Do trzech razy serce - Krystyna Mirek

Kup ebooka

44.99 zł
39.14 zł (35,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Styczeń to nie jest naj­lep­szy moment, by jechać rano do pracy, zwłasz­cza w ponie­dzia­łek. Do takiego wnio­sku doszła Klara, sto­jąc w zatło­czo­nym tram­waju, który z hała­sem prze­ta­czał się wła­śnie przez ośnie­żony most. Śnieg, jak na złość, top­niał, zamie­nia­jąc się na chod­ni­kach w szarą breję, a wiatr wci­skał się pod płaszcz i przy­po­mi­nał, że zima nie zamie­rza odpu­ścić.

Miała nadzieję, że week­end coś zmieni w sytu­acji pogo­do­wej, a ona odpocz­nie, nabie­rze dystansu. Ale dwa wolne dni minęły rów­nie bły­ska­wicz­nie jak chwila, w któ­rej uświa­do­miła sobie, że Maks wcale jej nie kocha. Posie­działa sporo nad książ­kami, nad­ro­biła zale­gło­ści, posprzą­tała miesz­ka­nie, zro­biła zakupy i nago­to­wała jedze­nia na zapas, a ponie­dzia­łek już pukał do drzwi jak kurier, któ­rego nikt nie zama­wiał.

Spoj­rzała na zega­rek. Spie­szyła się do pracy. A miała jesz­cze do prze­je­cha­nia spory kawa­łek. Wysia­dła i ruszyła bie­giem, sta­ra­jąc się omi­jać wiel­kie płatki śniegu sypiące obfi­cie z nieba w wiel­kiej obfi­to­ści.

- Hej! - przy­wi­tał się z nią Tomek, gdy wpa­dła do pach­ną­cej kawą, cukrem i cyna­mo­nem kawiarni na Dworcu Głów­nym w Kra­ko­wie. - Czy mnie się tylko wydaje, czy znowu się spóź­ni­łaś? - Puścił do niej oko.

Klara ubrana w ciężką, cie­płą kurtkę zimową nie mogła dys­kret­nie zer­k­nąć na ukryty pod dłu­gim ręka­wem zega­rek. A jaw­nie nie miała odwagi. Co, jeśli kolega miał rację? Zawsze była punk­tu­alna, ale ostat­nio zwle­cze­nie się z łóżka kosz­to­wało ją mnó­stwo ener­gii i nie­stety zaj­mo­wało wię­cej czasu niż zwy­kle.

Tomek nie robił pro­ble­mów, lubili się i wspie­rali, ale nie mogła tego nad­uży­wać. To by było wobec tego faj­nego chło­paka nie w porządku.

- Już ci poma­gam! - zawo­łała, prze­bie­ra­jąc się szybko na zaple­czu w służ­bowe ubra­nie.

Ruch był już bar­dzo duży. Wiele osób pra­gnęło o poranku moc­nej kawy i słod­ko­ści, żeby się posta­wić na nogi. Klara weszła za ladę i natych­miast zaczęła robić kilka rze­czy jed­no­cze­śnie, pod­sta­wiła fili­żankę pod eks­pres dla jed­nego klienta, przy­go­to­wała wysoką szklankę do zapa­rze­nia her­baty dla dru­giego, nało­żyła cia­sto na tale­rzyk, spa­ko­wała droż­dżówki na wynos. Szybko, jesz­cze szyb­ciej...

Praca tutaj ni­gdy się nie koń­czyła. Ile by się zamó­wień nie zre­ali­zo­wało, cią­gle poja­wiały się kolejne, a do nie­wiel­kiego pomiesz­cze­nia napły­wały nowe osoby.

W takich momen­tach marzyła o spo­koj­nych poran­kach w domu w Bobrówce. Jed­nej kawie, którą parzyła dla sie­bie, a cza­sem robiła to dla niej bab­cia. Nie kil­ku­dzie­się­ciu jak tutaj. Kawałku szar­lotki zje­dzo­nej w spo­koju i ciszy. Łagod­nego szumu drzew za oknem.

Ale to zosta­wiła za sobą. Wyna­jęła miesz­ka­nie zamiast pokoju, nie wra­cała już do rodzin­nego domu w każde piąt­kowe popo­łu­dnie, by zostać tak długo, jak to tylko moż­liwe. Ucie­kła z tego sta­rego dobrego świata, który ją wycho­wał i ukształ­to­wał. Lecz nie­stety nie uchro­nił przed zła­ma­nym ser­cem.

- Spóź­ni­łaś się, ale ja nie mam żalu - powie­dział Tomek.

Uśmiech­nął się, aż mu się oczy zaświe­ciły, kiedy mijał ją w dro­dze do sto­lika klienta.

- Coś się stało? - zapy­tała, kiedy wró­cił.

Tak naj­czę­ściej ze sobą roz­ma­wiali, mija­jąc się w cia­snym przej­ściu za ladą i wymie­nia­jąc krót­kie zda­nia, kiedy nastę­po­wał moment, gdy znaj­do­wali się naj­bli­żej.

- Julia wró­ciła - dodał szybko, odsta­wia­jąc brudne fili­żanki do okienka. A potem zakrę­cił się w miej­scu z rado­ści.

- O nie! - Zare­ago­wała zbyt gło­śno, aż się obej­rzały dwie sto­jące w kolejce dziew­czyny.

Nie podzie­lała jego rado­snego entu­zja­zmu ani tro­chę. Aż jej się serce ści­snęło nagłym prze­czu­ciem bólu, jaki za chwilę spad­nie na tego miłego, rado­snego chło­paka.

Tomek się zatrzy­mał, ści­ska­jąc w dło­niach tacę z kolej­nym zamó­wie­niem, choć czujny wzrok głod­nego męż­czy­zny sie­dzą­cego pod ścianą zare­je­stro­wał to opóź­nie­nie i chło­pak usły­szy zapewne za moment kilka przy­krych słów. Dwo­rzec Główny w Kra­ko­wie to miej­sce, gdzie ludzie się spie­szą.

Zary­zy­ko­wał.

- Znam twoją opi­nię - zastrzegł od razu. - Ale ludzie się zmie­niają i trzeba dać im szansę.

- Pro­szę cię. - Klara zła­pała go za rękaw. - Zro­bi­łeś to już dwu­krot­nie...

- Ale teraz Julia naprawdę zro­zu­miała, w czym leżał pro­blem. Napra­wimy to. Maks też zasłu­żył przy­naj­mniej na to, żebyś go wysłu­chała.

Musiał iść. Patrzyło na nich już kilka osób, a w nie­wiel­kiej kawiarni ich słowa, nawet jeśli wypo­wia­dane cicho, nio­sły się po pomiesz­cze­niu. Tomek ruszył szybko w stronę sto­lika, a ona przy­jęła kolejne zamó­wie­nie. Kolega wró­cił i zapa­rzył kawę, tym razem na wynos, Klara spa­ko­wała droż­dżówki. Tak się nawza­jem wspie­rali i od trzech mie­sięcy two­rzyli świetny duet. Szef był z nich bar­dzo zado­wo­lony. Oboje wyka­zy­wali się pra­co­wi­to­ścią, bystro­ścią umy­słu, uśmie­chali się do klien­tów i nie mylili przy obsłu­dze. Skarb.

Dia­menty - jak mawiał wła­ści­ciel, jeden z tych nie­licz­nych, któ­rzy umieli nie tylko doce­nić, lecz także zauwa­żyć, że ktoś się przy­kłada do obo­wiąz­ków. Nie wie­dział jed­nak, że oba te klej­noty mają mocne pęk­nię­cie. Zła­mane serca. Choć żadne z nich niczym sobie na to nie zasłu­żyło.

Kochali tak samo, jak pra­co­wali. Z całym zaan­ga­żo­wa­niem. A mimo to oboje prze­grali.

* * *

Trzy godziny póź­niej Klara wycią­gnęła pojem­nik z sałatką. Krótka chwila prze­rwy na zaple­czu sta­no­wiła jedyny moment wytchnie­nia w pracy. Dobrze, że przy­go­to­wała jedze­nie wczo­raj, bo dziś rano pew­nie nie star­czy­łoby jej na to ener­gii. Czuła się tro­chę jak rekon­wa­le­scentka po trud­nej ope­ra­cji. Powoli docho­dziła do sie­bie. Ale droga, jaka się jesz­cze przed nią roz­po­ście­rała, spra­wiała wra­że­nie bar­dzo dłu­giej. Nie wie­działa też, co znaj­dzie na końcu. Czy naprawdę sie­bie? A może kogoś zupeł­nie innego, bo powrót do sta­rej wer­sji raczej nie był już moż­liwy.

Tele­fon zawi­bro­wał jej w kie­szeni. Wia­do­mość. Wystar­czyło jedno spoj­rze­nie i serce zabiło szyb­ciej, choć wcale nie chciała, żeby tak było. Cie­pły prąd prze­szył jej ciało. Od wielu tygo­dni sta­rała się nad tym zapa­no­wać, ale wciąż nie wycho­dziło. Nie miała nad tym żad­nej kon­troli.

Oczy­wi­ście od razu wie­działa, kto do niej napi­sał. Dosta­wała mnó­stwo powia­do­mień - od kole­ża­nek ze stu­diów, mamy, babci, daw­nych zna­jo­mych z Bobrówki, a cza­sem nawet pro­fe­so­rów, ale teraz nie musiała spraw­dzać. To był on.

Maks.

Nie pisał od trzech dni. Tyle zazwy­czaj naj­dłu­żej wytrzy­my­wał bez kon­taktu. Potem za każ­dym razem coś w nim pękało, jakby musiał się ode­zwać, żeby przy­po­mnieć o swoim ist­nie­niu. A ona wciąż nie umiała opa­no­wać w sobie tego napię­cia, bo choć posta­no­wiła już ni­gdy wię­cej się z nim nie spo­tkać i jak na razie słowa dotrzy­mała, to nie dało się ukryć, że cze­kała.

Nawet w naj­ciem­niej­szą stycz­niową noc może być jasno - brzmiał począ­tek wia­do­mo­ści. Klara aż prze­wró­ciła oczami. - Kiedy masz obok sie­bie tego wyjąt­ko­wego czło­wieka i jego praw­dziwe uczu­cie. A gdy go stra­cisz, ciem­ność nie ma już końca...

Zago­to­wało się w niej. Czemu wciąż kła­mał? Naprawdę miał o niej tak niskie mnie­ma­nie? Może raz w życiu fak­tycz­nie dała się nabrać na takie tanie słowa, ale prze­cież nie zrobi tego po raz drugi. A naj­gor­sze, że chło­nęła każde słowo tego ckli­wego tek­stu. Ogar­nęła ją złość. Już sama nie wie­działa, czy bar­dziej na sie­bie, czy na Maksa.

Miała ochotę odpi­sać: "Spie­przaj".

To słowo w jej ustach brzmia­łoby jak mała rewo­lu­cja. Miła, uprzejma Klara, dziecko nauczy­cielki, wycho­wana w domu, w któ­rym nawet kot cho­dził cicho, żeby nikogo nie ura­zić. W świe­cie, gdzie naj­ostrzej­szym wykrzyk­ni­kiem było "kur­czę blade". Moc­niej­szych się nie uży­wało. Mama jako polo­nistka bar­dzo sza­no­wała język jako narzę­dzie poro­zu­mie­nia i wyra­ża­nia pięk­nych myśli.

Klara zawsze się z nią zga­dzała. Teraz jed­nak docho­dziła do wnio­sku, że cza­sem mocne słowo jest jak sku­teczne narzę­dzie - ostre, ale potrzebne. Zatrzy­mała się, bo sta­rych nawy­ków nie da się jed­nak pozbyć tak łatwo, i po chwili napi­sała tylko:

Spa­daj.

Bez emo­ti­ko­nek, tłu­ma­czeń. Jedno krót­kie słowo, które jej zda­niem osta­tecz­nie zamy­kało sprawę. Gdyby ktoś tak do niej napi­sał, już ni­gdy nie odwa­ży­łaby się do niego ode­zwać. Ale nie spo­dzie­wała się, że Maks zaprze­sta­nie wysy­ła­nia wia­do­mo­ści. Już wiele razy i na różne spo­soby sta­rała się wyja­śnić mu, że jego próby są ska­zane na porażkę. Nie da mu dru­giej szansy!

Mówiła poważ­nie. Nie zamie­rzała się zła­mać bez względu na to, jak bar­dzo było jej teraz trudno.

Odło­żyła tele­fon. Na szczę­ście Maks już nic wię­cej nie napi­sał. Zasta­na­wiała się, po co wła­ści­wie wciąż sie­dział w Bobrówce. Prze­cież tak nie lubił tej małej miej­sco­wo­ści. Czemu nie wró­cił do sie­bie, by zgi­nąć gdzieś w wiel­kich prze­strze­niach dużego mia­sta. Tak, by ni­gdy wię­cej się już nie spo­tkali.

Koń­czyła sałatkę, kiedy zadzwo­niła bab­cia Łucja. Chwila prze­rwy to był moment nie tylko na posi­łek czy rege­ne­ra­cję sił, lecz także na roz­mowy. Wszyst­kie bli­skie jej osoby pamię­tały, że ma o tej godzi­nie wolne.

Zostało już nie­wiele czasu, ale wie­działa, że odbie­rze. Bab­cia znaj­do­wała się teraz w trud­nej sytu­acji, Klara nie chciała jej zosta­wiać samej, a poza tym roz­mowy z nią zawsze wno­siły spo­kój do jej serca. Potrze­bo­wała tego.

- Cześć, kochana! - usły­szała w słu­chawce cie­pły, zna­jomy głos. - Jak u cie­bie? Znowu napi­sał?

Klara par­sk­nęła śmie­chem.

- Bab­ciu, ty masz jakieś nad­przy­ro­dzone moce. Dopiero co ode­bra­łam wia­do­mość.

- Znowu te jego piękne słowa?

- Raczej ckliwe, aż zęby bolą - odparła Klara. - Mógłby pisać romanse. I pew­nie by mu się dobrze sprze­da­wały.

- No to może cho­ciaż na czymś byś sko­rzy­stała, zosta­ła­byś boha­terką best­sel­lera - mruk­nęła bab­cia z prze­ką­sem. - A nie tylko łzy i nerwy.

Klara uśmiech­nęła się sze­rzej.

- Lubię histo­rie o miło­ści, ale nie w jego wer­sji. Ten autor zupeł­nie mi nie odpo­wiada.

- To czemu go nie zablo­ku­jesz, dziecko? - zapy­tała z tro­ską bab­cia. - Teraz to modne, sku­teczne i cza­sem zdrowe.

- Gdyby uczu­cie koń­czyło się w momen­cie, gdy odkry­wasz, że ten, komu odda­łaś serce, jest bucem, świat byłby prost­szy. - Klara wes­tchnęła i dopiła ostatni łyk her­baty. - A liczba zła­ma­nych serc o połowę mniej­sza - dodała. - Nie mogę tego zro­bić, choć wiem, że masz rację. Nawet pró­bo­wa­łam, ale na razie mnie to prze­ra­sta.

Bab­cia zamil­kła na chwilę.

- Oj tak - powie­działa w końcu. - To nie­stety długo trwa, zanim czło­wiek się otrzą­śnie z nie­szczę­śli­wego zauro­cze­nia. Ale masz rację. Rozu­miem cię. I wiesz co? Jesteś dzielna.

- Bab­ciu, spo­koj­nie. Jestem realistką. Wiem, co się stało, i nie zamie­rzam się nad sobą uża­lać. Sama jestem sobie winna. Nie mia­łam trzy­na­stu lat, powin­nam lepiej wybie­rać. Dla­tego wyje­cha­łam...

- No i bar­dzo dobrze - prze­rwała jej bab­cia. - Bo wiesz, w Bobrówce to byś nie miała spo­koju. Tam każdy wie wszystko o czło­wieku, cza­sem nawet wię­cej niż on sam.

- Znam te realia. - Klara uśmiech­nęła się smutno. - I zasta­na­wiam się, jak ty sobie z tym radzisz. Ale ja nie dla­tego się wypro­wa­dzi­łam. Nasze sąsiadki smo­czyce mnie nie prze­ra­żają do tego stop­nia. Naj­bar­dziej boję się samej sie­bie - powie­działa cicho. - Że się zła­mię i polezę jak głu­pia do niego. Nie daro­wa­ła­bym sobie. Muszę ochło­nąć, wzmoc­nić się, jak to się mówi, nawią­zać kon­takt z rozu­mem.

- Jak sobie radzisz, kochana? - zapy­tała bab­cia cie­płym gło­sem.

- Dobrze. Choć wiesz... to "dobrze" ma różne odcie­nie. Ale... - Zawa­hała się. - Maks dał mi bar­dzo cenną lek­cję. Sta­ram się być mu wdzięczna. Jak mnie uczy­ły­ście z mamą: nauczy­cie­lom trzeba oka­zy­wać sza­cu­nek, a Maks oka­zał się wybit­nym pro­fe­so­rem. W krót­kim cza­sie obja­śnił mi, jaką jestem idiotką!

- Nie mów tak, bła­gam - zapro­te­sto­wała bab­cia.

Klara znów tylko wes­tchnęła i scho­wała pudełko do ple­caka. Prze­rwa wła­śnie dobie­gała końca, ale ona nie czuła się w ogóle wypo­częta. A cze­kało ją jesz­cze sporo godzin pracy. Dziś miała na uczelni tylko jeden wykład o szes­na­stej, więc wzięła wię­cej godzin, żeby tro­chę doro­bić. W zeszłym roku dawała bez pro­blemu radę godzić stu­dia z pracą, a teraz bar­dzo ciężko jej to szło.

- Ale to prawda - powie­działa jesz­cze na koniec. - Nie wystar­czy być miłym i grzecz­nym, żeby stać się mądrym. Oka­za­łam się zwy­kłą naiwną idiotką. Stu­dentka psy­cho­lo­gii, która prze­czy­tała tyle ksią­żek, a potem zako­chała się po uszy po kilku zale­d­wie cie­płych sło­wach. W zupeł­nie nie­zna­nym chło­paku, który na każde pyta­nie udzie­lał wymi­ja­ją­cej odpo­wie­dzi. Żenada.

- Oj, dziecko... - Bab­cia wes­tchnęła. - Nie oce­niaj się tak surowo.

- Nie ma w tym żad­nej prze­sady - odparła sta­now­czo Klara. - Po pro­stu patrzę real­nie. Wła­śnie dla­tego jestem wdzięczna Mak­sowi. Naprawdę. Nauczył mnie, że nie mogę ufać wła­snym osą­dom, a zauro­cze­nie wyłą­cza mi mózg. Dzięki niemu będę lep­szym czło­wie­kiem i kto wie, jakich kło­po­tów w przy­szło­ści uniknę.

Bab­cia zamy­śliła się na chwilę.

- To nie­sa­mo­wite, jak wy teraz patrzy­cie na życie. Za moich cza­sów dziew­czyna po roz­sta­niu nie robiła z tego głę­bo­kiej filo­zo­fii. Po pro­stu wście­kała się na chło­paka, który nawa­lił, spo­ty­kała z kole­żan­kami, a potem obga­dy­wała go tak długo, aż jej się humor popra­wiał - zakoń­czyła z uśmie­chem.

- No i co, bab­ciu? Ty też tak robisz? - zapy­tała cel­nie Klara. - Cho­dzisz po sąsiad­kach i mówisz źle o Wik­to­rze?

- Nie, choć może powin­nam - odpo­wie­działa Łucja. - Przy­naj­mniej odzy­ska­ła­bym kilka zna­jo­mych. Cie­szy­łyby się z dostawy tema­tów do plo­tek. Ale to słabe. Masz rację.

- Widzisz? Jed­nak jeste­śmy do sie­bie podobne. - Klara się roze­śmiała.

- Dzię­kuję, że to powie­dzia­łaś - odparła Łucja cał­kiem już poważ­nym tonem. - To dla mnie kom­ple­ment - dodała. - Ale obie­caj mi jedno. Trzy­maj się z dala od Maksa. On będzie się koło cie­bie jesz­cze długo krę­cił. Tacy jak on zawsze wra­cają. A kobieta, jak tro­chę czasu minie, to zaraz zaczyna pamię­tać tylko dobre chwile. I wtedy prze­grywa...

- Bab­ciu, spo­koj­nie. To nie zaszło aż tak daleko. Wiesz prze­cież, że my się dopiero pozna­wa­li­śmy. O miło­ści trudno jesz­cze w takim przy­padku mówić.

- Nie zga­dzam się z tym - powie­działa bab­cia. - Choć wiem, że to teraz modne. Cze­kać, namy­ślać się, robić małe kroki. Ponoć to gwa­ran­cja więk­szego bez­pie­czeń­stwa. Może... Ale jeśli się kogoś kocha, czę­sto serce wie, że to wła­ściwa osoba już od pierw­szego momentu.

- No to moje ma wyjąt­kowo słabe wyczu­cie... - pod­su­mo­wała Klara. - Bab­ciu, muszę koń­czyć. Rano się chwilę spóź­ni­łam i nie chcę, żeby Tomek znów teraz cze­kał. On też potrze­buje prze­rwy.

- Fajny ten Tomek... - Łucja wes­tchnęła. - Kawę to tak umie zapa­rzyć jak nikt inny...

- Pro­szę cię. - Klara pode­szła do drzwi i poło­żyła dłoń na klamce. - To ja wam wtedy parzy­łam kawę, on tylko poda­wał.

- Ale jak poda­wał!

- Kochana, lecę do klien­tów. On jest zajęty. Kocha, nie­stety, swoją, mam nadzieję, na­dal byłą, dość ego­istyczną dziew­czynę. Nie mam u niego szans. Ale nie martw się o mnie, zadbaj, pro­szę, o sie­bie. Potrze­bu­jesz wyjść z domu.

- Spró­buję - obie­cała Łucja ostroż­nie i roz­łą­czyła się.

Rozdział 2

Maks odło­żył tele­fon. Nie spo­dzie­wał się innej odpo­wie­dzi, ale i tak zro­biło mu się przy­kro. Sie­dział przy sto­liku pod oknem. Nie miał teraz wiele pracy. Piz­ze­ria świe­ciła pust­kami, kucharz grał w jakąś ukła­dankę na tele­fonie, a po chod­niku przed wej­ściem hulał wiatr. Ludzie chro­nili się przed zim­nem w domach albo pra­co­wali.

- Jak obsta­wiasz? - zwró­cił się Maks do sie­dzą­cego pod prze­ciw­le­głą ścianą chło­paka. - Ile razy dziś upie­czesz pizzę? Będzie choć ze dwa?

Rafał ucie­szył się z tego zaga­je­nia. Był gadułą i praca z mało­mów­nym Mak­sem mocno dawała mu w kość. Wie­lo­krot­nie pró­bo­wał się zaprzy­jaź­nić, ale bez skutku. Kolega two­rzył wokół sie­bie mur nie do poko­na­nia. Mówiono na niego "odlu­dek" albo bar­dziej bez­po­śred­nio "gbur". Ale odkąd Klara wyje­chała, Maks się zmie­nił. Nie było to łatwo zauwa­żalne, bo wciąż trzy­mał dystans i nie chciał nikogo wpusz­czać do swo­jego świata, Rafał jed­nak widział. Prze­sia­dy­wali ze sobą codzien­nie wiele godzin.

- Sty­czeń to w Bobrówce mar­twy sezon - powie­dział. - Ludzie żyją tutaj bar­dzo bli­sko tra­dy­cji. Na święta szy­kują wszystko, co mają. Wydają każdy grosz i jesz­cze zacią­gają kre­dyty, biorą, co mogą, na raty. Świę­tują. A potem w nowym roku przy­cho­dzi gwał­towne otrzeź­wie­nie, któ­remu sprzyja zimna pogoda za oknem. I zaczy­nają oszczę­dzać.

- Może tak być. - Maks obra­cał w dło­niach sol­niczkę i patrzył przez wiel­kie okna.

Uliczna latar­nia, do któ­rej Klara przy­pi­nała swój rower, wciąż tu stała i miała się cał­kiem dobrze. Tym­cza­sem wokół niej tak wiele się zmie­niło. Nie miał już mocy, by tę piękną dziew­czynę ścią­gnąć jed­nym ese­me­sem. Okropne uczu­cie!

- Dobrze, że cho­ciaż jest szkoła, to dzie­ciaki wpadną na ham­bur­gera albo frytki - dodał pozor­nie lek­kim tonem, nie chcąc zdra­dzić, jakie emo­cje w nim buzują.

Ale Rafał i tak widział.

- Nie jest tak źle - odparł rów­nie spo­koj­nie. - Z zakładu pro­duk­cyj­nego też na pewno ktoś zamówi obiad. No i jest pan Wik­tor. Wczo­raj nie przy­szedł, więc obsta­wiam, że dziś będzie w piecu przy­naj­mniej jedno pep­pe­roni. - Uśmiech­nął się.

- Ow­szem - przy­znał Maks i humor odro­binę mu się popra­wił.

Polu­bił tego star­szego pana i ze zdu­mie­niem się temu przy­glą­dał. Zasad­ni­czo nie prze­pa­dał za ludźmi, zwłasz­cza z tego poko­le­nia. Uwa­żał ich za nudzia­rzy, któ­rzy nie mają poję­cia, czym jest praw­dziwe życie, i jesz­cze na doda­tek wtrą­cają się do cudzego. Ale z Wik­to­rem od początku sporo ich łączyło. Obaj byli w Bobrówce nowi, należy dodać, że jako jedyni. Od czasu ich prze­pro­wadzki nikt się wię­cej nie poja­wił. I obaj stali się obiek­tami zain­te­re­so­wa­nia wielu kobiet. Potem rów­nie słabo im poszła próba nawią­za­nia pierw­szej rela­cji i obaj leczyli się po tej sytu­acji, sta­jąc się źró­dłem wielu plo­tek.

Róż­nica pole­gała tylko na tym, że Maks od początku miał tutaj złą opi­nię i ona się teraz tylko pogor­szyła, a Wik­tor dosko­nałą i fakt, że wszyst­kich okła­mał, w żaden spo­sób tego nie zmie­nił. Wciąż go tutaj uwiel­biano, a winą za naiw­ność obar­czono panią Łucję. Taki para­doks życia.

- Słu­chaj. - Maks obró­cił się całym cia­łem w stronę kucha­rza. - Jak myślisz, dla­czego wła­ści­ciel w ogóle jesz­cze mnie tu trzyma? Prze­cież nie potrze­bu­je­cie już kel­nera. Spo­koj­nie dał­byś sobie radę sam.

- No... - Zawa­hał się Rafał. - Zawsze zatrud­niał tylko na sezon, to fakt. Ale widać zmie­nił zda­nie.

- Naprawdę nie wiesz, dla­czego? - zapy­tał Maks. - Wy tu prze­cież o wszyst­kim gada­cie. Ktoś na pewno ma jakieś infor­ma­cje.

- Plot­kują, to fakt. - Kucharz kiw­nął głową. - Ale nikt nie wie. Tylko szef. A on pary z ust nie pusz­cza. Dotar­łoby do mnie, gdyby cokol­wiek na ten temat powie­dział. Ja sły­sza­łem tylko, że ma powód. Tyle. Więc nie jest to zbieg oko­licz­no­ści. Może sam z nim poga­daj.

- Pró­bo­wa­łem - przy­znał się Maks. - Ale nic nie wskó­ra­łem.

Cho­lerna Bobrówka! - pomy­ślał.

Te słowa wypo­wia­dał rano zamiast "dzień dobry" i wie­czo­rem na zakoń­cze­nie dnia. Nie rozu­miał, co się dzieje. Naj­pierw odli­czał dni do uwol­nie­nia się od tego miej­sca, a teraz trwał z dnia na dzień. Nie wyjeż­dżał. Cze­kał, aż zosta­nie zwol­niony. Taka była przy­naj­mniej ofi­cjalna wer­sja, którą prze­ka­zy­wał tacie. Ale wie­dział, że temat jest o wiele głęb­szy.

Tele­fon wciąż leżał tuż obok jego dłoni. Wysy­łał wia­do­mo­ści do Klary bez wiel­kiej nadziei na prze­łom. Bar­dziej z tęsk­noty, potrzeby kon­taktu, jakie­go­kol­wiek.

Ależ mu ta dziew­czyna dała popa­lić! Taka spo­kojna, łagodna, jak sądził, naiwna. Łatwa do pode­rwa­nia. Oce­nił ją dokład­nie tak samo jak całą miej­sco­wość i swo­jego szefa. Pogar­dli­wie i z lek­ce­wa­że­niem. A tym­cza­sem to oni wygrali. Wciąż tu prze­cież sie­dział.

Nie chciał wyjeż­dżać z cho­ler­nej Bobrówki!

Rozdział 3

Maciek, wła­ści­ciel piz­ze­rii, zadzwo­nił póź­nym popo­łu­dniem do ojca Maksa, Adama. Znali się dobrze i wła­śnie z tego powodu chło­pak zna­lazł tutaj zatrud­nie­nie, choć na początku wcale nie radził sobie naj­le­piej i nie ukry­wał, że nie chce tu być. Maciek umiał jed­nak być cier­pliwy i patrzeć dale­ko­wzrocz­nie. Nie słu­chał więc tych, któ­rzy radzili mu jak naj­szyb­ciej usu­nąć zbun­to­wa­nego, nie­zbyt kom­pe­tent­nego kel­nera. Nie pod­dał się temu, mimo iż sporo się musiał na ten temat nasłu­chać. A teraz napły­nęła kolejna fala. Po histo­rii z Klarą akcje Maksa - o ile to moż­liwe - jesz­cze bar­dziej spa­dły.

Ale Maciek był nie­ugięty. I tylko jego żona wie­działa, jaki ma ku temu powód.

- No i jak? - zapy­tał, przy­ci­ska­jąc mocno tele­fon do ucha. Od rana z nie­po­ko­jem cze­kał na wie­ści.

- Słabo - odparł tata Maksa. - Wyniki bar­dzo złe. Taka prawda, nie ma co owi­jać w bawełnę.

- Kur­czę, to nie­do­brze. - Wła­ści­ciel piz­ze­rii ogrom­nie się zmar­twił.

- Wiem. - Adam kiw­nął głową, choć kolega nie mógł tego widzieć. Brzmiał jak czło­wiek zre­zy­gno­wany, który pogo­dził się z losem, i to też było dość nie­po­ko­jące.

- A jak twoje zna­jo­mo­ści? - dopy­ty­wał się Maciek. Adam miał sporo leka­rzy w krę­gach swo­ich kon­tak­tów, kie­dyś sku­tecz­nie pomógł jego żonie. Może teraz też byłaby na to szansa? - Wszyst­kie poru­szone?

- Niebo i zie­mia - odparł Adam. - Robię, co w mojej mocy. Prze­cież wiesz, że mam dla kogo żyć.

Obaj jed­no­cze­śnie pomy­śleli o chło­paku, który sie­dzi teraz w pustym zapewne lokalu i uważa, że jego naj­więk­szym zmar­twie­niem jest pyta­nie, czy wyjeż­dżać z Bobrówki, skoro dotrzy­mał danego ojcu słowa i prze­trwał trzy mie­siące. Los jed­nak szy­ko­wał dla niego o wiele poważ­niej­sze wyzwa­nie. Nie­stety. Maciek tylko wes­tchnął. Uwa­żał, że chło­pak bar­dzo się zmie­nia na lep­sze, ten czas mu pomógł. I wszystko mogło się teraz zepsuć. Obaj z ojcem zasłu­gi­wali choć na chwilę spo­koju. Na to się jed­nak nie zano­siło.

- Czy to nie jest czas, żeby chło­pa­kowi powie­dzieć prawdę? - zapy­tał. Był zda­nia, że takich rze­czy nie powinno się przed bli­skimi ukry­wać. - Dobry moment na prze­ka­za­nie wie­ści o cho­ro­bie ni­gdy nie nadej­dzie. To zawsze jest trudne - dodał. - Wiem z wła­snego doświad­cze­nia. A syn zasłu­guje, by wie­dzieć.

- Jesz­cze chwila - powie­dział tata Maksa. - Tak się teraz uspo­koił, że aż cza­sem trudno mi w to uwie­rzyć. Pizzę moto­cy­klem wozi, a kie­dyś ska­kał nad prze­pa­ściami, pędził po auto­stra­dach, ści­gał się jak głupi, nara­ża­jąc swoje życie.

- Nie cze­kaj w nie­skoń­czo­ność - popro­sił Maciek.

- Nie będę - obie­cał Adam. - Daj mu jesz­cze tylko tro­chę czasu. U cie­bie jest bez­pieczny. Niech się wzmocni. Tutaj szybko wróci do daw­nego śro­do­wi­ska. I tak się dzi­wię, że tak długo tam sie­dzi.

- Ja też. To pew­nie przez Klarę. Jak zwy­kle kobiety nas trzy­mają w gar­ści - pró­bo­wał żar­to­wać, choć wcale nie było mu do śmie­chu.

- O, to fakt - przy­znał Adam i Maciek uświa­do­mił sobie, że pal­nął głu­potę.

Ojciec Maksa całe życie pono­sił kon­se­kwen­cje decy­zji żony, która ode­szła do innego męż­czy­zny, zosta­wia­jąc nie tylko męża, lecz także małego synka.

- Naprawdę okrop­nie mi przy­kro - powie­dział Maciek cicho.

Miał na myśli tak wiele. Sta­now­czo za dużo stało się w tej jed­nej tak prze­cież malut­kiej rodzi­nie.

Pomy­ślał o swo­jej żonie. Była jego skar­bem i wspar­ciem na każ­dym kroku. Po tylu wspól­nie spę­dzo­nych latach nawet nie umiał sobie wyobra­zić, że któ­re­goś dnia mogłoby jej zabrak­nąć. A prze­cież też otarli się o cho­robę. I ta straszna myśl wie­lo­krot­nie przy­cho­dziła mu do głowy pod­czas bez­sen­nych nocy.

Ojciec Maksa nie zasłu­żył sobie na taką okropną dia­gnozę. Zresztą jak zde­cy­do­wana więk­szość ludzi, któ­rzy zma­gali się z cięż­kim scho­rze­niem. Ale tu sytu­acja była szcze­gól­nie trudna. Maks miał na świe­cie tylko jego. A poza tym Adam tak nie­wiele dobrego w życiu doświad­czył. Naj­pierw porzu­ciła go żona, a potem już tylko zma­gał się z prze­ciw­no­ściami losu, by na koniec dostać kło­poty z dora­sta­ją­cym synem. Poważne kło­poty.

- Musisz wyzdro­wieć - powie­dział Maciek z naci­skiem. - A kiedy to się sta­nie, obie­caj mi, że coś zmie­nisz. Zaczniesz wresz­cie być szczę­śliwy. Zadbasz o sie­bie.

- Na razie to ja muszę przejść przez che­mię. - Adam wes­tchnął. - Na doda­tek sam. Pierw­szą mam za parę dni.

- To zna­czy, że się spie­szą - wyrwało się Mać­kowi.

- No i tro­chę, że mnie lubią - zażar­to­wał słabo Adam.

- Słu­chaj, ja o tym myśla­łem - powie­dział Maciek. - Dla mnie nie ma pro­blemu. Jestem ci winien coś cen­niej­szego niż wszyst­kie pie­nią­dze. Będę two­jego chło­paka trzy­mał tak długo, jak tylko chcesz. Ale uwa­żam, że on powi­nien wie­dzieć.

- Dziew­czyna mu dopiero co serce zła­mała. Musi się pozbie­rać - odparł Adam.

- O czym ty mówisz? - zapy­tał Maciek z obu­rze­niem. - Parę razy się spo­tkali. Nawet się nie zdą­żył zako­chać. A twoja cho­roba to poważna sprawa.

- On spra­wia wra­że­nie twar­dziela i cynika - przy­znał Adam. - Ale ja go znam. Naprawdę taki nie jest. A z miło­ścią żar­tów nie ma. Już nie­je­den się na tym prze­je­chał. Ni­gdy nie wiesz, kiedy poznasz tę jedyną wła­ściwą osobę i kto ci może zła­mać serce. Ja się o niego boję. Tyle lat sam go wycho­wy­wa­łem, że chyba mi się zain­sta­lo­wała tak zwana mat­czyna intu­icja - zażar­to­wał.

- No dobrze, jak uwa­żasz - zgo­dził się Maciek, wzdy­cha­jąc ciężko. - Ktoś cię po tej che­mii odbie­rze? - zapy­tał jesz­cze.

- Wiesz prze­cież, że jestem sam - odparł Adam. - Ale nie przej­muj się. Mia­łem bar­dzo dużo czasu, żeby się przy­zwy­czaić. Radzę sobie od lat. To wyjąt­kowo paskudna sprawa, ale bywało gorzej.

- Nawet sobie tego nie potra­fię wyobra­zić.

- Na przy­kład jak Maks był w szpi­talu... - zaczął opo­wia­dać Adam. - Miał dzie­więć lat i dostał jakie­goś ataku kolki. Zwi­jał się z bólu. Leka­rze go trzy­mali cztery dni na oddziale. Wła­ści­wie do końca jego pobytu nie doszli, co się wtedy wyda­rzyło. A ja musia­łem jeź­dzić do pracy, bo nie dosta­łem wol­nego. Zaczy­na­łem o pią­tej rano, żeby jak naj­szyb­ciej skoń­czyć. Potem jecha­łem do syna i sie­dzia­łem aż do rana. Bez chwili snu. Budził się w nocy, pła­kał... I tak w kółko. Moja mama wtedy zacho­ro­wała, nie wpu­ścili jej na oddział i nikt nam nie mógł pomóc.

- To straszne - szep­nął Maciek.

- Pod koniec to bałem się wsia­dać za kie­row­nicę, taki byłem zmę­czony - dodał Adam, jakby pierw­szy raz w życiu komuś o tym opo­wia­dał. - A potem zabra­łem go do domu i jesz­cze przez kilka dni nie cho­dził do szkoły. Dziecku trzeba ugo­to­wać, zająć się nim jakoś. Rze­czy­wi­ście był taki moment, kiedy wyda­wało mi się, że zabrak­nie mi sił, żeby rano wstać z łóżka. Że się pod­dam. Albo po pro­stu wezmę torbę i, jak moja żona, wyjdę z domu.

- Ale nie zro­bi­łeś tego. Jesteś dzielny - powie­dział Maciek. - Słu­chaj, ja cię odbiorę z che­mii - zapro­po­no­wał spon­ta­nicz­nie. - Przy­jadę do Kra­kowa.

- Nie, naprawdę nie trzeba - odmó­wił Adam szybko. - Może się oka­zać, że potem będzie gorzej, wtedy zacznę pro­sić o pomoc. Ale na razie się trzy­mam.

- Jak uwa­żasz.

Maciek poże­gnał się i roz­łą­czył. Stał przy oknie, kiedy roz­ma­wiał przez tele­fon, a teraz odwró­cił się, by spoj­rzeć zupeł­nie nowym wzro­kiem na swój dom. Przy­tulny salon, w któ­rym się znaj­do­wał, to dzieło jego żony. Dbała o to, by oto­cze­nie ema­no­wało cie­płem i spo­ko­jem.

Był szczę­ścia­rzem. Praw­dzi­wym szczę­ścia­rzem. Jego Marta poszła teraz do pracy, ale wie­dział, że o czter­na­stej wróci. Potem dzieci przyjdą ze szkoły, zje­dzą razem obiad.

Na zewnątrz wiało. Pano­wał prze­ni­kliwy ziąb, pozba­wione liści drzewa i krzewy w ogro­dzie spra­wiały wra­że­nie tak suchych, jakby się już ni­gdy nie miały zazie­le­nić. To była jed­nak tylko zimowa, nie­przy­jemna złuda. Ale w domu wszystko wyglą­dało ina­czej. Cie­pło, zacisz­nie, przy­tul­nie, czę­sto rado­śnie i wesoło. Każdy powi­nien tak żyć.

Nie czuł się kimś wyjąt­ko­wym, lep­szym niż inni. A jed­nak wie­dział, że został bar­dzo obda­ro­wany. Sta­rał się dzie­lić, wspo­ma­gać innych.

Jak ten Adam tyle lat wytrzy­mał sam i jesz­cze wycho­wy­wał syna? - zasta­na­wiał się nie­raz. - Nie wszystko mu wyszło, bo to po pro­stu było nie­moż­liwe. Zada­nie oka­zało się za trudne dla jed­nego czło­wieka.

Adam dziel­nie sobie radził, a jed­nak nie otrzy­mał za to żad­nej nagrody. W trud­nej życio­wej sytu­acji chory, z poważną dia­gnozą i per­spek­tywą lecze­nia, pozo­sta­wał sam. Maciek dosko­nale wie­dział, że sytu­acja kolegi jest poważna. A on sam - słaby, zmę­czony tru­dami życia.

Wszedł do kuchni i zapa­rzył sobie her­baty. Pró­bo­wał pod­jąć jakąś decy­zję w spra­wie Maksa. Nie miał poję­cia, co lep­sze. Ale już kiedy wkła­dał torebkę do kubka, roz­strzy­gnął tę kwe­stię. Czy­imś dobrem musiał zary­zy­ko­wać. Nie upił nawet łyka her­baty, lecz od razu pod­szedł do przed­po­koju, nacią­gnął czapkę na uszy, wło­żył cie­płą kurtkę i zasu­nął zamek.

Miał jesz­cze godzinę, zanim odbie­rze naj­młod­szą córkę ze szkoły.

To powinno wystar­czyć - pomy­ślał.

Rozdział 4

Wiktor, ele­gancki męż­czy­zna, rze­komy wdo­wiec, nowy miesz­ka­niec Bobrówki wzbu­dza­jący powszechne zain­te­re­so­wa­nie zwłasz­cza u płci pięk­nej, wszedł do piz­ze­rii po swoją ulu­bioną pep­pe­roni. Mógł oczy­wi­ście zadzwo­nić - Maks by mu przy­wiózł. Jeź­dził teraz na swoim moto­cy­klu i lokal zyskał nową usługę. Ale chciał to zro­bić oso­bi­ście.

- Dzień dobry - przy­wi­tał się, wcho­dząc z ulgą z zim­nej ulicy do cie­płego, pach­ną­cego cia­stem i topio­nym serem wnę­trza.

- A pan oso­bi­ście! - ucie­szył się Rafał, spo­glą­da­jąc w jego stronę. Zawsze to jakieś uroz­ma­ice­nie dość mono­ton­nego dnia.

- Tak, chcia­łem się przejść - wyja­śnił Wik­tor. - Nie zna­cie jesz­cze takiego doświad­cze­nia, ale kiedy czło­wiek jest na eme­ry­tu­rze, czas mu pły­nie ina­czej. Trzeba sobie szu­kać zajęć. Pogoda na spa­cer nie­spe­cjalna, ale cią­gnęło mnie do was.

Maks spoj­rzał za okno. Wiało jak dia­bli.

- W sumie powiem panu, że dobrze, iż pan przy­szedł. - Uśmiech­nął się lekko. - Nie chcia­łoby mi się jechać w taki ziąb - dodał szcze­rze. - I mojej maszyny też szkoda.

- Już wrzu­cam pizzę do pieca. - Kucharz zaczął się pospiesz­nie krzą­tać. Przy tak małej licz­bie klien­tów praca była przy­jem­no­ścią. - Na miej­scu czy na wynos? - zapy­tał jesz­cze.

- Na miej­scu - odparł Wik­tor. - I dobrą her­batę z cytryną jesz­cze popro­szę.

- Jasne. - Maks wstał i zaczął spraw­nie przy­go­to­wy­wać napój. Dzi­wił się, jak dobrze mu to teraz szło. Sam nawet wybie­rał skład­niki i two­rzył nowe kom­po­zy­cje. Teraz na topie była zimowa, wła­ści­wie codzien­nie inna, bo wrzu­cał, co mu natchnie­nie pod­po­wie­działo.

Kiedy przy­był tu latem, nic nie potra­fił. A ostat­nio zaga­dy­wał do klien­tów, poma­gał w przy­go­to­wy­wa­niu zamó­wień od hur­tow­ni­ków, odbie­rał towar. Coraz wię­cej rze­czy robił, choć cały czas miał świa­do­mość, że i tak jego obec­ność tutaj jest zbędna. Nie zara­biał na swoją pen­sję. Wła­ści­ciel pora­dziłby sobie bez trudu z jed­nym pra­cow­ni­kiem.

- Jak Klara? - zapy­tał pan Wik­tor, sia­da­jąc wygod­nie w tym samym miej­scu co zawsze.

Ta miej­sco­wość była nie­zwy­kła. Czło­wiek szybko tu wsią­kał. Zaczy­nał mieć swoje trasy spa­ce­rowe, ulu­bione bułki w tej cho­ler­nej pie­karni, w któ­rej wciąż tak wiele robili ręcz­nie i pach­niało tak, że nawet naj­więk­szy cynik nie umiał się temu oprzeć. Swoje krze­sło w jedy­nej piz­ze­rii i wybrany smak tej naj­słyn­niej­szej wło­skiej potrawy. Kar­to­tekę zało­żoną w deli­ka­te­sach przez wła­ści­cielkę, która pil­nie zbie­rała wszyst­kie plotki. Ale też przy­ja­ciół, takich praw­dzi­wych, któ­rzy nie zosta­wiają czło­wieka samego w potrze­bie. Znaj­do­wało się ich w sytu­acjach zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nych. I tak czło­wiek wsią­kał w to miej­sce, zanim się zdą­żył zorien­to­wać, co się dzieje.

- Jak Klara?- powtó­rzył pyta­nie.

Miał tę dener­wu­jącą cechę star­szych ludzi - lubił się wtrą­cać do cudzego życia i komen­to­wać. Ale jemu Maks jakoś to wyba­czał. Sam nie wie­dział czemu.

- A Łucja? - odbił pałeczkę. - Dawno jej nie widzia­łem. Nawet chod­ni­kiem nie prze­cho­dzi. Podobno ludzie nie dają jej żyć.

- No, ja Klary też od wielu tygo­dni nie zdo­ła­łem zaob­ser­wo­wać w Bobrówce - zauwa­żył Wik­tor. - Ponoć ucie­kła.

Uśmiech­nął się słabo, nie chciał mu doko­pać. Tylko się prze­ko­ma­rzali.

- Dobra, jeden do jed­nego - zde­ner­wo­wał się Maks. - Nie ma sensu się moco­wać.

Kucharz przy­glą­dał im się z cie­ka­wo­ścią.

- Obaj żeśmy dali ciała - dodał chło­pak. - I jak widać, doświad­cze­nie życiowe w niczym nie pomaga. Ludzie nie mądrzeją z wie­kiem, tylko zwy­czaj­nie się sta­rzeją. - Spoj­rzał na niego z satys­fak­cją.

- Hola, hola, młody czło­wieku! - Wik­tor roze­śmiał się. - Czuję się teraz o wiele mądrzej­szy niż trzy mie­siące temu. Więc nie prze­sa­dzaj.

- Ja w sumie też - odparł Maks.

Obaj zamil­kli. Nie poskła­dało się to wszystko, to musieli przy­znać.

Pizza pie­kła się w nie­wiel­kim pomiesz­cze­niu. Pach­niało coraz moc­niej.

- Też bym coś zjadł - powie­dział Maks, spo­glą­da­jąc na kucha­rza. - Może jesz­cze coś dorzu­cisz nie­wiel­kiego?

- Podzielę się z wami - ode­zwał się pan Wik­tor. - Spe­cjal­nie zamó­wi­łem naj­więk­szą, prze­cież jej sam nie zjem. I her­batę też sta­wiam. Albo, jak woli­cie, Pepsi.

- Ja her­batę! - ucie­szył się kucharz.

Mię­dzy nim a Mak­sem ukła­dało się ostat­nio o wiele lepiej niż na początku, ale wciąż czuł wobec niego pewien dystans. Nie miał na przy­kład odwagi, by go popro­sić, żeby mu coś przy­go­to­wał do picia. A te zimowe kom­po­zy­cje pach­niały tak, że nawet przy­pie­czony ser i szynka nie dawały mu rady.

- Ja też her­batę. Robię naj­lep­szą - pod­su­mo­wał Maks i włą­czył czaj­nik.

- Sły­sza­łem, że kobiety w Bobrówce pró­bują odtwo­rzyć twój prze­pis. Poma­rań­cze i imbir sprze­dają się w deli­ka­te­sach jak ni­gdy dotąd.

- Nie ma szans - powie­dział Maks. - Ja sam go nie znam. - Uśmiech­nął się. - Wrzu­cam, co mam pod ręką.

- Ale pep­pe­roni to zostaw. - Rafał pra­wie mu wyrwał pla­ste­rek z ręki.

- To aku­rat chcia­łem zjeść - zapro­te­sto­wał Maks i szybko wrzu­cił sobie kawa­łek kieł­basy do ust. - Spo­koj­nie - dodał. - Z fachow­cem roz­ma­wiasz.

- Ależ wy tu żyje­cie... - Wik­tor pokrę­cił głową. - W Kra­ko­wie w każ­dej piz­ze­rii jest taki ruch, że ledwo kel­ne­rzy wyra­biają się na zakrę­tach. A tu można byłoby sza­chy wycią­gnąć i grać. Lubisz? - zapy­tał, spo­glą­da­jąc na Maksa.

- Nawet nie pamię­tam - odparł chło­pak. - Kie­dyś gra­łem z ojcem. Cał­kiem nie­źle mi szło. No, ale potem prze­sta­łem.

Odwró­cił się. Nagle przy­po­mniały mu się te wszyst­kie dobre chwile z tatą. Kiedy był młod­szy, ojciec sta­wał na gło­wie, żeby jakoś się do niego zbli­żyć. Ale on był obra­żony, zagnie­wany. Nosił w sobie żal, że tata pozwo­lił matce odejść.

Było to dla niego jasne, że musiał popeł­nić jakiś błąd. W prze­ciw­nym razie ona by go nie zosta­wiła. A może... - przy­szło mu nagle do głowy - cza­sem ludzie po pro­stu odcho­dzą bez czy­jejś winy? Bo są nie­doj­rzali, za słabi, nie nadają się do życia w rodzi­nie, w mał­żeń­stwie.

Tata był fajny. Ta kon­klu­zja ostat­nio coraz czę­ściej przy­cho­dziła mu do głowy. Lubili grać w sza­chy - przy­po­mniało mu się. I teraz pomy­ślał, że może gdyby wtedy odpu­ścił i pozwo­lił sobie po pro­stu cie­szyć się tym, co jest dobre, miałby z tatą cał­kiem przy­jemne chwile. Ale tego nie zro­bił. Sam się uka­rał za odej­ście mamy. I przy oka­zji ojca też.

Zadzwo­nię dziś do niego - pomy­ślał. - Zaraz, jak tylko pan Wik­tor wyj­dzie.

- W domu mojego kuzyna jest fajna skrzynka z sza­chami - powie­dział męż­czy­zna. - Przy­niosę następ­nym razem. Zagramy. Zoba­czymy, czy fak­tycz­nie umiesz.

- Pro­szę mnie nie brać pod włos - odparł szybko Maks. - Bo ja się w takie gierki nie dam wcią­gnąć. Nie będę się sta­rał ani spi­nał, żeby pana poko­nać.

Przy­niósł her­batę do sto­lika, a jed­no­cze­śnie pomy­ślał, że odpali dzi­siaj w tele­fo­nie jakąś par­tyjkę ze sztuczną inte­li­gen­cją, żeby nie dać się temu sta­rusz­kowi wyki­wać. Skoro zapro­po­no­wał sza­chy, to zna­czy, że świet­nie się na nich zna. Cwana sztuka z niego była, z tego Maks już sobie zda­wał sprawę.

- Wła­ści­wie to o co poszło z Klarą? - zapy­tał Wik­tor, upar­cie trzy­ma­jąc się tego tematu.

Maks obru­szył się na to obce­sowe pyta­nie.

Sam chciał­bym wie­dzieć - pomy­ślał w pierw­szej chwili, ale nie był już w sta­nie się oszu­ki­wać tak spraw­nie, jak jesz­cze kilka mie­sięcy temu.

- Nie ogar­ną­łem się na czas - powie­dział z wes­tchnie­niem, sia­da­jąc przy sto­liku. - Nie zauwa­ży­łem, z kim mam do czy­nie­nia. Wyda­wało mi się, że jestem mądry. A byłem głupi.

- Bar­dzo trafna dia­gnoza jak na tak mło­dego czło­wieka - zauwa­żył Wik­tor z uzna­niem. - Nie­zwy­kła - mruk­nął. - Do mnie w sumie też pasuje co do jed­nego słowa.

- Może­cie sobie ręce podać - wtrą­cił Rafał. Wycią­gnął pizzę i posta­wił pach­nącą na stole. - Panią Łucję znam od dawna - powie­dział po chwili. - To taka kobieta, która ma dużo god­no­ści. Nie wróci do pana. - Spoj­rzał na niego z satys­fak­cją.

Może i był zwy­kłym kucha­rzem w nie­wiel­kiej piz­ze­rii, która przez więk­szość czasu świe­ciła pust­kami, ale swo­jej dziew­czyny nie stra­cił. Kochali się. Wyraź­nie umiał coś wię­cej niż inży­nier z dużego mia­sta czy cha­ry­zma­tyczny moto­cy­kli­sta z tatu­ażami, dla któ­rego wpa­dały tutaj młode dziew­czyny.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki