Do pierwszej krwi - Amélie Nothomb

Kup ebooka

38.00 zł
33.44 zł (31,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­wa­dzą mnie przed plu­ton eg­ze­ku­cyj­ny. Czas się roz­ci­ąga, ka­żda se­kun­da trwa stu­le­cie dłu­żej niż po­przed­nia. Mam dwa­dzie­ścia osiem lat.

Przede mną stoi śmie­rć o twa­rzy dwu­na­stu eg­ze­ku­to­rów. Zwy­czaj chce, aby je­den z ka­ra­bi­nów zo­stał na­bi­ty śle­py­mi nabo­ja­mi. Dzi­ęki temu ka­żdy może wie­rzyć, że po­pe­łnio­ne mor­der­stwo nie będzie jego winą. Wąt­pię, by dziś za­do­śću­czy­nio­no tej tra­dy­cji. Mam wra­że­nie, że ża­den z tych mężczyzn nie po­trze­bu­je złu­dze­nia nie­win­no­ści.

Kie­dy przed dwu­dzie­sto­ma mi­nu­ta­mi wy­wrzesz­cza­no moje na­zwi­sko, do­sko­na­le wie­dzia­łem, co to zna­czy. I przy­si­ęgam, że ode­tchnąłem z ulgą. Sko­ro mnie za­bi­ją, nie będę mu­siał już mó­wić. Od czte­rech mie­si­ęcy ne­go­cju­ję na­sze ży­cie, przed czte­ro­ma mie­si­ąca­mi roz­po­cząłem nie­prze­rwa­ne per­trak­ta­cje ma­jące od­wlec na­szą śmie­rć. Kto te­raz będzie bro­nił po­zo­sta­łych za­kład­ni­ków? Nie wiem i to mnie gnębi, ale ja­kaś część mnie czu­je też ulgę. Wresz­cie będę mógł za­milk­nąć.

Oglądam świat z fur­go­net­ki wio­zącej mnie pod po­mnik i za­czy­nam do­strze­gać jego pi­ęk­no. Żal opusz­czać to cu­dow­ne miej­sce. Żal - przede wszyst­kim - po dwu­dzie­stu ośmiu la­tach ist­nie­nia tak bo­le­śnie to od­czu­wać.

Wy­rzu­ci­li mnie z sa­mo­cho­du, kon­takt z zie­mią za­chwy­ca: jest tak ser­decz­na i ła­god­na, ależ ja ją ko­cham! Cóż za za­chwy­ca­jąca pla­ne­ta! O ileż bar­dziej umia­łbym ją te­raz do­ce­nić. Na to też jest już za pó­źno. Nie­mal cie­szy mnie myśl, że za kil­ka chwil moje mar­twe cia­ło zo­sta­nie po­rzu­co­ne na go­łej zie­mi.

Po­łud­nie, sło­ńce upar­cie ma­lu­je świa­tłem, po­wie­trze sączy za­chwy­ca­jącą woń ro­ślin­no­ści, je­stem mło­dy i w pe­łni sił - to ta­kie głu­pie te­raz umie­rać. Przede wszyst­kim nie wy­po­wia­dać wie­ko­pom­nych słów, ma­rzę o ci­szy. Huk wy­strza­łów, któ­re mnie za­mor­du­ją, będzie przy­kry dla mo­ich uszu.

I po­my­śleć, że za­zdro­ści­łem Do­sto­jew­skie­mu do­świad­cze­nia plu­to­nu eg­ze­ku­cyj­ne­go! Te­raz moja ko­lej prze­żyć ów bunt we­wnętrz­ny. Nie zga­dzam się, od­rzu­cam nie­spra­wie­dli­wość mo­jej śmier­ci, żądam do­dat­ko­wej chwi­li, ka­żdy mo­ment jest tak in­ten­syw­ny, że samo de­lek­to­wa­nie się upły­wa­jący­mi se­kun­da­mi wpro­wa­dza mnie w stan unie­sie­nia.

Dwu­na­stu mężczyzn bie­rze mnie na cel. Czy przed ocza­mi prze­le­ci mi całe ży­cie? Czu­ję tyl­ko, jak do­ko­nu­je się we mnie nie­zwy­kła prze­mia­na: żyję. Sko­ro ka­żdą chwi­lę mo­żna w nie­sko­ńczo­no­ść dzie­lić, śmie­rć mnie nie do­pad­nie. Za­głębiam się w twar­dym jądrze te­ra­źniej­szo­ści.

Te­ra­źniej­szo­ść za­częła się dwa­dzie­ścia osiem lat temu. Już w cza­sach, kie­dy moja świa­do­mo­ść do­pie­ro racz­ko­wa­ła, do­strze­gam swo­ją nie­zwy­kłą ra­do­ść z ist­nie­nia.

Nie­zwy­kłą, gdyż zu­chwa­łą: wo­kół mnie kró­lo­wał smu­tek. Mia­łem osiem mie­si­ęcy, kie­dy oj­ciec zgi­nął pod­czas roz­bra­ja­nia miny. To po­ka­zu­je, że umie­ra­nie jest tra­dy­cją ro­dzin­ną.

Oj­ciec był woj­sko­wym, miał dwa­dzie­ścia pięć lat. Tego dnia miał uczyć się roz­mi­no­wy­wa­nia. Ćwi­cze­nia oka­za­ły się krót­kie, przez po­my­łkę dano mu praw­dzi­wą minę za­miast atra­py. Zma­rł na po­cząt­ku ty­si­ąc dzie­wi­ęćset trzy­dzie­ste­go siód­me­go roku.

Dwa lata wcze­śniej oże­nił się z Clau­de, moją mat­ką. To była wiel­ka mi­łość, ja­kie wów­czas prze­ży­wa­no w bel­gij­skich wy­ższych sfe­rach, swą dys­kre­cją i god­no­ścią od­wo­łu­jąca się wprost do dzie­wi­ęt­na­ste­go wie­ku. Fo­to­gra­fie uka­zu­ją mło­dą parę w trak­cie prze­ja­żdżki kon­nej po le­sie. Ro­dzi­ce są bar­dzo ele­ganc­cy, pi­ęk­ni, szczu­pli, za­ko­cha­ni. Ni­czym bo­ha­te­ro­wie po­wie­ści Bar­bey'ego d'Au­re­vil­ly1.

Zdu­mie­wa mnie, jak szczęśli­wa na tych zdjęcia wy­da­je się mat­ka. Ni­g­dy jej ta­kiej nie wi­dzia­łem. Al­bum z cza­sów jej ma­łże­ństwa ko­ńczy się na fo­to­gra­fiach z po­grze­bu. Naj­wi­docz­niej mat­ka pla­no­wa­ła opi­sać zdjęcia pó­źniej, w wol­nej chwi­li. Osta­tecz­nie ni­g­dy na to się nie zdo­by­ła. Jej ży­cie ma­łże­ńskie trwa­ło za­le­d­wie dwa lata.

W wie­ku dwu­dzie­stu pi­ęciu lat przy­bra­ła wy­gląd wdo­wy i ni­g­dy już nie zdjęła tej ma­ski. Na­wet uśmie­cha­ła się z przy­mu­sem. Oschło­ść od­ci­snęła pi­ęt­no na twa­rzy mat­ki i po­zba­wi­ła ją mło­do­ści.

Bli­scy mó­wi­li: "Masz przy­naj­mniej po­cie­chę w dziec­ku".

Spo­gląda­ła w stro­nę ko­ły­ski i wi­dzia­ła ład­ne­go, za­do­wo­lo­ne­go z ży­cia nie­mow­la­ka. Ta jo­wial­no­ść ją dra­żni­ła.

A jed­nak ko­cha­ła mnie, kie­dy się uro­dzi­łem. Jej pier­wo­rod­ny był chłop­cem i zbie­ra­ła z tego po­wo­du gra­tu­la­cje. Te­raz wie­dzia­ła, że nie tyl­ko je­stem jej pierw­szym dziec­kiem, lecz ta­kże je­dy­nym. Obu­rza­ła ją myśl, że mo­gła­by za­stąpić mi­ło­ść do męża mi­ło­ścią do syna. Nikt oczy­wi­ście wprost jej tego nie su­ge­ro­wał. Tak to jed­nak ro­zu­mia­ła.

Oj­ciec Clau­de był ge­ne­ra­łem. Bez tru­du po­go­dził się ze śmier­cią zi­ęcia. Nie ko­men­to­wał jej. Stał się mil­czącym ucie­le­śnie­niem neu­tral­no­ści ar­mii2. Mat­ka Clau­de była czu­ła i ła­god­na. Los cór­ki ją prze­rażał.

- Po­dziel się ze mną swo­im smut­kiem, ko­cha­nie.

- Zo­staw mnie, Mamo. Po­zwól mi cier­pieć.

- Cierp. Tro­chę jesz­cze po­cier­pisz. A po­tem znów wyj­dziesz za mąż.

- Milcz! Ni­g­dy już nie wyj­dę za mąż. An­dré był i jest mężczy­zną mo­je­go ży­cia.

- Oczy­wi­ście. Te­raz masz Pa­tric­ka.

- Co za ga­da­nie!

- Prze­cież ko­chasz syna.

- Ko­cham go. Ale pra­gnę ra­mion mo­je­go męża, jego spoj­rze­nia. Pra­gnę jego gło­su, słów.

- Chcesz wró­cić do domu?

- Nie. Zo­sta­nę w moim miesz­ka­niu ko­bie­ty za­mężnej.

- Może od­dasz mi na ja­kiś czas Pa­tric­ka?

Clau­de wzru­szy­ła ra­mio­na­mi na znak, że się zga­dza.

Szczęśli­wa bab­cia wzi­ęła mnie do sie­bie. Mia­ła już do­ro­słą cór­kę i dwóch sy­nów, tym­cza­sem tra­fi­ła jej się taka grat­ka: znów po­ja­wi­ło się u niej nie­mow­lę.

- Pa­try­siu, jaki ty je­steś ślicz­ny, jaki ko­cha­niut­ki.

Nie ob­ci­na­ła mi wło­sów i stro­iła w czar­ne albo nie­bie­skie ak­sa­mit­ne ubran­ka z ko­ron­ko­wy­mi ko­łnie­rza­mi z Bur­ges. No­si­łem je­dwab­ne raj­stop­ki i bot­ki na gu­zicz­ki. Bra­ła mnie na ręce i po­ka­zy­wa­ła od­bi­cie w lu­strze:

- Wi­dzia­łeś kie­dyś rów­nie cud­ne­go dzi­dziu­sia jak ty?

Pa­trzy­ła na mnie z ta­kim za­chwy­tem, że czu­łem się ład­ny.

- Wi­dzisz, ja­kie masz dłu­gie rzęsy? Jak ak­tor­ka. A ja­kie nie­bie­skie oczy, ja­sną cerę, ślicz­ne ustecz­ka, czar­ne wło­ski. Zu­pe­łnie jak z ob­raz­ka.

Bab­cia przy­wi­ąza­ła się do tej my­śli. Za­pro­po­no­wa­ła cór­ce, żeby po­zo­wa­ła ze mną zna­ne­mu w Bruk­se­li ma­la­rzo­wi. Clau­de od­mó­wi­ła. Jej mat­ka wie­dzia­ła, że robi jej to na zło­ść.

Mat­ka od­da­ła się ży­ciu świa­to­we­mu. Wca­le nie lu­bi­ła przy­jęć, ale też nie mia­ła za­mia­ru ro­bić tego, co spra­wia jej przy­jem­no­ść. Z za­ska­ku­jącą ele­gan­cją no­si­ła pu­blicz­nie ża­ło­bę, aby ją zro­zu­mieć i nadać jej za­mie­rzo­ny kszta­łt. Nie mia­ła in­nych aspi­ra­cji.

Rano bu­dzi­ła się z my­ślą: "Co za­ło­żę dziś wie­czór?". To za­gad­nie­nie po­rząd­ko­wa­ło całe jej ży­cie. Po­po­łud­nia spędza­ła u wiel­kich dyk­ta­to­rów mody z en­tu­zja­zmem po­dej­mu­jących się za­da­nia odzia­nia rów­nie szla­chet­nej roz­pa­czy. Suk­nie i ko­stiu­my do­sko­na­le le­ża­ły na tej wy­so­kiej i szczu­płej mło­dej ko­bie­cie.

Od ty­si­ąc dzie­wi­ęćset trzy­dzie­ste­go siód­me­go roku wy­mu­szo­ny uśmiech Clau­de po­ja­wia się na nie­mal wszyst­kich fo­to­gra­fiach z wie­czor­nych przy­jęć or­ga­ni­zo­wa­nych przez bel­gij­ską śmie­tan­kę to­wa­rzy­ską. Wszędzie ją za­pra­sza­no, a jej obec­no­ść gwa­ran­to­wa­ła sty­lo­wo­ść i do­bry smak ka­żde­go ban­kie­tu.

Mężczy­źni wie­dzie­li, że uwo­dze­nie mo­jej mat­ki nie wi­ąże się z żad­nym za­gro­że­niem - ona bo­wiem nie ule­gnie. I dla­te­go jej nad­ska­ki­wa­li. Było to przy­jem­ne za­jęcie.

Ko­cha­łem mat­kę mi­ło­ścią bez­na­dziej­ną. Rzad­ko ją wi­dy­wa­łem. Co nie­dzie­lę w po­łud­nie przy­cho­dzi­ła na obiad do swo­ich ro­dzi­ców. Zwra­ca­łem oczy ku tej cu­dow­nej ko­bie­cie i bie­głem do niej z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi. Mia­ła szcze­gól­ny spo­sób uni­ka­nia uści­sku, wy­ci­ąga­ła ręce, żeby mnie nie pod­nie­ść. Czy ro­bi­ła to z oba­wy o swo­ją to­a­le­tę? Ze znie­cier­pli­wio­nym uśmie­chem mó­wi­ła:

- Dzień do­bry, Pad­dy.

Pa­no­wa­ła wów­czas moda na an­giel­ski.

Tak­so­wa­ła mnie wzro­kiem od stóp do głów z ła­god­nym roz­cza­ro­wa­niem, któ­re­go nie by­łem w sta­nie prze­nik­nąć. Jak mo­głem zro­zu­mieć, że za­wsze mia­ła na­dzie­ję zo­ba­czyć swo­je­go męża?

Mat­ka ja­da­ła bar­dzo mało i bar­dzo szyb­ko. Byle tyl­ko do­star­czyć je­dze­nie do ust. Po­tem wyj­mo­wa­ła z to­reb­ki pi­ęk­ne etui i za­pa­la­ła pa­pie­ro­sa. Jej oj­ciec spo­glądał na nią z głębo­ką dez­apro­ba­tą - ko­bie­ta nie po­win­na pa­lić. Wy­wra­ca­ła ocza­mi z wy­ra­zem dys­kret­nej, jak jej się wy­da­wa­ło, po­gar­dy. Gdy­by była w sta­nie wy­du­sić sło­wo, po­wie­dzia­ła­by: "Je­stem ko­bie­tą nie­szczęśli­wą. To daje mi przy­naj­mniej pra­wo do pa­pie­ro­sa!".

- No do­brze, Clau­de, opo­wia­daj - pro­si­ła Ba­bu­nia.

Mama mó­wi­ła o kok­taj­lu u Ik­sów, nie­zwy­kle in­te­re­su­jącej roz­mo­wie z Mary, praw­do­po­dob­nym roz­wo­dzie Ted­dy'ego i Anny, dość ko­micz­nym ko­stiu­mie Ka­the­ri­ne - wszyst­kie imio­na wy­ma­wia­ła z an­giel­ska i zwra­ca­ła się do swo­ich ro­dzi­ców "Mom­my" i "Dad­dy". Ża­ło­wa­ła, że nie ist­nie­je "ja­kieś uro­cze an­giel­skie zdrob­nie­nie" jej wła­sne­go imie­nia.

Mó­wi­ła szyb­ko i nie­wy­ra­źnie, kła­dąc na­cisk na "T" w prze­świad­cze­niu, że An­gli­cy tak wła­śnie mó­wią.

- Idę na her­bat­kę do Ta­tia­ny. Ona wca­le nie jest tak przy­gnębio­na, jak utrzy­mu­je.

- We­źmiesz ze sobą Pa­tric­ka?

- Chy­ba żar­tu­jesz, Mom­my, za­nu­dzi­łby się na śmie­rć.

- Nie, Mamo, bar­dzo chcia­łbym ci to­wa­rzy­szyć.

- Nie upie­raj się, ko­cha­nie, tam nie będzie in­nych dzie­ci.

- Przy­zwy­cza­iłem się do tego, że nie ma dzie­ci.

Wzdy­cha­ła i lek­ko uno­si­ła pod­bró­dek. Ten gest spra­wiał, że mil­kłem - ro­zu­mia­łem, że zda­niem tej nie­do­stęp­nej i wznio­słej ko­bie­ty po­pe­łni­łem błąd.

Ba­bu­nia czu­ła, że cier­pię.

- Idźcie we dwój­kę do par­ku, mały po­trze­bu­je po­wie­trza.

- Po­wie­trza, po­wie­trza, za­wsze tyl­ko po­wie­trza!

Ileż to razy sły­sza­łem te sło­wa z ust mat­ki? Za­le­ce­nia hi­gie­ni­stów do­ty­czące prze­by­wa­nia na świe­żym po­wie­trzu wy­da­wa­ły jej się bzdur­ne. Od­dy­cha­nie uwa­ża­ła za prze­re­kla­mo­wa­ne.

Kie­dy wy­cho­dzi­ła, by­łem smut­ny, ale czu­łem też ulgę. Naj­bar­dziej mnie mar­twi­ła świa­do­mo­ść, że ona po­dzie­la to moje dwo­ja­kie od­czu­cie. Clau­de mnie przy­tu­la­ła, rzu­ca­ła smut­ne spoj­rze­nie i zni­ka­ła szyb­kim kro­kiem. Kie­dy się od­da­la­ła, jej szpil­ki wspa­nia­le stu­ka­ły, spra­wia­jąc, że by­łem cho­ry z mi­ło­ści.

1 Bar­bey d'Au­re­vil­ly (1808-1889), pi­sarz fran­cu­ski, au­tor po­wie­ści i no­wel za­wie­ra­jących ele­men­ty ro­man­tycz­ne­go sa­ta­ni­zmu, jego pi­sar­stwo ce­chu­je barw­ny i bo­ga­ty styl [wszyst­kie przy­pi­sy po­cho­dzą od tłu­macza].

2 We Fran­cji i w Bel­gii ar­mia okre­śla­na jest mia­nem Gran­de Mu­et­te (wiel­kiej nie­mo­wy), ze względu na prze­strze­ga­nie przez woj­sko­wych neu­tral­no­ści po­li­tycz­nej.