Do trzech razy śmierć - Alek Rogoziński

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ I

Prze­czu­cie

- Zjazd pi­sa­rek?! - Naj­po­pu­lar­niej­sza pol­ska au­torka kry­mi­na­łów Róża Krull ode­rwała spoj­rze­nie od lu­stra, w któ­rym przez ostat­nich kil­ka­na­ście se­kund z nie­po­ko­jem ob­ser­wo­wała, czy na jej trzy­dzie­sto­pię­cio­let­niej twa­rzy nie po­ja­wiły się już pierw­sze oznaki nie­ubła­ga­nie zbli­ża­ją­cej się sta­ro­ści, i po­pa­trzyła na swo­jego me­ne­dżera ze zgrozą. - To zna­czy sa­mych ko­biet?! Czy cie­bie ro­zum opu­ścił? Wszak to ja­kieś śmier­telne nu­dziar­stwo. Wiesz, jak nie cier­pię tego typu im­prez!

"Bo nie bę­dzie cię tam ad­o­ro­wał ża­den przy­stoj­niak", po­my­ślał nieco zło­śli­wie jej ser­deczny przy­ja­ciel i spe­cja­li­sta od pro­mo­cji w jed­nym, Pa­weł Kwia­tek, drobny, nie­po­zorny, ob­da­rzony nie wie­dzieć czemu ty­powo po­łu­dniową urodą Ślą­zak, zdrob­niale na­zy­wany przez wszyst­kich Pepe. Gło­śno jed­nak po­wie­dział:

- Mają ci tam wrę­czyć ja­kąś na­grodę...

- Za co? - zdzi­wiła się Róża, prze­cze­su­jąc so­bie długą blond grzywkę z le­wej strony głowy na prawą. Pi­sarka miała wieczny pro­blem z do­bo­rem ko­afiury, z żad­nej ni­gdy do końca nie była za­do­wo­lona i przy­naj­mniej raz na ty­dzień po­ja­wiała się u swo­jego fry­zjera z no­wymi, ory­gi­nal­nymi po­my­słami, co ma zro­bić jej na gło­wie, przy oka­zji do­pro­wa­dza­jąc go do roz­pa­czy, a cza­sem i my­śli sa­mo­bój­czych. - Prze­cież od po­nad roku nie na­pi­sa­łam nic no­wego!

- Za ca­ło­kształt - wy­ja­śnił Pepe. - I za za­sługi w krze­wie­niu cze­goś tam za gra­nicą. Zdą­ży­łem już za­po­mnieć, co tam ich zda­niem krze­wi­łaś w tej Hisz­pa­nii. Moim zda­niem głów­nie za­mi­ło­wa­nie do al­ko­holu. Ale to na­sza ce­cha na­ro­dowa, więc może pod­cią­gnęli to pod pa­trio­tyzm, a to te­raz w mo­dzie.

- Ca­ło­kształt?! - Róża sku­piła się na pierw­szej czę­ści jego wy­po­wie­dzi, za drugą po­sta­na­wia­jąc mu ewen­tu­al­nie urzą­dzić pie­kło nieco póź­niej, kiedy już prze­my­śli, czy aby nie kryje się tam tro­chę prawdy. - Prze­cież to się wrę­cza ja­kimś sto­ją­cym nad gro­bem sta­rusz­kom z bal­ko­ni­kami. Czy ktoś tam osza­lał?! Wiem, że może już nie wy­glą­dam na na­sto­latkę, zwłasz­cza jak za­po­mnę iść do ko­sme­tyczki...

- Yhm... - kaszl­nął zna­cząco Pepe.

- No do­brze, do dok­tora Gwoź­dzia - po­pra­wiła się szybko Róża, przy­po­mi­na­jąc so­bie, jak po ostat­nim za­biegu zwa­nym wam­pi­rzym li­ftin­giem, a po­le­ga­ją­cym na wstrzyk­nię­ciu pod skórę twa­rzy oso­cza z po­bra­nej wcze­śniej krwi, lekko otu­ma­niona za­sto­so­wa­nym przez le­ka­rza środ­kiem znie­czu­la­ją­cym do­wlo­kła się le­d­wie żywa do swo­jego ro­dzin­nego domu, po czym z miej­sca za­snęła ka­mien­nym snem na ka­na­pie, na któ­rej kil­ka­na­ście mi­nut po­tem zna­la­zła ją matka. Prze­ra­żona krwa­wymi śla­dami na twa­rzy swo­jej la­to­ro­śli i my­śląc, że ta miała wy­pa­dek sa­mo­cho­dowy albo zma­sa­kro­wał ją wła­my­wacz, za­dzwo­niła w pa­nice po po­go­to­wie, któ­remu po­tem trzeba było za­pła­cić dwie­ście zło­tych za "nie­uza­sad­nione we­zwa­nie". - Jo­anna ma sta­now­czo za długi ję­zyk...

- Twoja mama jest po pro­stu szczera - pod­su­mo­wał Pepe. - W prze­ci­wień­stwie do cie­bie... Ła­zisz po ja­kichś szar­la­ta­nach, któ­rzy z me­dy­cyną mają tyle wspól­nego, że kilka razy prze­cho­dzili obok szpi­tala, ale za to cię dmu­chają. A po­tem mó­wisz, że by­łaś u ko­sme­tyczki, która prze­je­chała ci lekko po twa­rzy wa­ci­kiem z kre­mem na­wil­ża­ją­cym. I od tego mu­ska­nia twoje po­liczki za­czy­nają na­gle wy­glą­dać tak, jak­byś cho­wała w nich pi­łeczki ping­pon­gowe...

- Nikt mnie nie dmu­cha! - za­pro­te­sto­wała ogni­ście pi­sarka, choć w jej gło­sie dało się też wy­chwy­cić lekką nutkę żalu. - Od wielu mie­sięcy!

- To też wiem - po­wie­dział Pepe z po­li­to­wa­niem. - Zro­bi­łem skrót my­ślowy. Cho­dziło mi o dmu­cha­nie two­ich po­licz­ków...

- Na­wet je­śli coś tam so­bie de­li­kat­nie wy­peł­ni­łam, a wcale nie mó­wię, że to zro­bi­łam, to tym bar­dziej nie wy­glą­dam na ko­goś, kto po­wi­nien do­stać na­grodę za ca­ło­kształt. - Róża po­ka­zała przy­ja­cie­lowi ję­zyk. - Poza tym za­wsze czuję się na ta­kich zlo­tach jak w ma­glu. I wła­śnie tak wy­obra­żam so­bie je­den z krę­gów pie­kiel­nych. Kupa sfru­stro­wa­nych wiedźm, które nic nie ro­bią, tylko ob­ga­dują się na­wza­jem albo po­mstują na swo­ich wy­daw­ców. I pew­nie jak za­wsze dziw­nym tra­fem wy­lą­duję w jed­nym po­koju z tą całą Ma­nu­ellą...

- Ma­riellą - po­pra­wił Pepe.

- Wszystko jedno - nie dała się zbić z pan­ta­łyku Róża. - Ona naj­pierw zu­żywa cały pa­pier to­a­le­towy, a po­tem chra­pie tak, że trzęsą się ściany! Jak wiel­błąd!

- Wiel­błądy chra­pią? - zdzi­wił się Pepe, zo­sta­wia­jąc na ubo­czu nieco dziwną kwe­stię po­łą­cze­nia przez jej pra­co­daw­czy­nię kra­dzieży pa­pieru z wy­da­wa­niem gło­śnych od­gło­sów w cza­sie snu.

- Na­wet so­bie nie wy­obra­żasz! - po­twier­dziła Róża. - Jak w Afryce w oa­zie kilka za­częło cią­gnąć smugę koło mo­jego na­miotu, to mia­łam wra­że­nie, ze zna­la­złam się w klu­bie techno. Do kom­pletu bra­ko­wało mi tylko la­se­rów i ta­bletki ec­stasy.

- Te­raz już się nie łyka ec­stasy, mu­sisz uak­tu­al­nić swoją bazę da­nych - po­wie­dział Pepe. - Zna­jomy, który pro­wa­dzi klub, mó­wił mi, co te­raz bie­rze mło­dzież, ale już za­po­mnia­łem, co to było. Za­pa­mię­ta­łem tylko, że osoby w moim wieku wy­lą­do­wa­łyby po tym na OIOM-ie, a w twoim kojf­nę­łyby na za­wał w jed­nej se­kun­dzie.

- A oni wy­trzy­mują? - za­cie­ka­wiła się Róża, za­po­mi­na­jąc przy­po­mnieć PR-owcowi, że jest za­le­d­wie pięć lat od niego star­sza, więc za­li­cza­nie ich do róż­nych po­ko­leń jest z jego strony spo­rym nad­uży­ciem.

- Ow­szem, ale te­raz wcze­śnie za­czyna się eks­pe­ry­men­to­wać, więc or­ga­nizm się przy­zwy­czaja - wy­ja­śnił Pepe. - Poza tym od tego po­noć są tacy szczu­pli...

- Hmmm, w ta­kim ra­zie ko­niecz­nie za­py­taj ko­legę, jak to się na­zywa - po­pro­siła Róża, która mimo wy­pró­bo­wa­nia w ciągu ostat­nich trzech lat gdzieś tak około setki ma­gicz­nych diet cią­gle wal­czyła z kil­koma nad­pro­gra­mo­wymi ki­lo­gra­mami. Czy­niła to zresztą bez spe­cjal­nego prze­ko­na­nia, bo na szczę­ście owa mała nad­waga uprzej­mie zna­la­zła so­bie miej­sce głów­nie w jej bio­drach, biu­ście i pu­pie, czy­niąc z niej ideał ko­bie­co­ści w stylu Ma­ry­lin Mon­roe, ewen­tu­al­nie We­nus z Milo, które, jak wia­domo, też nie na­rze­kały na brak ciała. - A wra­ca­jąc do tego cho­ler­nego sa­batu, to mowy nie ma, że­bym tam po­je­chała. Za­po­mnij! Wiesz, że nie naj­le­piej się czuję w to­wa­rzy­stwie więk­szo­ści mo­ich ko­le­ża­nek po pió­rze. Na­wi­jają na zmianę o swo­ich książ­kach, cho­ro­bach, fo­biach, mę­żach, ko­chan­kach i wy­daw­cach. Nie wiem, co jest bar­dziej przy­gnę­bia­jące. Już prę­dzej wo­la­ła­bym drugi raz je­chać na to coś, na czym za­snę­łam! Tam przy­naj­mniej było cie­pło i można było się opa­lać nago na da­chu ho­telu. Co to było...?

- Masz na my­śli Se­willę? Mię­dzy­na­ro­dowe sym­po­zjum na­ukowe na te­mat roli li­te­ra­tury ero­tycz­nej w edu­ka­cji sek­su­al­nej - przy­po­mniał cier­pli­wie Pepe. - Za­snę­łaś na wy­kła­dzie E.L. Ja­mes i za­cho­wy­wa­łaś się nie le­piej niż te twoje wiel­błądy...

- Bo to było śmier­tel­nie nudne, a poza tym z tego, co pa­mię­tam, by­łam zmę­czona po lo­cie... - od­parła nie­pew­nie Róża. - I chyba ja­koś źle się wtedy czu­łam.

- Nie­zu­peł­nie. - Pepe szczy­cił się tym, że ma pa­mięć jak słoń i po­trafi po­dać naj­drob­niej­sze szcze­góły każ­dego wy­da­rze­nia, w któ­rym brał udział bez mała od chwili swo­jego uro­dze­nia. Gwoli spra­wie­dli­wo­ści trzeba do­dać, że cza­sami też mi­jał się z prawdą, ba­zu­jąc na tym, że inni, na czele z jego pra­co­daw­czy­nią, za­cho­wy­wali się tak, jakby cho­ro­wali na za­awan­so­waną de­men­cję. - Sym­po­zjum było dru­giego dnia po lo­cie, więc zdą­ży­ła­byś spo­koj­nie od­po­cząć. Ale nie! Po­szłaś zwie­dzać mia­sto i po­zna­łaś ja­kie­goś na­sto­let­niego Gon­za­lesa z iro­ke­zem na gło­wie i w po­dar­tych dżin­sach. Umó­wi­łaś się z nim na wie­czór na jed­nego drinka, po czym wró­ci­łaś do ho­telu o trze­ciej nad ra­nem, chwiej­nym kro­kiem i ze śpie­wem na ustach. A po­tem przez resztę po­bytu drża­łaś, że za­szłaś z nim w ciążę i cho­dzi­łaś po skle­pach, wy­bie­ra­jąc śpioszki dla swo­jego po­czę­tego dzie­ciątka. Nie mó­wiąc już o tym, iż mia­łaś po­dej­rze­nia, że ten Gon­za­les jest nie­letni, w związku z czym po­li­cja za­mknie cię w pier­dlu i bę­dziesz ro­dziła za krat­kami.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRO­LOG

Trzy ko­biety stały na ma­łej le­śnej po­la­nie, pa­trząc bez słowa na do­piero co wy­ko­pany dół. Twarz każ­dej z nich wy­ra­żała inne uczu­cie. Mło­dziutka, bar­dzo szczu­pła i jesz­cze bar­dziej blada sza­tynka, ubrana w krótką kwie­ci­stą su­kienkę, na­wet nie pró­bo­wała ukryć prze­ra­że­nia. Miała za­łza­wione oczy, trzy­mała prawą dłoń na ustach, ha­mu­jąc szloch, i co parę se­kund po­cią­gała no­sem, sta­ra­jąc się ostat­kiem sił opa­no­wać na­ra­sta­jącą z każdą chwilą hi­ste­rię. Na ob­li­czu niż­szej, nieco star­szej, kor­pu­lent­nej pla­ty­no­wej blon­dynki ubra­nej w ob­ci­słą do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści ma­te­riału czarno-bor­dową suk­nię ma­lo­wała się tylko ka­mienna obo­jęt­ność. Jakby mro­żące krew w ży­łach wy­da­rze­nia, w ja­kich brała udział przez ostat­nich kil­ka­dzie­siąt mi­nut, nie wy­warły na niej naj­mniej­szego wra­że­nia. Naj­bar­dziej za­gad­kowy wy­raz twa­rzy miała jed­nak trze­cia ko­bieta - wy­soka, sek­sowna, ru­do­włosa pięk­ność. Na pierw­szy rzut oka spra­wiała wra­że­nie nieco roz­ba­wio­nej sy­tu­acją, która dzie­wię­ciu oso­bom na dzie­sięć wy­da­łaby się prze­ra­ża­jąca, a owej dzie­sią­tej - ma­ka­bryczna. I do­piero po bliż­szej, uważ­nej lu­stra­cji można było za­uwa­żyć, że ów po­zorny luz ma ukryć strach, a uśmiech - gi­gan­tyczną ulgę i nieco sa­tys­fak­cji.

- Może jed­nak po­win­ny­śmy za­dzwo­nić na po­li­cję? - po­wie­działa sza­tynka ci­chym, pro­szą­cym gło­sem.

Jej to­wa­rzyszki spoj­rzały na nią z wy­raźną iry­ta­cją.

- Już to prze­ra­bia­ły­śmy - fuk­nęła blon­dynka. - I sama się zgo­dzi­łaś, że to, co ro­bimy, jest naj­lep­szym wyj­ściem...

- No tak... - Sza­tynka po­ki­wała głową i znów po­cią­gnęła no­sem. - Ale... To nie jest do­bre... Tak nie wy­pada...

- Wiesz prze­cież, że to nie miało się tak skoń­czyć! - nie­mal krzyk­nęła ruda. - Zda­rzył się idio­tyczny wy­pa­dek.

- Mo­gły­by­śmy spró­bo­wać prze­ko­nać o tym po­li­cję... - po­wie­działa sza­tynka, skła­da­jąc ręce tak jak do mo­dli­twy. - Pro­szę, roz­waż­cie to jesz­cze raz. Nie wiem, czy będę umiała żyć ze świa­do­mo­ścią, na co na­ra­zi­li­śmy jego bli­skich. Może jed­nak po­li­cja nam uwie­rzy...

- Po raz setny tłu­ma­czę ci, że nie! Sama też bym nie uwie­rzyła, gdyby ktoś mi o tym opo­wie­dział. Poza tym nie mamy żad­nego do­wodu na po­par­cie na­szych słów. - Ruda po­de­szła do swo­jej to­wa­rzyszki i wzięła jej zło­żone ręce w swoje dło­nie. - Wiem, że to bę­dzie trudne, ale ra­zem przez to przej­dziemy. Obie­cuję ci, że nie zo­sta­wimy cię z tym sa­mej. Bę­dziesz mo­gła na nas li­czyć o każ­dej po­rze dnia i nocy.

Naj­star­sza z ko­biet ob­ser­wo­wała swoje ko­le­żanki z co­raz więk­szym po­li­to­wa­niem.

- Tani me­lo­dra­mat... - mruk­nęła pod no­sem, a gło­śno po­wie­działa: - To co ro­bimy? Bo w końcu ktoś tu przyj­dzie, na­kryje nas i game over. Wtedy do­piero bę­dzie­cie miały sporo czasu na roz­mowy. O ile oczy­wi­ście do­pi­sze wam szczę­ście i wy­lą­du­je­cie w jed­nej celi.

Ruda prze­su­nęła dłońmi po rę­kach sza­tynki, po czym ujęła jej pod­bró­dek.

- To jak? - za­py­tała, pa­trząc jej uważ­nie w oczy. - Dasz radę?

Ta za­ci­snęła usta i kiw­nęła głową. Ruda wes­tchnęła z ulgą.

- Mo­żemy za­czy­nać - po­wie­działa sta­now­czo.

Blon­dynka uśmiech­nęła się i z ci­chym stęk­nię­ciem się­gnęła po le­żącą pod jej no­gami ło­patę. Na­stęp­nie na­brała na nią ziemi z nie­wiel­kiego kopca, który utwo­rzyły kil­ka­na­ście mi­nut wcze­śniej i syp­nęła ją do dołu. Za­sty­gła w gry­ma­sie zdzi­wie­nia twarz męż­czy­zny w ro­go­wych oku­la­rach, któ­rego ciało zo­stało nieco wcze­śniej tam rzu­cone, czę­ściowo po­kryła się wil­got­nymi czar­nymi grud­kami. Chwilę po­tem w dole wy­lą­do­wały ko­lejne por­cje ziemi, na za­wsze kry­jąc ta­jem­nicę trzech ko­biet...

A przy­naj­mniej tak im się wtedy wy­da­wało.

PO­STACI

(nie prze­ra­żaj­cie się ich liczbą, bo nie wszy­scy grają tu główne role; po­nie­waż jed­nak nie chcia­łem, aby kto­kol­wiek czuł się po­mi­nięty, wy­mie­ni­łem wszyst­kich, wzo­ru­jąc się na ekra­ni­za­cji Władcy Pier­ścieni, gdzie w na­pi­sach koń­co­wych po­ja­wiły się na­zwi­ska mniej wię­cej mi­liona osób, łącz­nie z tymi, które tylko po­my­ślały o tym, że mo­głyby pra­co­wać przy tym fil­mie)

Róża Krull - wiecz­nie eks­pe­ry­men­tu­jąca z fry­zurą au­torka po­wie­ści kry­mi­nal­nych, która nie­zbyt en­tu­zja­stycz­nie przy­jęła wia­do­mość, że musi je­chać na zjazd pi­sa­rzy i - jak się po­tem oka­zało - miała ra­cję, bo (pra­wie) nic do­brego jej tam nie spo­tkało.

Pa­weł Kwia­tek - zwany przez wszyst­kich Pepe, ob­da­rzony ta­len­tem ku­li­nar­nym god­nym Ja­miego Oli­viera mło­dzie­niec pia­stu­jący sta­no­wi­sko me­ne­dżera Róży, a po no­cach śniący o pracy dla Magdy Ges­sler.

Kika Luna - pi­sarka ro­man­sów, zmora swo­ich ko­le­ża­nek i ko­le­gów po pió­rze, wy­daw­ców, sze­fów księ­garni oraz wła­snej ro­dziny.

Da­wid Du­mow­ski - mąż Kiki, były siat­karz, swoją pre­zen­cją wy­wo­łu­jący w ko­bie­tach (oraz nie­któ­rych męż­czy­znach) dia­bel­sko grzeszne my­śli.

Lena Pa­stor - córka Kiki z pierw­szego mał­żeń­stwa, ma­rząca o usa­mo­dziel­nie­niu się i trak­tu­jąca wy­czyny swo­jej matki z po­błaż­li­wo­ścią godną pie­lę­gniarki w za­kła­dzie dla obłą­ka­nych.

Kry­stian Kraw­czyk - chło­pak Leny, nie­na­wi­dzący swo­jej przy­szłej tre­ścio­wej ni­czym koty bu­rzy i pio­ru­nów.

Ju­lia Ku­licka - pi­sarka smęt­nych po­wie­ści oby­cza­jo­wych, dla któ­rej słowo "uśmiech" jest po­ję­ciem abs­trak­cyj­nym.

Kor­ne­lia Ko­ma­rzew­ska - przy­ja­ciółka Ju­lii, ma­jąca po­dobne do niej fa­ta­li­styczne po­dej­ście do ży­cia.

Gra­żyna Win­nik - au­torka po­wie­ści ero­tycz­nych, ru­do­włosa seks­bomba, która są­dziła, że nic w ży­ciu nie bę­dzie dla niej pro­ble­mem, ale nie­stety się prze­li­czyła.

Ma­te­usz Mą­czyń­ski - uko­chany Gra­żyny, przy­stojny pra­wie tak jak bo­ha­te­ro­wie po­wie­ści jego uko­cha­nej.

Klau­dia Szkrab - po­rzu­cona żona Ma­te­usza, pa­ła­jąca zro­zu­miałą nie­na­wi­ścią do jego no­wej wy­branki.

Miłka Wę­żow­ska - au­torka po­wie­ści grozy, ży­ciowa opty­mistka, uza­leż­niona od "big ma­ków", "wieś ma­ków", "czis ma­ków" oraz pizz wiel­ko­ści koła młyń­skiego.

Olka No­sicka - pi­sarka ko­me­dii kry­mi­nal­nych, pró­bu­jąca (bez za­pału i bez skutku) prze­ko­nać Miłkę, że pod­stawą jej ja­dło­spisu po­winna być bruk­selka, mar­chewka, ogó­rek, tu­dzież kiełki bro­kuła.

Ka­ta­rzyna Skrzy­piń­ska - star­sza pani, zmu­szona przez wy­dawcę do pi­sa­nia bio­gra­fii gwiazd kina i te­atru, a w ci­cho­ści du­cha mocno sfru­stro­wana, że nie może wy­dać hor­roru o wam­pi­rach i wil­ko­ła­kach, za­ro­bić na nim ko­ko­sów i stać się tak po­pu­larna jak jej ko­le­żanki po pió­rze.

Ma­riella Mi­sza­lek - do­bie­ga­jąca z wolna sześć­dzie­siątki, ale prze­ko­nana, że wciąż wy­gląda na ku­szącą trzy­dziestkę, au­torka ckli­wych ro­man­si­deł.

Grze­gorz Ką­ci­szew­ski - szef wy­daw­nic­twa Kąty i Trój­kąty, w swoim prze­ko­na­niu - mimo spo­rej nad­wagi i wzro­stu sie­dzą­cego psa - re­in­kar­na­cja Ca­sa­novy i so­bo­wtór Brada Pitta.

Jo­anna Stę­pień - me­ne­dżer uro­kli­wego dworku pod Kra­ko­wem, skry­wa­jąca przed świa­tem kilka ta­jem­nic.

Da­riusz Ka­pica - drugi me­ne­dżer ośrodka w Ko­piel­ni­kach, rów­nie ta­jem­ni­czy jak jego współ­pra­cow­nica.

Mar­cin Kra­śnik, Łu­kasz Maj - śred­nio, nie­stety, spraw­dza­jący się w swoim fa­chu kel­ne­rzy.

Kuba Pło­szyk - boy ho­te­lowy, chcący za wszelką cenę udo­wod­nić Róży, że na­daje się na de­tek­tywa - bo­ha­tera jej ko­lej­nej po­wie­ści.

Ruda, Dama Karo i Viola - blo­gerki, które ko­niecz­nie chciały być po­mocne i na­wet im się ta sztuka udała.

Krzysz­tof Dar­ski - ko­mi­sarz po­li­cji, od­de­le­go­wany do śledz­twa z ra­cji faktu, że jego na­rze­czona peł­niła nie­gdyś funk­cję me­ne­dżerki zna­nej pi­sarki.

Be­ata "Betty" Ja­now­ska - uko­chana Dar­skiego, do nie­dawna agentka naj­po­pu­lar­niej­szej pol­skiej pi­sarki ro­man­sów, obec­nie szu­ka­jąca pracy.