Do Snowia
.
1.
Dlaczego Ludwik Spitznagel przyśnił się na początku marca 1830 roku księdzu Stanisławowi Parczewskiemu? I dlaczego ponad trzy lata wcześniej, w dniu swej śmierci w Snowiu - a więc w końcu lutego 1827 roku - Ludwik Spitznagel przyśnił się Antoniemu Edwardowi Odyńcowi? Pytanie wydaje się źle postawione, bowiem wygląda na to, że nie można udzielić na nie sensownej odpowiedzi: nie wiemy, dlaczego coś nam się śni lub coś nie śni i nie wiemy też, dlaczego coś, co nam się śni, śni się akurat tak a nie inaczej. Jakąś wiedzę w tych kwestiach jednak uzyskujemy lub przynajmniej staramy się uzyskać. Lub przynajmniej sądzimy, że możemy uzyskać. Mój sen, który przyśnił mi się kilkanaście dni temu, na przełomie października i listopada. Wokół były skały, urwiska, przepaście, także jakieś jaskinie ponad przepaściami. Wszystko to we mgle albo w oparach albo w kłębach dymu. Te skały, urwiska, przepaście i jaskinie były zaludnione: ktoś tam się krzątał, ktoś krążył w przepaściach i nad urwiskami, jakieś postacie niechlujne i brudne. Ale nie wiedziałem, kim byli ci ludzie. Znalazłem się na skraju jednej z przepaści i sen powiedział mi, że mam wejść w mgłę kłębiącą się nad tą przepaścią i przejść na drugą stronę: to przejście było czymś koniecznym i nieuniknionym. Była tam kładka, którą dobrze pamiętam: chybotliwe, luźno ułożone, szare deski i poręcz, ale nawet nie poręcz, tylko sznur lub gruby drut i tylko z jednej strony. Idąc po kładce, można się było trzymać za ten drut lub sznur, ale tylko lewą ręką. Były też tam, na tej kładce, takie miejsca, gdzie nie było desek i trzeba byłoby iść po drutach lub po sznurach. Dalej, po drugiej stronie przepaści, była droga ginąca między urwiskami. Wiedziałem, że muszę przejść po tej przerażającej mnie kładce i wiedziałem, że nie może mi się to udać. Ale tuż za mną stali Ewa i Wawrzek, i sen mówił mi też, że oni czekają i że jeśli ja nie przejdę na drugą stronę, to i oni nie będą mogli przejść ponad przepaścią i nigdy nie znajdą się na tej drodze (chyba miejsce bezpieczne) prowadzącej w góry. Wszedłem więc na kładkę (z myślą, że nawet jeśli ja z niej spadnę, to oni zostaną zbawieni) i obudziłem się, lecąc w przepaść. Czy ten mój sen da się jakoś wytłumaczyć: dlaczego mi się przyśnił, co mi chciał powiedzieć? Wytłumaczalna jest dla mnie - jakby to powiedzieć - jego senna zewnętrzność lub jego senna oczywistość. Albo przynajmniej część tej zewnętrzności, oczywistości. Wiem, skąd wzięły się w nim skały, urwiska, jaskinie, opary oraz niechlujne i brudne postacie. Właśnie wtedy, kiedy mi się przyśnił, czytałem dzieło Emanuela Swedenborga O niebie i jego cudach, również i o piekle. Kiedy zasypiałem, w mojej pamięci kotłowały się więc swedenborgiańskie obrazy świata duchów i sen opanowując moją pamięć - może należałoby powiedzieć: wchodząc w nią i czegoś w niej dla siebie szukając? - napotkał obrazy, które mógł wykorzystać dla swoich tajemniczych celów. Swedenborg utrzymywał, że wielokrotnie odwiedzał świat duchów i że miejsca naszego pośmiertnego bytowania są mu wobec tego świetnie znane. Twierdził też, że jest to świat, którego natura jest duchowa ("pochodzenia duchowego"), a zarazem świat widzialny. Ktoś, kto został cudownie przeniesiony z tutejszej, zmysłowej widzialności w tamtejszą, duchową widzialność, może więc tę duchową widzialność oglądać własnymi oczyma: oczywiście, takimi, które są "pochodzenia duchowego", a nie takimi, które są "pochodzenia przyrodzonego". Mistyczne doświadczenia Swedenborga powiedziały mu, że widzialność tamtejsza odpowiada widzialności tutejszej i że te dwie widzialności niczym się nie różnią: czyli to, co mamy tutaj, będziemy mieli także i tam. Opisanie tamtejszej widzialności nie było jednak łatwą sprawą, bowiem autor De coelo et ejus mirabilibus kilkakrotnie powracał do tego tematu, a jego relacje z wypraw w tamtejszą widzialność trochę się jednak między sobą różnią. Obrazy, które wykorzystał mój sen, pochodzą z rozdziału O widoku, położeniu i wielorakości piekieł. "Otwory, czyli bramy do piekieł, które znajdują się pod górami, pagórkami i skałami, wydają się na pozór jakby dziury i jakby szczeliny urwisk, jedne z nich rozciągają się wszerz i są przestronne, drugie ciasne i wąskie, większa zaś część jest poszarpana na kształt urwisk; wszystkie, gdy się je zobaczy, wydają się ciemne i czarne". Dalej w tymże rozdziale czytamy: "Zdarzyło mi się także zajrzeć do piekieł i widzieć, jakie one są wewnątrz [...]. Niektóre piekła wydały się jako pieczary i jaskinie w urwiskach ciągnące się wewnątrz, a stamtąd także w głąb, ukośnie lub prostopadle. Inne piekła wydały się podobne do mateczników i nór, jakie mają dzikie zwierzęta w lasach; jeszcze inne, podobne do pieczar wydrążonych i szybów, jakie bywają w kopalniach, z jaskiniami zwróconymi ku głębiej położonym miejscom [...]. Istnieją też pustynie, gdzie nic nie ma prócz nieurodzajnych i piaszczystych miejsc, a gdzieniegdzie poszarpane urwiska, w których są pieczary, tu i ówdzie są także chaty; do tych pustych miejsc wyrzucani są z piekieł ci, którzy najokropniejsze przecierpieli męki". Czy to, co wiem o moim śnie - skały i jaskinie i urwiska są ze Swedenborga - tłumaczy go dostatecznie? Oczywiście, że nie. Zostałem przeniesiony - tak pojmuję ten mój sen - w inną widzialność i dla przedstawienia tej innej widzialności sen posłużył się obrazami, które odnalazł w mojej uśpionej pamięci. Ale dlaczego zostałem przeniesiony? Czy ta inna widzialność - ale może niewidzialność? więc lepiej będzie powiedzieć tu tak: czy ta inna strefa istnienia, w którą zostałem przeniesiony, czegoś chce ode mnie? Czy przypomina mi o swoim istnieniu? Chce, żebym o niej pamiętał? Otwiera się przede mną? Mówi mi: możesz wejść, spróbuj wejść? Na takie pytania nie da się oczywiście udzielić sensownej odpowiedzi. Kładka nad przepaścią, chybotliwe deski, sznur, którego można się trzymać lewą ręką, i Ewa z Wawrzkiem za moimi plecami. Ciemne to, niepojęte i chyba nie chcę wiedzieć, dlaczego przyśnił mi się taki sen. Wracam więc do tych dwóch snów, w których Stanisławowi Parczewskiemu i Edwardowi Odyńcowi pokazał się ich zmarły przyjaciel, Ludwik Spitznagel. Kiedy w pierwszych dniach marca 1830 roku do Rzymu przyjechał Stefan Garczyński, Mickiewicz i Odyniec, chcąc mu pokazać miasto i "korzystając - jak dowiadujemy się z Listów z podróży Odyńca - z ciepłych wieczorów", odbyli z nim kilka spacerów, a w czasie jednego z nich znaleźli się na cmentarzu protestanckim w pobliżu piramidy Cestiusza. Towarzyszył im wtedy ksiądz Parczewski i wraz z nim odszukali na cmentarzu grób Shelleya. Przy grobie angielskiego poety (pochowano tam jego prochy, bowiem ciało zostało spalone w pobliżu Viareggio na polecenie Byrona) rozmowa, pisał Odyniec, "przybrała też kolor grobowy" i wtedy ksiądz Parczewski opowiedział przyjaciołom sen, który miał poprzedniej nocy. "Śnił mu się bliski wspólny nasz przyjaciel, Ludwik Spitznagel, który, wiesz, że się zastrzelił, a obiecywał niepospolitego człowieka". W tym śnie ksiądz Parczewski spotkał Ludwika Spitznagla na ulicy w Rzymie i tam, na tej ulicy, Spitznagel powiedział mu, że zaprowadzi go do jakiegoś domu, gdzie już na nich - a właściwie tylko na księdza Parczewskiego - czekają. Spitznagel, o czym Odyniec nie wspomniał, bowiem było to dla niego oczywiste, nigdy za życia nie był w Rzymie. "Szli więc przez jakieś ciasne i kręte uliczki, aż weszli do przedsionku ciemnego jakiegoś gmachu". W sennym przedsionku ukazała się księdzu jego matka, która "z wielkim żalem i płaczem" chciała go tam zatrzymać i prosiła go, aby nie wchodził do ciemnego gmachu. W przedsionku był jednak także Spitznagel: "pociągnął go gwałtem za sobą, a trzask drzwi zamykających się za nimi obudził marzącego ze snu". Zaraz po tym spacerze do grobu Shelleya ksiądz Parczewski zachorował i w jednym z następnych listów Odyniec opowiadał o jego śmierci. Ksiądz Parczewski miał prawdopodobnie galopujące suchoty: "doktor Pasqualini powiada, że mu znać pękło w piersiach jakieś krwiste naczynie i że krew płuca zalewa. Leżał blady jak ściana, chustkę trzymając przy ustach". Każdy z nas będzie kiedyś leżał blady jak ściana. Ale pewnie nie przed każdym pojawi się uprzednio ktoś, kto zaprowadzi go do tych drzwi, a potem te drzwi za nim zatrzaśnie. Wedle relacji Odyńca, ksiądz Parczewski umarł 1 maja 1830 roku. Tuż przed śmiercią - w rozmowie z Odyńcem - "przypomniał swój sen o Ludwiku" i połączył ten sen z szekspirowskim mottem, którym Mickiewicz opatrzył II część Dziadów: "Są dziwy w niebie i na ziemi, o których ani śniło się waszym filozofom". Sen, w którym trzy lata wcześniej Ludwik Spitznagel ukazał się Odyńcowi, był dziwnie podobny do snu księdza Parczewskiego. Odyniec w ostatnich dniach lutego 1827 roku czekał na Spitznagla w Warszawie, bowiem ten - jadąc do Egiptu, gdzie miał pracować "jako dragoman przy tamecznym konsulacie" - prosił listownie przyjaciela, aby odbył z nim małą część drogi: "abym go przeprowadził [...] do Krakowa, bo on umyślnie dlatego przez Warszawę drogę obraca". Odyniec czekał też na herbatę, którą przez Spitznagla miała mu przysłać do Warszawy jego wileńska przyjaciółka, pani Salomea Bécu. "Herbata - pisała pani Salomea do Odyńca w liście z 11/23 lutego - kupiona i czeka Ludwisia, który czeka listu od swego towarzysza podróży, kiedy ma wyjechać". Wynika z tego, że w Wilnie herbata była wówczas tańsza niż w Warszawie. Lub że w Wilnie można było nabyć takie jej gatunki, których nie sprowadzano do Warszawy. Lub że pani Salomea kochała się w Odyńcu i chciała obdarować go herbatą. Mniejsza o herbatę. Czekając na przyjaciela z herbatą, Odyniec miał sen: przyśnił mu się Ludwik oraz jego ojciec, Ferdynand Spitznagel, zmarły w roku 1826 profesor terapii ogólnej i medycyny praktycznej w Uniwersytecie Wileńskim. W tym śnie ojciec i syn Spitznaglowie stali "na jakiejś mapie rozłożonej na podłodze pokoju". Na tej mapie nic jednak nie było - lub Odyniec nic na niej nie mógł dostrzec - "prócz jakichś pasów światłych i ciemnych, jakby to była mapa jakiejś bezmiernej, bezludnej pustyni". Stojąc na tej mapie Ludwik Spitznagel, "dziwnie smutny i blady", powiedział do Odyńca: "Dziękuję! ale nie masz potrzeby tu mnie przeprowadzać". Obudziwszy się, Odyniec zapisał datę "tego widzenia", a po tygodniu dowiedział się, że tego to właśnie dnia Ludwik Spitznagel "w Snowiu, u marszałka Rdułtowskiego, życie sobie odebrał". Co łączy te dwa sny - sen Odyńca i sen księdza Parczewskiego - i na czym polega ich dziwne podobieństwo? Oba można policzyć między sny wróżebne, bo oba zapowiadają coś, co zaraz się wydarzy: śmierć Ludwika Spitznagla, śmierć Stanisława Parczewskiego. Ale nie o to mi chodzi. Rzym, jakaś ulica, przedsionek jakiegoś gmachu, jakieś drzwi. I pusta mapa, na niej tylko jasne i ciemne pasy. W obu tych snach przed tym, kto śni, coś się otwiera; i widać - ale niejasno - jakieś miejsce, w które ten śniący może wejść. Miejsce, które go zaprasza. Dwa miejsca, które się otwierają. Lub jedno, to samo miejsce, w każdym z tych snów ubrane w nieco inną senną zewnętrzność. Różnica między tymi dwoma snami polega zaś na tym, że Odyniec - choć Ludwik pokazał mu to miejsce otwarcia - nie został wezwany: "Dziękuję! ale nie masz potrzeby tu mnie przeprowadzać". Ale jest przecież tak, że wszyscy - wcześniej czy później - będziemy tam wezwani. No to chodźmy: tam, gdzie zaprasza nas Ludwik Spitznagel.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki