Prolog
Styczeń 1945
Skończył pisać i schował wieczne pióro do kieszeni. List włożył do
zaadresowanej koperty, po czym zakleił ją starannie. Wsunął go do
niedużej książki, żeby się gdzieś nie zawieruszył i nie pogniótł w kieszeni. A książka w twardej oprawie dawała solidną ochronę. Był to
przedwojenny przewodnik po okolicy, napisany po polsku. Wybrał właśnie
tę książkę, bo była niewiększa od koperty i łatwo ją wsadzić do
kieszeni. Książka nie miała żadnego znaczenia, była tylko opakowaniem
dla najważniejszego listu, jaki Hans Grüneberg napisał w swoim życiu.
Adresatem był jego brat Otto, mieszkający w ich rodzinnym Frankfurcie
nad Menem. Chłopak miał dopiero piętnaście lat, więc nie groziło mu, że
wcielą go do armii. Tam, w Rzeszy, był stosunkowo bezpieczny, dlatego
on, jego starszy brat, liczył, że Otto wyjdzie cało z tego piekła. Jego
szanse z kolei były niewielkie. Ale cały czas miał nadzieję...
Wkrótce wyruszą z tej wsi w stronę Breslau. To był jedyny rozsądny
kierunek, bo miasto zostało ogłoszone twierdzą i na pewno będzie się
bronić przed nacierającymi ze wschodu bolszewickimi hordami. Gauleiter
Hanke zapewniał w radiowym przemówieniu, że Breslau nigdy nie padnie na
kolana przed czerwoną zarazą. Hans uwierzył mu, a zresztą w co innego
miał wierzyć? Wszystko dookoła rozsypało się jak domek z kart, więc
Breslau jawiło się jak jasny, świetlisty punkt na czarnej mapie
wojennego szaleństwa. Jeśli tam dotrze, istniała bardzo duża szansa, że
uda mu się przeżyć. Ale mogło się zdarzyć też tak, że po drodze wpadnie
w łapy ruskich, a ci byli tuż. Dlatego postanowił, że nie może zabrać ze
sobą tej - jedynej w swoim rodzaju - wojennej zdobyczy, która
przypadkowo znalazła się na jego drodze.
Gdy dowodzony przez niego oddział wycofywał się z Krakau, mniej więcej
pięćdziesiąt kilometrów za miastem zatrzymali się, by odpocząć w jakimś
lesie. Jego ludzie przy drodze natrafili na kilka rozbitych i mocno
ostrzelanych wojskowych ciężarówek. Ci, którzy nimi jechali, albo
zginęli na miejscu, albo poszli dalej pieszo, bo nikogo żywego w tym
miejscu nie było. Samochody wyładowane były meblami, ubraniami i jakimiś
przedmiotami domowego użytku. Widać zapobiegliwi urzędnicy Generalnego
Gubernatorstwa chcieli wywieźć swój dobytek do Niemiec, by ocalić go
przez Sowietami. Tym akurat się nie udało. Cały ładunek spoczywał na
ciężarówkach gdzieś na polskiej prowincji. Żołnierzy nie interesowały te
dobra. Szukali czegoś do jedzenia, ale zawiedli się. Nic tam nie było.
Za to feldfebel Kramer wrócił z jakimś trofeum. Spomiędzy gratów
wyciągnął walizkę zamkniętą na klucz. Szybko otworzył zamek za pomocą
bagnetu, a zawartość wyrzucił na śnieg. Wypadły z niej ubrania, papiery
i coś jeszcze: dwie miedziane rury, zamknięte szczelnie kapslami.
Żołnierz pewnie liczył, że w środku znajdzie jakieś kosztowności. Ale
srodze się zawiódł. Otworzył pierwszą tubę i wydobył z niej płócienny
rulon. Z drugą było podobnie. Wściekły cisnął zawartość na śnieg.
- Gówno jakieś - warknął. - Nic do jedzenia, tylko jakieś szmaty! -
podsumował swoje znalezisko i odszedł niezadowolony.
Grüneberg stał obok Kübelwagena i palił papierosa. Jego towarzysz,
kapelan Willi Stoff, wskazał na leżące płachty.
- Jakieś obrazy - powiedział i zaciekawiony podszedł.
- Poczekaj. - Kapitan położył rękę na ramieniu kierowcy Rudiego Lipke,
sympatycznego, zawsze uśmiechniętego dwudziestolatka pochodzącego z Moguncji, po czym ruszył za kapelanem.
Pozostali żołnierze ładowali się na dwie ciężarówki. Nikogo nie
obchodziły płótna leżące na śniegu. Oficer zbliżył się i zamarł. Nie
mógł uwierzyć w to, co widzi. Przecież to najprawdziwsze obrazy, które
wyszły spod pędzla mistrzów... Nie, nie mogło być pomyłki. Nie raz, nie
dwa oglądał obrazy tych malarzy, ale nigdy nie miał okazji ich dotknąć.
W końcu w salach muzealnych nie dotyka się dzieł wielkich mistrzów. A tu
bezcenny skarb leżał u jego stóp na śniegu, jak stare szmaty, które
wyrzuciła gospodyni, bo nie nadawały się nawet do podłogi.
Stoff też zrozumiał, z czym mają do czynienia. Drżącymi dłońmi zgarnął
śnieg z twarzy młodzieńca na płótnie, zwinął je w rulon, włożył je
ostrożnie do miedzianej rury i zamknął kapslem. Potem zrobił to samo z drugim obrazem, wyprostował się, po czym jedną rurę podał Grünebergowi,
a drugą wsunął za pazuchę.
- Przyda się do mojego kościoła w Seichau - stwierdził, jakby był pewny,
że kapitan nie będzie miał nic przeciwko.
Grüneberg nie protestował. Bez słowa trzymał swoją rurę i rozejrzał się.
Jego ludzie siedzieli już na pakach.
Willi patrzył na nich, czekając, aż kapitan wyda rozkaz.
Wrócili do auta i usiedli na tylnym siedzeniu, owijając się szczelnie
grubymi kocami.
- Jazda! - Grüneberg wydał polecenie kierowcy.
Ten natychmiast wrzucił bieg i samochód ruszył. Obie ciężarówki podążyły
jego śladem.
- Co tam było? - zapytał kierowca. - W tych rurach - dodał tak, jakby
oficerowie nie byli w stanie domyślić się, o co mu chodzi.
Kapitan kogoś innego zaraz by opieprzył za wsadzanie nosa w nie swoje
sprawy. Ale młodziak zapytał jak zawsze z czystej ciekawości.
- Stare mapy - odpowiedział zdawkowo.
- A, mapy. - Pokiwał głową z uznaniem. - Nawet stara mapa kiedyś może
się przydać - stwierdził i zamilkł, zajęty prowadzeniem auta.
Mimo ponaddwudziestostopniowego mrozu słońce, które wzeszło przed
godziną na bezchmurnym niebie, zapowiadało ładny dzień. Można by nawet
powiedzieć, że jest pięknie, gdyby nie nawała grzmotów, rozlegających
się na wschodzie. Front szedł w stronę Rzeszy jak ogromny walec,
niszczący wszystko na swojej drodze.
Następnego dnia koło drugiej po południu przejechali przez zapchany
wycofującym się wojskiem Posen. Grüneberg nie miał zamiaru zostawać w tym pełnym ludzi mieście. Ruscy tylko czekali na takie okazje, by
zbombardować zatłoczone ulice. To, że tego jeszcze nie zrobili,
oznaczało, że ktoś tam u nich czegoś nie dopatrzył. Ale Hans był zbyt
doświadczonym frontowcem, żeby nie wiedzieć, co tu się wkrótce stanie.
Znał zresztą Posen, bo przed trzema laty stacjonował tutaj przez kilka
miesięcy. Dlatego wiedział, jak uniknąć zatłoczonych głównych ulic i wydostać się po zachodniej stronie miasta. Podjechali jeszcze na jakiś
dworzec kolejowy i wysadzili tam kapelana Stoffa, który zamierzał dostać
się pociągiem do Berlina. Pożegnali się jak żołnierze, życząc sobie
nawzajem przeżycia, i ksiądz zniknął w tłumie ludzi obładowanych
walizkami i tobołkami.
Wieczorem Grüneberg i jego ludzie dotarli do niewielkiej wsi położonej
tuż za miastem Posen. Zdecydował, że tu będą mogli spokojnie zrobić
postój. Pałacyk położony w samym środku wioski wydawał się idealnym
miejscem, żeby odpocząć i nabrać sił. Tym bardziej że nie był
zniszczony, a szyby w oknach dawały gwarancję spędzenia paru godzin w cieple.
Żołnierze ścięli kilka drzew w sadzie, porąbali je na polana, dzięki
czemu można było napalić w piecach i w kuchennej westfalce. Na blasze
szybko pojawił się spory garnek. Ich kucharz Johann Dorsch wrzucił do
niego kilka kiełbas i połeć boczku, to były produkty zarekwirowane we
wsi. Do tego dołożył suszony groch, wyfasowany jeszcze w kwatermistrzostwie, oraz znalezione w pałacowej piwnicy kartofle. Nie
minęła godzina, gdy smakowity zapach grochówki zaczął rozchodzić się po
pomieszczeniach. Zapach był tak intensywny, że i na zewnątrz pachniało
zupą. I zaraz zjawiło się kilku żołnierzy z jakichś rozbitych oddziałów,
a może dezerterów, którzy też uciekali na zachód. Chcieli się załapać na
wyżerkę w pałacyku. Ale ludzie Grüneberga gotowi byli walczyć o jedzenie
z bronią w ręku. Nie mieli litości dla obcych. Grochówka tylko dla
swoich! Ci, których przepędzono spod drzwi, odgrażali się, że jeszcze tu
wrócą.
Gdy po posiłku syci i senni żołnierze zalegli na fotelach, kanapach lub
wprost na podłodze, Grüneberg poszedł do samochodu. Zabrał tubę z obrazem i ruszył aleją parkową, biegnącą od pałacyku. Kiedy wjeżdżali tu
przed dwiema godzinami, zobaczył odpowiednie miejsce. Zdawało mu się
wówczas, że jest to jakaś kaplica. Okazało się, że to rodzinny
grobowiec, zapewne właścicieli tego majątku, rodziny o nazwisku von
Tempelhoff. Hans obszedł kaplicę. Tylna murowana ściana miała wyraźne
pęknięcie. Wydobył z pochwy przytroczonej do pasa bagnet. Zaczął nim
szybko pracować, wbijając ostrze w kruchą, rozsypującą się stuletnią
zaprawę. Wyjęcie trzech cegieł zabrało pół godziny. Za cegłami była
pusta przestrzeń. Hans wsunął tam tubę, a potem na powrót włożył cegły.
Nie do końca zadowolony z efektu, wstał i rozejrzał się dookoła.
Przydałoby się coś jeszcze do zamaskowania luźnych cegieł. Dostrzegł
opartą o boczną ścianę połamaną płytę. Z trudem przyciągnął ją na tył
kaplicy, a potem oparł tak, by zasłoniła poluzowane cegły. Wojenne
trofeum było już bezpieczne.
Pomyślał, że nikogo nie zainteresuje stara kaplica grobowa, a już na
pewno nie pęknięta marmurowa tablica. Co oznaczało, że obraz może leżeć
tu długo i nic mu się nie stanie. Hans wróci po niego, jak tylko armia
niemiecka odbije utracone tereny. A jeśli nie, no to wybierze się tutaj
po wojnie. W końcu Posen to prawie przygraniczne miasto. Przedwojenna
granica jest zaledwie pięćdziesiąt kilometrów stąd.
Po powrocie do pałacyku napisał do młodszego brata, materiały piśmienne
znalazł w gabinecie, który był nietknięty. W ten sposób zabezpieczał
się, na wszelki wypadek. Gdyby coś mu się, nie daj Boże, stało, chłopak
bez trudu powinien sobie poradzić ze znalezieniem ukrytej rury. Hans
wolał zostawić ją tu, niż ryzykować, że rura z obrazem wpadnie w ręce
ruskich.
Ich wojska parły nieprzerwanie na zachód i mogło się nawet okazać, że
atakiem z południa odetną drogę do Breslau.
Grüneberg włożył list do książki, a ją do kieszeni kożucha. Spojrzał na
zegarek. Dochodziła siódma wieczór. Da chłopakom jeszcze najwyżej pół
godziny, a potem ruszą. Wyszedł z budynku i stanął z papierosem w ustach. Z tarasu wpatrywał się w ciemność, ale niewiele dojrzał, mimo że
noc była jasna i księżycowa. Dalszy widok zasłaniały krzaki i zarośla
otaczające szczelnie pałacyk od strony parku. Naraz kapitanowi wydało
się, że coś słyszy. Wytężył wzrok, ale niczego nie dostrzegł, raczej
wyczuł, niż zobaczył, że ktoś jest w krzakach naprzeciwko. Chciał
krzyknąć do wartownika, który powinien być nieopodal przy samochodach,
żeby sprawdził, co tam się dzieje, ale nie zdążył. Ostry skowyt serii
wypuszczonej ze Schmeissera rozdarł wieczorną ciszę. Grüneberg, potężnie
trafiony w brzuch i klatkę piersiową, runął na przeszklone drzwi. Przez
moment widział ciemne plamy krwi. Potem zapadła ciemność.
Żołnierze wypadli z pałacyku, krzycząc dla dodania sobie animuszu. Byli
zaprawionymi w bojach frontowcami, więc doskonale wiedzieli, jak się
zachować w takiej sytuacji. Natychmiast ostrzelali krzaki z bezwzględną
dokładnością, a dopiero potem je sprawdzili. Szybko zlokalizowali
napastnika. Już nie żył. Ostrzał okazał się zabójczo skuteczny.
Rozpoznali w zabitym jednego z tych, którzy chcieli wprosić się na
grochówkę.
- Zemścił się jak idiota - powiedział feldfebel Kramer. - Dał się zabić
za michę grochówki.
- Ale zastrzelił kapitana Grüneberga, skurwysyn jeden - powiedział
kierowca Rudi.
- No i jednego pieprzonego oficera mniej. - Kramer nie przepadał za
oficerami. - Dobra, zbieramy się. Koniec spania. Ładować dupy na
ciężarówki, bo wam je iwan odstrzeli.
- A co z kapitanem?
- Włóżcie go do którejś trumny w rodzinnym grobowcu.
- Przecież trumny są już zajęte.
- Stary truposz chyba się nie pogniewa, jak dostanie nowego lokatora,
nie? - zażartował podoficer, a jego podwładni wybuchnęli śmiechem.
Feldfebel, który był teraz najstarszy stopniem, przejął dowodzenie.
Żołnierze bez ociągania przeszli pod jego rozkazy, przywykli do
wojskowej dyscypliny. Po dziesięciu minutach siedzieli już na pakach,
owinięci kocami i czym się dało. Kramer już chciał wskoczyć do
Kübelwagena, którego przejął po zabitym dowódcy, ale nagle o czymś sobie
przypomniał.
Po chwili wrócił do pałacyku, do gabinetu, który zajmował kapitan. Gruby
kożuch dowódcy leżał na stole. Po co miał się zmarnować. Feldfebel
szybko wciągnął go na grzbiet, na grubą kurtkę. Kożuch był obszerny,
taki typowo chłopski. Nagle podoficer poczuł coś twardego z boku. Włożył
dłoń do kieszeni. Zdziwiony wyjął z niej książkę. Spojrzał na tytuł, ale
nic nie zrozumiał. Już miał cisnąć ją na podłogę, ale jego wzrok padł na
oszkloną szafę wypełnioną książkami. Feldfebel podszedł do niej i postawił książkowe znalezisko na półce.
Nie będzie przecież barbarzyńcą. Miejsce książki jest na półce, między
innymi książkami, a nie na podłodze.
Rozdział I
Siechów, Dolnośląskie
Niedziela, 13 czerwca 2021 roku
Godzina 10.20
Msza zaczynała się o jedenastej. Zostało więc jakieś czterdzieści minut.
Kościół jednak tętnił życiem. W środku siedziało ze czterdzieści kobiet.
Jak co niedziela przyszły wcześniej, żeby wspólnie, z pełnym
zaangażowaniem, odmówić różaniec.
Ksiądz Milczyński dał klucze do kościoła Melanii Bartczakowej, bo
kościelny gdzieś się zapodział. Kobieta była najbardziej zaangażowana w życie parafii w ubiegłym miesiącu, a właściwie nawet w dwóch ostatnich.
W tej sytuacji coś jej się w końcu należało. Dlatego to ona odpowiadała
za modlitwę, ale tylko w czerwcu. O to, żeby przewodniczyć w lipcu,
walczyły już zaciekle Gabriela Pilawa z Krystyną Kotulą. Obie były
bardzo zasłużone dla parafii i wykazały się wielkim zaangażowaniem przy
dekorowaniu Grobu Pańskiego. Na razie jednak ksiądz nie wiedział, która
z nich wygra lipiec, bo ostateczny werdykt zapadnie podczas liczenia
datków na remont dachu. Oficjalne zliczanie i zapisywanie do zeszytu
miesięcznych wpływów jak zwykle odbędzie się na plebanii, po południu w ostatnią niedzielę czerwca. Wtedy to przedstawiciele wszystkich rodzin
uczestniczących w życiu parafii spotkają się w jadalni przy kawie i ciastach upieczonych przez parafianki. Gdy wszyscy już się wygodnie
rozsiądą, wikary przyniesie specjalny worek, do którego po każdej mszy
trafiają koperty z pieczęcią przedstawiającą kościół.
Tę procedurę wymyślił nowy proboszcz, który nastał rok temu. Z miejsca
zauważył, że kobiety zabiegają, żeby to właśnie im powierzano
prowadzenie różańca przed mszą. Poprzedni proboszcz wskazywał kolejną
prowadzącą po uważaniu, bez żadnej logiki. Raz wyznaczył tę, innym razem
inną, ale nigdy nie decydowały względy merytoryczne. Ksiądz Zenon
Milczyński, ów nowy proboszcz, postanowił zmienić to. Dobrze wiedział,
że ludzie gotowi są sporo zapłacić, byleby tylko osiągnąć cel. Dlatego
ogłosił, że od tej pory za różaniec będą odpowiadać osoby wykazujące się
szczególną hojnością na rzecz kościoła. Dobrowolne datki będą
przyjmowane w specjalnych kopertach, wydawanych w zakrystii przed mszą
niedzielną. Trzeba je tylko opatrzyć swoim nazwiskiem, żeby przypadkiem
nie przypisano ofiary komuś innemu. W ten sposób proboszcz już przed
tacą wiedział, kto będzie wrzucał kopertę, a na koniec miesiąca mógł z czystym sumieniem oddać prowadzenie konkretnej osobie, zwyciężczyni w szlachetnej rywalizacji.
Pomysł był świetny, bo skłaniał parafianki do walki o palmę
pierwszeństwa, a przy tym przynosił zyski. Dlatego proboszcz Milczyński
był w doskonałym nastroju, mimo że nie wyspał się w nocy. Coś mu leżało
na wątrobie, więc kręcił się w łóżku, przewracał z boku na bok, a do
tego było mu raz cieplej, raz zimniej. A przecież jak już, to powinno mu
być stale za ciepło, bo noc była duszna i gorąca, a prognozy w radiu
zapowiadały nadchodzące burze. Tyle że grzmoty i pioruny nie były mu
straszne, skoro w perspektywie miał rozstrzygnięcie konkursu i wybór
nowej miss miesiąca. Tak sobie nazywał te wybory, choć żadna z kandydatek nie miałaby najmniejszych szans na wygraną w konkursie, w którym ocenia się wdzięk. Kobiety te urodą nie grzeszyły, za to
reprezentowały zasobne i majętne rodziny.
- Że też one tak walczą zawzięcie! - dziwił się wikary Tobiasz Rozłucki.
- Bo to ich walka o być albo nie być - tłumaczył młodemu księdzu
proboszcz. - Chodzi im o to, żeby wystąpić przed innymi i żeby oczy
wszystkich mogły spoglądać na nie z zazdrością. A przy tym nikt nie może
zwyciężczyni zarzucić próżności, bo nie o sam występ tu chodzi, ale by
spod ołtarza móc zwrócić się wprost, a więc kanałem bezpośrednim, do
Najświętszej Panienki.
- Ksiądz proboszcz to zna się na ludzkiej psychice - zauważył z uznaniem
Rozłucki.
- To ważny element naszej kapłańskiej posługi, drogi Tobiaszu. My musimy
znać się na ludziach i umieć właściwie oceniać ich uczynki, a w konsekwencji pomagać owieczkom znaleźć indywidualną ścieżkę do Pana.
Zwykły śmiertelnik w tym świecie pełnym pokus zachowuje się jak dziecko
we mgle. Wydaje swoje ciężko zarobione pieniądze na telefony, gry,
telewizory, samochody albo na używki, tytoń, alkohol czy narkotyki.
Dlatego musimy wystąpić z odpowiednią ofertą. Dać wiernym to, czego
potrzebują naprawdę. Nasze panie potrzebują coniedzielnego show, a ich
mężowie spokojnej głowy. Dlatego głowy rodziny wolą dać trochę pieniędzy
na kościół, żeby żony mogły się czymś zająć.
- Czyli trafiamy w potrzeby wszystkich parafian?
- Nie, bo to oferta tylko dla najzamożniejszych. Dla reszty ofertą
znacznie tańszą, powiedziałbym: bardziej egalitarną, jest nasze
sanktuarium. Ono sprawia, że ludzie garną się do nas.
- To prawda - potwierdził wikary.
Dawno temu ich kościół był znany jako miejsce cudownych zdarzeń. Kiedyś,
przed wiekami, ludzie przybywali tu ponoć o kulach albo ślepi i głusi, a wychodzili w pełni sprawni, uzdrowieni. Ale to było bardzo dawno temu.
Po wojnie nikt już o tym nie pamiętał, tym bardziej że zabrakło
ciągłości tradycji. Uciekający stąd niemiecki ksiądz nie zdążył się
nawet spotkać ze swoim polskim następcą, by przekazać mu wiedzę o historii parafii. Później okazało się, że zabrał ze sobą drewniany
krzyż, w który wbito ćwiek z buta rzymskiego legionisty, tego samego,
który w akcie miłosierdzia pchnął włócznią umierającego na krzyżu
Chrystusa. A to ponoć właśnie ów krzyż, przywieziony z krucjaty przez
rycerza von Siechau, właściciela ziem, na których wybudowano kościół,
był źródłem tych wszystkich cudów.
No więc tradycja zamarła, cuda się skończyły i co za tym idzie,
przestali tu ściągać wierni potrzebujący natychmiast boskiej
interwencji. Żaden z polskich księży pełniących posługę w tej parafii
nie miał pojęcia o bogatej historii i tradycji tutejszego kościoła.
Dopiero proboszcz Milczyński zaczął zgłębiać historię, świadom tego, że
jest ona niezwykle ważna i - kto wie - nawet pouczająca. Zgłębiał ją,
licząc na cokolwiek, jakiś niewielki nawet przekaz, dający nadzieję.
Jakież było jego zdziwienie, gdy w miejscowej bibliotece natknął się na
dziewiętnastowieczną niemiecką broszurkę, zawierającą opowieść o romańskim kościele wzniesionym w dwunastym wieku, a potem przebudowanym
w stylu gotyckim. Ksiądz dowiedział się także o bezcennym drewnianym
krzyżu z rzymskim ćwiekiem i cudach, o których zapomniano, gdy z Zachodu
dotarła tu fala luteranizmu. Protestanci zakazywali oddawania czci
relikwiom i wiele z nich zniszczono w czasach reformacji. Ale krzyż miał
szczęście. Wszak jako narzędzie męki Pańskiej stanowił uniwersalny
symbol zarówno dla luteranów, jak i katolików. Dlatego pozostawiono go w świątyni, choć o jego uzdrowicielskich właściwościach już nie
wspominano.
Proboszcz, zapoznawszy się z tą niezwykłą historią, przeszukał cały
kościół, jednak nie znalazł nic, ani śladu krzyża. Dopiero stara
Hoffmanowa, autochtonka, która nie zdecydowała się na wyjazd do Niemiec,
wyjaśniła księdzu, że krzyż zabrał ksiądz Willi Stoff, uciekając w styczniu czterdziestego piątego. Ksiądz zaginął w trakcie ucieczki, a wraz z nim relikwia. Hoffmanowa pytała nawet kiedyś swoją siostrę Gretę,
która mieszkała w Lipsku, ale ta twierdziła, że od ewakuacji Stoffa nikt
nie widział.
Trudno, myślał proboszcz, krzyża nie da się pewnie odnaleźć, ale
miejsce, w którym działy się cuda, przetrwało w stanie nienaruszonym
wojnę. Księdzu Milczyńskiemu już w głowie kiełkowała genialna myśl:
jeśli nie ma tu cudownego krzyża, trzeba znaleźć coś, co go w godny
sposób zastąpi. Gdyby mieć podobną rzecz, można by ożywić dawną
historię. Wystarczyłoby tylko jedno ozdrowienie, jakieś odrzucenie laski
albo zdjęcie zaćmy, i zaczęłyby się pielgrzymki... No właśnie, tylko do
czego ludzie mieliby pielgrzymować? Z pustym kościołem to raczej marne
szanse. Gołe mury i kilka dwudziestowiecznych obrazów, namalowanych
przez studentów ASP we Wrocławiu, którzy kiedyś mieli tu plener malarski
i zostawili swoje dzieła w zamian za obietnicę ich stałej ekspozycji w kościele. Ale nowoczesne, choćby najpiękniejsze obrazy nie mają świętej
mocy i nie sprawią, że wierni zaczną się garnąć do kościoła...
Niespodziewanie pewnego pięknego dnia z pomocą księdzu proboszczowi
przyszedł sam Pan.
Ksiądz, nie przeczuwając nadchodzącej boskiej interwencji, wyszedł z plebanii i ruszył do kościoła. Po drodze witał się z wiernymi idącymi na
mszę. Z nikim nie rozmawiał, odkłaniał się tylko nieznacznie,
przybierając uduchowiony wyraz twarzy, by wszyscy wiedzieli, że traktuje
swoje obowiązki niezwykle poważnie. W końcu msza to misterium
pozwalające nawiązać bezpośredni kontakt ze Stwórcą, więc pośrednik musi
wyglądać godnie i mieć uduchowione oblicze.
Przyspieszył kroku, gdy poczuł pierwsze krople deszczu, spadające z nabrzmiałej, ciemnej chmury, która zawisła nad kościelną wieżą. Pomyślał
nawet, że to jakiś znak, ale zaraz przestała go ta kwestia interesować,
gdy wszedł bocznymi drzwiami do zakrystii. Kościelny Zygmunt Borówka już
tam był. Na tego człowieka czasem można liczyć. Choć ludzie mówili, że
byłemu przestępcy ksiądz niepotrzebnie zaufał. Ale proboszcz wiedział
dobrze, jak z Borówką było naprawdę i jaka przemiana w nim zaszła. W końcu po to też jest spowiedź, żeby duszpasterz mógł wyrobić sobie
zdanie o swoich wiernych. Borówka był więc człowiekiem godnym zaufania.
- Kościół pełny - powitał księdza istotną informacją.
- Bierzmy się do pracy, bo potem jadę na obiad do Walerychów. Mają mieć
coś szczególnego.
- Świniobicie było, to będzie dużo dobrego - wyjaśnił kościelny, podając
księdzu ornat.
Jak zawsze był dobrze poinformowany.
- Znaczy, będzie biała kiełbasa i pieczona świeżonka - rozmarzył się
proboszcz.
Niemalże poczuł zapach smażonego, świeżego mięsa i smak chleba maczanego
w roztopionym smalcu.
- No dobra, zaczynajmy w imię Boże.
Przeżegnał się i ruszył powolnym, dostojnym krokiem za Borówką, który
pobiegł przodem, by dzwonkami dać znak wiernym, że czas podnieść się z ławek. Proboszcz podszedł do ołtarza, przyklęknął, znów się przeżegnał,
tym razem szeroko, zamaszyście, by wszyscy widzieli każdy jego ruch.
Zaczynał się bowiem spektakl, w którym on jest głównym aktorem,
występującym przy wypełnionej po brzegi widowni. Obrzucił spojrzeniem
wiernych i stwierdził z zadowoleniem, że nie tylko ławki, ale także
przestrzenie obok nich były zatłoczone. Zrobił krok do przodu, by jak
zwykle zaprosić dzieci bliżej ołtarza, żeby poczuły się wyróżnione i docenione. Naraz zatrzymał się w pół kroku i spojrzał w górę.
Jakiś dziwny hałas dochodził z dachu.
Zaniepokojeni wierni unieśli głowy. Ktoś coś zawołał niewyraźnie.
Odpowiedział mu płacz dziecka. Hałas narastał, zmieniając się w huk,
jakby tam, nad nimi, przejeżdżał rozpędzony tir.
- Jezus, Maria! - zawołała jakaś kobieta.
- Boże święty! - odpowiedziała inna.
Teraz już było to kilka tirów, wyjących na najwyższych obrotach.
- Nie lękajcie się! - krzyknął proboszcz, ale mało kto go usłyszał.
Ksiądz rozłożył ramiona, jakby chciał wszystkich przygarnąć do siebie.
Ludzie zaczęli się przepychać ku wyjściu. Przewracali się, potrącali,
rozpychali i przeklinali.
- Nie wychodźcie z kościoła! - wołał proboszcz. - Pan nas uratuje!
Panie, ratuj swoje dzieci!
A tymczasem nad głowami parafian pędziła stutonowa lokomotywa. Naraz
rozległ się potężny huk, a potem trzask, jakby ktoś łamał olbrzymią
zapałkę, jedną, drugą, trzecią. Wierni patrzyli w górę przerażeni, inni
chowali się pod ławkami, własnym ciałem zakrywali dzieci i kobiety.
Krzyczeli, lamentowali, wyli przerażeni. Do środka zaczęły wpadać
kawałki drewna i cegły. Naraz dach podniósł się i zniknął, odlatując z łoskotem, a do środka runęły strumienie wody. A potem nagle zrobiło się
cicho. Wszyscy spojrzeli w górę. Niebo było błękitne i czyste, tak jakby
nic się tu nie wydarzyło.
I wtedy ksiądz proboszcz zdał sobie sprawę, że przez cały czas stoi w tym samym miejscu. A tam, gdzie miały stać dzieci przywołane przez
niego, leży ogromna belka, która spadła tu z sufitu. Gdyby dotarły na to
miejsce, przed ołtarzem leżałoby kilkanaście ciałek. Ale nie było tam
nikogo. Pan czuwał nad duszpasterzem i nad dziećmi. Natomiast dach
został zerwany. Tam, gdzie był jeszcze przed chwilą, ziała pustka.
Duch Święty chyba coś chciał księdzu w ten sposób powiedzieć. Czyżby
chciał go ukarać? Tylko za co? Przecież nie zrobił nic złego.
Proboszcz padł na kolana, złożył ręce do modlitwy, po czym zdecydowanym
głosem zaczął:
- Ojcze nasz, który jesteś w niebie...
Kolejne słowa zaczęli podchwytywać cudem ocaleni wierni. Po chwili cały
kościół wypełniła modlitwa ocalałych ludzi, a proboszcz myślał, o co
chodziło Stwórcy, i na razie nie znajdował żadnej odpowiedzi.
Był jednak spokojny, wiedział, że znajdzie ją niebawem. Boskie znaki nie
mogły pozostać bez odpowiedzi. Trzeba tylko umieć je właściwie odczytać.
Warszawa, Poniedziałek, 2 września 2024 roku, Godzina 12.30
- Nie no, ile można czekać? - powiedziałem do siebie, spoglądając na
zegarek.
Umówiliśmy się w samo południe, czyli jak mi się zdaje o godzinie
dwunastej zero zero, w dawnej fabryce Norblina na Woli. Lubiłem tu
umawiać się na niezobowiązujące spotkania, bo miałem blisko z domu, a poza tym w knajpie "Uwaga Piwo" podawali całkiem niezłe piwa kraftowe z nalewaka. Więc gdy zadzwoniła do mnie moja była dziewczyna Dżesi,
zaproponowałem, niewiele się zastanawiając, tę knajpę i godzinę
dwunastą. No chyba że ktoś inaczej rozumie znaczenie określenia w samo
południe. Doskonale rozumieli to Will Kane i Frank Miller, szeryf i bandzior, dwaj rewolwerowcy i zaciekli wrogowie, którzy spotkali się ze
sobą na uliczce sennego miasteczka gdzieś na Dzikim Zachodzie. Mimo że
żaden z nich nie dysponował smartfonem zsynchronizowanym ze
smartwatchem, wiedzieli, kiedy jest południe, i wyszli na ulicę o umówionym czasie, wyciągnęli z kabur swoje Kolty, oddali strzały i było
po wszystkim. Szybko i skutecznie, tak jak lubię. Bo uważam, że czas
jest zbyt cenny, żeby go marnować bez sensu. Co innego Dżesi. O, tak,
ona potrafi naginać i naciągać czas, jakby był z gumy. I co więcej, mam
niekiedy wrażenie, że rozciągnięta przez Dżesi czasoprzestrzeń nie ma
nic przeciwko temu. Moja była dziewczyna oczywiście też nie. Ona nawet
nie zdaje sobie sprawy ze swoich magicznych umiejętności. Dżesi jest jak
podróżniczka w czasie, przechodząca z jednej strefy czasowej do drugiej,
czyniąca to mimochodem i niestety całkiem bezrefleksyjnie. Jeśli nie
wiecie jeszcze, o czym mówię, podam wam najprostszy przykład.
Któregoś dnia Dżesi zgubiła dwieście złotych. Nie byłoby w tym nic
nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że tego dnia spotykaliśmy się na lanczu
w mieście i to była akurat jej kolejka przy płaceniu rachunku. Wiecie,
byliśmy taką nowoczesną parą, że każde z nas miało swoją kasę, a rachunki płaciliśmy na zmianę, bo tak miało być bardziej po partnersku.
No więc gdy przyszło do płacenia, Dżesi zajrzała do torebki, wydobyła z niej wielką złotą portmonetkę, spojrzała do środka, chwilę w niej
pogrzebała, a potem popatrzyła bezradnie na kelnera i na mnie.
- Cholipcia, zgubiłam pieniążki.
- Co? - jęknąłem. - Poszukaj dobrze.
- No ale Miśku... - Mówi do mnie "Miśku", mimo że mam na imię Marcin, więc
nie wiem, skąd ten Misiek jej się wziął, bo wcale nie przypominam
wyglądem misia. - ...miałam dziś rano w portfeliku dwie stówki, a teraz
nie mam. Musiały mi te pieniążki wypaść. Cholipcia, nie mam. - Spojrzała
przy tym znów na kelnera, jakby spodziewając się, że ten natychmiast
rozwiąże jej problem i powie coś w rodzaju: spoko, nie ma sprawy,
zapłaci pani innym razem.
Ale kelner nic takiego nie powiedział.
Jak myślicie, kto zapłacił rachunek? Macie rację, zapłacił Misiek, bo
inaczej wsadziliby nas do więzienia, a ja wcale nie miałem ochoty na
kłopoty spowodowane przez moją dziewczynę. Ale to nie koniec tej
historii. Dwieście złotych się znalazło wieczorem w domu. Pieniądze były
zawinięte w papier kanapkowy razem z kanapką, którą zrobiłem Dżesi do
pracy. Miała ją sobie tylko zawinąć w ten papier i włożyć do torby. Więc
zapakowała razem z banknotem, po czym włożyła do lodówki. Całe
szczęście, nie zabrała ze sobą, bo mogłaby banknot zjeść przez nieuwagę.
I w zasadzie można by na tym skończyć opowieść, ale wtedy nie
wiedzielibyście, o co chodzi z tym czasem i przestrzenią.
No więc jakiś miesiąc później Dżesi wróciła do domu bardzo
podekscytowana.
- Wyobraź sobie, Miśku, byłam dziś w tej knajpie, w której byliśmy,
pamiętasz, wtedy, kiedy zgubiłam te dwie stówki.
- No, pamiętam. I co, znowu nie miałaś pieniędzy?
- Nie! - zawołała uradowana, sięgnęła do torebki i wyjęła z niej złotą
portmonetkę. - Zobacz!
W dłoni trzymała banknot dwustuzłotowy.
- Znalazłam tam, gdzie zgubiłam te dwie stówki, dokładnie ten sam
banknot z tym, no, jak on się nazywa?
- Król Zygmunt Stary?
- A czemu stary? Wcale nie jest taki stary na tym rysunku.
- Bo długo żył.
- Ile?
- O ile pamiętam, dożył wieku osiemdziesięciu jeden lat.
- Hę? Tylko tyle? Starzy ludzie to są tacy, co mają setkę i więcej.
- W tamtych czasach osiemdziesiątka to był bardzo podeszły wiek.
- Aha, to jak to długo, to pewnie się zdążył zestarzeć przed samą
śmiercią. A pieniądz ze Starym, jak widzisz, jest dokładnie taki sam. A nie na przykład dwie stówki, które dałyby też w sumie dwieście złotych.
- Dżesi, przecież to jest inny banknot.
- No nie, ten sam. Jest król i w dodatku znalazłam go na podłodze pod
stolikiem w tej samej knajpie. Prawda, nie był to ten sam stolik, ale
wiesz, mógł się przesunąć, znaczy ten król Stary.
- Dżesi, przecież ten twój znaleźliśmy w kanapce.
- No tak, ale skąd wiesz, że ten z kanapki to ten sam, co wtedy zginął?
Według mnie nie jest to ten sam, bo skoro był w kanapce, to się wcale
nie zgubił. A jak byliśmy w knajpie, to ten mój był zgubionym właśnie w tej knajpie, znaczy się, jak tam zginął, i tam się odnalazł, dlatego
właśnie to jest ten sam.
- Dżesi, co się stało z tymi dwoma stówkami, co je znalazłaś w kanapce?
- Jak to co, Miśku, przecież wiadomo, że je wydałam. O, już wiem,
kupiłam wtedy chyba te czerwone koronkowe majteczki. No wiesz które?
Wiedziałem, oczywiście, wyglądały na niej bosko i jeszcze tego samego
wieczora prezentowała mi je na sobie, a potem pokazywała, jak elegancko
się je zdejmuje.
- Czyli kupiłaś majteczki za dwie stówki.
- No.
- Więc wydałaś te pieniądze?
- No pewnie, głuptasku. Pieniądze są przecież do wydawania.
- A teraz masz znowu te dwie stówki, które już wydałaś?
- No tak, Miśku, właśnie je mam w paluszkach.
- To oznacza, że wróciły do ciebie pieniądze wydane na majteczki?
Pokręciła głową i uśmiechnęła się szeroko, ukazując białe, lśniące zęby.
- Nie, głuptasku, tamte zostały wydane, a te się znalazły, znaczy, nie
mogą wrócić, jak się je wyda. Ja je po prostu odnalazłam i po miesiącu
wróciły do mnie. Że też ty nie pojmujesz takich oczywistych
oczywistości?
I to właśnie nazywa się naginanie czasoprzestrzeni. Myślę, że niewielu
ludzi ma taką umiejętność jak Dżesi. Wtedy nie chciało mi się więcej
tłumaczyć zawiłości związanych z kwestią zagubienia i odnalezienia
pieniędzy, bo Dżesi i tak wiedziała lepiej. Poza tym wówczas byłem w niej szaleńczo zakochany, więc wiele spraw wolałem zostawić swojemu
biegowi. Ale dziś, gdy już ponad rok nie jesteśmy razem, postanowiłem
nie mieć dla niej litości i zmieszać ją z błotem, jak przyjdzie. O ile w ogóle przyjdzie. No ale chyba powinna, bo to w końcu ona nalegała na
spotkanie, na które ja wcale nie miałem wielkiej ochoty.
Spojrzałem na zegarek. Trzydzieści pięć minut spóźnienia. Chyba za dużo
we mnie cierpliwości. Koniec tego robienia w konia. Ani minuty dłużej...
Wstałem od stolika i już chciałem iść ku wyjściu, gdy naraz ją
dostrzegłem. Szła przez salę, a właściwie płynęła, doskonale zdając
sobie sprawę, jakie wrażenie robi na siedzących przy stolikach facetach.
Ubrana w bordowe legginsy i białe snikersy, założyła do tego biały
tiszert z czarnym wizerunkiem niedźwiadka panda, a na wierzchu miała
różową kurtkę dżinsową. Swoją drogą wiedzieliście kiedyś różowy dżins?
Ja widziałem po raz pierwszy. Długie blond włosy spięła w koński ogon i wysunęła go przez tylny otwór białej bejsbolówki. Na mój widok
uśmiechnęła się promiennie, co sprawiło, że miny kilku facetów przy
stoliku obok natychmiast zrzedły, po czym goście przenieśli zaciekawione
spojrzenia na mnie. A tu rozczarowanie.
Zamiast gościa w lnianym garniturze z kluczykami do porszaka w dłoni
zobaczyli zwykłego faceta ważącego jakieś osiem dych i wzrostu niezbyt
wyśrubowanego, bo moje sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wyklucza mnie
z kategorii osób wysokich. Do tego jeszcze zwyczajne ubranie, czyli
dżinsy, koszulka z napisem "Nirvana" i zamszowe buty do kostki. Jednym
słowem zwyklak, któremu nie wiedzieć czemu trafiła się księżniczka. Na
swoje nieszczęście nie wiedzieli, że przytrafiła się, ale kilka lat
temu, a życie z nią to było jedno wielkie pasmo kłopotów. Temu gościowi
z łysą głową, wielką brodą i tatuażami na nabitych bicepsach, co
siedział dwa stoliki dalej i kręcił głową z niedowierzaniem, z przyjemnością oddałbym rok z naszego wspólnego życia. Jestem przekonany,
że spieprzałby z krzykiem, rwąc włosy z głowy, o, przepraszam, z brody i skąd tam by jeszcze chciał, byleby być jak najdalej od niej. Ja co
prawda nie uciekłem, bo nasze rozstanie przebiegło zupełnie inaczej i można by nawet powiedzieć, że było jak charakterystyczne dla Dżesiki
naginanie czasoprzestrzeni.
- O, Misiaczku, widzę, że już wstałeś, żeby mi coś zamówić. Kochany
jesteś! - Ucałowała mnie w oba policzki i usiadła przy stoliku. - Ja
poproszę wodę niegazowaną z dwoma plasterkami cytryny i dwiema
kropelkami tabasco.
- Tabasco do wody? - zdziwiłem się.
- No tak, Miśku, tabasco i cytryna bardzo dobrze robią na pracę jelit.
To świetne połączenie na rano jako pierwszy posiłek.
- Nie jadłaś śniadania?
- W biegu przegryzłam kromkę suchego chleba. No wiesz, tak się
spieszyłam do ciebie.
Poszedłem do bufetu, poprosiłem o wodę z tabasco, ale nie zrobiło to
najmniejszego wrażenia na szczupłym barmanie. Może dlatego, że do wody
zażyczyłem sobie jeszcze piwo kraftowe o smaku cytrynowym przełamanym
imbirem. Też lubię smakowe eksperymenty.
Kiedy wróciłem do stolika, Dżesi obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem.
- Wyglądasz, jakbyś się nie wyspał - stwierdziła, robiąc przy tym smutną
minę.
- Montowałem program do piątej rano.
- Ano tak - stwierdziła, kiwając głową.
To akurat rozumiała świetnie. Oboje robimy w show-biznesie. Dżesika jest
modelką, pracuje na wybiegach i występuje w reklamach, a ja jestem
reporterem, który od czasu do czasu robi fuchy reklamowe. To właśnie na
planie durnej reklamy, której byłem producentem, poznałem Dżesi. Ona
grała lekarkę polecającą pastę do zębów.
Pasta do zębów Zembixwhite wybieli twoje zęby, które staną się
śnieżnobiałe jak arktyczny śnieg już po miesiącu regularnego używania.
Użyj pasty Zembixwhite, a twój uśmiech będzie olśniewający. Jestem
stomatologiem i wiem, co mówię, bo sama używam pasty Zembixwhite
codziennie, mówiła w reklamie, a potem szczerzyła swoje olśniewająco
białe zęby. Na mnie ten uśmiech zrobił wtedy piorunujące wrażenie. A jej
spodobały się moje bystre niebieskie oczy, tak przynajmniej powiedziała
mi jakiś czas potem, gdy nasza znajomość przeszła już z fazy
przelotnych, ukradkowych spojrzeń do etapu czerpania radości z patrzenia
długo, mocno i całkiem bezwstydnie.
Dżesi upiła łyk wody, oblizała nieumalowane wargi, znak, że nie
traktowała naszego spotkania jak randki czy wstępu do biznesu, bo w takich wypadkach zawsze robiła się na bóstwo. Ale bez tych wszystkich
efektów dodatkowych i tak wyglądała olśniewająco.
- To, żeby zacząć od początku, sprawa wygląda tak - weszła w temat po
swojemu, bez niepotrzebnych wyjaśnień. - Mam zrobić program historyczny,
w którym będę stendaperować i opowiadać jakieś pierdoły o miejscach, w których dzieją się cuda.
- O, to fajnie. I co dalej? - zapytałem, uśmiechając się lekko.
Już wiedziałem, w czym rzecz. Od razu to wyczułem. Ma robić program dla
jakiejś komercyjnej stacji, gdzie będzie grała, tak jak w tej reklamie
pasty do zębów, fachowca, tym razem od cudów. Jedno było pewne, jest tak
dobra, że zagra przekonująco, tak jakby miała doktorat z magii i okultyzmu. Ale żeby powiedzieć coś mądrego, potrzebuje...
- No i wiesz, Miśku, potrzebuję ciebie do napisania tych wszystkich
tekstów, no i jeszcze Wasyla na kamerze i Kamy do dokumentacji. Słowem,
potrzebuję najlepszej ekipy, a wy jesteście najlepsi, co nie, Miśku? A,
dla ekipy jest sto pięćdziesiąt tysi do podziału, jak tam chcecie, to
się działkujcie sami, ja nie mam do tego głowy. Robota na tydzień gdzieś
na Śląsku, ale nie wiem gdzie. Koszt hoteli i jedzenia pokrywa
producent. I co myślisz, Miśku, hę?
No i co miałem powiedzieć? Z tego wszystkiego zapomniałem zmieszać ją z błotem za spóźnienie. Za sto tysięcy właściwie można poczekać kilka
minut. Ciekawe tylko, co na to powie Kama. Ona mogła mieć na ten temat
odmienne zdanie. Być może trzeba ją będzie przekonać jakimiś dodatkowymi
argumentami.
- I wiesz, Miśku, tak sobie pomyślałam jeszcze, że gdyby twoja Kama się
nie chciała zgodzić, to powiedz jej, że w tym filmie może wystąpić jako
moja, no wiesz, taka reporterka. Ona pyta o coś, a ja, wiesz, wyjaśniam
jej te wszystkie zagadki i duperele. Chyba się zna na takiej robocie?
Zna się, oczywiście, ale miałem wątpliwości, czy na to pójdzie. Ja na
jej miejscu bym się mocno zastanowił.
Męcinka, Dolnośląskie, Godzina 13.40
Starszy aspirant Kamil Dobosz z posterunku gminnego w Męcince
straszliwie się nudził. Nie miał kompletnie nic do roboty. Wszystkie
sprawy prowadzone przez jego posterunek były w toku i zajmowali się nimi
jego ludzie. Mógł co prawda zawołać podwładnego albo podwładną, żeby
zreferowali mu stan prowadzonych przez nich dochodzeń, ale czy to miało
sens? Ci, co byli pod ręką, to młodzi, którzy nic jeszcze samodzielnie
nie zrobili i nadawali się tylko do służby patrolowej. Bardziej
doświadczonych było tylko dwoje. Młodszy aspirant Arek Kurzawa zajmował
się kradzieżą samochodu i nie było go na miejscu, a sierżant Zośka
Kalicka sprawdzała właśnie w terenie kwestię kradzieży okien z jakiejś
prywatnej budowy domu jednorodzinnego. Nic nadzwyczajnego. Właściciel
nie zabezpieczył odpowiednio terenu i podpieprzyli mu osadzone dopiero
co okna. Dla złodziei prosta sprawa, bo były świeżo wstawione na klinach
i zakotwione. Ale pracownicy nie dokończyli roboty i nie zabezpieczyli
ich pianką montażową. Nic dziwnego, że znający się na robocie złodzieje
przyjechali w nocy i wymontowali wszystko, czyli w sumie siedem sztuk,
wraz z oknem i drzwiami tarasowymi.
Gdy Dobosz odebrał rano zgłoszenie o kradzieży, postanowił, że da tę
robotę Kalickiej. Dziewczyna miała dopiero dwadzieścia pięć lat, stopień
sierżanta i żadnego samodzielnego śledztwa na koncie. To wydawało się
banalnie proste. Trzeba było przesłuchać właściciela, pracowników firmy
instalującej okna i jeszcze sąsiadów. Jeśli wszystko pójdzie tak, jak
się Doboszowi wydawało, a dziewczyna niczego nie spieprzy, to może mieć
pierwszy sukces śledczy.
- Sprawdź dokładnie tych instalatorów - powiedział do Zośki, gdy ta
jeszcze nie ochłonęła po tym, jak wydał jej polecenie.
Nie przypuszczała, że Dobosz aż tak bardzo jej ufa, żeby dawać jej taką
sprawę. Dlatego teraz była trochę dumna z tego zaufania, ale z drugiej
strony zaniepokojona. Bo jeśli sobie nie poradzi, to co?
- W jakim sensie? - zapytała nieśmiało, choć wcale nie była nieśmiała
czy bojaźliwa.
Wręcz przeciwnie, wszyscy mówili o niej, że jest przebojowa i dociekliwa, a do tego jeszcze, że wlezie w każdy kąt. Czekała więc na
swoją pierwszą szansę, a gdy ją dostała, nie mogła w to uwierzyć.
- W takim, że na moje oko - zaczął tłumaczyć Dobosz - goście wyjęli
kotwy i zapakowali towar, który był nieodpowiednio zabezpieczony. Gdyby
psiknęli w dziury pianką montażową, to by ta napęczniała i byłoby
trudniej. A tak przyszli jak po swoje. To znaczy, że okna rąbnęli ci, co
je zakładali, albo ich kumple. Daleko nie musisz szukać.
- Niech pan powie, to jak wszystko jasne, czemu pan sam nie weźmie tego...
Machnął ręką, po czym uśmiechnął się krzywo, unosząc tylko jeden kącik
ust.
- Nie chce mi się, cholera. Tak mi się nic nie chce, że aż mi się chce
rzygać.
- Rozumiem - powiedziała Zośka, choć tak naprawdę nie rozumiała niczego.
Facet sprawiał wrażenie zgorzkniałego i przepracowanego, choć w wypadku
ich posterunku nawet przy największej dozie zaangażowania przepracowanie
nikomu tu nie groziło. Tym bardziej że Dobosz nie należał do ludzi zbyt
wymagających i nie zarzucał swoich podwładnych niepotrzebną robotą.
Lubił, jak wszystko było przypilnowane, i nic więcej. Więc cała ósemka
jego funkcjonariuszy starała się robić wszystko starannie, żeby nie było
się do czego przyczepić, nawet gdyby szef szukał dziury w całym.
Gdy sierżant usłyszała o tym rzyganiu, pomyślała, że to chyba jakieś
domowe sprawy, ale nie była na tyle z Doboszem blisko, żeby o to
zapytać.
- Weź no jeszcze że tę młodą w obroty, niech wszystko posprawdza, jak
ona się nazywa, bo zapomniałem?
- Wasilewska.
- Ano właśnie, jak ta rewolucjonistka, Wanda Wasilewska - przypomniał
sobie postać, o której czytał w książkach historycznych.
Dobosz lubił historię i gdy tylko mógł, sięgał do książek mówiących o dawnych czasach, szczególnie o drugiej wojnie światowej.
- Ona nie jest Wanda - poprawiła go Kalicka. - Ma na imię Gabrysia,
czyli że mówimy na nią Gabi.
- No ja wiem, że nie Wanda. Wanda to komunistka ze Związku Patriotów
Polskich, który powstał w... - Dobosz przerwał, popatrzył na dziewczynę i wtedy pomyślał, że musiałby dać cały wykład.
Przecież ona nie ma pojęcia o Wasilewskiej, o Berlingu, o Stalinie,
czyli tych wszystkich, którzy spowodowali, że ich rodziny musiały
opuścić dawne Kresy i trafiły tu, na Ziemie Odzyskane.
- To weź tę Gabi i jedźcie na miejsce. Masz tu adres i numer telefonu do
właściciela.
Kalicka wzięła od niego kartkę, spojrzała na nią i włożyła do kieszeni
letniej bluzy mundurowej.
- Dziękuję, szefie.
- Rób dobrze swoją robotę i to będzie dla mnie najlepsze podziękowanie.
- Niemniej dziękuję za szansę. Aha, i jeszcze jedno... - Wzięła
bejsbolówkę z wieszaka i założyła ją. - Ja wiem, kto to była Wanda
Wasilewska. Mój pradziadek walczył pod Lenino.
Wyszła z pokoju, zostawiając go samego.
Starszy aspirant przez chwilę spoglądał w na wpół otwarte drzwi, tam,
gdzie zniknęła uśmiechnięta podwładna. No to znaczy, że dziewczyna nie
jest jak większość tych młodych, myślących tylko o nowych grach
komputerowych i siedzących w telefonach. Właściwie to nigdy nawet nie
widział jej zajętej smartfonem. To znaczy, że miał rację, myśląc, że
będą z niej ludzie.
Wstał zza biurka, zamknął drzwi do swojego pokoju, żeby nikt z młodziaków nie zawracał mu głowy. Włączył stare radio, pamiętające
jeszcze czasy, gdy na posterunku pracowali milicjanci. Amator-Stereo
pracował tak, jakby nie zauważył upływających dekad. Może dlatego, że
nikt nie kręcił potencjometrem i nie przyciskał klawiszy. Radio
ustawione było na Jedynkę i nie można go było przestawić na nic innego,
bo pasek potencjometru zerwał się tak dawno temu, że nikt już nie
pamiętał, kiedy to było. Z głośnika popłynęła piosenka Zbigniewa
Wodeckiego o Bachu i kocie, co skacze z dachu, więc przy muzyce mógł
oddać się swojemu ulubionemu lekarstwu na nudę. Odpalił komputer i znalazł ikonę pasjansa. Lubił sobie poukładać, bo była to gra
niewymagająca myślenia, a przy tym dawała czasem odpowiedzi na różne
istotne pytania. Dlatego, gdy zaczynał stawiać pasjansa, zadawał w myślach pytanie. Najczęściej dotyczące jego kariery zawodowej.
Dobosz był młodym policjantem, w wieku dopiero trzydziestu sześciu lat.
Miał już własny posterunek, czyli mógł uważać, że jest cenionym
funkcjonariuszem. Ale skoro był dobry, to miał nadzieję, że po tym
dwuletnim pobycie w gminie Męcinka w końcu dokądś go przeniosą. Może do
Złotoryi, a może do samej Legnicy? Dlatego dziś postawił na początek
nieśmiałe pytanie, czy może się spodziewać przeniesienia. Pierwszy
pasjans dał odpowiedź twierdzącą. Więc Dobosz musiał wybrać miejsce.
Zapytał o Złotoryję i odpowiedź okazała się negatywna.
No tak, Złotoryja odpada, bo tam komendantem jest ten Borkowski, który
za nim nie przepada. Czy chciałby służyć pod takim ćwokiem jak on? Nie,
na pewno nie. To człowiek niedający podwładnym rozwinąć skrzydeł.
Najlepiej by było trafić do Legnicy, do kryminalnych. Tak, to by było
odpowiednie miejsce dla człowieka z ambicjami. Ale żeby się tam znaleźć,
musiałby mieć jakiś sukces na koncie. A jak dotąd to te sukcesy jego
posterunku były dość marne. Udało im się złapać kilku złodziei, jednego
gościa, co po pijaku zabił kobietę na pasach, i do tego kilku gówniarzy
przywożących z Czech kryształki metamfy. I to było wszystko, jeśli
chodzi o osiągnięcia śledcze. Teraz jeszcze do bilansu dojdzie pewnie
złapany złodziej samochodów Kurzawy i szajka od okien. Jeśli Kalicka
sobie poradzi. Dziewczyna jest dość bystra, i dlatego powierzył jej tę
sprawę. Istniała duża szansa, że Zośka niczego nie zawali, a skoro jest
taka skrupulatna, powinna dopilnować każdego szczegółu. Jak niczego nie
spieprzy, to złodzieje okien powinni być pod kluczem jutro, no, może
pojutrze. Ale to wszystko mało, żeby zwrócić na siebie uwagę kogoś z góry. Gdyby tak udało mu się rozwiązać zagadkę jakiejś zuchwałej
kradzieży...
Ale kto tu mógłby coś ukraść w okolicy? Jak tu nikt nie ma nic
wartościowego. Chociaż mechanik samochodowy Regulski mógł mieć odłożone
trochę gotówki, której nie trzymał w banku, tylko gdzieś w szafie z bielizną. Wiadomo przecież nie od dziś, że mechanicy operują gotówką i nie wystawiają faktur, jeśli klient tego sobie nie życzy. A przecież ci
wszyscy, którzy naprawiają u niego auta, to nie biznesmeni, tylko
pracujący w jakichś firmach robole. Dlatego faktur nie potrzebują, a on
nie wystawia. Stąd prosty wniosek, że lewe pieniądze musi mieć w domu.
Jakby go tak okradziono, powiedzmy, z bańki, a oni by te pieniądze
odzyskali, to by był piękny sukces. Tylko jakby Regulskiemu ukradziono
lewy milion, to przecież nawet by tego nie zgłosił, bo by się bał urzędu
skarbowego. I jak tu żyć w takim świecie, gdzie nawet poważna kradzież
nie może się wydarzyć, bo okradziony się nie przyzna, że go obrobiono?
A gdyby tak coś poważniejszego się tu zdarzyło, gdyby jakiś napad z bronią w ręku na sklep... Tylko który? Najlepszy byłby Dino, bo tam zawsze
dużo ludzi, czyli świadków, którzy mogliby potem zidentyfikować
napastników, nie brakowałoby. Choć to byłoby trudne, bo napadający na
Dino w biały dzień na pewno mieliby na głowach kominiarki. Tylko czy
bandziorom opłacałoby się robić napad na spożywczak? Może lepiej byłoby
rozwalić ładunkiem wybuchowym bankomat? Tak, to jest coś, co byłoby
idealnym rozwiązaniem. Niewielka, senna miejscowość i nagle w nocy
słychać wybuch. Ludzie budzą się, ale nie wiedzą, co się dzieje. A on,
szef posterunku, już wie, bo dawno wytypował miejsce, które jest
narażone na bandycką akcję. Wsiada do radiowozu, przezornie
zaparkowanego pod domem, żeby zawsze w razie potrzeby był pod ręką, i pędzi na sygnale do bankomatu. Jest tam w ciągu dwóch minut. Swoją drogą
trzeba by sprawdzić, ile czasu zajmuje w nocy dotarcie pod bankomat.
Przyjeżdża tam akurat w chwili, kiedy bandyci z bankomatem wrzuconym na
pakę odjeżdżają dostawczym Volkswagenem. On zajeżdża im drogę, wyciąga z kabury spluwę i wali raz za razem w opony. Volkswagen staje. Czterej
bandyci wychodzą z auta i kładą się na ziemi.
Po takim sukcesie Legnica gwarantowana...
Cholera, pasjans nie wyszedł. Czyli nie Złotoryja, nie Legnica, to co w takim razie? Wałbrzych czy Jelenia Góra?
Starszy aspirant kliknął w nowe rozdanie, bo chciał jak najszybciej
dowiedzieć się, co go czeka. Ale nie dowiedział się. Jakiś natręt
zapukał do drzwi.
- Żeby cię cholera wzięła! - mruknął pod nosem.
Ale jako profesjonalista wiedział, że nie może okazywać emocji
podwładnym. Zwłaszcza takim młodym, bez peta na pagonie.
- Wejść! - zawołał, poprawiając się na krześle.
Drzwi otworzyły się i w progu stanęła drobniutka i krucha jak figurka z porcelany blondynka o wielkich niebieskich oczach, przysłoniętych
okularami. Posterunkowa Gabriela Wasilewska zasalutowała regulaminowo i już zbierała się, żeby zameldować się jak na placu apelowym, ale on nie
był służbistą i w nosie miał te wszystkie formalności. To nie plac
apelowy, ale samo życie, mówił podwładnym. Starsi to doskonale
wiedzieli, a młodzi musieli się dopiero nauczyć. Posterunkowa była
właśnie na etapie nauki.
- Mów, co tam masz do powiedzenia.
- Melduję, że dzwonią strażacy z Siechowa.
- A co tam u nich słychać, pali się czy jak?
Dziewczyna pokręciła głową.
- No właśnie, że nie, znaczy nic się nie pali. Ten, co dzwonił, mówi,
że...
- No co tam? - Dobosz ponaglił ją ze zniecierpliwieniem.
Poczuł mrowienie na karku. Czyżby coś się wydarzyło?
- Mówi, że mają trupa.
- Co?
- No trup. Jest tam nieżyjący ktoś i wcale nie z wypadku samochodowego.
Ten strażak Piotrowski mówi, że to jest ktoś, kto został zarąbany
siekierą.
Dobosz spojrzał na policjantkę, a potem skierował wzrok na sufit
ozdobiony starymi, pożółkłymi zaciekami.
Bogu niech będą dzięki, chciał powiedzieć, ale nie wypadało przy
dziewczynie okazać radości czy ekscytacji. Poczuł, że co najmniej
Wałbrzych zbliża się wielkimi krokami.
Teraz trzeba to wszystko umiejętnie rozegrać.
Warszawa, Godzina 15.30
- Wykluczone - powiedziała Kama stanowczo.
- Poczekaj, poczekaj, spójrz na to racjonalnie, bez nerwów, bez
jakichkolwiek emocji.
- Właśnie w taki sposób spojrzałam i dlatego mówię: wykluczone.
Usiadłem na podłodze w przedpokoju i zacząłem zdejmować buty.
Kiedyś stał tu specjalny taboret, przedwojenny, kupiony na pchlim targu.
Doskonale nadawał się, by usiąść na nim podczas zakładania i zdejmowania
obuwia. Ale zniknął. Najprawdopodobniej Dżesi go wyrzuciła, bo jakoś
nigdy nie darzyła go sympatią. Twierdziła, że jest brzydki, cuchnący
starzyzną i do tego jeszcze skrzypi, gdy się na niego siada. No a jaki
miał być przedwojenny staroć? Miał pachnieć sklepową nowością, jak fotel
z Mebli Bodzio?
Teraz, gdy wreszcie wróciłem do swojego mieszkania, mogłem go spokojnie
wpisać na listę strat, które trzeba było odrobić. Zlecenie Dżesi mogło w tym pomóc. Ale czy aby nie zaślepiła mnie mamona? Te pieniądze wydawały
się łatwe do wzięcia, w zasadzie podniesienia wprost z ulicy, że chyba
mnie zaćmiło. Powinienem był być bardziej asertywny i od razu odmówić.
Ale nie, jak ćma zwabiona blaskiem świecy poleciałem przed siebie, nie
myśląc o innych. Dokładniej: w ogóle nie zastanawiając się, co może
poczuć najbliższa mi osoba, czyli Kamila.
Wszystko wskazuje na to, że kompletnie zabrakło mi w tej sytuacji
empatii. I ja się uważam za człowieka wrażliwego?!
- Nie mam zamiaru spędzać z nią ani chwili. Pamiętasz, jak w zeszłym
roku wyglądała nasza robota z Zębi w roli głównej?
- W zeszłym roku? - zadałem pytanie godne kompletnego ćwoka.
To był wybieg odsuwający moją odpowiedź w czasie. Dlatego, że niestety
pamiętałem wszystko.
Niemal dwanaście miesięcy temu Dżesika, a właściwie jej obecny facet,
zatrudnili nas, czyli Kamę, Wasyla i mnie, do produkcji reklamy wody
mineralnej. Klip wyszedł bardzo interesująco i nawet został zauważony
przez krytyków jako jedna z lepszych reklam telewizyjnych ubiegłego
roku. Ale żaden z nich, tych oceniających, nie wiedział, ile nerwów
kosztowała nas ta produkcja. Nie dość, że Dżesika była nieznośna, to w tym samym czasie, równolegle do naszej pracy filmowej, odkryliśmy zwłoki
młodej dziewczyny i wyjaśniliśmy zagadkę znikających starszych pań,
przebywających na wakacjach w Ustroniu Śląskim. Normalnie wakacje z dreszczykiem w rajskim zakątku, zafundowane nam przez moją byłą
dziewczynę1.
- No, pamiętam, nie było tak źle. Nie przesadzaj. A jaki reportaż z tego
ukręciliśmy - próbowałem pomniejszyć skalę porażki, czyli mojej bardzo
głupiej propozycji pracy dla Dżesiki.
Poza wszystkim nie wziąłem pod uwagę jeszcze jednej okoliczności: Kama
nie bardzo przepada za Dżesiką. Zresztą to ona wymyśliła przezwisko
"Zębi". Twierdziła, że nie ma nic wspólnego z zombie, a kojarzyć się
powinno jedynie z zębami i pastą Zembixwhite, no ale wiedziałem swoje...
Od początku nie było między nimi chemii. Zresztą Zębi, przepraszam,
Dżesi, też nie przepadała za Kamą, która była moją riserczerką i asystentką podczas realizacji tamtego spotu. Do pierwszego spięcia
doszło na planie, kiedy Kama kazała Dżesi zapiąć lekarski fartuch pod
samą szyję.
- Przecież muszę pokazać trochę moich atutów - stwierdziła Dżesi, wodząc
palcami po obnażonym dekolcie. - Nie mogę być ubrana jak zakonnica, hę!
- Atuty będziesz pokazywać, jak cię wynajmą do reklamy wibratorów. To
jest reklama pasty do zębów, której nie używa się do smarowania cycków -
rzuciła Kama ostro i ta jedna kwestia wykopała rów, którego nie udało mi
się później zasypać.
Nie mogłem zrozumieć tej wzajemnej niechęci i przez cały czas trwania
naszego związku z Dżesi próbowałem bezskutecznie pogodzić ogień z wodą.
Wzajemny stosunek obu dziewczyn przestał mieć znaczenie, kiedy rozstałem
się z Dżesiką. A właściwie to ona rozstała się ze mną.
- Ja już to przemyślałam, Miśku - powiedziała do mnie wtedy. - Myślę
sobie, że będzie najlepiej, jakbyś się spakował i wyprowadził. No wiesz,
na początek może tak na miesiąc. No i wtedy zobaczymy, jak to wyjdzie.
Bo wiesz, rozstania są najlepszą próbą uczuć.
- Zaraz, jak to: wyprowadził?
- No a kto inny miałby się wyprowadzać? Przecież widzisz, ile ja mam
rzeczy. To są całe trzy szafy. Czy ty myślisz, że ja to zmieszczę do
dwóch walizek? Poza tym nie mam walizek. Musiałabym je od ciebie
pożyczyć. No a twoje rzeczy to w końcu tylko kilka półek.
To było naginanie czasoprzestrzeni na najwyższym, powiedzieć by można:
na noblowskim poziomie. Mieszkanie należało do mnie, spłacałem za nie
kredyt, a ona kazała mi się z niego wyprowadzić, argumentując, że
przecież też płaciła. Prawda, dorzucała się od czasu do czasu do
wspólnego budżetu i zdarzało się nawet, że płaciła za czynsz lub prąd,
ale robiła to sporadycznie, w chwilach, gdy moje konto świeciło
pustkami, najczęściej po wspólnych wakacjach czy jakichś nieplanowanych
wyjazdach, kiedy szastaliśmy moimi pieniędzmi. I Dżesi to jej dokładanie
się do wspólnego życia uznała za tak poważny wkład, że ona może rościć
sobie prawo do pozostania w moim mieszkaniu!
Nie jestem człowiekiem konfliktowym i zasadniczo ustępuję pod naporem
racjonalnych argumentów. Tym razem argumentacja była całkowicie
irracjonalna, ale nie chciałem wchodzić w jakiś konflikt. Spakowałem
swoje najpotrzebniejsze rzeczy i postanowiłem wynieść się na dwa
miesiące do mojej przyszywanej babci, babci Matyldy. Ta na szczęście
przyjęła mnie bez żadnych warunków i obiekcji. Skoro było trzeba,
pomogła mi, i tyle. A Dżesika... No cóż, nie uwierzycie, ale jej dwa
miesiące przedłużyły się do ponad roku. Na szczęście dla mnie poznała
pewnego gościa i w końcu się do niego wyprowadziła, a ja odzyskałem
mieszkanie na Woli, koło starego i odnowionego dworca Warszawa Główna.
Przez ostatnich kilka miesięcy mieszkałem u Kamy w jej kawalerce, więc
gdy opróżniło się moje trzypokojowe mieszkanie, oboje odetchnęliśmy z ulgą. Mogliśmy przenieść się do mnie.
A, właśnie, tego wam jeszcze nie powiedziałem. Od jakiegoś czasu
jesteśmy z Kamą parą, po kilku tygodniach "chodzenia" Kama zaproponowała
mi, żebym się przeniósł do niej. Skorzystałem oczywiście, bo niby
dlaczego nie. Chcieliśmy spędzać ze sobą jak najwięcej czasu, a ten
prywatny był na wagę złota, bo oboje pochłonięci jesteśmy robotą dla
telewizji. Pracujemy razem na Wiertniczej. Kama jest współautorką moich
reportaży śledczych, a oprócz tego robimy też reklamowe fuchy dla
zewnętrznej firmy. W ten oto sposób pozostaję w związku z kobietą, z którą spędzam dwadzieścia cztery godziny na dobę, i muszę przyznać, że
jestem z tego powodu bardzo zadowolony. To pozytywna odmiana po związku
z toksyczną Dżesi, z którą widywałem się bardzo rzadko. W sumie,
gdybyśmy widywali się częściej, nasz związek szybciej by się zakończył.
Albo też zatrułaby mnie ostatecznie i teraz byłbym jak zombie niewolnik,
wykonujący wszystkie polecenia swojej pani?
Kama wyszła z kuchni ze ścierką w ręce.
Od kilku dni zajmowała się na cały etat przywracaniem do porządku
mojego, a właściwie już naszego mieszkania. Jej kawalerkę wynajmowaliśmy
i dzięki temu mieliśmy pieniądze na czynsz, i mogliśmy z nich dokładać
do rat kredytu, który miałem spłacać przez jakieś sto osiemdziesiąt lat.
- Może i fajny reportaż zrobiliśmy, ale nagrody żadnej nie dostaliśmy -
stwierdziła cierpko, jakbym to ja przyznawał telekamery dla najlepszych
produkcji.
- Był dobry, wiesz o tym tak samo jak ja.
Zdjąłem buty, podszedłem do niej i wziąwszy ją w ramiona, pocałowałem w usta. Ona mocno przywarła do mnie, a potem odsunęła się i spojrzała mi w oczy. Pod tym rentgenowskim spojrzeniem jej zielonych oczu zazwyczaj
stawałem się całkowicie bezradny.
Czasami miewam wrażenie, że ona potrafi czytać w moich myślach.
- O co chodzi z tą robotą? - zapytała, wpatrując się we mnie uważnie.
- Wiesz, no myślę, że sprawę trzeba potraktować profesjonalnie. To
robota za konkretną kasę.
- Czyli że co?
- Możemy wejść do kuchni i napić się kawy? - zapytałem, widząc, że
tworzy się niewielka przestrzeń dla racjonalnej oceny dotyczącej
propozycji Dżesiki.
- Do kuchni nie. - Kama pokręciła głową. - Tam jest syf jak drut. Nie
mogę dojść do ładu z tym burdelem pozostawionym przez Zębi. Jeśli ta
dziewczyna ma w głowie taki bajzel jak w szafkach, to kiedyś się zabije
o własne sznurowadła.
Nie miałem zamiaru drążyć tematu.
Znałem Dżesi i jej lekkie podejście do domowych porządków aż za dobrze.
Dla niej nie miało znaczenia, czy szafka przeznaczona jest na talerze,
szuflada na sztućce, a półka na kubki. Wkładała wszystko tam, gdzie
akurat było miejsce. Nic więc dziwnego, że mąkę można było znaleźć wśród
ganków, obok tabletek do zmywarki i otwartego kartonika z mlekiem. Dwie
stówy w lodówce to nie był odosobniony przypadek.
- Dobra, napijmy się w salonie - stwierdziłem, wskazując na drzwi do
największego pokoju, który do niedawna był sypialnią Dżesiki.
Teraz zmienił swoje przeznaczenie i stał się miejscem wspólnym, w którym
na wygodnej kanapie mogliśmy leżeć i oglądać filmy albo czytać książki.
Mieliśmy jeszcze sypialnię z szerokim łóżkiem i trzydrzwiową szafą, bo
więcej mebli się tam nie zmieściło, oraz pokój do pracy z wielkim
biurkiem z grubej płyty laminowanej, spoczywającej na czterech kozłach.
Pod blatem stały dwa komputery, a na nim trzy monitory. Dwa były
potrzebne do obsługi komputera montażowego, a trzeci został podłączony
do drugiego komputera, służącego do przechowywania informacji i pisania
tekstów. Była tu jeszcze kanapa, taki stary mebel, niezwykle przydatny,
gdyż montaż często zajmował bardzo dużo czasu i kończył się nad ranem.
Mogłem się tu przekimać w trakcie renderowania materiału i wstać, kiedy
był gotowy do wypuszczenia w świat.
Usiadłem w fotelu przy okrągłym stoliku. Po chwili weszła Kama,
trzymając w dłoniach dwa kubki z parującą kawą. Mieliśmy doskonały
ekspres w spadku po Dżesi. Dostała go podobno jako część honorarium za
występ w reklamie, w której piła kawę i robiła coś w rodzaju mlaśnięcia,
podkreślonego głośnym "mniam". Miała więc wypasiony ekspres, lecz nie
robiła w nim kawy, bo nie potrafiła go obsługiwać. Po jej wyprowadzce,
zapakowany w karton i nieużyty ani razu, został gdzieś upchany w mieszkaniu. Powiedziała, że mogę go sobie wziąć, bo Łuki ma znacznie
lepszy i prostszy w obsłudze. No i dzięki temu od tej pory mogliśmy
codziennie pić dobrą kawę z ekspresu.
- Co chcesz mi powiedzieć? - zapytała, siadając w fotelu naprzeciwko.
Wziąłem kubek, zastanawiając się, co powiedzieć.
Poznaliśmy się w 2016 roku, kiedy zatrudniłem się w nowej firmie.
Wcześniej pracowałem w telewizji publicznej i miałem mocną pozycję
reportera z dorobkiem. Specjalizowałem się w reportażach interwencyjnych
i śledczych i miałem na swoim koncie kilka wyróżnień w konkursach
reporterskich. Kiedy w telewizji publicznej nie można już było swobodnie
oddychać, postanowiłem, że pora na zmiany. Zabrałem karton ze swoimi
rzeczami i z Woronicza pojechałem na Wiertniczą. Pierwszego dnia pracy
poznałem Kamę. Przydzielono mi ją jako riserczerkę. Miałem ją
wszystkiego nauczyć i po jakimś czasie wydać opinię, czy się nadaje do
roboty. Początkowo traktowałem Kamę z rezerwą. Ale ona udowodniła, że
jest prawdziwym skarbem. Miesiąc później nie mogłem sobie wyobrazić
pracy bez niej, bez jej celnych uwag, bez świetnych, inteligentnych
wniosków i bez trafnej analizy rzeczywistości. Rozmawiając z Kamą o jakichś sprawach dotyczących realizowanych reportaży, miałem niekiedy
wrażenie, że gadam ze sobą. Dopiero po pewnym czasie zauważyłem, że
riserczerka myśli tak jak ja, że oboje postrzegamy rzeczywistość w podobny sposób, oceniając fakty rzetelnie, ale często patrząc na nie z przymrużeniem oka. No i szybko okazało się, że jesteśmy na siebie
skazani. Ale dopiero po kilku latach nasze relacje z kumpelskich
zmieniły się na znacznie bliższe. Od października dwudziestego drugiego
roku mieszkamy razem i muszę przyznać, że często zastanawiam się, jak to
możliwe, że straciliśmy tyle czasu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki