Dobra Nowina. Marcin Engel. Tom 4 - Ryszard Ćwirlej

Kup ebooka

44.99 zł
39.14 zł (35,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Sty­czeń 1945

Skoń­czył pisać i scho­wał wieczne pióro do kie­szeni. List wło­żył do zaadre­so­wa­nej koperty, po czym zakleił ją sta­ran­nie. Wsu­nął go do nie­du­żej książki, żeby się gdzieś nie zawie­ru­szył i nie pogniótł w kie­szeni. A książka w twar­dej opra­wie dawała solidną ochronę. Był to przed­wo­jenny prze­wod­nik po oko­licy, napi­sany po pol­sku. Wybrał wła­śnie tę książkę, bo była nie­więk­sza od koperty i łatwo ją wsa­dzić do kie­szeni. Książka nie miała żad­nego zna­cze­nia, była tylko opa­ko­wa­niem dla naj­waż­niej­szego listu, jaki Hans Grüneberg napi­sał w swoim życiu. Adre­sa­tem był jego brat Otto, miesz­ka­jący w ich rodzin­nym Frank­fur­cie nad Menem. Chło­pak miał dopiero pięt­na­ście lat, więc nie gro­ziło mu, że wcielą go do armii. Tam, w Rze­szy, był sto­sun­kowo bez­pieczny, dla­tego on, jego star­szy brat, liczył, że Otto wyj­dzie cało z tego pie­kła. Jego szanse z kolei były nie­wiel­kie. Ale cały czas miał nadzieję...

Wkrótce wyru­szą z tej wsi w stronę Bre­slau. To był jedyny roz­sądny kie­ru­nek, bo mia­sto zostało ogło­szone twier­dzą i na pewno będzie się bro­nić przed nacie­ra­ją­cymi ze wschodu bol­sze­wic­kimi hor­dami. Gau­le­iter Hanke zapew­niał w radio­wym prze­mó­wie­niu, że Bre­slau ni­gdy nie pad­nie na kolana przed czer­woną zarazą. Hans uwie­rzył mu, a zresztą w co innego miał wie­rzyć? Wszystko dookoła roz­sy­pało się jak domek z kart, więc Bre­slau jawiło się jak jasny, świe­tli­sty punkt na czar­nej mapie wojen­nego sza­leń­stwa. Jeśli tam dotrze, ist­niała bar­dzo duża szansa, że uda mu się prze­żyć. Ale mogło się zda­rzyć też tak, że po dro­dze wpad­nie w łapy ruskich, a ci byli tuż. Dla­tego posta­no­wił, że nie może zabrać ze sobą tej - jedy­nej w swoim rodzaju - wojen­nej zdo­by­czy, która przy­pad­kowo zna­la­zła się na jego dro­dze.

Gdy dowo­dzony przez niego oddział wyco­fy­wał się z Kra­kau, mniej wię­cej pięć­dzie­siąt kilo­me­trów za mia­stem zatrzy­mali się, by odpo­cząć w jakimś lesie. Jego ludzie przy dro­dze natra­fili na kilka roz­bi­tych i mocno ostrze­la­nych woj­sko­wych cię­ża­ró­wek. Ci, któ­rzy nimi jechali, albo zgi­nęli na miej­scu, albo poszli dalej pie­szo, bo nikogo żywego w tym miej­scu nie było. Samo­chody wyła­do­wane były meblami, ubra­niami i jaki­miś przed­mio­tami domo­wego użytku. Widać zapo­bie­gliwi urzęd­nicy Gene­ral­nego Guber­na­tor­stwa chcieli wywieźć swój doby­tek do Nie­miec, by oca­lić go przez Sowie­tami. Tym aku­rat się nie udało. Cały ładu­nek spo­czy­wał na cię­ża­rów­kach gdzieś na pol­skiej pro­win­cji. Żoł­nie­rzy nie inte­re­so­wały te dobra. Szu­kali cze­goś do jedze­nia, ale zawie­dli się. Nic tam nie było. Za to feld­fe­bel Kra­mer wró­cił z jakimś tro­feum. Spo­mię­dzy gra­tów wycią­gnął walizkę zamkniętą na klucz. Szybko otwo­rzył zamek za pomocą bagnetu, a zawar­tość wyrzu­cił na śnieg. Wypa­dły z niej ubra­nia, papiery i coś jesz­cze: dwie mie­dziane rury, zamknięte szczel­nie kap­slami. Żoł­nierz pew­nie liczył, że w środku znaj­dzie jakieś kosz­tow­no­ści. Ale sro­dze się zawiódł. Otwo­rzył pierw­szą tubę i wydo­był z niej płó­cienny rulon. Z drugą było podob­nie. Wście­kły cisnął zawar­tość na śnieg.

- Gówno jakieś - wark­nął. - Nic do jedze­nia, tylko jakieś szmaty! - pod­su­mo­wał swoje zna­le­zi­sko i odszedł nie­za­do­wo­lony.

Grüneberg stał obok Kübelwagena i palił papie­rosa. Jego towa­rzysz, kape­lan Willi Stoff, wska­zał na leżące płachty.

- Jakieś obrazy - powie­dział i zacie­ka­wiony pod­szedł.

- Pocze­kaj. - Kapi­tan poło­żył rękę na ramie­niu kie­rowcy Rudiego Lipke, sym­pa­tycz­nego, zawsze uśmiech­nię­tego dwu­dzie­sto­latka pocho­dzą­cego z Mogun­cji, po czym ruszył za kape­la­nem.

Pozo­stali żoł­nie­rze łado­wali się na dwie cię­ża­rówki. Nikogo nie obcho­dziły płótna leżące na śniegu. Ofi­cer zbli­żył się i zamarł. Nie mógł uwie­rzyć w to, co widzi. Prze­cież to naj­praw­dziw­sze obrazy, które wyszły spod pędzla mistrzów... Nie, nie mogło być pomyłki. Nie raz, nie dwa oglą­dał obrazy tych mala­rzy, ale ni­gdy nie miał oka­zji ich dotknąć. W końcu w salach muze­al­nych nie dotyka się dzieł wiel­kich mistrzów. A tu bez­cenny skarb leżał u jego stóp na śniegu, jak stare szmaty, które wyrzu­ciła gospo­dyni, bo nie nada­wały się nawet do pod­łogi.

Stoff też zro­zu­miał, z czym mają do czy­nie­nia. Drżą­cymi dłońmi zgar­nął śnieg z twa­rzy mło­dzieńca na płót­nie, zwi­nął je w rulon, wło­żył je ostroż­nie do mie­dzia­nej rury i zamknął kap­slem. Potem zro­bił to samo z dru­gim obra­zem, wypro­sto­wał się, po czym jedną rurę podał Grünebergowi, a drugą wsu­nął za pazu­chę.

- Przyda się do mojego kościoła w Seichau - stwier­dził, jakby był pewny, że kapi­tan nie będzie miał nic prze­ciwko.

Grüneberg nie pro­te­sto­wał. Bez słowa trzy­mał swoją rurę i rozej­rzał się. Jego ludzie sie­dzieli już na pakach.

Willi patrzył na nich, cze­ka­jąc, aż kapi­tan wyda roz­kaz.

Wró­cili do auta i usie­dli na tyl­nym sie­dze­niu, owi­ja­jąc się szczel­nie gru­bymi kocami.

- Jazda! - Grüneberg wydał pole­ce­nie kie­rowcy.

Ten natych­miast wrzu­cił bieg i samo­chód ruszył. Obie cię­ża­rówki podą­żyły jego śla­dem.

- Co tam było? - zapy­tał kie­rowca. - W tych rurach - dodał tak, jakby ofi­ce­ro­wie nie byli w sta­nie domy­ślić się, o co mu cho­dzi.

Kapi­tan kogoś innego zaraz by opie­przył za wsa­dza­nie nosa w nie swoje sprawy. Ale mło­dziak zapy­tał jak zawsze z czy­stej cie­ka­wo­ści.

- Stare mapy - odpo­wie­dział zdaw­kowo.

- A, mapy. - Poki­wał głową z uzna­niem. - Nawet stara mapa kie­dyś może się przy­dać - stwier­dził i zamilkł, zajęty pro­wa­dze­niem auta.

Mimo ponad­dwu­dzie­sto­stop­nio­wego mrozu słońce, które wze­szło przed godziną na bez­chmur­nym nie­bie, zapo­wia­dało ładny dzień. Można by nawet powie­dzieć, że jest pięk­nie, gdyby nie nawała grzmo­tów, roz­le­ga­ją­cych się na wscho­dzie. Front szedł w stronę Rze­szy jak ogromny walec, nisz­czący wszystko na swo­jej dro­dze.

Następ­nego dnia koło dru­giej po połu­dniu prze­je­chali przez zapchany wyco­fu­ją­cym się woj­skiem Posen. Grüneberg nie miał zamiaru zosta­wać w tym peł­nym ludzi mie­ście. Ruscy tylko cze­kali na takie oka­zje, by zbom­bar­do­wać zatło­czone ulice. To, że tego jesz­cze nie zro­bili, ozna­czało, że ktoś tam u nich cze­goś nie dopa­trzył. Ale Hans był zbyt doświad­czo­nym fron­tow­cem, żeby nie wie­dzieć, co tu się wkrótce sta­nie.

Znał zresztą Posen, bo przed trzema laty sta­cjo­no­wał tutaj przez kilka mie­sięcy. Dla­tego wie­dział, jak unik­nąć zatło­czo­nych głów­nych ulic i wydo­stać się po zachod­niej stro­nie mia­sta. Pod­je­chali jesz­cze na jakiś dwo­rzec kole­jowy i wysa­dzili tam kape­lana Stoffa, który zamie­rzał dostać się pocią­giem do Ber­lina. Poże­gnali się jak żoł­nie­rze, życząc sobie nawza­jem prze­ży­cia, i ksiądz znik­nął w tłu­mie ludzi obła­do­wa­nych waliz­kami i toboł­kami.

Wie­czo­rem Grüneberg i jego ludzie dotarli do nie­wiel­kiej wsi poło­żo­nej tuż za mia­stem Posen. Zde­cy­do­wał, że tu będą mogli spo­koj­nie zro­bić postój. Pała­cyk poło­żony w samym środku wio­ski wyda­wał się ide­al­nym miej­scem, żeby odpo­cząć i nabrać sił. Tym bar­dziej że nie był znisz­czony, a szyby w oknach dawały gwa­ran­cję spę­dze­nia paru godzin w cie­ple.

Żoł­nie­rze ścięli kilka drzew w sadzie, porą­bali je na polana, dzięki czemu można było napa­lić w pie­cach i w kuchen­nej west­falce. Na bla­sze szybko poja­wił się spory gar­nek. Ich kucharz Johann Dorsch wrzu­cił do niego kilka kieł­bas i połeć boczku, to były pro­dukty zare­kwi­ro­wane we wsi. Do tego doło­żył suszony groch, wyfa­so­wany jesz­cze w kwa­ter­mi­strzo­stwie, oraz zna­le­zione w pała­co­wej piw­nicy kar­to­fle. Nie minęła godzina, gdy sma­ko­wity zapach gro­chówki zaczął roz­cho­dzić się po pomiesz­cze­niach. Zapach był tak inten­sywny, że i na zewnątrz pach­niało zupą. I zaraz zja­wiło się kilku żoł­nie­rzy z jakichś roz­bi­tych oddzia­łów, a może dezer­te­rów, któ­rzy też ucie­kali na zachód. Chcieli się zała­pać na wyżerkę w pała­cyku. Ale ludzie Grüneberga gotowi byli wal­czyć o jedze­nie z bro­nią w ręku. Nie mieli lito­ści dla obcych. Gro­chówka tylko dla swo­ich! Ci, któ­rych prze­pę­dzono spod drzwi, odgra­żali się, że jesz­cze tu wrócą.

Gdy po posiłku syci i senni żoł­nie­rze zale­gli na fote­lach, kana­pach lub wprost na pod­ło­dze, Grüneberg poszedł do samo­chodu. Zabrał tubę z obra­zem i ruszył aleją par­kową, bie­gnącą od pała­cyku. Kiedy wjeż­dżali tu przed dwiema godzi­nami, zoba­czył odpo­wied­nie miej­sce. Zda­wało mu się wów­czas, że jest to jakaś kaplica. Oka­zało się, że to rodzinny gro­bo­wiec, zapewne wła­ści­cieli tego majątku, rodziny o nazwi­sku von Tem­pel­hoff. Hans obszedł kaplicę. Tylna muro­wana ściana miała wyraźne pęk­nię­cie. Wydo­był z pochwy przy­tro­czo­nej do pasa bagnet. Zaczął nim szybko pra­co­wać, wbi­ja­jąc ostrze w kru­chą, roz­sy­pu­jącą się stu­let­nią zaprawę. Wyję­cie trzech cegieł zabrało pół godziny. Za cegłami była pusta prze­strzeń. Hans wsu­nął tam tubę, a potem na powrót wło­żył cegły. Nie do końca zado­wo­lony z efektu, wstał i rozej­rzał się dookoła. Przy­da­łoby się coś jesz­cze do zama­sko­wa­nia luź­nych cegieł. Dostrzegł opartą o boczną ścianę poła­maną płytę. Z tru­dem przy­cią­gnął ją na tył kaplicy, a potem oparł tak, by zasło­niła polu­zo­wane cegły. Wojenne tro­feum było już bez­pieczne.

Pomy­ślał, że nikogo nie zain­te­re­suje stara kaplica gro­bowa, a już na pewno nie pęk­nięta mar­mu­rowa tablica. Co ozna­czało, że obraz może leżeć tu długo i nic mu się nie sta­nie. Hans wróci po niego, jak tylko armia nie­miecka odbije utra­cone tereny. A jeśli nie, no to wybie­rze się tutaj po woj­nie. W końcu Posen to pra­wie przy­gra­niczne mia­sto. Przed­wo­jenna gra­nica jest zale­d­wie pięć­dzie­siąt kilo­me­trów stąd.

Po powro­cie do pała­cyku napi­sał do młod­szego brata, mate­riały piśmienne zna­lazł w gabi­ne­cie, który był nie­tknięty. W ten spo­sób zabez­pie­czał się, na wszelki wypa­dek. Gdyby coś mu się, nie daj Boże, stało, chło­pak bez trudu powi­nien sobie pora­dzić ze zna­le­zie­niem ukry­tej rury. Hans wolał zosta­wić ją tu, niż ryzy­ko­wać, że rura z obra­zem wpad­nie w ręce ruskich.

Ich woj­ska parły nie­prze­rwa­nie na zachód i mogło się nawet oka­zać, że ata­kiem z połu­dnia ode­tną drogę do Bre­slau.

Grüneberg wło­żył list do książki, a ją do kie­szeni kożu­cha. Spoj­rzał na zega­rek. Docho­dziła siódma wie­czór. Da chło­pa­kom jesz­cze naj­wy­żej pół godziny, a potem ruszą. Wyszedł z budynku i sta­nął z papie­ro­sem w ustach. Z tarasu wpa­try­wał się w ciem­ność, ale nie­wiele doj­rzał, mimo że noc była jasna i księ­ży­cowa. Dal­szy widok zasła­niały krzaki i zaro­śla ota­cza­jące szczel­nie pała­cyk od strony parku. Naraz kapi­ta­nowi wydało się, że coś sły­szy. Wytę­żył wzrok, ale niczego nie dostrzegł, raczej wyczuł, niż zoba­czył, że ktoś jest w krza­kach naprze­ciwko. Chciał krzyk­nąć do war­tow­nika, który powi­nien być nie­opo­dal przy samo­cho­dach, żeby spraw­dził, co tam się dzieje, ale nie zdą­żył. Ostry sko­wyt serii wypusz­czo­nej ze Schme­is­sera roz­darł wie­czorną ciszę. Grüneberg, potęż­nie tra­fiony w brzuch i klatkę pier­siową, runął na prze­szklone drzwi. Przez moment widział ciemne plamy krwi. Potem zapa­dła ciem­ność.

Żoł­nie­rze wypa­dli z pała­cyku, krzy­cząc dla doda­nia sobie ani­mu­szu. Byli zapra­wio­nymi w bojach fron­tow­cami, więc dosko­nale wie­dzieli, jak się zacho­wać w takiej sytu­acji. Natych­miast ostrze­lali krzaki z bez­względną dokład­no­ścią, a dopiero potem je spraw­dzili. Szybko zlo­ka­li­zo­wali napast­nika. Już nie żył. Ostrzał oka­zał się zabój­czo sku­teczny. Roz­po­znali w zabi­tym jed­nego z tych, któ­rzy chcieli wpro­sić się na gro­chówkę.

- Zemścił się jak idiota - powie­dział feld­fe­bel Kra­mer. - Dał się zabić za michę gro­chówki.

- Ale zastrze­lił kapi­tana Grüneberga, skur­wy­syn jeden - powie­dział kie­rowca Rudi.

- No i jed­nego pie­przo­nego ofi­cera mniej. - Kra­mer nie prze­pa­dał za ofi­cerami. - Dobra, zbie­ramy się. Koniec spa­nia. Łado­wać dupy na cię­ża­rówki, bo wam je iwan odstrzeli.

- A co z kapi­ta­nem?

- Włóż­cie go do któ­rejś trumny w rodzin­nym gro­bowcu.

- Prze­cież trumny są już zajęte.

- Stary tru­posz chyba się nie pogniewa, jak dosta­nie nowego loka­tora, nie? - zażar­to­wał pod­ofi­cer, a jego pod­władni wybuch­nęli śmie­chem.

Feld­fe­bel, który był teraz naj­star­szy stop­niem, prze­jął dowo­dze­nie. Żoł­nie­rze bez ocią­ga­nia prze­szli pod jego roz­kazy, przy­wy­kli do woj­sko­wej dys­cy­pliny. Po dzie­się­ciu minu­tach sie­dzieli już na pakach, owi­nięci kocami i czym się dało. Kra­mer już chciał wsko­czyć do Kübelwagena, któ­rego prze­jął po zabi­tym dowódcy, ale nagle o czymś sobie przy­po­mniał.

Po chwili wró­cił do pała­cyku, do gabi­netu, który zaj­mo­wał kapi­tan. Gruby kożuch dowódcy leżał na stole. Po co miał się zmar­no­wać. Feld­fe­bel szybko wcią­gnął go na grzbiet, na grubą kurtkę. Kożuch był obszerny, taki typowo chłop­ski. Nagle pod­ofi­cer poczuł coś twar­dego z boku. Wło­żył dłoń do kie­szeni. Zdzi­wiony wyjął z niej książkę. Spoj­rzał na tytuł, ale nic nie zro­zu­miał. Już miał cisnąć ją na pod­łogę, ale jego wzrok padł na oszkloną szafę wypeł­nioną książ­kami. Feld­fe­bel pod­szedł do niej i posta­wił książ­kowe zna­le­zi­sko na półce.

Nie będzie prze­cież bar­ba­rzyńcą. Miej­sce książki jest na półce, mię­dzy innymi książ­kami, a nie na pod­ło­dze.

Rozdział I

Sie­chów, Dol­no­ślą­skie

Nie­dziela, 13 czerwca 2021 roku

Godzina 10.20

Msza zaczy­nała się o jede­na­stej. Zostało więc jakieś czter­dzie­ści minut. Kościół jed­nak tęt­nił życiem. W środku sie­działo ze czter­dzie­ści kobiet. Jak co nie­dziela przy­szły wcze­śniej, żeby wspól­nie, z peł­nym zaan­ga­żo­wa­niem, odmó­wić róża­niec.

Ksiądz Mil­czyń­ski dał klu­cze do kościoła Mela­nii Bart­cza­ko­wej, bo kościelny gdzieś się zapo­dział. Kobieta była naj­bar­dziej zaan­ga­żo­wana w życie para­fii w ubie­głym mie­siącu, a wła­ści­wie nawet w dwóch ostat­nich. W tej sytu­acji coś jej się w końcu nale­żało. Dla­tego to ona odpo­wia­dała za modli­twę, ale tylko w czerwcu. O to, żeby prze­wod­ni­czyć w lipcu, wal­czyły już zacie­kle Gabriela Pilawa z Kry­styną Kotulą. Obie były bar­dzo zasłu­żone dla para­fii i wyka­zały się wiel­kim zaan­ga­żo­wa­niem przy deko­ro­wa­niu Grobu Pań­skiego. Na razie jed­nak ksiądz nie wie­dział, która z nich wygra lipiec, bo osta­teczny wer­dykt zapad­nie pod­czas licze­nia dat­ków na remont dachu. Ofi­cjalne zli­cza­nie i zapi­sy­wa­nie do zeszytu mie­sięcz­nych wpły­wów jak zwy­kle odbę­dzie się na ple­ba­nii, po połu­dniu w ostat­nią nie­dzielę czerwca. Wtedy to przed­sta­wi­ciele wszyst­kich rodzin uczest­ni­czą­cych w życiu para­fii spo­tkają się w jadalni przy kawie i cia­stach upie­czo­nych przez para­fianki. Gdy wszy­scy już się wygod­nie roz­siądą, wikary przy­nie­sie spe­cjalny worek, do któ­rego po każ­dej mszy tra­fiają koperty z pie­czę­cią przed­sta­wia­jącą kościół.

Tę pro­ce­durę wymy­ślił nowy pro­boszcz, który nastał rok temu. Z miej­sca zauwa­żył, że kobiety zabie­gają, żeby to wła­śnie im powie­rzano pro­wa­dze­nie różańca przed mszą. Poprzedni pro­boszcz wska­zy­wał kolejną pro­wa­dzącą po uwa­ża­niu, bez żad­nej logiki. Raz wyzna­czył tę, innym razem inną, ale ni­gdy nie decy­do­wały względy mery­to­ryczne. Ksiądz Zenon Mil­czyń­ski, ów nowy pro­boszcz, posta­no­wił zmie­nić to. Dobrze wie­dział, że ludzie gotowi są sporo zapła­cić, byleby tylko osią­gnąć cel. Dla­tego ogło­sił, że od tej pory za róża­niec będą odpo­wia­dać osoby wyka­zu­jące się szcze­gólną hoj­no­ścią na rzecz kościoła. Dobro­wolne datki będą przyj­mo­wane w spe­cjal­nych koper­tach, wyda­wa­nych w zakry­stii przed mszą nie­dzielną. Trzeba je tylko opa­trzyć swoim nazwi­skiem, żeby przy­pad­kiem nie przy­pi­sano ofiary komuś innemu. W ten spo­sób pro­boszcz już przed tacą wie­dział, kto będzie wrzu­cał kopertę, a na koniec mie­siąca mógł z czy­stym sumie­niem oddać pro­wa­dze­nie kon­kret­nej oso­bie, zwy­cięż­czyni w szla­chet­nej rywa­li­za­cji.

Pomysł był świetny, bo skła­niał para­fianki do walki o palmę pierw­szeń­stwa, a przy tym przy­no­sił zyski. Dla­tego pro­boszcz Mil­czyń­ski był w dosko­na­łym nastroju, mimo że nie wyspał się w nocy. Coś mu leżało na wątro­bie, więc krę­cił się w łóżku, prze­wra­cał z boku na bok, a do tego było mu raz cie­plej, raz zim­niej. A prze­cież jak już, to powinno mu być stale za cie­pło, bo noc była duszna i gorąca, a pro­gnozy w radiu zapo­wia­dały nad­cho­dzące burze. Tyle że grzmoty i pio­runy nie były mu straszne, skoro w per­spek­ty­wie miał roz­strzy­gnię­cie kon­kursu i wybór nowej miss mie­siąca. Tak sobie nazy­wał te wybory, choć żadna z kan­dy­da­tek nie mia­łaby naj­mniej­szych szans na wygraną w kon­kur­sie, w któ­rym oce­nia się wdzięk. Kobiety te urodą nie grze­szyły, za to repre­zen­to­wały zasobne i majętne rodziny.

- Że też one tak wal­czą zawzię­cie! - dzi­wił się wikary Tobiasz Roz­łucki.

- Bo to ich walka o być albo nie być - tłu­ma­czył mło­demu księ­dzu pro­boszcz. - Cho­dzi im o to, żeby wystą­pić przed innymi i żeby oczy wszyst­kich mogły spo­glą­dać na nie z zazdro­ścią. A przy tym nikt nie może zwy­cięż­czyni zarzu­cić próż­no­ści, bo nie o sam występ tu cho­dzi, ale by spod ołta­rza móc zwró­cić się wprost, a więc kana­łem bez­po­śred­nim, do Naj­święt­szej Panienki.

- Ksiądz pro­boszcz to zna się na ludz­kiej psy­chice - zauwa­żył z uzna­niem Roz­łucki.

- To ważny ele­ment naszej kapłań­skiej posługi, drogi Tobia­szu. My musimy znać się na ludziach i umieć wła­ści­wie oce­niać ich uczynki, a w kon­se­kwen­cji poma­gać owiecz­kom zna­leźć indy­wi­du­alną ścieżkę do Pana. Zwy­kły śmier­tel­nik w tym świe­cie peł­nym pokus zacho­wuje się jak dziecko we mgle. Wydaje swoje ciężko zaro­bione pie­nią­dze na tele­fony, gry, tele­wi­zory, samo­chody albo na używki, tytoń, alko­hol czy nar­ko­tyki. Dla­tego musimy wystą­pić z odpo­wied­nią ofertą. Dać wier­nym to, czego potrze­bują naprawdę. Nasze panie potrze­bują conie­dziel­nego show, a ich mężo­wie spo­koj­nej głowy. Dla­tego głowy rodziny wolą dać tro­chę pie­nię­dzy na kościół, żeby żony mogły się czymś zająć.

- Czyli tra­fiamy w potrzeby wszyst­kich para­fian?

- Nie, bo to oferta tylko dla naj­za­moż­niej­szych. Dla reszty ofertą znacz­nie tań­szą, powie­dział­bym: bar­dziej ega­li­tarną, jest nasze sank­tu­arium. Ono spra­wia, że ludzie garną się do nas.

- To prawda - potwier­dził wikary.

Dawno temu ich kościół był znany jako miej­sce cudow­nych zda­rzeń. Kie­dyś, przed wie­kami, ludzie przy­by­wali tu ponoć o kulach albo ślepi i głusi, a wycho­dzili w pełni sprawni, uzdro­wieni. Ale to było bar­dzo dawno temu. Po woj­nie nikt już o tym nie pamię­tał, tym bar­dziej że zabra­kło cią­gło­ści tra­dy­cji. Ucie­ka­jący stąd nie­miecki ksiądz nie zdą­żył się nawet spo­tkać ze swoim pol­skim następcą, by prze­ka­zać mu wie­dzę o histo­rii para­fii. Póź­niej oka­zało się, że zabrał ze sobą drew­niany krzyż, w który wbito ćwiek z buta rzym­skiego legio­ni­sty, tego samego, który w akcie miło­sier­dzia pchnął włócz­nią umie­ra­ją­cego na krzyżu Chry­stusa. A to ponoć wła­śnie ów krzyż, przy­wie­ziony z kru­cjaty przez ryce­rza von Sie­chau, wła­ści­ciela ziem, na któ­rych wybu­do­wano kościół, był źró­dłem tych wszyst­kich cudów.

No więc tra­dy­cja zamarła, cuda się skoń­czyły i co za tym idzie, prze­stali tu ścią­gać wierni potrze­bu­jący natych­miast boskiej inter­wen­cji. Żaden z pol­skich księży peł­nią­cych posługę w tej para­fii nie miał poję­cia o boga­tej histo­rii i tra­dy­cji tutej­szego kościoła. Dopiero pro­boszcz Mil­czyń­ski zaczął zgłę­biać histo­rię, świa­dom tego, że jest ona nie­zwy­kle ważna i - kto wie - nawet poucza­jąca. Zgłę­biał ją, licząc na cokol­wiek, jakiś nie­wielki nawet prze­kaz, dający nadzieję.

Jakież było jego zdzi­wie­nie, gdy w miej­sco­wej biblio­tece natknął się na dzie­więt­na­sto­wieczną nie­miecką bro­szurkę, zawie­ra­jącą opo­wieść o romań­skim kościele wznie­sio­nym w dwu­na­stym wieku, a potem prze­bu­do­wa­nym w stylu gotyc­kim. Ksiądz dowie­dział się także o bez­cen­nym drew­nia­nym krzyżu z rzym­skim ćwie­kiem i cudach, o któ­rych zapo­mniano, gdy z Zachodu dotarła tu fala lute­ra­ni­zmu. Pro­te­stanci zaka­zy­wali odda­wa­nia czci reli­kwiom i wiele z nich znisz­czono w cza­sach refor­ma­cji. Ale krzyż miał szczę­ście. Wszak jako narzę­dzie męki Pań­skiej sta­no­wił uni­wer­salny sym­bol zarówno dla lute­ra­nów, jak i kato­li­ków. Dla­tego pozo­sta­wiono go w świą­tyni, choć o jego uzdro­wi­ciel­skich wła­ści­wo­ściach już nie wspo­mi­nano.

Pro­boszcz, zapo­znaw­szy się z tą nie­zwy­kłą histo­rią, prze­szu­kał cały kościół, jed­nak nie zna­lazł nic, ani śladu krzyża. Dopiero stara Hof­f­ma­nowa, auto­chtonka, która nie zde­cy­do­wała się na wyjazd do Nie­miec, wyja­śniła księ­dzu, że krzyż zabrał ksiądz Willi Stoff, ucie­ka­jąc w stycz­niu czter­dzie­stego pią­tego. Ksiądz zagi­nął w trak­cie ucieczki, a wraz z nim reli­kwia. Hof­f­ma­nowa pytała nawet kie­dyś swoją sio­strę Gretę, która miesz­kała w Lip­sku, ale ta twier­dziła, że od ewa­ku­acji Stoffa nikt nie widział.

Trudno, myślał pro­boszcz, krzyża nie da się pew­nie odna­leźć, ale miej­sce, w któ­rym działy się cuda, prze­trwało w sta­nie nie­na­ru­szo­nym wojnę. Księ­dzu Mil­czyń­skiemu już w gło­wie kieł­ko­wała genialna myśl: jeśli nie ma tu cudow­nego krzyża, trzeba zna­leźć coś, co go w godny spo­sób zastąpi. Gdyby mieć podobną rzecz, można by oży­wić dawną histo­rię. Wystar­czy­łoby tylko jedno ozdro­wie­nie, jakieś odrzu­ce­nie laski albo zdję­cie zaćmy, i zaczę­łyby się piel­grzymki... No wła­śnie, tylko do czego ludzie mie­liby piel­grzy­mo­wać? Z pustym kościo­łem to raczej marne szanse. Gołe mury i kilka dwu­dzie­sto­wiecz­nych obra­zów, nama­lo­wa­nych przez stu­den­tów ASP we Wro­cła­wiu, któ­rzy kie­dyś mieli tu ple­ner malar­ski i zosta­wili swoje dzieła w zamian za obiet­nicę ich sta­łej eks­po­zy­cji w kościele. Ale nowo­cze­sne, choćby naj­pięk­niej­sze obrazy nie mają świę­tej mocy i nie spra­wią, że wierni zaczną się gar­nąć do kościoła...

Nie­spo­dzie­wa­nie pew­nego pięk­nego dnia z pomocą księ­dzu pro­bosz­czowi przy­szedł sam Pan.

Ksiądz, nie prze­czu­wa­jąc nad­cho­dzą­cej boskiej inter­wen­cji, wyszedł z ple­ba­nii i ruszył do kościoła. Po dro­dze witał się z wier­nymi idą­cymi na mszę. Z nikim nie roz­ma­wiał, odkła­niał się tylko nie­znacz­nie, przy­bie­ra­jąc udu­cho­wiony wyraz twa­rzy, by wszy­scy wie­dzieli, że trak­tuje swoje obo­wiązki nie­zwy­kle poważ­nie. W końcu msza to miste­rium pozwa­la­jące nawią­zać bez­po­średni kon­takt ze Stwórcą, więc pośred­nik musi wyglą­dać god­nie i mieć udu­cho­wione obli­cze.

Przy­spie­szył kroku, gdy poczuł pierw­sze kro­ple desz­czu, spa­da­jące z nabrzmia­łej, ciem­nej chmury, która zawi­sła nad kościelną wieżą. Pomy­ślał nawet, że to jakiś znak, ale zaraz prze­stała go ta kwe­stia inte­re­so­wać, gdy wszedł bocz­nymi drzwiami do zakry­stii. Kościelny Zyg­munt Borówka już tam był. Na tego czło­wieka cza­sem można liczyć. Choć ludzie mówili, że byłemu prze­stępcy ksiądz nie­po­trzeb­nie zaufał. Ale pro­boszcz wie­dział dobrze, jak z Borówką było naprawdę i jaka prze­miana w nim zaszła. W końcu po to też jest spo­wiedź, żeby dusz­pa­sterz mógł wyro­bić sobie zda­nie o swo­ich wier­nych. Borówka był więc czło­wie­kiem god­nym zaufa­nia.

- Kościół pełny - powi­tał księ­dza istotną infor­ma­cją.

- Bierzmy się do pracy, bo potem jadę na obiad do Wale­ry­chów. Mają mieć coś szcze­gól­nego.

- Świ­nio­bi­cie było, to będzie dużo dobrego - wyja­śnił kościelny, poda­jąc księ­dzu ornat.

Jak zawsze był dobrze poin­for­mo­wany.

- Zna­czy, będzie biała kieł­basa i pie­czona świe­żonka - roz­ma­rzył się pro­boszcz.

Nie­malże poczuł zapach sma­żo­nego, świe­żego mięsa i smak chleba macza­nego w roz­to­pio­nym smalcu.

- No dobra, zaczy­najmy w imię Boże.

Prze­że­gnał się i ruszył powol­nym, dostoj­nym kro­kiem za Borówką, który pobiegł przo­dem, by dzwon­kami dać znak wier­nym, że czas pod­nieść się z ławek. Pro­boszcz pod­szedł do ołta­rza, przy­klęk­nął, znów się prze­że­gnał, tym razem sze­roko, zama­szy­ście, by wszy­scy widzieli każdy jego ruch. Zaczy­nał się bowiem spek­takl, w któ­rym on jest głów­nym akto­rem, wystę­pu­ją­cym przy wypeł­nio­nej po brzegi widowni. Obrzu­cił spoj­rze­niem wier­nych i stwier­dził z zado­wo­le­niem, że nie tylko ławki, ale także prze­strze­nie obok nich były zatło­czone. Zro­bił krok do przodu, by jak zwy­kle zapro­sić dzieci bli­żej ołta­rza, żeby poczuły się wyróż­nione i doce­nione. Naraz zatrzy­mał się w pół kroku i spoj­rzał w górę.

Jakiś dziwny hałas docho­dził z dachu.

Zanie­po­ko­jeni wierni unie­śli głowy. Ktoś coś zawo­łał nie­wy­raź­nie. Odpo­wie­dział mu płacz dziecka. Hałas nara­stał, zmie­nia­jąc się w huk, jakby tam, nad nimi, prze­jeż­dżał roz­pę­dzony tir.

- Jezus, Maria! - zawo­łała jakaś kobieta.

- Boże święty! - odpo­wie­działa inna.

Teraz już było to kilka tirów, wyją­cych na naj­wyż­szych obro­tach.

- Nie lękaj­cie się! - krzyk­nął pro­boszcz, ale mało kto go usły­szał.

Ksiądz roz­ło­żył ramiona, jakby chciał wszyst­kich przy­gar­nąć do sie­bie. Ludzie zaczęli się prze­py­chać ku wyj­ściu. Prze­wra­cali się, potrą­cali, roz­py­chali i prze­kli­nali.

- Nie wychodź­cie z kościoła! - wołał pro­boszcz. - Pan nas ura­tuje! Panie, ratuj swoje dzieci!

A tym­cza­sem nad gło­wami para­fian pędziła stu­to­nowa loko­mo­tywa. Naraz roz­legł się potężny huk, a potem trzask, jakby ktoś łamał olbrzy­mią zapałkę, jedną, drugą, trze­cią. Wierni patrzyli w górę prze­ra­żeni, inni cho­wali się pod ław­kami, wła­snym cia­łem zakry­wali dzieci i kobiety. Krzy­czeli, lamen­to­wali, wyli prze­ra­żeni. Do środka zaczęły wpa­dać kawałki drewna i cegły. Naraz dach pod­niósł się i znik­nął, odla­tu­jąc z łosko­tem, a do środka runęły stru­mie­nie wody. A potem nagle zro­biło się cicho. Wszy­scy spoj­rzeli w górę. Niebo było błę­kitne i czy­ste, tak jakby nic się tu nie wyda­rzyło.

I wtedy ksiądz pro­boszcz zdał sobie sprawę, że przez cały czas stoi w tym samym miej­scu. A tam, gdzie miały stać dzieci przy­wo­łane przez niego, leży ogromna belka, która spa­dła tu z sufitu. Gdyby dotarły na to miej­sce, przed ołta­rzem leża­łoby kil­ka­na­ście cia­łek. Ale nie było tam nikogo. Pan czu­wał nad dusz­pa­ste­rzem i nad dziećmi. Nato­miast dach został zerwany. Tam, gdzie był jesz­cze przed chwilą, ziała pustka.

Duch Święty chyba coś chciał księ­dzu w ten spo­sób powie­dzieć. Czyżby chciał go uka­rać? Tylko za co? Prze­cież nie zro­bił nic złego.

Pro­boszcz padł na kolana, zło­żył ręce do modli­twy, po czym zde­cy­do­wa­nym gło­sem zaczął:

- Ojcze nasz, który jesteś w nie­bie...

Kolejne słowa zaczęli pod­chwy­ty­wać cudem oca­leni wierni. Po chwili cały kościół wypeł­niła modli­twa oca­la­łych ludzi, a pro­boszcz myślał, o co cho­dziło Stwórcy, i na razie nie znaj­do­wał żad­nej odpo­wie­dzi.

Był jed­nak spo­kojny, wie­dział, że znaj­dzie ją nie­ba­wem. Boskie znaki nie mogły pozo­stać bez odpo­wie­dzi. Trzeba tylko umieć je wła­ści­wie odczy­tać.

Warszawa, Poniedziałek, 2 września 2024 roku, Godzina 12.30

- Nie no, ile można cze­kać? - powie­dzia­łem do sie­bie, spo­glą­da­jąc na zega­rek.

Umó­wi­li­śmy się w samo połu­dnie, czyli jak mi się zdaje o godzi­nie dwu­na­stej zero zero, w daw­nej fabryce Nor­blina na Woli. Lubi­łem tu uma­wiać się na nie­zo­bo­wią­zu­jące spo­tka­nia, bo mia­łem bli­sko z domu, a poza tym w knaj­pie "Uwaga Piwo" poda­wali cał­kiem nie­złe piwa kra­ftowe z nale­waka. Więc gdy zadzwo­niła do mnie moja była dziew­czyna Dżesi, zapro­po­no­wa­łem, nie­wiele się zasta­na­wia­jąc, tę knajpę i godzinę dwu­na­stą. No chyba że ktoś ina­czej rozu­mie zna­cze­nie okre­śle­nia w samo połu­dnie. Dosko­nale rozu­mieli to Will Kane i Frank Mil­ler, sze­ryf i ban­dzior, dwaj rewol­we­rowcy i zacie­kli wro­go­wie, któ­rzy spo­tkali się ze sobą na uliczce sen­nego mia­steczka gdzieś na Dzi­kim Zacho­dzie. Mimo że żaden z nich nie dys­po­no­wał smart­fo­nem zsyn­chro­ni­zo­wa­nym ze smar­twat­chem, wie­dzieli, kiedy jest połu­dnie, i wyszli na ulicę o umó­wio­nym cza­sie, wycią­gnęli z kabur swoje Kolty, oddali strzały i było po wszyst­kim. Szybko i sku­tecz­nie, tak jak lubię. Bo uwa­żam, że czas jest zbyt cenny, żeby go mar­no­wać bez sensu. Co innego Dżesi. O, tak, ona potrafi nagi­nać i nacią­gać czas, jakby był z gumy. I co wię­cej, mam nie­kiedy wra­że­nie, że roz­cią­gnięta przez Dżesi cza­so­prze­strzeń nie ma nic prze­ciwko temu. Moja była dziew­czyna oczy­wi­ście też nie. Ona nawet nie zdaje sobie sprawy ze swo­ich magicz­nych umie­jęt­no­ści. Dżesi jest jak podróż­niczka w cza­sie, prze­cho­dząca z jed­nej strefy cza­so­wej do dru­giej, czy­niąca to mimo­cho­dem i nie­stety cał­kiem bez­re­flek­syj­nie. Jeśli nie wie­cie jesz­cze, o czym mówię, podam wam naj­prost­szy przy­kład.

Któ­re­goś dnia Dżesi zgu­biła dwie­ście zło­tych. Nie byłoby w tym nic nad­zwy­czaj­nego, gdyby nie fakt, że tego dnia spo­ty­ka­li­śmy się na lan­czu w mie­ście i to była aku­rat jej kolejka przy pła­ce­niu rachunku. Wie­cie, byli­śmy taką nowo­cze­sną parą, że każde z nas miało swoją kasę, a rachunki pła­ci­li­śmy na zmianę, bo tak miało być bar­dziej po part­ner­sku. No więc gdy przy­szło do pła­ce­nia, Dżesi zaj­rzała do torebki, wydo­była z niej wielką złotą port­mo­netkę, spoj­rzała do środka, chwilę w niej pogrze­bała, a potem popa­trzyła bez­rad­nie na kel­nera i na mnie.

- Cho­lip­cia, zgu­bi­łam pie­niążki.

- Co? - jęk­ną­łem. - Poszu­kaj dobrze.

- No ale Miśku... - Mówi do mnie "Miśku", mimo że mam na imię Mar­cin, więc nie wiem, skąd ten Misiek jej się wziął, bo wcale nie przy­po­mi­nam wyglą­dem misia. - ...mia­łam dziś rano w port­fe­liku dwie stówki, a teraz nie mam. Musiały mi te pie­niążki wypaść. Cho­lip­cia, nie mam. - Spoj­rzała przy tym znów na kel­nera, jakby spo­dzie­wa­jąc się, że ten natych­miast roz­wiąże jej pro­blem i powie coś w rodzaju: spoko, nie ma sprawy, zapłaci pani innym razem.

Ale kel­ner nic takiego nie powie­dział.

Jak myśli­cie, kto zapła­cił rachu­nek? Macie rację, zapła­cił Misiek, bo ina­czej wsa­dzi­liby nas do wię­zie­nia, a ja wcale nie mia­łem ochoty na kło­poty spo­wo­do­wane przez moją dziew­czynę. Ale to nie koniec tej histo­rii. Dwie­ście zło­tych się zna­la­zło wie­czo­rem w domu. Pie­nią­dze były zawi­nięte w papier kanap­kowy razem z kanapką, którą zro­bi­łem Dżesi do pracy. Miała ją sobie tylko zawi­nąć w ten papier i wło­żyć do torby. Więc zapa­ko­wała razem z bank­no­tem, po czym wło­żyła do lodówki. Całe szczę­ście, nie zabrała ze sobą, bo mogłaby bank­not zjeść przez nie­uwagę. I w zasa­dzie można by na tym skoń­czyć opo­wieść, ale wtedy nie wie­dzie­li­by­ście, o co cho­dzi z tym cza­sem i prze­strze­nią.

No więc jakiś mie­siąc póź­niej Dżesi wró­ciła do domu bar­dzo pod­eks­cy­to­wana.

- Wyobraź sobie, Miśku, byłam dziś w tej knaj­pie, w któ­rej byli­śmy, pamię­tasz, wtedy, kiedy zgu­bi­łam te dwie stówki.

- No, pamię­tam. I co, znowu nie mia­łaś pie­nię­dzy?

- Nie! - zawo­łała ura­do­wana, się­gnęła do torebki i wyjęła z niej złotą port­mo­netkę. - Zobacz!

W dłoni trzy­mała bank­not dwu­stu­zło­towy.

- Zna­la­złam tam, gdzie zgu­bi­łam te dwie stówki, dokład­nie ten sam bank­not z tym, no, jak on się nazywa?

- Król Zyg­munt Stary?

- A czemu stary? Wcale nie jest taki stary na tym rysunku.

- Bo długo żył.

- Ile?

- O ile pamię­tam, dożył wieku osiem­dzie­się­ciu jeden lat.

- Hę? Tylko tyle? Sta­rzy ludzie to są tacy, co mają setkę i wię­cej.

- W tam­tych cza­sach osiem­dzie­siątka to był bar­dzo pode­szły wiek.

- Aha, to jak to długo, to pew­nie się zdą­żył zesta­rzeć przed samą śmier­cią. A pie­niądz ze Sta­rym, jak widzisz, jest dokład­nie taki sam. A nie na przy­kład dwie stówki, które dałyby też w sumie dwie­ście zło­tych.

- Dżesi, prze­cież to jest inny bank­not.

- No nie, ten sam. Jest król i w dodatku zna­la­złam go na pod­ło­dze pod sto­li­kiem w tej samej knaj­pie. Prawda, nie był to ten sam sto­lik, ale wiesz, mógł się prze­su­nąć, zna­czy ten król Stary.

- Dżesi, prze­cież ten twój zna­leź­li­śmy w kanapce.

- No tak, ale skąd wiesz, że ten z kanapki to ten sam, co wtedy zgi­nął? Według mnie nie jest to ten sam, bo skoro był w kanapce, to się wcale nie zgu­bił. A jak byli­śmy w knaj­pie, to ten mój był zgu­bio­nym wła­śnie w tej knaj­pie, zna­czy się, jak tam zgi­nął, i tam się odna­lazł, dla­tego wła­śnie to jest ten sam.

- Dżesi, co się stało z tymi dwoma stów­kami, co je zna­la­złaś w kanapce?

- Jak to co, Miśku, prze­cież wia­domo, że je wyda­łam. O, już wiem, kupi­łam wtedy chyba te czer­wone koron­kowe maj­teczki. No wiesz które?

Wie­dzia­łem, oczy­wi­ście, wyglą­dały na niej bosko i jesz­cze tego samego wie­czora pre­zen­to­wała mi je na sobie, a potem poka­zy­wała, jak ele­gancko się je zdej­muje.

- Czyli kupi­łaś maj­teczki za dwie stówki.

- No.

- Więc wyda­łaś te pie­nią­dze?

- No pew­nie, głup­ta­sku. Pie­nią­dze są prze­cież do wyda­wa­nia.

- A teraz masz znowu te dwie stówki, które już wyda­łaś?

- No tak, Miśku, wła­śnie je mam w palusz­kach.

- To ozna­cza, że wró­ciły do cie­bie pie­nią­dze wydane na maj­teczki?

Pokrę­ciła głową i uśmiech­nęła się sze­roko, uka­zu­jąc białe, lśniące zęby.

- Nie, głup­ta­sku, tamte zostały wydane, a te się zna­la­zły, zna­czy, nie mogą wró­cić, jak się je wyda. Ja je po pro­stu odna­la­złam i po mie­siącu wró­ciły do mnie. Że też ty nie poj­mu­jesz takich oczy­wi­stych oczy­wi­sto­ści?

I to wła­śnie nazywa się nagi­na­nie cza­so­prze­strzeni. Myślę, że nie­wielu ludzi ma taką umie­jęt­ność jak Dżesi. Wtedy nie chciało mi się wię­cej tłu­ma­czyć zawi­ło­ści zwią­za­nych z kwe­stią zagu­bie­nia i odna­le­zie­nia pie­nię­dzy, bo Dżesi i tak wie­działa lepiej. Poza tym wów­czas byłem w niej sza­leń­czo zako­chany, więc wiele spraw wola­łem zosta­wić swo­jemu bie­gowi. Ale dziś, gdy już ponad rok nie jeste­śmy razem, posta­no­wi­łem nie mieć dla niej lito­ści i zmie­szać ją z bło­tem, jak przyj­dzie. O ile w ogóle przyj­dzie. No ale chyba powinna, bo to w końcu ona nale­gała na spo­tka­nie, na które ja wcale nie mia­łem wiel­kiej ochoty.

Spoj­rza­łem na zega­rek. Trzy­dzie­ści pięć minut spóź­nie­nia. Chyba za dużo we mnie cier­pli­wo­ści. Koniec tego robie­nia w konia. Ani minuty dłu­żej...

Wsta­łem od sto­lika i już chcia­łem iść ku wyj­ściu, gdy naraz ją dostrze­głem. Szła przez salę, a wła­ści­wie pły­nęła, dosko­nale zda­jąc sobie sprawę, jakie wra­że­nie robi na sie­dzą­cych przy sto­likach face­tach. Ubrana w bor­dowe leg­ginsy i białe sni­kersy, zało­żyła do tego biały tiszert z czar­nym wize­run­kiem niedź­wiadka panda, a na wierz­chu miała różową kurtkę dżin­sową. Swoją drogą wie­dzie­li­ście kie­dyś różowy dżins? Ja widzia­łem po raz pierw­szy. Dłu­gie blond włosy spięła w koń­ski ogon i wysu­nęła go przez tylny otwór bia­łej bejs­bo­lówki. Na mój widok uśmiech­nęła się pro­mien­nie, co spra­wiło, że miny kilku face­tów przy sto­liku obok natych­miast zrze­dły, po czym goście prze­nie­śli zacie­ka­wione spoj­rze­nia na mnie. A tu roz­cza­ro­wa­nie.

Zamiast gościa w lnia­nym gar­ni­tu­rze z klu­czy­kami do porszaka w dłoni zoba­czyli zwy­kłego faceta ważą­cego jakieś osiem dych i wzro­stu nie­zbyt wyśru­bo­wa­nego, bo moje sto sie­dem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów wyklu­cza mnie z kate­go­rii osób wyso­kich. Do tego jesz­cze zwy­czajne ubra­nie, czyli dżinsy, koszulka z napi­sem "Nirvana" i zamszowe buty do kostki. Jed­nym sło­wem zwy­klak, któ­remu nie wie­dzieć czemu tra­fiła się księż­niczka. Na swoje nie­szczę­ście nie wie­dzieli, że przytra­fiła się, ale kilka lat temu, a życie z nią to było jedno wiel­kie pasmo kło­po­tów. Temu gościowi z łysą głową, wielką brodą i tatu­ażami na nabi­tych bicep­sach, co sie­dział dwa sto­liki dalej i krę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem, z przy­jem­no­ścią oddał­bym rok z naszego wspól­nego życia. Jestem prze­ko­nany, że spie­przałby z krzy­kiem, rwąc włosy z głowy, o, prze­pra­szam, z brody i skąd tam by jesz­cze chciał, byleby być jak naj­da­lej od niej. Ja co prawda nie ucie­kłem, bo nasze roz­sta­nie prze­bie­gło zupeł­nie ina­czej i można by nawet powie­dzieć, że było jak cha­rak­te­ry­styczne dla Dże­siki nagi­na­nie cza­so­prze­strzeni.

- O, Misiaczku, widzę, że już wsta­łeś, żeby mi coś zamó­wić. Kochany jesteś! - Uca­ło­wała mnie w oba policzki i usia­dła przy sto­liku. - Ja popro­szę wodę nie­ga­zo­waną z dwoma pla­ster­kami cytryny i dwiema kro­pel­kami taba­sco.

- Taba­sco do wody? - zdzi­wi­łem się.

- No tak, Miśku, taba­sco i cytryna bar­dzo dobrze robią na pracę jelit. To świetne połą­cze­nie na rano jako pierw­szy posi­łek.

- Nie jadłaś śnia­da­nia?

- W biegu prze­gry­złam kromkę suchego chleba. No wiesz, tak się spie­szy­łam do cie­bie.

Posze­dłem do bufetu, popro­si­łem o wodę z taba­sco, ale nie zro­biło to naj­mniej­szego wra­że­nia na szczu­płym bar­ma­nie. Może dla­tego, że do wody zaży­czy­łem sobie jesz­cze piwo kra­ftowe o smaku cytry­no­wym prze­ła­ma­nym imbi­rem. Też lubię sma­kowe eks­pe­ry­menty.

Kiedy wró­ci­łem do sto­lika, Dżesi obrzu­ciła mnie uważ­nym spoj­rze­niem.

- Wyglą­dasz, jak­byś się nie wyspał - stwier­dziła, robiąc przy tym smutną minę.

- Mon­to­wa­łem pro­gram do pią­tej rano.

- Ano tak - stwier­dziła, kiwa­jąc głową.

To aku­rat rozu­miała świet­nie. Oboje robimy w show-biz­ne­sie. Dże­sika jest modelką, pra­cuje na wybie­gach i wystę­puje w rekla­mach, a ja jestem repor­te­rem, który od czasu do czasu robi fuchy rekla­mowe. To wła­śnie na pla­nie dur­nej reklamy, któ­rej byłem pro­du­cen­tem, pozna­łem Dżesi. Ona grała lekarkę pole­ca­jącą pastę do zębów.

Pasta do zębów Zembi­xwhite wybieli twoje zęby, które staną się śnież­no­białe jak ark­tyczny śnieg już po mie­siącu regu­lar­nego uży­wa­nia. Użyj pasty Zembi­xwhite, a twój uśmiech będzie olśnie­wa­jący. Jestem sto­ma­to­lo­giem i wiem, co mówię, bo sama uży­wam pasty Zembi­xwhite codzien­nie, mówiła w rekla­mie, a potem szcze­rzyła swoje olśnie­wa­jąco białe zęby. Na mnie ten uśmiech zro­bił wtedy pio­ru­nu­jące wra­że­nie. A jej spodo­bały się moje bystre nie­bie­skie oczy, tak przy­naj­mniej powie­działa mi jakiś czas potem, gdy nasza zna­jo­mość prze­szła już z fazy prze­lot­nych, ukrad­ko­wych spoj­rzeń do etapu czer­pa­nia rado­ści z patrze­nia długo, mocno i cał­kiem bez­wstyd­nie.

Dżesi upiła łyk wody, obli­zała nie­uma­lo­wane wargi, znak, że nie trak­to­wała naszego spo­tka­nia jak randki czy wstępu do biz­nesu, bo w takich wypad­kach zawsze robiła się na bóstwo. Ale bez tych wszyst­kich efek­tów dodat­ko­wych i tak wyglą­dała olśnie­wa­jąco.

- To, żeby zacząć od początku, sprawa wygląda tak - weszła w temat po swo­jemu, bez nie­po­trzeb­nych wyja­śnień. - Mam zro­bić pro­gram histo­ryczny, w któ­rym będę sten­da­pe­ro­wać i opo­wia­dać jakieś pier­doły o miej­scach, w któ­rych dzieją się cuda.

- O, to faj­nie. I co dalej? - zapy­ta­łem, uśmie­cha­jąc się lekko.

Już wie­dzia­łem, w czym rzecz. Od razu to wyczu­łem. Ma robić pro­gram dla jakiejś komer­cyj­nej sta­cji, gdzie będzie grała, tak jak w tej rekla­mie pasty do zębów, fachowca, tym razem od cudów. Jedno było pewne, jest tak dobra, że zagra prze­ko­nu­jąco, tak jakby miała dok­to­rat z magii i okul­ty­zmu. Ale żeby powie­dzieć coś mądrego, potrze­buje...

- No i wiesz, Miśku, potrze­buję cie­bie do napi­sa­nia tych wszyst­kich tek­stów, no i jesz­cze Wasyla na kame­rze i Kamy do doku­men­ta­cji. Sło­wem, potrze­buję naj­lep­szej ekipy, a wy jeste­ście naj­lepsi, co nie, Miśku? A, dla ekipy jest sto pięć­dzie­siąt tysi do podziału, jak tam chce­cie, to się dział­kuj­cie sami, ja nie mam do tego głowy. Robota na tydzień gdzieś na Ślą­sku, ale nie wiem gdzie. Koszt hoteli i jedze­nia pokrywa pro­du­cent. I co myślisz, Miśku, hę?

No i co mia­łem powie­dzieć? Z tego wszyst­kiego zapo­mnia­łem zmie­szać ją z bło­tem za spóź­nie­nie. Za sto tysięcy wła­ści­wie można pocze­kać kilka minut. Cie­kawe tylko, co na to powie Kama. Ona mogła mieć na ten temat odmienne zda­nie. Być może trzeba ją będzie prze­ko­nać jaki­miś dodat­ko­wymi argu­men­tami.

- I wiesz, Miśku, tak sobie pomy­śla­łam jesz­cze, że gdyby twoja Kama się nie chciała zgo­dzić, to powiedz jej, że w tym fil­mie może wystą­pić jako moja, no wiesz, taka repor­terka. Ona pyta o coś, a ja, wiesz, wyja­śniam jej te wszyst­kie zagadki i dupe­rele. Chyba się zna na takiej robo­cie?

Zna się, oczy­wi­ście, ale mia­łem wąt­pli­wo­ści, czy na to pój­dzie. Ja na jej miej­scu bym się mocno zasta­no­wił.

Męcinka, Dolnośląskie, Godzina 13.40

Star­szy aspi­rant Kamil Dobosz z poste­runku gmin­nego w Męcince strasz­li­wie się nudził. Nie miał kom­plet­nie nic do roboty. Wszyst­kie sprawy pro­wa­dzone przez jego poste­ru­nek były w toku i zaj­mo­wali się nimi jego ludzie. Mógł co prawda zawo­łać pod­wład­nego albo pod­władną, żeby zre­fe­ro­wali mu stan pro­wa­dzo­nych przez nich docho­dzeń, ale czy to miało sens? Ci, co byli pod ręką, to mło­dzi, któ­rzy nic jesz­cze samo­dziel­nie nie zro­bili i nada­wali się tylko do służby patro­lo­wej. Bar­dziej doświad­czo­nych było tylko dwoje. Młod­szy aspi­rant Arek Kurzawa zaj­mo­wał się kra­dzieżą samo­chodu i nie było go na miej­scu, a sier­żant Zośka Kalicka spraw­dzała wła­śnie w tere­nie kwe­stię kra­dzieży okien z jakiejś pry­wat­nej budowy domu jed­no­ro­dzin­nego. Nic nad­zwy­czaj­nego. Wła­ści­ciel nie zabez­pie­czył odpo­wied­nio terenu i pod­pie­przyli mu osa­dzone dopiero co okna. Dla zło­dziei pro­sta sprawa, bo były świeżo wsta­wione na kli­nach i zako­twione. Ale pra­cow­nicy nie dokoń­czyli roboty i nie zabez­pie­czyli ich pianką mon­ta­żową. Nic dziw­nego, że zna­jący się na robo­cie zło­dzieje przy­je­chali w nocy i wymon­to­wali wszystko, czyli w sumie sie­dem sztuk, wraz z oknem i drzwiami tara­so­wymi.

Gdy Dobosz ode­brał rano zgło­sze­nie o kra­dzieży, posta­no­wił, że da tę robotę Kalic­kiej. Dziew­czyna miała dopiero dwa­dzie­ścia pięć lat, sto­pień sier­żanta i żad­nego samo­dziel­nego śledz­twa na kon­cie. To wyda­wało się banal­nie pro­ste. Trzeba było prze­słu­chać wła­ści­ciela, pra­cow­ni­ków firmy insta­lu­ją­cej okna i jesz­cze sąsia­dów. Jeśli wszystko pój­dzie tak, jak się Dobo­szowi wyda­wało, a dziew­czyna niczego nie spie­przy, to może mieć pierw­szy suk­ces śled­czy.

- Sprawdź dokład­nie tych insta­la­to­rów - powie­dział do Zośki, gdy ta jesz­cze nie ochło­nęła po tym, jak wydał jej pole­ce­nie.

Nie przy­pusz­czała, że Dobosz aż tak bar­dzo jej ufa, żeby dawać jej taką sprawę. Dla­tego teraz była tro­chę dumna z tego zaufa­nia, ale z dru­giej strony zanie­po­ko­jona. Bo jeśli sobie nie pora­dzi, to co?

- W jakim sen­sie? - zapy­tała nie­śmiało, choć wcale nie była nie­śmiała czy bojaź­liwa.

Wręcz prze­ciw­nie, wszy­scy mówili o niej, że jest prze­bo­jowa i docie­kliwa, a do tego jesz­cze, że wle­zie w każdy kąt. Cze­kała więc na swoją pierw­szą szansę, a gdy ją dostała, nie mogła w to uwie­rzyć.

- W takim, że na moje oko - zaczął tłu­ma­czyć Dobosz - goście wyjęli kotwy i zapa­ko­wali towar, który był nie­od­po­wied­nio zabez­pie­czony. Gdyby psik­nęli w dziury pianką mon­ta­żową, to by ta napęcz­niała i byłoby trud­niej. A tak przy­szli jak po swoje. To zna­czy, że okna rąb­nęli ci, co je zakła­dali, albo ich kum­ple. Daleko nie musisz szu­kać.

- Niech pan powie, to jak wszystko jasne, czemu pan sam nie weź­mie tego...

Mach­nął ręką, po czym uśmiech­nął się krzywo, uno­sząc tylko jeden kącik ust.

- Nie chce mi się, cho­lera. Tak mi się nic nie chce, że aż mi się chce rzy­gać.

- Rozu­miem - powie­działa Zośka, choć tak naprawdę nie rozu­miała niczego.

Facet spra­wiał wra­że­nie zgorzk­nia­łego i prze­pra­co­wa­nego, choć w wypadku ich poste­runku nawet przy naj­więk­szej dozie zaan­ga­żo­wa­nia prze­pra­co­wa­nie nikomu tu nie gro­ziło. Tym bar­dziej że Dobosz nie nale­żał do ludzi zbyt wyma­ga­ją­cych i nie zarzu­cał swo­ich pod­wład­nych nie­po­trzebną robotą. Lubił, jak wszystko było przy­pil­no­wane, i nic wię­cej. Więc cała ósemka jego funk­cjo­na­riu­szy sta­rała się robić wszystko sta­ran­nie, żeby nie było się do czego przy­cze­pić, nawet gdyby szef szu­kał dziury w całym.

Gdy sier­żant usły­szała o tym rzy­ga­niu, pomy­ślała, że to chyba jakieś domowe sprawy, ale nie była na tyle z Dobo­szem bli­sko, żeby o to zapy­tać.

- Weź no jesz­cze że tę młodą w obroty, niech wszystko pospraw­dza, jak ona się nazywa, bo zapo­mnia­łem?

- Wasi­lew­ska.

- Ano wła­śnie, jak ta rewo­lu­cjo­nistka, Wanda Wasi­lew­ska - przy­po­mniał sobie postać, o któ­rej czy­tał w książ­kach histo­rycz­nych.

Dobosz lubił histo­rię i gdy tylko mógł, się­gał do ksią­żek mówią­cych o daw­nych cza­sach, szcze­gól­nie o dru­giej woj­nie świa­to­wej.

- Ona nie jest Wanda - popra­wiła go Kalicka. - Ma na imię Gabry­sia, czyli że mówimy na nią Gabi.

- No ja wiem, że nie Wanda. Wanda to komu­nistka ze Związku Patrio­tów Pol­skich, który powstał w... - Dobosz prze­rwał, popa­trzył na dziew­czynę i wtedy pomy­ślał, że musiałby dać cały wykład.

Prze­cież ona nie ma poję­cia o Wasi­lew­skiej, o Ber­lingu, o Sta­li­nie, czyli tych wszyst­kich, któ­rzy spo­wo­do­wali, że ich rodziny musiały opu­ścić dawne Kresy i tra­fiły tu, na Zie­mie Odzy­skane.

- To weź tę Gabi i jedź­cie na miej­sce. Masz tu adres i numer tele­fonu do wła­ści­ciela.

Kalicka wzięła od niego kartkę, spoj­rzała na nią i wło­żyła do kie­szeni let­niej bluzy mun­du­ro­wej.

- Dzię­kuję, sze­fie.

- Rób dobrze swoją robotę i to będzie dla mnie naj­lep­sze podzię­ko­wa­nie.

- Nie­mniej dzię­kuję za szansę. Aha, i jesz­cze jedno... - Wzięła bejs­bo­lówkę z wie­szaka i zało­żyła ją. - Ja wiem, kto to była Wanda Wasi­lew­ska. Mój pra­dzia­dek wal­czył pod Lenino.

Wyszła z pokoju, zosta­wia­jąc go samego.

Star­szy aspi­rant przez chwilę spo­glą­dał w na wpół otwarte drzwi, tam, gdzie znik­nęła uśmiech­nięta pod­władna. No to zna­czy, że dziew­czyna nie jest jak więk­szość tych mło­dych, myślą­cych tylko o nowych grach kom­pu­te­ro­wych i sie­dzą­cych w tele­fo­nach. Wła­ści­wie to ni­gdy nawet nie widział jej zaję­tej smart­fo­nem. To zna­czy, że miał rację, myśląc, że będą z niej ludzie.

Wstał zza biurka, zamknął drzwi do swo­jego pokoju, żeby nikt z mło­dzia­ków nie zawra­cał mu głowy. Włą­czył stare radio, pamię­ta­jące jesz­cze czasy, gdy na poste­runku pra­co­wali mili­cjanci. Ama­tor-Ste­reo pra­co­wał tak, jakby nie zauwa­żył upły­wa­ją­cych dekad. Może dla­tego, że nikt nie krę­cił poten­cjo­me­trem i nie przy­ci­skał kla­wi­szy. Radio usta­wione było na Jedynkę i nie można go było prze­sta­wić na nic innego, bo pasek poten­cjo­me­tru zerwał się tak dawno temu, że nikt już nie pamię­tał, kiedy to było. Z gło­śnika popły­nęła pio­senka Zbi­gniewa Wodec­kiego o Bachu i kocie, co ska­cze z dachu, więc przy muzyce mógł oddać się swo­jemu ulu­bio­nemu lekar­stwu na nudę. Odpa­lił kom­pu­ter i zna­lazł ikonę pasjansa. Lubił sobie poukła­dać, bo była to gra nie­wy­ma­ga­jąca myśle­nia, a przy tym dawała cza­sem odpo­wie­dzi na różne istotne pyta­nia. Dla­tego, gdy zaczy­nał sta­wiać pasjansa, zada­wał w myślach pyta­nie. Naj­czę­ściej doty­czące jego kariery zawo­do­wej.

Dobosz był mło­dym poli­cjan­tem, w wieku dopiero trzy­dzie­stu sze­ściu lat. Miał już wła­sny poste­ru­nek, czyli mógł uwa­żać, że jest cenio­nym funk­cjo­na­riu­szem. Ale skoro był dobry, to miał nadzieję, że po tym dwu­let­nim poby­cie w gmi­nie Męcinka w końcu dokądś go prze­niosą. Może do Zło­to­ryi, a może do samej Legnicy? Dla­tego dziś posta­wił na począ­tek nie­śmiałe pyta­nie, czy może się spo­dzie­wać prze­nie­sie­nia. Pierw­szy pasjans dał odpo­wiedź twier­dzącą. Więc Dobosz musiał wybrać miej­sce. Zapy­tał o Zło­to­ryję i odpo­wiedź oka­zała się nega­tywna.

No tak, Zło­to­ryja odpada, bo tam komen­dan­tem jest ten Bor­kow­ski, który za nim nie prze­pada. Czy chciałby słu­żyć pod takim ćwo­kiem jak on? Nie, na pewno nie. To czło­wiek nie­da­jący pod­wład­nym roz­wi­nąć skrzy­deł. Naj­le­piej by było tra­fić do Legnicy, do kry­mi­nal­nych. Tak, to by było odpo­wied­nie miej­sce dla czło­wieka z ambi­cjami. Ale żeby się tam zna­leźć, musiałby mieć jakiś suk­ces na kon­cie. A jak dotąd to te suk­cesy jego poste­runku były dość marne. Udało im się zła­pać kilku zło­dziei, jed­nego gościa, co po pijaku zabił kobietę na pasach, i do tego kilku gów­nia­rzy przy­wo­żą­cych z Czech krysz­tałki metamfy. I to było wszystko, jeśli cho­dzi o osią­gnię­cia śled­cze. Teraz jesz­cze do bilansu doj­dzie pew­nie zła­pany zło­dziej samo­cho­dów Kurzawy i szajka od okien. Jeśli Kalicka sobie pora­dzi. Dziew­czyna jest dość bystra, i dla­tego powie­rzył jej tę sprawę. Ist­niała duża szansa, że Zośka niczego nie zawali, a skoro jest taka skru­pu­latna, powinna dopil­no­wać każ­dego szcze­gółu. Jak niczego nie spie­przy, to zło­dzieje okien powinni być pod klu­czem jutro, no, może poju­trze. Ale to wszystko mało, żeby zwró­cić na sie­bie uwagę kogoś z góry. Gdyby tak udało mu się roz­wią­zać zagadkę jakiejś zuchwa­łej kra­dzieży...

Ale kto tu mógłby coś ukraść w oko­licy? Jak tu nikt nie ma nic war­to­ścio­wego. Cho­ciaż mecha­nik samo­cho­dowy Regul­ski mógł mieć odło­żone tro­chę gotówki, któ­rej nie trzy­mał w banku, tylko gdzieś w sza­fie z bie­li­zną. Wia­domo prze­cież nie od dziś, że mecha­nicy ope­rują gotówką i nie wysta­wiają fak­tur, jeśli klient tego sobie nie życzy. A prze­cież ci wszy­scy, któ­rzy napra­wiają u niego auta, to nie biz­nes­meni, tylko pra­cu­jący w jakichś fir­mach robole. Dla­tego fak­tur nie potrze­bują, a on nie wysta­wia. Stąd pro­sty wnio­sek, że lewe pie­nią­dze musi mieć w domu. Jakby go tak okra­dziono, powiedzmy, z bańki, a oni by te pie­nią­dze odzy­skali, to by był piękny suk­ces. Tylko jakby Regul­skiemu ukra­dziono lewy milion, to prze­cież nawet by tego nie zgło­sił, bo by się bał urzędu skar­bo­wego. I jak tu żyć w takim świe­cie, gdzie nawet poważna kra­dzież nie może się wyda­rzyć, bo okra­dziony się nie przy­zna, że go obro­biono?

A gdyby tak coś poważ­niej­szego się tu zda­rzyło, gdyby jakiś napad z bro­nią w ręku na sklep... Tylko który? Naj­lep­szy byłby Dino, bo tam zawsze dużo ludzi, czyli świad­ków, któ­rzy mogliby potem ziden­ty­fi­ko­wać napast­ni­ków, nie bra­ko­wa­łoby. Choć to byłoby trudne, bo napa­da­jący na Dino w biały dzień na pewno mie­liby na gło­wach komi­niarki. Tylko czy ban­dzio­rom opła­ca­łoby się robić napad na spo­żyw­czak? Może lepiej byłoby roz­wa­lić ładun­kiem wybu­cho­wym ban­ko­mat? Tak, to jest coś, co byłoby ide­al­nym roz­wią­za­niem. Nie­wielka, senna miej­sco­wość i nagle w nocy sły­chać wybuch. Ludzie budzą się, ale nie wie­dzą, co się dzieje. A on, szef poste­runku, już wie, bo dawno wyty­po­wał miej­sce, które jest nara­żone na ban­dycką akcję. Wsiada do radio­wozu, prze­zor­nie zapar­ko­wa­nego pod domem, żeby zawsze w razie potrzeby był pod ręką, i pędzi na sygnale do ban­ko­matu. Jest tam w ciągu dwóch minut. Swoją drogą trzeba by spraw­dzić, ile czasu zaj­muje w nocy dotar­cie pod ban­ko­mat. Przy­jeż­dża tam aku­rat w chwili, kiedy ban­dyci z ban­ko­matem wrzu­co­nym na pakę odjeż­dżają dostaw­czym Volks­wa­ge­nem. On zajeż­dża im drogę, wyciąga z kabury spluwę i wali raz za razem w opony. Volks­wa­gen staje. Czte­rej ban­dyci wycho­dzą z auta i kładą się na ziemi.

Po takim suk­ce­sie Legnica gwa­ran­to­wana...

Cho­lera, pasjans nie wyszedł. Czyli nie Zło­to­ryja, nie Legnica, to co w takim razie? Wał­brzych czy Jele­nia Góra?

Star­szy aspi­rant klik­nął w nowe roz­da­nie, bo chciał jak naj­szyb­ciej dowie­dzieć się, co go czeka. Ale nie dowie­dział się. Jakiś natręt zapu­kał do drzwi.

- Żeby cię cho­lera wzięła! - mruk­nął pod nosem.

Ale jako pro­fe­sjo­na­li­sta wie­dział, że nie może oka­zy­wać emo­cji pod­wład­nym. Zwłasz­cza takim mło­dym, bez peta na pago­nie.

- Wejść! - zawo­łał, popra­wia­jąc się na krze­śle.

Drzwi otwo­rzyły się i w progu sta­nęła drob­niutka i kru­cha jak figurka z por­ce­lany blon­dynka o wiel­kich nie­bie­skich oczach, przy­sło­nię­tych oku­la­rami. Poste­run­kowa Gabriela Wasi­lew­ska zasa­lu­to­wała regu­la­mi­nowo i już zbie­rała się, żeby zamel­do­wać się jak na placu ape­lo­wym, ale on nie był służ­bi­stą i w nosie miał te wszyst­kie for­mal­no­ści. To nie plac ape­lowy, ale samo życie, mówił pod­wład­nym. Starsi to dosko­nale wie­dzieli, a mło­dzi musieli się dopiero nauczyć. Poste­run­kowa była wła­śnie na eta­pie nauki.

- Mów, co tam masz do powie­dze­nia.

- Mel­duję, że dzwo­nią stra­żacy z Sie­chowa.

- A co tam u nich sły­chać, pali się czy jak?

Dziew­czyna pokrę­ciła głową.

- No wła­śnie, że nie, zna­czy nic się nie pali. Ten, co dzwo­nił, mówi, że...

- No co tam? - Dobosz pona­glił ją ze znie­cier­pli­wie­niem.

Poczuł mro­wie­nie na karku. Czyżby coś się wyda­rzyło?

- Mówi, że mają trupa.

- Co?

- No trup. Jest tam nie­ży­jący ktoś i wcale nie z wypadku samo­cho­do­wego. Ten stra­żak Pio­trow­ski mówi, że to jest ktoś, kto został zarą­bany sie­kierą.

Dobosz spoj­rzał na poli­cjantkę, a potem skie­ro­wał wzrok na sufit ozdo­biony sta­rymi, pożół­kłymi zacie­kami.

Bogu niech będą dzięki, chciał powie­dzieć, ale nie wypa­dało przy dziew­czy­nie oka­zać rado­ści czy eks­cy­ta­cji. Poczuł, że co naj­mniej Wał­brzych zbliża się wiel­kimi kro­kami.

Teraz trzeba to wszystko umie­jęt­nie roze­grać.

Warszawa, Godzina 15.30

- Wyklu­czone - powie­działa Kama sta­now­czo.

- Pocze­kaj, pocze­kaj, spójrz na to racjo­nal­nie, bez ner­wów, bez jakich­kol­wiek emo­cji.

- Wła­śnie w taki spo­sób spoj­rza­łam i dla­tego mówię: wyklu­czone.

Usia­dłem na pod­ło­dze w przed­po­koju i zaczą­łem zdej­mo­wać buty.

Kie­dyś stał tu spe­cjalny tabo­ret, przed­wo­jenny, kupiony na pchlim targu. Dosko­nale nada­wał się, by usiąść na nim pod­czas zakła­da­nia i zdej­mo­wa­nia obu­wia. Ale znik­nął. Naj­praw­do­po­dob­niej Dżesi go wyrzu­ciła, bo jakoś ni­gdy nie darzyła go sym­pa­tią. Twier­dziła, że jest brzydki, cuch­nący sta­rzy­zną i do tego jesz­cze skrzypi, gdy się na niego siada. No a jaki miał być przed­wo­jenny sta­roć? Miał pach­nieć skle­pową nowo­ścią, jak fotel z Mebli Bodzio?

Teraz, gdy wresz­cie wró­ci­łem do swo­jego miesz­ka­nia, mogłem go spo­koj­nie wpi­sać na listę strat, które trzeba było odro­bić. Zle­ce­nie Dżesi mogło w tym pomóc. Ale czy aby nie zaśle­piła mnie mamona? Te pie­nią­dze wyda­wały się łatwe do wzię­cia, w zasa­dzie pod­nie­sie­nia wprost z ulicy, że chyba mnie zaćmiło. Powi­nie­nem był być bar­dziej aser­tywny i od razu odmó­wić. Ale nie, jak ćma zwa­biona bla­skiem świecy pole­cia­łem przed sie­bie, nie myśląc o innych. Dokład­niej: w ogóle nie zasta­na­wia­jąc się, co może poczuć naj­bliż­sza mi osoba, czyli Kamila.

Wszystko wska­zuje na to, że kom­plet­nie zabra­kło mi w tej sytu­acji empa­tii. I ja się uwa­żam za czło­wieka wraż­li­wego?!

- Nie mam zamiaru spę­dzać z nią ani chwili. Pamię­tasz, jak w zeszłym roku wyglą­dała nasza robota z Zębi w roli głów­nej?

- W zeszłym roku? - zada­łem pyta­nie godne kom­plet­nego ćwoka.

To był wybieg odsu­wa­jący moją odpo­wiedź w cza­sie. Dla­tego, że nie­stety pamię­ta­łem wszystko.

Nie­mal dwa­na­ście mie­sięcy temu Dże­sika, a wła­ści­wie jej obecny facet, zatrud­nili nas, czyli Kamę, Wasyla i mnie, do pro­duk­cji reklamy wody mine­ral­nej. Klip wyszedł bar­dzo inte­re­su­jąco i nawet został zauwa­żony przez kry­ty­ków jako jedna z lep­szych reklam tele­wi­zyj­nych ubie­głego roku. Ale żaden z nich, tych oce­nia­ją­cych, nie wie­dział, ile ner­wów kosz­to­wała nas ta pro­duk­cja. Nie dość, że Dże­sika była nie­zno­śna, to w tym samym cza­sie, rów­no­le­gle do naszej pracy fil­mo­wej, odkry­li­śmy zwłoki mło­dej dziew­czyny i wyja­śni­li­śmy zagadkę zni­ka­ją­cych star­szych pań, prze­by­wa­ją­cych na waka­cjach w Ustro­niu Ślą­skim. Nor­mal­nie waka­cje z dresz­czy­kiem w raj­skim zakątku, zafun­do­wane nam przez moją byłą dziew­czynę1.

- No, pamię­tam, nie było tak źle. Nie prze­sa­dzaj. A jaki repor­taż z tego ukrę­ci­li­śmy - pró­bo­wa­łem pomniej­szyć skalę porażki, czyli mojej bar­dzo głu­piej pro­po­zy­cji pracy dla Dże­siki.

Poza wszyst­kim nie wzią­łem pod uwagę jesz­cze jed­nej oko­licz­no­ści: Kama nie bar­dzo prze­pada za Dże­siką. Zresztą to ona wymy­śliła prze­zwi­sko "Zębi". Twier­dziła, że nie ma nic wspól­nego z zom­bie, a koja­rzyć się powinno jedy­nie z zębami i pastą Zembi­xwhite, no ale wie­dzia­łem swoje...

Od początku nie było mię­dzy nimi che­mii. Zresztą Zębi, prze­pra­szam, Dżesi, też nie prze­pa­dała za Kamą, która była moją riser­czerką i asy­stentką pod­czas reali­za­cji tam­tego spotu. Do pierw­szego spię­cia doszło na pla­nie, kiedy Kama kazała Dżesi zapiąć lekar­ski far­tuch pod samą szyję.

- Prze­cież muszę poka­zać tro­chę moich atu­tów - stwier­dziła Dżesi, wodząc pal­cami po obna­żo­nym dekol­cie. - Nie mogę być ubrana jak zakon­nica, hę!

- Atuty będziesz poka­zy­wać, jak cię wynajmą do reklamy wibra­to­rów. To jest reklama pasty do zębów, któ­rej nie używa się do sma­ro­wa­nia cyc­ków - rzu­ciła Kama ostro i ta jedna kwe­stia wyko­pała rów, któ­rego nie udało mi się póź­niej zasy­pać.

Nie mogłem zro­zu­mieć tej wza­jem­nej nie­chęci i przez cały czas trwa­nia naszego związku z Dżesi pró­bo­wa­łem bez­sku­tecz­nie pogo­dzić ogień z wodą. Wza­jemny sto­su­nek obu dziew­czyn prze­stał mieć zna­cze­nie, kiedy roz­sta­łem się z Dże­siką. A wła­ści­wie to ona roz­stała się ze mną.

- Ja już to prze­my­śla­łam, Miśku - powie­działa do mnie wtedy. - Myślę sobie, że będzie naj­le­piej, jak­byś się spa­ko­wał i wypro­wa­dził. No wiesz, na począ­tek może tak na mie­siąc. No i wtedy zoba­czymy, jak to wyj­dzie. Bo wiesz, roz­sta­nia są naj­lep­szą próbą uczuć.

- Zaraz, jak to: wypro­wa­dził?

- No a kto inny miałby się wypro­wa­dzać? Prze­cież widzisz, ile ja mam rze­czy. To są całe trzy szafy. Czy ty myślisz, że ja to zmiesz­czę do dwóch wali­zek? Poza tym nie mam wali­zek. Musia­ła­bym je od cie­bie poży­czyć. No a twoje rze­czy to w końcu tylko kilka pó­łek.

To było nagi­na­nie cza­so­prze­strzeni na naj­wyż­szym, powie­dzieć by można: na noblow­skim pozio­mie. Miesz­ka­nie nale­żało do mnie, spła­ca­łem za nie kre­dyt, a ona kazała mi się z niego wypro­wa­dzić, argu­men­tu­jąc, że prze­cież też pła­ciła. Prawda, dorzu­cała się od czasu do czasu do wspól­nego budżetu i zda­rzało się nawet, że pła­ciła za czynsz lub prąd, ale robiła to spo­ra­dycz­nie, w chwi­lach, gdy moje konto świe­ciło pust­kami, naj­czę­ściej po wspól­nych waka­cjach czy jakichś nie­pla­no­wa­nych wyjaz­dach, kiedy sza­sta­li­śmy moimi pie­niędzmi. I Dżesi to jej dokła­da­nie się do wspól­nego życia uznała za tak poważny wkład, że ona może rościć sobie prawo do pozo­sta­nia w moim miesz­ka­niu!

Nie jestem czło­wie­kiem kon­flik­to­wym i zasad­ni­czo ustę­puję pod napo­rem racjo­nal­nych argu­men­tów. Tym razem argu­men­ta­cja była cał­ko­wi­cie irra­cjo­nalna, ale nie chcia­łem wcho­dzić w jakiś kon­flikt. Spa­ko­wa­łem swoje naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy i posta­no­wi­łem wynieść się na dwa mie­siące do mojej przy­szy­wa­nej babci, babci Matyldy. Ta na szczę­ście przy­jęła mnie bez żad­nych warun­ków i obiek­cji. Skoro było trzeba, pomo­gła mi, i tyle. A Dże­sika... No cóż, nie uwie­rzy­cie, ale jej dwa mie­siące prze­dłu­żyły się do ponad roku. Na szczę­ście dla mnie poznała pew­nego gościa i w końcu się do niego wypro­wa­dziła, a ja odzy­ska­łem miesz­ka­nie na Woli, koło sta­rego i odno­wio­nego dworca War­szawa Główna.

Przez ostat­nich kilka mie­sięcy miesz­ka­łem u Kamy w jej kawa­lerce, więc gdy opróż­niło się moje trzy­po­ko­jowe miesz­ka­nie, oboje ode­tchnę­li­śmy z ulgą. Mogli­śmy prze­nieść się do mnie.

A, wła­śnie, tego wam jesz­cze nie powie­dzia­łem. Od jakie­goś czasu jeste­śmy z Kamą parą, po kilku tygo­dniach "cho­dze­nia" Kama zapro­po­no­wała mi, żebym się prze­niósł do niej. Sko­rzy­sta­łem oczy­wi­ście, bo niby dla­czego nie. Chcie­li­śmy spę­dzać ze sobą jak naj­wię­cej czasu, a ten pry­watny był na wagę złota, bo oboje pochło­nięci jeste­śmy robotą dla tele­wi­zji. Pra­cu­jemy razem na Wiert­ni­czej. Kama jest współ­au­torką moich repor­taży śled­czych, a oprócz tego robimy też rekla­mowe fuchy dla zewnętrz­nej firmy. W ten oto spo­sób pozo­staję w związku z kobietą, z którą spę­dzam dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę, i muszę przy­znać, że jestem z tego powodu bar­dzo zado­wo­lony. To pozy­tywna odmiana po związku z tok­syczną Dżesi, z którą widy­wa­łem się bar­dzo rzadko. W sumie, gdy­by­śmy widy­wali się czę­ściej, nasz zwią­zek szyb­ciej by się zakoń­czył. Albo też zatru­łaby mnie osta­tecz­nie i teraz był­bym jak zom­bie nie­wol­nik, wyko­nu­jący wszyst­kie pole­ce­nia swo­jej pani?

Kama wyszła z kuchni ze ścierką w ręce.

Od kilku dni zaj­mo­wała się na cały etat przy­wra­ca­niem do porządku mojego, a wła­ści­wie już naszego miesz­ka­nia. Jej kawa­lerkę wynaj­mo­wa­li­śmy i dzięki temu mie­li­śmy pie­nią­dze na czynsz, i mogli­śmy z nich dokła­dać do rat kre­dytu, który mia­łem spła­cać przez jakieś sto osiem­dzie­siąt lat.

- Może i fajny repor­taż zro­bi­li­śmy, ale nagrody żad­nej nie dosta­li­śmy - stwier­dziła cierpko, jak­bym to ja przy­zna­wał tele­ka­mery dla naj­lep­szych pro­duk­cji.

- Był dobry, wiesz o tym tak samo jak ja.

Zdją­łem buty, pod­sze­dłem do niej i wziąw­szy ją w ramiona, poca­ło­wa­łem w usta. Ona mocno przy­warła do mnie, a potem odsu­nęła się i spoj­rzała mi w oczy. Pod tym rent­ge­now­skim spoj­rze­niem jej zie­lo­nych oczu zazwy­czaj sta­wa­łem się cał­ko­wi­cie bez­radny.

Cza­sami mie­wam wra­że­nie, że ona potrafi czy­tać w moich myślach.

- O co cho­dzi z tą robotą? - zapy­tała, wpa­tru­jąc się we mnie uważ­nie.

- Wiesz, no myślę, że sprawę trzeba potrak­to­wać pro­fe­sjo­nal­nie. To robota za kon­kretną kasę.

- Czyli że co?

- Możemy wejść do kuchni i napić się kawy? - zapy­ta­łem, widząc, że two­rzy się nie­wielka prze­strzeń dla racjo­nal­nej oceny doty­czą­cej pro­po­zy­cji Dże­siki.

- Do kuchni nie. - Kama pokrę­ciła głową. - Tam jest syf jak drut. Nie mogę dojść do ładu z tym bur­de­lem pozo­sta­wio­nym przez Zębi. Jeśli ta dziew­czyna ma w gło­wie taki baj­zel jak w szaf­kach, to kie­dyś się zabije o wła­sne sznu­ro­wa­dła.

Nie mia­łem zamiaru drą­żyć tematu.

Zna­łem Dżesi i jej lek­kie podej­ście do domo­wych porząd­ków aż za dobrze. Dla niej nie miało zna­cze­nia, czy szafka prze­zna­czona jest na tale­rze, szu­flada na sztućce, a półka na kubki. Wkła­dała wszystko tam, gdzie aku­rat było miej­sce. Nic więc dziw­nego, że mąkę można było zna­leźć wśród gan­ków, obok table­tek do zmy­warki i otwar­tego kar­to­nika z mle­kiem. Dwie stówy w lodówce to nie był odosob­niony przy­pa­dek.

- Dobra, napijmy się w salo­nie - stwier­dzi­łem, wska­zu­jąc na drzwi do naj­więk­szego pokoju, który do nie­dawna był sypial­nią Dże­siki.

Teraz zmie­nił swoje prze­zna­cze­nie i stał się miej­scem wspól­nym, w któ­rym na wygod­nej kana­pie mogli­śmy leżeć i oglą­dać filmy albo czy­tać książki. Mie­li­śmy jesz­cze sypial­nię z sze­ro­kim łóż­kiem i trzy­drzwiową szafą, bo wię­cej mebli się tam nie zmie­ściło, oraz pokój do pracy z wiel­kim biur­kiem z gru­bej płyty lami­no­wa­nej, spo­czy­wa­ją­cej na czte­rech kozłach. Pod bla­tem stały dwa kom­pu­tery, a na nim trzy moni­tory. Dwa były potrzebne do obsługi kom­pu­tera mon­ta­żo­wego, a trzeci został pod­łą­czony do dru­giego kom­pu­tera, słu­żą­cego do prze­cho­wy­wa­nia infor­ma­cji i pisa­nia tek­stów. Była tu jesz­cze kanapa, taki stary mebel, nie­zwy­kle przy­datny, gdyż mon­taż czę­sto zaj­mo­wał bar­dzo dużo czasu i koń­czył się nad ranem. Mogłem się tu prze­ki­mać w trak­cie ren­de­ro­wa­nia mate­riału i wstać, kiedy był gotowy do wypusz­cze­nia w świat.

Usia­dłem w fotelu przy okrą­głym sto­liku. Po chwili weszła Kama, trzy­ma­jąc w dło­niach dwa kubki z paru­jącą kawą. Mie­li­śmy dosko­nały eks­pres w spadku po Dżesi. Dostała go podobno jako część hono­ra­rium za występ w rekla­mie, w któ­rej piła kawę i robiła coś w rodzaju mla­śnię­cia, pod­kre­ślo­nego gło­śnym "mniam". Miała więc wypa­siony eks­pres, lecz nie robiła w nim kawy, bo nie potra­fiła go obsłu­gi­wać. Po jej wypro­wadzce, zapa­ko­wany w kar­ton i nie­użyty ani razu, został gdzieś upchany w miesz­ka­niu. Powie­działa, że mogę go sobie wziąć, bo Łuki ma znacz­nie lep­szy i prost­szy w obsłu­dze. No i dzięki temu od tej pory mogli­śmy codzien­nie pić dobrą kawę z eks­presu.

- Co chcesz mi powie­dzieć? - zapy­tała, sia­da­jąc w fotelu naprze­ciwko.

Wzią­łem kubek, zasta­na­wia­jąc się, co powie­dzieć.

Pozna­li­śmy się w 2016 roku, kiedy zatrud­ni­łem się w nowej fir­mie. Wcze­śniej pra­co­wa­łem w tele­wi­zji publicz­nej i mia­łem mocną pozy­cję repor­tera z dorob­kiem. Spe­cja­li­zo­wa­łem się w repor­ta­żach inter­wen­cyj­nych i śled­czych i mia­łem na swoim kon­cie kilka wyróż­nień w kon­kur­sach repor­ter­skich. Kiedy w tele­wi­zji publicz­nej nie można już było swo­bod­nie oddy­chać, posta­no­wi­łem, że pora na zmiany. Zabra­łem kar­ton ze swo­imi rze­czami i z Woro­ni­cza poje­cha­łem na Wiert­ni­czą. Pierw­szego dnia pracy pozna­łem Kamę. Przy­dzie­lono mi ją jako riser­czerkę. Mia­łem ją wszyst­kiego nauczyć i po jakimś cza­sie wydać opi­nię, czy się nadaje do roboty. Począt­kowo trak­to­wa­łem Kamę z rezerwą. Ale ona udo­wod­niła, że jest praw­dzi­wym skar­bem. Mie­siąc póź­niej nie mogłem sobie wyobra­zić pracy bez niej, bez jej cel­nych uwag, bez świet­nych, inte­li­gent­nych wnio­sków i bez traf­nej ana­lizy rze­czy­wi­sto­ści. Roz­ma­wia­jąc z Kamą o jakichś spra­wach doty­czą­cych reali­zo­wa­nych repor­taży, mia­łem nie­kiedy wra­że­nie, że gadam ze sobą. Dopiero po pew­nym cza­sie zauwa­ży­łem, że riser­czerka myśli tak jak ja, że oboje postrze­gamy rze­czy­wi­stość w podobny spo­sób, oce­nia­jąc fakty rze­tel­nie, ale czę­sto patrząc na nie z przy­mru­że­niem oka. No i szybko oka­zało się, że jeste­śmy na sie­bie ska­zani. Ale dopiero po kilku latach nasze rela­cje z kum­pel­skich zmie­niły się na znacz­nie bliż­sze. Od paź­dzier­nika dwu­dzie­stego dru­giego roku miesz­kamy razem i muszę przy­znać, że czę­sto zasta­na­wiam się, jak to moż­liwe, że stra­ci­li­śmy tyle czasu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki