, chal­ki­sta i je­den z przy­wód­ców re­wo­lu­cji kwiet­nio­wej, zgi­nął 14 wrze­śnia, praw­do­po­dob­nie za­du­szo­ny po­dusz­ką przez po­plecz­ni­ków Ha­fi­zul­la­ha Ami­na, czło­wie­ka nu­mer dwa we frak­cji Chalk. Po ko­lej­nej re­wo­lu­cji, zwa­nej tym ra­zem pa­ła­co­wą, Amin zo­stał prze­wod­ni­czą­cym Rady Re­wo­lu­cyj­nej Afga­ni­sta­nu i 25 grud­nia po­pro­sił Zwią­zek Ra­dziec­ki o brat­nią in­ter­wen­cję. In­wa­zja za­czę­ła się zresz­tą już po­przed­niej nocy.

Dwa dni póź­niej funk­cjo­na­riu­sze spec­na­zu w prze­bra­niu żoł­nie­rzy afgań­skich wtar­gnę­li do pa­ła­cu pre­zy­denc­kie­go, za­bi­ja­jąc Ami­na i jego dwu­stu gwar­dzi­stów. ZSRR wy­niósł do wła­dzy par­cza­mi­stę Ba­bra­ka Kar­ma­la, se­kre­ta­rza ge­ne­ral­ne­go KC par­tii ko­mu­ni­stycz­nej, prze­mia­no­wa­nej na Afgań­ską Lu­do­wo-De­mo­kra­tycz­ną Par­tię Jed­no­ści.

Czte­rej star­cy z Mo­skwy - Breż­niew, Usti­now, An­dro­pow i Gro­my­ko - chcie­li upiec dwie pie­cze­nie przy jed­nym ogniu: zdła­wić par­ty­zant­kę i po­zbyć się ra­dy­ka­ła Ami­na. Ża­den z nich nie wie­dział, że spy­cha­ją Zwią­zek Ra­dziec­ki w prze­paść. Woj­na trwa­ła dzie­więć lat. W 1982 roku Ro­sja­nie za­czę­li roz­py­lać ze śmi­głow­ców na­palm. Zrzu­ci­li nad Afga­ni­sta­nem kil­ka­dzie­siąt mi­lio­nów min prze­ciw­pie­chot­nych. Za­tru­li wie­śnia­kom stud­nie. Czte­ry lata póź­niej sy­tu­acja wy­mknę­ła się spod kon­tro­li. W 1986 roku od­su­nię­to od wła­dzy Kar­ma­la. Za­stą­pił go Mo­ham­mad Nad­żi­bul­lah. Gi­gan­tycz­ny od­wrót ar­mii ra­dziec­kiej trwał na­stęp­ne trzy lata. Ko­mu­ni­ści afgań­scy upa­dli do­pie­ro w roku 1992, kie­dy uz­bec­kie od­dzia­ły Ab­du­la Ra­szy­da Do­stu­ma prze­szły na stro­nę opo­zy­cji.

W 1993 roku pre­mie­rem zo­stał Gul­bud­din Hek­ma­tjar. Bo­ha­ter­ski mu­dża­he­din, po­tęż­ny sza­farz po­mo­cy woj­sko­wej do­star­cza­nej z Za­cho­du i z kra­jów arab­skich, fun­da­men­ta­li­sta mu­zuł­mań­ski. Za­chód stra­cił za­in­te­re­so­wa­nie Afga­ni­sta­nem. Przy­czy­ną mia­ła być utra­ta wpły­wów wśród by­łych bo­jow­ni­ków. Wy­bu­chła ko­lej­na woj­na do­mo­wa, w któ­rej Ka­bul ucier­piał bar­dziej niż War­sza­wa w Po­wsta­niu. W 1996 roku ta­li­bo­wie - do nie­daw­na człon­ko­wie jed­nej z wie­lu nie­for­mal­nych or­ga­ni­za­cji pla­nu­ją­cych wpro­wa­dze­nie w Afga­ni­sta­nie ustro­ju opar­te­go na pra­wie ko­ra­nicz­nym - do­pa­dli i za­mor­do­wa­li Nad­żi­bul­la­ha, prze­by­wa­ją­ce­go od czte­rech lat na te­re­nie przed­sta­wi­ciel­stwa ONZ w Ka­bu­lu. Wkrót­ce kon­tro­lo­wa­li już nie­mal cały kraj - z wy­jąt­kiem sta­no­wisk ar­mii ta­dżyc­kiej pod do­wódz­twem le­gen­dar­ne­go ko­men­dan­ta mu­dża­he­di­nów Ah­ma­da Sza­cha Ma­su­da. W paź­dzier­ni­ku 2001 roku, po uda­nym za­ma­chu na Ma­su­da 9 wrze­śnia i póź­niej­szym o dwa dni ata­ku na WTC, siły NATO roz­po­czę­ły in­ter­wen­cję w Afga­ni­sta­nie. W 2002 roku ogło­szo­no ko­niec re­żi­mu ta­li­bów. W czerw­cu Loja Dżir­ga, czy­li afgań­skie Zgro­ma­dze­nie Na­ro­do­we, ob­ra­ło na pre­zy­den­ta po­pie­ra­ne­go przez Za­chód Pasz­tu­na Ha­mi­da Ka­rza­ja. Zwy­cię­ska ko­ali­cja za­de­kla­ro­wa­ła od­bu­do­wę kra­ju z dwu­dzie­sto­let­nich znisz­czeń wo­jen­nych. Rok póź­niej znów coś się po­psu­ło. Or­ga­ni­za­cje po­za­rzą­do­we za­czę­ły się po­wo­li wy­co­fy­wać z te­re­nów znaj­du­ją­cych się pod wła­dzą lo­kal­nych wa­taż­ków.

Nikt nie wie, co bę­dzie da­lej.

W 1979 roku przy­najm­niej wie­dzie­li­śmy, co to jest sos ka­bul. W wy­da­nym kil­ka lat temu słow­ni­ku wy­ra­zów ob­cych zna­la­złam pod tym ha­słem dość szcze­gó­ło­wy opis sosu cum­ber­land.

Przy­szedł czas, kie­dy bu­fe­to­wa mo­gła już z czy­stym su­mie­niem wy­sta­wiać ta­blicz­kę "ru­skich w ka­bu­lu nie ma". Wy­szli 15 lu­te­go 1989 roku. Koń­czy­ła się zim­na woj­na. Zwią­zek Ra­dziec­ki wa­lił się w gru­zy. Po­grzeb Imre Na­gya za­po­cząt­ko­wał zmia­ny ustro­jo­we na Wę­grzech, upadł mur ber­liń­ski, w Cze­cho­sło­wa­cji ro­ze­gra­ła się ak­sa­mit­na re­wo­lu­cja. W Pol­sce Mag­da­len­ka, Okrą­gły Stół, wresz­cie wol­ne wy­bo­ry 4 czerw­ca.

I wciąż żywa pa­mięć wy­da­rzeń, któ­re do­pro­wa­dzi­ły do 13 grud­nia 1981 roku. I pa­mięt­na pio­sen­ka z re­fre­nem "wej­dą - nie wej­dą". Nie we­szli. Nie star­czy­ło­by im sił. Dwa lata wcze­śniej ugrzęź­li w Afga­ni­sta­nie.

Do walk z "du­cha­mi" rzu­ci­li prze­szło pół mi­lio­na żoł­nie­rzy. Po­le­gły dzie­siąt­ki ty­się­cy. W skru­pu­lat­nych wy­li­cze­niach strat w sprzę­cie woj­sko­wym fi­gu­ru­je mię­dzy in­ny­mi 147 czoł­gów i 1314 trans­por­te­rów opan­ce­rzo­nych.

Cio­sy wy­mie­rza­ne przez kra­je by­łe­go blo­ku wschod­nie­go tyl­ko przy­śpie­szy­ły ago­nię czer­wo­ne­go niedź­wie­dzia. I tak by zdechł. Z krę­go­słu­pem prze­trą­co­nym w do­li­nie Pandż­szi­ru. Z ła­pa­mi po­ła­ma­ny­mi w prze­gra­nym wy­ści­gu zbro­jeń. Prze­żar­ty ra­kiem ko­rup­cji.

Za pyr­ru­so­we zwy­cię­stwo Afga­ni­stan za­pła­cił mi­lio­na­mi ist­nień ludz­kich. I pła­ci da­lej. Sam nie wie już za co. A to prze­cież nie­speł­na trzy de­ka­dy w dzie­jach ziem, któ­re za­czę­to za­sie­dlać pięć­dzie­siąt ty­się­cy lat temu.

Wy­star­czy­ło trzy­dzie­sto­le­cie, by Afga­ni­stan ob­rósł mnó­stwem ste­reo­ty­pów, po­wie­la­nych w nie­skoń­czo­ność przez ko­re­spon­den­tów wo­jen­nych, pu­bli­cy­stów i dzia­ła­czy or­ga­ni­za­cji po­mo­co­wych.

Ma­ni­chej­ski ste­reo­typ szla­chet­nych, wal­czą­cych z otwar­tą przy­łbi­cą mu­dża­he­di­nów i za­co­fa­nych, tchórz­li­wych ta­li­bów, za­sła­nia­ją­cych się ży­wy­mi tar­cza­mi z lud­no­ści cy­wil­nej.

Ste­reo­typ ini­cja­cyj­ny, czy­li rze­ko­my chrzest bo­jo­wy za­chod­nie­go dzien­ni­ka­rza w od­dzia­łach par­ty­zant­ki afgań­skiej. Ry­tu­ał przej­ścia w toż­sa­mość wo­jow­ni­ka, co­raz cen­niej­szą w gnu­śnym, znie­wie­ścia­łym świe­cie Za­cho­du.

Sek­si­stow­ski ste­reo­typ ko­bie­ty oku­ta­nej przez za­zdro­sne­go męża w cza­dor, któ­ry po­zba­wia wę­drow­ca ucie­chy ob­co­wa­nia z jej uro­dą.

Fe­mi­ni­stycz­ny ste­reo­typ ko­bie­ty odar­tej z pra­wa do sta­no­wie­nia o wła­snej ka­rie­rze, znie­wo­lo­nej tra­dy­cyj­nym po­dzia­łem na role mę­skie i żeń­skie.

Ro­man­tycz­ny ste­reo­typ mi­ło­ści nie­moż­li­wej, pro­wa­dzą­cej do tra­ge­dii ko­chan­ków, któ­rzy pa­da­ją ofia­rą afgań­skiej struk­tu­ry kla­no­wej.

Ko­lo­nial­ny ste­reo­typ cy­wi­li­za­to­ra, nio­są­ce­go dzi­ku­som oświa­ty ka­ga­niec.

Ła­ma­nie sza­blo­nów wy­ma­ga czę­sto za­stę­po­wa­nia ich in­ny­mi, ścią­gnię­ty­mi z prze­ciw­staw­ne­go bie­gu­na. Przy­go­to­wu­jąc się do wy­jaz­du, ule­głam ste­reo­ty­po­wi szczę­śli­we­go dzie­ciń­stwa. Cu­dze­go. Dzie­ciń­stwa spę­dzo­ne­go w Ka­bu­lu przez moją przy­ja­ciół­kę, któ­rej ro­dzi­ce wró­ci­li do Pol­ski po bez­kr­wa­wym za­ma­chu sta­nu, oba­le­niu mo­nar­chii i prze­ję­ciu wła­dzy przez Mo­ham­ma­da Dau­da.

W lip­cu 1973 roku Za­hir Szach wy­je­chał do Włoch, żeby pod­re­pe­ro­wać zdro­wie. Wład­cą był dość nie­udol­nym i chy­ba zda­wał so­bie z tego spra­wę. Przez bli­sko trzy­dzie­ści lat pa­no­wa­nia wy­rę­cza­li go pre­mie­rzy-re­gen­ci, ską­di­nąd człon­ko­wie naj­bliż­szej ro­dzi­ny. Król Afga­ni­sta­nu - sły­ną­cy z za­mi­ło­wa­nia do sztu­ki i pięk­nych ko­biet - prze­jął ster rzą­dów do­pie­ro w 1963 roku, bar­dziej z chę­ci do­pie­cze­nia am­bit­nym krew­nia­kom niż spra­wo­wa­nia wła­dzy.

Szwa­gier Mo­ham­mad Daud nie za­po­mniał mu tej znie­wa­gi, od­cze­kał dzie­sięć lat i wy­ko­rzy­stał pierw­szą nada­rza­ją­cą się spo­sob­ność. Za­hir Szach nie cho­wał ura­zy. Ab­dy­ko­wał mie­siąc po ogło­sze­niu re­pu­bli­ki. Nie­wy­klu­czo­ne, że ode­tchnął z ulgą. Za­miesz­kał w Rzy­mie, gdzie od­tąd wiódł spo­koj­ny ży­wot ostat­nie­go afgań­skie­go mo­nar­chy.

Zbun­to­wa­na sied­mio­lat­ka nie mo­gła się za to po­go­dzić z ze­sła­niem do War­sza­wy. Brud­ne­go, sza­re­go mia­sta przy­gnę­bio­nych lu­dzi, któ­re na wio­snę nie roz­kwi­ta­ło mnó­stwem róż i tu­li­pa­nów. Dziu­ry, w któ­rej nie było na­wet Mark­sa & Spen­ce­ra. Za­nie­dba­ne wil­le na Sa­skiej Kę­pie tyl­ko wzma­ga­ły jej tę­sk­no­tę za spa­ce­ra­mi wśród mo­der­ni­stycz­nych re­zy­den­cji ka­bul­skiej dziel­ni­cy rzą­do­wej, gdzie w la­tach dwu­dzie­stych ubie­głe­go wie­ku król Ama­nul­lah ka­zał wznieść ol­brzy­mi neo­kla­sycz­ny pa­łac Da­rul Aman. Dar-ul-Aman, do­słow­nie "Dom Po­rząd­ku". W zna­cze­niu me­ta­fo­rycz­nym stre­fa bez­pie­czeń­stwa, za­wie­sze­nia bro­ni mię­dzy Do­mem Po­ko­ju a Do­mem Woj­ny. Mię­dzy świa­tem is­la­mu a świa­tem nie­mu­zuł­mań­skim.

Kie­dy moja przy­ja­ciół­ka do­ro­sła, nie chcia­ła uwie­rzyć w praw­dę ekra­nu. Nie­moż­li­we, żeby wszyst­ko le­gło w gru­zach. Nie­moż­li­we, żeby kurz wdzie­rał się w każ­dą szcze­li­nę. Ka­bul wciąż musi być pięk­ny. O za­cho­dzie słoń­ca w kry­sta­licz­nym gór­skim po­wie­trzu za­wi­sa błę­kit­no­ró­żo­wa po­świa­ta. Sama zo­ba­czysz.

Sa­mo­lot zro­bił zwrot przez skrzy­dło i wy­lą­do­wał na ka­bul­skim lot­ni­sku Chwa­dża Ra­wasz - po­ra­nio­nej, okry­tej kar­bun­ku­ła­mi ruin niec­ce na wy­so­ko­ści bli­sko ty­sią­ca ośmiu­set me­trów nad po­zio­mem mo­rza, u stóp strze­li­stych wznie­sień Hin­du­ku­szu. Góry sta­ły po pas w smo­gu bar­wią­cym po­ran­ną mgłę na brud­no­fio­le­to­wo, za­cie­ra­ją­cym ostry ry­su­nek żle­bów w li­tej ska­le.

Zdą­ży­li­śmy się już tro­chę po­znać. Go­dzi­ny ocze­ki­wa­nia na lot­ni­sku w Stam­bu­le spę­dzi­li­śmy na roz­mo­wach ze stu­diu­ją­cą w Pol­sce Pasz­tun­ką i z cze­skim le­ka­rzem, pra­cow­ni­kiem jed­nej z mi­sji me­dycz­nych w Afga­ni­sta­nie. Pasz­tun­ka bała się po­wro­tu do domu po trzech la­tach roz­łą­ki. Le­karz stra­szył nas le­isz­ma­nio­zą, pa­skud­ną cho­ro­bą prze­no­szo­ną przez mu­chy pia­sko­we, któ­rych uką­sze­nie pro­wa­dzi do owrzo­dze­nia i trwa­łe­go oszpe­ce­nia skó­ry. Umó­wi­li­śmy się z Cze­chem na­za­jutrz, przed wej­ściem do Mu­zeum Ka­bul­skie­go.

Nic nie wy­szło z tego spo­tka­nia.

Od przy­lo­tu do Ka­bu­lu, gdzie prze­ję­li nas dwaj afgań­scy pra­cow­ni­cy sto­wa­rzy­sze­nia, na­sze ży­cie po­to­czy­ło się in­nym try­bem. Z dnia na dzień sta­li­śmy się za­kład­ni­ka­mi tu­tej­szej go­ścin­no­ści, na­ce­cho­wa­nej mnó­stwem naj­roz­ma­it­szych od­cie­ni. Oba­wą, żeby Eu­ro­pej­czyk nie wpa­ko­wał się w ja­kąś ka­ba­łę i nie ścią­gnął kło­po­tów na go­spo­da­rzy. God­no­ścią, ka­żą­cą wziąć go­ścia na utrzy­ma­nie na­wet kosz­tem do­mow­ni­ków. Prze­ko­na­niem, że gość zda się na opie­ku­nów i zo­sta­wi im pra­wo wszel­kie­go wy­bo­ru: miejsc god­nych zwie­dze­nia, lu­dzi god­nych za­ufa­nia, po­traw god­nych praw­dzi­wej uczty.

Po po­łu­dniu przed dom za­je­cha­ła te­re­no­wa to­yo­ta z na­pę­dem na czte­ry koła - je­dy­ny nie­za­wod­ny śro­dek trans­por­tu w Afga­ni­sta­nie.

- Be ko­dża mi­ra­wim? - spy­ta­łam nie­śmia­ło kie­row­cę.

Z ust bro­da­cza po­pły­nął stru­mień słów w dari, tu­tej­szej od­mia­nie ję­zy­ka per­skie­go. Słu­cha­łam jak za­cza­ro­wa­na, pró­bu­jąc wy­chwy­cić zna­jo­me dźwię­ki, któ­rych i tak nie zdo­ła­łam zło­żyć w od­po­wiedź, do­kąd je­dzie­my. Wresz­cie od­wa­ży­łam się prze­rwać męż­czyź­nie i wy­ja­śnić, że sła­bo znam per­ski.

- Aaaa... - od­parł ci­cho. Nie uśmiech­nął się, na­wet nie spoj­rzał w moją stro­nę i za­milkł na do­bre.

Po chwi­li do­siadł się je­den z na­szych opie­ku­nów, oznaj­mił po an­giel­sku, że je­dzie­my na wzgó­rze Ma­ran­dżan, po czym wdał się w roz­mo­wę z moim to­wa­rzy­szem.

- Jak się na­zy­wasz? Ces­sar, tak? Bę­dziesz uczył an­giel­skie­go, praw­da?

- Nie, ob­słu­gi kom­pu­te­rów. An­giel­skie­go bę­dzie uczy­ła...

- Aaaa... - prze­rwał mu Afgań­czyk, za­fra­so­wał się i wa­żył sy­tu­ację w mil­cze­niu.

Gó­ru­ją­ce nad Tep­pe Ma­ran­dżan po­nu­re mau­zo­leum Na­dir Sza­cha, ojca ostat­nie­go kró­la Afga­ni­sta­nu, jest jed­ną z naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nych bu­dow­li Ka­bu­lu. Wy­cio­sa­ne z czar­ne­go mar­mu­ru, zwień­czo­ne me­ta­lo­wą ko­pu­łą wspar­tą na cięż­kich ko­lum­nach, ucier­pia­ło moc­no w cza­sie walk to­czo­nych w tym stra­te­gicz­nym miej­scu w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych, wciąż jed­nak gro­ma­dzi tłu­my ka­bul­czy­ków.

Star­si być może roz­pa­mię­tu­ją krót­kie, czte­ro­let­nie wła­da­nie pa­dy­sza­cha, któ­ry prze­pę­dził od tro­nu ta­dżyc­kie­go "uzur­pa­to­ra" Ha­bi­bul­la­ha Ka­la­ka­nie­go, znie­na­wi­dzo­ne­go przez Pasz­tu­nów za prze­rwa­nie dy­na­stii Ba­rak­za­jów i prze­ję­cie wła­dzy po zmu­szo­nym do ab­dy­ka­cji Ama­nul­la­hu. Woj­ska Na­dir Sza­cha oto­czy­ły mia­sto w paź­dzier­ni­ku 1929 roku. Ka­la­ka­ni, zwa­ny też po­gar­dli­wie Ba­cza-je Saqo, czy­li "sy­nem wo­zi­wo­dy", zbiegł wpierw do ro­dzin­nej wio­ski, żeby wkrót­ce dać się uwieść in­try­gom Na­dira, ma­mią­ce­go go na­dzie­ją ob­ję­cia po­sa­dy w rzą­dzie. Nie­szczę­sny Ta­dżyk ukląkł w koń­cu przed plu­to­nem eg­ze­ku­cyj­nym, mimo wszyst­ko dzię­ku­jąc Bogu, że speł­nił jego naj­skryt­sze ma­rze­nie i uczy­nił go kró­lem. Na­dir Szach zgi­nął w 1933 roku z ręki na­sto­lat­ka Ab­du­la Cha­li­qa, prze­ku­pio­ne­go naj­praw­do­po­dob­niej przez lu­dzi wy­pę­dzo­ne­go do Włoch Ama­nul­la­ha.

Młod­si klu­czą mię­dzy rzę­da­mi cy­pry­sów, prze­wra­ca­ją się w ku­rzu i go­nią przed sobą stad­ka kóz, tre­nu­jąc za­ja­dle przed świę­tem la­taw­ców przy­pa­da­ją­cym w cza­sie mar­co­wych ob­cho­dów Na­uruz, czy­li afgań­skie­go No­we­go Roku. W 2005 roku, kie­dy wzno­wio­no je po trzy­dzie­stu la­tach wo­jen­nej za­wie­ru­chy, na wzgó­rze Ma­ran­dżan ścią­gnę­ło prze­szło sto ty­się­cy wi­dzów.

Na­gły po­dmuch wia­tru po­rwał la­taw­ca skle­co­ne­go z wy­kle­pa­nych prę­tów i kil­ku warstw prze­zro­czy­stych to­reb fo­lio­wych. Za­ło­po­ta­ły zie­lo­ne pro­por­ce na gro­bach mę­czen­ni­ków-sza­hi­dów. Ze­szłam w dół po strza­ska­nych scho­dach i skry­łam się za wę­głem mau­zo­leum, żeby pod­pa­trzyć parę sy­no­gar­lic. Bez­myśl­nie mi­nę­łam ta­bli­cę ostrze­ga­ją­cą przed mi­na­mi prze­ciw­pie­chot­ny­mi. Nikt nie zwró­cił na mnie uwa­gi. Z od­da­li do­biegł tu­bal­ny śmiech na­sze­go opie­ku­na, któ­ry roz­pra­wiał w naj­lep­sze z "Ces­sa­rem", obej­mu­jąc go za szy­ję.

Słoń­ce za­cho­dzi. W cięż­kim od upa­łu po­wie­trzu wisi za­sło­na spa­lin z ge­ne­ra­to­rów, włą­cza­nych ty­sią­ca­mi przy każ­dej prze­rwie w do­sta­wie prą­du. Kurz wdzie­ra się w naj­skryt­sze za­ka­mar­ki cia­ła. Poza smro­dem ole­ju na­pę­do­we­go i du­szą­cym za­pa­chem pyłu nie czuć pra­wie nic - trud­no na­wet zwie­trzyć woń bru­du i zgni­li­zny. Eks­pa­ci ba­ry­ka­du­ją się we wła­snych en­kla­wach, ścią­gnię­ci na­dzie­ją za­rob­ku. Afgań­czy­cy ko­czu­ją, gdzie po­pad­nie, ob­ser­wu­jąc świat z łó­żek usta­wio­nych rzę­dem na skra­ju prze­pa­ści - z pią­tej kon­dy­gna­cji domu prze­cię­te­go na pół przez po­cisk ar­ty­le­ryj­ski. Dzie­ci że­brzą na uli­cach, wci­ska­jąc cu­dzo­ziem­com po­pla­mio­ne eg­zem­pla­rze wy­da­ne­go trzy­dzie­ści lat temu pla­nu Ka­bu­lu. Żoł­nie­rze suną po mie­ście w opan­ce­rzo­nych sa­mo­cho­dach, a z oczu wy­zie­ra im strach po­mie­sza­ny z obrzy­dze­niem.

Strasz­ne tu bło­to. W le­cie był żół­ty pył, w zi­mie jest sza­re bło­to. Trud­no wstać, jak się upad­nie. Przy­wie­ra do stóp. Ob­le­pia koła. Cią­ży wiel­błą­dom. Sza­re. Lep­kie. Zim­ne.

Nie­dłu­go wio­sna i bę­dzie czer­wo­no. Jak za­kwit­nie pu­sty­nia. Bo za­kwi­tło bło­to. Na czer­wo­no, ale ja­koś ciem­niej i gę­ściej. Bo ja leżę chy­ba. Leżę i roz­kwi­tam. Albo nie ja, tyl­ko bło­to. Na czer­wo­no. Tak.

Zdzi­wio­ny. Wy­sze­dłem przed dom, od razu od­je­cha­li. Wczo­raj było świę­to. Dzi­siaj jest noc. Stu­ka­li do bra­my. Cór­ka za­wo­ła­ła. Ten sam mo­to­cykl co za­wsze. Dwa mi­ga­cze. Je­den stłu­czo­ny. Sa­kwy z ki­li­mu. Na pew­no ten sam.

Tego dru­gie­go męż­czy­zny nie znam. Pierw­sze­go znam. Nosi tur­ban jak muł­ła. Nie lu­bię muł­łów, nie pój­dę do me­cze­tu. Ma bia­ły szal­war ka­miz. Bie­lu­teń­ki jak śnieg. Bia­ły. Kie­dy od­jeż­dża­li, zro­bił się czer­wo­ny. Jak bło­to pode mną.

Dla­cze­go pode mną? Prze­cież ja sto­ję. Nie. Nie sto­ję. Leżę. Po­ło­ży­łem się, jak strze­li­li. A po­tem już ich nie było. Szko­da, bo nie wiem, po co tu przy­je­cha­li. Dziw­nie jest. Zim­no i lep­ko. Te­raz dzie­ci nie chcą do mnie po­dejść, tyl­ko krzy­czą. Albo nie krzy­czą. Po­li­czę do trzech. Zno­wu krzy­czą. Ci­sza. Raz, dwa, trzy. Bir, ikki, ucz. Krzy­czą. Ci­sza. I znów krzy­czą. Jak­by ktoś umie­rał.

Chodź­cie tu bli­żej. Bo ja nie wiem dla­cze­go, ale trud­no wstać. Strasz­ne bło­to do­ko­ła. Strasz­ne, czer­wo­ne bło­to. Zie­mia się otwie­ra. Bło­to czer­wo­ne, a nie kwit­nie. Za gę­sto i za lep­ko. Jak nie wsta­nę, to mnie pod­nie­ście. Dla­cze­go krzy­czy­cie? Raz, dwa, trzy, ci­sza.

Nie chcę do Ma­zar-e Sza­rif. Już by­łem. Przy­wieź­li­śmy wszyst­ko, co trze­ba. Nie krzycz. Po co mamy zno­wu je­chać? Mu­szę po­roz­ma­wiać z tym z mo­to­cy­kla. Tego dru­gie­go nie znam. Pierw­sze­go znam. Dla­cze­go od­je­cha­li? Dla­cze­go bło­to jest czer­wo­ne? Chcę wstać.

Nic nie boli. Nic nie wi­dać. Co­raz gę­ściej. Nio­są, ko­ły­szą, krzy­czą. Bo nie mogę wstać. Te­raz to już na­wet nie chcę. Po­cze­kam. Słu­cham. Ser­ce pom­pu­je krew. Dla­te­go bło­to jest czer­wo­ne. Dla­te­go roz­kwi­tło. Le­ka­rze bie­ga­ją. Raz, dwa, trzy, krzyk, ci­sza. Krew krą­ży. Raz, dwa, trzy. Bir, ikki, ucz. Ci­sza. Asy­sto­lia, mó­wią. Ja­kie pięk­ne sło­wo. Nie znam. Krew nie krą­ży. Raz, trzy, dwa. Bir, ucz, ikki. Ci­sza. Krzyk. Bar­dzo gę­sty i bar­dzo czer­wo­ny.

Śmierć. Ład­ne sło­wo. Po per­sku marg. A ja chcę po uz­bec­ku. Je­stem Uz­be­kiem. Marg. Śmierć. De­ath. Nie pa­mię­tam. Ci­sza. Krzyk, krzyk. Ci­sza. Dłu­ga taka. Gę­sta. Czer­wo­na. Czar­na. Tak.