Do zobaczenia, Anastazjo - Kinga Podolec

Reflow text when sidebars are open.
Cztery lata wcześniej
Wróciłam do pustego domu. Było już późno, jednocześnie zdecydowanie za wcześnie jak dla mnie. Impreza przy ognisku w lesie wciąż trwała, moi znajomi ze szkoły dopiero zaczynali się rozkręcać, ale ja nie miałam ochoty ryzykować kolejnej awantury. Nie po tej ostatniej. Na samo wspomnienie blizna na ramieniu zapiekła tępo pod materiałem bluzy.
Weszłam po cichu do długiego korytarza obitego starą, spłowiałą tapetą w kolorowe paski. Mama kochała kolory. Każdy pokój w tym domu pomalowany był na inny odcień barw tęczy. Teraz farba odchodziła od ścian, gdzieniegdzie za sprawą wilgoci, bo dach przeciekał, w pozostałych miejscach po prostu z powodu upływu czasu. Odwiesiłam kurtkę na drewniany wieszak przy schodach wiodących na piętro i weszłam do kuchni. W domu wszystkie światła były pogaszone. Ojciec pewnie znowu zaszył się w warsztacie. Potrafił spędzać tam całe dnie i noce, a ja nie miałam nic przeciwko temu. Przynajmniej nie musiałam przebywać w jego pobliżu, bojąc się, że znów za coś oberwę.
Otworzyłam niemal pustą lodówkę. Czteropak taniego piwa, połówka cytryny, paczka najtańszych kiełbasek na grilla i jogurt, którego termin ważności upłynął wczoraj - standard. Westchnęłam ciężko i sięgnęłam po kubeczek, przełykając gorycz w gardle. Cieszyłam się, że niedługo dostanę wypłatę z letniej pracy w lodziarni przy rynku. Na tych nędznych groszach, które mi zostały, nie pociągnę długo, a ojciec nie kwapił się do robienia zakupów. Dobrze, że przynajmniej zapłacił w tym miesiącu rachunki, nie tak jak w poprzednim, przez co odcięli nam prąd na cztery dni. Dodatkowo raz w miesiącu rzucał mi dwie stówki z tekstem: "Masz na zakupy". Ciekawe, jak to miało wystarczyć na nas dwoje... A gdzie w tym chemia, kosmetyki, ubrania?
Trzasnęłam drzwiczkami lodówki, aż magnes z wycieczki do parku narodowego, którą odbyłam w czwartej klasie, upadł na ziemię i pękł na pół. No świetnie. Podniosłam resztki i wrzuciłam do kosza pod zlewem. Wyciągnęłam z szuflady łyżeczkę i usiadłam przy blacie, zakładając nogę na nogę. Przez okno nad zlewem wpadały smugi światła z warsztatu. Nie zapalałam lamp w domu. Ojciec nie musiał wiedzieć, że już wróciłam. Planowałam zjeść szybko jogurt, wziąć prysznic i czym prędzej zamknąć się w pokoju na klucz. Nigdy nie wiadomo, czy dzisiejszej nocy nie odwiedzi go któryś z jego szemranych kumpli...
Po chwili odłożyłam łyżeczkę do zlewu i już miałam się wycofać, gdy oślepiające światło samochodowych reflektorów sprawiło, że zmrużyłam oczy. Klienci o tej porze? Zerknęłam na zegarek. Dochodziła północ. Owszem, ojciec naprawiał auta różnym typom spod ciemnej gwiazdy, ale nikt nigdy nie przyjeżdżał tak późno... Może to jacyś jego znajomi?
Głośny trzask drzwi samochodu wyrwał mnie z zamyślenia. Znów spojrzałam w stronę podwórza. Nie, to na pewno nie byli jego znajomi. Może nie miałam zbyt wielkiej wiedzy motoryzacyjnej, ale już na pierwszy rzut oka widać było, że jedno z aut jest warte więcej niż cała nasza posesja. Dużo więcej.
Skąd ojciec zdobył takich klientów?
Przyjrzałam się sylwetkom czterech mężczyzn, którzy sztywnym krokiem ruszyli w stronę warsztatu. Jeden z nich miał na sobie elegancki garnitur. To przykuło moją uwagę.
Powinnam była jak najszybciej iść do pokoju, ale coś nie dawało mi spokoju. Kim byli ci ludzie? Czego chcieli?
Zanim zdążyłam się zastanowić, co robię, wymknęłam się po cichu z domu i zakradłam pod warsztat. Przyczaiłam się przy tylnych drzwiach. Wejście od jego nibybiura zawsze było uchylone. Lubił tam przesiadywać i palić fajki. Jakby nie mógł tego robić w warsztacie jak normalny człowiek.
Weszłam ostrożnie do środka. Na starym biurku piętrzyły się różne papiery i puste opakowania po jedzeniu zamawianym na wynos. Na parapecie stała popielniczka z petami. W biurze było okno wychodzące na warsztat. Przytuliłam się do ściany i powoli skradałam się w stronę okna. Potrafiłam być cicho, lata życia w tym domu nauczyły mnie, jak być niewidzialną.
- Co jest, kurwa?! - warknął poirytowanym głosem ojciec.
Przez szybę zobaczyłam, jak jeden z napakowanych facetów w czarnych ubraniach wyciąga go spod auta, szarpiąc za flanelową koszulę. Drugi dryblas, z ramionami splecionymi na piersiach, stanął obok niego, blokując mu drogę ucieczki.
- Grzeczniej - warknął pierwszy z nich i bez ostrzeżenia uderzył ojca pięścią w brzuch.
Jonathan zgiął się wpół, a ja wstrzymałam oddech z dłonią przyciśniętą do ust.
- Dobra, panowie, postawcie go.
Do środka wszedł młody mężczyzna w białej koszuli i beżowych spodniach. Na oko nie miał więcej niż dwadzieścia lat. Kompletnie nie pasował do tego miejsca. Miał złociste włosy zaczesane do tyłu, kilka pasm opadło mu na czoło, dłonie trzymał w kieszeniach spodni. Był wyluzowany... aż za bardzo. Uśmiechnął się kpiąco do ojca.
- Oj, Jonathanie... - Podszedł bliżej, klepiąc ojca po policzku, na co ten cofnął się, trafiając plecami na masywne ciało jednego z ochroniarzy. Na takich przynajmniej wyglądali. - Każesz nam długo czekać. - Pokręcił głową, jakby karcił niegrzeczne dziecko.
- Nie... ja... - Ojciec miał drążący głos, a w jego piwnych oczach pojawił się strach. - Ja... wszystko oddam... co do grosza! - Gorączkowo rozglądał się dookoła, jakby szukał pomocy. - Obiecuję...
- Już obiecywałeś, Jonathanie - usłyszałam jeszcze jeden głos.
Do środka wszedł starszy mężczyzna w eleganckim szarym garniturze. Miał czarne włosy przyprószone siwizną, za to posturę jak u zawodowego boksera.
Młodszy natychmiast odsunął się, robiąc mu miejsce. Obaj mężczyźni byli do siebie niepokojąco podobni...
- Wiesz, że nie należę do cierpliwych osób. - Lodowaty głos starszego odbił się echem od metalowych ścian. Mężczyzna kiwnął głową w kierunku faceta stojącego za ojcem, a ten złapał go za koszulę.
- Nie... Czekajcie! - Głos ojca zabrzmiał błagalnie, gdy pięść mężczyzny zawisła w powietrzu. - Oddam wam wszystko... Już zbieram... - Jego głos się załamał.
Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby Jonathan Moore się czegoś bał. Jeśli już, to inni bali się jego. W co on się wplątał?
- Zbierasz - zakpił starszy mężczyzna. - Zabawne... Prawda, synu?
Młodszy tylko się uśmiechnął.
- Przez takie gnidy jak ty moje interesy stoją w miejscu. - Głos starszego zniżył się do groźnego szeptu. - Nie zamierzam czekać wiecznie... Twój czas właśnie się skończył.
Młodszy wyciągnął coś zza paska spodni. W świetle migającej nad ich głowami żarówki dostrzegłam metaliczny błysk. Pistolet.
Zamarłam, gdy blondyn przystawił broń do skroni ojca. Strach ścisnął mi gardło, a nogi same cofnęły się o krok. Potknęłam się o rozrzucone pudełka, karton zachrzęścił pod butem, a ja z jękiem upadłam na tyłek.
O nie... Szybko przyłożyłam sobie drżącą dłoń do ust, ale było już za późno.
- Kto tam jest?! - usłyszałam podniesiony głos któregoś z mężczyzn. - Rodriguez, idź to sprawdzić.
Chciałam się wycofać, chciałam uciec, ale strach unieruchomił mnie w miejscu. Leżałam na brudnej podłodze, podpierając się na łokciach, kiedy metalowe drzwi z hukiem się otworzyły, wpuszczając do środka smugę jasnego światła.
Wysoki mężczyzna w czarnej koszulce, która opinała jego szerokie ramiona, zmierzył mnie wzrokiem, unosząc lekko brwi.
- Nie ruszaj się - warknął, po czym podszedł i złapał mnie za ramię.
Zacisnął palce na mojej skórze z taką siłą, że aż jęknęłam cicho, ale on już podciągał mnie do góry, jakbym była nic nieważącą szmacianą lalką. Rozdygotane serce próbowało wyrwać się z mojej piersi, a strach niemal dusił mnie od środka.
- Mam ją, szefie - rzucił olbrzym, prowadząc mnie w stronę warsztatu.
Facet w garniturze zmierzył mnie wzrokiem z góry na dół. Na jego twarzy odmalowało się zaskoczenie, podobnie jak na twarzy jego syna. Szybko jednak się opanował i surowa maska znów wyostrzyła jego rysy.
- A ty kim jesteś, moja droga? - zapytał spokojnie, przechylając lekko głowę.
Gdyby nie sytuacja, mogłabym pomyśleć, że ton jego głosu brzmi niemal troskliwie. Ale lufa broni wciąż była przystawiona do głowy mojego ojca, a spojrzenie mężczyzny nie miało w sobie nic ciepłego, jedynie zimną kalkulację.
- To... to moja córka... - wychrypiał ojciec.
Spojrzałam na niego z niemą, desperacką prośbą. Może choć ten jeden jedyny raz spróbuje mnie ochronić. Raz zatroszczy się o własne dziecko...
Cóż, podobno nadzieja jest matką idiotów.
- Weźcie ją. Jako spłatę długów - wyrzucił z siebie ojciec bez zawahania, zupełnie jakby oddawał niepotrzebny mebel. - Jest młoda, ładna... Zrobicie z nią, co chcecie. A mnie dajcie spokój.
Serce na moment zamarło mi w piersi, oddech stanął w gardle. Powinno mnie to zranić, ale... on już dawno zdeptał moje głupie, naiwne nadzieje.
- Nie... - wyszeptałam, próbując się wyszarpać, ale trzymający mnie mężczyzna ani drgnął. - Puść mnie! - Łzy zaczęły spływać po moich policzkach. Byłam sama. Nikt mi nie pomoże. Własny ojciec zamierzał oddać mnie tym ludziom - kim oni w ogóle byli?! - byle tylko ratować swój żałosny tyłek.
Mężczyzna w garniturze zrobił kilka kroków w stronę mojego ojca. Blondyn, jego syn, wciąż nie opuszczał broni, zimno celując w skronie Jonathana.
- Jesteś gotów oddać nam swoje jedyne dziecko? - zapytał spokojnym, niemal obojętnym tonem. - W zamian za spłatę długów?
- Nie! - zawołałam, ale nikt nawet nie spojrzał w moją stronę.
Nie... Nie... Nie... To się nie dzieje naprawdę! To tylko jakiś pieprzony żart! Pewnie zaraz się obudzę, a ten koszmar się skończy...
Nie budziłam się.
- Zamknij się! - warknął ojciec, nawet nie patrząc na mnie. - Tak, weźcie ją, będzie wasza. Jest posłuszna, zrobi, co chcecie.
Poczułam, jak lodowaty strach zaciska się wokół mojego gardła jeszcze mocniej. Nie... Nie... Błagam... Łzy zamazały mi obraz, gdy bezskutecznie szarpałam się w uścisku wielkiego faceta.
Syn znów spojrzał na mnie - tym razem dłużej przesuwając wzrokiem po mojej sylwetce, jakby dokładnie analizował propozycję mojego ojca. Ale to starszy z nich się odezwał.
- Jesteś żałosnym stworzeniem, Jonathanie - powiedział, pochylając się do jego ucha, podczas gdy jeden z ochroniarzy nadal przytrzymywał ojca. - Mam nadzieję, że zgnijesz w piekle. - Uśmiechnął się lodowato, jak ktoś, kto widział już wszystko i nic go nie rusza.
Ojciec zaczął się wyrywać, krzyczeć, ale ochroniarz stojący za nim trzymał go w żelaznym uścisku.
- Chodź ze mną, dziecko. - Mężczyzna w garniturze wyciągnął w moją stronę dłoń, a facet trzymający moje ramię rozluźnił palce. Jego głos zmiękł, niemal przypominał ton ojca, gdy... gdy jeszcze mu na mnie zależało. I kiedy żyła mama.
Może to dlatego podałam mu rękę. A może z tego powodu, że ostatnia iskra nadziei właśnie we mnie zgasła.
Mężczyzna w garniturze wyszedł ze mną na zewnątrz, a letnie powietrze owiało moje ciało. Wciąż drżałam od strachu. Puściłam jego dłoń i zacisnęłam ręce wokół ramion, ale i to nie pomagało.
- Jak się nazywasz? - zapytał spokojnie mężczyzna, wskazując skinieniem głowy werandę, gdzie stała stara drewniana huśtawka.
Usiadłam na niej niepewnie, a on zajął miejsce obok.
- Anastazja... - wychrypiałam, czując, jak głos więźnie mi w gardle.
Mój rozmówca uśmiechnął się lekko, aż pojawiły mu się zmarszczki wokół oczu.
- Piękne imię.
Łzy niekontrolowanie spływały po moich policzkach, nie próbowałam już ich powstrzymywać.
- Co teraz będzie? - zapytałam, choć chyba wcale nie chciałam znać odpowiedzi.
Mężczyzna poprawił ułożenie ciała, opierając się wygodnie plecami o oparcie huśtawki.
- Twój ojciec zasłużył na swój los - odparł rzeczowym tonem. - Nie martw się, policja uzna to za wypadek przy pracy. I chciałbym, żeby tak zostało. Rozumiesz mnie, Anastazjo?
Kiwnęłam głową, bojąc się odezwać. Strach ściskał mi gardło z taką siłą, że nie byłabym w stanie wydusić z siebie słowa.
Mężczyzna ponownie się uśmiechnął.
- Bardzo dobrze.
Krzyk, który rozdarł nocną ciszę, sprawił, że zamarłam, moje serce na ułamek sekundy się zatrzymało... Wpatrywałam się w rozświetlone wnętrze warsztatu.
- Już po wszystkim, drogie dziecko - odezwał się spokojnie mężczyzna, jakby nic się nie stało. - Potwór, który gotów był sprzedać własne dziecko, nie zasługiwał na inny los. Rozumiesz to? - Jego spojrzenie znów skupiło się na mnie.
Ze środka wyszli pozostali trzej nieznajomi. Dwóch ubranych na czarno zatrzymało się przy samochodach. Tylko jego syn podszedł bliżej i stanął na schodach prowadzących na werandę. Rękawy jego białej koszuli były podwinięte, jakby nie chciał ich ubrudzić przy... "pracy".
- Załatwione - oznajmił, robiąc krótką pauzę, a jego wzrok przesunął się po mojej twarzy. - Co z nią?
- Anastazja pójdzie teraz do swojego pokoju, położy się spać, a rano zadzwoni na policję, zgłaszając, że jej ojciec miał wypadek przy pracy. Rozumiesz mnie, dziecko?
Głos był hipnotyzujący. To chyba tylko dzięki temu nie dostałam ataku paniki.
- Puścisz ją? - Syn uniósł brew w wyrazie niedowierzania. - Za dużo widziała.
- Jest młoda. Nie powinna płacić za błędy ojca, nie uważasz? - Ojciec spojrzał na syna z lekko uniesionym kącikiem ust.
Syn tylko pokręcił głową z rezygnacją, nic nie odpowiedział.
Starszy mężczyzna znów zwrócił się do mnie. Jego spojrzenie było chłodne, ale nie widziałam w nim nienawiści, tylko czystą kalkulację.
- Dostajesz szansę, Anastazjo. Wykorzystaj ją - powiedział, wstając. Światła reflektorów aut oświetlały jego wyraziste rysy i brązowe oczy. - I zapamiętaj jedno... Nie należę do ludzi, którzy dają drugą szansę. - Sięgnął do kieszeni i wyjął gruby plik banknotów, który położył obok mnie na huśtawce. - Wynieś się z tej dziury. Napraw swoje życie.
Cała drżałam, siedząc na huśtawce, z oczyma utkwionymi w odchodzącym mężczyźnie. Strach nie opuszczał mnie ani na moment.
- Nicolas! - rzucił, gdy był już przy aucie.
Przeniosłam wzrok na jego syna, który wciąż stał na schodach werandy, niedbale oparty o barierkę, i wpatrywał się we mnie zielonymi oczami.
- Do zobaczenia, Anastazjo - powiedział z lekkim uśmiechem, po czym odwrócił się i ruszył pewnym krokiem do samochodu.
Nicolas
Podciągnąłem rękawy śnieżnobiałej koszuli aż do łokci. Logan, jak zwykle, nie mógł sobie darować komentarza.
- Po chuj zakładasz te białe szmaty, skoro i tak po robocie lądują w śmietniku?
- Bo jestem dżentelmenem? - rzuciłem z ironicznym uśmiechem, sięgając do torby leżącej tuż przy wypastowanym bucie.
- Dżentelmenem?! - prychnął, odkładając taśmę na eleganckie drewniane biurko z pozłacanymi żłobieniami. - Chyba tylko w twojej pojebanej wyobraźni.
O tak, moja głowa była pojebana. Uśmiechnąłem się półgębkiem, wyciągając z torby niewielki nóż. Ostry, precyzyjny - idealny do roboty, w której trzeba było przypomnieć tchórzliwym szczurom, że umowy z nami mają swoją cenę.
Odwróciłem się w stronę Dylanna Smitha - biznesmena z Las Vegas, który w tej chwili nie wyglądał jak ktoś, kto jeszcze tydzień temu popijał drogie drinki przy swoim basenie. Przywiązany do krzesła, z ustami zaklejonymi taśmą, drżał jak małe dziecko. Jęczał coś niewyraźnie, miotał się w więzach, ale wiedział, że to na nic. W jego oczach pojawił się ten znajomy błysk - panika pomieszana z błaganiem. Nóż błysnął w mdłym świetle lampki stojącej na biurku.
Dylann Smith. Dom z basenem, żona, która puszczała się z masażystą, dzieci na studiach w Waszyngtonie. Typowa historia. A do tego hazard. Długi. W tym dług wobec mojego ojca. Zawsze robiłem dokładne obeznanie przed akcją. Byłem tu po to, by upewnić się, że facet tym razem nie zapomni o następnej racie.
- I po co ci to było? - Przekrzywiłem głowę, patrząc na niego z góry. - Wiedziałeś, że przyjdę. Myślałeś, że uciekniesz z moją kasą? Że znikniesz jak pieprzony tchórz i nic się nie stanie? - Zrobiłem krok.
Łzy już mu płynęły po pobladłej twarzy, a bruzda między brwiami się pogłębiła.
- Hhhmmggh - wycharczał spod taśmy.
Jednym brutalnym szarpnięciem zerwałem szary przylepiec. Zawył z bólu - zapewne uszkodziłem mu skórę i wyrwałem kawałek ciemnego wąsa pod nosem. Ups.
- Oddam ci wszystko! - zaskomlał. - Błagam, mam rodzinę... Proszę... - Jego głos był ledwo słyszalny, facet dławił się własnym płaczem. Całe jego ciało trzęsło się w spazmach strachu.
- Dylann, Dylann, Dylann... - zacmokałem, pochylając się nad nim. Mówiłem cicho, spokojnie. Wyuczony ton. Taki, od którego włoski na plecach stają dęba, bo wiesz, czego jest on zwiastunem. I Dylann też wiedział. - Chciałeś mnie okraść. Okraść mojego ojca. A ja bardzo tego nie lubię. - Wyprostowałem się i spojrzałem na Logana, który rozparł się wygodnie w czarnym aksamitnym fotelu, jakby oglądał teatrzyk. - Kolejna gnida - rzuciłem chłodno - która myśli, że może z nami pogrywać. A my, kurwa, bardzo nie lubimy być oszukiwani.
Logan uśmiechnął się lodowato, sięgając po stojącą na blacie butelkę bourbona. Pracował dla mnie od trzech lat. Był ode mnie starszy o pięć lat, były komandos, idealnie wyszkolony, metodyczny, bezlitosny. Wywalili go z sił specjalnych, gdy jego podejście stało się "problematyczne". Oficjalnie: wcześniejsza emerytura z powodu niedomagań psychicznych. Nieoficjalnie: lubił zadawać ból. Może nawet za bardzo. Może po prostu był pierdolonym psychopatą. Właśnie dlatego idealnie wpasował się w szeregi ludzi mojego ojca. A kiedy mój poprzedni partner został postrzelony podczas nalotu na klub, Logan zajął jego miejsce i czasami, co przyznawałem niechętnie, nawet mnie potrafił zaskoczyć.
Wstał powoli, wciąż trzymając butelkę między palcami. Jego ciemne oczy błyszczały ekscytacją jak u dzieciaka, który właśnie rozpakowuje prezent. Tyle że Logan lubił zabawki, które krwawią.
Zatrzymał się przed drżącym Dylannem. Położył mu dłoń na ramieniu - delikatnie, niemal troskliwie - po czym drugą, tę z bourbonem, uniósł do ust. Wziął łyk, a potem z zaskakującą siłą walnął butelką w oparcie krzesła, tuż obok ucha ofiary. Szkło eksplodowało, rozpryskując się wokół twarzy Dylanna i raniąc ostrymi odłamkami. Krzyk, jaki wyrwał się z gardła ofiary, był przeszywający, pełen bólu i paniki.
Odsunąłem się do ściany, nie chcąc zabrudzić sobie jedwabnej koszuli. Zerknąłem na zegar.
Szósta rano.
Krzyk znów rozdarł pokój, jeszcze głośniejszy niż wcześniej, gdy Logan bez cienia emocji wbił potłuczoną szyjkę butelki prosto w kolano Dylanna. Krew trysnęła spod materiału spodni, alkohol mieszał się ze łzami i potem. Twarz biznesmena była czerwona od bólu, poprzecinana drobnymi ranami.
Zbliżyłem się powoli. Płakał. Całe jego ciało trzęsło się konwulsyjnie, zaciskał zęby, próbując nie krzyczeć, kiedy Logan pogłębiał ranę.
Przejąłem od niego odłamek butelki i przycisnąłem szyjkę do zmasakrowanego ciała jeszcze mocniej. Dylann wrzasnął - głucho, przeraźliwie - jak zwierzę zarzynane bez znieczulenia.
- To było ostrzeżenie. - Nachyliłem się nisko, aż poczułem ostry zapach bourbona, potu i krwi. - Jeśli jeszcze raz dasz mi powód, bym tu wrócił, nie wyjdziesz już z tego pokoju. Rozumiesz? - Spojrzałem mu prosto w oczy.
Zasmarkany, zapłakany, z bólem wypisanym na twarzy kiwnął głową.
- Masz dwa tygodnie.
Wyprostowałem się, przeciąłem więzy na jego nadgarstkach jednym szybkim ruchem noża. Krzesło z hukiem przewróciło się na bok, gość upadł na podłogę jak zużyta szmata. Jęknął, kuląc się w pozycji embrionalnej, zranione kolano przyciągnął do siebie.
Odwinąłem rękawy koszuli. Spojrzałem na Logana.
- Chodź. Skończyliśmy tu - powiedziałem, a potem obróciłem się i ruszyłem do drzwi, nie oglądając się za siebie.
Za plecami słyszałem tylko ciche skomlenie i ciężki, urywany oddech człowieka, który przez chwilę myślał, że może z nami pogrywać.
- Powinniśmy się bardziej postarać - mruknął Logan, wsiadając do mojego czarnego Chevroleta Corvette zaparkowanego na podjeździe Dylanna. Jego ciemne oczy wciąż błyszczały tym niepokojącym, maniakalnym światłem.
- Jest szósta rano - jęknąłem, wpychając mu pod nos zegarek zapięty na nadgarstku. - Kurwa, Logan, szósta rano!
Nie żebym narzekał... Ale byłem wykończony. To był trzeci klient tej nocy. Miałem już serdecznie dość. Jedyną rzeczą, o której teraz marzyłem, było miękkie łóżko i zamknięcie powiek choćby na parę godzin.
- To nie trzeba było wczoraj tak długo chlać, skoro wiedziałeś, że dziś mamy robotę - rzucił, poprawiając wojskową kurtkę.
Westchnąłem ciężko i wycofałem z podjazdu, próbując nie zasnąć za kierownicą. Logan pochylił się, klikając coś na wyświetlaczu wbudowanym w deskę rozdzielczą. Z głośników popłynęła Mamma Mia. Jasna cholera. Ten psychol naprawdę był chorym fanem ABBY. I to jeszcze bardziej przerażało niż jego tatuaże czy blizna przecinająca pół policzka. Już nawet przestałem protestować - nie miało to najmniejszego sensu. I tak zawsze to włączał. Skurwiel.
Pracowałem dla ojca od osiemnastego roku życia. Jasne, wtedy jeszcze nie zajmowałem się tym, co robiłem dziś. Fuchę odzyskiwacza długów dostałem zaraz po dwudziestce. Ojciec twierdził, że jeśli kiedyś mam przejąć biznes, muszę najpierw poznać jego brudne podziemie, przejść każdy szczebel. Dlatego wyszkolił mnie pod okiem swoich najlepszych ludzi - specjalistów od ściągania długów.
Nie powiem, żeby to była moja pasja. Nie jarało mnie to. Ale był to tylko etap. Kolejna drabina, po której musiałem się wspiąć, by osiągnąć swój cel. A moim celem było jedno: przejąć imperium ojca.
Wyatt Thompson - mój stary - był właścicielem dwóch znakomicie prosperujących kasyn i trzech klubów nocnych w Las Vegas. Dodatkowo "udzielał pożyczek". Z procentem, który zawsze działał na jego korzyść. Wielu jego klientów już nie chodziło po tym świecie. Ale taki był ten biznes. Twardy. Brutalny. Opłacalny.
Na szczęście przestaliśmy bawić się w drobne biznesy. Ojca interesowały teraz tylko grube ryby - ci, którzy wpadli w tarapaty, ale wciąż mieli coś cennego do zaoferowania. Majątki. Rezydencje. A w Vegas ziemia znaczyła więcej niż złoto.
Skręciłem na autostradę, pędząc w stronę wschodu słońca. Powieki miałem ciężkie jak ołów. Próbowałem skupić wzrok na jezdni, ale zmęczenie wgryzało się w każdą komórkę ciała.
- Znalazłeś w końcu? - Logan wreszcie ściszył to cholerne gówno, które leciało z głośników.
Zerknąłem na niego, unosząc brew.
- No, naiwną idiotkę, która zechce za ciebie wyjść. - Parsknął śmiechem, rozkładając się wygodniej w fotelu.
A jeszcze i to...
Jak już wspominałem - chciałem przejąć firmę. To mi się należało. Oddałem temu biznesowi całego siebie. A ojciec? Starzał się. Nie miał już siły ani zdrowia do takiego rodzaju interesów. Niestety... Wyatt Thompson był pieprzonym tradycjonalistą. Pół roku temu, w dniu moich dwudziestych siódmych urodzin, postawił mi warunek: przekaże mi firmę i wszystko, co z nią związane, ale - uwaga - dopiero po moim jebanym ślubie.
Kurwa.
Zapierdalałem dla niego od dzieciaka. Wykonywałem wszystkie pierdolone polecenia. A ten stary dziad chciał jeszcze, żebym mu wnuki zrobił. "Chcę mieć rodzinę na stare lata". Tak powiedział. Ja pierdolę.
Czy ja miałem na to czas?!
Oczywiście, że nie.
Ale dla ojca rodzina to świętość. Po śmierci mamy nie spojrzał na żadną kobietę. "Z nią połączył mnie Bóg i to z nią spotkam się po śmierci" - to jego słowa. Mama nie żyła od dziesięciu lat.
Więc teraz, jakby to miało cokolwiek naprawić, wymyślił sobie, że i ja powinienem się ustatkować, założyć rodzinę, mieć żonę i dzieci.
Na chuj mi rodzina w takim świecie?!
Wystarczy, że całe życie musiałem chronić dupę mojej młodszej siostrze. Nieogarnięta gówniara żyjąca w złotej bańce. Oczko w głowie tatusia. Miała dwadzieścia trzy lata i była wrzodem na dupie.
- Nie - warknąłem tylko, dodając gazu.
Logan ryknął śmiechem.
- Wiesz co? Te twoje złote włoski są całkiem seksowne. Mogę poudawać, że lubię fiuty. Ale chcę połowę udziałów.
- Pieprz się. Palcem bym cię nawet nie tknął - odbiłem piłeczkę, skręcając w zjazd.
- Parę drinków i byłoby ci wszystko jedno... - Zarechotał.
- Kurwa, chyba litrów. I dragi. Mocne.
- Pieprzysz. Ale serio, czemu nie weźmiesz jakiejś laluni? Masz ich pełno w klubie. Odstawisz przedstawienie przed tatuśkiem, zgarniesz firmę, a potem "elo, mała".
- No popatrz, że też na to nie wpadłem! - rzuciłem z jadowitą ironią. - Próbowałeś kiedyś oszukać Wyatta? To ma być prawdziwe małżeństwo.
- To będziesz chłopcem na posyłki do usranej śmierci - orzekł Logan, zakładając ręce za głowę i przeciągając się z nonszalancją. Nagle poderwał się i wrzasnął: - Stój!
- Co ty odpierdalasz?! - wrzasnąłem, wciskając hamulec.
Auto zatrzymało się z piskiem opon, a jakiś kierowca za nami zatrąbił i minął nas szerokim łukiem.
- Zgłodniałem. A tam - wskazał palcem przydrożny bar z migającym neonowym szyldem - mają zajebiste burgery.
Nie. Nosz, kurwa, nie.
Zajebię go. Przysięgam.
Nicolas
Weszliśmy do przydrożnego baru, którego neonowy szyld świecił jaskrawym światłem, obwieszczając światu: "Czynne całą dobę". Obskurne miejsce. Szeroki czerwony blat i tace, na których leżały resztki niedojedzonych posiłków, bo ktoś tu chyba nie wyrabiał się ze sprzątaniem. Wysokie krzesła przy blacie zajmowali naburmuszony facet i prawdopodobnie jego żona, która nie szczędziła mu uwag na temat... właściwie wszystkiego. Czarno-białe płytki, ułożone naprzemiennie, które ktoś koniecznie powinien przejechać mopem. Wisienką na torcie była jaskrawa tapeta w czerwono-białe paski.
Usiedliśmy przy jednym z boksów - blat kleił się od starego tłuszczu, a w cukierniczce leżała zdechła mucha.
Logan rozsiadł się wygodnie i natychmiast zawołał kelnerkę. Podniosłem dużą, zatłuszczoną kartę i z niesmakiem wymalowanym na twarzy zlustrowałem dostępne pozycje.
- Podwójnego burgera, mała - rzucił Logan. - Po robocie zawsze jestem mega głodny. Nie zapomnij o frytkach i Coli.
- Oczywiście - odezwał się cichy kobiecy głos tuż nad moją głową. - A dla pana?
- Macie tu coś, od czego nie dostanę zawału serca? - spytałem z obrzydzeniem, odkładając kartę, po czym uniosłem wzrok na młodą kelnerkę.
Jej twarz momentalnie pobladła, a źrenice rozszerzyły się tak, że niemal przysłoniły niebieskie tęczówki. Dłonie, w których trzymała mały notesik, zaczęły drżeć. Zrobiła krok w tył. Wyglądała, jakby właśnie zobaczyła ducha.
- Jednak podwójne frytki - mruknął Logan, nie zwracając najmniejszej uwagi na jej reakcję i oparł ramię na czerwonej kanapie.
Przechyliłem głowę, przyglądając się dziewczynie. Do firmowej czerwonej koszulki miała przypiętą plakietkę ze swoim imieniem: Ana. Zrobiła jeszcze jeden krok w tył. I kolejny. Jakby chciała jak najszybciej zniknąć z pola widzenia.
- Przepraszam - wymamrotała niewyraźnie, po czym obróciła się i zniknęła za szarymi drzwiami prowadzącymi do kuchni.
Odprowadziłem ją wzrokiem, po czym ponownie spojrzałem na Logana, który już grzebał wykałaczką w zębie.
- Jestem brudny? - zapytałem, zerkając na swoją koszulę. Może zostały na niej ślady świeżej krwi i to tak wystraszyło kelnerkę.
- Wyglądasz jak pierdolona porcelanowa laleczka - skomentował, krzywiąc się. - Szybko! - zawołał w stronę baru.
Nie rozumiałem, co tak wystraszyło tę dziewczynę. Raczej jej nie znałem. Może spotkałem ją kiedyś w klubie... Oparłem się plecami o wytarte skórzane obicie, starając się jak najmniej dotykać tego całego syfu dookoła. Facet przy barze jęknął coś pod nosem, gdy kobieta wstała, wściekle rzucając w niego zmiętą chusteczką. Piękny obraz małżeństwa. Bo prawda jest taka, że idealne związki nie istnieją. Nie ma miłości aż po grób i tych wszystkich pierdół, które przemysł kinowy próbuje ludziom wcisnąć. Jest tylko chłodna kalkulacja. Albo związek z daną osobą przyniesie ci zysk, albo cię kurwa oskubie do ostatniej nitki. I nieważne, czy z pieniędzy, czy z uczuć. To wszystko jest inwestycją. W ciemno. A ja nie jestem pierdolonym hazardzistą, by się w to bawić. Co gorsza, mój ojciec też nie. Więc, kurwa, co to za niedorzeczny pomysł ze ślubem!
- Wreszcie! - jęknął Logan, wyrywając mnie z zamyślenia, po czym chciwie wgryzł się w swoją porcję cholesterolu na talerzu. Ja bałbym się tu nawet napić wody.
Kiedy w końcu skończył jeść, rzucił gotówkę na stół i ruszyliśmy w stronę wyjścia. Kelnerka już się nie pojawiła. Zamiast niej obsłużył nas gruby kucharz w za małym fartuchu.
Wsiedliśmy do auta i ruszyłem w stronę domu, ale dziewczyna z baru nie dawała mi spokoju. Już ją gdzieś widziałem... Te oczy... I to przerażenie... Skąd ja ją znałem?
Ana... Ana... Ana...
Jaka, kurwa, Ana?!
Jechałem coraz szybciej, wyprzedzając kolejne auta. Logan pochrapywał cicho na fotelu obok. Wschodzące słońce zmusiło mnie, bym wyjął przyciemniane okulary ze schowka nad głową.
Ana...
- Anastazja Moore! - krzyknąłem nagle.
- Co jest?! - Logan zerwał się, aż pas wbił mu się boleśnie w klatkę, i rozglądał się zdezorientowany dookoła.
- Ta kelnerka... to była Anastazja.
- I co, kurwa, z tego?! - warknął, wycierając ślinę z policzka. - Czego się drzesz i mnie budzisz?!
- To jej ojca zabiłem cztery lata temu.
Logan uniósł brew, poprawiając pas na piersi.
- To wyjaśnia, dlaczego patrzyła na ciebie jak na demona. A teraz zamknij się i daj mi spać.
Anastazja Moore... Zapamiętałem ją. Ojciec kazał mi mieć ją na oku przez jakiś czas. Chciał wiedzieć, czy nie pójdzie nakablować. Nie potrzebował kolejnych problemów. Ale nie - dziewczyna zrobiła dokładnie to, co nakazał jej Wyatt. Następnego dnia zadzwoniła na policję, zgłaszając, że jej ojciec miał wypadek przy pracy. Znaleźli go przygniecionego przez jedno z aut, nad którymi pracował.
Brakowało jej wtedy jeszcze pół roku do osiemnastki. Opiekę nad nią przejęła babcia. Anastazja zniknęła z tamtego miasteczka, a ja przestałem się nią interesować.
- Ciekawe, co tu robiła... - mruknąłem zamyślony.
- Kto? - Logan odwrócił do mnie zaspane spojrzenie. - Ta niunia z baru? A kogo to, kurwa, obchodzi.
- Jej ojciec zapożyczył się u Waytta i skurwiel nie chciał płacić. Wiesz, jedno przypomnienie, drugie... W końcu ojciec się wkurwił i postanowił osobiście złożyć mu wizytę. Zabrał mnie ze sobą. W tamtym czasie dopiero zaczynałem się w to wszystko bawić. Nie mieliśmy pojęcia, że facet ma dziecko, a ono w dodatku nas podgląda. Nie miała nawet osiemnastki, a ojciec chciał ją oddać za spłatę długów.
- O kurwa, niezły tatusiek. Mój pewnie sprzedałby mnie za skrzynkę piwa. - Logan zaśmiał się szorstko. - I co? - zainteresował się.
- Nic. Ojciec się zlitował. Pewnie dlatego, że była w podobnym wieku jak Aurora. Dał jej trochę gotówki i kazał ogarnąć swoje życie. Chyba coś poszło nie tak, skoro teraz pracuje w tej spelunie.
- Sierotka Marysia... - Logan się zamyślił, po czym nagle ożywił. - To jest to! - zawołał.
- Co znowu? - Potarłem skronie, bo ból głowy robił się już nie do zniesienia.
- Cicha, niewinna, skromna, buźka też całkiem ładna...
- I? - ponagliłem go zirytowany.
- Z nią się ożeń.
Prychnąłem znad kierownicy.
- Co ty pierdolisz?
- Wzbudziła wyższe uczucia w twoim ojcu, skoro się nad nią zlitował. Nie wygląda jak te twoje klubowe suczki, więc kolejny plus dla starego. A do tego... boi się ciebie.
- I to też jest plus? - Uniosłem brew.
- Boi się, więc zgodzi się udawać przez jakiś czas. Ty przejmiesz firmę, małżeństwo się rozpadnie, dasz jej trochę forsy i każdy będzie zadowolony.
Pokręciłem głową. Czysty absurd.
Ale właściwie... Już raz oczarowała ojca, jeśli w ogóle można to tak nazwać. Cicha, spokojna, szara myszka. Idealna na potulną żonę. Widać, że nie ma kasy. Mogłem się z nią dogadać.
Tylko należało to odpowiednio rozegrać.
Po pierwsze, trzeba poznać swój cel.
Musiałem dowiedzieć się wszystkiego o Anastazji Moore.
Ana
Nie.
Wszystko, tylko nie to.
Nie on.
Siedziałam w swoim starym Fordzie, zaparkowanym pod barem, zaciskając nerwowo dłonie na kierownicy. Serce waliło mi w piersi tak mocno, że miałam wrażenie, iż jeszcze chwila, a rozerwie mi klatkę i wyrwie się na zewnątrz.
Moja nocna zmiana właśnie dobiegła końca. I tak nie byłam w stanie dłużej pracować. Ręce mi się trzęsły tak mocno, że wypuściłam z dłoni dwa kubki z kawą, które roztrzaskały się na czarno-białych kafelkach. Wzięłam głęboki wdech, próbując choć trochę uspokoić szalejący pod skórą puls, i odpaliłam silnik. Auto zawarczało dziwnie, jakby przez chwilę się wahało... ale ożyło.
Wjechałam na główną drogę i dołączyłam do porannego ruchu. Słońce oślepiało mnie przez szybę.
Kolejny głęboki wdech i wydech...
Wdech.
Wydech.
Rozluźniłam nieco mocno zaciśnięte na kierownicy palce i wyciągnęłam ze schowka duże okulary przeciwsłoneczne, które przysłaniały mi pół twarzy.
Wdech i wydech...
Skąd się tu wziął?
To musiał być przypadek. Nie rozpoznał mnie... Na pewno mnie nie rozpoznał...
Błagam... oby mnie nie rozpoznał.
Bo ja pamiętałam go aż za dobrze.
Do dziś śniły mi się koszmary z tamtej nocy... Słyszałam krzyk ojca... Dźwięk pękających kości miażdżonych spadającym z podnośnika autem... Widziałam jego zmasakrowaną twarz, gdy policja wyciągnęła go spod samochodu...
Nie wszczęto dochodzenia. Powiedziałam policji to, co kazał mi mężczyzna w garniturze. Uznano to za nieszczęśliwy wypadek przy pracy. Tamtej nocy nie zmrużyłam oka. Siedziałam owinięta kocem w kącie pokoju, bojąc się nawet głośniej zaczerpnąć powietrza.
Oni go zabili... Naprawdę zabili...
Nie płakałam. Nie krzyczałam. Nie szukałam pomocy. Wpatrywałam się tylko tępo w ścianę, na której wisiały moje stare rysunki z czasów, gdy wszystko było inne.
Jonathan Moore nie żyje... Te słowa jak echo dźwięczały mi w głowie.
Ojciec, który był gotów mnie... sprzedać... jak jakąś niepotrzebną rzecz... jak nic niewartego śmiecia... Ojciec, który miał mnie chronić, znowu wybrał siebie...
Nigdy nikomu nie powiedziałam prawdy o tamtej nocy.
Myślałam, że jestem bezpieczna.
Wypuścili mnie. Oszczędzili.
Zabili Jonathana.
Dzisiejsze spotkanie to był tylko czysty przypadek...
Powtarzałam sobie te słowa w kółko, gdy zjeżdżałam w boczną ulicę.
- Tylko przypadek - szepnęłam, jakby miało to cokolwiek zmienić.
Zaparkowałam na starym osiedlu pod zniszczonym domem jednorodzinnym. Otaczała go rozerwana w kilku miejscach metalowa siatka. Tynk odpadał od ścian, a wysoka trawa powoli pożerała i tak niewielki teren wokół budynku. Dom stał na obrzeżach Las Vegas i należał do Madison Taylor - sześćdziesięcioletniej kobiety, która większość życia przepracowała jako kelnerka w kasynach. Na stare lata wynajmowała pokoje, mnie i Lucy.
Lucy była jedyną osobą, którą mogłam nazwać przyjaciółką. Choć może to za dużo powiedziane. Po prostu... była najbliższą mi osobą, jaką miałam. Miała dwadzieścia pięć lat, pracowała ze mną w barze Pyszny Kurczak. To ona załatwiła mi tam robotę, gdy rok temu przeniosłam się tutaj.
Po śmierci babci musiałam się przeprowadzić. Dom przejęła jej córka, czyli moja ciotka. Camila. Wredna jędza.
Kazała mi się wynieść, bo chciała sprzedać wszystko jak najszybciej. Z babcią dało się jeszcze żyć jako tako, ale Camila? Była po prostu zimną suką, która przypomniała sobie o matce dopiero wtedy, gdy ta umarła. Ale w sumie co się dziwić. Jej brat, czyli mój ojciec, też nie był lepszy.
Weszłam do środka. Wyblakła bladoniebieska farba odchodziła ze ścian płatami, a zacieki zdradzały, że dach znów przecieka. Stary drewniany parkiet skrzypiał przy każdym kroku, ale zdążyłam się już do tego dźwięku przyzwyczaić. Skręciłam w stronę łazienki. W domu panowała cisza - Madison i Lucy jeszcze spały.
Zrzuciłam wypłowiały uniform i odkręciłam gorącą wodę. Weszłam pod prysznic, marząc, by zmyć z siebie cały ten poranek. Zawinęłam mokre brązowe włosy w ręcznik i wróciłam do swojego pokoju.
Był nieduży. Jednoosobowe łóżko, mała szafa, której drzwi trzymały się na ostatnim zawiasie, komoda i wyblakły okrągły dywan pośrodku pokoju, który naprawdę musiałam w końcu wynieść i wytrzepać.
Nie było tu luksusów, ale to miejsce było tylko przystankiem. Krokiem w stronę celu, który sobie wyznaczyłam. Potrzebowałam pieniędzy, i to desperacko. Myślałam, że po osiemnastce uda mi się sprzedać rodzinny dom i zniknąć z tego kraju. Ale oczywiście Camila zaczęła robić problemy, że to niby jej należą się pieniądze ze sprzedaży, bo przecież była jego siostrą i rzekomo zajmowała się mną po śmierci mamy... Nie miałam kasy na prawników, więc sprawa utknęła w martwym punkcie. Marzyłam, żeby spakować plecak i ruszyć w podróż życia. Nic mnie tu nie trzymało. Wychowałam się w małym miasteczku, poza nim widziałam tylko Las Vegas. Choć tak naprawdę trudno było powiedzieć, że znam to miasto - prawie cały czas spędzałam w pracy. Brałam każdą możliwą zmianę, chcąc jak najszybciej odłożyć pieniądze i zniknąć. W samym Vegas byłam może kilka razy.
Sięgnęłam po wyciągnięty dres, zasłoniłam ciężkie granatowe zasłony i zakopałam się pod kołdrą, starając się nie myśleć o tym, co wydarzyło się dziś rano... Nie chciałam myśleć o nim...
Dni mijały. Pracowałam na dziennych zmianach, a noce przesypiałam jak kamień. Lucy próbowała mnie namówić na jakąś imprezę w mieście, ale nie miałam siły. W barze było wszystko, czego potrzebowałam - spokój i rutyna.
- Trzy zestawy z kurczakiem, dwa razy małe frytki i jeden megazestaw ze skrzydełkami! - zawołałam przez okienko w szarych drzwiach kuchennych do Johna, kucharza po trzydziestce, który nie krył się z tym, że ma do mnie słabość.
Na moje nieszczęście.
- Już się robi, skarbie! Ana, Ana? - Wychylił głowę, zerkając w stronę baru, gdzie właśnie przygotowywałam napoje. - To jak z dzisiejszym wieczorem? Kończymy razem. Może cię podwiozę? Twoje auto znowu padło... A może... wyskoczymy do jakiegoś baru? Coś zjemy? - Uniósł brwi z nadzieją i uśmiechnął się szeroko.
Nie zliczę, ile razy już próbował. Zawsze odmawiałam.
John nie był złym facetem. Właściwie to był nawet całkiem w porządku - czasem zabawny, a kiedy już pozbył się smrodu frytek, to dało się z nim normalnie pogadać.
- Spędzam całe dnie w barze, a ty proponujesz mi randkę w takim miejscu? - Uniosłam brew, ukrywając rozbawienie.
- Yyy... To może spacer? - Uśmiech mu zbladł, jakby facet sam stracił wiarę w ten pomysł.
- John, naprawdę nie mam czasu - odpowiedziałam miękko, biorąc tacę z napojami i ruszając do stolika.
Widziałam kątem oka, jak odwraca się ze zmarszczonym czołem w stronę frytkownicy. Nie chciałam wchodzić teraz w żadne relacje. Nie potrzebowałam zbędnych zobowiązań, wiedząc, że związki i tak nie przetrwają. Od lat trzymałam ludzi na dystans. Nauczyłam się tego jeszcze w szkole. Większość miała mnie po prostu za szarą myszkę, ale prawda była taka, że nie chciałam, by ktokolwiek poznał, jak wygląda moje życie. I tak miało pozostać.
- Hej, Morgan - rzuciłam do kelnerki po czterdziestce, która właśnie przyszła na swoją zmianę.
- Hej, Ana - odparła kobieta, przypinając plakietkę do czerwonego uniformu. - Jaki dziś ruch?
- Standardowo, jak to w piątek. Sami przejezdni szukający wrażeń w Vegas.
Przez to, że nasz bar stał tuż przy najbardziej uczęszczanym zjeździe z autostrady, przewijała się przez niego niezliczona ilość ludzi. I chyba już nic nie było mnie w stanie zaskoczyć.
- Oby nocka minęła bez większych wrażeń - westchnęła Morgan, przewracając oczami, po czym ruszyła do stolika, przy którym właśnie zasiedli trzej faceci. Głośni, wulgarni, rzucali tekstami o klubach i tym, kto dziś zaliczy.
Wiadomo, Vegas.
Wyszłam na zaplecze i sięgnęłam po kurtkę.
- Ana - odezwał się John, który też już się zbierał - możesz wyrzucić te worki ze śmieciami? Ja zabiorę resztę.
- Jasne - odparłam, chwyciłam dwa czarne worki i wyszłam tylnymi drzwiami.
Było już dość ciemno, a moje auto znowu odmówiło posłuszeństwa. Wiem, że mogłam przyjąć propozycję Johna dotyczącą podwózki, ale wtedy pewnie nie dałby mi spokoju przez resztę wieczoru. Postanowiłam, że zamówię taksówkę.
Wrzuciłam worki do kontenera, kiedy obok przejechało jakieś auto. Reflektory przecięły półmrok. Pomyślałam, że to pewnie Marco, drugi kucharz. Z głową w telefonie, szukając najtańszej opcji dojazdu, odwróciłam się w jego stronę, chcąc się przywitać.
- Cze... - Słowa ugrzęzły mi w gardle.
Stał tam.
Facet z moich koszmarów.
Oparty niedbale o drzwi czarnego auta. Idealnie wyprasowana biała koszula, ciemne spodnie bez ani jednego zagniecenia. Dłonie swobodnie włożone w kieszenie. I te oczy... uważnie obserwujące każdy mój ruch, jakby mnie badał.
- Witaj ponownie, Anastazjo.
Nie. Nie. Nie.
Zanim zdążyłam pomyśleć, odwróciłam się na pięcie i zaczęłam biec. Może trafię na patrol policji. Może uda mi się go zgubić. Może zdarzy się cud.
Tuż obok mojej głowy przeleciał pocisk. Zatrzymałam się gwałtownie, serce waliło mi jak młot.
- Świetnie strzelam, Anastazjo - usłyszałam jego spokojny głos. - Nie każ mi ciebie zranić. Chodź tutaj. Nie mam czasu na zabawę w łapankę.
Powoli obróciłam się w jego stronę. Pistolet trzymał niedbale w prawej dłoni, nie spuszczając ze mnie wzroku.
Czego chciał?
Czułam, jak strach zaciska mi żołądek, kiedy krok po kroku wracałam w jego stronę. Schował broń za pasek. Kiedy byłam jakieś trzy metry od niego, zatrzymałam się.
Ani myślałam podchodzić bliżej. Zero szans.
Patrzył na mnie uważnie. Jakby się upewniał... Oceniał mnie? Zastanawiał się, czy zabić mnie teraz, czy może jednak później...
Co się tu, do cholery, działo?
- Wsiadaj, Anastazjo - powiedział gładkim, wręcz aksamitnym głosem.
Ten głos w ogóle nie pasował do niego. Gdyby ktoś zobaczył go na ulicy, pomyślałby pewnie, że to jakiś bogaty synalek wydający pieniądze tatusia na drogie ciuchy i imprezy przy basenie. Morderca? Ani trochę. A przecież tym właśnie był. Wiedziałam to aż za dobrze.
Może o to chodziło - by uśpić czujność, sprawić, że inni poczują się bezpiecznie w jego obecności. A potem... przystawić im lufę do głowy.
- Anastazjo - powtórzył, tym razem stanowczo. - Wsiądź do samochodu. Nie chcesz urządzać scen przed swoją pracą, prawda? - Uniósł brew i ruszył w stronę drzwi pasażera, które otworzył szeroko.
- Po co? - wydusiłam przez zaciśnięte gardło.
Co zamierzał? Zawieźć mnie gdzieś, zabić i porzucić w rowie? Tu były kamery. Policja przejrzy potem nagrania...
Ale on pewnie miał tyle forsy, że i z tym by sobie poradził. Ten facet wyglądał, jakby był nietykalny.
- Ana, jesteś pewna, że... - To John urwał w pół zdania. Wyszedł na zaplecze i zamarł, patrząc na czarne auto i mężczyznę z blond włosami. Potem zmierzył mnie wzrokiem z dziwnym wyrazem twarzy.
- Wsiadaj, Anastazjo - powiedział jeszcze ostrzej jasnowłosy. - Nie będę czekał dłużej.
Z czym? Z zabiciem mnie? A może... Johna też, skoro akurat się napatoczył?
Co robić? I tak stąd nie ucieknę.
Każdy krok w stronę samochodu był jak walka z rwącą rzeką. Moje ciało krzyczało, żeby uciekać, ale nogi niosły mnie wprost do środka auta.
Wsiadłam.
Blondwłosy morderca pochylił się lekko z nieznacznym uśmiechem i zatrzasnął za mną drzwi.
Już po mnie.
Ana
Niespokojnie poprawiłam się na miejscu pasażera. Pas wbijał mi się niewygodnie w skórę, a dłonie zbyt szybko pociły. Jechaliśmy w ciszy. W tle słychać było jedynie cichy warkot silnika i spokojną muzykę sączącą się z radia, oraz bicie mojego serca, które pracowało tak gwałtownie, że miałam wrażenie, iż za chwilę wyskoczy mi z piersi. Spojrzałam przez szybę. Znałam tę trasę.
- Dokąd jedziemy? - wydusiłam w końcu, zaciskając nerwowo palce na udach.
Wnętrze auta lśniło czystością. Jasne, nieskazitelne obicia, podświetlane wyświetlacze. Typowy szpanerski samochód z wyższej półki, jakie widywałam tylko w filmach.
- Odwiozę cię do domu - rzucił lekko jasnowłosy, zerkając w moją stronę. Kilka kosmyków złocistych włosów opadło mu na czoło.
Zaraz... Do domu?
Otworzyłam szerzej oczy, patrząc, jak skręca na moje osiedle.
- Skąd wiesz, gdzie mieszkam? - Serce zaczęło bić mi coraz szybciej, zupełnie jak u królika, który próbuje uciec przed wilkiem, choć wie, że ten i tak go dopadnie.
Mężczyzna zaparkował pod jednorodzinnym domkiem otoczonym srebrną siatką.
Powoli odwrócił się w moją stronę, mierząc mnie przenikliwym spojrzeniem. Światło latarni wpadało do wnętrza, oświetlając jego ostre rysy.
- Zawsze najpierw poznaję swoje cele.
Cele?
Dreszcz przeszedł mi po plecach.
Czyli jednak mnie zabije...
Ale dlaczego pod domem? Był na tyle arogancki, by mieć w dupie nawet zatuszowanie morderstwa!?
- Obserwowałeś mnie? Po co?! - Odwróciłam się gwałtownie w jego stronę, zaciskając pięści. I tak miałam zginąć, więc było mi już wszystko jedno. A może to adrenalina tak mną szarpała. - Dlaczego chcesz mnie zabić? Nic nikomu nie powiedziałam! Mieliście zostawić mnie w spokoju! - Głos mi zadrżał, dłonie się trzęsły, ale to już nie był strach. To była złość. Nie... Wściekłość! Na ojca, że mnie w to wpakował. Na tego faceta, że nie dotrzymał obietnicy.
Ale on tylko się uśmiechnął.
- Wiem, Anastazjo. A teraz znikaj.
- Co? - Tylko tyle zdołałam z siebie wydusić.
- Odwiozłem cię. Idź do domu. Chyba że chcesz jechać dalej? - Przyjrzał mi się uważnie.
O nie.
Otworzyłam drzwi i czym prędzej wysiadłam z auta. Czułam na sobie jego wzrok, kiedy niemal biegłam do drzwi.
Co to było?
Po co mnie odwoził?
Dlaczego mnie obserwował?
Czego on ode mnie chciał?
Zatrzasnęłam za sobą drzwi, dysząc ciężko. Serce waliło mi jak oszalałe, a gdy w końcu trochę się uspokoiło, ruszyłam do kuchni.
Madison i Lucy stały przy oknie nad zlewem, wpatrzone w jasno oświetloną ulicę przed domem.
- Wreszcie, Ana - odezwała się właścicielka domu, sięgając po kubek i siadając przy starym drewnianym blacie.
- Co "wreszcie"? - mruknęłam. Myślałam, żeby coś zjeść, ale żołądek wciąż miałam zaciśnięty jak kamień. Szybciej wszystko zwrócę, niż cokolwiek przełknę.
- Znalazłaś sobie sponsora - rzuciła Madison z rozbawieniem, na co moje oczy, już szeroko otwarte, zrobiły się jeszcze większe. - Mówiłam ci, że jak byłam w twoim wieku, miałam niejednego. - Kobieta poprawiła kręcone włosy. - Myślisz, że jak kupiłam ten dom? Za pensję kelnerki?
- To nie jest mój sponsor - warknęłam, nalewając sobie wody.
Ręka wciąż mi lekko drżała, przez co rozlałam nieco płynu na blat. Z przekleństwem na ustach sięgnęłam po papierowy ręcznik.
O nie... To samo musiał pomyśleć John, kiedy mnie zobaczył w towarzystwie tego mężczyzny. Dlatego zrobił taką minę.
- Spoko, Ana - wtrąciła Lucy, zalewając kolorowe płatki mlekiem. - Nie oceniamy. Są różne sytuacje. Jeśli tak wybrałaś, okej. Tylko uważaj na siebie.
Nie wierzę.
Ale co miałam im powiedzieć? Może: "Hej, to facet, który zamordował mi ojca cztery lata temu. I serio rozważał propozycję, żeby wziąć sobie mnie w zamian za długi. Żyję tylko dlatego, że jego ojciec się nade mną zlitował".
Świetnie.
Niech już myślą, że to sponsor. I tak długo tu nie zostanę. Pół roku. Maksymalnie rok. Z tą myślą ruszyłam do łazienki. Wzięłam gorący prysznic, zmywając z siebie odór smażonego kurczaka. Przez twarz przemknął mi szybki uśmiech na myśl, że zostawiłam ten zapach w jego nieskazitelnym aucie. Chociaż tyle.
Przebrałam się w wygodną piżamę, wpełzałam pod kołdrę i zamknęłam oczy.
Donośne pukanie do drzwi wyrwało mnie ze snu.
- Ana, musisz coś podpisać! - Głos Madison przebił się przez cienkie drzwi.
Już rano? Zerknęłam na zaciągniętą zasłonę - przez materiał przebijały się jasne promienie słońca. Z jękiem zwlokłam się z łóżka i ruszyłam w stronę korytarza. Madison stała z kubkiem w dłoni, uśmiechając się do... dostawcy.
- O, jest - rzuciła, robiąc mi miejsce. - Musisz mi powiedzieć, gdzie takiego znalazłaś i co musiałaś za to zrobić. - Zaśmiała się, po czym zniknęła w kuchni.
O co, do cholery, jej chodziło?
- Pani Anastazja Moore? - zapytał młody kurier, spoglądając na mnie znad kartki.
- Tak, to ja. O co chodzi? - Przetarłam zaspane oczy.
- Proszę podpisać odbiór przesyłki. - Podał mi formularz.
Podpisałam, w głowie próbując przypomnieć sobie, co ostatnio mogłam zamówić. Może ten wiatrak, który dorwałam na wyprzedaży?
- Proszę - powiedział, wręczając mi małe, ozdobne pudełko, przewiązane czerwoną wstążką. - Do widzenia - pożegnał się i zatrzasnął za sobą drzwi.
Okej. To zdecydowanie nie był wiatrak. Chyba że miniaturowy... z Chin... dla lalek.
Rozpakowałam pudełeczko. W środku znajdowały się... kluczyki do auta.
Co, do...
Wzięłam je do ręki i obróciłam w palcach. Pod nimi leżała mała karteczka, na której równym odręcznym pismem ktoś napisał: "Do zobaczenia, Anastazjo".
Wybiegłam na podjazd. Mojego starego, wysłużonego Forda nigdzie nie było. Zamiast niego zobaczyłam nowe czerwone BMW. Kliknęłam przycisk na kluczyku. Samochód błysnął światłami i się odblokował.
Nie wierzyłam własnym oczom.
Co jest ze mną nie tak?
Jaki morderca daje swojej ofierze auto?
Czego on chce, do cholery!?
Dlaczego nagle pojawił się w moim życiu?
Wróciłam do kuchni, wciąż nie wiedząc, jak mam to rozumieć. To prezent? Pożyczka? Zadośćuczynienie?
Po co?!
- Brawo, Ana! - Madison się zaśmiała, siorbiąc kawę. - Rób tak dalej, a może następnym razem będzie apartament w centrum. Kiedy ja byłam w twoim wieku...
Nie słuchałam jej dalej. W łazience ogarnęłam szybką poranną toaletę, potem wskoczyłam w służbowy uniform i zamówiłam taksówkę.
Jak miałam odzyskać swój stary wóz?
I... gdzie on, do cholery, był?