ROZDZIAŁ PIERWSZY
Z tatą na ryby
1977 rokNowokuźnieck
Szli w kierunku jeziora. Pod butami trzaskał mróz. Temperatura wynosiła minus piętnaście stopni Celsjusza, było ciemno, ponieważ słońce dopiero wschodziło, a zarośla porastające brzeg, przykryte śniegiem, przypominały pradawne demony.
Saszka spoglądał na szkarady i bardzo się bał. Mimo to próbował nadążyć za ojcem, który zdawał się nie zwracać na niego uwagi. Chłopiec patrzył tępo w poruszające się po śniegu buciory mężczyzny, wyznaczające drogę. Wydawało mu się, że jak tylko porzuci tę czynność, straci ślad i zostanie tam zupełnie sam. Straszydła zbyt mocno jednak przykuwały uwagę, hipnotyzowały wzrok chłopca, który chciałby się rozpłakać, ale wiedział, że lepiej tego nie robić. Nie wolno denerwować ojca.
Saszka chciał podać ojcu rękę i poczuć ciepło przez grubą rękawicę. Jednak ojciec nigdy nie wziął go za rękę, więc chłopiec szybko wycofał się z tego pomysłu, który ujawniłby jego słabość. Musiał być twardy, żeby tatuś znowu nie nazywał go mazgajem i nie straszył, że odda go do sierocińca.
Sierociniec. To słowo wybrzmiewało w nim jak coś zakazanego, od czego powinien trzymać się z dala. Budziło lęk. W młodości Aleksandr, na którego bliscy wołali Sasza, przywiązywał wagę do tego, co mógł usłyszeć. Znaczenia niektórych słów nie rozumiał, ale już wtedy wywoływały w nim odrazę: kurwa, prostytutka, cipa, ruchać, seks. Ojciec często je wypowiadał, a mały Saszka bardzo się ich bał. Gdy je słyszał, miał wrażenie, jakby oślizgły, zimny wąż dotykał jego skóry i przesuwał się po ciele.
Wzdrygnął się, spoglądając na buciory ojca.
- Bo cię tutaj zostawię - mruknął mężczyzna, odwracając się do syna, który pozostał kilka kroków za nim.
Saszka nie radził sobie z emocjami dotyczącymi swojego ojca. Kochał go i jednocześnie nienawidził. A może tylko tak mu się wydawało, bo tak jak zakazanych słów, także i tych znaczenia nie rozumiał. Nikt nigdy nie uczył go miłości, nie pokazał, jak potężne jest to uczucie, ponadczasowe i fundamentalne. Kochał ojca, gdy ten uśmiechał się do niego, odsłaniając wybrakowane uzębienie. Nienawidził, gdy przeklinał, krzyczał, bił mamę i jego. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego tatuś tak często i szybko zmienia nastroje, raz jest radosny, tańczy i żartuje, by po chwili wpaść w złość i rzucać wszystkim, co akurat nawinie mu się pod rękę. Dlaczego tatuś śmierdzi moczem, potem i pije tak dużo wódki, że aż źle się czuje? Nie może wtedy podnieść się z podłogi, zalega w mieszkaniu, tarasując przejście do kuchni i ma spodnie tak brudne... To było raz, gdy mamusia myła ojca w balii, on się zataczał i cały był w śmierdzącej szaletem mazi. Sasza zapamiętał ten okropny widok, wzbudzający empatię, żal, ale jeszcze tego samego wieczoru te wszystkie uczucia przeobraziły się w niewypowiedzianą niechęć do ojca, gdy ten, już umyty i ubrany, siedział długo w kuchni, najpierw zjadając zupę, do której cały czas palił papierosy, by następnie wypić czaju ze szklanką wódki. A potem coś w niego wstąpiło. Kazał mamusi się rozebrać, ona biła go po głowie, a on ją po plecach i zniknęli za drzwiami, a w zasadzie to Sasza wybiegł do drugiego pokoju i zasnął przykryty poduszkami, by nie słyszeć niezrozumiałych, zwierzęcych odgłosów wypełniających całe mieszkanie, dźwięków zakazanych i strasznych.
Ojciec rzadko bywał w domu, co na początku bardzo przeszkadzało Saszce, by później jednak stanowić wyczekiwany stan rzeczy, zwłaszcza dla matki. Ostatniego wieczoru chłopca zbudziły krzyki wydobywające się już z klatki schodowej. Ktoś z impetem wparował do mieszkania. Głosy przybrały na sile. Sasza obserwował wszystko przez szparę niezamkniętych drzwi oraz dziurkę od klucza. Jakaś wymalowana kobieta z rozczochranymi włosami siedziała na kolanach tatusia. Znajdowali się w kuchni, do której szybko weszła mamusia i zaczęła okładać ojca zwiniętą gazetą, co sprawiło, że pani, która ich odwiedziła, zastukała wysokimi obcasami i w pośpiechu opuściła mieszkanie. Mama krzyczała, że tata Saszy jest dziwkarzem i że więcej już ma nie przychodzić do tego domu, wtedy on ją tak mocno zbił, że aż płakała.
- Ale Saszy masz nie tykać!
Chłopiec długo nie mógł zasnąć. Płakał do poduszki, bo coraz więcej rozumiał z zaistniałej sytuacji. Wiedział, że ojciec jest podłym człowiekiem, ale ten człowiek był jego jedynym ukochanym tatusiem.
Gdy obudził się rano, zastał rodziców w kuchni. Matka w milczeniu przygotowywała śniadanie. Ojciec ze zmierzwionymi włosami, ubrany w koszulkę na ramiączkach, skarpety i majtki, siedział zgarbiony nad talerzem i od niechcenia dłubał widelcem w posiłku składającym się z jajecznicy i pasztetowej z puszki. W aluminiowej popielnicy, w żłobieniu krawędzi, tkwił z wolna wypalający się papieros.
Było wcześnie rano, sobota. Aleksandr zauważył, że matka ukradkiem uśmiechnęła się do ojca. Nic z tego nie rozumiał. Jeszcze kilka godzin temu byli na siebie wściekli. Może tatuś przeprosił mamusię i teraz już zawsze będzie dobrze?
- A ty czemu nie śpisz? - rzuciła Ludmiła.
- Jestem głodny - odparł Sasza.
- Czy jedzenie rośnie na drzewie? - niespodziewanie odezwał się ojciec.
Aleksandr milczał.
- Pytam się, czy myślisz, że jedzenie rośnie na drzewach.
- Przestań - zareagowała matka.
- Nie wtrącaj się. Gadam z młodym. Jaką więc masz na to odpowiedź? - Wziął w niezgrabne palce papierosa, który już prawie się wypalił, i zaciągnął się wolno i mocno.
- Eee... Niektóre jedzenie rośnie na drzewie.
- Co rośnie?
- Jabłka, gruszki i... czereśnie.
- A mięso rośnie na drzewie?
- Mięso?
- Mięso.
- No... chyba nie.
- A może jednak?
Chłopiec się roześmiał. Mylnie odczytał pytania ojca jako zabawę.
- Z czego rżysz?
- Nikołaj! - wtrąciła się matka, ale mężczyzna spojrzał na nią takim wzrokiem, że kobieta nie ośmieliła się już niczego więcej powiedzieć. Spuściła głowę i odwróciła się od nich, zanurzając ręce w misce z wodą, w której płukała naczynia.
- Wiesz, Saszka, czasami mięso rośnie na drzewie. Wiesz kiedy?
Chłopiec zaczął kręcił młynki dłońmi, nerwowo przebierać nogami, intensywnie myśląc i szukając najlepszej możliwej odpowiedzi.
- Wiem! - krzyknął zadowolony. - Rośnie, jak wieszamy na gałęziach spyrkę dla ptaszków. Żeby przetrwały zimę.
- Tak to wymyśliłeś. - Ojciec z aprobatą pokiwał głową i zapalił nowego papierosa. - A jak ktoś się wiesza na drzewie, taki samobójca, to tak jakby mięso wyrosło.
- Przestań - nie wytrzymała Ludmiła.
- Mówiłem, żebyś się nie wtrącała. - Przeniósł z powrotem wzrok na Saszę. - To taki wisielec jest jak mięso. Za wojny i w czasach Wielkiego Głodu ludzie jedli się nawzajem. Wiedziałeś o tym?
Saszka pokręcił głową.
- Zastanawiałem się nad tym kiedyś... - ciągnął ojciec. - Bo widzisz. Tutaj mam zegarek. - Wskazał płaskie urządzenie przyczepione do ręki wytartym, starym paskiem. - I ten zegarek należy do mnie. Ale jak umrę, to już nie będzie mój zegarek, bo mnie nie będzie na tym grajdole. Chyba że spiszę testament, to powinniście go dostać. Ale raczej tego nie zrobię. Więc czyj będzie ten zegarek? Znalazcy lub szabrownika, który jako pierwszy dostanie się do trupa. Tak samo jest z ciałem wisielca. Nie należy do nikogo, więc może być zjedzone przez tego, kto pierwszy do niego dotrze.
- Nikołaj, co ty w ogóle opowiadasz?
- Nie ma nic za darmo, Saszka - powiedział, ignorując żonę. - Dlatego idziemy zaraz na ryby, żeby złapać coś na obiad i kolację.
- Gdzie będziesz chłopca ciągnąć na takim mrozie - rzekła kobieta.
- A masz co do garnka włożyć? Aaa, no właśnie, więc nie pierdol.
Podniósł się z krzesła, podrapał po udzie i ruszył w kierunku łazienki.
- Kawy jeszcze zrób, bo zaraz idziemy - rzucił.
I tak znaleźli się w drodze nad jezioro skute lodem. Sztuczne zbiorniki wodne po kamieniołomie Zapsib stanowiły atrakcję nie tylko dla młodzieży, która podczas wakacji chciała nielegalnie popływać, ale przede wszystkim dla wędkarzy poszukujących dorodnych szczupaków.
Powietrze przesiąknięte było przenikliwym zimnem wzmaganym przez porywisty wiatr. Suchy śnieg tworzył na lodowej skorupie wydmy przypominające pustynię pokrytą piaskiem. W wielu miejscach widoczny był jednak czysty lód. To właśnie w jednym z takich miejsc zamierzał wędkować ojciec Aleksandra.
- Musimy wyjść wystarczająco daleko od brzegu, gdzie warstwa lodu jest najgrubsza. - Mężczyzna powiedział to bardziej do siebie, w ogóle nie spoglądając na syna. Poprawił przewieszoną przez ramię torbę, do której przywiązany był nieduży świder do wykonania przerębla.
Niebo jaśniało, ale ciemne chmury wciąż uniemożliwiały wschodzącemu słońcu jakąkolwiek próbę rozświetlenia mrocznej aury. Saszka myślał tylko o tym, by jak najszybciej znaleźć się w domu, zjeść gorącą zupę i pobawić się klockami, które matka podobno wygrała na jakiejś loterii. Nie wiedział, że tak naprawdę ukradła je z przedszkola podczas jednego ze spotkań w sprawie warunków uczestnictwa w nowo opracowanym programie wychowawczym.
Przyglądał się nietypowemu zachowaniu ojca, który w pewnym momencie pochylił się znacznie i zaczął przypatrywać się lodowi, jakby czegoś w nim szukał. Zachowaniem przypominał bardziej zbieracza grzybów aniżeli wędkarza.
- O tutaj! - zawołał nagle, rozentuzjazmowany. - Tutaj użyjemy świdra i będziemy łowić.
- Dlaczego akurat tutaj? - zapytał Saszka.
- To moje ulubione miejsce ostatnio. Szczupak bierze aż miło.
Aleksandr czuł, że nie powinien dopytywać ojca o szczegóły, jednak nie potrafił się powstrzymać. Cały świat był tak interesujący, a zachowanie dorosłych niezrozumiałe. Chciał wszystko poznać, chłonąć nową wiedzę i wrażenia.
- Ale tutaj niczego nie ma. Dlaczego nie możemy zrobić dziury...
- Przerębla.
- Zrobić przerębla na przykład tam. - Chłopiec wskazał bliżej nieokreślony punkt na lśniącej tafli lodu.
- Zobacz. - Mężczyzna przykucnął. - Widzisz to? Wyznaczają mi teren do łowienia. Są naturalną przynętą. Wędrują pod tym lodem od blisko miesiąca. Zwabiają rybki. Są dla nich pokarmem. - Zachichotał.
Aleksandr nie rozumiał, o co chodzi. Nadal nie wiedział, dlaczego akurat ten punkt jego ojciec wybrał do zrobienia przerębla i zarzucenia wędki.
- Dawaj świder. - Mężczyzna odwrócił się, by syn zdołał odczepić od torby przywiązane narzędzie. - Nadal nie widzisz? Patrz. W tym miejscu widać ciemną plamę pod lodem.
Teraz Saszka to zauważył. Przyjrzał się dokładnie tafli. Była całkiem przejrzysta, niezabrudzona, w słoneczny dzień odbijałaby promienie słoneczne, oślepiając wszystkich wokół. Tuż pod nią rozlewał się wyraźny cień, jakby coś na czas przymrozków zostało uwięzione pod lodem.
- Co to jest? - zapytał Aleksandr, z niepokojem obserwując rysującą się czerń.
- Nasz punkt do łowienia ryb.
Ojciec wziął świder do ręki, wbił go mocno w lód, ale stwierdził, że jest zbyt twardy.
- Chujostwo - zaklął, po czym odrzucił narzędzie na bok i chwycił siekierę. - Zrobimy trochę większy otwór, ale przynajmniej nie będziemy się pierdolić tym syfem. - Spojrzał na świder, który zrobił własnoręcznie jego znajomy pracujący w hucie żelaza. Sam również zapalony wędkarz. Myślał, że tylko pożycza go koledze ze zmiany na czas wędkowania. Nigdy jednak nie zobaczył spirali z powrotem.
Mężczyzna napracował się mocno podczas wycinania przerębla, który był zdecydowanie zbyt szeroki. Otwór o nieregularnych kształtach wypluł wodę z kawałkami lodu i czymś jeszcze.
Aleksandr wpatrywał się tępo w tajemnicze znalezisko, które uwolnił skuty lód. Nie potrafił z początku zidentyfikować tego, na co patrzył, ale już po chwili zdjął go strach, gdy uświadomił sobie, o jakim znalezisku mówił ojciec.
W ciemnej wodzie pływały cztery ludzkie głowy znajdujące się blisko siebie, na tyle, by momentami włosy łączyły się ze sobą i kłębiły. Głowy utrzymywały się na powierzchni. Dryfowały złowieszczo, a pod rozczochranymi fryzurami widoczne były blade, zmarznięte twarze jednej kobiety i trzech mężczyzn. Dwóch z nich miało otwarte oczy, strasząc wyłupiastym spojrzeniem.
Ktoś przed umieszczeniem tych ludzi w wodzie musiał ich solidnie związać, bardzo ściśle, po czym dołożyć niewystarczające obciążenie, i gdyby nie powierzchnia jeziora skuta lodem, tajemnica śmierci tej grupy ludzi szybko wyszłaby na światło dzienne.
Głowy unoszące się na wodzie hipnotyzowały chłopca. Co chwilę zmieniały kierunek, unosiły się nieznacznie, ale na tyle, by Sasza mógł dojrzeć bladą skórę ich twarzy i mdłe spojrzenia nieżywych oczu.
Wzdrygnął się. Zdał sobie sprawę, że obcuje z czymś ulotnym, zakazanym, że właśnie dotyka zła w czystej postaci. Nie wiedział, dlaczego czuje z tego powodu wyrzuty sumienia i lęk porównywalny do sytuacji, w której coś spsocił i wie, że zaraz matka go nakryje i sprawi mu srogie lanie.
Nie mógł jednak oderwać wzroku od ciał. Policzki topielców były wyraźnie nadgryzione przez ryby, a oczodoły kobiety puste. Sasza chciał uciekać, jak najdalej. Z konsternacją zauważył, że jego ojciec, jakby nic się nie stało, zarzucił do wody linkę z haczykiem i przynętą.
- Chodźmy już do domu - poprosił Aleksandr.
- Co? Dopiero zaczynamy. Ale rybki szybko biorą. Zobaczysz. One same tutaj ściągają. Szukają pożywienia. - Zarechotał.
Spowiła ich potężna cisza. Nikogo wokół, żadnych dźwięków poza chlupoczącą wodą oraz zgrzytem śniegu pod butami krążącego wkoło Saszki.
- Dlaczego ci ludzie znaleźli się w wodzie? Dlaczego są tak blisko siebie? Czy nie możemy im jakoś pomóc? Zawiadomimy pogotowie? - Chłopiec nie wytrzymał i zasypał ojca pytaniami.
- Najwyraźniej komuś przeszkadzali.
- Ale jak to?
- Kiedyś to zrozumiesz. Nie zawracaj głowy teraz, bo ryby spłoszysz.
Mężczyzna zapalił papierosa, którego nie wyjmował z ust, cały czas skupiając się na wędkowaniu.
Naraz usłyszeli przejmujący dźwięk.
Szczekanie psa.
Mężczyzna poderwał się z kucek, chłopiec odwrócił gwałtownie. Ujadanie rozległo się niespodziewanie blisko. Tuż za ich plecami stało zwierzę.
Duży pies o sterczących uszach, gładkiej, ciemnej sierści i przebijających jaśniejszych plamach na klatce piersiowej i przedpiersiu. Cały czas poszczekiwał i warczał groźnie, jakby chciał obwieścić całemu światu o odkryciu unoszących się na wodzie zwłok.
Aleksandr porządnie się wystraszył. Doskoczył do ojca i uczepił się jego nogawki.
- Skąd ten czort tutaj? - powiedział mężczyzna, wpatrując się w ślepia zwierzęcia. - Kurwa, pewnie ktoś z nim przyszedł. Zwijamy się stąd.
Mężczyzna zaczął w pośpiechu pakować sprzęt. Do torby schował pudełko z przynętą, żyłkę, haczyki, oraz zaczepił o nią świder. Chciał ruszyć w stronę najbliższego brzegu, ale pies skutecznie zagradzał drogę. Postanowił go obejść łukiem, lecz zwierzę zdało się odczytać jego intencje, zachodząc mu drogę i wciąż utrzymując równy dystans, wystarczający, by w przypadku zagrożenia rzucić się na mężczyznę.
- Czego, skurwysynie?!
Pies warczał coraz głośniej. Jeszcze kilka chwil wcześniej ze spokojem obserwujący wydarzenia z udziałem ludzi, teraz zaczął poruszać się niespokojnie. Zniżał tułów na przednich łapach, podnosił grzbiet na tylnych kończynach, dając do zrozumienia, że jest gotowy na atak.
- Jak nie możemy po dobroci, to inaczej porozmawiamy - oznajmił mężczyzna, spluwając w bok.
- Co zrobimy? - zapytał chłopiec.
- Upierdolę mu nogi.
Mężczyzna poprawił w dłoniach siekierkę i zrobił dwa kroki w kierunku psa. Zwierzę jednak, jakby odgadując zamiary człowieka, obeszło go łukiem i wciąż trzymało bezpieczny dystans, ale na tyle bliski, by móc zaatakować lub też skutecznie się bronić. Podbiegło blisko przerębla, po czym odwróciło się do mężczyzny i chłopca i zaczęło głośno ujadać.
- Idziemy - rozkazał ojciec i nie patrząc na Saszkę, ruszył pośpiesznie w kierunku brzegu.
Aleksandr był zaskoczony zachowaniem ojca. Zastanawiał się, dlaczego tak łatwo zrezygnował z łowienia ryb i wolał jednak uniknąć konfrontacji z rozwścieczonym psem. Obawiał się obecności innego wędkarza, który zobaczyłby martwe ciała dryfujące pod taflą jeziora? Przecież wytłumaczyliby, że to oni znaleźli topielców, że trzeba wezwać milicję, żeby przeprowadziła dochodzenie, które wyjaśniłoby, w jaki sposób i dlaczego ci ludzie znaleźli się pod wodą Zalewu Zapsibowskiego. Ojciec wolał jednak odpuścić; jak wytłumaczy matce, że nie ma nic na obiad? Pewnie będzie kłamał, że ryba nie brała, a matka Aleksandra powie, że nawet tego nie potrafi, i to będzie zarzewie kolejnej kłótni.
Saszka chciał iść za ojcem, ale nie był w stanie. Nie mógł wykonać ruchu, bo w chwili gdy spojrzał w ślepia rozwścieczonego psa, zrozumiał, że zwierzę całą agresję kieruje nie na niego, ale dokładnie na ojca. Kiedyś jeden z kolegów z podwórka mówił, że psy potrafią wyczuć złego człowieka. Wobec takich ludzi zachowują się wojowniczo.
Aleksandr spoglądał na psa, który zdawał się bronić dostępu do ciał, wciąż ujadając na oddalającego się mężczyznę. Zerknął na ojca, który nawet się nie odwrócił, by sprawdzić, czy jego syn podąża tuż za nim.
Wtedy po raz pierwszy poczuł nieokiełznany gniew. Emocje, których nie umiał jeszcze nazwać, a tym bardziej wyrazić. Ale to była przepotężna siła, która kiedyś będzie musiała znaleźć upust, inaczej go zniszczy. To czuł wyraźnie.
Mężczyzna coraz bardziej się oddalał. Jego łachmany były widoczne na tle zimowego krajobrazu. Nie odwrócił się ani razu, by spojrzeć na syna.
Sasza uznał, że ojciec mógłby nie istnieć. Nikomu już nie uprzykrzałby życia. Zwłaszcza mamie.
Może wystarczyłoby wyrwać mu siekierę i uderzyć, trafić dokładnie w głowę, co załatwiłoby sprawę. Ale czy dałby radę unieść narzędzie? Obuch wydawał się bardzo ciężki.
Przyjrzał się jeszcze raz warczącemu psu. Chciałby być tak bohaterski jak on, niezwyciężony, nieugięty, odważny. Przeciwstawić się ojcu.
W zimowy, mroźny poranek, wśród pustki zamarzniętego jeziora i przy hałasie ujadającego psa postanowił, że będzie żył wbrew oczekiwaniom, dzielnie, dumnie i na własnych zasadach, które dopiero miał poznać.
Pies się nie mylił. Ojciec Aleksandra był złym człowiekiem, ale nawet on, gdyby mógł przewidzieć przyszłość, nie baczyłby na broniące dostępu do przerębla zwierzę, zaryzykowałby pogryzienie, byle tylko wrzucić chłopca do wody, aby tam zaległ na zawsze w ciszy mętnej głębiny, przy ciałach topielców.
Gdy po latach dowiedział się, co zrobił jego syn, wracał pamięcią do tego poranka i przeklinał w myślach psa, uważając, że to zwierzę musiał przysłać sam bies.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki