Do wszystkich chłopców, których kochałam - Jenny Han

-
Proszę czekać

roz­dział czwar­ty

Moja wie­lo­let­nia koleżanka Chris pali jak smok, uma­wia się z chłopa­ka­mi, których le­d­wo zna, i już dwu­krot­nie była za­wie­szo­na w pra­wach ucznia. Kie­dyś na­wet zwołano radę szkolną w spra­wie jej wa­ga­ro­wa­nia. Za­nim po­znałam Chris, nie wie­działam, co to wa­ga­ry. I nie mówię tu o jed­no­dnio­wej nie­obec­ności, ale ta­kiej długiej, w wy­ni­ku której po­pa­da się w kłopo­ty z pra­wem.

Różnimy się do tego stop­nia, iż je­stem pew­na, że gdy­byśmy po­znały się te­raz, nie za­przy­jaźniłabym się z nią. Ale kie­dyś było in­a­czej. Jesz­cze w szóstej kla­sie Chris była do­ma­torką, wiel­bi­cielką piżamo­wych im­prez i całonoc­nych wie­czorów fil­mo­wych. Za to w ósmej, kie­dy tyl­ko mój tata szedł spać, wy­my­kała się na spo­tka­nia z chłopa­ka­mi, których po­znała na przykład w cen­trum han­dlo­wym, a którzy po­tem, za­nim zro­biło się ja­sno, od­wo­zi­li ją z po­wro­tem pod drzwi na­sze­go domu. Oczy­wiście ja czu­wałam prze­rażona, że za­nim zdąży wrócić, tata się obu­dzi i za­uważy jej nie­obec­ność. Na szczęście nig­dy tak się nie stało.

Chris nie należy do osób, z którymi co­dzien­nie jada się obiad, a wie­czo­ra­mi plot­ku­je przez te­le­fon. Jest jak kot-da­cho­wiec, który przy­cho­dzi i zni­ka, kie­dy mu się po­do­ba. Nie przy­wiązuje się ani do osób, ani do miejsc. Bywało, że wi­dy­wałyśmy się co­dzien­nie, a po­tem nie spo­ty­kałyśmy się w ogóle przez parę ty­go­dni.

Chris i Mar­got się nie znoszą. Chris uważa, że Mar­got jest sztyw­na, trzy­ma mnie pod pan­to­flem i ciągle kon­tro­lu­je. Z ko­lei moja sio­stra twier­dzi, że Chris jest dwu­li­co­wa i mnie wy­ko­rzy­stu­je. Ja uważam, że każda z nich ma trochę ra­cji, ale dla mnie li­czy się przede wszyst­kim to, że ro­zu­mie­my się z moją przy­ja­ciółką bez słów.

W dro­dze do domu za­dzwo­niła do mnie Chris. Po­wie­działa, że jej mama za­cho­wała się jak ostat­nia suka i się pokłóciły, więc wpad­nie do nas na trochę. Na końcu za­py­tała, czy mamy coś do je­dze­nia.

Aku­rat sie­działyśmy ra­zem z Chris w sa­lo­nie, do­ja­dając reszt­ki wczo­raj­szych klu­sek, kie­dy wróciła Mar­got. Mu­siała za­wieźć Kit­ty na gril­la zor­ga­ni­zo­wa­ne­go dla drużyny pływac­kiej.

- O, cześć! - po­wie­działa. A kie­dy spo­strzegła stojącą na sto­li­ku, bez podkładki, puszkę coca-coli, którą piła Chris, za­raz dodała: - Mogłabyś użyć podkładki?

- Rany, czy two­ja sio­stra musi być taką suką? - po­wie­działa do mnie Chris, gdy tyl­ko Mar­got poszła na górę.

- Dzi­siaj wszy­scy są dla cie­bie su­ka­mi - od­parłam, pod­su­wając podkładkę pod puszkę.

- Bo są - stwier­dziła Chris, prze­wra­cając ocza­mi. - A two­ja sio­stra mogłaby wyciągnąć w końcu ten kij z tyłka.

- Słyszałam to! - krzyknęła z góry Mar­got.

- I bar­dzo do­brze! - od­krzyknęła Chris, po czym włożyła do ust ostat­ni klu­sek.

- Za chwilę Mar­got wyjeżdża - oznaj­miłam, wzdy­chając.

Chris prychnęła.

- Ro­zu­miem, że w związku z tym dro­gi Josh będzie co wieczór palił dla niej świeczkę w oknie? - po­wie­działa iro­nicz­nie.

Za­wa­hałam się. Nie byłam pew­na, czy in­for­ma­cja o roz­sta­niu Mar­got z Jo­shem nadal miała sta­tus ta­jem­ni­cy, ale z pew­nością moja sio­stra nie chciałaby, aby Chris wie­działa co­kol­wiek o jej oso­bi­stych spra­wach.

- No, nie wiem - skwi­to­wałam osta­tecz­nie.

- Jak to? Nie mów, rzu­ciła go? - za­py­tała Chris.

Z ociąga­niem kiwnęłam głową i szyb­ko dodałam:

- Tyl­ko ani słowa na ten te­mat przy Mar­got. Wciąż jest smut­na z tego po­wo­du.

- Mar­got? Smut­na? - po­wie­działa Chris, oglądając swo­je pa­znok­cie. - Mar­got w odróżnie­niu od nas wszyst­kich jest po­zba­wio­na ludz­kich uczuć.

- Nie znasz jej - od­parłam. - Poza tym nie wszy­scy muszą być tacy, jak ty - dodałam.

Chris wy­szcze­rzyła zęby w uśmie­chu. Miała duże i ostro zakończo­ne trójki, dla­te­go za­wsze, kie­dy tak się uśmie­chała, wyglądała trochę dra­pieżnie.

- To praw­da - stwier­dziła.

Chris jest eks­tra­wer­tyczką. Emo­cje po pro­stu w niej bu­zują, a co nosi w ser­cu, na­tych­miast ma na języku. Jest bar­dzo eks­pre­syj­na i głośna. Jed­nym słowem wciąż się wy­dzie­ra, a to dla­te­go, że - jak sama twier­dzi - trze­ba dawać upust emo­cjom, aby nie osłabły. Pamiętam, jak pew­ne­go razu na­wrzesz­czała na ko­bietę, która nie­chcący na­depnęła jej na stopę. Jej emo­cjom zde­cy­do­wa­nie nie gro­ziło osłabnięcie.

- Nie mogę uwie­rzyć, że za kil­ka dni Mar­got już z nami nie będzie - po­wie­działam, czując, że się roz­kle­jam.

- Prze­cież ona nie umie­ra. Prze­stań się mazać - stwier­dziła Chris, za­ci­skając ściągacz swo­ich czer­wo­nych spode­nek.

Były tak krótkie, że kie­dy usiadła, widać jej było bie­liznę, oczy­wiście do­pa­so­waną ko­lo­rem do szortów.

- Poza tym uważam, że dla cie­bie to do­brze - kon­ty­nu­owała Chris. - Naj­wyższa pora, żebyś zaczęła sama o so­bie de­cy­do­wać, za­miast ciągle słuchać tego, co po­wie królowa Mar­got. Je­steś w kla­sie ma­tu­ral­nej, suko. To czas na sza­leństwa, za­ba­wy, całowa­nie się z chłopa­ka­mi. Pożyj trochę!

- Ale ja żyję - od­parłam.

- Ja­sne, w domu opie­ki - prychnęła Chris, na co posłałam jej mor­der­cze spoj­rze­nie.

Kie­dy Mar­got zro­biła pra­wo jaz­dy, zgłosiła się jako wo­lon­ta­riusz­ka do Bel­le­view, po­bli­skie­go domu spo­koj­nej sta­rości. Do jej obo­wiązków należało or­ga­ni­zo­wa­nie miesz­kańcom cza­su wol­ne­go w go­dzi­nach popołudnio­wych. Często jej w tym po­ma­gałam. Przy­go­to­wy­wałyśmy przekąski i drin­ki, a Mar­got za­sia­dała do pia­ni­na, ale tyl­ko cza­sa­mi, po­nie­waż zwy­kle robiła to Stor­my, tam­tej­sza diwa, wiodąca prym wśród pen­sjo­na­riu­szy. Bar­dzo lubiłam słuchać snu­tych przez nią opo­wieści. Lubiłam również spędzać czas z panną Mary, która z po­wo­du de­men­cji gubiła się w opo­wia­da­niach, ale za to ge­nial­nie robiła na dru­tach, a ja z przy­jem­nością uczyłam się od niej.

Wie­działam, że ostat­nio w Bel­le­view po­ja­wi­li się nowi wo­lon­ta­riu­sze, co bar­dzo mnie ucie­szyło, po­nie­waż w większości miesz­kańcy domu opie­ki byli sa­mot­ni i nikt ich nie od­wie­dzał. Dla­te­go każdy człowiek z zewnątrz był na wagę złota. Sama miałam za­miar wrócić tam w naj­bliższym cza­sie i bar­dzo mi się nie po­do­bało, że Chris robiła so­bie z tego żarty.

- Lu­dzie, którzy tam miesz­kają, przeżyli więcej niż my wszy­scy ra­zem wzięci - po­wie­działam. - Na przykład Stor­my udzie­lała się w or­ga­ni­za­cji działającej na rzecz walczących w Wiet­na­mie i ich ro­dzin! Co­dzien­nie do­sta­wała set­ki listów od za­ko­cha­nych w niej żołnie­rzy. Pe­wien we­te­ran, który w wal­ce stra­cił nogę, wysłał jej na­wet pierścio­nek z bry­lan­tem.

- Za­trzy­mała go? - za­py­tała na­gle z nie­ukry­wa­nym za­in­te­re­so­wa­niem Chris.

- Tak.

Uważałam wpraw­dzie, że Stor­my nie po­win­na była tego robić, sko­ro nie za­mie­rzała wyjść za tego człowie­ka za mąż, ale pierścio­nek był na­prawdę piękny. Kie­dyś mi go po­ka­zała. Był to cu­dow­ny klej­not z bar­dzo rzad­kim różowym dia­men­tem. Z pew­nością war­ty mnóstwa pie­niędzy.

- Ta cała Stor­my to jakaś niezła nu­me­rant­ka - sko­men­to­wała Chris.

- Mogłabyś kie­dyś tam ze mną pójść - za­pro­po­no­wałam. - Pan Pe­rel­li uwiel­bia tańczyć i za­wsze wyciąga na par­kiet nowe dziew­czy­ny. Na­uczyłby cię foks­tro­ta.

Chris zro­biła taką minę, jak­bym za­pro­po­no­wała jej wy­cieczkę na miej­skie śmiet­ni­sko.

- Nie, dzięki. Le­piej, żebym to ja cie­bie za­brała na tańce - od­parła. - Te­raz, kie­dy two­ja sio­stra wyjeżdża - dodała i, wska­zała głową w stronę po­ko­ju Mar­got na górze - będzie­my mogły na­prawdę za­sza­leć. Wiesz, że uwiel­biam się bawić.

To praw­da. Chris za­wsze lubiła za­bawę. Cza­sa­mi poświęcała na to za dużo cza­su, ale bez wątpie­nia bawiła się świet­nie.

roz­dział trze­ci

Nadeszły ostat­nie dni lata i ostat­nie dni po­by­tu Mar­got w domu. Pomyślałam, że jej ze­rwa­nie z Jo­shem miało również po­zy­tyw­ne stro­ny, po­nie­waż dzięki temu mogłyśmy spędzić więcej cza­su ra­zem.

Je­stem pew­na, że Mar­got również o tym myślała i dla­te­go ze­rwała z Jo­shem na kil­ka dni przed wy­jaz­dem, a nie w ostat­niej chwi­li.

Ubiegłego roku Josh wprost za­ko­chał się w bie­ga­niu i od tam­tej pory re­gu­lar­nie tre­nu­je. Kie­dy z na­sze­go pod­jaz­du wy­je­chałyśmy na główną ulicę, zo­ba­czyłyśmy go na ścieżce. Kit­ty zawołała do nie­go, ale okna w sa­mo­cho­dzie były za­mknięte, więc nie za­re­ago­wał. Mimo to miałam wrażenie, że tyl­ko uda­wał.

- Zawróć - po­wie­działa Kit­ty do Mar­got. - Może będzie chciał z nami po­je­chać.

- Dzi­siaj jest dzień Songówek, Kit­ty - po­wie­działam.

Cały ra­nek spędziłyśmy w dro­ge­rii, ku­pując ostat­nie niezbędne rze­czy, które miały się przy­dać Mar­got pod­czas lotu. Były to między in­ny­mi słod­kie przekąski, dez­odo­rant w sztyf­cie i gum­ki do włosów. Po­zwo­liłyśmy Kit­ty pchać skle­po­wy wózek, po­nie­waż za­wsze miała z tego nie­sa­mo­wi­ty ubaw - naj­pierw rozpędzała się na początku alej­ki, a po­tem wska­ki­wała na tylną oś i je­chała jak na ry­dwa­nie. Mar­got po­zwa­lała jej powtórzyć ten ma­newr tyl­ko kil­ka razy, żeby nie de­ner­wo­wać po­zo­stałych klientów.

Po po­wro­cie do domu zdążyłyśmy tyl­ko zjeść sałatkę z kur­cza­kiem i zie­lo­ny­mi wi­no­gro­na­mi i już trze­ba było wy­cho­dzić, żeby za­wieźć Kit­ty na za­wo­dy pływac­kie. Spa­ko­wałyśmy do tor­by ka­nap­ki z se­rem i szynką, sałatkę owo­cową oraz lap­top Mar­got. Za­wo­dy trwały bar­dzo długo, często kończyły się późnym wie­czo­rem, więc żeby nam się nie dłużyło, po­sta­no­wiłyśmy obej­rzeć film. Za­brałyśmy również trans­pa­rent z na­pi­sem "Bra­wo, Kit­ty!" ozdo­bio­ny wi­ze­run­kiem psa. Oka­zało się, że tata nie przyj­dzie, po­nie­waż właśnie od­bie­rał poród. Co praw­da wszyst­ko odbyło się bez kom­pli­ka­cji, ale na za­wo­dy nie zdążył. Później się do­wie­działam, że uro­dziła się dziew­czyn­ka. Do­stała imio­na Pa­tri­cia Rose, po obu swo­ich bab­ciach. Tata za­wsze pro­sił pa­cjent­ki, aby zdra­dziły mu, jak będzie się na­zy­wało dziec­ko, po­nie­waż pierw­sze, o co go pytałam, kie­dy wra­cał do domu, to właśnie imio­na ma­luchów.

Kit­ty dwu­krot­nie wy­grała i raz zajęła dru­gie miej­sce. Po za­wo­dach - z głową owi­niętą ręczni­kiem i me­da­la­mi za­wie­szo­ny­mi na uszach jak kol­czy­ki - wsko­czyła na tyl­ne sie­dze­nie sa­mo­cho­du. Była tak pod­eks­cy­to­wa­na zwy­cięstwa­mi, że do­pie­ro w dro­dze do domu przy­po­mniała so­bie o Jo­shu.

- Ej! A może za­pro­si­my Jo­sha? - za­pro­po­no­wała.

Zno­wu zo­ba­czyłam wa­ha­nie na twa­rzy Mar­got, więc od­po­wie­działam za nią.

- Josh mu­siał dzi­siaj iść do pra­cy w księgar­ni, ale bar­dzo żałował, że się nie spo­tka­cie.

Przy­najm­niej w kłam­stwach byłam lep­sza od sio­stry.

Mar­got złapała mnie za rękę i lek­ko ścisnęła w geście wdzięczności. Kit­ty wydęła dolną wargę i po­wie­działa:

- To ostat­nia szan­sa na wspólne spo­tka­nie. Poza tym Josh obie­cał, że przyj­dzie na za­wo­dy.

- Ale w ostat­niej chwi­li oka­zało się, że nie może - od­parłam. - Jego ko­le­dze z pra­cy coś wy­padło i mu­siał wziąć za nie­go zmianę.

Wciąż na­bur­mu­szo­na Kit­ty kiwnęła głową na znak, że ro­zu­mie. Cho­ciaż była mała, do­sko­na­le wie­działa, jak to bywa z nagłymi zmia­na­mi w pra­cy.

- Chodźmy na mrożony krem1 - wtrąciła na­gle Mar­got.

Kit­ty szyb­ko się roz­pro­mie­niła i na­tych­miast za­po­mniała o Jo­shu.

- Hura! Ja chcę w rożku! Będę mogła zjeść dwie por­cje? Miętowy i orze­cho­wy. Albo nie. Tęczo­wy sor­bet z podwójną bitą śmie­taną. Albo nie...

- Nie zjesz dwóch por­cji w wa­fel­ku - prze­rwałam jej. - W ku­becz­ku tak, ale w wa­fel­ku nie dasz rady.

- Dam, dzi­siaj dam. Je­stem po­twor­nie głodna.

- Do­brze, ale pamiętaj, że nikt nie będzie po to­bie do­ja­dał - po­wie­działam, udając, że grożę Kit­ty pal­cem, na co ona przewróciła ocza­mi i za­chi­cho­tała.

Sama miałam jak zwy­kle ochotę na krem wiśnio­wy z kawałkami cze­ko­la­dy.

Mar­got zajęła ko­lejkę do okien­ka.

- Założę się, że w Szko­cji nie mają mrożone­go kre­mu.

- Pew­nie nie - od­parła.

- A więc nie będziesz miała oka­zji go jeść aż do Święta Dziękczy­nie­nia - dodałam.

- Do Gwiazd­ki - po­pra­wiła mnie Mar­got, patrząc przed sie­bie. - Na Święto Dziękczy­nie­nia nie będzie mi się opłacało przy­la­ty­wać. To tyl­ko je­den dzień. Pamiętasz?

- No, to Święto Dziękczy­nie­nia będzie do kitu - stwier­dziła Kit­ty.

Nic nie po­wie­działam. Jesz­cze nig­dy nie ob­cho­dzi­liśmy Święta Dziękczy­nie­nia bez Mar­got. To ona za­wsze przy­go­to­wy­wała in­dy­ka, za­pie­kankę z bro­kułami i du­szoną ce­bulkę. Do mo­ich zadań należało pie­cze­nie ciast (dy­nio­we­go i orze­cho­we­go) oraz purée z ziem­niaków. Z ko­lei Kit­ty była na­szym te­ste­rem i zaj­mo­wała się przy­go­to­wa­niem stołu. Na­wet nie wie­działam, jak się pie­cze in­dy­ka, a na ko­lację za­wsze przy­cho­dziły obie na­sze bab­cie. Mar­got była ulu­bie­nicą bab­ci Co­vey, która za­wsze po­wta­rzała, że Kit­ty ją męczy, a ja ciągle bu­jam w obłokach.

Pod wpływem tych wszyst­kich myśli wpadłam w pa­nikę. Zaczęło mi być dusz­no i prze­stałam mieć ochotę na mrożony krem wiśnio­wy z kawałkami cze­ko­la­dy. W ogóle nie byłam w sta­nie wy­obra­zić so­bie Święta Dziękczy­nie­nia bez Mar­got. Tak na­prawdę to nie mogłam so­bie wy­obra­zić ani jed­ne­go dnia bez niej. Zda­rza się, że sio­stry nie żyją ze sobą w zgo­dzie, ale Mar­got była dla mnie naj­bliższą osobą na świe­cie. Jak my so­bie bez niej po­ra­dzi­my?

roz­dział pierw­szy

Josh jest chłopa­kiem Mar­got, ale tak na­prawdę ko­cha się w nim cała moja ro­dzi­na. Trud­no na­wet określić, kto naj­bar­dziej. Za­nim Josh zo­stał chłopa­kiem Mar­got, był po pro­stu Jo­shem. Od za­wsze kręcił się w po­bliżu. Mówię tak, cho­ciaż to nie do końca praw­da, po­nie­waż prze­pro­wa­dził się do na­szej oko­li­cy do­pie­ro sie­dem lat temu, ale nie pamiętam już, jak było, kie­dy go nie było, więc wy­da­je mi się, że jest z nami od za­wsze.

Mój tata ko­cha Jo­sha, po­nie­waż Josh jest mężczyzną, a mój tata żyje jak w ha­re­mie, oto­czo­ny wyłącznie przez ko­bie­ty. Dosłownie. Cały dzień ma do czy­nie­nia z sa­my­mi dziew­czy­na­mi. Nie dość, że jest gi­ne­ko­lo­giem-położni­kiem, to w do­dat­ku los ob­da­rzył go trze­ma córka­mi, więc gdzie­kol­wiek się obróci, wszędzie wi­dzi ko­bie­ty. Tata lubi Jo­sha również za to, że Josh uwiel­bia ko­mik­sy i cho­dzi z nim na ryby.

Pamiętam, że kie­dyś za­brał na wędko­wa­nie nas, czy­li córki, i źle się to skończyło. Ja się roz­ry­czałam, kie­dy za­mu­lo­na woda nalała mi się do butów, Mar­got zaczęła płakać, bo za­mo­czyła książkę, a Kit­ty - jak to małe dziec­ko - płakała prak­tycz­nie przez cały czas.

Kit­ty uwiel­bia Jo­sha za to, że w nie­skończo­ność gra z nią w kar­ty i nig­dy mu się ta za­ba­wa nie nu­dzi, a przy­najm­niej bar­dzo do­brze uda­je, że go nie nu­dzi. Przy każdym roz­da­niu zakładają się. Kit­ty zwy­kle wymyśla coś w sty­lu "gdy wy­gram, mu­sisz mi przy­go­to­wać ka­napkę z masłem orze­cho­wym z chrup­ka­mi, ale bez chru­pek".

Jeśli w domu nie ma masła, a Kit­ty go ogry­wa, oczy­wiście Josh idzie do skle­pu i ku­pu­je masło orze­cho­we z chrup­ka­mi. Cały on.

Gdy­by ktoś za­py­tał mnie, dla­cze­go Mar­got ko­cha Jo­sha, od­po­wie­działabym, że chy­ba dla­te­go, że po pro­stu wszy­scy go uwiel­biają.

Tam­te­go wie­czo­ru sie­dzie­liśmy w sa­lo­nie. Po całym dy­wa­nie walały się kawałki pa­pie­ru i ścin­ki po na­klej­kach z psa­mi, którymi Kit­ty uzu­pełniała wielką wy­kle­jankę. Pochłonięta za­bawą nuciła pod no­sem i mru­czała do sie­bie. W pew­nej chwi­li usłysze­liśmy, jak mówi, że jeśli tatuś za­py­ta ją, co chce do­stać na Gwiazdkę, to od­po­wie, żeby wy­brał jed­ne­go z tych piesków i to ab­so­lut­nie wy­star­czy.

Mar­got i Josh sie­dzie­li na ka­na­pie. Ja oglądałam te­le­wizję z po­zio­mu podłogi. Josh zro­bił wielką michę po­pcor­nu, do której co chwilę sięgałam.

W te­le­wi­zji le­ciała re­kla­ma per­fum. Na fil­mie roz­pro­mie­nio­na dziew­czy­na w zwiew­nej let­niej su­kien­ce biegła uli­ca­mi Paryża. Pomyślałam, że oddałabym wszyst­ko, żeby nią w tej chwi­li być. To pod­sunęło mi pewną ge­nialną myśl. Gwałtow­nie ze­rwałam się z podłogi, przez co kawałek po­pcor­nu wpadł mi w złą dziurkę, za­krztu­siłam się i zaczęłam kasłać.

- Mar­got - wy­du­siłam w końcu. - Spo­tkaj­my się pod­czas fe­rii wio­sen­nych w Paryżu!

Ocza­mi wy­obraźni już wi­działam sie­bie prze­mie­rzającą w pod­sko­kach pa­ry­skie uli­ce, z porcją pi­sta­cjo­wych lodów w jed­nej i ma­li­no­wych w dru­giej dłoni.

- Myślisz, że tata ci po­zwo­li? - po­wie­działa wyraźnie pod­eks­cy­to­wa­na moim po­mysłem.

- Pew­nie, prze­cież Paryż to oaza kul­tu­ry. Musi się zgo­dzić.

Jej oba­wy nie były bez­pod­staw­ne - jesz­cze nig­dzie sama nie le­ciałam. Co więcej nig­dy na­wet nie byłam za gra­nicą. Od razu zaczęłam się za­sta­na­wiać, czy Mar­got od­bie­rze mnie z lot­ni­ska, czy też sama będę mu­siała zna­leźć ho­stel?

Josh naj­wy­raźniej do­strzegł w mo­ich oczach cień nie­po­ko­ju.

- Nie martw się. Jeśli ja z tobą po­lecę, tata na pew­no się zgo­dzi - po­wie­dział.

- Właśnie! - pod­chwy­ciłam z en­tu­zja­zmem. - Możemy się za­trzy­mać w ja­kimś ho­ste­lu. Przez cały po­byt będzie­my się żywić ciast­ka­mi i se­rem.

- Możemy pójść na grób Jima Mor­ri­so­na - do­rzu­cił Josh.

- Albo do per­fu­me­rii i kupić so­bie per­fu­my ro­bio­ne na zamówie­nie - po­wie­działam.

Josh prychnął.

- Myślę, że per­fu­my na zamówie­nie będą kosz­to­wać tyle, co ty­go­dnio­wy noc­leg w ho­ste­lu - od­parł, po czym szturchnął Mar­got i dodał: - Two­ja sio­stra ma wiel­ko­pańskie zapędy.

- Jest naj­bar­dziej ele­ganc­ka z nas wszyst­kich - stwier­dziła Mar­got.

- A ja? - za­py­tała Kit­ty.

- Co ty? - fuknęłam. - Ty je­steś naj­mniej ele­gancką Songówką. Co wieczór muszę cię błagać, żebyś przed snem umyła cho­ciaż nogi, nie mówiąc o prysz­ni­cu.

- Nie o tym mówię - od­pa­ro­wała Kit­ty, czer­wie­niąc się jak bu­rak. - Cho­dziło mi o Paryż.

- Je­steś za mała na miesz­ka­nie w ho­ste­lu - od­po­wie­działam, a żeby pod­kreślić słuszność swo­ich słów, lek­ce­ważąco machnęłam ręką.

Mimo że Kit­ty ma dzie­więć lat i jest już całkiem dużą dziew­czynką, pod­pełzła na czwo­ra­ka do Mar­got i zro­biła coś, co zupełnie nie przy­stoi dzie­więcio­let­nim dziew­czynkom, czy­li wdra­pała się jej na ko­la­na.

- Mar­got, ja też będę mogła z wami po­je­chać, praw­da? - za­py­tała przy­mil­nie.

- Myślę, że to świet­ny plan na ro­dzin­ne wa­ka­cje - od­po­wie­działa Mar­got, całując ją w po­li­czek. - Wszy­scy po­jadą. I ty, i Lara Jean, i tata.

Słysząc to, za­marłam, po­nie­waż zupełnie nie ta­kie pa­ry­skie wa­ka­cje miałam na myśli. Po chwi­li do­strzegłam jed­nak, że Josh ma­cha do mnie po­nad głową Kit­ty i bezgłośnie mówi "po­roz­ma­wia­my po­tem", na co z ulgą od­po­wie­działam dys­kret­nym unie­sie­niem kciuków.

Późnym wie­czo­rem, kie­dy Josh daw­no po­szedł do swo­je­go domu, a Kit­ty i tata położyli się spać, prze­niosłyśmy się z Mar­got do kuch­ni. Moja sio­stra włączyła lap­top i zajęła się swo­imi spra­wa­mi, a ja wzięłam się za pie­cze­nie cia­ste­czek dla Kit­ty (bisz­kop­to­wych ku­le­czek ob­to­czo­nych w cy­na­mo­nie i cu­krze), aby wku­pić się po­now­nie w jej łaski. Wcześniej, kie­dy poszłam jej po­wie­dzieć do­bra­noc, odwróciła się do mnie ple­ca­mi. Wciąż uważała, że knuję prze­ciw­ko niej, żeby nie po­je­chała do Paryża. Stwier­dziłam, że świet­nym po­mysłem będzie przy­go­to­wa­nie słodkości i po­sta­wie­nie ta­le­rzy­ka na jej noc­nym sto­li­ku, tak żeby obu­dził ją za­pach świeżo upie­czo­nych cia­stek.

Mar­got przez cały czas była dziw­nie ci­cha. W końcu spoj­rzała na mnie znad mo­ni­to­ra i wy­pa­liła:

- Dzi­siaj po ko­la­cji ze­rwałam z Jo­shem.

Byłam tak za­sko­czo­na jej wy­zna­niem, że upuściłam ku­leczkę cia­sta do cu­kier­ni­cy.

- Wiesz, myślę, że po pro­stu nad­szedł czas i mu­siałam to zro­bić - dodała Mar­got.

Kie­dy na nią spoj­rzałam, na jej twa­rzy nie za­uważyłam cie­nia roz­pa­czy: żad­nych za­czer­wie­nio­nych oczu ani śladów łez. Mówiła spo­koj­nie i za­cho­wy­wała się całkiem nor­mal­nie. Ktoś, kto jej nie znał, stwier­dziłby, że wszyst­ko jest w naj­lep­szym porządku. Tyle że Mar­got za­wsze wyglądała nor­mal­nie, na­wet jak nic nie było w porządku.

- Nie ro­zu­miem, dla­cze­go podjęłaś taką de­cyzję - po­wie­działam. - To, że idziesz na stu­dia, wca­le nie ozna­cza, że mu­si­cie się roz­stać.

- Wyjeżdżam do Szko­cji, a nie na uni­wer­sy­tet w Wir­gi­nii. St An­drews jest pra­wie sześć i pół tysiąca ki­lo­metrów stąd. Czy taki związek miałby sens? - od­parła Mar­got, po­pra­wiając oku­la­ry.

- Czy miałby sens? - powtórzyłam z nie­do­wie­rza­niem. - Oczy­wiście, że tak. Nie mówimy o kimś przy­pad­ko­wym, tyl­ko o Jo­shu. O Jo­shu! Chłopa­ku, który ko­cha cię tak jak jesz­cze żaden fa­cet nig­dy nie ko­chał żad­nej ko­bie­ty.

Mar­got skrzy­wiła się. Naj­wy­raźniej uważała, że dra­ma­ty­zuję, ale tak nie było. Josh na­prawdę ko­chał Mar­got do sza­leństwa. I nig­dy w życiu nie spoj­rzałby na inną dziew­czynę.

- Wiesz, co kie­dyś po­wie­działa mi mama? - ode­zwała się Mar­got.

- Co? - za­py­tałam, na­tych­miast za­po­mi­nając o te­ma­cie na­szej roz­mo­wy.

Za­wsze tak było. Nie­ważne, co aku­rat robiłam. Nie­ważne, czy się kłóciłyśmy, czy za chwilę miałam wpaść pod sa­mochód. Kie­dy Mar­got wspo­mi­nała o ma­mie, wszyst­ko inne prze­sta­wało mnie in­te­re­so­wać. Chciałam dzie­lić z siostrą każde naj­drob­niej­sze wspo­mnie­nie o ma­mie. I tak byłam w lep­szej sy­tu­acji niż Kit­ty, która - gdy­by nie my - nie wie­działaby o niej ni­cze­go. Tysiąc razy opo­wia­dałyśmy jej te same hi­sto­rie, aż w końcu, kie­dy mówiła o ma­mie, roz­po­czy­nała od słów "A pamięta­cie...", jak­by oso­biście uczest­ni­czyła w wy­da­rze­niu, które za­raz miała przy­to­czyć.

- Po­wie­działa, żebym idąc na stu­dia, po­sta­rała się być jak czy­sta kar­ta i nie ciągnęła za sobą przeszłości. Po­wie­działa, że nie chce, żebym spędzała czas, wisząc na te­le­fo­nie z chłopa­kiem i płacząc mu przez słuchawkę, bo wte­dy będę do wszyst­kie­go ne­ga­tyw­nie na­sta­wio­na, za­miast cie­szyć się tym, co przy­nie­sie nowy etap w moim życiu.

Wy­cho­dziło na to, że Mar­got trak­to­wała Szkocję jak nowy etap w życiu. Byłam tak za­to­pio­na w myślach, że bez­wied­nie wsunęłam do ust przy­go­to­waną właśnie cu­kro­wo-cy­na­mo­nową kulkę.

- Nie po­win­naś jeść su­ro­we­go cia­sta - zga­niła mnie Mar­got.

- Josh nig­dy by cię nie zo­sta­wił - po­wie­działam, zupełnie igno­rując jej słowa. - Za­wsze chciał wszyst­ko z tobą dzie­lić. Jest wyjątko­wy. Pamiętasz, jak star­to­wałaś w wy­bo­rach na prze­wod­niczącą szkol­ne­go sa­morządu? Zajął się pro­wa­dze­niem two­je­go szta­bu. Za­wsze ci we wszyst­kim ki­bi­co­wał!

Na te słowa kąciki ust Mar­got wyraźnie zadrżały i nie­co opadły. Po­deszłam do sio­stry i objęłam ją za szyję.

- Nic mi nie jest - po­wie­działa z uśmie­chem, przy­tu­lając się do mnie, ale wie­działam, że to nie­praw­da.

- Jesz­cze nie jest za późno - stwier­dziłam. - Na­wet te­raz możesz do nie­go pójść i po­wie­dzieć, że jed­nak zmie­niłaś zda­nie.

- Nie, Laro Jean - oznaj­miła Mar­got, kręcąc głową. - To już skończo­ne - dodała, a kie­dy zwol­niłam uścisk, za­mknęła lap­top i za­py­tała: - Kie­dy będzie go­to­wa pierw­sza par­tia cia­ste­czek? Je­stem głodna.

Spoj­rzałam na mi­nut­nik na lodówce.

- Jesz­cze czte­ry mi­nu­ty - od­parłam. - Nie­ważne, co mówisz. Nic nie jest skończo­ne. Za bar­dzo go ko­chasz.

- Laro Jean... - po­wie­działa tym swo­im spo­koj­nym głosem i pokręciła głową, jak­bym była ma­lu­chem, który nie chce cze­goś pojąć, a ona - doj­rzałym, cier­pli­wym ro­dzi­cem.

Kie­dy jed­nak pod­sunęłam jej pod nos cy­na­mo­no­we ku­lecz­ki, otwo­rzyła buzię i połknęła je z lubością, jak­by wciąż była małym dziec­kiem.

- Zo­ba­czysz, że mam rację. Ani się obej­rzysz, a zno­wu będzie­cie ra­zem - po­wie­działam, ale wca­le nie byłam tego pew­na.

Mar­got nie należy do osób, które z mi­nu­ty na mi­nutę zmie­niają zda­nie. Jeśli już po­dej­mie de­cyzję, to ko­niec. Nie ma roz­k­mi­nia­nia, roz­pa­czy, żałoby. Klam­ka za­pa­da i cześć.

Myśl o tym, że chciałabym być do niej pod tym względem po­dob­na, po­ja­wiała się w mo­jej głowie mi­lion razy. Nig­dy jed­nak nie byłam tak kon­se­kwent­na, jak moja sio­stra, choć bar­dzo chciałam.

Kie­dy skończyłam piec cia­stecz­ka, umyłam na­czy­nia i za­niosłam ta­le­rzyk z cy­na­mo­no­wy­mi ku­lecz­ka­mi do po­ko­ju Kit­ty, a po­tem poszłam do swo­jej sy­pial­ni. Za­nim włączyłam lampkę, po­deszłam do okna. W po­ko­ju Jo­sha świe­ciło się światło.

roz­dział siódmy

Następne­go dnia od­wieźliśmy Mar­got na lot­ni­sko. Kie­dy załado­wa­liśmy wszyst­kie wa­liz­ki na wózek bagażowy, Kit­ty wspięła się na górę i zaczęła tańczyć, ale po chwi­li tata ściągnął ją na dół. Mar­got na­le­gała, żebyśmy da­lej jej nie od­pro­wa­dza­li.

- Pozwól cho­ciaż po­dejść z tobą do od­pra­wy - po­pro­sił tata, z tru­dem ma­new­rując wózkiem. - Chcę zo­ba­czyć, że bez­piecz­nie prze­cho­dzisz przez kon­trolę.

- Dam so­bie radę - od­parła. - Prze­cież nie pierw­szy raz lecę i wiem, co mam robić - dodała, po czym wspięła się na pal­ce, aby uścisnąć tatę. - Za­dzwo­nię, gdy tyl­ko dotrę na miej­sce.

- Masz dzwo­nić co­dzien­nie - wy­szep­tałam.

Po­czułam, jak w gar­dle rośnie mi wiel­ka gula, aż w końcu z oczu po­ciekły łzy. Nie chciałam płakać, po­nie­waż wie­działam, że Mar­got po­wstrzy­ma się od łez, a głupio jest ry­czeć sa­me­mu, ale nie dałam rady.

- Nie waż się o nas za­po­mnieć - po­wie­działa Kit­ty groźnym to­nem.

- Jak bym mogła - od­po­wie­działa z uśmie­chem Mar­got, po czym jesz­cze raz uścisnęła nas wszyst­kich po ko­lei, a mnie na sa­mym końcu.

Trzy­małam ją moc­no, nie chciałam puścić. Wciąż cze­kałam na jakiś znak, że będzie za nami tęskniła. W końcu Mar­got roześmiała się i wte­dy po­zwo­liłam jej wy­sunąć się z mo­ich objęć.

- Cześć, Gogo - po­wie­działam, ocie­rając łzy brze­giem ko­szul­ki.

Pa­trzy­liśmy, jak zni­ka w głębi lot­ni­ska, po­py­chając przed sobą wózek z bagażem. Rozpłakałam się na do­bre. Ko­szul­ka już nie wy­star­czała, mu­siałam po­ma­gać so­bie wierz­chem dłoni. Tata objął mnie i Kit­ty.

- Po­cze­ka­my, aż mi­nie bram­ki.

Mar­got przeszła przez od­prawę bagażową i szkla­ne drzwi. Odwróciła się, od­na­lazła nas wzro­kiem i po­ma­chała, a po­tem ru­szyła w kie­run­ku od­prawy cel­nej. Myśleliśmy, że jesz­cze raz się odwróci, ale tego nie zro­biła. Już te­raz wy­da­wała się taka od­legła. Nie­zwy­ciężona Mar­got, za­wsze dziel­na. Pomyślałam, że kie­dy ja będę wyjeżdżać, na pew­no nie będę się trzy­mać tak dziel­nie, jak moja sio­stra. Ale kto by jej dorównał?

Płakałam całą drogę do domu. Kit­ty mówiła, że za­cho­wuję się go­rzej niż dziec­ko, ale po­tem wy­chy­liła się do przo­du z tyl­ne­go sie­dze­nia i ścisnęła mnie za rękę. Jej również było smut­no.

Cho­ciaż Mar­got nig­dy nie hałaso­wała, kie­dy tym ra­zem we­szliśmy do domu, pa­no­wała w nim dziw­na ci­sza. I nie­sa­mo­wi­ta pust­ka. Zaczęłam się za­sta­na­wiać, co będzie, kie­dy za dwa lata ja wy­jadę na stu­dia. Co wte­dy zro­bią tata i Kit­ty? Nie byłam w sta­nie znieść myśli, że co­dzien­nie będą wra­cać do smut­ne­go domu, w którym nie ma nas obu. Może po pro­stu wy­biorę uczel­nię w po­bliżu, żebym cho­ciaż przez pierw­szy se­mestr nie mu­siała miesz­kać w kam­pu­sie. Tak, to bar­dzo do­bry po­mysł.

roz­dział szósty

Oto hi­sto­ria związku Mar­got i Jo­sha.

Byliśmy z Jo­shem w bi­blio­te­ce. Obo­je mie­liśmy przerwę w lek­cjach i Josh po­ma­gał mi w ma­te­ma­ty­ce, z którą świet­nie so­bie ra­dził. Ra­zem po­chy­la­liśmy się nad moim ze­szy­tem. Był tak bli­sko, że czułam za­pach mydła, którego używał.

- Po­trze­buję two­jej rady - po­wie­dział na­gle. - Ktoś mi się po­do­ba.

W pierw­szej chwi­li pomyślałam, że cho­dzi o mnie. To zna­czy miałam na­dzieję, że cho­dzi o mnie. Był początek roku szkol­ne­go. Przez cały sier­pień wi­dy­wa­liśmy się prak­tycz­nie co­dzien­nie. Często pływa­liśmy, więc zdążyłam się bar­dzo ład­nie opa­lić przez ten mie­siąc. Nie­kie­dy spędza­liśmy czas w to­wa­rzy­stwie Mar­got, ale najczęściej byliśmy sami, po­nie­waż moja sio­stra trzy dni w ty­go­dniu miała prak­ty­ki na plan­ta­cji Mont­pel­lier. Przez tę jedną, je­dyną se­kundę myślałam, że za­raz usłyszę swo­je imię.

Jed­nak gdy zo­ba­czyłam, że Josh się ru­mie­ni i od­wra­ca głowę, już wie­działam, że nie o mnie mówił.

W myślach wy­mie­niałam na­zwi­ska wszyst­kich dziew­czyn, z którymi znał się Josh, sta­rając się zgadnąć, o którą cho­dzi. Li­sta nie była długa, po­nie­waż Josh nie ko­le­go­wał się z wie­lo­ma oso­ba­mi. Miał tyl­ko dwóch przy­ja­ciół - Jer­seya Mike'a, który w połowie szkoły prze­pro­wa­dził się do na­szej oko­li­cy z New Jer­sey, oraz Bena. I to wszyst­ko.

Naj­pierw pomyślałam o Ash­ley z drużyny siat­kar­skiej, po­nie­waż Josh po­wie­dział kie­dyś, że jest najład­niejszą dziew­czyną ze swo­je­go rocz­ni­ka. Sama byłam so­bie win­na, bo wy­mu­siłam na nim, aby wy­mie­nił wszyst­kie naj­piękniej­sze uczen­ni­ce z da­ne­go roku. Jeśli cho­dzi o mój rocz­nik, to najład­niejsza wy­da­wała mu się Ge­ne­vie­ve. Mimo że nie było w tym nic za­ska­kującego, to po­czułam w ser­cu małe ukłucie.

Drugą dziew­czyną, która przyszła mi na myśl, była Jo­die, koleżanka Jo­sha z pra­cy. Josh bar­dzo często pod­kreślał, jaka jest mądra i wy­kształcona, po­nie­waż przez jakiś czas stu­dio­wała w In­diach, a te­raz jest bud­dystką. A co ze mną? Prze­cież byłam pół-Ko­re­anką. To ja na­uczyłam go posługi­wać się pałecz­ka­mi. To w moim domu po raz pierw­szy w życiu jadł kim­chi2.

Kie­dy w końcu zde­cy­do­wałam, że po pro­stu za­py­tam, o kogo mu cho­dzi, po­deszła do nas bi­blio­te­kar­ka i zwróciła nam uwagę, żebyśmy byli ci­szej, więc wróciliśmy do ma­te­ma­ty­ki. Josh nie po­wie­dział już ani słowa, a ja nie ciągnęłam te­ma­tu. Chy­ba tak na­prawdę nie chciałam wie­dzieć, sko­ro nie do­ty­czyło to mnie.

Na­wet do głowy mi nie przyszło, że Josh mówił o Mar­got. Nie to, żebym uważała, że moja sio­stra nie może się po­do­bać chłopa­kom. Po pro­stu wcześniej uma­wiała się na rand­ki ze spe­cy­ficz­ny­mi fa­ce­ta­mi, zwy­kle ko­le­ga­mi z la­bo­ra­to­rium albo społecz­ni­ka­mi. W su­mie nic dziw­ne­go, że Josh się nią za­in­te­re­so­wał, sko­ro był ta­kim sa­mym mądrym i lubiącym naukę ty­pem jak tam­ci.

Gdy­bym miała opi­sać Jo­sha, po­wie­działabym, że ni­czym się nie wyróżnia. Wygląda jak ty­po­wy in­for­ma­tyk, a ko­mik­sy na­zy­wa po­wieścia­mi w ob­raz­kach. Ma ja­snobrązowe włosy i zie­lo­ne oczy z brązo­wy­mi plam­ka­mi na tęczówce. Jest szczupły, ale wy­spor­to­wa­ny i sil­ny. Wiem to, bo gdy skręciłam so­bie kostkę na tre­nin­gu ba­se­bal­lu, niósł mnie na ple­cach całą drogę do domu. Jest też pie­gu­sem, przez co wygląda na mniej niż swo­je sie­dem­naście lat. Ma poważną twarz, a na le­wym po­licz­ku - dołeczek, który bar­dzo lubię.

Za­sko­czyło mnie, że Mar­got też była nim za­in­te­re­so­wa­na. To było zupełnie nie­po­dob­ne do niej. Nig­dy wcześniej nie słyszałam, żeby moja sio­stra mówiła, że po­do­ba się jej jakiś chłopak. To ja byłam za­wsze tą "szcze­bioczącą, roz­ma­rzoną dziew­czyną", jak mówiła bab­cia, mama taty. Ale nie Mar­got. Ona była po­nad tym. Żyła w in­nej, wyższej rze­czy­wi­stości, gdzie w ogóle nie mówiło się o chłopa­kach, ma­ki­jażu czy ciu­chach.

Wszyst­ko wy­da­rzyło się zupełnie nie­spo­dzie­wa­nie.

Tam­te­go chłod­ne­go paździer­ni­ko­we­go dnia Mar­got jak zwy­kle wróciła ze szkoły późnym wie­czo­rem. Po lek­cjach pra­co­wała nad ja­kimś pro­jek­tem.

Była aku­rat pora ko­la­cji. Przy­go­to­wałam kur­cza­ka w par­me­za­nie z ma­ka­ro­nem w so­sie po­mi­do­ro­wym.

Kie­dy Mar­got weszła do kuch­ni, za­uważyłam, że oczy jej błyszczą. Miała zaróżowio­ne od chłodu po­licz­ki, roz­wia­ne włosy i ciepły sza­lik na szyi.

Kit­ty sie­działa przy ku­chen­nym sto­le i od­ra­biała lek­cje, tata był w dro­dze do domu, a ja kończyłam pod­grze­wać sos.

- Muszę ci coś po­wie­dzieć - oświad­czyła Mar­got, ściągając sza­lik.

- Co? - za­py­tałyśmy z Kit­ty jed­no­cześnie.

- Po­do­bam się Jo­sho­wi - po­wie­działa Mar­got, przykładając dłonie do po­liczków.

Za­marłam, ale po chwi­li doszłam do sie­bie i po­zwo­liłam, aby drew­nia­na łyżka zno­wu za­nu­rzyła się w so­sie.

- Jo­sho­wi? Na­sze­mu Jo­sho­wi? - za­py­tałam, nie patrząc jej w oczy.

Nie mogłam tego zro­bić. Bałam się, że do­strzegłaby w nich prawdę.

- Tak. Cze­kał na mnie po szko­le, żeby mi po­wie­dzieć, że... Że je­stem dziew­czyną jego ma­rzeń. Nie­sa­mo­wi­te, praw­da? - po­wie­działa Mar­got, uśmie­chając się nie­pew­nie.

- O rany! - od­parłam.

Bar­dzo chciałam, żeby za­brzmiało to radośnie, ale nie wiem, czy mi się udało. W ser­cu czułam roz­pacz. I za­zdrość. Za­zdrość tak ogromną i in­ten­sywną, że myślałam, iż za­raz się nią uduszę. Jed­nak ze­brałam się w so­bie, przy­wołałam na usta wy­mu­szo­ny uśmiech i spróbowałam jesz­cze raz:

- O rany, Mar­got!

- O rany! - zawtórowała mi Kit­ty. - Czy to zna­czy, że je­steście te­raz parą?

Mar­got od­cze­kała chwilę.

- Cóż... Chy­ba tak - po­wie­działa w końcu, po czym uśmiechnęła się pro­mien­nie.

Jej spoj­rze­nie było słod­kie i miękkie jak płynny miód. Do­pie­ro wówczas zdałam so­bie sprawę, że Mar­got od­wza­jem­niała uczu­cia Jo­sha.

W nocy na­pi­sałam do nie­go list.

Za­czy­nał się od słów "Dro­gi Jo­shu...".

I płakałam.

Płakałam za tym, co się skończyło, za­nim się zaczęło. Płakałam nie dla­te­go, że Josh wy­brał Mar­got, ale po­nie­waż to ona wy­brała jego.

I tyle.

Wypłakałam z sie­bie wszyst­ko, po­tem prze­lałam swo­je uczu­cia na pa­pier i odłożyłam do pudełka na ka­pe­lu­sze. Od tam­tej pory ani razu nie myślałam o Jo­shu jak o po­ten­cjal­nym chłopa­ku. On i Mar­got byli dla sie­bie stwo­rze­ni. Josh i Mar­got równa się WNM. Wiel­ka Nieśmier­tel­na Miłość.

Kie­dy Mar­got wróciła do po­ko­ju, nadal nie spałam, ale za­mknęłam oczy i uda­wałam. Kit­ty przy­tu­liła się do mnie przez sen.

W pew­nej chwi­li usłyszałam dziw­ny dźwięk, więc nie­po­strzeżenie uniosłam lek­ko jedną po­wiekę i spoj­rzałam na siostrę. Leżała odwrócona ple­ca­mi. Jej ra­mio­na ryt­micz­nie po­dry­gi­wały. Mar­got płakała.

Ale prze­cież Mar­got nig­dy nie płakała.

Kie­dy zo­ba­czyłam, jak roz­pa­cza po Jo­shu, upew­niłam się, że to nie jest ko­niec ich hi­sto­rii.

roz­dział dru­gi

Następne­go ran­ka spo­tkałyśmy się w kuch­ni. Mar­got jak zwy­kle pa­rzyła kawę, a ja zajęłam się przy­go­to­wa­niem śnia­da­nia.

- Zda­jesz so­bie sprawę, że tata i Kit­ty będą wście­kli, kie­dy się do­wiedzą? - po­wie­działam, na­sy­pując chrup­ki do mi­secz­ki.

Nie­co wcześniej, kie­dy spo­tkałyśmy się z Kit­ty w łazien­ce na wspólnym szo­ro­wa­niu zębów, w pierw­szej chwi­li chciałam jej wszyst­ko wy­znać, ale oka­zało się, że cho­ciaż cia­stecz­ka zniknęły z ta­le­rza (wiem, bo spraw­dziłam, zo­stały same okrusz­ki) mała była na mnie nadal zła, więc osta­tecz­nie nic nie po­wie­działam.

Mar­got wes­tchnęła.

- Uważasz, że po­win­nam być z Jo­shem ze względu na tatę i Kit­ty?

- Nie, po pro­stu stwier­dzam fakt.

- I tak nie od­wie­dzałby was już tak często, sko­ro mnie nie będzie.

Spoj­rzałam na nią zdzi­wio­na. Miałam zupełnie inne zda­nie na ten te­mat. Prze­cież przy­cho­dził do nas bar­dzo często, za­nim zo­sta­li parą. Dla­cze­go te­raz miałoby się to zmie­nić?

- My­lisz się. On na­prawdę uwiel­bia Kit­ty.

Mar­got włączyła eks­pres. Przy­go­to­wa­nie po­ran­nej kawy należało do jej obo­wiązków. Za sześć dni miała jed­nak wy­je­chać, więc ob­ser­wo­wałam ją, wiedząc, że za nie­cały ty­dzień przejmę jej rolę do­mo­we­go ba­ri­sty.

- Za­sta­na­wiam się, czy w ogóle im o tym mówić - po­wie­działa Mar­got wciąż odwrócona do mnie ple­ca­mi.

- Yy... No wiesz, Gogo... Myślę, że i tak się zo­rien­tują, choćby po tym, że nie będzie Jo­sha na lot­ni­sku - stwier­dziłam. - Ile wle­wasz wody do eks­pre­su? I ile kawy wsy­pu­jesz?

- Za­piszę ci wszyst­ko w no­te­sie - od­parła Mar­got.

Na bla­cie przy lodówce leży za­wsze nasz ro­dzin­ny no­tes, w którym za­pi­su­je­my wszyst­kie istot­ne in­for­ma­cje. Oczy­wiście to po­mysł Mar­got. Znaj­do­wały się w nim ważne nu­me­ry te­le­fonów, ty­go­dnio­wy plan wi­zyt pa­cjen­tek taty oraz plan zajęć Kit­ty.

- Pamiętaj też o nu­me­rze no­wej pral­ni.

- Już wpi­sałam - od­parła Mar­got, krojąc i wrzu­cając do swo­ich płatków pla­ster­ki ba­na­na. Każdy pla­ste­rek był ta­kiej sa­mej gru­bości. - A Josh i tak nie po­ja­wiłby się na lot­ni­sku. Wiesz, że nie znoszę pożegnań - dodała i pod­kreśliła wagę swo­ich słów od­po­wied­nią miną.

Tak, wie­działam.

Cho­ciaż Mar­got od za­wsze pla­no­wała wy­jazd na stu­dia, kie­dy zde­cy­do­wała się na uni­wer­sy­tet w Szko­cji, po­czułam się zdra­dzo­na. Nie­ważne, że jej wy­fru­nięcie z domu było ab­so­lut­nie prze­wi­dy­wal­nym eta­pem w na­szym ro­dzin­nym życiu i prędzej czy później mu­siało na­dejść. Nie po­ma­gała mi również świa­do­mość, że Mar­got - od za­wsze za­fa­scy­no­wa­na geo­gra­fią, podróżami i ma­pa­mi - z pew­nością wy­bie­rze kie­ru­nek związany ze swo­imi za­in­te­re­so­wa­nia­mi, na przykład an­tro­po­lo­gię, i to na uczel­ni znaj­dującej się bar­dzo da­le­ko od domu. I tak się wściekłam.

Nadal byłam na nią zła, cho­ciaż zdążyłam się oswoić z myślą o jej wyjeździe z domu. Oczy­wiście, że była to na­tu­ral­na ko­lej rze­czy, ale nie mogłam się po­go­dzić z fak­tem, że za­miesz­ka tak da­le­ko. W końcu przy­sięgałyśmy so­bie, że za­wsze będzie­my trzy­mać się ra­zem - naj­star­sza Mar­got, ja i najmłod­sza Kit­ty. Kit­ty tak na­prawdę ma na imię Ka­the­ri­ne, ale nig­dy jej tak nie na­zy­wa­my. Cza­sa­mi mówimy do niej Kit­ten-Ko­cia­czek. To ja tak ją na­zy­wałam, kie­dy się uro­dziła, bo wyglądała jak ma­lut­ki, chu­dziut­ki, łysy ko­tek.

W swo­im sio­strza­nym gro­nie na­zy­wa­my się Songówka­mi. Song to pa­nieńskie na­zwi­sko mamy. Dopóki mama, czy­li Eva Song, żyła, byłyśmy we czte­ry. Tata na­zy­wał mamę Evie, my - mamą, a wszy­scy inni Evą. Po ta­cie no­si­my na­zwi­sko Co­vey, ale mama za­wsze mówiła, że nig­dy nie prze­stała się czuć Songówną, dla­te­go stwier­dziłyśmy z Mar­got, że my również nig­dy nie prze­staniemy. Poza tym wszyst­kie trzy mamy dru­gie na­zwi­sko Song, a w na­szych żyłach płynie więcej ko­reańskiej krwi Songów, niż białej Co­nveyów, co widać po wyglądzie; przy­najm­niej moim i Mar­got, po­nie­waż Kit­ty wdała się w tatę i jego ro­dzinę. Kit­ty ma włosy w ko­lo­rze ja­sne­go brązu.

Wszy­scy mówią, że ja je­stem naj­bar­dziej po­dob­na do mamy, ale uważam, że to nie­praw­da, bo naj­bar­dziej po­dob­na jest Mar­got. Ma tak samo wy­stające kości po­licz­ko­we i ciem­ne oczy jak mama.

Od śmier­ci mamy minęło już sześć lat. Cza­sa­mi wy­da­je mi się, jak­by jesz­cze wczo­raj z nami była, a kie­dy in­dziej za­sta­na­wiam się, czy na­prawdę ist­niała i nie jest tyl­ko moim ma­rze­niem sen­nym.

Tam­te­go ran­ka mama sprzątała. Cały dom lśnił, a świeżo umy­ta podłoga pach­niała cy­try­nową świeżością. Kie­dy za­dzwo­nił te­le­fon w kuch­ni, mama po­biegła ode­brać, ale pośli­zgnęła się, przewróciła, ude­rzyła głową o podłogę i stra­ciła przy­tom­ność. Po chwi­li jed­nak ocknęła się i wszyst­ko wy­da­wało się w porządku. Le­ka­rze po­wie­dzie­lie, że to się na­zy­wa chwi­lo­we od­zy­ska­nie świa­do­mości. Niedługo po­tem mama po­wie­działa, że boli ją głowa, więc zdrzem­nie się na ka­na­pie. Nig­dy już się nie obu­dziła.

To Mar­got ją zna­lazła.

Miała wte­dy dwa­naście lat, ale po­ra­dziła so­bie ze wszyst­kim - za­dzwo­niła po po­go­to­wie, a po­tem do taty. Kazała mi przy­pil­no­wać Kit­ty, która miała wte­dy za­le­d­wie trzy lat­ka. Wzięłam małą i włączyłam jej bajkę w te­le­wi­zji. Nic więcej nie zro­biłam. Wszyst­kim zajęła się Mar­got.

Nie wiem, jak bym się za­cho­wała, gdy­by Mar­got nie było wte­dy w domu. Jest ode mnie star­sza tyl­ko o dwa lata, ale je­stem w nią wpa­trzo­na jak w ob­ra­zek. Sio­stra jest dla mnie ab­so­lut­nym wzo­rem.

Kie­dy ktoś do­wia­dy­wał się, że tata zo­stał sam z trze­ma dziew­czyn­ka­mi, zwy­kle kręcił z nie­do­wie­rza­niem głową i pytał, jak po­ra­dził so­bie w tej sy­tu­acji. Jak ogarnął wszyst­ko? Od­po­wiedź brzmi: bo miał Mar­got. To ona przejęła do­mo­we obo­wiązki. Ona or­ga­ni­zo­wała na­sze życie i dbała o naj­drob­niej­sze szczegóły.

Mar­got jest dobrą i poukładaną dziew­czyną, a ja i Kit­ty sta­ra­my się ją naśla­do­wać.

Nig­dy ni­ko­go nie okłamałam, nig­dy się nie upiłam ani nie za­pa­liłam pa­pie­ro­sa. Nig­dy na­wet nie miałam chłopa­ka. Cza­sa­mi drażnimy się z tatą, mówiąc mu, ja­kie ma szczęście, że wszyst­kie je­steśmy ta­kie grzecz­ne, ale praw­da jest taka, że to my mamy szczęście, bo nasz tata jest świet­nym oj­cem. I bar­dzo się sta­ra. Nie za­wsze nas ro­zu­mie, ale mimo wszyst­ko nie pod­da­je się, nie od­pusz­cza i to jest naj­ważniej­sze. A my, trzy Songówki, za­warłyśmy nie­pi­sa­ny milczący pakt, że będzie­my się sta­rały odciążyć go na wszel­kie możliwe spo­so­by.

No, może nie do końca milczący, po­nie­waż nie­jed­no­krot­nie Mar­got uci­szała nas, kie­dy za bar­dzo się roz­bry­kałyśmy, mówiąc "Bądźcie ci­szej, tata uciął so­bie drzemkę przed dyżurem w szpi­ta­lu" albo "Nie za­wra­caj­cie tym głowy ta­cie, spróbuj­cie same so­bie z tym po­ra­dzić".

Kie­dyś za­py­tałam Mar­got, jak jej zda­niem wyglądałoby na­sze życie, gdy­by mama nie umarła. Czy wte­dy spędzałybyśmy więcej cza­su z naszą ko­reańską ro­dziną i ob­cho­dziłybyśmy także ich święta, a nie tyl­ko Święto Dziękczy­nie­nia albo Nowy Rok?

Mar­got prze­rwała moje dy­wa­ga­cje, mówiąc, że nie ma sen­su się nad tym za­sta­na­wiać. Na­sze życie wygląda, tak jak wygląda, i szko­da cza­su na myśle­nie o tym, co by było gdy­by. Po­wie­działa też, że na ta­kie py­ta­nie nie ma od­po­wie­dzi.

Sta­ram się pa­trzeć na wszyst­ko jak ona, ale nie przy­cho­dzi mi to łatwo. Wciąż spędzam całe go­dzi­ny na roz­myśla­niu, co by było, gdy­by życie po­to­czyło się in­a­czej.

Tata i Kit­ty we­szli do kuch­ni jed­no­cześnie.

Mar­got nalała mu filiżankę czar­nej kawy, a ja zajęłam się śnia­da­niem dla Kit­ty. Gdy dolałam mle­ka do chru­pek i po­sta­wiłam przed nią jej mi­seczkę, osten­ta­cyj­nie odwróciła głowę i wstała, żeby wyciągnąć jo­gurt z lodówki, a po­tem poszła do sa­lo­nu i usiadła przed te­le­wi­zo­rem. Wyglądało na to, że nadal jest wściekła.

- Dziew­czyn­ki, wy­bie­ram się dzi­siaj po pra­cy do skle­pu, więc przy­go­tuj­cie listę za­kupów - po­wie­dział tata, biorąc łyk kawy. - Kupię ste­ki na ko­lację, zro­bi­my gril­la. Czy mam wziąć porcję więcej, dla Jo­sha? - za­py­tał.

Spoj­rzałam na Mar­got.

Otwo­rzyła usta, po czym za­wa­hała się i za­mknęła je, aby osta­tecz­nie wy­du­sić:

- Nie, nie trze­ba, tato. Kup tyl­ko dla nas.

Posłałam jej pełne wy­rzu­tu spoj­rze­nie, ale zi­gno­ro­wała mnie. Nig­dy nie po­dej­rze­wałabym jej o tchórzo­stwo. Po chwi­li jed­nak stwier­dziłam, że jeśli w grę wchodzą spra­wy ser­co­we, nig­dy nie można być pew­nym, jak ktoś się za­cho­wa.

roz­dział piąty

Ostat­nie­go wie­czo­ru przed wy­jaz­dem ra­zem z Kit­ty po­ma­gałyśmy Mar­got w pa­ko­wa­niu.

Kit­ty zajęła się ko­sme­ty­ka­mi i przy­bo­ra­mi do kąpie­li, które tro­skli­wie układała w świeżo ku­pio­nym pudełku, a Mar­got przeglądała swoją gar­de­robę, żeby wy­brać naj­od­po­wied­niejszą kurtkę.

- Jak myślisz, po­win­nam wziąć do­dat­ko­wo puchówkę czy tyl­ko płasz­czyk? - za­py­tała.

- Tyl­ko płasz­czyk. Za­wsze będziesz mogła założyć coś jesz­cze pod spód, żeby ci było ciepło - od­parłam z po­zio­mu jej łóżka, z którego dy­ry­go­wałam pro­ce­durą pa­ko­wa­nia. - Kit­ty, upew­nij się, że bu­tel­ka z bal­sa­mem jest porządnie dokręcona.

- Oczy­wiście, że jest. Prze­cież do­pie­ro go kupiłyśmy - warknęła Kit­ty, ale spraw­dziła nakrętkę.

- W Szko­cji robi się zim­no o wie­le wcześniej niż tu­taj - po­wie­działa Mar­got, składając płaszcz i kładąc go na ster­cie rze­czy obok wa­liz­ki. - Chy­ba jed­nak wezmę też puchówkę.

- Po co mnie py­tasz, sko­ro już i tak podjęłaś de­cyzję - od­parłam. - Poza tym prze­cież przy­je­dziesz na Boże Na­ro­dze­nie, praw­da? Wte­dy ją za­bie­rzesz. Chy­ba że już zdążyłaś zmie­nić zda­nie?

- Nie, nic się nie zmie­niło, przy­jadę. Ale mogę zmie­nić zda­nie, jeśli nie prze­sta­niesz być wred­na.

Bagaż Mar­got był na­prawdę skrom­ny. Moja sio­stra nig­dy nie po­trze­bo­wała wie­le do szczęścia. Gdy­bym to ja wyjeżdżała, pew­nie spa­ko­wałabym cały swój pokój, ale Mar­got za­cho­wała umiar. W jej sy­pial­ni prak­tycz­nie ni­cze­go nie ubyło.

Mar­got usiadła obok mnie. Po chwi­li również Kit­ty wspięła się na łóżko i przy­cupnęła w no­gach.

- Te­raz wszyst­ko będzie in­a­czej - po­wie­działam.

- Wca­le nie - za­pro­te­sto­wała Mar­got. - Prze­cież za­wsze będzie­my Songówka­mi, praw­da?

W pro­gu po­ko­ju stanął tata.

Drzwi były otwar­te i do­sko­na­le go wi­działyśmy, mimo to grzecz­nie za­pu­kał.

- Za­cznę pa­ko­wać rze­czy do sa­mo­cho­du - po­wie­dział, po czym wziął z łóżka jedną wa­lizkę i zszedł na dół.

Kie­dy wrócił po następną, a my nadal trwałyśmy w tych sa­mych po­zy­cjach, rzu­cił su­cho:

- Ależ nie, nie wsta­waj­cie. Nie róbcie so­bie kłopo­tu, żeby mi pomóc.

- Nie martw się, nie mamy za­mia­ru - od­parłyśmy ra­zem.

Kil­ka ty­go­dni temu ta­cie włączyła się opcja wio­sen­nych porządków, cho­ciaż do wio­sny było jesz­cze da­le­ko. Z zapałem wy­sprzątał cały dom, po­zby­wając się wszyst­kich zbędnych rze­czy, na przykład wy­pie­ka­cza do chle­ba, którego nig­dy nie używałyśmy, płyt kom­pak­to­wych, sta­rych koców czy też ma­szy­ny do pi­sa­nia należącej do mamy. Za­mie­rzał wszyst­ko prze­ka­zać ja­kiejś or­ga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej.

Psy­chia­tra powiązałby za­pew­ne tę nagłą ak­tyw­ność z wy­jaz­dem Mar­got na stu­dia, ale ja nie umiałam tego w żaden sposób wytłuma­czyć. Co­kol­wiek to zna­czyło, za­cho­wa­nie taty ostat­nio było na­prawdę iry­tujące. Już dwa razy mu­siałam go od­ga­niać od mo­jej ko­lek­cji szkla­nych jed­no­rożców.

- Na pew­no przy­je­dziesz na Gwiazdkę? - za­py­tałam Mar­got, kładąc jej głowę na ko­la­nach.

- Na pew­no.

- Szko­da, że nie mogę po­je­chać z tobą. Je­steś o wie­le faj­niej­sza od Lary Jean - wtrąciła Kit­ty. W od­po­wie­dzi uszczypnęłam ją w rękę. - No, wi­dzisz? - dodała płacz­li­wym głosem.

- Lara Jean będzie dla cie­bie miła, jeśli będziesz grzecz­na. Poza tym mu­si­cie obie za­dbać o tatę. Przy­pil­nuj­cie go, żeby nie brał za dużo so­bot­nich dyżurów. Pamiętaj­cie też, żeby w przyszłym mie­siącu oddał sa­mochód do przeglądu. I pamiętaj­cie o fil­trach do kawy, o których bez prze­rwy za­po­mi­na­cie.

- Tak jest, sierżan­cie! - od­po­wie­działyśmy z Kit­ty.

Wpa­try­wałam się w twarz Mar­got, próbując do­strzec cień smut­ku, stra­chu czy nie­po­ko­ju przed wy­jaz­dem tak da­le­ko od domu. Szu­kałam ja­kiejś ozna­ki, że będzie za nami tęskniła tak bar­dzo, jak my za nią, ale ni­cze­go ta­kie­go nie zo­ba­czyłam.

Tam­tej nocy wszyst­kie trzy spałyśmy w po­ko­ju Mar­got.

Kit­ty jak zwy­kle zasnęła pierw­sza. Ja leżałam ci­cho, wpa­trując się w ciem­ności. Nie mogłam znieść myśli, że kie­dy ju­tro wejdę do sy­pial­ni Mar­got, jej tu nie będzie. Chy­ba naj­bar­dziej w życiu nie­na­wi­dziłam zmian.

W pew­nej chwi­li w ciem­nościach usłyszałam szept mo­jej sio­stry.

- Laro... Czy kie­dy­kol­wiek byłaś za­ko­cha­na? Ale, tak na­prawdę?

Zbiła mnie z tro­pu tym py­ta­niem. Nie wie­działam, co mam od­po­wie­dzieć. Za­nim zdążyłam coś wymyślić, Mar­got ode­zwała się zno­wu.

- Szko­da, że nie za­ko­chałam się więcej niż je­den raz. Myślę, że w li­ceum po­win­no się przeżyć miłość przy­najm­niej dwa razy - po­wie­działa tęsknym to­nem, po czym wes­tchnęła ci­cho i zasnęła.

Cała Mar­got. W jed­nej chwi­li była przy­tom­na, a za­raz po­tem wes­tchnęła i zasnęła.

Kie­dy obu­dziłam się w środ­ku nocy, jej stro­na łóżka była pu­sta. Leżała tam zwi­nięta w kłębek Kit­ty. W po­ko­ju było ciem­no jak w gro­bie. Tyl­ko księżyc nie­mra­wo prześwie­cał przez gru­be zasłony. Wstałam ostrożnie, po­deszłam do okna i wyj­rzałam przez uchy­loną zasłonę. Na pod­jeździe przed na­szym do­mem zo­ba­czyłam Mar­got i Jo­sha. Josh płakał. Mar­got wpa­try­wała się w księżyc. Nie do­ty­ka­li się. Sta­li da­le­ko od sie­bie, co utwier­dziło mnie w prze­ko­na­niu, że moja sio­stra nie zmie­niła zda­nia.

Po­wo­li opuściłam zasłonę i wróciłam do łóżka. W tym cza­sie Kit­ty zdążyła już przewędro­wać na śro­dek łóżka, więc de­li­kat­nie prze­sunęłam ją na brzeg, żeby zro­bić miej­sce dla Mar­got. Żałowałam, że przed chwilą byłam świad­kiem sce­ny przed na­szym do­mem. To był bar­dzo in­tym­ny mo­ment, tyl­ko dla nich dwoj­ga, i taki po­wi­nien po­zo­stać. Gdy­bym mogłam cofnąć czas, nie wyj­rzałabym przez okno.

Wśli­zgnęłam się na swo­je miej­sce do łóżka i za­mknęłam oczy, ale nie mogłam zasnąć. Za­sta­na­wiałam się, jak to jest mieć chłopa­ka, który z tęskno­ty i miłości do mnie tak by płakał. I to nie byle ja­kie­go chłopa­ka, ale Jo­sha. Na­sze­go Jo­sha.

Miałam od­po­wiedź na wcześniej­sze py­ta­nie Mar­got. Tak, byłam kie­dyś na­prawdę za­ko­cha­na. Je­den je­dy­ny raz. W Jo­shu.