Do Santiago - Emilia Sokolik, Szymon Sokolik

Kup ebooka

34.90 zł
27.92 zł (26,52 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Strona redakcyjna

? CARTA BLANCA Sp. z o.o.

Grupa Wydawnicza PWN ul. Postępu 18

02-676 Warszawa

tel. 22 695 45 55

cb@cartablanca.pl

www.cartablanca.pl

Wydanie drugie poprawione, 2012

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Redakcja: Magdalena Binkowska

Korekta: Marzena Bednarska

Opracowanie graficzne i łamanie: Katarzyna Bischoff, Justyna Cwalina, Martyna Łącka, Ewa Modlińska

Mapy i ilustracje: Anna Faliszewska, Kamila Kłosek, Piotr Ostaszewski, Paweł Pietrzyk

Projekt graficzny okładek do serii Bieguny: Przemek Dębowski

Zdjęcie na okładce: Daniel P. Acevedo/www.photolibrary.com (pielgrzym na Camino de Santiago)

Pozostałe zdjęcia: Emilia i Szymon Sokolikowie, z wyjątkiem nr 55 (iStockphoto/Manuel Velasco) i nr 56 (mypielgrzymi.com/Ewa i Kuba Pigórowie)

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejsza publikacja ani jej żadna część nie może być kopiowana, zwielokrotniana i rozpowszechniana w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydawca niniejszej publikacji dołożył wszelkich starań, aby jej treść była zgodna z rzeczywistością, nie może jednak wziąć żadnej odpowiedzialności za jakiekolwiek skutki wynikłe z wykorzystania zawartych w niej materiałów i informacji.

ISBN 978-83-7705-252-5

Publikację elektroniczną przygotował iFormat

Camino, czyli Droga

Camino, czyli Droga

Ósmy wiek. Głębokie mroki średniowiecza. Hiszpańska Galicia, najdziksze krańce chrześcijańskiej Europy, trzy dni drogi do oceanu. W górzystych i wilgotnych lasach, do których nie zapuszczają się nawet muzułmańscy zdobywcy kraju, w odludnym miejscu klęka do modlitwy mnich Pelayo. Wznosi nabożnie oczy ku niebu i...

- Do kroćset! Cóż to? - krzyczy, zrywając się na równe nogi.

Przez niebo płynie rzeka spadających gwiazd. Wszystkie lecą w jednym kierunku. To znak! Nie zastanawiając się, pędzi co sił w tamtą stronę. Przeskakuje krzaki, rozgarnia gałęzie, szarpie się z liśćmi. Nagle potyka się o wielki kamień. Polana wokół jest pełna rozbłysków gwiazd.

- Wszelki duch Pana Boga chwali! To sarkofag! Prędko, trzeba zawiadomić biskupa Teodomira!

Kilka dni później wokół trumny zbiera się spore zgromadzenie. Półdzicy górscy potomkowie Celtów patrzą uważnie na swojego biskupa, który ostrożnie otwiera sarkofag i bada szczątki. Zapada pełna napięcia cisza. Jaki będzie werdykt? Wreszcie dostojnik odwraca się do zebranych:

- Chrześcijanie! - woła mocnym głosem. - Czy znacie historię Jakuba, pierwszego męczennika z grona dwunastu apostołów Pana? Czy wiecie, że - jak powiada Ewangelia - gdy Pan nasz przemienił się na górze Tabor, było z nim tylko trzech: Piotr, Jan i Jakub? Przesławny Piotr spoczywa w świętym Rzymie, Jan, spisawszy swą Ewangelię, zasnął w nieznanym miejscu. A gdzież ów trzeci, Jakub, syn Zebedeusza? Czy słyszeliście, że po chwalebnej śmierci uczniowie przewieźli jego szczątki do Hiszpanii i ukryli je? Ludzie, padnijcie na kolana, dziękując Panu! Oto przed wami trumna i kości wielkiego Jakuba Apostoła!

Wieść szybko się roznosi po okolicy, a potem po państewkach chrześcijańskiej północy. Mamy wielkiego świętego! Odwagi, chrześcijanie! Drżyjcie, Maurowie! Z ust do ust jest powtarzana wiadomość: święty Jakub z pola gwiazd! San Iacob de campus stellae! Santiago de Compostela!

Niektórzy wątpią w autentyczność grobu. Inni mówią, że Compostela to po prostu compositum tellus, czyli cmentarz. Jednak nic już nie może zatrzymać lawiny pielgrzymów z Europy, a potem z całego świata. W chwili, gdy gwiazdy rozbłysły nad głową mnicha Pelayo, narodził się największy pieszy szlak pielgrzymkowy w dziejach chrześcijaństwa.

Hiszpania. Czerwiec 2009 roku. Schronisko w Hospital de Órbigo. Godzina czwarta pięćdziesiąt, jeszcze przed świtem. Budzimy się w ciemnościach, oboje na górnych pryczach w ciasnej dziesięcioosobowej izbie. Pospiesznie wysuwamy się z ciepłych śpiworów w chłód poranka. Sprawdzamy skórę na rękach. Wygląda na to, że przetrwaliśmy kolejną noc bez pluskiew. Dzięki ci, Jakubie!

Schodzimy po cichu, aby nie obudzić tych z dołu, z boku i po przekątnej. Przygotowaliśmy się do wyjścia jeszcze wczoraj. Trzeba tylko wrzucić do plecaka śpiwór i nie do końca wysuszone ubrania. Do drzwi skradamy się między porozrzucanymi na podłodze plecakami i sandałami. Przed nami niełatwe zadanie - cicho otworzyć skrzypiącą zasuwę.

W korytarzu zgarniamy laski pielgrzymie i wychodzimy na dziedziniec. Mrok miesza się z dyskretnymi punkcikami nocnego oświetlenia. W cieniu krużganków wisi osiem wielkich tablic z osiami czasu. Dogmaty i herezje, pokój i krew, sobory i prześladowania, zakony i wyprawy krzyżowe, papieże, królowie i prezydenci - ze ścian spogląda na nas dwa tysiące lat historii Kościoła na tle historii świata.

Szykujemy się do drogi. Rozkładamy plecaki przy tablicy z końcem XX wieku. Trzeba wyjąć śpiwór, apteczkę, coś na śniadanie. I spakować się jeszcze raz, wygodnie. Śpiwór na dół, nie przyda się aż do wieczora, potem prowiant i na wierzch kurtka przeciwdeszczowa.

Przesiadamy się nieco dalej, mijając długie i obfitujące w wydarzenia czasy Jana Pawła II. W mroku widać tylko kilka ważniejszych dat. Wyróżnia się jubileusz dwóch tysięcy lat chrześcijaństwa, ale zaraz obok groźnie dymią dwie wieże World Trade Center. Napis na żółtych cegiełkach triumfalnie ogłasza upadek muru berlińskiego, jednak zaraz przy nim czerwienią się wojny w Zatoce Perskiej i w byłej Jugosławii.

Śniadanie jemy przy drugim stole, tuż obok wyboru Karola Wojtyły na papieża. Zaczynamy jak zwykle od jogurtów - źródło wapnia. Potem bułki z czekoladą i babeczki - porcja energii. Na koniec banany - dawka potasu, niezbędna dla dobrej pracy mięśni przez cały dzień wędrowania. Popijając sok, na chwilę opieramy się plecami o Sobór Watykański II, otoczony z dwóch stron przez papieży Pawła VI i Jana XXIII - niczym przez dwóch strażników. Zbierając kubki po jogurtach, przesuwamy się dalej, w czasy Piusa XII, i z ciekawością przyglądamy się niektórym wydarzeniom. W roku 1953 śmierć Stalina graniczy z pierwszą operacją na otwartym sercu, a uwięzienie prymasa Wyszyńskiego z pierwszym numerem "Playboya".

Nie zatrzymujemy się przy tablicach z papieżami: Piusem XI, Piusem XII i Benedyktem XV. Dwie wojny światowe, rewolucje w Rosji i Hiszpanii, mnóstwo krwawych wydarzeń - to nie zachęca.

Siadamy tuż obok XIX wieku, żeby nasmarować stopy wazeliną. To znany sposób hiszpańskich pielgrzymów - można przejść ponad trzydzieści kilometrów dziennie prawie bez odcisków. Z góry spoglądają na nas ze swoich długich pontyfikatów papieże Leon XIII i Pius IX, wśród których rozlokował się Sobór Watykański I. Tuż przy nim ustanowiony tam dogmat o nieomylności papieża groźnie zerka na zajęcie Państwa Kościelnego, liczne wojny i rewolucje oraz Kapitał Marksa.

Zakładamy specjalne miękkie skarpety bez szwów i rozglądamy się za butami. Stoją znacznie dalej, aż przy XVI wieku. Wiążemy zakurzone sznurowadła, a za nami Sobór Trydencki próbuje znaleźć metodę na odnowienie Kościoła katolickiego wśród rosnących w siłę wyznań protestanckich.

Sięgamy po kije stojące pod wielką schizmą zachodnią, próbujące pogodzić dwóch urzędujących równocześnie i nieuznających się nawzajem papieży - Benedykta XIII i Grzegorza XII. Pospiesznie chowamy resztę rzeczy. Ciągle wilgotne koszulki mocujemy agrafkami na plecakach - do południa powinny już wyschnąć. Na chwilę stawiamy plecaki przy tablicach ze średniowieczem. Na pewno niczego nie zostawiliśmy?

W szerokich bocznych kieszeniach spodni upychamy schematyczną mapkę dzisiejszego odcinka i listę schronisk na trasie. Siadamy jeszcze na chwilę, żeby profilaktycznie nasmarować nadwerężone wczoraj mięśnie i zabandażować szwankujące od kilku dni kolano. W międzyczasie przyglądamy się świętym, królom, doktorom Kościoła, pierwszym uniwersytetom i rozwojowi życia klasztornego. Kościół ma wciąż kłopot z podwójnymi wyborami papieży, którzy na dodatek rywalizują z cesarzami o zwierzchnictwo nad całym światem chrześcijańskim. Wschód zderza się z Zachodem, gdy krzyżowcy zdobywają Jerozolimę. Dżuma zabija jedną trzecią ludności Europy. Jednak pośród wojen i sporów niczym znak pokoju widnieje święty Franciszek z Asyżu.

Wszystko gotowe? Kapelusze na głowy, kije w dłonie i w drogę! Mijamy wieki królestw średniowiecznego Zachodu i cesarstwa bizantyjskiego, gdzie burzyciele ikon walczą z ich zwolennikami. Nieco dalej chrześcijanie spotykają się w katakumbach, a cesarze są ich prześladowcami. Ileż herezji powstało w tamtych wiekach! Ale nie ma czasu, aby je śledzić, bo za chwilę wyjdziemy ze schroniska i znikniemy w mroku. Ostatni rzut oka na początek pierwszej tablicy. Wielki krzyż Jezusa Chrystusa oraz Zesłanie Ducha Świętego wyznaczają początek Kościoła.

To jest droga, którą pielgrzymowało chrześcijaństwo przez dwa tysiące lat. To jest nasza historia. A także historia ludzi, którzy przez wieki poszukiwali tego samego, co my. Czy uda nam się to odnaleźć na Camino de Santiago?

Tak zaczyna się dla nas kolejny dzień na Drodze Świętego Jakuba. Wyruszamy przed świtem. Jesteśmy jak krople w wielkiej rzece pielgrzymów, od ponad dziesięciu wieków płynącej z całej Europy do grobu Apostoła na północno-zachodnim krańcu Hiszpanii. Tak jak oni zarzucamy tobołki na plecy i wędrujemy, aby osiągnąć cel. Nawet się nie domyślamy, co święty Jakub szykuje nam jeszcze na swoim szlaku.

DZIEŃ PIERWSZY. Za wszystko trzeba dziękować

DZIEŃ PIERWSZY

Za wszystko trzeba dziękować

29 maja 2009 roku, piątek

Saint-Jean-Pied-de-Port ? Roncesvalles (26 km)

Ale zaraz, zaraz... Myślicie, że tak łatwo dostać się do pięknej górskiej miejscowości o jakże długiej nazwie - Saint-Jean-Pied-de-Port? My też tak myśleliśmy.

Późnym popołudniem, beztroscy i wyspani po sześciogodzinnej podróży superszybkim pociągiem TGV z Paryża, wysiadamy w Bajonnie, na południu Francji. Emocje rosną. W Saint-Jean, u stóp Pirenejów, czekają na nas łóżka w prywatnym albergue - schronisku dla pielgrzymów. Tam nabierzemy sił i skoro świt wyruszymy na Camino de Santiago - Drogę Świętego Jakuba. Zostało tylko sto kilometrów, które zamierzamy pokonać pociągiem. Wystarczy kupić bilet...

- Nie ma.

- Jak to? Nie ma pociągu do Saint-Jean o dwudziestej?

- Nie ma - pani w kasie miło się uśmiecha. Świetnie mówi po angielsku.

- Nie ma? Ale był w Internecie... - desperacki argument, jakby to miało coś pomóc.

- Nie ma - pani w kasie uśmiecha się z politowaniem.

- To kiedy jest następny?

- Jutro o siódmej czterdzieści pięć.

- Co? To jak mamy się dostać do Saint-Jean? Mamy rezerwację w schronisku! - nasza irytacja narasta.

- Można pojechać taksówką, ale to będzie bardzo, bardzo, bardzo drogie - odpowiada kasjerka, zgadując, że ma przed sobą raczej niezbyt zamożnych pielgrzymów.

Faktycznie, aż tak zdesperowani nie jesteśmy. No cóż, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Żegnajcie, wygodne łóżka w Saint-Jean, żegnajcie, góry o świcie, żegnaj, misterny planie na pierwszy dzień drogi! A więc noc w Bajonnie? Spokojnie, zastanówmy się... Chyba jest tu biuro pielgrzyma, gdzieś koło katedry. No to idziemy! Jesteśmy jeszcze w miarę spokojni, ale z każdą minutą tracimy rezon.

Miasto wygląda pięknie w wieczornym słońcu: szeroka rzeka, imponujący most, katedra ze strzelistymi wieżami. Ale to wszystko niewiele nas teraz obchodzi. Plecaki ciążą coraz bardziej. O biurze pielgrzyma miejscowi nie mają bladego pojęcia. Miało być koło katedry... Może w katedrze? Obeszliśmy ją trzy razy, zajrzeliśmy w każdy kąt, nacisnęliśmy wszystkie klamki i guziki domofonu - i nic. Zamknięte.

Właściciel pobliskiego baru kieruje nas do biura informacji turystycznej. Pięć minut marszu. Zamknięte! Wraz z zapadającym zmrokiem pojawia się strach. Wracamy na dworzec.

Nagle mija nas para z plecakami. Pewnie pielgrzymi! Z pewnością mają gdzieś tu zaplanowany nocleg. Co prawda na ich bagażach nie widzimy muszli świętego Jakuba, jednak co mamy do stracenia? Dyskretnie ruszamy za nimi. Kluczą po mieście, jakby chcieli nas zgubić. Nie damy się! Widzimy, że wchodzą do niewielkiego zameczku, więc chyba i my jesteśmy na miejscu. W recepcji dźwięczą klucze. Zbieramy się na odwagę:

- Przepraszam, czy znajdzie się tutaj miejsce do spania dla dwóch osób?

Recepcjonista w mundurze patrzy na nas jak na wariatów. Para z plecakami również.

- Niestety, to jest obiekt wojskowy.

Nagle dociera do nas absurd całej sytuacji. Jeszcze wczoraj siedzieliśmy w naszych biurach w Warszawie jako śmiertelnie poważni redaktorzy i na czas wyjazdu rozdzielaliśmy pracę między kolegów. A teraz? Zagubieni i bezdomni we francuskim miasteczku, śledzący wśród zaułków Bogu ducha winnych nieznajomych, błagający o nocleg... Zapewne to wszystko rysowało się na naszych twarzach, bo portier nagle złagodniał i łamaną angielszczyzną oznajmił:

- Jest duży hotel w centrum - Best Western.

Ech! W drogim hotelu w drogiej Bajonnie płaci się na pewno bajońskie sumy...

Zaczynamy od początku. W drodze powrotnej przyspieszamy kroku. Oby tylko dworzec był otwarty! Zawsze lepiej przenocować tam niż pod mostem. Nawet takim pięknym jak ten, który mijamy.

W duchu śmiejemy się z siebie. No pięknie, święty Jakubie! Nad rzeką Adour zapada zmrok. Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko wołać do Michała Archanioła, patrona pielgrzymów i małych dzieci, bo teraz czujemy się właśnie jak dzieci. Zrób coś! Co chcesz, wszystko jedno, niech chociaż jedna rzecz nam się uda, niech chociaż dworca nie zamkną na noc...

"Hotel San Miguel" - głosi drogowskaz na skrzyżowaniu. Hotel Święty Michał? Ostatnia próba. Skręcamy w boczną uliczkę. Zamknięte, jednak w ostatniej chwili zauważamy karteczkę - "Zadzwoń". Portier jest bardzo miły, nie mówi po angielsku, za to na migi bardzo dobrze. Za "jedyne" czterdzieści pięć euro oferuje malutki pokoik z prysznicem. Taki sobie, ale w porównaniu z dworcem czy mostem - luksus. Czyli jednak się wyśpimy przed jutrzejszą wspinaczką w Pirenejach.

Przyjechaliśmy tu, by nauczyć się zaufania. Jednym z - nazwijmy to - charyzmatów Drogi Świętego Jakuba jest to, że stając się pielgrzymem, zgadzasz się na wszystko, co cię spotyka, przyjmujesz wszelkie trudności z pokorą godną średniowiecznych pątników, kontemplujesz zdarzenia i zgadujesz, czego święty Jakub chce cię przez to nauczyć. Trudne? Pewnie, ale jest jeszcze coś - za wszystko trzeba dziękować! Za piękną pogodę, za łagodne podejście na szlaku, za pomocną dłoń, za to, że udało się zdążyć na samolot, ale także za deszcz, obtarte kolano, zgubiony po drodze ręcznik. I za pociąg, którego nie było. No to mamy za swoje: pierwszą lekcję święty Jakub dał nam, jeszcze zanim postawiliśmy nogę na szlaku. Zasypiając w hoteliku w Bajonnie, myśleliśmy, że nic podobnego już nas na Drodze nie spotka. Jakże się myliliśmy.

Rwące potoki, malownicze wodospady, skały o fantazyjnych kształtach, górskie szczyty - widoki z pociągu do Saint-Jean to najlżejsza część kolejnego dnia. To ostatnie chwile, kiedy piękne krajobrazy same przesuwają się przed oczami i nie trzeba przez nie maszerować na własnych nogach.

Podróż pociągiem do Saint-Jean upływa dość sennie, nikt nie wsiada ani nie wysiada, oprócz starszego Baska w charakterystycznym czarnym berecie. Mężczyzna znika nam z oczu na zapomnianej stacyjce. Dyskretnie zerkamy na innych pielgrzymów. Jedni odsypiają noc spędzoną na lotnisku, inni ledwo mogą usiedzieć na miejscu. Naszą uwagę zwraca dziewczyna z książką na kolanach. Ciekawe, co czyta i dlaczego na pielgrzymkę do Santiago ubrała się w... spódnicę. Będzie jeszcze okazja zapytać. Wkrótce Droga znów zetknie nas ze sobą.

W Saint-Jean-Pied-de-Port sytuacja się zmienia. Nagle z sennego pociągu wysypuje się czereda pątników. Dzwonią muszle, postukują drewniane laski pielgrzymie i aluminiowe kijki trekkingowe, w uszach dźwięczą wszystkie języki świata. Bogactwo barw - kolorowe chustki i kapelusze, koszulki i spodenki, buty i sandały, a na pątniczych grzbietach plecaki wszelkich rozmiarów - te symboliczne i te zdecydowanie za ciężkie.

Jesteśmy na miejscu, w punkcie, gdzie od dziesięciu wieków spotykają się szlaki wiodące z Europy Środkowej przez Francję do Santiago de Compostela. W miasteczku, którego nazwę można przetłumaczyć jako "święty Jan u stóp górskiego przejścia" lub "święty Jan piechotą przez góry", zaczyna się Camino Francés. Legenda głosi, że ten szlak wytyczył sam Karol Wielki. Wyobraźcie sobie króla, zsiadającego z konia na górskiej przełęczy. Jego płaszcz powiewa na wietrze, gdy zwracając się na zachód, w stronę grobu świętego Jakuba, klęka i mocnym głosem wypowiada swą modlitwę do Apostoła. Przez wieki na miejscu tego wydarzenia, upamiętnionego Krzyżem Karola, pielgrzymi do Santiago zatrzymywali się na chwilę modlitwy przed dalszą drogą.

Między innymi dzięki tym wielowiekowym tradycjom, zaczynać pielgrzymkę właśnie w Saint-Jean to wielki zaszczyt. Choć po Krzyżu Karola nie ma już śladu, wspinając się na przełęcze, można poczuć ducha tamtych czasów. Jest to jednak łaska tylko dla wybranych, którym udało się na przykład przekonać szefa, że absolutnie koniecznie muszą zniknąć z pracy aż na cały miesiąc. Bo tyle mniej więcej czasu potrzeba, by dotrzeć stąd do Santiago de Compostela, pokonując niemal osiemset kilometrów. Oczywiście na piechotę. Tutaj tory się kończą i żaden środek lokomocji nie przybliży nas ani o centymetr do celu przez dwadzieścia siedem dni.

Ludzkie kłębowisko na peronie przemienia się w rwącą rzekę piechurów, którzy pędzą do biura pielgrzyma. Już po dziesiątej. Nie ma czasu do stracenia, więc i my ruszamy co sił. Jednak już po kilku krokach nagle brakuje tchu. Z wrażenia? Chwilę potrwa, zanim nasze miejskie płuca przywykną do świeżego, choć bardzo wilgotnego pirenejskiego powietrza.

Klucząc wśród średniowiecznych uliczek, w końcu docieramy na miejsce. W środku kolejka do kilku stanowisk, gdzie wolontariusze wydają paszporty pielgrzyma - po hiszpańsku credenciales - i objaśniają w kilku językach co i jak. Czekamy na naszą kolej, popijając herbatę i studiując mapy oraz wykresy porozwieszane na kamiennych ścianach. Wszystkim udziela się atmosfera napięcia. Tak niewiele dzieli nas od pierwszego kroku na jakubowym szlaku.

Wolontariuszka mówi po angielsku, hiszpańsku, francusku i... troszkę po polsku, bo ma przyjaciół w Małopolsce.

- Mój mąż - oznajmia, wskazując mężczyznę przy stoliku. Głoski "ą" i "ż" wymawia z wielkim namaszczeniem, dobitnie, z czego jest bardzo dumna. Szybko przechodzimy z powrotem na angielski.

Daje nam bezcenne - jak się potem okaże - kartki: na jednej jest wykaz schronisk z zaznaczonymi odległościami i liczbą miejsc, na drugiej - profile z rozrysowanym nachyleniem terenu na całej trasie. Dobrze wiedzieć, kiedy trzeba będzie wypruwać flaki na stromych podejściach i nadwerężać kolana na spadzistych zejściach. I trzecia, ostatnia kartka - szczegółowa mapa pierwszego odcinka.

Co prawda do Santiago mają nas prowadzić głównie żółte strzałki, jednak dziś wyjątkowo dostajemy szczegółowe objaśnienia przy planszy z mapą i zdjęciami najważniejszych punktów pierwszego odcinka Camino:

- Wychodząc z miasta, zobaczycie ten budynek. Idźcie drogą, która wykręca za nim.

- OK.

- Potem długo, długo w górę, aż do miejsca, gdzie szlak skręca w prawo, a po lewej pasą się owce.

- Mhm.

- Przez owce będzie krócej.

- OK, przez owce.

- A tu macie stertę kamieni. Jeśli chcecie, możecie położyć tam jeden i pomyśleć życzenie. Dalej stoi krzyż, a droga wiedzie prosto.

- Jasne!

- Ale nie idźcie prosto.

- Eee?

- Tylko dróżką w prawo, pod górę. Gdy dojdziecie do źródełka, napijcie się.

- Yhym.

- Napijcie się, mówię, bo potem już nie będzie wody aż do samego klasztoru w Roncesvalles.

- Dobrze.

- Potem górki, znów górki, i jesteście w Hiszpanii. Przechodzicie przez przełęcz i macie dróżkę w las - tam wiodą strzałki. Ale nie idźcie tam, zapomnijcie o strzałkach. To niebezpieczna ścieżka, bardzo niebezpieczna. Wy macie iść w prawo. Understood?

- Zrozumiano. Możemy iść?

Jeszcze stempel w naszych credencialach. Potrzebujemy też muszli, pielgrzymiego znaku na Camino. Wybieramy dwie i wrzucamy kilka monet do skrzyneczki z napisem "donativo", czyli "co łaska". Mocujemy je na plecakach i od tego momentu jesteśmy już pełnoprawnymi pielgrzymami.

- Niech święty Jakub was prowadzi!

Chodźmy. Która godzina? A niech to, już wpół do jedenastej! Do klasztoru w Roncesvalles dojdziemy chyba w nocy... Szybko! Najpierw do sklepu po prowiant - po raz pierwszy kupujemy pieczywo, które będziemy jeść prawie codziennie. We Francji to bagietka (baguette), w Hiszpanii po prostu chleb (pan), a po polsku należałoby raczej powiedzieć "sucha buła" Do tego niezbędna porcja protein i witamin: pasztet, pomidor, jabłka, czereśnie. I wreszcie wiekopomna chwila: zakup kijów, które staną się naszymi nieodłącznymi kompanami, więc trzeba je wybrać z rozmysłem.

Wyposażeni w pielgrzymie atrybuty przekraczamy Bramę Hiszpańską, za którą zaczyna się Camino Francés. Mieliśmy celebrować ten moment, wyobrażając sobie średniowiecznych pątników przechodzących tędy o świcie. Mieliśmy w myślach nasłuchiwać odgłosu ich kroków i postukiwania kosturów. Jednak czas goni, słońce grzeje, więc szybkim krokiem wchodzimy na Camino de Santiago, a właściwie Chemins de Saint-Jacques, jak głosi francuska tabliczka z muszlą i strzałką. Żółte strzałki wskazują pielgrzymom kierunek marszu przez niemal osiemset kilometrów. Są wszędzie: na murach, budynkach, drzewach, płotach, kamieniach, a także na ścieżce pod stopami. Raz wyraźne i zdecydowane, innym razem zatarte, niejednoznaczne, dziwne. Czasem wiodą po twojej myśli, czasem w całkiem zwariowanym kierunku. Wkraczając na szlak, musisz im całkowicie zaufać. Albo zbuntować się i wrócić do sklepu po kompas i dokładne mapy.

Po pierwszym podejściu pod górę napotykamy płot na rozstaju dróg. Jest na nim tabliczka ze strzałką, jednak nieco poluzowana. Zamiast w prawo czy w lewo pokazuje w górę, na gałęzie rosnącego nad nią drzewa. Przystajemy.

Obok, w cieniu przy drodze siedzi pątniczka w średnim wieku, z niemieckim przewodnikiem na kolanach.

- Wiecie, którędy iść? Znak jest zepsuty...

Nadchodzi kolejny Niemiec. Niczym Sherlock Holmes kręci strzałką przy płocie we wszystkie strony, mruczy coś pod nosem, bada okoliczne krzaki.

- W prawo - mówi nagle.

- A dlaczego?

- To proste. Na mapie z biura jest szlak wiodący drogą. Skręca w lewo przy owcach, a to znaczy, że nie skręca w lewo przy wiosce!

Wiele takich śledztw będziemy jeszcze musieli przeprowadzić, zanim dotrzemy do Santiago.

Mija południe. Droga prowadzi coraz wyżej i wyżej. Praży słońce, trafiliśmy w sam środek upału. Wspinaczka i skwar - tak właśnie miało być. W końcu nie bez powodu niektórzy nazywają ten odcinek wrotami szlaku. Kto go przejdzie, ma za sobą chrzest bojowy. Na dzień dobry dostaje w skórę: dwadzieścia sześć kilometrów i wejście z dwustu na tysiąc czterysta metrów nad poziomem morza. My nie jesteśmy wyjątkiem. Choć mamy dopiero po dwadzieścia siedem lat i dużo zapału, pot spływa nam po plecach. Już po pierwszym podejściu czuje się, że nogi, których największym wyczynem na co dzień jest pięciominutowy spacer z przystanku do biura, szybko się orientują, co jest grane. Trudno je przekonać do kolejnego kroku pod górę. Kiedy idzie się w cieniu drzew, można jeszcze wytrzymać, ale na ogół szlak wiedzie przez otwarty teren, gdzie słońce szybko odbiera ochotę na kontemplowanie pięknych widoków.

Plecaki ciążą coraz bardziej, nie ma jednak wyjścia - trzeba będzie je nosić przez kilka tygodni. Zapomnijcie o znanym z pielgrzymek do Częstochowy podwożeniu bagażu. No, chyba że zapłacicie specjalnej firmie przewozowej, a wówczas ta rano odbierze plecak ze schroniska i dostarczy w umówione miejsce. To błogosławieństwo dla pątników z chorym kręgosłupem, ale hańba dla tych, którzy korzystają z takiej podwózki z czystego lenistwa.

Pakowanie plecaka na jakubową pielgrzymkę to walka z samym sobą. Musisz wybrać tylko absolutnie niezbędne rzeczy, a potem... połowę z nich zostawić. Współczesny pielgrzym zwykle zabiera lekki śpiwór, cienki, ale bardzo chłonny turystyczny ręcznik, plastikowy łyżko-nożo-widelec i minilatarkę. Każdy oszczędzony gram jest na wagę złota, dlatego warto się zastanowić, czy grzebień, lusterko i pianka do golenia są na pewno niezbędne. Oprócz zwykłego bagażu niesie się też coś na ząb i zapas wody - ani się obejrzysz, a już masz w plecaku dziesięć kilo. Krąży co prawda pogłoska, że waga bagażu nie powinna przekraczać dziesięciu procent wagi ciała, ale tylko największym mistrzom udaje się wyruszyć z tak małym plecakiem.

A teraz w drogę - wejście jak z Zakopanego na Giewont! Niemożliwe? Tu droga nie wznosi się co prawda aż tak stromo, ale różnica wysokości jest jak najbardziej porównywalna. Jednak nie ma czym się chwalić: powłóczymy nogami, koszulki mamy mokre od potu, sapiemy jak parowozy i daleko nam do dzielnych zdobywców szczytów. Wyprzedzamy co prawda różnych pielgrzymów, ale i wielu z nich wyprzedza nas. Także ci dużo, dużo starsi...

Na Drodze - zwłaszcza latem - panuje zresztą całkiem spory ruch. Nie znaczy to oczywiście, że idzie się w tłumie, ale zazwyczaj ma się kogoś w zasięgu wzroku albo - powiedzmy - tuż poza zasięgiem. Już na samym początku można wypatrzyć swoich stałych towarzyszy Na przykład ta trójka: chłopak i dwie dziewczyny, na oko po dwadzieścia kilka lat. Zauważyliśmy ich już na dworcu w Bajonnie, a właściwie zauważyliśmy się nawzajem. I my, i oni, pełni zapału, z zaciętymi minami, przyglądaliśmy się sobie, czekając na poranny pociąg. Jakby od niechcenia, a jednak dokładnie lustrowaliśmy ich wzrokiem: nowiutkie trekkingowe sandały, przewiewne spodnie z odpinanymi nogawkami, lekkie kurtki przeciwdeszczowe podbite polarem. No i te plecaki! Nowoczesne, designerskie i naprawdę optymalnie spakowane. "Jak im się to udało?" - zastanawialiśmy się w duchu, zerkając na nasze wygodne, ale raczej pękate bagaże. I tak, na cześć ich świetnego sprzętu, doskonałego zorganizowania oraz skandynawskiej urody, czyniąc zadość stereotypom, nazwaliśmy ich umownie Norwegami. Pierwsze spotkanie nie wróżyło nic dobrego, okazało się jednak, że idą podobnym tempem. Dowcipny tym razem święty Jakub przemyślnie związał nasze losy, choć prawdę o nich poznamy znacznie później, dopiero w dzień rozstania.

Teraz zaś wspinamy się mozolnie, zastanawiając się w duchu: co to za dziwni ludzie? Nie wyglądają na typowych pielgrzymów. Pewnie to sportsmeni - chcą po prostu zmierzyć się z trasą. Ciągle na siebie wpadamy: my chodzimy szybciej, więc ich wyprzedzamy, ale robimy dłuższe przerwy, a wtedy oni nas przeganiają. Konsekwentnie pozdrawiamy się tylko krótkim Hello! - bez rozmów, bez sentymentów.

Trzeba jednak przyznać, że przy takiej wspinaczce mało kto ma ochotę na dłuższe konwersacje. Zamieniliśmy zaledwie kilka słów z szukającymi drogi Niemcami i dalej już sapiemy sobie sami w ciszy. Zresztą sapać i wzdychać można tu nie tylko ze zmęczenia, lecz także z zachwytu: im wyżej, tym Pireneje są coraz piękniejsze. Na razie wyglądają raczej jak Bieszczady, tylko nieco gęściej zaludnione. Dużo tu pastwisk, trochę lasów. Wyżej zaczynają się jakby połoniny, są urokliwe skały, skałki, rumowiska i strumyki, a nawet stromizny, ale raczej nie przepaście. Po francuskiej stronie szlak wiedzie na ogół asfaltową lub żwirową drogą. Co jakiś czas przejeżdża samochód, a wówczas pielgrzymi leniwie, jakby od niechcenia, ustępują mu drogi. Ale bywa też, że ścieżka zbacza, tak jak tu:

- Zobacz, główna droga skręca w prawo. Czy to nie tu mieliśmy iść przez owce?

- Chyba... - chwila wahania, ale wątpliwości rozwiewa żółta strzałka.

- No to w drogę, przez owce! Bee!

- Beeee - pozdrawia nas stado, dzwoniąc dzwoneczkami. Prawdziwa idylla.

Już po chwili wędrujemy zieloną dróżką wśród pastwisk, rumowiska kamieni i... elektrycznych pastuchów. Ścieżka robi się coraz bardziej stroma. Dopiero z góry będzie widać, że to skrót, jakich pełno na trasie. Szosą byłoby znacznie dłużej.

Woda! Ileż szczęścia może dać wystający ze zbocza kran. Pijemy zachłannie, napełniamy butelki, myjemy czereśnie. Jedyną plamę cienia w okolicy rzuca kamienny stół z tablicą informacyjną. Niewiele myśląc, siadamy pod nim niczym niegrzeczne dzieci, leniwie wyciągając nogi. To jeden z piękniejszych momentów tego dnia. Uwolnione z butów stopy odpoczywają na miękkiej trawie, a my zaczynamy piknik. Na chustce pojawiają się kanapki: bagietka, pasztet, pomidor. Drugie śniadanie z widokiem na zielone zbocza Pirenejów.

Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy. Czas goni, więc wkładamy buty i rozprostowujemy nogi na płaskim kawałku trasy. Obok nas śmigają pielgrzymi-rowerzyści. Kiedy na nielicznych odcinkach z górki gnają jak kamikadze, lepiej zmykać im z drogi. Za to pod górkę... Szczerze im współczujemy.

Śniadanie przywróciło nam humor i energię. Idziemy, plując pestkami czereśni na wszystkie strony. Udało się! Mówiliśmy sobie, że dopóki nie staniemy na dworcu w Saint-Jean-Pied-de-Port, nie uwierzymy, że to wszystko prawda. Ale w miasteczku nie było czasu na rozmyślania. Dopiero teraz dociera do nas, że jesteśmy na Drodze, wydeptywanej od tysiąca lat pielgrzymimi stopami. Boży wędrowcy na bożym szlaku. Czego może nam brakować? Mamy wszystko.

Łagodne podejście i widoki na dolinę szybko się jednak kończą, a wraz z nimi odpływają entuzjastyczne myśli, zwłaszcza że po drodze mijamy albergue (schronisko) Orisson. Na tarasie popijają zimne piwo ci, którzy zostają tu na noc lub nabierają sił przed drugą częścią trasy. Słońce praży, kufle dzwonią zachęcająco. Pozornie niewzruszeni mijamy naszych Norwegów siedzących przy stoliku.

Powoli daje się odczuć ochłodzenie związane z wysokością. Raz po raz dmucha orzeźwiający wiatr. Zmienia się też krajobraz: wychodzimy na bezdrzewny i trochę skalisty teren. Mijamy coraz wyższe szczyty, wypatrujemy rozstajów dróg. Zgodnie z mapą ma tu gdzieś stać figura Dziewicy z Biakorri. Brzmi intrygująco. Pewnie jest tuż za tą górą. Nie ma? To na pewno za następną. Znowu nie? Jak długo jeszcze? Nareszcie widać rozjazd - to musi być tu!

Nieoczekiwanie na przełęczy naszym oczom ukazuje się ciekawa scenka: dwa samochody, a między nimi na leżakach pod wielkim parasolem grupa rozchichotanych piknikowiczów. Impreza, piwko, muzyka. Na nasz widok jeden z nich zrywa się na równe nogi.

- Cześć, skąd jesteście?

Powiedział to chyba w trzech językach na raz, więc w jakim mu odpowiedzieć? Hmm, to jeszcze Francja, może po francusku:

- De Pologne.

- Aha, dam wam coś do poczytania.

- Oj, to może po angielsku - wołamy przezornie.

- A nie chcecie po polsku? - spocony jegomość uśmiecha się spod słomkowego kapelusza i otwiera torbę z ulotkami w niemal wszystkich językach świata.

Spodziewamy się reklamy baru albo schroniska, a dostajemy książeczkę pod tytułem Kim jestem. Nowinki religijne? Czy chcą nas tu nawracać? Co to za grupa? I co u licha robią w samym środku sjesty na górskiej przełęczy?

- Jesteśmy tutaj, aby pomagać pielgrzymom - tyle wyjaśnień.

Więcej odpowiedzi daje lektura ulotki. Kościół ewangelicki z Biarritz proponuje kilkanaście cytatów z Biblii Tysiąclecia okraszonych pytaniami o sens życia i komentarzem: "Chcesz wiedzieć więcej? Bóg mówi do ludzi przez Pismo Święte. Czytaj je, aby dowiedzieć się, kim jesteś, kim jest Bóg i czego pragnie dokonać w Twoim życiu". Hmm, całkiem dobra rada na Drogę.

Takich ludzi pomagających pielgrzymom spotkamy jeszcze wielu. W schroniskach czy na trasie - wszędzie można się natknąć na dobre duchy Camino. Nie sposób przejść obok nich obojętnie, bo zadają zasadnicze pytania. Kim jesteś? Skąd się wziąłeś? Dlaczego wędrujesz? Dokąd zmierzasz? Słyszeliśmy o nich, choć nie sądziliśmy, że pierwszy napotkany będzie popijał piwo pod parasolem...

Odpoczywamy nieopodal, u stóp rzeźby, która z góry patronuje przełęczy. To Dziewica z Biakorri, według legendy przywieziona z niedalekiego Lourdes przez pasterzy. Ma białą szatę przepasaną niebieskim szalem. Na tle nieba wygląda jak ideał skromności i pokory, choć miejscowy artysta odmalował jej oczy na czarno.

O tej porze roku, choć jest gorąco, warunki sprzyjają pielgrzymowaniu. Wędrowcy zdążają tędy jednak przez cały rok. Od jednego z towarzyszy na szlaku usłyszeliśmy, że zimą najwyższe partie przejścia są zamykane i trzeba iść inną drogą. Mimo wielu ostrzeżeń w styczniu 2009 roku holenderski pielgrzym zabłąkał się w okolice przełęczy i minąwszy ją, zamarzł w śniegach Pirenejów. Dołączył do tych, którzy zostali na jakubowym szlaku na zawsze.

Droga jeszcze daleka. Idziemy w ostatniej fali pątników, a naszym następnym celem jest sterta kamieni i krzyż, przy którym trzeba skręcić. I kolejne górskie zakręty niespełnionych nadziei. Jest coraz goręcej, a ostatnia kropla wody znika z butelki. Daleko do następnego kranu?

Od dłuższego czasu wędrujemy w pobliżu trzyosobowej rodziny: wesoły, rozmowny facet około czterdziestki, jego znacznie mniej rozmowna żona i syn w wieku około piętnastu lat - to ciekawe, bo wędrujących w tym wieku nie ma zbyt wielu.

- Ciągle pod górę? - zagaduje ojciec rodziny.

- Yep.

Facet jest rudy i mówi po angielsku. Irlandczycy, jak nic!

- Skąd jesteście?

- Z Irlandii.

Tu następuje tradycyjna wymiana informacji: ile czasu dziś wędrujesz, ilu jest Polaków w Irlandii, nie byliście w Irlandii, to koniecznie przyjedźcie itp. Żona ledwie wtrąca kilka słów, syn się nie odzywa, a Irlandczyk jest bardzo podekscytowany - wciąż mówi i mówi:

- My wyruszyliśmy całą rodziną, jesteśmy na Camino drugi raz. Nie mamy dużo czasu, więc pokonujemy szlak po kawałku - wiele osób tak robi. Poprzednim razem szliśmy z Sarrii, jakieś sto kilometrów. Teraz zabraliśmy się za początkowy odcinek.

- A dokąd idziecie? - pytamy.

- Nie mam pojęcia, nie planujemy konkretnego finiszu. Się zobaczy... - zamyśla się. - Rok temu spotkaliśmy na szlaku jedną Polkę i razem wchodziliśmy do Santiago. Bardzo ją bolały nogi, ale szła dzielnie, choć powoli. Wędrowaliśmy mniej więcej w równym tempie. I wiecie co? Gdy znalazła się w katedrze, to tak jak stała, tak padła na kolana i łzy pociekły jej po twarzy. To było niesamowite świadectwo.

A my? Jak to będzie, gdy dojdziemy do celu i staniemy przed grobem świętego Jakuba? Co będziemy czuli: radość, dumę, a może ulgę? I czy w ogóle uda nam się tam dotrzeć? Mamy za sobą zaledwie kilkanaście kilometrów, a od Santiago dzieli nas niemal osiemset. Cel naszej Drogi jest tak odległy, jakby leżał w zupełnie innej rzeczywistości. Nie jesteśmy jeszcze w stanie ogarnąć myślą tego, na co się porwaliśmy. Pierwszy odcinek - z Saint-Jean do Roncesvalles - mamy już zaplanowany i przemyślany. Natomiast kolejne dni to dla nas kraj za górami, terra incognita, kawałek czasu i przestrzeni, które mamy dopiero wypełnić naszym wędrowaniem. I z wdzięcznością przyjąć wszystko - oto sens pielgrzymowania. Tym chyba właśnie pielgrzym - wierzący czy niewierzący - najbardziej różni się od turysty.

Za kolejnym zakrętem z ulgą wskazujemy Irlandczykom krzyż i górkę usypaną z kamieni. Idąc za radą wolontariuszki z Saint-Jean, można tu zostawić kamień-życzenie pod warunkiem, że ma się siłę, by się za nim rozejrzeć i po niego schylić, a nie to nam teraz w głowie. Marzenie mamy tylko jedno - WODA. Skręcamy w prawo, zostawiając za sobą sapiących Irlandczyków, i ruszamy, również sapiąc, naprzód, między skały. Teren na szczęście znów staje się bardziej płaski: z prawej otwiera się ładny widok na zalesione zbocze. Wody! Ideały pielgrzymie szybko bledną, gdy mierzą się z potrzebami typu: jeść, pić, odpocząć. Zmęczenie objawia się różnie. Weźmy dwoje statystycznych pielgrzymów. Emilia: "Jestem zmęczona, nie dam rady, trochę wolniej, a może przerwa?". Szymon: "Jestem zmęczony, mam dość, chcę już to skończyć, idźmy szybciej, nie zatrzymujmy się, czemu tak wolno idziesz?". No i kolejny sprawdzian cierpliwości małżeńskiej gotowy.

Woda! Desperacko rzucamy plecaki pod płotem i nie zważając na to, że płot jest z drutu kolczastego, pędzimy. Przy źródełku dwóch pielgrzymów około czterdziestki gawędzi w jakimś słowiańskim języku. Czeski - chyba nie. Serbsko-chorwacki? Przyjmijmy, że tak. Ciekawa rzecz - gotują na gazowym palniku... najprawdziwszą zupę. A potem jeszcze herbatę!

Ale co tam herbata! Głowa pod kran i pić, pić, pić. Potem obie butelki napełniamy po gwint. Teraz możemy ruszać. Nabieramy sił na tyle, żeby kontemplować ten historyczny moment. Tuż przed źródełkiem minęliśmy pierwszy kamienny monument z oznaczoną odległością do Santiago - siedemset sześćdziesiąt pięć kilometrów. Już niedaleko! Kiedy drugi raz przechodzimy obok wodopoju, oczy otwierają nam się szerzej ze zdziwienia: to Źródło Rolanda!

Zmęczeni upałem zupełnie zapomnieliśmy, że to właśnie w tej okolicy w 778 roku rozegrała się słynna bitwa. Wojska Karola Wielkiego zostały zaatakowane przez Basków i wspierających ich muzułmańskich Maurów, w odwecie za spalenie Pampeluny. Wrogowie wybili tylną straż Franków - dwadzieścia tysięcy zbrojnych. Okoliczne wzgórza były usiane trupami rycerzy i wierzchowców, a po zielonej trawie obficie płynęła krew.

Epizod ten miał wszelkie szanse zaginąć w mrokach dziejów, jednak tak się nie stało. Otóż w wąwozie, pośród kwiatu frankońskiego rycerstwa, poległ dzielny hrabia Roland. O nim samym i jego walecznych towarzyszach niebawem zaczęły krążyć legendy. Trzy wieki później przekazywane z ust do ust opowieści przybrały postać eposu rycerskiego Pieśń o Rolandzie. I stała się rzecz niespodziewana - choć nie znamy autora tego dzieła, jego talent oratorski sprawił, że dość szybko można je było nazywać ówczesnym... bestsellerem. Pieśń krążyła od dworu do dworu i od zamku do zamku. Recytowano ją na ucztach, zjazdach i wieczorem przy kominku. Biesiadnicy wstrzymywali oddech i zastygali z kielichami w dłoniach, gdy bard dochodził do kulminacyjnego momentu historii.

Bitwa była przegrana. Zerwał się wiatr, zaczął padać deszcz, co jakiś czas niebo rozświetlały błyskawice. Roland ranny i wyczerpany w końcu dobył rogu, aby wezwać pomoc. Zadął tak silnie, że z ust trysnęła mu krew. Potężny dźwięk rozniósł się po górach, odbił od ścian wąwozu i osiągnął przełęcz, gdzie król Karol wnet zawrócił wojska i pospieszył z odsieczą. Dla dzielnego rycerza było już jednak za późno. Obalił jeszcze dwudziestu Maurów, ale skroń mu pękła i mózg zaczął się wylewać uszami. Osłabiony upadł. W tym momencie dostrzegł, że Saracen próbuje zabrać mu miecz. "Zda mi się, żeś ty nie nasz" - zauważył całkiem przytomnie i potężnym ciosem zmiażdżył czaszkę wroga. W końcu poczuł, że śmierć jest blisko. Chwiejnym krokiem wspiął się na pagórek i wybrał miejsce pod wysoką sosną, gdzie położył się na trawie. Nie zapomniał nawet zwrócić twarzy ku Hiszpanii, aby nikt nie miał wątpliwości, że nie stchórzył, a potem wzniósł prawicę ku niebu, z którego po jego duszę dostojnie zstępowali aniołowie.

Historia kończy się dla Franków szczęśliwie - Karol przybywa z odsieczą i bierze krwawy odwet. Mając w pamięci mijane krajobrazy, można niemal usłyszeć potężny dźwięk rogu i zobaczyć, jak król zawraca wojska na przełęczy.

Wracamy do rzeczywistości. Stylizowane litery na cokole pomnika układają się w baskijski napis. Słowa te, jak pełne mądrości haiku, zabieramy ze sobą na dalszą wędrówkę:

bidea droga

iturria źródło

bizia życie

Ruszamy dalej. Kamienny słupek widziany po drodze nie pozostawia wątpliwości: to Nawarra. Jesteśmy w Hiszpanii. Góry, takie jak Pireneje, od wieków pełniły funkcję granic, i to najtrwalszych. Na przykład u nas, w Polsce, podczas gdy granice wschodnie i zachodnie przesuwały się wiele razy, to południowa - górska - ledwie drgnęła. Zmieniały się nazwy państw lub krain, które dzieliła, ale ona trwała. Podobnie było w Pirenejach: w historycznym dramacie leżały pomiędzy rzymską Galią a rzymską Hispanią. Potem dzieliły dwa światy - ten, który padł pod ciosami Arabów, oraz ten, który ich zatrzymał. Wreszcie stanęły między wielkimi imperiami dynastii hiszpańskich Habsburgów oraz francuskich Walezjuszy i Burbonów. Pireneje rozdzielały również coś, co w dzisiejszych kategoriach można by określić jako "zacofanie" i "rozwój". W wiekach ciemnych, po upadku rzymskiego imperium, podczas gdy kalifat kordobański na południu promieniował sławą nauk i sztuk, Frankowie na północy dopiero odkrywali cywilizację rzymską. W XVIII wieku było odwrotnie: Francja emanowała kulturą oświecenia, język francuski wypierał łacinę, a na południu gasł blask potęgi Hiszpanii, która wydała złoto Inków na wojny i barokowe ołtarze.

Szlak pustoszeje. Jest już późne popołudnie, więc słońce powoli odpuszcza. Wspinamy się na ostatnią dziś przełęcz - to najwyższy punkt na szlaku przez Pireneje. Obecnie, gdy wszystko już dokładnie zmierzono, możemy się pochwalić, że staliśmy na wysokości tysiąca czterystu trzydziestu metrów nad poziomem morza. W średniowieczu pątnik opowiadający o swoich wyczynach musiał to ująć jakoś inaczej. Jego relację znamy z powstałej około 1170 roku Liber Sancti Jacobi, znanej również jako Codex Calixtinus - od imienia papieża Kaliksta II, który miał zlecić jej napisanie. Ten bogato iluminowany tom ukazuje między innymi cuda świętego Jakuba oraz czyny Karola Wielkiego i jego rycerzy. Największym skarbem jest jednak księga piąta - najstarszy przewodnik świata, opisujący między innymi szlak do Santiago. Autor, chcąc ukazać niezwykłość przełęczy, stwierdził, że ten, kto się tu znajdzie, może niemal dotknąć ręką nieba. To jest dokładnie to miejsce - choć minęło tyle wieków, słowa pątnika są wciąż prawdziwe.

Zatrzymujemy się na krótki odpoczynek, ale mijają nas Irlandczycy. Teraz to już chyba jesteśmy ostatni... Ruszajmy! Zaraz, czy nie tu mieliśmy skręcić w prawo, na dłuższą, ale bezpieczniejszą drogę? Chwila wahania. Jest już po siódmej, miejsc w schronisku w Roncesvalles pewnie szybko ubywa. A do tego o ósmej zaczyna się słynna msza dla pielgrzymów. Nie ma czasu, zwłaszcza że żółte strzałki prowadzą i w prawo, i w dół. Zanurzamy się w las. Stromo, ślisko i ciemno. W Tatrach bywały znacznie trudniejsze zejścia, poradzimy sobie. Mijając znów Irlandczyków, wymieniamy uwagi o cierpiących kolanach i pozdrawiamy się - tym razem po raz ostatni: już ich nie spotkamy. Dróżka zaczyna się rozmywać, niemal nie widać jej zarysów, a zarośla są coraz gęstsze. Przedzieramy się przez nie i nagle teren robi się bardziej płaski. Powietrze jest wilgotne, wokół słychać szmery - wieczór w mrocznym lesie. Czy zdążymy? Święty Jakubie, którędy? Żeby choć rzucić plecak na łóżko, potem szybki prysznic i o ósmej będziemy gotowi na błogosławieństwo mnichów z Roncesvalles.

Nagle wyrastają przed nami średniowieczne zabudowania klasztorne. Dochodzi wpół do ósmej. O dziwo, w biurze pielgrzyma jest jeszcze kolejka. Przy ogromnym stole gwar. Z ulgą zrzucamy plecaki i zmęczeni wypełniamy formularze. Imię, nazwisko, kraj pochodzenia, numer paszportu, pieszo, rowerem czy konno. Cel wędrówki? Do wyboru kilka opcji: religijny, duchowy, kulturalny, sportowy, inny. Moglibyśmy zaznaczyć je wszystkie. Dostajemy pieczęcie w paszportach i kartki z numerami łóżek - sto siedemnaście i sto osiemnaście, po sześć euro za osobę. Miejsc w klasztorze jest sto dwadzieścia, po nas mogli więc przyjąć jeszcze tylko dwóch pielgrzymów, a reszta musiała szukać noclegu gdzie indziej. Na zewnątrz w ostatnich promieniach słońca, pięknie prezentuje się główne albergue - schronisko dla stu osób w ogromnej dwunastowiecznej sali. Dostojne kamienne mury, niewielkie okna, stylizowane żyrandole i... tylko dwa prysznice. Łatwo można się poczuć jak w średniowieczu. Nam, spóźnialskim, dostała się dwudziestoosobowa sala z ciasno ustawionymi piętrowymi łóżkami, tuż obok biura pielgrzyma.

Zostało piętnaście minut do mszy, więc niewiele myśląc, wskakujemy pod akurat wolny prysznic. Jak dobrze zmyć z siebie cały brud dnia! Wycierając mokre głowy, słyszymy bicie dzwonów. Na szczęście kościół jest dosłownie kilkanaście kroków stąd. Wraz z wielonarodową grupą pątników wchodzimy do wnętrza po kamiennych schodach. Przy ołtarzu trzej mnisi czekają, aż umilkną szmery i zaczynają od powitania pielgrzymów z różnych krajów. Nadstawiamy uszu: Hiszpania, Francja, Niemcy, Portugalia, Korea, Japonia, Belgia, Stany Zjednoczone, Węgry, Polska. "To my!" - uśmiechamy się do siebie, gdy zakonnicy otwierają opasłe księgi i zaczynają śpiewać po łacinie.

Na tę mszę chętnie przychodzą wszyscy - niezależnie od wyznania i narodowości. Każdy chce zobaczyć zakonników strzegących tego miejsca od kilkuset lat. Tradycje opieki nad pielgrzymami sięgają tu połowy XI wieku, kiedy benedyktyni zbudowali dla pielgrzymów refugio w wiosce Iba?eta, sto metrów powyżej dzisiejszego Roncesvalles. Szybko okazało się, że to kiepska lokalizacja: wiały tam silne wiatry, a w zimie śniegu było po pas. Dlatego powstało nowe schronisko w Roncesvalles, a w 1130 roku biskup Pampeluny założył tu klasztor Augustianów. Główny kościół pod wezwaniem Maryi Panny ufundował w pierwszej połowie XII stulecia król Nawarry Sancho VII Mocny. Tyle wieków historii niosą na swoich barkach tutejsi zakonnicy. Z drugiej strony ciągłość pielgrzymowania, a więc sens istnienia albergue i klasztoru w Roncesvalles, zapewniamy my - wędrowcy ku Santiago.

Z dziennika Szymona:

Już pod prysznicem pozieleniałem na twarzy, a mój żołądek poczuł się nieswojo. W czasie nabożeństwa mocne dźwięki organów i dym kadzidła na chwilę go uspokoiły, ale tuż po Ewangelii poczułem, że przegrywam w tej walce, i musiałem pędzić do toalety. I co? I nic. Mój żołądek jest pogańsko wręcz krnąbrny, nastroju nie poprawia, ale też nie ma zamiaru niczego oddawać. I jeszcze mi wypomina, że to przeze mnie, bo wlałem w niego mnóstwo zimnej wody podczas wielogodzinnej wędrówki w słońcu. Czy symbolem mojego pierwszego dnia na Camino będzie owszem, muszla, ale klozetowa?

Z dziennika Emilii:

Opuszczona przez tłumacza nadstawiałam uszu na słowa kazania - co ja z tego zrozumiem? Okazało się, że wystarczy kilka słów i odrobina wiedzy, a wszystko staje się jasne. Peregrino - pielgrzym. Guía - przewodnik. Espiritu Santo - Duch Święty. Fiat - Niech mi się stanie według słowa Twego. Esencja Drogi Świętego Jakuba.

Wielonarodową różnorodność, a jednocześnie jedność pielgrzymów widać było doskonale. Gdy przekazywaliśmy sobie znak pokoju, podaniu ręki towarzyszyły słowa pozdrowienia w różnych językach - jakby właśnie w tym momencie runęła wieża Babel. A w czasie Komunii, przyjmowanej na rękę, do ust, na stojąco, po przyklęknięciu - byliśmy wspólnotą, mimo różnych tradycji kanonicznych. Jako puenta potężnie zagrzmiała na organach Oda do radości.

Na szczęście na kończącym mszę błogosławieństwie możemy już być razem. Zaproszeni przez zakonnika gromadzimy się przy ołtarzu. "Amen" - odpowiadamy po kolejnych wezwaniach modlitwy w różnych językach. Dla nas są słowa przeczytane łamaną polszczyzną: "Niech was Bóg błogosławi i pokazuje wam drogę".

Mimo późnej pory udaje nam się zdobyć na kolację ogromne kanapki - bocadille - i herbatę. Rozmyślamy jeszcze chwilę w zapadającym zmroku. Przekroczyliśmy góry i przeszliśmy przez bramę Camino. Postawiliśmy na Drodze pierwszy krok, który jest jak podjęcie solidnego postanowienia. Przed nami miesiąc wędrowania.