Do Snowia i dalej - Jarosław Marek Rymkiewicz

Kup ebooka

35.00 zł
28.00 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Od Płużyn

.

1.

Kiedy córka Tuhana, wyciągnięta w niewodzie na powierzchnię Świtezi, kończy swą opowieść, wydarza się to, co nieuchronnie musiało się wydarzyć. Złamane zostały tutejsze prawa natury, a może i jakieś inne prawa, o których nic nie wiemy (prawa obowiązujące w niewidzialnej strefie istnienia? ale czy takie prawa dadzą się w ogóle pomyśleć?), a konieczność władająca tym, co dzieje się w strefie widzialności, została zakwestionowana i przestała, przynajmniej na jakiś czas, obowiązywać: dwie strefy istnienia niebezpiecznie się do siebie zbliżyły lub nawet - bo i tak można to ująć - przemieszały się ze sobą. Ci, którzy ośmielili się ujawnić tajemnicę ukrytą gdzieś poza widzialnością czy w głębi widzialności i którzy zuchwale wydobyli z głębi widzialności to, co jest niewidzialne i co niewidzialne powinno pozostać, muszą być za to ukarani. Biada wam, romantyczni śmiałkowie: kto przeniknął w niewidzialną strefę istnienia, w której istnieć mu nie wolno, zapłaci za to w tej strefie istnienia, w której istnieje widzialnie. Zapłata w srebrnych rublach lub w złotych dukatach: tyle, ile kosztowały sieci i łodzie użyte w operacji łowienia tego, co niewidzialne. Dwie ostatnie strofy Świtezi Mickiewicz poświęcił opisowi katastrofy spowodowanej niewątpliwie przez córkę Tuhana. Lub przez niewidzialność, z której wyciągnięto w niewodzie córkę Tuhana. Jezioro pęka "do dna", wznosi się nad nim ogromna, biegnąca do brzegu fala, w głębi puszczy słychać szum - właściwie nie wiadomo, dlaczego, ale bardzo to niepokojące: pewnie puszczańska, nadbrzeżna niewidzialność też nie jest zadowolona z ujawnienia tajemnicy - i topią się łodzie i sieci, które zuchwały Michał Wereszczaka sprowadził nad Świteź. Jaki był los tych biednych chłopów pańszczyźnianych z Płużyn lub z Miratycz, którzy siedzieli w łodziach i ciągnęli niewód, Mickiewicz nie mówi: ale można się domyślać, że utonęli razem z łodziami i znaleźli się w ten sposób w podwodnym księstwie Tuhana, czyli w tej niewidzialnej strefie istnienia, której nietykalność i niewidzialność - na rozkaz lekkomyślnego panicza - pogwałcili. Dlatego właśnie - muszę to tutaj wtrącić - tak lubię Ballady i romanse, a szczególnie te spośród nich, co rozgrywają się nad brzegami Świtezi: czytając je, można się domyślać różnych rzeczy, o których nie ma w nich mowy (choć mogłaby być), a Mickiewicz tak je jakoś dziwnie skonstruował, abyśmy bez wyrzutów sumienia (że naruszamy integralność dzieła literackiego) mogli się puszczać na takie domysły. Mickiewicz nie utonął razem z pańszczyźnianymi chłopami Wereszczaków lub Niezabytowskich, więc można się domyślać, że nie siedział w łodzi i nie ciągnął niewodu, lecz został (z młodymi Wereszczakami, którzy także tę katastrofę przeżyli) na brzegu jeziora. Pytanie, czy Mickiewicz był wtedy - latem roku 1821 lub latem roku 1822 - nad Świtezią i czy widział (na własne oczy) to, co się tam wydarzyło? To pytanie można sformułować jeszcze i tak: czy to, o czym Mickiewicz opowiada nam w balladzie Świteź, wydarzyło się naprawdę, czy też czytając tę balladę, mamy do czynienia z fikcją literacką? Przeczytałem już prawie wszystko, co jest do przeczytania o Świtezi oraz o balladach Mickiewicza, Czeczota i Zana, które mają za temat brzegi, powierzchnię oraz dno tego jeziora, i jestem niemal pewien, że nikt jeszcze nie zadał - nie ośmielił się zadać - takiego radykalnego (radykalnie głupiego) pytania. Komentatorzy (bardzo liczni) Świtezi, Rybki oraz Świtezianki przyjmowali jako fakt oczywisty, że Mickiewicz zmyślał, czyli uprawiał literaturę. Zmyślił więc, pisząc Świteź (lub wziął z gminnej opowieści, też zmyślonej), miasto na dnie jeziora, straszydło zaplątane w niewodzie oraz katastrofę, statki i sieci tonące w jeziorze. Zmyślił także, pisząc Świteziankę, dziewicę pląsającą na powierzchni jeziora i zmyślił, pisząc Rybkę, bolesną przemianę, której podlega ten, kto przekracza granicę między dwoma strefami istnienia: tą tutejszą, dobrze nam znaną, a tamtą, o której mało co albo i nic nie wiemy. Komentatorzy przyjmując, że to wszystko jest oczywiście zmyślone (w ogóle nie ma co się nad tym zastanawiać), mieli jednak taki oto problem: w tych balladach pojawia się ktoś, kto przemawia do nas w pierwszej osobie i kto wobec tego mógłby zostać przez czytelników uznany za Mickiewicza. A gdyby czytelnicy uznali tego kogoś za Mickiewicza, to mogliby też uznać, że Mickiewicz widział to wszystko na własne oczy: straszydło w niewodzie, rozstępujące się wody jeziora i tonące w tym jeziorze statki. Czytelnicy są głupsi niż komentatorzy (to też jest oczywiste), więc trzeba im powiedzieć, za kogo mają tego kogoś, kto opowiada im ballady, uważać. Stąd liczne rozważania mówiące o narratorze ballad Mickiewicza, czyli kimś, kogo Mickiewicz wymyślił jako ballad tych opowiadacza. Ten, kto opowiada nam fabułę Świtezi, mówi tak: "Drżę cały, kiedy bają o tym starce". Mickiewicz nie mógł przecież wierzyć w bajania starców i nie mógł też, słuchając tych bajań, drżeć cały. Mickiewicz - zdaniem komentatorów - nie był bowiem taki naiwny, taki głupi, taki dziecinny. Drżeć cały mógł więc tylko ktoś, kogo Mickiewicz sobie wymyślił: czyli ten narrator, opowiadacz ballad. Ale ja to wkładam między bajania (naukowych) starców. To, że pozytywistycznie zorientowani starcy nie wierzyli w istnienie świtezianek, wcale jeszcze nie znaczy, że - to po pierwsze - Mickiewicz nie wierzył w istnienie świtezianek oraz - to po drugie - że świtezianki nie istniały. Trzeba to sprawdzić i wtedy się okaże: czy on w nie wierzył, czy one istniały. Ich tamtejsze (w głębinach Świtezi) istnienie to jest rzecz do sprawdzenia: Mickiewicz to sprawdzał (pisząc ballady), więc nie wolno nam mówić, że nie ma tu o czym mówić, bo to są gminne baśnie, których ludzie uczeni nie traktują serio. Kto powiada, że gminnych baśni nie należy traktować serio, powiada tym samym, że jest mądrzejszy od Mickiewicza, że wie coś lepiej niż on. Może i jest mądrzejszy: nie dostrzega tylko - w swej głupocie - że wiersze Mickiewicza czyta, posługując się szkiełkiem i okiem, czego Mickiewicz wyraźnie nam zakazuje. Muszę tu jeszcze dodać, że wśród komentatorów ballad Mickiewicza zdarzali się jednak i tacy, którzy skłonni byli, choćby częściowo, dać wiarę autorowi. Leonard Podhorski-Okołów, który zajmował się balladami w Realiach Mickiewiczowskich, uważał na przykład, że pewne rzeczy, o których Mickiewicz opowiedział nam w Świtezi, mogły naprawdę się wydarzyć. Podhorski-Okołów nie posunął się co prawda tak daleko, by rozpatrywać problem istnienia lub nieistnienia stworów zwanych świteziankami: w świtezianki, jak się zdaje, nie wierzył. Lub może uważał, że tego problemu - świtezianki istniały czy nie - nie da się rozstrzygnąć i dlatego wolał się nim nie zajmować. Ale wers 52 Świtezi - "I ksiądz przyjechał z Cyryna" - wydał mu się godny sprawdzenia. A sprawdziwszy go, doszedł do wniosku - i przekonywająco ten wniosek uzasadnił - że ksiądz z Cyryna naprawdę istniał: i wiemy już teraz, dzięki Podhorskiemu-Okołowowi, jak się ten ksiądz nazywał, skąd pochodził i co go łączyło z Wereszczakami oraz z Mickiewiczem. Czesław Zgorzelski, wydając wiersze Mickiewicza w Bibliotece Narodowej, wers 52 Świtezi opatrzył takim przypisem: "Cyryn - miasteczko w pobliżu Płużyn". Przypis nie jest zbyt ścisły - Cyryn położony jest w dość znacznej odległości od Płużyn - ale mniejsza o to, bo ważne jest tu coś innego: to mianowicie, że pewne rzeczy, o których Mickiewicz (lub wymyślony przez niego narrator) opowiadał w Świtezi, badacze uznawali za realnie istniejące, a innym realnego istnienia odmawiali. Mówili więc w istocie tak: świtezianki Mickiewicz sobie wymyślił, bo czegoś takiego jak świtezianki to na świecie nie ma, ale księdza oraz Cyryna nie wymyślił i ksiądz z Cyrynem wzięty jest z rzeczywistości, bo takie rzeczy jak ksiądz i Cyryn na świecie bywają. Problem polega tu na tym, że nie widać - gdy czytamy Świteź - żadnej możliwości przeprowadzenia takiej operacji, która pozwoliłaby nam na dokonanie wyraźnego rozróżnienia: tu straszydło w niewodzie, a tam ksiądz z Cyrynem. W Świtezi (podobnie jak w innych balladach Mickiewicza) wszystko jest równie realne lub równie nierealne: ksiądz, Cyryn, pękające na pół jezioro oraz straszydło miotające się w niewodzie. I nie ma - w żadnej z ballad - takiego miejsca, w którym Mickiewicz mówiłby nam, w którym wyraźnie wskazałby nam palcem: o tego stwora to ja sobie wymyśliłem. Cyryn i ksiądz istnieją więc w Świtezi na tych samych prawach, co straszydło: owszem, można powiedzieć (jak powiedziałem na początku), że to są fenomeny należące do dwóch różnych stref istnienia. Ale te strefy zmieszały się ze sobą i kto ośmieli się powiedzieć, że to Mickiewiczowi tak się coś w głowie pomieszało, że to jest efekt wielkiego zamieszania, które panowało w jego wyobraźni? On chyba mówi (mnie tak się zdaje) o czymś, co dotyczy nas wszystkich, co jest treścią - najistotniejszą - naszego tutaj ziemskiego istnienia. Dlaczego więc wierzono w realne istnienie miasteczka Cyryn i księdza z Cyryna, a nie wierzono w realne istnienie świtezianki? Ksiądz z Cyryna (nazwisko jego Horbacewicz) macha kropidłem, gdy niewód ze straszydłem ukazuje się na powierzchni jeziora. Kropidło byłoby bardziej realne niźli ten niewód i to w nim straszydło? Dlaczego? Trzeba, zamiast rozważać - i z góry decydować - co tu jest bardziej, a co mniej realne, pytać raczej tak: dlaczego Mickiewicz uważał to wszystko - księdza, Cyryn, straszydło - za równie realne? dlaczego wierzył (jeśli wierzył) w istnienie świtezianek? jeśli nie wierzył, to dlaczego nas zwodził, mówiąc w balladach, że wierzy? a jeśli wierzył, to skąd miał tę wiarę? i co tę wiarę mogłoby potwierdzać?

?

Do Snowia

.

1.

Dlaczego Ludwik Spitznagel przyśnił się na początku marca 1830 roku księdzu Stanisławowi Parczewskiemu? I dlaczego ponad trzy lata wcześniej, w dniu swej śmierci w Snowiu - a więc w końcu lutego 1827 roku - Ludwik Spitznagel przyśnił się Antoniemu Edwardowi Odyńcowi? Pytanie wydaje się źle postawione, bowiem wygląda na to, że nie można udzielić na nie sensownej odpowiedzi: nie wiemy, dlaczego coś nam się śni lub coś nie śni i nie wiemy też, dlaczego coś, co nam się śni, śni się akurat tak a nie inaczej. Jakąś wiedzę w tych kwestiach jednak uzyskujemy lub przynajmniej staramy się uzyskać. Lub przynajmniej sądzimy, że możemy uzyskać. Mój sen, który przyśnił mi się kilkanaście dni temu, na przełomie października i listopada. Wokół były skały, urwiska, przepaście, także jakieś jaskinie ponad przepaściami. Wszystko to we mgle albo w oparach albo w kłębach dymu. Te skały, urwiska, przepaście i jaskinie były zaludnione: ktoś tam się krzątał, ktoś krążył w przepaściach i nad urwiskami, jakieś postacie niechlujne i brudne. Ale nie wiedziałem, kim byli ci ludzie. Znalazłem się na skraju jednej z przepaści i sen powiedział mi, że mam wejść w mgłę kłębiącą się nad tą przepaścią i przejść na drugą stronę: to przejście było czymś koniecznym i nieuniknionym. Była tam kładka, którą dobrze pamiętam: chybotliwe, luźno ułożone, szare deski i poręcz, ale nawet nie poręcz, tylko sznur lub gruby drut i tylko z jednej strony. Idąc po kładce, można się było trzymać za ten drut lub sznur, ale tylko lewą ręką. Były też tam, na tej kładce, takie miejsca, gdzie nie było desek i trzeba byłoby iść po drutach lub po sznurach. Dalej, po drugiej stronie przepaści, była droga ginąca między urwiskami. Wiedziałem, że muszę przejść po tej przerażającej mnie kładce i wiedziałem, że nie może mi się to udać. Ale tuż za mną stali Ewa i Wawrzek, i sen mówił mi też, że oni czekają i że jeśli ja nie przejdę na drugą stronę, to i oni nie będą mogli przejść ponad przepaścią i nigdy nie znajdą się na tej drodze (chyba miejsce bezpieczne) prowadzącej w góry. Wszedłem więc na kładkę (z myślą, że nawet jeśli ja z niej spadnę, to oni zostaną zbawieni) i obudziłem się, lecąc w przepaść. Czy ten mój sen da się jakoś wytłumaczyć: dlaczego mi się przyśnił, co mi chciał powiedzieć? Wytłumaczalna jest dla mnie - jakby to powiedzieć - jego senna zewnętrzność lub jego senna oczywistość. Albo przynajmniej część tej zewnętrzności, oczywistości. Wiem, skąd wzięły się w nim skały, urwiska, jaskinie, opary oraz niechlujne i brudne postacie. Właśnie wtedy, kiedy mi się przyśnił, czytałem dzieło Emanuela Swedenborga O niebie i jego cudach, również i o piekle. Kiedy zasypiałem, w mojej pamięci kotłowały się więc swedenborgiańskie obrazy świata duchów i sen opanowując moją pamięć - może należałoby powiedzieć: wchodząc w nią i czegoś w niej dla siebie szukając? - napotkał obrazy, które mógł wykorzystać dla swoich tajemniczych celów. Swedenborg utrzymywał, że wielokrotnie odwiedzał świat duchów i że miejsca naszego pośmiertnego bytowania są mu wobec tego świetnie znane. Twierdził też, że jest to świat, którego natura jest duchowa ("pochodzenia duchowego"), a zarazem świat widzialny. Ktoś, kto został cudownie przeniesiony z tutejszej, zmysłowej widzialności w tamtejszą, duchową widzialność, może więc tę duchową widzialność oglądać własnymi oczyma: oczywiście, takimi, które są "pochodzenia duchowego", a nie takimi, które są "pochodzenia przyrodzonego". Mistyczne doświadczenia Swedenborga powiedziały mu, że widzialność tamtejsza odpowiada widzialności tutejszej i że te dwie widzialności niczym się nie różnią: czyli to, co mamy tutaj, będziemy mieli także i tam. Opisanie tamtejszej widzialności nie było jednak łatwą sprawą, bowiem autor De coelo et ejus mirabilibus kilkakrotnie powracał do tego tematu, a jego relacje z wypraw w tamtejszą widzialność trochę się jednak między sobą różnią. Obrazy, które wykorzystał mój sen, pochodzą z rozdziału O widoku, położeniu i wielorakości piekieł. "Otwory, czyli bramy do piekieł, które znajdują się pod górami, pagórkami i skałami, wydają się na pozór jakby dziury i jakby szczeliny urwisk, jedne z nich rozciągają się wszerz i są przestronne, drugie ciasne i wąskie, większa zaś część jest poszarpana na kształt urwisk; wszystkie, gdy się je zobaczy, wydają się ciemne i czarne". Dalej w tymże rozdziale czytamy: "Zdarzyło mi się także zajrzeć do piekieł i widzieć, jakie one są wewnątrz [...]. Niektóre piekła wydały się jako pieczary i jaskinie w urwiskach ciągnące się wewnątrz, a stamtąd także w głąb, ukośnie lub prostopadle. Inne piekła wydały się podobne do mateczników i nór, jakie mają dzikie zwierzęta w lasach; jeszcze inne, podobne do pieczar wydrążonych i szybów, jakie bywają w kopalniach, z jaskiniami zwróconymi ku głębiej położonym miejscom [...]. Istnieją też pustynie, gdzie nic nie ma prócz nieurodzajnych i piaszczystych miejsc, a gdzieniegdzie poszarpane urwiska, w których są pieczary, tu i ówdzie są także chaty; do tych pustych miejsc wyrzucani są z piekieł ci, którzy najokropniejsze przecierpieli męki". Czy to, co wiem o moim śnie - skały i jaskinie i urwiska są ze Swedenborga - tłumaczy go dostatecznie? Oczywiście, że nie. Zostałem przeniesiony - tak pojmuję ten mój sen - w inną widzialność i dla przedstawienia tej innej widzialności sen posłużył się obrazami, które odnalazł w mojej uśpionej pamięci. Ale dlaczego zostałem przeniesiony? Czy ta inna widzialność - ale może niewidzialność? więc lepiej będzie powiedzieć tu tak: czy ta inna strefa istnienia, w którą zostałem przeniesiony, czegoś chce ode mnie? Czy przypomina mi o swoim istnieniu? Chce, żebym o niej pamiętał? Otwiera się przede mną? Mówi mi: możesz wejść, spróbuj wejść? Na takie pytania nie da się oczywiście udzielić sensownej odpowiedzi. Kładka nad przepaścią, chybotliwe deski, sznur, którego można się trzymać lewą ręką, i Ewa z Wawrzkiem za moimi plecami. Ciemne to, niepojęte i chyba nie chcę wiedzieć, dlaczego przyśnił mi się taki sen. Wracam więc do tych dwóch snów, w których Stanisławowi Parczewskiemu i Edwardowi Odyńcowi pokazał się ich zmarły przyjaciel, Ludwik Spitznagel. Kiedy w pierwszych dniach marca 1830 roku do Rzymu przyjechał Stefan Garczyński, Mickiewicz i Odyniec, chcąc mu pokazać miasto i "korzystając - jak dowiadujemy się z Listów z podróży Odyńca - z ciepłych wieczorów", odbyli z nim kilka spacerów, a w czasie jednego z nich znaleźli się na cmentarzu protestanckim w pobliżu piramidy Cestiusza. Towarzyszył im wtedy ksiądz Parczewski i wraz z nim odszukali na cmentarzu grób Shelleya. Przy grobie angielskiego poety (pochowano tam jego prochy, bowiem ciało zostało spalone w pobliżu Viareggio na polecenie Byrona) rozmowa, pisał Odyniec, "przybrała też kolor grobowy" i wtedy ksiądz Parczewski opowiedział przyjaciołom sen, który miał poprzedniej nocy. "Śnił mu się bliski wspólny nasz przyjaciel, Ludwik Spitznagel, który, wiesz, że się zastrzelił, a obiecywał niepospolitego człowieka". W tym śnie ksiądz Parczewski spotkał Ludwika Spitznagla na ulicy w Rzymie i tam, na tej ulicy, Spitznagel powiedział mu, że zaprowadzi go do jakiegoś domu, gdzie już na nich - a właściwie tylko na księdza Parczewskiego - czekają. Spitznagel, o czym Odyniec nie wspomniał, bowiem było to dla niego oczywiste, nigdy za życia nie był w Rzymie. "Szli więc przez jakieś ciasne i kręte uliczki, aż weszli do przedsionku ciemnego jakiegoś gmachu". W sennym przedsionku ukazała się księdzu jego matka, która "z wielkim żalem i płaczem" chciała go tam zatrzymać i prosiła go, aby nie wchodził do ciemnego gmachu. W przedsionku był jednak także Spitznagel: "pociągnął go gwałtem za sobą, a trzask drzwi zamykających się za nimi obudził marzącego ze snu". Zaraz po tym spacerze do grobu Shelleya ksiądz Parczewski zachorował i w jednym z następnych listów Odyniec opowiadał o jego śmierci. Ksiądz Parczewski miał prawdopodobnie galopujące suchoty: "doktor Pasqualini powiada, że mu znać pękło w piersiach jakieś krwiste naczynie i że krew płuca zalewa. Leżał blady jak ściana, chustkę trzymając przy ustach". Każdy z nas będzie kiedyś leżał blady jak ściana. Ale pewnie nie przed każdym pojawi się uprzednio ktoś, kto zaprowadzi go do tych drzwi, a potem te drzwi za nim zatrzaśnie. Wedle relacji Odyńca, ksiądz Parczewski umarł 1 maja 1830 roku. Tuż przed śmiercią - w rozmowie z Odyńcem - "przypomniał swój sen o Ludwiku" i połączył ten sen z szekspirowskim mottem, którym Mickiewicz opatrzył II część Dziadów: "Są dziwy w niebie i na ziemi, o których ani śniło się waszym filozofom". Sen, w którym trzy lata wcześniej Ludwik Spitznagel ukazał się Odyńcowi, był dziwnie podobny do snu księdza Parczewskiego. Odyniec w ostatnich dniach lutego 1827 roku czekał na Spitznagla w Warszawie, bowiem ten - jadąc do Egiptu, gdzie miał pracować "jako dragoman przy tamecznym konsulacie" - prosił listownie przyjaciela, aby odbył z nim małą część drogi: "abym go przeprowadził [...] do Krakowa, bo on umyślnie dlatego przez Warszawę drogę obraca". Odyniec czekał też na herbatę, którą przez Spitznagla miała mu przysłać do Warszawy jego wileńska przyjaciółka, pani Salomea Bécu. "Herbata - pisała pani Salomea do Odyńca w liście z 11/23 lutego - kupiona i czeka Ludwisia, który czeka listu od swego towarzysza podróży, kiedy ma wyjechać". Wynika z tego, że w Wilnie herbata była wówczas tańsza niż w Warszawie. Lub że w Wilnie można było nabyć takie jej gatunki, których nie sprowadzano do Warszawy. Lub że pani Salomea kochała się w Odyńcu i chciała obdarować go herbatą. Mniejsza o herbatę. Czekając na przyjaciela z herbatą, Odyniec miał sen: przyśnił mu się Ludwik oraz jego ojciec, Ferdynand Spitznagel, zmarły w roku 1826 profesor terapii ogólnej i medycyny praktycznej w Uniwersytecie Wileńskim. W tym śnie ojciec i syn Spitznaglowie stali "na jakiejś mapie rozłożonej na podłodze pokoju". Na tej mapie nic jednak nie było - lub Odyniec nic na niej nie mógł dostrzec - "prócz jakichś pasów światłych i ciemnych, jakby to była mapa jakiejś bezmiernej, bezludnej pustyni". Stojąc na tej mapie Ludwik Spitznagel, "dziwnie smutny i blady", powiedział do Odyńca: "Dziękuję! ale nie masz potrzeby tu mnie przeprowadzać". Obudziwszy się, Odyniec zapisał datę "tego widzenia", a po tygodniu dowiedział się, że tego to właśnie dnia Ludwik Spitznagel "w Snowiu, u marszałka Rdułtowskiego, życie sobie odebrał". Co łączy te dwa sny - sen Odyńca i sen księdza Parczewskiego - i na czym polega ich dziwne podobieństwo? Oba można policzyć między sny wróżebne, bo oba zapowiadają coś, co zaraz się wydarzy: śmierć Ludwika Spitznagla, śmierć Stanisława Parczewskiego. Ale nie o to mi chodzi. Rzym, jakaś ulica, przedsionek jakiegoś gmachu, jakieś drzwi. I pusta mapa, na niej tylko jasne i ciemne pasy. W obu tych snach przed tym, kto śni, coś się otwiera; i widać - ale niejasno - jakieś miejsce, w które ten śniący może wejść. Miejsce, które go zaprasza. Dwa miejsca, które się otwierają. Lub jedno, to samo miejsce, w każdym z tych snów ubrane w nieco inną senną zewnętrzność. Różnica między tymi dwoma snami polega zaś na tym, że Odyniec - choć Ludwik pokazał mu to miejsce otwarcia - nie został wezwany: "Dziękuję! ale nie masz potrzeby tu mnie przeprowadzać". Ale jest przecież tak, że wszyscy - wcześniej czy później - będziemy tam wezwani. No to chodźmy: tam, gdzie zaprasza nas Ludwik Spitznagel.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki